Kamienie Wilhelma

Internetowe wydanie ksiązki Andrzeja Czaplinskiego

Get Adobe Flash player

Cesarskie Łowy

Wielkie pruskie rody były często spokrewnione lub zaprzyjaźnione z rodami królewskimi czy cesarskimi. Gospodarzowi ogromny zaszczyt sprawiało goszczenie książąt i władców Prus oraz Niemiec we własnym majątku. Doskonałą ku temu okazję stanowiły polowania. Szczególnie jeśli dobra rodowe obfitowały w zwierzynę łowną.

Sława rogaczy z Prakwic spowodowała, że w 1880 roku, właśnie na polowanie, przybył tu pierwszy członek rodu królewskiego. Był to książę Friedrich Carl von Preussen (prawdopodobnie kuzyn Wilhelma II, zmarły w 1885 r.). Zauroczony łowiskami i wielkością poroży, przyjechał do Prakwic jeszcze trzykrotnie. W sumie ustrzelił około dwudziestu rogaczy, których poroża po jego śmierci powróciły do dworu w Prakwicach i stały się zaczątkiem kolekcji cesarskich trofeów. O jego pobycie zaświadcza najstarszy kamień ustawiony w lasach prakwickich, pochodzący z 1882 r. Wyryty na nim napis głosi, że „Jego Królewska Wysokość Książę Carl Friedrich von Preussen, 30 maja 1882 roku strzelił w tym miejscu kapitalnego rogacza. (niem. S.K.H ( Seine Königliche Hochheit) Prinz Friedrich Carl von Preussen erlegten 30 Mai 1882 einen capitalen Rehbock). Na mapce kamień ten oznaczono numerem jeden.


Friedrich Carl von Preussen 

Friedrich Carl von Preussen ur. 28 marca 1828 r. w Berlinie, zm. 15 czerwca 1885 r. w Kleinglienicke w Poczdamie, był pruskim księciem i wybitnym dowódcą wojskowym. Pochodził z rodu Hohenzollernów. Zapalony myśliwy i doskonały jeździec. Książę lubił samotne życie, z dala od dworu i wielkiego świata. Większość swego życia spędził w "Jagdschloss Dreilinden", w dworku, który zbudował w 1869 r., w lesie Dreilinden,  gdzie polował i zajmował się rolnictwem.

Pruski order Sancti Huberti

W 1859 roku założył Zakon Białego Bardzo Szlachetnego Jelenia - Sancti Huberti. Ustanowił też Order Białego Jelenia (("Der sehr edle Orden vom weißen Hirschen Sancti Huberti"), przyznawany wybitnym myśliwym, członkom rodziny królewskiej.

Odznaka była trzystopniowa - złota, srebrna i brązowa
 
Tak było do 1885 r. do śmierci założyciela Zakonu. Ciekawostką jest to, że w 1909 r.  Cesarz Wilhelm II reaktywował order jako Pruską Myśliwską Odznakę Honorową przyznawaną zapalonym myśliwym, kontynuatorom pruskiej tradycji polowań. Odznaka została wyprodukowana przez firmę jubilerską "Sy&Wagner". Jej produkcja została sfinansowana przez parę cesarską ze specjalnego funduszu ufundowanego do tego celu. Odznaczenie miało być przyznane w ilości 26 szt. stanowiącą  symboliczną ilość odpowiadającą dokładnie liczbie żyjących jeszcze nagrodzonych osób początkowego Zakonu, Ustanowiona w  50. rocznicę powstania Zakonu Białego Bardzo Szlachetnego Jelenia - Sancti Huberti. Otrzymało je w sumie 25 szlachciców. Dwudziestaszósta została zarezerwowana dla samego Wilhelma II. 

Na fotografii widoczna pod lewą kieszenią Cesarza Pruska Myśliwska Odznaka Honorowa 

O Zakonie "Białego jelenia" wspomina księżniczka pszczyńska Daisy von Pless w swoich pamiętnikach: "... W Berlinie zawsze można było przeżyć jakieś nadzwyczajne ceremonie. Kiedyś leżałam w hotelu chora na grypę, gdy wpadł Hans ( jej mąż książę pszczyński Jan Henryk XV Hochberg - dop. autora) pieniący się ze wściekłości, bo został przez Cesarza zaproszony do klubu „Biały Jeleń". By uzyskać członkostwo, trzeba było przybrać na krześle pozycję klęczącą i opowiedzieć sprośną historyjkę, po czym Cesarz pasował kandydata na rycerza waląc go po siedzeniu płaską stroną szabli. Insygniami był łańcuch z jelenich zębów zawieszany na szyi. Klnącego przez cały czas Hansa ubraliśmy w czerwony mundur huzarski i wysłaliśmy na ceremonię ...".

 

Jako drugi królewski myśliwy przybył do Prakwic w 1884 r. książę Wilhelm von Preussen - późniejszy Cesarz Niemiec i Król Prus Wilhelm II. W swych wspomnieniach Aleksander Dohna opisuje, że o cesarskich wizytach opowiadał mu służący, a potem dozorca dworu w Prakwicach - Hoffmann. Właśnie w 1884 roku książę strzelił pierwszego kapitalnego rogacza. Uczynił to będąc zaproszonym na polowanie do pobliskiego majątku Lipiec (niem. Lippitz), nie stanowiącym własności Dohnów. Na pamiątkę tego wydarzenia właściciel Lipiec ustawił na granicy ziem prakwickich i lipieckich kamień z wyrytym napisem.

Poszukiwałem wśród pól owego kamienia i prawdopodobnie go odnalazłem. Kamień leżał przewrócony w rumowisku innych głazów ściągniętych z pól przez rolników. Rumowisko znajduje się w wyschniętym bagienku na granicy ziem prakwickich i lipieckich. Niestety upływ czasu zatarł litery i jedynie z wielkim trudem udało mi się odczytać litery S.K.H. Nie zrobiłem fotografii tego kamienia, ponieważ uznałem, że na zdjęciu napis ten byłby słabo widoczny. Jego waga nie pozwalała na to, żeby go odwrócić i zbadać dokładnie. Tym niemniej z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że jest to kamień, o którym wspomina Aleksander von Dohna. Świadczy o tym jego położenie na granicy pól prakwickich i lipieckich oraz litery S.K.H., którymi oznaczano kamienie książęce. Obeliski cesarskie miały trochę inne oznaczenie, ale o tym napiszę w dalszej części niniejszej publikacji. W 2008 roku myśliwy z Niemiec Burkhard Steins - Winsmann, goszczący w naszym kole na tzw. polowaniu dewizowym, pokazał mi starą niemiecką mapę, na której oznaczono pierwotne położenie tego kamienia. Niestety nie ma go już w tym miejscu.

 

Udane polowanie w 1884 roku spowodowało, że Wilhelm von Preussen odwiedzał Prakwice corocznie do 1910 r. W lasach prakwickich do dnia dzisiejszego znajduje się kamień nazywany przez miejscowych myśliwych „Drewnianym”. Kiedy jest obrośnięty mchem, przypomina z daleka pień drzewa. Jest to największy kamienny obelisk pochodzący z 1887 roku, ostatni z odnalezionych kamieni, ustawionych dla Wilhelma jeszcze jako księcia. Napis w języku niemieckim brzmi „S.K.H Prinz Wilhelm von Preussen erlegten hier am.15 Mai 1887 einen capitalen Rehbock”, co znaczy, że rogacz padł z książęcej ręki 15 maja 1887 roku. W 2009 roku odnaleziono jeszcze jeden kamień postawiony dla Wilhelma II jeszcze jako księcia datowany na 16 maja 1887 roku. Ciekawostką jest, że leży na polach wsi Protajny (niem. Protainen) nie będących wówczas w posiadaniu rodziny von Dohna.

 

Rok później, w 1888 r. księcia Wilhelma koronowano na Cesarza Niemiec i Króla Prus - Wilhelma II. Objął on schedę po ojcu Cesarzu Fryderyku III, który panował tylko 99 dni, ponieważ zmarł w 1888 roku, z powodu raka krtani. Cesarz Wilhelm II był wnukiem brytyjskiej królowej Wiktorii, (matka Wilhelma była jej córką). Urodził się 27.01.1859 r. Koronowano go w wieku 29 lat i panował do 9.11.1918 roku. Zmuszony do abdykacji, zbiegł do Holandii, gdzie w miejscowości Doorn zmarł 04.06.1941 r.

 

Rudy Śląskie (Rauden) 1886 r. Wyjazd na polowanie: cyfrą 1 zaznaczony książę Wilhelm von Preussen.

 

Powróćmy jednak do pasji łowieckich Wilhelma II. Cesarz w początkowym okresie przybywał do Prakwic w otoczeniu świty, która składała się, z:

von Ilberga - osobistego lekarza cesarskiego

Grafa von Kessela

Kuno Grafa von Moltke (młodszgo)

W tym towarzystwie zawsze polowali goście:

Philipp Fürst Eulenburg - przyjaciel Cesarza

Graf Dohna Waldburg

Graf Finckenstein - Simnau

Graf Dohna - Mallmitz

W okresie późniejszym do orszaku cesarskiego dołączyli:

generał - pułkownik Hans von Plessen

adiutant przyboczny Wilhelm von Dommes- (niem. adiutant skrzydłowy)

adiutant przyboczny Friedrich von Gontard- (niem. adiutant skrzydłowy)

doktor Niedner (imię nieznane) - osobisty lekarz, który zastąpił dr A. von Ilberga.

W latach 1884 - 1910 każdego roku w maju Cesarz spędzał w Prakwicach kilka dni na polowaniu. W następnych latach, nie polował, mocno zajęty polityką: kryzysami marokańskimi 1905 i 1911, kryzysem bałkańskim 1908-1909, rozbudową floty oraz armii. Polityka „na krawędzi” w sumie doprowadziła do wybuchu I wojny światowej.

Skrupulatni biografowie zanotowali nawet ile czasu spędzał Cesarz w ciągu roku na polowaniach, nie tylko w Prakwicach. I tak:

- rok 1895 - 40 dni,

- rok 1896 - 57 dni,

- rok 1897 - 66 dni,

- rok 1898 - 22 dni,

- rok 1899 - 45 dni,

- rok 1900 - 43 dni,

- rok 1901 - 41 dni,

- rok 1902 - 35 dni,

- rok 1903 - 40 dni,

- rok 1904 - 39 dni,

- rok 1905 - 24 dni,

- rok 1906 - 40 dni,

- rok 1907 - 28 dni,

- rok 1908 - 51 dni,

- rok 1910 - 33 dni,

- rok 1911 - 48 dni,

- rok 1912 - 38 dni,

- rok 1913 - 27 dni.

Z zestawienia wynika, że średnio w roku oddawał się swojemu ulubionemu zajęciu czyli polowaniom przez 39 dni. Nie wliczono tutaj czasów dojazdów i odjazdów na miejsca polowań. Właściwie to urlopy spędzał na polowaniach. Nie polował w ogóle z chwilą wybuchu I Wojny Światowej, aż do abdykacji.

 

W 1906 roku Cesarz mocno poróżnił się z Ryszardem Wilhelmem von Dohna. Ochłodziło to stosunki pomiędzy Jego Wysokością a właścicielem Prakwic. Dokładnie nie wiadomo jakie było podłoże tego konfliktu. Wspomina o nim polski malarz Wojciech Kossak: „Ryszard Wilhelm Dohna niekiedy przeciwstawiał się Cesarzowi. W 1906 roku musiało dojść do tak poważnych rozbieżności, że Wilhelm od tego czasu ograniczył przyjazdy na polowania do Prakwic”. O konflikcie pisze też Julian Fałat w swoich "Pamiętnikach". Jako uczestnik jednego z polowań w Rominten, Julian Fałat, zauważył, że Ryszard von Dohna poróżniony był mocno z ulubieńcem Cesarza, Philipem von Eulenburg. Zapewne to było źródłem nieporozumień Wilhelma II i Ryszarda von Dohna. Dzisiaj już wiem, że podłożem konfliktu był skandal obyczajowy zwany aferą Eulenburga. Piszę o tym w innym miejscu.


W 1910 roku, przy okazji manewrów wojskowych (cesarskich), Wilhelm na pewno przebywał w Prakwicach. Dowodem tego jest fotografia. Wiadomo, że polował podczas tej wizyty. Dworskie uniformy łowieckie Cesarza i jego świty, przedstawione poniżej, potwierdzają ten fakt. Warto zwrócić uwagę, że Cesarz, pozując do zdjęć zawsze ukrywał chorą lewą rękę.

 

Manewry Cesarskie 1910 r. – wizyta Cesarza w Prakwicach (trzeci od lewej).
Cesarz i inni panowie ubrani są w mundury myśliwskie.

Pierwszy z lewej: gen. płk von Plessen, trzeci Wilhelm II, piąty Ryszard zu Dohna właściciel Słobit i Prakwic.

 

Jak podają źródła historyczne, Wilhelm II w sumie strzelił w Prakwicach około 500 sztuk rogaczy. Spowodował tak znaczny ubytek populacji, że przez następne 20 lat odbudowywano ich stan. 

Był on fanatykiem polowań nie tylko na rogacze, a właściwie na wszystko. Strzelał nie tylko sztuki o okazałym porożu, ale także te słabe, niczym specjalnie się niewyróżniające. W każdym miejscu, gdzie strzelił rogacza, ustawiano drewniany pal-słup, na którym były wyryte: data pozyskania zwierza, cesarska korona i literka „W”. Do czasu upadku monarchii, słupy te corocznie odnawiano i konserwowano. Tylko w miejscach, gdzie z cesarskiej ręki padł kapitalny rogacz, ustawiano kamienny obelisk z napisem: „S.M. Kaiser u König erlegten hier (tutaj następowała data) einen capitalen Rehbock”. Ile tych kamieni ustawiono? Różne źródła podają różne dane. Prawdopodobnie było ich 100 - 105. Do dziś znajduje się ich dwadzieścia dwa. Są zinwentaryzowane, ponumerowane i naniesione na mapę w miejscach, w których się znajdują.

Łowczy Schmidt 

Łowczy Gustaw Adolf Schmidt. Fotografia wykonana w obecnej leśniczówce leśnictwa "Królewskie" w Starym Mieście.

Zastanawia ogromna pasja Cesarza Wilhelma do polowań. Być może miało na to wpływ jego kalectwo. Cierpiał on bowiem na niedowład lewej ręki i właściwie posługiwał się tylko prawą. Jakby chciał sobie i światu coś udowodnić.

W łowach na terenie Słobit i Prakwic, Wilhelmowi towarzyszył zawsze nadworny łowczy von Dohnów, Gustaw Adolf Schmidt, który pomagał Cesarzowi w oddaniu strzału. Służył mu swoim ramieniem jako podpórką i nastawiał przyrządy celownicze. Jego Wysokość podczas łowów używał broni myśliwskiej z ruchomą szczerbinką, kal. 5,2x34R, zwanej 5,2mm - Kronprinz). Schmidt potem opowiadał, że Cesarzowi z emocji tak silnie chwiała się broń, że musiał zakrywać szczerbinkę aby dostojny myśliwy mógł się uspokoić i odprężyć przed oddaniem strzału. Cesarz nieraz żartobliwie przygadywał Schmidtowi, „że skoro tak dobrze mu wszystko ustawia, to niech też ustawi mu księżyc, żeby lepiej świecił”. Łowczy towarzyszył Cesarzowi w tych wyprawach przez szesnaście lat. Gustaw Adolf Schmidt był jednocześnie leśniczym w Starym Mieście, które wchodziło w skład dóbr von Dohnów. Dzisiaj w tym budynku nadal mieści się siedziba leśnictwa "Królewskie" i mieszka w nim leśniczy i też łowczy  tyle że, nie łowczy nadworny ale łowczy Koła Łowieckiego "Knieja" w Starym Dzierzgoniu, kol. Marian Maślanka.

 

W tym miejscu warto zacytować fragment artykułu pt. "Cesarz II Rzeszy Niemieckiej Wilhelm II w Pasłęku" autorstwa Pana Józefa Włodarskiego (Źródło: „Głos Pasłęka“, nr 6 z 1999 r.):

"W 1897 r. młody 37 letni Cesarz sprawujący od niespełna 9 lat rządy był jeszcze ulubieńcem swoich poddanych, nie popełnił póki co większych gaf, oddawał się z upodobaniem różnym rozrywkom, z których obok rewii wojskowych i ćwiczeń najbardziej cenił sobie myślistwo. Cesarz znał dobrze Prusy Wschodnie jedną z prowincji swego rozległego cesarstwa. Miał tu wielu znajomych i przyjaciół, wśród nich był burgrabia i hrabia Richard zu Dohna, z którym łączyły Cesarza długoletnie węzły przyjaźni. To właściciel majoratu w Słobitach był inicjatorem zaproszenia Wilhelma II do wspaniałego pałacu w Słobitach zwanego też "Atenami północnej Europy" z racji słynnych kolekcji bibliofilskich, starych instrumentów, obrazów, fajek, tabakier etc. Jednak Cesarza i Richarda zu Dohna Schlobitten łączyło myślistwo, a pałac w Słobitach był jedynie etapem w wyprawie do bogatych w zwierzynę lasów dzierzgońskich. Droga do Słobit wiodła przez Pasłęk.  Cesarską nieoficjalną wizytę tak relacjonowała w 1897 r. miejscowa gazeta "Oberländer Volksblatt" (cytuję za Robertem Helwigiem): 24 maja Jego Wysokość Wilhelm II przyjechał ze Śląska w celu odwiedzin swojego przyjaciela Burgrabiego i Hrabiego Richarda zu Dohna Schlobitten w pałacu w Słobitach. Następnego dnia wraz z gościnnym gospodarzem i świtą miał udać się do pałacu myśliwskiego w Prӧkelwitz koło Dzierzgonia, gdzie w tamtejszych lasach, już od wielu lat oddawał się swojej pasji – myślistwu. Przy okazji tej podróży Jego Wysokość po raz czwarty będzie przejeżdżać przez Pasłęk. Mimo, że Cesarz nie życzył sobie oficjalnego przyjęcia, ulice, którymi wjeżdżał Jego Wysokość były udekorowane bramami honorowymi i zielenią, wybrane domy na przedmieściu były bardzo gustownie przybrane. Wśród ogromnej masy ludzi witających Cesarza wyróżniały się korzystnie związki kombatantów, ochotnicza straż pożarna i uczniowie miejscowych szkół. Po południu przed wpół do pierwszej tworzący swoistą straż przednią konni jeźdźcy zameldowali o nadjeżdżającym cesarskim ekwipażu. Cesarz siedział w otwartym powozie, który ciągnął zaprzęg składający się z czwórki wspaniałych koni. Obok Cesarza zajmowali miejsca Richard zu Dohna Schlobitten, jego brat hrabia i burgrabia Eberhard zu Dohna - Waldburg i poseł niemiecki w Wiedniu hrabia Philip zu Eulenburg. Wszyscy z uśmiechniętymi twarzami pozdrawiali wiwatujących pasłęczan. W kierunku powozu rzucano kwiaty i wznoszono okrzyki. Niech żyje Cesarz! Szkoda, że ta chwila uniesienia trwała dla każdego witającego Cesarza tylko kilka sekund, bo tylko tyle czasu starczyło na wzniesienie gromkiego Hura... W trzecim powozie siedział Landrat pasłęcki, który reprezentował wobec cesarskiego Majestatu powiat pasłęcki i miasto Pasłęk.

 

Tyle krótkie doniesienie z 1897 roku, który był datą szczególną w historii miasta obchodzącego wówczas 600-lecie. Od czasów wojny prusko-francuskiej (1870 - 1871) miasto cieszyło się spokojem, nastąpił rozwój gospodarki wspomaganej francuskimi reparacjami wojennymi. Twórcy II Rzeszy Cesarzowi Wilhelmowi II pasłęczanie ufundowali pomnik, który także pełnił funkcje pomnika poświęconego uczestnikom wojny 1870 r. Rodzina cesarska cieszyła się wielką estymą i pasłęczanie na każdym kroku manifestowali swoje do niej przywiązanie. Jak podaje R. Helwig mieszkańcy Pasłęka albo opowiadali się za rodziną Hohenzollernów albo byli apolityczni. Nie był to jeszcze okres wielkich politycznych sporów, życie płynęło powoli regulowane wymogami codzienności, miasto ożywiało się tylko w okresie świąt. Takim świętem była też nawet nieoficjalna, ale za to pełna serdeczności i uwielbienia wizyta Cesarza Wilhelma II."

             

Broń myśliwska Wilhelma II

Andreas Gautschi,  opisuje w swojej książce broń myśliwską Jego Wysokości, podając w jakich latach i okresach ewaluowały cesarskie upodobania co do broni myśliwskiej.

W latach 1877 do 1879 ulubioną bronią myśliwską Wilhelma była para wielkokalibrowych, 11 mm, kurkowych sztucerów firmy J.P. Sauer & Sohn z Suhlu. Był to prezent ślubny od Naczelnego Łowczego Prus, księcia von Pless. Później Wilhelm II używał 8 mm sztucera, jednak około 1895 roku, nagle zainteresował się kalibrem 6 mm, którym osiągał zaskakujące wyniki. W 1895 roku wspomina Rollfing, „W tym roku kaliber 8 mm nie dawał nigdy przestrzału u jeleni w Romintach i zraniony jeleń dawał niewiele farby. Natomiast w Schorfheide pocisk 6 mm gładko przebijał się na wylot i powodował dużą ranę wylotową i obficie sfarbowany trop. Także w Bückeburg miał Cesarz dobre wyniki z jeleniami ze sztucerem o bardzo długiej lufie. Pocisk posiadał niklowy płaszcz odkryty na 1/5 długości i napędzany był przez 2.55 g małodymnego (bezdymnego) prochu płytkowego. Jelenie padają najczęściej w ogniu lub padają tak szybko, że nawet, poza ogrodzeniami, po krótkim czasie zostają znalezione. Zawsze powstaje sfarbowany trop”. (Zdanie o ogrodzeniach potwierdza fakt, że Wilhelm lubił polować w rewirach ogrodzonych i przydworskich parkach – dop. autora).

Julian Fałat będący cesarskim malarzem podczas polowań w Hubertsstock w swoich "Pamiętnikach" tak pisze: "Cesarz polował bardzo chętnie z tak zwanych "hochstände" (przypominających kazalnice, ambona - dop. autora), pobudowanych w najrozmaitszych punktach lasu. Na taki "hochständ", wysłany - jak i prowadzące nań stopnie - mchem, dla stłumienia odgłosów, wchodzi Cesarz z forstmeistrem i ze mną, aby czatować na jelenia, przychodzącego na kartofle o pewnej stałej porze. (...) Cesarz z bronią gotową, opartą o poręcz, obserwuje jelenia, ewentualnie namyśla się nad wyborem - wreszcie zniża głowę do poziomu  luf i strzał pada.(...) Cesarz Wilhelm II był doskonałym strzelcem i najczęściej trafiał zwierzynę pierwszym strzałem: bardzo rzadko zdarzało się, aby musiał strzelać ponownie, już do uciekającego jelenia.(...) Broń Cesarz miał skromną, wyrobu Sauer & Suhl, dobrze ostrzelaną, ale straszliwie ciężką. Dopiero około 1900 roku zaczął używać nowej broni, którą nazywał "die Waffe der Zukunft" (broń przyszłości), była to machina ciężka bardzo, ale ogromnie precyzyjna, o cieśnieniu i jak twierdzili forstmeistrzy - dwu tysięcy atmosfer. Widziałem efekty celności strzału i siły wprost zastraszającej." (...).

Cesarz strzelał z przygotowanych specjalnie dla niego stanowisk, na których w celach bezpieczeństwa zawsze towarzyszył mu strzelec. Na fotografii doskonale widać, że z powodu kalectwa strzelał z jednej ręki.

Cesarz na stanowisku z ubezpieczającym go strzelcem 

Podczas polowań w zagrodzonych zwierzyńcach towarzyszyła Cesarzowi cała świta dworaków

W następnych latach Wilhelm II używał w Romintach i Schorfheide, prawie wyłącznie, 6 mm sztucera o wysokiej prędkości pocisku, wyposażonego w lunetę celowniczą, którego dane balistyczne, strzelał on w punkt w odległościach od 100 do 300 m, przy dalekich strzałach imponowały Cesarzowi. Jedynie jeszcze na polowaniach dworskich, gdzie strzelano na krótkie odległości, używany był kaliber 8 mm. Dotyczyło to przy tym krótkiego karabinka systemu Schlegelmilch produkcji Koenigliche Gewehrfabrik (Królewskiej Fabryki Karabinów) w Spandau. Poza tym, na polowaniach dworskich, Cesarz strzelał niekiedy ze sztucerów o łamanych lufach tego samego kalibru.

Jednak po przypadkach opisanych podczas polowania na żubry, dnia 10 grudnia 1901 roku w obwodzie księcia Hansa Heinricha von Pless, w Pszczynie, Jego Wysokość, począwszy od jesieni 1905 roku, ponownie przeszedł na kaliber 8 mm.

Polowanie w dobrach pszczyńskich 1901 r.

Księżna Daisy von Pless w swoich pamiętnikach "Taniec na wulkanie" tak opisuje polowanie w grudniu 1901 r. "W grudniu urządziliśmy przyjęcie w Pszczynie. Wziął w nim udział Cesarz - najważniejszy nasz gość. Był wyjątkowo zadowolony, gdyż udało mu się ustrzelić dwa żubry jedną kulą". Stoi to w sprzeczności z opisem poniżej z tego polowania. Sądzę, że była to historia stworzona przez usłużnych dworaków a prawdziwy jest poniższy opis.

Opis wspomnianego wyżej polowania na żubry w Pszczynie - 10 grudnia 1901 r.:

„Oba żubry - samce, siedmioletni i sześcioletni zostały przewiezione z wielkim trudem, ze swoich ostoi w liczącym 10 000 ha zwierzyńcu pszczyńskim, do dwóch oddzielnych, mocno i trzykrotnie ogrodzonych zagród. Samo polowanie odbywało się w dodatkowo ofladrowanym, spiczasto w kierunku cesarskiego stanowiska pędzeniu tak, że żubry zmuszone były - przy respektowaniu fladr – wyjść Cesarzowi na strzał. Po, niezupełnie zgodnym z programem, przebiegu polowania na pokocie leżały oba byki. Cesarz, mimo odradzania mu tego, użył małego, 6 mm kalibru, o wysokiej prędkości pocisku. Wskutek czego przy jednym żubrze potrzebował czterech strzałów oraz dodatkowo jednego na dostrzelenie, a przy drugim zużył aż siedem pocisków. Sytuacja stała się problematyczna, gdyż jeden z postrzelonych byków, „w pełnym pędzie” przerwał linię naganiaczy, następnie przełamał najbliższe ogrodzenie i gładko przeskoczył dwa następne. Z wielkim trudem oraz dzięki rozwadze doświadczeniu urzędników leśnych można było byka ponownie wcisnąć do pędzenia, tak że polowanie mogło się ponownie rozpocząć. W międzyczasie, wskutek założenia, że pierwszy byk już padł, zwolniono z zagrody także drugiego. Cesarz Wilhelm położył go siedmioma strzałami. Przy oględzinach stwierdzono jednak, że nie był to postrzelony uprzednio żubr i pośpiesznie udano się ponownie na bezpieczne stanowisko, gdyż spotkania z pierwszym, zranionym już bykiem, chciano jednak uniknąć”.

 

Dlaczego Cesarz, począwszy od jesieni 1905 r., także w Romintach i Schorfheide ponownie przeszedł na kaliber 8 mm, nie wiadomo. W każdym razie kilka nieprzyjemnych przypadków, które zawsze mogą mieć miejsce przy strzelaniu grubej zwierzyny małokalibrowymi, bardzo szybkimi pociskami, a także duże uszkodzenia tuszy, mogły spowodować ponowne stosowanie sztucerów 8 mm. Dotyczyło to systemu powtarzalnego Mausera z nowym typem pocisku, posiadającym  na 1/5 długości płaszcz i ostry ołowiany wierzchołek.  Ładunek 3,2 g wojskowego prochu płytkowego. Bardzo szybko ten pocisk został zastąpiony przez tzw. pełnopłaszczowy - spiczasty pocisk typu S. Cesarz do końca kariery łowieckiej używał sztucera 6 mm „tzw. kilometrowego”  wyłącznie do odstrzału rogaczy ewentualnie głuszców.

Wilhelm II używał także optyki myśliwskiej. Luneta celownicza firmy Goert „Certar” względnie od Voigtlaendera z Brunszwiku miała ośmiokrotne powiększenie. Na używanie takich przyrządów celowniczych namówił Cesarza  leśniczy von Hoevel, który miał wpływ na wprowadzanie do użytku przez Cesarza celowników optycznych oraz na poprawianie ich jakości. Zdumiewającym jest, że w lunetę zaopatrzony był również krótki sztucer do polowań dworskich.
Cesarz brał stale żywotny udział w rozwoju technicznym broni. W dniu 12 lutego 1897 r. polecił przedstawić sobie w Pałacu Królewskim, w Berlinie, automatyczną śrutówkę systemu Browninga, która wykonana została przez Fabrique Nationale d`Armes de Guere w Herstal. W  dniu 26 marca 1897 r. odwiedził Die Deutsche Versuchsanstalt fuer Handfeuerwaffen (Niemiecki Zakład Badawczy dla Broni Ręcznej w Halensee) i okazał duże zainteresowanie działalnością tej instytucji, której prezydentem był książę Wiktor von Ratibor. Cesarz z uwagą wysłuchał 1,5 godzinnego referatu, kilkakrotnie go przerywając uwagami o swoich doświadczeniach z producentami broni oraz rusznikarzami i wyraził nadzieję, że także w produkcji broni myśliwskiej, jak i w pozostałej technice, uda się Niemcom wyprzedzić zagranicę. Cesarz mówił, że  niezrozumiałym jest niewielkie zainteresowanie myśliwych działalnością Zakładu Badawczego. On sam na własny użytek dawno już wykorzystuje korzyści płynące z jego działalności oraz że nie będzie nigdy używał broni, której przydatność nie byłaby uprzednio stwierdzona w Hallensee.

Z powodu kalectwa Wilhelm II miał trudności ze strzelaniem z normalnej strzelby. Specjalnie dla niego wykonano dubeltówkę, w której rolę języków spustowych pełniły przyciski na szyjce kolby. Strzelba wykonana około 1900 roku przez Johanna Jacoba Reeb, nie miała języków spustowych i kabłąka.

Cesarska strzelba guzikowa (dł. lufy 75 cm, kaliber 16/70). (Fot. Z książki "1000 Handfeuerwaffen")

Na polowaniu 24 i 15 grudnia 1898 r. w Springer Saupark, gdzie Cesarz m.in. strzelił 92 grube dziki, wypróbował po raz pierwszy nowy, samopowtarzalny karabinek Mausera z Obersdorfu o bardzo krótkiej lufie. Z karabinka tego można oddać kolejno 10 strzałów bez odczuwalnego odrzutu i bez odejmowania broni od ramienia. Przy bardzo wysokiej szybkostrzelności Rollfing, w swoim odnośnym sprawozdaniu łowieckim, dał wyraz swego zaniepokojenia, że ta broń, stanowiąca idealną broń kłusowniczą, będzie jeszcze odgrywała pewną rolę „w późniejszych aferach kłusowniczych”. Użytkowanie tej automatycznej broni była szczytowym punktem w łowieckich eksperymentach z bronią Cesarza Wilhelma. Korzystał z tego „Maximkarabinka jeszcze kilka razy, gdy można było strzelać na krótkie odległości, np. w Grunewald lub Wildpark. W późniejszych sprawozdaniach nie mówi się już o „sztucerze dla kłusowników”. Jego Wysokość prawdopodobnie uznał jednak, że „niemyśliwskie” było użycie tej szybkostrzelnej broni na polowaniu. W dzienniku „Berliner Morgenpost” z dnia 17 marca 1899 r. ogłoszono, że pogłoski jakoby Cesarz używał broni całkowicie nowego typu, są błędne.

Fotografia z 1902 r.

Prezentacja sztucera podczas polowania w Letzlingen - od lewej: książę Solms-Baruth, Cesarz Wilhelm II, z prawej nadleśniczy von Lindequist, drugi syn Cesarza - Eitel, generał pułkownik von Plessen, szef gabinetu Cesarza von Valentini (ubrany po cywilnemu) i książę Putbus.(żródło: Bilder der Kaiserzeit - Herzogin Viktoria Luize).

Cesarz Wilhelm II szanując tradycje rodzinne nakazał aby wszystka, będąca w jego dyspozycji, broń myśliwska i sprzęt łowiecki jego przodków, panujących w Brandenburgii i Prusach, zastała wyeksponowana na specjalnej wystawie w ramach Międzynarodowej Wystawy Sportowej w 1907 r.

Na polowaniach na zwierzynę drobną, zazwyczaj strzelał z czterech lub pięciu bezkurkowych, dubeltówek z centralnym zapałałem (zapłonem), o osadzie (kolbie) typu niemieckiego, bez policzka, (baki). Dubeltówki wyprodukowane zostały przez Foerster’a w Berlinie, kalibru 20, z różnymi czokami. Stosowany był śrut nr 7, z bezdymnym prochem Rottweil. Ponieważ Cesarz strzelał jedynie jedną ręką, środek ciężkości tych broni przesunięty był bardziej do tyłu, aby uniknąć zmęczenia ramienia. Cesarz miał także korzystać z dubeltówek Anson o kalibrze 20 z różnymi czokami. Strzelby te posiadały tzw. spust guzikowy. Dworski rusznikarz Filip Reeb z Bonn wykonał około tuzina takich dubeltówek ze spustami guzikowymi na zamówienie i na rachunek Urzędu Polowań Dworskich. Kilka broni myśliwskich Cesarza Wilhelma II jest obecnie wystawianych w Deutsches Jagdmuseum (Niemieckim Muzeum Łowiectwa) w Monachium.

Mimo kalectwa, Wilhelm II, jako doskonały strzelec był ceniony i szanowany wśród innych myśliwych. Podczas pobytów w Prakwicach rozkład dnia podporządkowywano rytmom związanym z polowaniem.

Cesarz wstawał wcześnie rano. Około godz. 3:00 – 4:00 jadł śniadanie, które składało się z ciepłego mięsa z przysmażanymi ziemniakami, świeżego ciasta drożdżowego z jabłkami, podpiekanych chrupiących bułeczek i kawy.

Potem jechał do lasu odkrytym powozem w otoczeniu innych myśliwych i łowczego Schmidta. Polował do godziny 8:00-9:00. Przed obiadem spał parę godzin. Posiłek podawano o godz.16:00. Cesarz gustował w prostych, niewyszukanych potrawach. Służba serwowała: zupę, rybę i pieczeń z sałatą oraz kompot. Potem jadano warzywa, słodki deser, paluszki serowe, owoce. Bardzo często podawano raki, które dzielono na mniejsze porcje, ponieważ Cesarz jadł tylko jedną ręką. Odławiano je w Prakwicach, bądź sprowadzano aż z Berlina. Cesarz zawsze miał przy sobie osobisty widelec, który służył mu także jako nóż. Był to rodzaj „niezbędnika”- z jednej strony widelec, a z drugiej ostrze noża. Nigdy z tym „przyrządem” się nie rozstawał.

Po obiedzie ponownie udawał się na polowanie, które trwało do wieczora. Rozkład dnia, (dwa do pięciu rogaczy), otrąbiany był przez strzelców. Na kolację jadł tylko bułkę obłożoną wędliną, drobne ciasteczka i pił herbatę. Przed snem, przez około dwie godziny, gawędził z towarzystwem, bądź czytał, popijając przy tym niskoprocentową, truskawkową nalewkę.

Na spoczynek udawał się około godz. 22:00-22:30. Następne dni pobytu wyglądały niemal identycznie. Nic nie mogło odwieść Cesarza od udania się na łowy. Podczas jednego z pobytów Wilhelm II zachorował, był przeziębiony. Osobisty lekarz dr Ilberg namawiał go, żeby nazajutrz rano nie jechał na polowanie. Cesarz twardo odpowiedział, „że tylko padający deszcz może mu przeszkodzić w polowaniu”. Doktor Ilberg w porozumieniu z gospodarzem dworu użył fortelu. O godz. 2:00 obudzono służbę, która wodą z konewek polewała okno sypialni cesarskiej. Cesarz obudziwszy się, zobaczył padający za oknem deszcz i ponownie poszedł spać. Jednak przy późnym śniadaniu zorientował się, że użyto wobec niego jakiegoś wybiegu i niby to żartobliwie, ale jednak z sarkazmem, rzekł do Ilberga: „Panie doktorze na przyszłość wypraszam sobie robienie takiej pogody”.

Najpiękniejsze trofea, a właściwie ich gipsowe kopie Cesarz podarował właścicielom Prakwic (80 sztuk). Stanowiły one wystrój dworu, wzbudzały zachwyt gości i były powodem dumy Ryszarda Wilhelma von Dohna.

Oryginały poroży prakwickich były ozdobą wnętrz pałacu w Poczdamie. Jednak część została rozkradzion podczas ruchów rewolucyjnych, jakie po zakończeniu I Wojny Światowej ogarnęły Europę, oraz w czasie rewolucji listopadowej (1918) w Poczdamie. Kilkadziesiąt parostków ocalało i WilhelmII zabrał je na wygnanie do Doorn, gzie stanowiły wystrój cesarskiego pałacu.

W 2008 roku odwiedził mnie niemiecki fotograf i myśliwy Burkhard Steins – Winsmann, który podarował mi książkę Andreasa Gautschi pt. „Wilhelm II a łowiectwo. Łowiska i polowania ostatniego Cesarza Niemiec” (niem. „ Wilhelm II und das Waidwerk. Jagen und Jagden des letzten Kaisers Deutschlands“. Wiele ciekawych informacji znajduje się w tej książce. Niektóre z nich są odmienne od przytaczanych wcześniej a inne potwierdzają  informacje z innych źródeł. M.in. znajduje się w niej tekst autorstwa Philipa Eulenburga, cesarskiego faworyta pt. „Cesarskie dni w Prakwicach”.

Philip Fryderyk Alexander Eulenbug ( ur. 12 lutego 1847 w Königsberg, Prusy; zm. 17 września 1921 w zamku Liebenberg w Löwenberger Land), był politykiem i dyplomatą Cesarstwa Niemieckiego. Był też faworytem Cesarza Wilhelma II. Książę Filip, nazywany "Phili" był ulubieńcem i doradcą Cesarza Wilhelma. Kajzer, spośród ludzi ze swego najbliższego otoczenia, jedynie na Philipa potrafił patrzeć przychylniejszym wzrokiem. Ten zaś darzył go prawdziwe szczerym uczuciem, graniczącym z kultem. Kanclerz Bismarck żartował, że wielbił Cesarza oczyma. Cesarz zaś odwzajemniał się swojemu ulubieńcowi, opisując go jako "promień słońca rozjaśniający ponury dzień". Zimny i autorytarny Cesarz łagodniał w towarzystwie księcia. Nie należał do rzadkości obrazek kiedy to Phili grał na fortepianie, a stojący obok kajzer odwracał mu nuty. Tych dwóch mężczyzn łączyła dziwna, trwająca ćwierć wieku, przyjaźń pełna romantycznej egzaltacji i wzajemnej adoracji. Posądzano ich nawet o związki homoseksualne.

Afera Filipa Eulenburga

"Hrabia Filip Eulenburg był przyjacielem Cesarza Wilhelma II, i tak naprawdę, to chyba jedynym człowiekiem, który miał na niego wpływ. Poznali się na polowaniu w Prakwicach w 1886 r. O bytności Eulenburga na polowaniach cesarskich pisze we wspomnieniach Julian Fałat. "Grono przyjaciół spotykało się również w dobrach Eulenburga, w pałacu Leibenberg, leżącym na północ od Berlina. Było to tzw. Leibenberg Kreis (Koło Liebenberg), w skład którego wchodzili oprócz Filipa Eulenburga również Richard zu Dohna-Schlobitten, Georg von Hülsen-Haeseler, Kuno Graf von Moltke, Emil Graf von Schlitz, Axel Freiherr Varnbüler. Trudno zaprzeczyć, że kontakty przyjaciół z koła nie miały wpływu na decyzje polityczne Cesarza. Oczywiście nie podobało się to wielu odrzuconym arystokratom i skorzystano z okazji, aby tę dworską kamarylę rozgonić. Doskonałą powodem był proces sądowy redaktora Hardena z grafem von Moltke, który rozpoczął się w roku 1907. Dostarczył mnóstwo sensacyjnych informacji, udowodnił kontakty homoseksualne Filipa Eulenburga, traktowane jako przestępstwo z art. 175 niemieckiego kodeksu karnego. Była to tzw. nienaturalna rozpusta. Rozpusta naturalna była dozwolona i nikt z tego nie robił żadnych problemów. Eulenburga oskarżono również o krzywoprzysięstwo. Postępowanie zostało zamknięte w 1909 r. z powodu oświadczenia lekarzy, że stan jego zdrowia uniemożliwia dalsze prowadzenie procesu. Jednak skompromitowany arystokrata musiał wycofać się z życia dworskiego i politycznego. Osiadł na stałe w swoim pałacu Liebenburg. Sprawa Eulenburga i Koła Liebenberg była najgłośniejszą aferą epoki wilhelmińskiej i spowodowała duże przetasowania na dworze cesarskim." (być może ta afera była powodem ochłodzenia stosunków Wilhelma II z księciem Dohna. Wybuchła w okresie, w którym Cesarz przestał odwiedzać Słobity i Prakwice - dop. autora). 

Jako faworyt Cesarza, Philip Eulenburg był oczywiście w świcie cesarskiej podczas polowań. Gazeta Olsztyńska z wielką satysfakcją podawała informacje o polowaniach cesarskich.
„Nr 42 (sobota, 25 maj 1895). W towarzystwie Cesarza niemieckiego, bawiącego obecnie na polowaniu pod Kiszporkiem (Dzierzgoń), znajduje się hr. Filip Eulenburg, ambasador niemiecki z Wiednia. Jest to poeta i muzyk, a wielu obawia się, że na monarchę wielki wpływ wywiera, jak kiedyś poeta i muzyk Wagner na króla bawarskiego".

Nic ewięc dziwnego, że cesarski faworyt z emfazą opisywał pobyty Monarchy w Prakwicach. Oryginalny tekst przyjaciela Wilhelma II pt. "Cesarskie dni w Prakwicach" przetłumaczył kol. Stanisław Łaga i podaję go w całości ponieważ oddaje atmosferę pobytów Wilhelma II w Prakwicach.

Philip Eulenburg

 

Cesarskie dni w Prakwicach
(z notatek Philipa Eulenburga)

4 czerwca 1889

 

„Życie w Prawicach jest wysoce nieskrępowane i wypoczynkowe. Wstaje się wcześnie rano, około godziny 6:00 , by spotkać się z Cesarzem przy śniadaniu w lesie. Piecze się tam ziemniaki w dużym ognisku a następnie, nadziane na patyki, wręczane są Panom przez strzelców. Do tego otrzymuje się kromki chleba z masłem oraz różne wina. Cesarz wyjeżdża do lasu już w nocy, około godziny 2:00, uprzednio zjadłszy befsztyk. Podczas śniadania układamy się swobodnie w zieleni, mówi się o szczegółach podchodu i opowiada wesołe historyjki. Cesarz jest w swawolnym nastroju, śmieje się i przekomarza z wszystkimi, tak że trudno jest przy takim beztroskim stosunku przypomnieć sobie o cesarskiej purpurze.

Cesarskie śniadanie na Szwedzkim Szańcu (fot. Wild und Hund 1908)

Po śniadaniu jedzie się do domu, o ile nie jest przewidziane jeszcze jakieś łowieckie przedsięwzięcie np. przepędzenie szkółki leśnej, w którym my także mamy uczestniczyć. Około godziny 11:00 jesteśmy w Prakwicach, gdzie, w skromnej, wybielonej i udekorowanej setkami parostków jadalni, jemy ciepłe śniadanie. Po śniadaniu Cesarz kładzie się do łóżka aby spać do godziny około 15:00.

Pomiędzy godz. 15:00 a 16:00 Cesarz załatwia osobiste sprawy rządowe, które dotarły do mnie z Berlina. W tym czasie jestem stale u niego, referując przychodzące dokumenty i wiadomości i oraz omawiam z nim sprawy służbowe. O godzinie 16:00 ma miejsce obiad. Obowiązuje surdut bez jakiegokolwiek luksusu. Jada się wybornie i dobrze pije. Jednak potrawy podawane są skromnie. Trudno wyobrazić sobie bardziej beztroskie i wygodniejsze stosunki.

Po posiłku pije się kawę w ogrodzie, a Cesarz zabawia się poszukiwaniem belemnitów, których mnóstwo znajduje się wśród kamyków piasku (zwłaszcza gdy Eberhard Dohna sporo ich domieszał). Około 16:30 Cesarz ponownie wyjeżdża na podchód, a pozostali jadą na spacer aż do 21:30, gdy Cesarz powraca. Rozbrzmiewa sygnał, gdy powóz Cesarza widoczny jest przed wsią.

Powóz Cesarza przed dworkiem w Prakwicach (fot. Wild und Hund 1906 rok)

Widoczne na zdjęciu "girlandy" z gałązek świerkowych na ścianach dworku były ozdobą przygotowywaną specjalnie na wizyty Cesarza w Prakwicach. Podobnie przyozdabiano pałacyk myśliwski w Hubertusstock.

Zapalone zostają dwie duże pochodnie smołowe przed domem. Pod starymi lipami, strzelcy stają w szeregu, a my zbieramy się przed drzwiami gdy wjeżdża wóz podjazdowy. Następnie zdejmowane są rogacze z wozu, układany jest pokot a strzelcy trąbią sygnał „Śmierć sarny” (pisownia oryg.). W języku polskim sygnał nazywa się "Rogacz na rozkładzie", (dop. autora).

Pokot przed dworkiem w Prakwicach. Cesarz odbiera raport od samego księcia Ryszarda Dohna - Schlobitten. (fot. Wild und Hund 1908)

 

Zwykle jest godzina 22:00, gdy wszyscy zbierają się w salonie, gdzie nakryto do kolacji. Kanapki z masłem, truskawki i kruszon. Cesarz zasiada na swoim krześle, ja siadam obok niego i po wesołej rozmowie muszę śpiewać ballady lub Cesarz odczytuje przesłane mu wycinki z gazet i omawia je, tematycznie nawiązując do zawartych w nich informacji.

Po 23:00 Cesarz wycofuje się, a ja udaję się do łóżka w moim pokoju na pierwszym piętrze, który dzielę wspólnie z Ryszardem i Eberhardem Dohna. Tak upływa dzień za dniem a ten, niezwyczajny w moim życiu błogi spokój, odczuwam w pełni, podobnie jak mój Pan - jeżeli nie spadnie na mnie wodospad wiadomości politycznych i przykuje mnie do roboczego stołu aż do późnych godzin nocnych”.

Także w Prawicach spotykał się Wilhelm II z członkami wschodniopruskich właścicieli innych włości, jak np. z burgrafem Georgem zu Dohna auf Schloss Finkenstein, z grafem Alfredem zu Dohna – Mallmitz lub z grafem Hansem Finck von Finckenstein - Sinau auf Canten.

Zdarzały się też niedzielne wycieczki samochodowe ze zgromadzonymi w Prakwicach panami do liczącego sobie ponad pół tysiąca lat, zamku Schöenberg (Szymbark pow. Iława dop. autora), będącego własnością Hrabiego Konrada Finck von Finkenstein.

We wspomnianej książce Andreasa Gautschi, są podane informacje, że „do wschodniopruskich Prakwic, w powiecie morąskim okręgu regencyjnym Królewiec, Cesarz przybył po raz pierwszy, już jako książę następca tronu w roku 1885, na polowanie na rogacze jako gość hrabiego Richarda Wilhelma zu Dohna (1807 – 1894) oraz jego syna (1843 – 1916), o tym samym imieniu, często wymienianym w niniejszej książce, a piastującym urząd Zastępcy Wielkiego Łowczego. Dalsze pobyty następowały co roku lub dwa lata aż do 1910 roku. Nieco koryguje to poprzednią informację, że pobyty w Prakwicach odbywały się corocznie. Typowy dla Prakwic, falisty krajobraz morenowy o ciężkiej glebie, pokryty wielkimi łanami zbóż i rozległymi lasami liściastymi, stanowił idealny biotop dla saren. Tutejsze sarny były bardzo silne w tuszy. Przykładowo, jeden z rogaczy, strzelony przez Cesarza w 1894 roku, ważył 52 funty – ok. 24 kg”. Prawdopodobnie chodzi tu o rogacza strzelonego na granicy ziem lipieckich i prakwickich, o którym już wcześniej wspominałem. Andreas Gautschi podaje także dokładne ilości zwierzyny pozyskanej przez monarchę w czasie każdego pobytu w Prakwicach.

Polowania Cesarza Wilhelma II w Prakwicach

17 – 24 maja 1895 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 22 rogacze

16 – 23 maja 1896 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 28 rogaczy, 1 orlik (orzeł krzykliwy)

24 - 27 maja 1897 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 11 rogaczy

2 – 6 czerwca 1899 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 13 rogaczy

21 - 25 maja 1901 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książe Ryszard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 20 rogaczy

22 - 26 maja 1903 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 27 rogaczy, 1 kot

24 maja 1904 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 18 rogaczy

22 - 26 maja 1906 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 12 rogaczy

22 - 27 maja 1908 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 31 rogaczy, 1 błotniak stawowy

6 – 7 września 1910 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 5 rogaczy

Z tych danych wynika, że Cesarz w Prakwicach strzelił 187 szt. rogaczy, a nie jak podano wcześniej, że około 500. Które dane są prawdziwe nie wiem. Podejrzewam, że  te drugie, czyli 187 szt.,  odnoszą się do tylko kapitalnych rogaczy. Poza tym dane Gautschiego są podane od 1895 r. a Cesarz polował tutaj już w 1885 r.  Liczbą 500 szt. operuje ostatni właściciel dóbr, który wizyty Wilhelma II znał tylko z ustnych przekazów swojego ojca i może dotyczyć wszystkich strzelonych rogaczy. Przecież odkryto kamień, na którym umieszczono informację o tym, że  25 maja 1908 roku Cesarz strzelił czterysetnego rogacza na terenie Prakwic. Również liczba ustawionych kamieni u Gautschiego jest inna. Operuje on liczbą ok. 100-105, podczas gdy Aleksander von Dohna podaje, że było ich około osiemdziesięciu - tyle ile wykonano gipsowych odlewów kapitalnych rogaczy.

W książce Andreasa Gautschi znajduje się wiele wiadomości, które w dosłownym brzmieniu (po przetłumaczeniu), podaję jako ciekawostki potwierdzające, że Wilhelm był doskonałym strzelcem.

…str. 123

W dniu 22 maja 1908 r. podczas polowania w Prakwicach Cesarz Wilhelm II, ponieważ „nic poza tym się nie pokazało”, strzelił po mistrzowsku na 200 kroków błotniaka stawowego. Pocisk 6 mm w płaszczu niklowym o ołowianym wierzchołku (a więc półpłaszczowy – dop. tłumacza) prawie całkowicie rozerwał drapieżcę.

… str. 127

Podobnie ryzykownie strzelił Monarcha podczas podchodu rogacza w Prakwicach w maju 1901 r. Strzelał kulą 6 mm, na wymierzonych 312 kroków, ze sztucera z lunetą celowniczą. Sztucer bił w punkt, jak wspomniano, na 250 – 300 m, i dla trafienia na dalszą odległość potrzeba było jedynie niewielkiej korekty wysokości, aby oddać pewny strzał.

W dniu 22 maja 1903 r. Jego Wysokość odstrzelił, także u Księcia Dohna, siedzącego rogacza: „Pocisk poszedł jednak nieco za krótko i odbił rogaczowi trzy cewki (nogi), tak że musiano go dostrzelić.” Wszystkie odległości strzelania były na tym polowaniu stosunkowo dalekie: 192, 204, 210 kroków. Inny rogacz, którego Cesarz postrzelił na dużą odległość w cewkę, został dobity dopiero po trzech dniach poszukiwania. Dalszy ekstremalnie daleki strzał nastąpił w Prakwicach podczas polowania w dniu 23 maja 1908 r.: „Rogacz który zatrzymał się na wzgórzu i był dobrze widoczny, otrzymał strzał komorowy na 300 kroków”. W dniu 5 września 1910 r. strzelił tamże rogacza, który stanął na widok zbliżającego się wózka podjazdowego, na odległość 320 kroków.

Cesarz Wilhelm II na polowania do Prakwic przybywał pociągiem. Zdarzało się jednak, że przyjazd odbywał się w inny sposób, szczególnie wtedy gdy był jeszcze księciem. Tak było w 1888 roku. Donosiła o tym Gazeta Toruńska nr 129 z 7 czerwca 1888 r. W rubryce Kronika i Rozmaitości napisano (pisownia oryginalna – dop. aut.) „Z pobytu ks. następcy tronu Wilhelma w Prusach Zachodnich donoszą pisma prowincyonalne, że książę przybył w sobotę o godz. ½ 9 rano do Tczewa, zjadł tamże w salonie królewskim dworca kolejowego śniadanie. Około ½ 10 przybył książę do Malborka, na lewym brzegu Nogatu (Kałdowo dop. autora) wysiadł książę ze swym adjutantem majorem Schwerinem, gdzie ich powitali hr. Dohna z Schlobitten, landrat Döring i inspektor robót wodnych Görz. W towarzystwie tych panów udał się książę pieszo tamą nadbrzeżną do stojącego w pogotowiu parowca, na którym przejechał do Jonasdorf, (miejscowość Janówka) gdzie prawa strona niziny Nogatu poniosła ciężkie straty z powodu powodzi wywołanej pęknięciem wału pod Janówką (Jonasdorf), 25 marca 1888 r, w niedzielę palmową. Osiem mil kwadratowych z 77 miejscowościami i ponad 20 000 mieszkańców (tylko w powiatach elbląskim i malborskim, zostało zalanych - dop. aut.) gdzie podczas ostatniej powodzi woda tamę przerwała. Tutaj powitał księcia prezes regencyi gdańskiej Heppe. Po obejrzeniu szkód, kazał książę wręczyć przez swego adjutanta landratowi większą sumę pieniędzy do rozdzielenia jej pomiędzy mniejszych gospodarzy przez powódź poszkodowanych, poczem udał się powozem hr. Dohna w cztery konie zaprzężonym, przez Stare Pole i Kiszpork (Dzierzgoń) do Prökelwitz (Prakwic) na polowanie”.

Wilhelm II i książę Ryszard von Dohna

Jednak aby ułatwić mu przyjazdy do Prakwic pobudowano we wsi małą, ale bardzo urodziwą, stacyjkę kolejową. Powstała ona przy uruchomionej w 1893 roku linii kolejowej Małdyty – Malbork, przebiegającej w pobliżu Prakwic.

Była to przepiękna budowla, bardziej przypominająca wyglądem architekturę parkową niż budynek stacji kolejowej. Ponieważ Wilhelm II był miłośnikiem budowli w stylu architektonicznym staronorweskim (w tym stylu zbudowano dwór myśliwski Cesarza w Rominten), drewnianą budowlę wzniesiono pomiędzy 1893 a 1898 rokiem, nawiązując do tego stylu. Drewniany budynek zadaszony był siodłowym, dwuspadowym dachem pokrytym ceramiczną dachówką. Pierwotnie był w kształcie podkowy. Końce były zwrócone frontem w stronę drogi dojazdowej do stacji i miały formę wysuniętych werand-skrzydeł. Wschodnie skrzydło było szersze z wielkim, trójdzielnym oknem. Na dachu zachodniego skrzydła znajdowała się wieżyczka z poligonalnym (okrągłym) dachem, zwieńczonym cebulastą, blaszaną kopułką. Kilkumetrowy maszt umieszczony na wieżyczce był dekorowany flagą cesarską podczas jego wizyt w Prawicach. Od strony torów kolejowych, od północy, pod wieżyczką znajdował się wykusz z dużym, potrójnym oknem.

 

W początkach stacji była tutaj również długa, zadaszona weranda podparta ażurowymi słupami. Około 1910 roku została zabudowana i w ten sposób powstało nowe skrzydło. Zakończenia spadzistych dachów od frontów były ścięte naczółkowo, okna zwieńczone ostrymi łukami (podobnie jak w architekturze neogotyckiej). Ponieważ budowla nawiązywała do stylu staronorweskiego elementy ozdobne snycerki kojarzyły się z kulturą wikingów np. ozdobne osłony rynien zakończono stylizowanymi smoczymi głowami, smocze głowy umieszczono także na wieżyczce. Przykrycia drewnianych konsolek podpierających okapy dachu miały formę listew z trójzębem, a weranda od strony torów oraz skrzydło wschodnie były zwieńczone okazałymi śparogami (śparogi - ozdobne zwieńczenie krokwi szczytowych lub desek przybitych do szczytu dachu dwuspadowego w kształcie baranich rogów, głów zwierzęcych, toporków wystających poza kalenicę.

Budynek dworca nazywano „cesarskim pawilonem powitalnym” (niem. Kaiser-Empfangs Pavillon) lub prościej „pawilonem cesarskim” (niem. Kaiserpavillon). Stacyjkę tę, po upadku monarchii (1918 rok), w całości rozebrano i przeniesiono do miejscowości Budwity, w obecnym woj. warmińsko-mazurskim. Jak podaje w filmie, „Prökelwitz und Schlobbiten” ostatni właściciel Słobit i Prawic, stało się to nie w 1918 roku, ale w 1920 roku. Przeniesiono ją w całości ponieważ konstrukcja stacji była drewniana, a w Prakwicach pozostał tylko pusty plac. Budwity nazywały się wtedy Ebenhoh (nazwa pochodziła od nazwiska właścicieli okolicznych dóbr, rodu von Eben). Po rekonstrukcji zrezygnowano z jednego skrzydła – dawnej werandy. Kolejne losy budynku stacyjki, to przebudowy, które zmieniły pierwotny wygląd „cesarskiego pawilonu”.

 

Budowa stacyjki w Prakwicach związana była także z faktem przeniesienia letniej siedziby Cesarza do Kadyn (niem. Cadinen) k. Elbląga. Z Prakwic do Kadyn Cesarz udawał się pociągiem. Warto przy okazji wspomnieć też o Kadynach. O tej miejscowości, jako posiadłości Wilhelma II, pisze Andreas Gautschi: „Posiadłość Kadyny, położona jest pomiędzy Elblągiem a miasteczkiem Tolkmicko, na północno wschodnim skraju Prus Zachodnich w powiecie elbląskim, gdańskiego okręgu regencyjnego. Od 1814 roku znajdowała się posiadaniu rodziny Birkner. Dwaj ostatni bracia z tej rodziny postanowili, że w przypadku gdy pozostaną bez spadkobierców, przekażą posiadłość władającemu Królowi Prus, jako dziedzictwo. O zamiarze tym zawiadomili Cesarza Wilhelma II pismem skierowanym bezpośrednio do niego. Cesarz ogłosił gotowość przejęcia posiadłości. Za radą Burggrafa Ryszarda zu Dohna – Schlobitten, na początku września 1898 r., zgłosił gotowość do przyjęcia tej oferty. Silnie zaniedbana, wymagająca wysokich inwestycji posiadłość przeszła w tym samym roku do prywatnych włości królewskich (Privatschatulle). „Przy dużych nakładach finansowych, posiadłość świetność powinna odzyskać już około 1899 roku”, pisał Ryszard zu Dohna do Wilhelma II, dodając … „ dobrze zaopatrzonym w zwierzynę łowiskiem dla Najwyższego Myśliwego”. Kierownictwo łowieckie oraz gospodarkę leśną przejął łowczy Dohnów Gustaw Adolf Schmidt. Zatem od 15 grudnia 1898 roku właścicielem Kadyn został Król Prus i Cesarz Niemiec Wilhelm II Hohenzollern.

Okazuje się, że Wilhelmowi II stawiano kamienne obeliski nie tylko czcząc jego łowieckie sukcesy. Ten kamień ustawiono w Kadynach, a wyryty napis w trochę dowolnym tłumaczeniu głosi: "Tędy wkroczył w swoim majestacie Najmiłościwszy Pan po raz pierwszy do Kadyn. 2.6.1899". 

Jednak przejęcie Kadyn wywołało uwagi na cesarskim dworze. Zaufany przyjaciel Wilhelma II Filip hr. Eulenburg z przekąsem mawiał: „Birkner podarował Cesarzowi Kadyny z zobowiązaniem, wypłacania mu corocznie 30 000 Marek oraz przejęcia posiadłości z wszystkimi długami. Wspaniała transakcja dla tego Pana. Ryszard Dohna „zaaranżował” to ze swoim przyjacielem von Etzdorf, aby Cesarza silniej przywiązać do Prus Wschodnich. Lucanus skarżył się wobec mnie, że już teraz powstały niesamowite koszty i to dla jedynie kilkudniowego pobytu podczas roku. Jest to naprawdę szalonym posunięciem wciągać Cesarza w takie sprawy. „Ofiarodawca” śmieje się cichcem w swojej willi, którą nabył w Wiesbaden – w chwili gdy stał się bankrutem.”

Wg Valentini (Kaiser und Kabinettschef, 1931, str. 64) Jego Majestat zakupił majątek wielkości około 1000 ha za przejęcie długów hipotecznych, przekraczających ówczesną wartość majątku, oraz wypłacanie dożywotniej renty rocznej w wysokości 15 000 marek”.

Początkowo liczący 766 ha, później powiększony do 924 ha las był, podczas przejęcia przez Cesarza, stosunkowo mocno wykorzystany i w większości występowały głównie jedynie młodsze wiekiem drzewostany, które jednak dzięki pięknemu krajobrazowo położeniu w bezpośrednim sąsiedztwie Zalewu Wiślanego i urozmaiconemu krajobrazowi moreny końcowej czyniły z posiadłości szczególny klejnot. Przez wydzierżawienie sąsiednich łowisk znacznie poprawiły się możliwości hodowli zwierzyny. Warunki bytowania saren były szczególnie korzystne, przednie były polowania na kaczki i bytowały tu nawet bażanty. W 1899 roku zamierzano całkowicie wystrzelać występujące tu także daniele tworząc lepsze warunki bytowania dla saren.

Kadyny - studnia

Kadyny - piec w pałacu cesarskim

Park

Cesarski park w Kadynach

Cesarska kaplica w parku

Pałac Wilhelma II w Kadynach. Stan obecny

Kadyny corocznie odwiedzane były przez rodzinę cesarską i tworzyły okazję do przebywania w prywatnej atmosferze, wolnej od dworskiego przymusu. Wilhelm II próbował tam także okazyjnie polować z budki na … wrony. Np. 21 września 1909 roku długo przebywał w budce, jednak strzelił tylko jedną wronę.

Podczas pobytów w Kadynach Cesarz bardzo się interesował stanem gospodarki i maszynami rolniczymi. Cesarz i jego świta ubrani są w ubrania myśliwskie.

 

Kadyny. Wyjazd Cesarza na polowanie

 

Jednak pierwsze kadyńskie wrażenia Cesarza nie były najlepsze i nie wystawiają dobrej opinii o dotychczasowych właścicielach majątku. Gazeta Olsztyńska w numerze 68 z 10 czerwca 1898 roku zamieszcza opinię Wilhelma II na temat Kadyn: „Elbinger Zeitung donosi, że Cesarz Wilhelm wyraził się niepochlebnie o pomieszczeniach robotników swoich na dobrach Cadinen, które niedawno przeszły na własność Cesarza. Cesarz powiedział dosłownie: W Cadinen musi się niejedno zmienić, mianowicie pod względem mieszkań robotniczych. Te mieszkania są widocznie jeszcze ogólnem złem tu na wschodzie. Piękna obora w Cadinen jest prawdziwym pałacem w porównaniu do pomieszczeń robotniczych. Trzeba więc postarać się o to, by świńskie chlewy nie były lepsze od mieszkań robotniczych". (por. Moje wędrówki. Jerzy Zaskiewicz).

Dawna zabudowa Kadyn

Kadyny jednak przypadły do gustu zarówno Wilhelmowi II jak i jego małżonce - Auguście Wiktorii. I to do tego stopnia, że stały się letnią rezydencją cesarskiej małżonki. Podniosło to oczywiście bardzo rangę Wysoczyzny Elbląskiej oraz samego Elbląga.

1901 r.

Dwór 1902 r.

1910 r.

1914 r.

1922 r.

1925 r.

Pałac - oranżeria

Wyjazd cesarzowej Wiktorii Augusty z pałacu w Kadynach - 1902 rok

Co dalej działo się w Kadynach? Rozpoczęto całkowitą przebudowę wsi na styl willowy. Wybudowano szkołę, urząd pocztowy i dom opieki społecznej. Jednocześnie trwała przebudowa dworu.

Gorzelnia

Widoczny komin gorzelni

Aleja brzozowa

Kuźnia

Zabudowa willowa w tzw. stylu zakonnym (Ordenstil), według projektów architektów berlińskich

Willa zarządcy Kadyn Rüdigera von Etzdorfa

Szkoła

Dom opieki

Kościół

 

Neogotycki kościół. Budowę - planowaną już w 1907 roku - rozpoczęto w 1913 roku z inicjatywy Cesarza Wilhelma II. 12 lipca 1913 roku położono kamień węgielny pod budowę. Projekt przygotował Arthur Kickton a budowę ukończono w 1916 r. Budowa kościoła przebiegała z dużymi przerwami, spowodowanymi działaniami pierwszej wojny światowej. Cesarz wyraził życzenie, by nowo zbudowany kościół nazwany został Świątynią Pokoju i przyczyniał się do jego ustanowienia na świecie. W kościele chętnie urządzano koncerty organowe, ze względu na doskonałą akustykę. Wszystkie cegły oraz kształtki, użyte do budowy kościoła, powstały w kadyńskiej majolice. W czasie wojny, kościół uległ nieznacznemu uszkodzeniu, a następnie, w 1955 roku został rozebrany. Dziś główny jego ołtarz znajduje się w kościele Św. Mikołaja w Elblągu,

Gospoda Fritza Gottschalka

Wnętrze gospody

Około 1904 roku powstała „Królewska Fabryka Przemysłowa Kadyny” a później w 1905 r. „Królewskie Wytwórnie Majoliki Kadyny”. Rozbudowano cegielnię.

Cegielnia

Fabryka Majoliki

Cesarz przed cegielnią

Majolika to ceramika pokryta nieprzezroczystą polewą ołowiowo - cynową o bogatej kolorystyce. Kadyńska Wytwórnia Majoliki powstała w 1905 roku. W początkowym okresie wytwarzano w niej wyroby artystyczne wzorowane na motywach etruskich i greckich oraz kopiowano majolikę włoskiego renesansu. Cesarz był żywo zainteresowany jej funkcjonowaniem - poprzez wydawanie opinii miał wpływ na każdy nowy projekt. Uhonorowaniem rozwoju myśli technicznej oraz wspaniałej stylistyki były dwie nagrody, które otrzymały kadyńskie wyroby na wystawie światowej w Turynie. Po 1918 roku wytwórnia wypracowała swój własny, niepowtarzalny styl określany jako "brg". Skrót pochodził od słów blau-rot-gold i nawiązywał do kolorystyki wyrobów, które były kompozycją czerwieni kadyńskiej (rot) z błękitem kobaltowym (blau) i złotem (gold). W wytwórni pracowali najlepsi niemnieccy rzeźbiarze i ceramicy, m.in.: Karl Begas, Stanislaus Cauer, Reinhold Felderhoff, Else Furst, Johannes Goetz, Paul Heydel, Albrecht H. Hussman, Josef Limburg, Ludwig Manzel, Heinrich Splieth, Cuno von Vechtritz-Steinkirch, August Vogel. Jednak to Cesarz sam decydował, które wzorce mają być produkowane.

Przedmioty powstałe w najlepszym dla wytwórni okresie (lata 30. XX wieku) cieszyły się ogromnym zainteresowaniem i były niegdyś sprzedawane w sklepach firmowych w Elblągu, Krynicy Morskiej, Berlinie, Hamburgu i Stuttgarcie. W tamtym czasie w zakładzie było zatrudnionych 50 pracowników. Dzisiaj wyroby Kadyńskiej Wytwórni Majoliki również mają swoich wielbicieli, którzy zajmują się kolekcjonowaniem wielkiej spuścizny artystycznej kadyńskiego zakładu.

Kadyńska waza do kruszonu, zaprojektowana przez Hansa Hofferichtera - rzezbiarza i wykładowcę w Wyzszej Szkole Pedagogicznej w Elblągu w latach 1931-1933

Filiżanka z kadyńskiej fabryki z herbem Cesarza

Warto w tym miejscu dodać, iż w Kadynach powstała także ceramika architektoniczna, wyroby stanowiące wyposażenie budynków i pałaców. Do dzisiaj można ją oglądać m.in. na stacji metra berlińskiego przy Teodor Heuss Platz oraz w holu zakładu kąpielowego w Wiesbaden. Także kasetonowy strop w holu siedziby NBP w Gdańsku i płaskorzeźba z kogą na jednym z budynków w Tolkmicku (dzisiejsze przedszkole) pochodzi z kadyńskiej Majoliki.

Płaskorzeba z kogą

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                              

Przedszkole w Tolkmicku

Poprzez stosowanie specyficznych metali szlachetnych i kombinacji kolorów (zakład opracował własne receptury farb) wytwórnia wniosła swój wkład do światowej historii ceramiki. Ciężki okres dla zakładu nastąpił po zakończeniu I wojny światowej, gdy Cesarz musiał udać się na wygnanie. Wytwórnia, aby "utrzymać się na powierzchni" zmuszona została do rozpoczęcia masowej produkcji. W dużej mierze dzięki determinacji kierującego zakładem Wilhelma Dietricha, kadyńska ceramika nie straciła na jakości. Obok naczyń, serwisów i innych użytkowych przedmiotów, zakład zaczął wytwarzać charakterystyczne figurki zwierząt - koni, byków, łosi, ptaków, psów w kolorze kadyńskiej glinki.

Figurka wzorowana na ulubionym jamniku Cesarza

Do dziś można spotkać tego typu figury. Znajdują się m.in. jako elementy architektoniczne w budynkach stadniny w Kadynach oraz w jednym z domów w Ornecie. Pod koniec lat 30. XX wieku fabryka nawiązała współpracę ze złotnikami z Królewca, w wyniku której powstawały przedmioty łączące ceramikę, srebro i bursztyn. Produkowano m.in. wazy i dzbany ceramiczne zaopatrzone w uchwyt z bursztynu lub srebra, oraz naczynia, których obrzeża były wykładane srebrem. Wytwórnia zakończyła działalność pod koniec II wojny światowej. W 1945 roku około 500 mieszkańców Kadyn ratowało się ucieczką w obliczu zbliżającego się rosyjskiego frontu. Próby reaktywowania zakładu podjęte po 1950 roku zakończyły się, niestety, niepowodzeniem.

Dla Kadyn rozpoczął się "złoty wiek". Cesarz kilkakrotnie odwiedzał kadyński majątek, przyjeżdżał tutaj na kilkudniowe pobyty w okresie letnim – częściej jednak przebywała tutaj cesarzowa z dziećmi. Wilhelm II zajeżdżał  do Kadyn również, kiedy był w podróży na polowania w Rominten. Docierał tutaj swoją salonką podłączoną do pociągu pospiesznego relacji Berlin-Królewiec lub pociągiem specjalnym, który zatrzymywał się na dworcu w Elblągu, gdzie doczepiano ją do pociągu Kolei Nadzalewowej HUB. Bywało też, że dalszą drogę z Elbląga do Kadyn odbywał  Cesarz samochodem, odwiedzając po drodze miejscowości Wysoczyzny Elbląskiej. Kadyny były też miejscem wypoczynku rodziny cesarskiej. Ze względu na rangę właścicieli i znaczenie majątku, rezydencję kadyńską zaczęto nazywać pałacem, a nawet zamkiem (Schloss). Administratorem kadyńskich dóbr Cesarza w latach 1898-1930 był Rüdiger von Etzdorf, starosta (landrat) powiatu elbląskiego (w latach 1888-1907), właściciel majątku i cegielni w Wogenap (Jagodno).

Za cesarskim powozem Rüdiger von Etzdorf

Rüdiger von Etzdorf - zarządca Kadyn w latach 1898-1930. zginął w wypadku lotniczym nad okolicznymi lasami. W tym miejscu ustawiono kamienny obelisk ku pamięci Rüdigera von Etzdorfa, który zginął 19 marca 1935 roku.

Kamień znajduje się na dnie głębokiego wąwozu, tuż przy strumieniu. Na jego pionowej ścianie wyryta jest inskrypcja: Exellenz v. Etzdorf, Generalbevollmächtigter, Cadinen, 1898-1930. (źródło: Lech Słodownik, Dziennik Elbląski)

Kolej w okolicach Suchacza - 1930 rok

Założycielami Kolei Nadzalewowej (niem. Haffuferbahn, w skrócie HUB), której przypisano regionalne – gospodarcze znaczenie, były władze prowincji wschodniopruskiej i prywatne kolejowe towarzystwo budowlane Lenz & Co. ze Szczecina. Później była to jedyna prywatna linia kolejowa zarządzana przez samodzielną spółkę akcyjną z siedzibą w Królewcu. 
Kolej na odcinku Elbląg Dworzec-Miasto – Frombork została uruchomiona 20.5.1899 r. a dalej, do Braniewa, gdzie łączyła się z Koleją Wschodnią - 7.9.1899 r. Jej trasa liczyła 48,3 km i pociągi pokonywały ją w ciągu 1 godziny i 35 minut.

Stacja główna HUB - Elbląg Stare Miasto

Kolej Nadzalewowa (niem. Haffuferbahn – HUB) – linia kolejowa, która w zamyśle niemieckich projektantów miała połączyć Elbląg z Królewcem. W latach 1897–1899 zbudowano odcinek łączący Elbląg z Braniewem, gdzie Kolej Nadzalewowa łączyła się z Koleją Wschodnią umożliwiając dalszą podróż aż do Królewca. Od momentu powstania Kolej Nadzalewowa stanowiła ważny fragment lokalnej sieci kolejowej w Prusach Wschodnich, łącząc dwa większe miasta (Elbląg i Braniewo). Do 1918 r. na odcinku Elbląg – Kadyny spotkać można było pociąg Cesarza Niemiec, Wilhelma II, który w Kadynach miał swoją letnią rezydencję. Kiedy w grudniu 1899 roku Cesarz Niemiec Wilhelm II zakupił majątek kadyński, życie spokojnej dotąd nadzalewowej miejscowości zmieniło się nie do poznania. Nowości czekały nie tylko mieszkańców, ale też kolej przebiegającą przez włości kajzera. Kolej Nadzalewowa uważana była za jedną z najładniej położonych kolejek w prowincji pruskiej. Atrakcję stanowiły nie tylko tamtejsze urokliwe miasteczka, ale też widoki, jakie można było podziwiać po drodze z okien pociągu.

Pociągi Kolei Nadzalewowej nie jeździły z oszołamiającą szybkością, ale było to aprobowane przez pasażerów, którzy mogli podziwiać uroki okolicy. Mówiono, że była to szybkość do 20 km/h i z tego powodu na wagonach znajdowały się napisy: „Blumen, Pilzen pflücken während der Fahrt verboten”! – zabrania się zrywania kwiatów i grzybów podczas jazdy! 
W pobliżu torów kolejowych powstało z czasem wiele obiektów oraz domów prywatnych. Wśród ich właścicieli przyjął się wkrótce zwyczaj, że swe domy zaczęli ozdabiać różnymi wersami, wyrażającymi radość z miejsca zamieszkiwania w tak pięknej okolicy. Jeden z takich napisów zachował się do dzisiaj w Suchaczu, tuż przy przystanku kolejowym, gdzie w obszernej willi mieszkał Otto Frieseler, dyrektor Kolei Nadzalewowej w latach 1919-1945. Napis ten brzmi: Ein glücklich Los ist dem beschieden, der ferne vom Gewühl der Stadt in einem stillen Erdenwinkel ein trautes Heim gefunden hat, czyli „Szczęśliwa dola jest temu wyznaczona, który z dala od miejskiego zgiełku, w zacisznym zakątku ziemi znalazł swój przytulny dom“.

W 1938 r. Kolej Nadzalewowa Spółka Akcyjna (Haffuferbahn AG) miała 9 lokomotyw parowych, 20 wagonów osobowych, 3 wagony pocztowe, 111 towarowych a pracę miało 120 robotników. W dni robocze trasę pokonywało tam i z powrotem 5 pociągów parowych – mijanki były tylko w Tolkmicku. Co ciekawe, żadna lokomotywa Kolei Nadzalewowej nie została wyprodukowana w Elblągu, pochodziły one z fabryk „Hohenzollern”, „Henschel,”, „Union” i „Vulkan”.

Lokomotywa (ELNA typ 3, firmy Krauss z Monachium), ostatnia lokomotywa jaką spółka Kolej Nad Zalewem otrzymała w 1922 roku. Właściwie przeznaczona była dla Berlina, wylądowała jednak w Elblągu

Dwie starsze lokomotywy: pierwsza  zbudowana w 1892 r. przez Henschel’a i druga firmy Hohenzollern z Duesseldorf z 1898 roku

Pociąg HUB przed elbląskim browarem z wagonami, będącymi własnością browaru. Po lewej widać otwarty wagon z lodem, którym rozwożono lód do klientów.

Kolej Nadzalewowa miała również swoje autobusy, które obsługiwały chętnych z Rubna Wielkiego, Nabrzeża, Łęcza, Próchnika, Pogrodzia i Tolkmicka. 
Linia obsługiwała ruch osobowy oraz towarowy, przewożąc w latach 30. ponad 400 tys. pasażerów oraz 250 tys. ton towarów.

Przystanek autobusowy w Pęklewie

W okresie międzywojennym na trasie kursowały także pociągi turystyczne Niemieckich Kolei Państwowych. W Tolkmicku podróżni mieli możliwość przesiadki na 9 statków "białej floty" kursujących codziennie do Krynicy Morskiej. Prawie 500 osób zabierał stąd parowiec „Tolkemit” należący do Towarzystwa Żeglugowego F. Schichau. (źródło Lech Słodownik)

Stacja HUB w Tolkmicku, w której był napis. "Kto teraz ma ochotę na przejażdżkę parowcem, może tutaj przesiąść się na „Tolkemit” i za 30 minut być w Krynicy na Mierzei Wiślanej. – Szczęśliwej podróży!"

Statek parowy "Tolkemit" kursujący z Tolkmicka do Krynicy Morskiej

Kolej Nadzalewowa HUB - przystanek w Kadynach

Przez kilka pierwszych lat funkcjonowania Haffuferbahn podróżujący do Kadyn musieli być przygotowani na pewne trudności. Pociągi jadące nadzalewową trasą nie zawsze się tam zatrzymywały. Kadyński przystanek był bowiem przyczyną poważniejszego konfliktu, który skończył procesem sądowym z samym Cesarzem.

U podłoża sporu leżał charakter własności Kadyn – były one obszarem dworskim należącym do prywatnych właścicieli. Przez niemal cały wiek XIX znajdowały się w rękach elbląskich kupców, Birknerów. Rodzina ta była bardzo pozytywnie nastawiona do nowości i otwarta na potrzeby okolicznej ludności (udostępniła na przykład swój prywatny park szerszej publiczności). Urządzenie przystanku w Kadynach wydawało się zatem oczywiste. Plany zmieniły się, gdy ostatni z Birknerów, bezdzietny Artur, sprzedał Kadyny Cesarzowi. Wilhelm II urządził tam swoją letnią rezydencję, którą w czasie jego nieobecności zarządzał elbląski landrat, Rüdiger Etzdorf (od 1899 roku von Etzdorf). To właśnie on przysporzył władzom Haffuferbahn najwięcej kłopotów.

W umowie „sprzedaży” Kadyn Birkner, zagwarantował spółce wieczyste użytkowanie ziemi na terenie Kadyn i Kikołów, po której miała biec kolej. Nie sprecyzowano tam jednak kwestii korzystania z przystanku. W związku z tym von Etzdorf, przy pierwszej nadarzającej się okazji, złożył wniosek o wyłączenie tamtejszego postoju z ruchu publicznego.
Odtąd z przystanku mógł korzystać jedynie Cesarz oraz członkowie jego rodziny przybywający co jakiś czas do majątku. Pozostali podróżni musieli wysiadać w Pęklewie i pieszo udawać się do Kadyn. Z tego też względu przystanek nie był uwzględniany w rozkładach jazdy.

Wyjazd cesarskiej rodziny z Kadyn - przy drzwiach wejściowych do pociągu widoczny dywan

Dąb Bażyńskiego

Przy wjeździe do Kadyn od strony Elbląga rośnie okazały dąb, zaliczany do jednego z najstarszych w Polsce. Liczy znacznie ponad 700 lat. Jego obwód to ok. 10 metrów, a wysokość ponad 20 m. Przy ziemi znajduje się okazała dziupla, powstała prawdopodobnie ponad 100 lat temu. Na zlecenie Cesarza była tam stróżówka, a drzewa strzegł umundurowany strażnik. W czasach Birknera w dziupli mieściło się 11 żołnierzy.
Dawniej nazywano go 1000-letnim Dębem Niemiec, od końca XIX w. był znany jako Dąb Królewski, a po 1945 r. jako Dąb Kadyny, potem  Dąb Odrodzenia Polski. Obecnie nazywany jest Dębem Bażyńskiego. Obok niego rośnie sześć okazałych dębów, liczących ponad 300 lat. Symbolizują one według legendy sześciu synów księżniczki Kadyny, którzy mieli bronić tego terenu przed Krzyżakami. Obecnie Dąb Bażyńskiego otoczony jest płotkiem, ale niestety drzewo stopniowo umiera.

Przystanek w Pęklewie

Kolej Nadzalewowa z przystankiem w Kadynach była dużym udogodnieniem dla rodziny cesarskiej w trakcie przyjazdu do prowincjonalnej rezydencji. Dzięki połączeniu Haffuferbahn z Koleją Wschodnią możliwe było odbycie podróży bez przesiadek – na Staatsbahnhof w Elblągu dwie lokomotywy HUB przejmowały cesarskie wagony i mknęły przez miasto aż do samych Kadyn. Tym sposobem kajzer i jego rodzina byli jednymi z nielicznych, którym dane było zaznać przejażdżki ulicami Elbląga.

Dworzec w Elblągu gdzie doczepiano cesarskie wagony

Przejazd pociągu przez miasto Elbląg, akwarela z 1936 r. Źródło Pangritz Kurier

Pierwsze 2,5 km od Dworca Wschodniego (dzisiaj Dworzec Główny) do nowego dworca Elbląg-Miasto przy Brandenburgerstraße 22 (obecnie ul. Hoża) przecinało centrum miasta i ten odcinek używany był wyłącznie do transportu towarowego – z wyłączeniem wizyt jadącego do Kadyn Kajzera Wilhelma II. Przejazdy pociągów przez centrum były uciążliwe dla mieszkańców, ale nie dla wszystkich. Otóż uczniowie elbląskich szkół, spóźniający się na lekcje mieli tradycyjną wymówkę, że przyczyną ich spóźnienia był… pociąg. Podobnie tłumaczyli się spóźnialscy mieszkający na Wyspie Spichrzów, że długo czekali na opuszczenie zwodzonych mostów!

Na terenie miasta do tej linii kolejowej podłączonych było niegdyś 15 bocznic prowadzących m.in. do stoczni F. Schichau, zakładów F. Komnicka, fabryki cygar, browaru (stacja Angielska Studnia), elektrowni a nawet na teren jednostki wojskowej przy ul. Mazurskiej. Natomiast „po drodze” do Braniewa znajdowało się dalszych 12 bocznic prowadzących do cegielni i zakładów leżących nad Zalewem Wiślanym.

Któż z elblążan nie przypomina sobie naszej Kolei Nad Zalewem, którą wiele rodzin wykorzystywało do niezapomnianych wycieczek na wybrzeże Zalewu, szczególnie w okresie kwitnienia czereśni. Któż nie korzystał z ukochanej kolei, gdy chciał szybko dostać się do kąpieliska morskiego Kahlberg (Krynica Morska). Wtedy już dało się zauważyć rozgniewanie na HUB codziennie jadący przez miasto, gdy kolejarz z czerwoną chorągiewką i dzwonkiem szedł przed nim aby umożliwić parowej lokomotywie pierwszeństwo przejazdu. Z uśmiechem wspominamy jeszcze i dzisiaj tego małego elbląskiego bowkę, który do jednego wytwornie odzianego pana spieszącego się przez Carlson Platz na dworzec kolejowy wołał: „Herrchen, loofe Se man, der Zuch fuhr all!” (elbląski dialekt, odpowiednik naszego: panocku, pośpieszcie się, pociąg zaraz odjeżdża). Lub któż nie zna tego epizodu gdy maszynista jadąc trasą nad Zalewem krzyknął do swojego znajomego listonosza, jadącego rowerem: „Jadę wolno, wsiadaj z rowerem, możesz dojechać parę kilometrów!”. A odpowiedź brzmiała: „Nie dzisiaj, mam ekspresowy list.”

 

O cesarskich wizytach zazwyczaj donosiła lokalna prasa. Gazety nie tylko podawały termin przyjazdu jaśnie państwa, ale też szczegółowo omawiały plan pobytu czy elementy przybywającego ekwipunku. Przykładowo 15 września 1913 roku w „Elbinger Neueste Nachrichten” pisano:
„W niedzielę przed południem przybył z Berlina transport z dobrami cesarskimi, potrzebnymi podczas pobytu w Kadynach, który został przewieziony do Kadyn Koleją Nadzalewową. Część cesarskiego wyposażenia z Berlina, 4 samochody, 5 wozów, konie, służba i szoferzy, znajdują się w drodze i dojadą dziś po południu, aby również niezwłocznie dostać się do Kadyn Koleją Nadzalewową. We wtorek, tj. 16 września, wszystko powinno być gotowe na przyjazd kajzera, który, jak już wcześniej donoszono, przybędzie do Kadyn prawdopodobnie w środę 17 września”

 

"Dziś o godz. 14.05 Cesarz dotarł do Elbląga, przybył do naszego miasta autem. Elbląg to miejsce na trasie do Kadyn, które były ostatecznym celem podróży Jego Królewskiej Mości. Mieszkańcy naszego miasta bardzo serdecznie przywitali zacnego gościa. Część z zebranych czekała na Niego na ulicy od wielu godzin...
Cesarz przejechał ulicą Warszawską (niem. Berliner Str.), Mostową (niem. Brückstr.), Starym Rynkiem (niem. Alter Markt), następnie przez Bramę Targową obok budynków administracyjnych Schichaua, przez ulicę Królewiecką (niem. Königsbergerstr.), zmierzając dalej w kierunku Kadyn (niem. Cadinen).
Nasz dostojny gość w drodze do Kadyn nie zatrzymywał się. Monarcha pozdrowił bardzo liczną masę ludzi wylegającą na ulicach uprzejmym skinieniem głowy. Władca miał na sobie uniform myśliwski, podobnie jak większość jego towarzyszy, która podążała za nim w trzech autach. Za świtą podążało dwóch mężczyzn w cywilu." (Elbinger Neuste Nachrichten, środa, 17.09.1913 r.)

 

Odnośnie cesarskiej wizyty w Kadynach

"Wartę honorową podczas pobytu Cesarza w Kadynach będzie pełnić i tym razem 152 Pułk Piechoty im. Zakonu Niemieckiego (niem. Deutsch Ordens-Infanterie-Regiment Nr. 152). Oficerowie i szeregowi z tego pułku już wczoraj przybyli do Kadyn z manewrów. Jednostka, (Wachkommando), która składa się z żołnierzy obu batalionów, uda się we wtorek pod dowództwem kapitana Heyma z 1. Kompanii oraz dwóch innych oficerów, kapitana Schwendiga i podporucznika von Wussowa, do Tolkmicka (niem. Tolkemit), gdzie zostanie zakwaterowana.
W niedzielę przed południem z Berlina do Elbląga przybył ładunek z asortymentem cesarskim, potrzebnym na czas pobytu Cesarza w Kadynach. Część asortymentu cesarskiego: cztery samochody, pięć wozów, konie, służba i szoferzy już dziś po południu zostali przewiezieni koleją nadzalewową do Kadyn [...]." (Elbinger Neueste Nachrichten, poniedziałek, 15.09.1913 r.)

 

Jeszcze odnośnie wizyty Cesarza
"Na temat wizyty Cesarza w Królewcu (niem. Königsberg) można znaleźć w tamtejszej prasie następujące informacje: w następną niedzielę, 21 września, do Królewca przybędzie Cesarz i będzie brał udział w nabożeństwie w katedrze. Jak podaje rada parafialna, bilety wstępu na nabożeństwo, w którym będzie uczestniczył sam Cesarz, są do nabycia (tylko dla parafian katedry) w czwartek i piątek w godz. 16-18 w katedrze. Bilety te są darmowe. Nabożeństwo uświetni uroczysta akademia. [...].
Z okazji przyjazdu Cesarza do Romnit (niem. Rominten) ruszyły już pierwsze przygotowania na tamtejszym dworcu. Pociąg cesarski na czas pobytu cesarza w Romnitach będzie stał na dworcu Gr. Romniten w specjalnie do tego celu wybudowanej hali." (Elbinger Neueste Nachrichten, wtorek, 16.09.1913 r.)


Przyjazdy Cesarza odbywały się z honorami godnymi panującego. Na kadyńskim przystanku czekał specjalny urzędnik z królewieckiej spółki kolejowej, ubrany w cylinder i białe rękawiczki, który witał kajzera i jego rodzinę. Jaśnie państwo wysiadali z pociągu i po czerwonym dywanie przechodzili do powozu, który wiózł ich bezpośrednio do dworu. Cesarz był ponoć niezwykle wymagający w kwestii odpowiedniego ustawienia pociągu względem tegoż dywanu. Według jednej z anegdot, kiedy czerwony kobierzec nie leżał dokładnie przed wyjściem z wagonu, kajzer nakazywał wycofanie składu i ponowny, poprawny wjazd na przystanek.
Inna z lokalnych opowieści wspominała o nietypowej sytuacji, jaka miała wydarzyć się w 1905 roku w trakcie wizyty rosyjskiego cara w Kadynach. Przybywająca wraz z panującym świta była tak liczna, że nie sposób było wszystkich pomieścić w kadyńskim pałacyku. Wobec tego zarządzono, by panie przeniosły się na pokoje, zaś męską część dworu, ku uciesze wszystkich, ulokowano w wagonach cesarskiego pociągu. Ponoć wszyscy goście jeszcze długo wspominali tę wizytę u kajzera.

Wracając do konfliktu odnośnie przystanku, zarząd Haffuferbahn postanowił natychmiast interweniować u władz centralnych. Jednak dopiero po długich rozmowach udało się wynegocjować pewne ustępstwa. Firma Lenz & Co., największy udziałowiec w spółce HUB A.G., zobowiązała się na własny koszt wybudować prywatną bocznicę do cegielni Cesarza. W zamian za to zarząd majątku zgodził się, by podróżni mogli korzystać z przystanku podczas nieobecności rodziny królewskiej w Kadynach. W praktyce oznaczało to niemal cały rok, za wyjątkiem kilkudniowych wizyt panujących. Pod rozkładami pojawiała się niekiedy adnotacja:
„Kadyny posiadają tor przyłączeniowy, który służy wyłącznie do prywatnego użytku królewskiego majestatu z Kadyn”
Droga wciąż była jednak uznawana przez zarząd majątku za prywatną. W związku z tym Ernst Hantel, prezes zarządu Haffuferbahn, postanowił wytoczyć kajzerowi proces sądowy. Powołując się na zapisy umowy Birknera, dążył do nadania Kadynom statusu przystanku publicznego. Ponadto zabiegał o upublicznienie całego odcinka drogi od przystanku do kadyńskiej karczmy, by podróżni mogli bez problemów z niej korzystać.

Zarządca Kadyn bardzo zaciekle – i, jak podawały niektóre gazety, bez uzgodnienia z Cesarzem – bronił prywatnego charakteru Kadyn. Sąd pierwszej instancji oddalił skargę Hantela, ten jednak odwołał się od wyroku do sądu w Kwidzynie. Niestety brakuje informacji, jak zakończył się ten spór.
Po I wojnie światowej i abdykacji Cesarza przystanek stracił swój specjalny status, zaś same Kadyny przeszły na własność państwa. Podróżni już bez problemów mogli tam wsiadać i wysiadać. Pamiątką po kajzerowskich czasach pozostał niewielki budynek stacyjny, za którym stała  burzliwa historia. (źródło: magdapasewicz).

 
Trzeba przyznać, że Wilhelm II zrobił dla Kadyn wiele dobrych rzeczy. Również dla łowiectwa. Przede wszystkim zasiedlił tutaj jelenia sika. W 1910 r. jelenia sika – podgatunek chiński ( mandżurski) przywieziono do ośrodka hodowlanego w pobliżu Kadyn, których właścicielem był wówczas Cesarz Wilhelm II. Był to prezent dla Cesarza od Carla Hagenbecka handlarza egzotycznymi zwierzętami oraz właściciela ogrodu zoologicznego pod Hamburgiem (niektóre źródła błędnie podają, że był to prezent od Cesarza Japonii). Pakiet hodowlany, aklimatyzowany wcześniej w Anglii, składający się z sześciu łań i jednego byka zasiedlono w Uroczysku Leśny Spokój. Do 1939 r. liczebność  siki wzrosła do kilkudziesięciu sztuk. Po wypuszczeniu na wolność, sika zadomowił się doskonale w lasach Wysoczyzny Elbląskiej.
Jelenie sika
Dla niego też wybudowano leśniczówkę. Biała Leśniczówka została zbudowana na początku XX wieku. Położona w samym środku lasu na terenie Parku Wysoczyzny Elbląskiej, w odległości 2,5 km od miejscowości Kadyny. Prawdą jest jednak to, że Cesarz przebywał w niej tylko dwa razy - pierwszy raz przez jeden dzień, a drugi przez pół dnia.
Biała Leśniczówka - stan obecny
Po abdykacji Cesarza w 1918 r. majątek kadyński do 1945 r. pozostał w rękach Hohenzollernów. Od zakończenia I Wojny Światowej, budynek pałacu nie był zamieszkany do czasu przybycia tutaj w 1940 roku wnuka Cesarza, księcia Ludwika Ferdynanda (II) von Preußen (Pruski) z żoną Kirą, prawnuczką brytyjskiej królowej Wiktorii oraz z dwoma najstarszymi synami: Fryderykiem Wilhelmem i Michałem.
Ludwik Ferdynand był drugim synem kronprinza Wilhelma, następcy tronu Niemiec i Prus, i jego żony Cecylii Mecklenburg-Schwerin. Był ulubionym wnukiem Cesarza Wilhelma II, który chętnie wysłuchiwał jego opowieści o podróży do Stanów Zjednoczonych i zwierzeń o związku z francuską aktorką, Lili Damitą. Po powrocie do Niemiec młody książę uporządkował swoje życie.
Kira i Ludwik Ferdynand w 1938 roku
Pałac wyposażono właściwie od nowa w meble przywiezione z zamku w Coburgu. Książę był namiętnym myśliwym i hodowcą. Tu odbywały się słynne na całe Prusy Wschodnie polowania i pogonie za lisem. Corocznym gościem polowań był wielki łowczy Rzeszy, feldmarszałek Hermann Göring i dygnitarze Rzeszy. W obliczu zbliżającego się zagrożenia, a pewnie też dlatego, że księżna Kira była w ciąży, już w sierpniu 1944 roku książę  ulokował swoją rodzinę w Golzow, posiadłości Hohenzollernów w Brandenburgii. Sam musiał pozostać w Kadynch ponieważ był majorem służby technicznej Luftwaffe na lotnisku w Elblągu i tak pisał w swoich wspomnieniach:
Ludwik Ferdynand z żoną Kirą i dziećmi
"Wytrwanie na swoim posterunku praktycznie nie miało znaczenia, lecz jako właściciel Cadinen musiałem pozostać; nie chciałem stwarzać wrażenia, że zmykam i wszystko pozostawiam własnemu losowi. Moi obydwaj zarządcy nie chcieli słyszeć o możliwości ewakuacji. (...) Ostatnie czternaście dni w Cadinen w styczniu 1945 roku przebiegały, jakby na ironię, prawie normalnie. Każdy wiedział, że wkrótce spadną nieszczęścia, ale równocześnie szerzył się ów fatalizm, który jest typowy dla podobnych sytuacji. Jak corocznie, urządziłem - jako dziedzic Cadinen - zimowe polowanie z nagonką. Wziąłem także udział  w kuligu na saniach. (...) Nieprzerwany strumień aut, koni, ludzi rozlał się po tak spokojnej wsi. Wszyscy mieli na oku jeden cel - zbawczy Zalew. Z poplątanych wypowiedzi mogliśmy odtworzyć obraz beznadziejnego położenia. Łączność telefoniczna z Elbingiem już nie funkcjonowała. Kolejka nadbrzeżna nad Zalewem przestała chodzić. Sowieckie czołgi wdarły się do Elbinga". (L. Adamczewski, op. cit., s.104.) Dopiero 25 styczniu 1945 roku, tuż przed nadejściem Rosjan, uciekł książę Ludwik Ferdynand saniami przez zamarznięty Zalew Wiślany - była to jedyna droga ucieczki, kolejka nadzalewowa nie kursowała i drogi na zachód były już przecięte przez Rosjan. Większość mieszkańców Kadyn odmówiła opuszczenia rodzinnej miejscowości. "Było dosyć koni i sań - wspominał  książę -  jednak większość mieszkańców wsi odmówiła porzucenia miejscowości rodzinnej i wyrzeczenia się domków, które kiedyś mój dziadek Wilhelm II dla nich zbudował. Uważali, że jest wszystko jedno, czy wpadną w ręce Rosjan, czy też podczas ucieczki umrą z głodu i zimna". Służba łowiecka, strażnicy i leśnicy dokarmiali do końca,  w lasach zwierzynę. Była sroga zima i bez dokarmiania skazana była na padnięcie. Być może, z powodu tego, że mieszkańcy nie opuścili swych domostw Kadyny uniknęły zniszczeń wojennych i są do dzisiaj bardzo ciekawym miejscem na skraju Wysoczyzny Elbląskiej.
Fotografia ślubna
Książę Ludwig Ferdynand pretendentem do tronu cesarskiego został, gdy jego starszy brat Wilhelm zawarł małżeństwo morganatyczne (ożenek z osobą niższego stanu - dop. auto). Sam starał się zachować to, co pozostało z dobrego imienia Hohenzollernów. W roku 1938 poślubił Kirę Kiryłowną, wielką księżną Rosji (córkę wielkiego księcia Cyryla, pretendenta do tronu Romanowów i Wiktorii Melity, księżniczki brytyjskiej). Do ślubu włożył mundur Luftwaffe, z którego nakazał zdjąć swastyki. Z Kirą doczekał się siedmiorga dzieci. Ludwik był wielkim wrogiem nazizmu. Począwszy od roku 1950 dzielił czas pomiędzy domy w Berlinie i Bremie. Podejmując się misji zagranicznych, usilnie działał na rzecz swojego kraju, mając zawsze przy boku Kirę. Umarł w 1994 roku.
                                                                                                                                                                                                                                                                                                          
Wróćmy jednak do stacyjki i jej losów. Wspomniałem już, że nazywano ją Kaiserpavillon i zachowała się na starych, niemieckich pocztówkach.

Pocztówka ze stemplem datowanym na 25.04.1903 r. 

W obecnym województwie warmińsko-mazurskim istnieje do dnia dzisiejszego i przez lata służyła jako mieszkanie dróżnika kolejowego. Niestety obecnie jest w opłakanym stanie.

Budwity – stan obecny stacyjki

Budwity – lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku

Całe szczęście, że losem stacyjki w Budwitach zainteresowało się Stowarzyszenie na Rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur „Sadyba”, które powstało na początku 2004 roku, z inicjatywy Danuty i Krzysztofa Worobców, mające na celu jasno określony cel. Chce bronić to co zagrożone jest zniszczeniem z powodu ludzkiej niewiedzy, bezmyślności i bardzo często świadomego działania. Przedmiotem troski stowarzyszenia jest mazurski krajobraz wiejski (w tym dworki i pałace) jak i krajobraz miejski. Dzięki staraniom stowarzyszenia "Budynek dawnego dworca kolejowego w Gumiskach Małych (Budwity - Torfownia)" wraz z działką z numerem ewidencyjnym 110/7 obręb 7 Leśnica, o powierzchni 0.1603 ha, został wpisany w dniu 10 kwietnia 2008 r. do Rejestru Zabytków Województwa Warmińsko - Mazurskiego pod numerem A-4507. Miejmy nadzieję, że dzięki temu ocaleje stacyjka mająca bardzo ciekawą historię i będąca perełką architektury. W 2010 r. dowiedziałem się, że stacyjka jest już własnością prywatną i nowy właściciel rozpoczął remont budowli. Jednak w 2012 r. stacyjka przedstawiała opłakany widok. Nic przy niej się nie remontuje, a proces dewastacji przebiega nadal.

Budwity - stan obecny

 

Wilhelm II z natury był ruchliwy. Na jachcie „Hohenzollern” spędzał rocznie ponad cztery miesiące. Uwielbiał spacery po parku i lesie. Najwięcej czasu Jego Wysokość poświęcał polowaniom - swej życiowej pasji. Znosił przy tym największe trudy jakim poddaje się człowiek, który całym sobą jest zaangażowany w to, co robi. „Bóg wie, z jaką ochotą hołdowałem szlachetnemu zajęciu - łowiectwu. Zawsze gdy czas bliski, gdy jelenie ryczały w borze, to chciałem chwytać za ulubioną fuzję i iść na łowy!”, pisał z żalem na wygnaniu w Doorn.

Cesarski jacht SMY Hohezollern - 1902 r.


Wilhelm od czasów młodości był opętany manią łowiectwa. Pierwszym ptakiem jakiego ustrzelił był bażant. Gdy miał siedemnaście lat upolował pierwszego jelenia. Protokoły jego łowieckich wyników są zastraszającym świadectwem wprost „morderczej” mentalności myśliwych tamtej epoki. Jednak wówczas wzbudzało to ogólny podziw. W czasie polowania, w rewirze księcia Lichnowskiego Jego Wysokość ustrzelił 1224 bażanty, dziesięć zajęcy i dwie sowy. Czasopismo „Reichsanzeiger” z dumą donosiło, gdy Cesarz ustanawiał kolejne rekordy. W 2012 r. Pan Tomasz Krawczyk przesłał mi zestawienie "sukcesów" łowieckich Cesarza.

"Cesarz niemiecki Wilhelm II, w ciągu 30 lat,  podług ostatniej statystycznej tabeli ubił: 1302 jelenie, 66 łań, 1596 danieli-samców, 96 danieli-samic, 2507 dzików, 316 dzików-warchlaków, 798 sarn, 121 kozic, 17 881 zajęcy, 1627 królików, 4 bawoły, 7 łosi, 3 renifery, 3 niedźwiedzie, 3 borsuki, 26 lisów, 1 kunę, 84 głuszce, 24 cietrzewi, 18 891 bażantów, 703 kuropatwy, 25 pardw szkockich, 3 słonki, 56 kaczek dzikich, 826 czapli, 473 różnych zwierząt, 1 wieloryba, 1 szczupaka; razem 47 443 sztuk".

Biorąc przeciętną wagę każdego rodzaju zwierzyny, mniej wiecej uczyniłaby suma ubitej zwierzyny 950,091,25 kilogramów, które aż nadto wystarczyłyby do wyżywienia przez jeden dzień 1900,182 osób tj. takiej ilości mieszkańców, jaką obecnie liczy Berlin. (źródło: Łowiec Polski, nr. 23 z 1903r.).

Cesarz Wilhelm II do Prakwic przyjeżdżał polować tylko na rogacze. W toku dalszego gromadzenia informacji o „kajzerze” wynikło, że uwielbiał polować nie tylko na tę zwierzynę. Polował właściwie na wszystko i wszędzie. Chętnie, jako koronowaną głowę, zapraszano go na łowy, podczas których ustanawiał niechlubne „rekordy”. Dumnie o tym donosiła ówczesna prasa niemiecka. Mimo niechęci do brytyjskiego tronu lubił polować, zapraszany przez Króla Edwarda VII, na terenie Anglii gdzie "wyżywał" się w strzelaniu do ptactwa. Często popisywał się strzelając z jednej ręki do ptaków z wielu strzelb, które po kolei podawał mu przyboczni strzelcy.                                                                                                                                                                                                                                                           

 

Na polowaniu w Anglii - dama na zdjęciu to pierwsza żona Cesarza.

Król Edward i cesarska para na polowaniu w Windsorze (fotografia za zbiorów Tomasza Krawczyka)

Hiszpania 1905 r.

Wilhelm II, ostatni Cesarz Niemiec i król Prus, sfotografowany w listopadzie 1902 r. w czasie polowania, które król Edward VII zorganizował na jego cześć w swojej wiejskiej rezydencji w Sandringham. Fotografia ukazała się w magazynie Ladies‘ Field 28 marca 1903 r.

W 1902 r., gdy powstała ta fotografia, Cesarz wciąż lubił przyjeżdżać do Anglii, gdzie był goszczony przez rodzinę królewską i arystokrację brytyjską, między innymi przez siostrę Daisy, Shelagh i jej męża, księcia Westminsteru. Jego rozrywki stanowiły regaty, parady wojskowe i polowania. Podczas gdy w Pszczynie na Śląsku polował na grubego zwierza – jelenie i żubry, to Sandrigham w Norfolk było dla niego miejscem odstrzału tysięcy przepiórek, bażantów i zajęcy, doskonale się rozmnażających na tamtejszych piaszczystych glebach.

W czasie tej wizyty Cesarz, za którym „podążali czterej ubrani na jasnoniebiesko myśliwi z rogami i załadowaną bronią", dał pokaz strzelania z jednej ręki, chwytając jedną strzelbę za drugą i oddając strzały z zadziwiającą prędkością, zaś jego torba z bażantami zyskała podziw uczestników polowania. Odwiedziny w Sandringham Wilhelm II uznał za taki sukces, że następnego roku powiedział ojcu królowej Aleksandry, królowi Danii, że w Anglii poczuł się w pełni zaakceptowany „jako członek rodziny“.

Marzeniem Cesarza Wilhelm II było polowanie w Puszczy Białowieskiej na żubry. Białowieza przed I Wojną Światową znajdowala sie na terenie zaboru rosyjskiego i polowanie w niej bylo uzaleznione od Cara Rosji. Cesarz Wilhelm II z natury był gwałtowny i popędliwy, miał ponadto o sobie bardzo wysokie mniemanie, lubił wszystkich pouczać, uciekał się również do intryg. Te cechy charakteru raziły zarówno Cara Aleksandra III, jak i jego syna — Cara Mikołaja II, który przejął od ojca antypatię i nie znosił Cesarza. Rosyjski władca skarżył się w swoich pamiętnikach na listy „nudnego pana Wilhelma”, na które musiał odpowiadać, tracąc czas, który mógłby spożytkować na „ważniejszą robotę”. O słynnym łowisku w Białowieży, wówczas chyba najsłynniejszym w Europie, Cesarz wiele słyszał i z niecierpliwością czekał na łowieckie przeżycie w pradawnym lesie. Oczywiście, najpierw Car musiał go zaprosić. Niestety, ani Aleksander III, który polował w Białowieży tylko raz — w dniach od 21 sierpnia do 3 września 1894 roku, ani też jego syn — Mikołaj II, który urządzał w Puszczy polowania w 1897, 1900, 1903 i 1912 roku, nie wyświadczyli mu tej przyjemności. Generał Aleksander A. Mosołow, naczelnik kancelarii ministra dworu Mikołaja II, w wydanych w 1992 roku w Sankt-Petersburgu wspomnieniach "Pri dworie posledniewo impieratora" (Przy dworze ostatniego imperatora) wspominał, ... prawie po każdym spotkaniu z Cesarzem, Car mówił: „Znowu się on (Wilhelm) wpraszał na polowanie w Puszczy Białowieskiej, jednak udałem, że nie wiem o co mu chodzi”.

Jednak Imperator planował urządzić we wrześniu 1914 roku łowy, na które chciał zaprosić Cesarza Wilhelma II. Przygotowania w Spale rozpoczęto w lipcu 1913 roku. Wydział hofmarszalski zajął się wynajmowaniem podwód, a dyrekcja kolei przygotowała wystrój pawilonu na carskiej rampie kolejowej. Przed pawilonem wyrosła sylwetka żubra, wykonana z kwiatów. Chór cerkiewny wyćwiczył jeden z utworów religijnych Piotra Czajkowskiego. Niestety wybuchła I Wojna Światowa i cały ten trud okazał się daremny. Kuzynowie stali się śmiertelnymi wrogami a dalsze ich losy okazały się tragiczne.

Dopiero w 1915 r. w czasie początkowych sukcesów w I Wojnie Światowej, kiedy wojska niemieckie zajęły Puszczę Bałowieską, Cesarz mógł spełnić swoje marzenie. 

Andreas Gautschi w swojej książce Wilhelm II. und das Waidwerk, wydanej w 2000 roku w Handstedt, podaje na stronie 212, że Cesarz w dniu 12 listopada 1915 roku odbył polowanie w Puszczy Białowieskiej. Upolował jednego żubra. Polowanie odbyło się w rewirze Czerlonka, a więc w okolicach niewielkiej osady puszczańskiej o tej samej nazwie, którą Niemcy założyli właśnie w czasie I Wojny Światowej, a która przetrwała do naszych czasów. Polowanie Cesarza zostało uwiecznione na powyższym zdjęciu.

Wojska niemieckie, wchodzące w skład 12 armii dowodzonej przez gen. Maximiliana von Gallwitza, wkroczyły do Białowieży i Puszczy w dniu 17 sierpnia 1915 roku. Okupacja niemiecka tego terenu trwała do grudnia 1918 roku. Cesarz Wilhelm II, przebywając w Białowieży, prawdopodobnie zatrzymał się w tzw. Domu Świckim, tym samym, w którym później ulokował się okupacyjny Zarząd Wojskowy Puszczy pod kierunkiem majora dr. Georga Eschericha.


Wspomniany już generał A. A. Mosołow w swych wspomnieniach podawał, że przy jednym z zabitych w Białowieży żołnierzy znaleziono rozporządzenie Cesarza o ochronie żubrów. Za zabicie żubra lub innego większego zwierzęcia groziły ostre sankcje, do kary śmierci włącznie. Rzeczywiście, zarządzenie w intencji ochrony żubrów było wydane przez władze niemieckie 25 września 1915 roku. Jednocześnie sprowadzono z Bawarii straż leśną, która miała chronić zwierzynę przed kłusownictwem. Niestety, w styczniu 1916 roku w Puszczy Białowieskiej naliczono już tylko 178 sztuk żubrów. (źródło: Piotr Bajko).

Cesarz z Carem Mikołajem II

Puszcza Romincka

Jednak najważniejsza w łowieckiej pasji Cesarza była inna Puszcza - Puszcza Romincka. Cesarz polował w niej na jelenie byki – ustawiano tam, podobne do starodzierzgońskich, kamienne obeliski. Warto zatem napisać kilka słów o Puszczy Rominckiej i polowaniach w niej "kajzera".

Puszcza Romincka jest częścią Pojezierza Litewskiego. Zajmuje teren 36 tys. ha, z czego po polskiej stronie znajduje się 15 tys. ha. W części rosyjskiej nazywa się Czerwony Las. Dominującą formacją roślinną w puszczy jest bór świerkowo-sosnowy. Charakter lasu jest zbliżony do lasów północy. Puszcza czasami jest nazywana "polską tajgą". Teren to przykład rzeźby polodowcowej, pełno tu wzgórz, pagórków, rynien, niecek, małych zbiorników wodnych i strumieni. Jako znakomity teren łowiecki Puszcza pojawiła się w kronikach już w XVI wieku. Na mapie Prus Caspara Hanneberga wydanej w 1576 r. w Królewcu zaznaczony został dwór myśliwski nad rzeką Błędzianką, obok którego umieszczono sylwetki dwóch jeleni o imponujących porożach. Jest to jedyna tego typu sygnatura na mapie, a więc dobitnie świadcząca, że łowisko w Puszczy Rominckiej już wówczas budziło emocje i podziw. Cesarz Wilhelm II przybył tu po raz pierwszy w 1890 r. z 9-dniową wizytą. W roku następnym kazał wybudować drewniany zameczek myśliwski w stylu norweskim, w którym każdego roku mieszkał przez 14 dni w okresie godowym jeleni.

Nazwa miejscowości kilkakrotnie się zmieniała. W 1895 roku nazwę Rominty zmieniono na Rominty Wielkie (niem. Groß-Rominten), a nazwę przysiółka Theerbude, znanego od 1763 roku, gdzie znajdował się cesarski pałacyk myśliwski, na Cesarskie Rominty (niem. Kaiserlich Rominten). W 1938 roku nazwę Groß-Rominten zmieniono na Hardteck (w pobliżu istniało również Klein-Hardteck). W 1945 roku, po II Wojnie Światowej, gdy wieś weszła w skład ZSRR, jej nazwę zmieniono na Krasnolesie, choć do 1948 roku nazwy niemiecka i rosyjska były używane równolegle.

 

Aby dojechać do pałacyku trzeba było wcześniej przejechać przez most cesarski (Keiserbrücke) zwany też mostem jeleni Hirschenbrücke nad rzeką Rominty, ponieważ przy wjeździe na most i wyjeździe znajdowały się cztery rzeźby leżących jeleni autorstwa Richarda Friese.

Mosty w Stańczykach są niewątpliwie największą atrakcją turystyczną Puszczy Rominckiej. Para ogromnych mostów kolejowych łączy brzegi rynny polodowcowej, dołem której płynie niewielka rzeczka Błędzianka. Mosty zostały zaprojektowane przez włoskich architektów. Swoim wyglądem nawiązują do rzymskich akweduktów, stąd zyskały sobie miano "Akweduktów Północy". Są zabytkiem techniki. Jako pierwszy, w latach 1912-14, zbudowany został most północny, po którym pociągi kursowały do 1944 roku, m.in. pociąg Cesarza Wilhelma II. W latach 1923-26 wzniesiono drugi most. Nie był on jednak nigdy wykorzystany. Po wojnie oddziały Armii Czerwonej tory rozebrały.  Oba mosty są budowlami 5-przęsłowymi o pełnych łukach. Wysokość mostów sięga 36,5 m, długość 190 m, a szerokość każdego z nich wynosi 5,7 m. Czyni to z nich najwyższy tego typu obiekt w Polsce. Fasady mostów zdobione są ażurowymi balustradami oraz wykuszowato wysuniętymi balkonami usytuowanymi na każdym z filarów.

Pociąg Wilhelma II na stacji w Rominten ...

... i na moście w Stańczykach

Puszcza Romincka, oprócz przyrodniczego ma również istotne znaczenie historyczne. Od XV wieku była obszarem polowań wielkich mistrzów krzyżackich, potem książąt i królów pruskich. O jej atrakcyjności świadczy również fakt, że na polowania przyjeżdżali tu również myśliwi III Rzeszy, a wśród nich pruski premier i wielki łowczy - Herman Göring. Znamienitych gości przyciągały do puszczy przede wszystkim niezwykłe trofea – bardzo dorodne poroża żyjącego tu jelenia rominckiego. W 1937 roku Zarząd Lasów III Rzeszy uznał Puszczę Romincką za rezerwat łowiecki.

Pomnik byka na fotografii powyżej po II Wojnie Światowej został przeniesiony do miejscowości Sosnovka niedaleko Moskwy.

Byk strzelony przez Cesarza w Puszczy Rominckiej w 1911 r. o 22 odnogach. (źródło: A. Gautschi "Wilhelm II"

Zatem Puszcza Romincka (Rominten Heide) przez stulecia była rewirem łowieckim władców Prus. W połowie XIX stulecia rozpoczęto w niej planowaną gospodarkę łowiecką. Jeleń romincki stał się światowym symbolem sukcesów myśliwskich.  Co roku polował w Puszczy Cesarz niemiecki Wilhelm II. Ustanowił on Puszczę Romincką cesarskim rewirem łowieckim.

W 1891 roku w Romintach Cesarskich (17 km na płn-wsch. od Gołdapi, obecnie Radużnoje po stronie rosyjskiej) powstały wybudowane w stylu norweskim – cesarski pałac myśliwski Jagdschloss Rominten oraz kaplica św. Huberta. Dwór Wilhelma po II Wojnie Światowej przeniesiono do Kaliningradu.  Obie budowle powstały w Norwegi i w całości przeniesiono je do Rominten.

Pałac myśliwski

Cesarski pałac myśliwski wzniesiono z norweskiego drewna w miejscowości Theerbude, przemianowanej w 1897 r. na "Cesarskie Rominty". Projektowali go, podobnie jak kaplicę św. Huberta - norwescy architekci Munthe i Swerre.

W 1893 r. wybudowano i poświęcono kaplicę św. Huberta, drewniany kościółek w stylu norweskim.

Kaplica św. Huberta

Zdjęcie lotnicze wykonane ze sterowca

 

Jagdschloss w Rominten czyli zamek myśliwski

Widok od strony wjazdu

Domek herbaciany Cesarzowej

Cesarz z Cesarzową w Rominten

Cesarz pojawiał się w Romintach zwykle w ostatnim tygodniu września z niewielką świtą. W ostatnich latach towarzyszyła mu też regularnie Cesarzowa, dla której zbudowano drugi zameczek myśliwski, podobny do zameczku Cesarza.

Budynki administracji pałacu

Obsługa (administracja) pałacyku mieściła się w położonych nieopodal budynkach  zbudowanych z zachowaniem stylu, w którym zbudowano Jagdschloss Rominten. Chodzi o dragestill – nawiązujący do tradycji wikingów styl architektoniczny, modny w krajach skandynawskich na przełomie XIX i XX wieku. Również z zachowaniem elementów tego stylu zbudowano wiele budynków znajdujących się we wsi – leśniczówki, sanatoria i domy wypoczynkowe.

Budynek poczty

Księżniczka Wiktoria Luiza w oknie pałacu - 1907 rok

Wiktoria Luiza także nosiła myśliwski kordelas - Rominty 1907 r.

Jadalnia w Jagdschloss

Rominten - cesarski gabinet

Brama wjazdowa do posiadłości

Zdjęcie lotnicze całego kompleksu z 1915 r.

Hubertus - Kapelle w Rominten czyli kaplica św. Huberta

Wnętrze kaplicy

W pobliżu postawiono pomnik jelenia, którego pierwowzorem był byk strzelony przez Cesarza 5 października 1909 r. Rosjanie po II Wojnie Światowej przenieśli pomnik do parku w Smoleńsku i stoi tam do dziś.

Transport pomnika do Smoleńska

Pomnik byka z Rominten w smoleńskim parku
Puszcza Romincka stanowiła łowisko władców Prus Wschodnich już od końca XVI stulecia. Jednak to Wilhelm II był pierwszym Królem Prus,  który tu polował. Do puszczy przyjeżdżał od 1890 r., zawsze w czasie rykowiska. Do wizyty Cesarza starannie przygotowywali się leśnicy. Każdego roku, na przełomie lutego i marca, w poszukiwaniu zrzutów przeczesywali okolice paśników. Za byka łownego uchodził wówczas ten, którego wieniec ważył co najmniej 6 kg. Gdy leśnicy dochodzili do wniosku, że waga poroża jest odpowiednia, prezentowali Cesarzowi zrzuty (Abwurfparade), niekiedy skompletowane z ostatnich kilku lat. Monarcha podczas przeglądu zrzutów decydował, którego z byków mają dla niego otropić. Zwyczaj ten stosował później Herman Goering. (por. Łowiec Polski nr 11/2014 art. Bartosz Marzec).
Naturalne jest, że dla „Najwyższego Myśliwego”, który tylko kilka dni może poświęcić łowiectwu, poczynić należy rozmaite przygotowania, by ułatwić podchód. Już w sierpniu wstrzymuje się przewóz drzewa, tak aby był jeszcze czas na wyrównanie rozjechanych dróg. Liczne bagna i trzęsawiska zostały zmeliorowane i zamienione we wspaniałe łąki, na które chętnie wychodzi zwierzyna. Każda łąka otoczona jest w odpowiedniej odległości myśliwską ścieżką, którą przed przybyciem Cesarza oczyszcza się ze wszystkich suchych gałązek. Aby umożliwić podejście zwierzyny z ukrycia, z każdej strony na łąkę prowadzi ścieżka, przesłonięta chrustem.
W Rominten (Rominty) informowano Cesarza tylko o najważniejszych sprawach politycznych, lecz mimo to nie mógł całkowicie uwolnić się od swoich obowiązków zawodowych i nieraz pracował do późnej nocy. Ministrowie i sekretarze stanu stawiali się, by zdać sprawozdanie, nieprzerwanie dźwięczał telegraf, a listonosze stale śpieszyli z poczty do zameczku i z powrotem. Kilka linii telefonicznych łączyło to odcięte od świata miejsce bezpośrednio z Berlinem, tak aby monarcha mógł prowadzić konferencje ze swoimi ministrami. Cesarz uwielbiał długie spacery. W Romintach wędrował zupełnie sam przez park lub schodził do wsi i nawiązywał rozmowę z poczciwymi kmieciami pracującymi na swoich polach. Palił przy tym prawie bez przerwy, ale tylko jasny, lekki tytoń holenderski, którego cena nie przekraczała 1 feniga. Podczas dłuższych polowań używał krótkiej fajki, oryginalnie zdobionej emblematami łowieckimi, a w zameczku sięgał też czasem po papierosy.
Prezentacja zrzutów Abwurfparade
Na czas rykowiska wszyscy pracownicy, włączając w to praktykantów i referendarzy, spieszyli do kniei. Obserwowali niemal każdą linię w kniei i każdy dukt, a nadleśniczy na bieżąco otrzymywał szczegółowe raporty o przemieszczaniu się byków. Jeżeli wymagało tego ukształtowanie terenu, kopano rów, którym monarcha mógł podejść w pobliże areny rykowiska. Na brzegu lasu, między dwoma potężnymi drzewami, stawiano parawan z gałęzi, który miał zapobiec spłoszeniu chmary. Resztki takiego „okopu” widoczne są do dziś w miejscu gdzie stoi głaz upamiętniający strzelenie przez Cesarza … dwutysięcznego byka. ( por. Łowiec Polski nr 11/2014, Bartosz Marzec)
Ambona zbudowana dla Cesarza w Nadleśnictwie Gołdap. Z tej ambory Cesarz strzelił swojego dwutysięcznego byka. Strzelec dochodził do niej wykopanym rowem, a obudowane deskami boki drabiny czyniły go niewidzialnym dla zwierzyny (Łowiec Polski nr 11/2014)
Kamień upamiętniający strzelenie dwutysięcznego byka z ambony
To chyba najbardziej znany głaz postawiony dla Wilhelma II w Puszczy Rominckiej. Położony jest w oddziale 282, po południowej stronie drogi biegnącej pomiędzy oddziałami 201 i 282. Niegdyś przy głazie rosły dwa czerwone dęby, z których do dziś zachował się tylko jeden. Za głazem zobaczymy specyficzne wgłębienie w ziemi, to rów którym Cesarz podchodził do odbudowanych deskami schodów ambony. Na głazie zobaczymy napis który w tłumaczeniu na język polski brzmi mniej więcej tak: "Darz bór! Z tej ambony jego wysokość Cesarz i Król Wilhelm II 28 września 1912 roku upolował swego dwutysięcznego jelenia szlachetnego, kapitalnego czternastaka". Na głazie zobaczymy również ślady po kulach. Według legendy poroże tego jelenia ważyło 7,5 kg. Niestety ambony po tylu latach już nie zobaczymy.
 

Cesarz w Rominten gościł arystokrację całej Europy na corocznych polowaniach. Od 22 września do 2 października 1913 r., Wilhelm II polował w  Rominten po raz ostatni. W ciągu  23 lat łowów w Rominten upolował 327 jeleni. Tam też w miejscach, gdzie upolowano wyjątkowo okazałe egzemplarze, upamiętniano to granitowymi głazami z odpowiednimi napisami. Do dziś zachowało się 15 głazów, z których 6 znajduje się po polskiej stronie puszczy, a dziewięć po stronie rosyjskiej.

 

                                                        awers                                                                                 rewers

Jeden z „głazów Wilhelma”, tzw. Dwustronny, z inskrypcjami na dwu powierzchniach w języku niemieckim, (w tłumaczeniu na polski):
„Stąd Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II 1 października 1904 roku podczas wieczornych podchodów upolował kapitalnego jelenia o 28 odnogach i na pamiątkę tego wydarzenia 3 listopada 1904 roku założył Fundację św. Huberta na rzecz urzędników leśnych Puszczy Rominckiej.”
Napis z drugiej strony brzmi: „Ten kamień postawili swemu najwyższemu myśliwemu Jego Wysokości Cesarzowi Wilhelmowi II z myśliwskim podziękowaniem urzędnicy leśni z Puszczy Rominckiej.” Oddz. 256.


Jeden z „głazów Wilhelma”, tzw. czterodwudziestak (lub Mały), z inskrypcją w j. niemieckim (w tłumaczeniu na polski): „Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II ustrzelił tu 24.9.1900 kapitalnego jelenia o 24. odnogach”. przy linii między oddz. 77 i 136.

Głaz Wilhelma II - W błocie
opis
Hier erlegte Seine Majestät Keiser Wilhelm II, am 23 September 1908 einen kapitalen 20-Ender.
Tutaj Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II upolował 23 września 1908 r. kapitalnego jelenia o dwudziestu odnogach

Głaz Wilhelma II - Pod Dębami

W okolicach miejscowości Żytkiejmy, daleko od szosy przy ledwo widocznej drodze "zrywkowej" znajdziemy głaz "Pod Dębami". Leży on na podmokniętych łąkach i z biegiem czasu przechylił się na lewą stronę, dęby ze względu na podmoknięty teren wyschły, lecz nadal otaczają głaz. Na głazie widnieje napis w języku niemieckim, który brzmi mniej więcej tak: “Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II ustrzelił tutaj 5 października 1903 roku po dwunastokrotnych podchodach kapitalnego jelenia dwudziestaka. Niezrażony Myśliwy ustrzelił tak kilka jeleni.” Poroże tego jelenia było tak piękne że stało się pierwowzorem poroża jednego z jeleni leżących na moście w Romintach (obecnie Rosja). Miejsce jest trudno dostępne, ale warte odwiedzenia.

 

Oprócz Głazów Wilhelma można odnaleźć w puszczy głazy upamiętniające niemieckich pracowników leśnych - nadleśniczych (C.S.W. Reiffa, J. Speck von Sternburga, O. Kahnerta), kamienie przy rzekach z nazwami mostów (Zeidler-Brücke, Leonardt- Brücke), kamień poświęcony córce leśniczego o imieniu Dora , tajemniczy głaz narzutowy z wyrytym imieniem Annita. Przy leśnych drogach i liniach oddziałowych zachowały się dawne, niemieckie słupki oddziałowe z czerwonego granitu, a także kamienne drogowskazy.

Pamięci C.S.W Reiffa

Oberförster Carl Reiff
opis
Hier wurde der Königl. Preuß. Oberförster Carl Fried. Reiff am 19. Juli 1867 von Wildererhand ermorden.
W tym miejscu 19 czerwca 1867 roku został zamordowany przez gang kłusowników nadleśniczy Carl F. Reiff

Pamięci J. Speck von Strenburga

Forstmeister Joseph Speck von Sternburg
opis
Na kamieniu napis:
Forstmeister Joseph Speck von Sternburg 1863-1942
Kamień upamiętniający nadleśniczego Josepha Speck von Sternburg postawiony współcześnie przy Żytkiejmskiej Strudze z inicjatywy Andreasa Gautschi.

Pamięci O. Kahnerta

Oswald Kahnert
opis
An dieser Stelle erschossen Wilddiebe Hilfsförster Oswald Kahnert aus aus Jörkischken am 16. August 1919
Kamień upamiętniający śmierć podleśniczego Oswalda Kahnerta z Jurkiszek, zastrzelonego 16.08.1919 r. przez kłusowników

 

Zeidler Brucke (Most Zeidlera). Głaz przy mostku na Czerwonej Strudze, koło rezerwatu pióropusznika strusiego. Nazwa mostu od nazwiska urzędnika cesarskiego, prawdopodobnie z Rominten

 

Głaz - Leonhardt Brucke (Most Leonhardta)
opis
S.M. Kais. (Seine Majestät Kaiser) Wilhelm II benannte diese Bruecke nach d. Maj. Leonhardt, Kdr. d. Pion. Bat. Nr. 1
Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II nazwał ten most na cześć majora Leonhardta (prawdopodobnie komendanta Pionier-Bataillon Fürst Radziwill (Ostpreußisches) Nr 1 z Królewca

Obelisk Dora - 1913-1926
opis
Dora (1913-1926)
Kamień poświęcony córeczce leśniczego - zmarła właśnie w wieku 13 lat.

Potwierdza to żyjący jeszcze wnuk leśniczego - Dora była jego ciocią.  (info. Jaromir Krajewski). Niektóre źródła mylnie podają, że kamień poświęcony jest psu o imieniu Dora.

Głaz narzutowy z wykutym napisem ANNITA w pobliżu drogi „Kamiennej” biegnącej ze wsi Budwiecie w kierunku granicy państwa. Obwód około 12 m, wysokość około 1,40 m, szerokość około3,2 m i długość około 4,5 m. (fotografie i opisy: https://goldap.org.pl/2014/01/glazy-i-kamienie-w-puszczy-rominckiej

Kamienie Wilhelma po stronie rosyjskiej Puszczy

Pierwszy jeleń Wilhelma II w P. Rominckiej
opis
Hier erlegte Seine Majestät Kaiser und König Wilhelm II am 23 Sept. 1890 den ersten Hirsch in der Romintener Heide einen Zwölfender.
W tym miejscu Jego Wysokość Cesarz i Król Wilhelm II 23 września 1890 roku ustrzelił pierwszego jelenia w Puszczy Rominckiej dwunastaka

Hier erlegte Seine Majestät Kaiser Wilhelm II am 25 Sept. 1896 einen Hirsch von 20 enden.
Tu Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II na 25 września 1896 r. ustrzelił jelenia dwudziestaka

An dieser Stelle erlegte Seine Majestät Kaiser Wilhelm II einen Hirsch von ungerade 44 enden auf von Abendpursch am 27 Sept. 1898.
W tym miejscu Jego Cesarska Mość Cesarz Wilhelm II na wieczornym polowaniu położył jelenia z 44 odrostkami 27 września 1898 r.

Hier erlegte Seine Majestät Keiser und König Wilhelm II am 25 Sept. 1901 hundertsten Hirsch in der Rominter Heide einen ungeraden Zwölfender
W tym miejscu Jego Wysokość Cesarz i Król Wilhelm II ustrzelił 25 września 1901 r. swego setnego jelenia w Puszczy Rominckiej, nietypowego dwunastaka

Dieser Stelle hier erlegte Seine Majestät der Kaiser und König Wilhelm II am 30 September 1902 am Tage allerhöchste eines 30 jährigen Jägerjubiläums auf der Frühpursche einen Doublette auf zwei starke Hirsche einen zwölfenden und einen zuruckgesertzen ungeraden Zehnenden.
W tym miejscu Jego Cesarska Mość Cesarz i Król Wilhelm II świętując 30 lecie polowań, położył dnia 30 września w 1902 roku, dwa okazałe jelenie, jednego dwunastaka, drugiego dziesiątaka z odrostkami odgiętymi do tyłu

Auf diesem Hirschwechsel erlegte Seine Majestät Keiser Wilhelm II folgende kapitalhirsche:
am 3.10.1903 einer 14 Ender,
          3.10.1905  ’’      16 ’’
          2.10.1907  ’’      16   ’’
          7.10.1908  ’’     14   ’’
W tym miejscu jego wysokość Cesarz Wilhelm II upolował następujące kapitalne jelenie:
3 października 1903 r. (czternastak),
3 października 1905 r. (szesnastak),
2 października 1907 r. (szesnastak),
i 7 października 1908 r. (czternastak)

Hier erlegte Seine Majestät Kaiser Wilhelm II am 30 September 1909 auf von Abendpursche einen KapitalHirsch von 22 enden.
Tutaj Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II upolował 30 września 1909 r. na wieczornym polowaniu kapitalnego jelenia o dwudziestu dwu odnogach

Hier erlegten Seine Majestät der Kaiser und König Wilhelm II am 30 September 1912 am Tage allerhöchstseines 40 jährigen Jägerjubiläums das 70846 Stuck Wild einen starken Hirsch von 18 Enden.
Tu 30 września 1912 w dniu jubileuszu 40 lat myślistwa, w których upolował 70846 sztuk zwierzyny, Jego Wysokość Cesarz i Król Wilhelm II ustrzelił okazałego osiemnastaka

Udało się ustalić położenie 15 kamieni Wilhelma (6 po stronie polskiej i 9 po stronie rosyjskiej). Być może nie jest to jeszcze lista zamknięta. Wiele kamieni szczególnie po stronie rosyjskiej zostały odnalezione w ostatnich latach. Po rosyjskiej stronie znajduje się najstarszy z pamiątkowych kamieni, ustawiony niedaleko dawnego dworku myśliwskiego kamień upamiętniający  księcia Fryderyka Karola Pruskiego, który polował w Romintach w latach 1869-1884.

Dem Andenken des Prinzen Friedrich Carl von Preussen. Hier Stand die Försterei Theerbude in welcher dieser edle Waidmann wohnte wenn er zur Pürsche in Rominten weilte, 1869-1884.  
Ku pamięci księcia Fryderyka Karola Pruskiego. Tu stała leśniczówka Theerbude w której mieszkał ten szlachetnie urodzony leśnik gdy przebywał na polowaniu w Romintach w latach 1869-1884.

Drogowskaz w Tollmingen Чистые Пруды
Na kamieniu napisy
Na Goldap przez Warnen  3 mile
Na Goldap przez Iszlaudzen 3 mile
Pillupöhnen - 3 mile

               

Warto przedstawić kilka fotografii z cesarskich polowań w Puszczy Rominckiej, zwłaszcza zdjęcia ogromnych poroży byków strzelanych przez Wilhelma II. Są one unikatowe i pochodzą z książki Andresa Gautschi pt. "Wilhelm II. und das Waidwerk".

 

Wilhelm II strzelał dobrze mimo kalectwa i to nawet na dystans 300 metrów. Chętnie pozował do fotografii przy ubitym zwierzu, często przyjmując pozę zwycięzcy np. z nogą na ubitej sztuce. Upolowane byki malował także wybitny malarz animalista Richard Friese (1854 – 1918).


Cesarz odwdzięczał się za upolowame jelenie. Leśniczy, na którego terenie Cesarz strzelił byka, otrzymywał na pamiątkę gipsowy odlew poroża. Kolejna kopia wieńca, wykonana w drewnie, trafiała do myśliwskiego pałacu w Rominten, natomiast oryginały zawsze wyjeżdżały do Berlina. W 1904 r. Cesarz strzelił ośmiodwudziestaka. Wspaniałego jelenia posiadającego wieniec o 28 odnogach Cesarz upolował podczas polowania w lasach Rominten. Zwierzę ważyło 374 funty, odległośc pomiędzy końcami tyk (rozłoga) wynosiła 1,32 m.  Nadleśniczemu który, podprowadził Cesarza na wspaniały okaz jelenia, Cesarz kazał wypłacić 500 marek nagrody. Prócz tego ofiarował 28 000 marek (po 1000 marek za każdą odnogę wieńca) gminie Rominten na wsparcie dla wdów i sierot.


Jaki był wówczas stan jeleni w Puszczy Rominckiej? W sierpniu 1912 r. na 24 tys. ha lasu doliczono się 1683 sztuk, przy czym stosunek byków do łań wynosił 1,1 : 1. Wiemy też, że podczas rykowiska w 1911 r. Cesarz położył 24 byki, w 1912 r. – 20, a w 1913 r. – 16. Wtedy też po raz ostatni przebywał w Rominten. Rok później wybuchła I Wojna Światowa. Niestety, zdecydowana większość z blisko 300 wieńców zdobytych przez Cesarza w Puszczy Rominckiej spłonęła. Do dziś przetrwało tylko około 20. (por. Łowiec Polski nr 11/2014, Bartosz Marzec)

 

Powszechnie wiadomo, że Cesarz gustował w prostym, żołnierskim jadle. Bywający w Rominten Alfred von Tirpitz, niemiecki admirał, w „Pamiętnikach” wydanych w 1920 r. wspomina, że ulubionym daniem Cesarza był „Rominter Jagdpastete”. W dokładnym tłumaczeniu oznacza to”romincki pasztet myśliwski”, jednakże każda osoba parająca się choć trochę kucharzeniem stwierdzi, że był to rodzaj zapiekanki.
"Była ona przygotowywana w sposób następujący: dwa solone śledzie pozostawiano na noc w mleku, które należało raz wymienić na nowe. Śledzie obierano ze skóry, filetowano i krojono w drobną kostkę. Około trzydziestu bogatych w skrobię ziemniaków ugotowanych w garnku po wystudzeniu cięto na równe plastry. Dwie cebule, 750 gramów szynki wraz z boczkiem krojono w kostkę. Produkty wkładano do blaszanej formy lub do gładkiego, ogniotrwałego gliniaka, przedtem smarując je wewnątrz masłem.
Na dnie naczynia wstępie układano warstwę ziemniaków, następnie szynkę, śledzie i cebulę przekładając to masłem aż do wypełnienia naczynia. Na górze układano warstwę ziemniaków . Polewało się to gęstą śmietaną roztrzepaną z odrobiną pieprzu i soli, i piekło przez godzinę w gorącym piekarniku. W przypadku braku śmietany, użyć można było sosu beszamelowego".
Admirał von Tirpitz był niewątpliwie wielkim politykiem i admirałem, czy daje to nam jednak gwarancję, że dokładnie spisał recepturę? Nie gwarantujemy niezapomnianych walorów smakowych ponieważ nie przetestowaliśmy przepisu, traktując go jako ciekawostkę.

Ogromnym wydarzeniem było strzelenie przez Wilhelma II byka z czterdziestoma czterema odnogami na wieńcu jelenia. Świadkiem tego polowania był Julian Fałat, który opisał te polowanie w swoich "Pamiętnikach". Pisownia oryginalna: "Najważniejszym wypadkiem polowania w Rominten było zabicie jelenia, mającego na rogach czterdzieści cztery kończyny (Vierunvierzigender). Stanowiło to wielkie ewenement w świecie myśliwskim i Cesarz kazał wiadomość o tym roztelegrafować na wszystkie strony. Dla mnie to również było przyjemne, gdyż na tę wyprawę towarzyszyłem Cesarzowi wraz z sympatycznym bardzo ekselencją Hollmanem, o którym Cesarz mawiał, że szczęście mu przynosi. Uprzedzeni przez forstmeiera danego rewiru o niezwykłości tego okazu, ujrzeliśmy go z bliska na polance, w późny, bardzo mglisty wieczór; mgła podnosiła sylwetkę jelenia pod jaśniejącym jeszcze niebem. Byłem razem z Cesarzem, podczas gdy Hollman wraz ze strzelcem zostali na krawędzi lasu. Cesarz strzelił na odległość 50 metrów. Jeleń zaznaczył dobrze, ale miał jeszcze dość siły, aby wpaść w zagajnik, ciągnący się na parę kilometrów. Mając dobry wzrok, zauważyłem miejsce, w którym jeleń znikł wśrod drzew, więc aby nie stracić tego punktu z oczu, podążyłem wprost ku niemu. Po drodze wpadłem do rowu z wodą, ale nie wyszedłem z kierunku i w odległości jakichś 15 kroków znalazłem jelenia już nieżywego. Radość była wielka; zaraz wysłano umyślnego do zameczku, aby przygotowali szampana na tę intencję. Kiedy wracaliśmy, Cesarz kazał mi usiąść obok siebie, a widząc, że jestem całkowicie przemoczony, zdjął ze swoich kolan ogromne futro z lisów i kazał mi się nim okryć, sam je poprawiając. Ujęło mnie to bardzo. - Na pamiątkę obdarzył Cesarz ekselencję Hollmana i mnie złotymi spinkami ze swoimi inicjałami". (...).

Złom wręczany na kordelasie bądź  kapeluszu był zwyczajem znanym z XIX – wiecznych opisów autorstwa Juliana Fałata, towarzyszącego Cesarzowi Wilhelmowi II w polowaniach w Hubertusstock i Rominten.
Po jednym z wyjazdów w łowisko mistrz pędzla napisał: "Po strzale zbliżamy się wszyscy do zabitego jelenia. Cesarz zwykle pierwszy ogląda skutki strzału i ocenia jelenia, czy zasługuje na „ein kapitalhirsch”. Forsmeisterster obcina tymczasem gałązkę świerku lub dębiny i salutując, podaje ją na kordelasie Cesarzowi, który zatyka tę oznakę zwycięstwa za wstążkę kapelusza."

Cesarz z bykiem, którego strzelił 28 września 1898 r. Poroże miało 44 odnogi.

Byk posiadał na obu tykach 44 odnogi

Pocztówka upamiętniająca strzelenie byka o 44 odnogach

Fotografia byka, który nazywał się "Pascha" i padł z cesarskiej ręki 29 października 1910 r. Poniżej kamień upamiętniajacy to wydarzenie.

 1910-09-29 Pascha
opis
Waidmannsheil. Hier erlegte Seine Majestat der Keiser und König Wilhelm II. den Pascha, einen kapitalen Hirsch von 24 Enden am 29. September 1910.
Darz Bór! Tu Jego Wysokość Cesarz i Król Wilhelm II dnia 29 września 1910 upolował Paszę, kapitalnego jelenia o 24 odnogach 
Tabela przedstawiająca rozwój wieńca, na podstawie zrzutów, byka Pascha.
Z dołu tabeli najpiękniejsze wieńce strzelonych byków rominckich
Byka Pascha (Pasza) namalował Richard Friese
Rominten 1986 r.
Rominten 1986 r.

Rominten 30 września 1912 r.

Cesarz z księciem zu Dohna - Schlobitten

Fotografie z polowania w 1906 r. w Rominten

Abwurfparade – prezentacja zrzutow jeleni

Pierwotnie fotografię podpisałem jako Parade Hirchs - prezentacja wieńców jeleni. Tymczasem Pan Alexander Jakubietz w emailu skierowanym do mnie zwrócł mi uwagę, że jest to prezentacja zrzutów jeleni czyli Abwurfparade. Wg Pana Alexandra "Zwyczaj zbierania zrzutow jeleni jest praktykowany w Niemczech do dzisiaj dla pokazania rozwoju osobnika i przy okazji pochwalenie się potęgą łowiska. Przywłaszczenie sobie zrzutu jelenia w Niemczech jest traktowane jako kradzież i jest karalne". Dziękuję za wyjaśnienie pojęcia i sceny fotograficznej, a mój błąd wynikał z nieznajomości języka niemieckiego. Rzeczywiście po dokładniejszym przyjrzeniu się fotografii widać, że są to zrzuty jelenie.

Rominten - wyjazd Cesarza na polowanie. Na koźle obok woźnicy Forstmeister Joseph Freiherr von Speck zu Sternburg

Forstmeister Joseph Freiherr von Speck zu Sternburg był w Rominten nadleśniczym w latach 1893 - 1924. Jego życie opisał Andreas Gautschi, niestety w języku niemieckim, w książce "Joseph Freiherr Speck von Sternburg".

Obszerne, bo liczące blisko 700 stron wydawnictwo zostało bogato zilustrowane. Znalazły się tu liczne reprodukcje grafiki i malarstwa myśliwskiego, fotografie, a w części obejmującej I Wojnę Światową również mapy. Książka obejmuje ponad 80 lat historii terenów, na których mieszkamy, niestety dostępna jest tylko w języku niemieckim.                                                                                                                                                

Joseph Freiherr Speck von Sternburg. Ein treuer Diener Wilhelms II (Baron Joseph Speck von Sternburg. Wierny sługa Wilhelma II). Nadleśniczy Nadleśnictwa Rominten, którego siedziba mieściła się w Żytkiejmach i obejmowała teren Puszczy Rominckiej.

Głaz z inskrypcją „Forstmeister Joseph Fchr. Speck v. Sternburg 1865–1942” upamiętniający nadleśniczego z Żytkiejm

Nadleśnictwo Rominten

Księżniczka Wiktoria Luiza - Rominty 1907 r. Wiktoria Luiza była bardzo lubiana przez ojca. Często brała udział w jego wyjazdach do Romint, Kadyn i na Korfu.

Rominty 1910 r

Już wtedy chwytano rysie i próbowamo je rozmnażać

Polowania w Puszczy Rominckiej Hermanna Göringa

Podobnie jak w Prakwicach, od 1933 roku, polowania w Puszczy Rominckiej rozpoczął premier Prus Herman Göring. Były to początkowo wizyty na dwa do trzech tygodni w czasie rykowiska. Gdy po ataku hitlerowskich Niemiec na ZSRR sztab Luftwaffe przeniósł się do Gołdapi i Göring miał bliżej, każdą wolną chwilę spędzał w kniei.

 

W latach 30. XX wieku - 1936 r., w epoce Trzeciej Rzeszy, tereny łowieckie w Romintach wzbudziły zainteresowanie Hermanna Göringa. Po nieudanej próbie zajęcia cesarskiego pałacu w Romintach (Wilhelm II nie wyraził zgody) kazał wybudować dla siebie drewniany dwór myśliwski, nazywany Reichsjägerhof Rominten, Jägerhof Rominten lub Emmyhall (od imienia drugiej żony Göringa, Emmy Göring), zaprojektowany przez niemieckiego architekta Friedricha Hetzelta (1903–1986), mający imitować starogermańską siedzibę książęcą, położony na wysokim brzegu rzeki Rominty. Znajdował się on ok. 2 km na północ od dawnej rezydencji cesarskiej. Budowę rozpoczęto w 1935 roku i obiekt oddano do użytku 26 września 1936 roku.

Aby ułatwić Göringowi dojazd do rezydencji, wybudowano przeznaczoną specjalnie dla niego niewielką stację kolejową w miejscowości Eichkamp (przed 1938 rokiem Schackummen, obecnie Jemieljanowka), w odległości ok. 10 km na północny-wschód od Romint, gdzie dojeżdżał swoim pociągiem specjalnym "Azja" (niem. Sonderzug "Asien"), przemianowanym 1 lutego 1943 roku na "Pomorze I" (niem. Sonderzug "Pommern I"). Właściwie Herman Göring miał do dyspozycji dwa pociągi: Asien oraz od 1 lutego 1943 roku Pommern I. Sztab Luftwaffe przebywający w pobliżu miejsca pobytu marszałka Göringa dysponował pociągiem specjalnym Robinson (od 1 lutego 1943 roku Pommern II). Pociągi specjalne, stale gotowe do wyjazdu, stacjonowały pod parą na dwóch stacjach kolejowych: Eichkamp oraz Kumiecie Wielkie. Po śmierci Wilhelma w 1941 r. Göring jednak zmusił  spadkobierców Cesarza by mu  sprzedali  cesarski dworek myśliwski - (żródło: Tomasz Krawczyk).

Stacja Kumiecie: 19.08.1943; pociąg specjalny „Pommern-I” lub „Pommern-II” przy charakterystycznym, drewnianym peronie stacji; w dali widoczny maszt z flagą opuszczoną do połowy z powodu śmierci gen. Hansa Jeschonka (fot.: Eitel Lange)

 

Przed wybuchem II wojny światowej gośćmi rezydencji byli m.in. Car Bułgarii Borys III, polski ambasador Józef Lipski i brytyjski ambasador sir Neville Henderson. Rominty odwiedził również Adolf Hitler. Niektóre źródła podają, że na początku lutego 1940 roku w dworze Göringa w Rominatch spotkali się Heinrich Himmler, Reichsführer-SS, i Ławrientij Beria, szef NKWD; prowadzili tam tajne rozmowy na temat współpracy Gestapo i NKWD w eksterminacji społeczeństwa polskiego i zwalczaniu polskiego ruchu oporu. W spotkaniu tym uczestniczył gauleiter Prus Wschodnich Erich Koch.
W drugiej połowie 1940 roku Göring koordynował z Romint działania niemieckiego lotnictwa w czasie bitwy o Anglię W 1941 roku, po ataku Niemiec na ZSRR, Rominty stały się jego kwaterą główną na froncie wschodnim; dwór był wyposażony w bunkier zabezpieczający przed atakiem z powietrza, zbudowany w 1940 roku. Była to jedna z części systemu niemieckich kwater dowódczych współpracujących z kwaterą główną Hitlera w Wilczym Szańcu koło Kętrzyna, rozlokowanych w Prusach Wschodnich. W odległości ok. 14 km na południowy-zachód od rezydencji Göringa, w lesie Kumiecie koło jeziora Gołdap, znajdowała się kwatera główna dowództwa Luftwaffe o nazwie "Robinson" (niem. Oberbefehlshaber der Luftwaffe-Hauptquartier).
W latach 1936–1942 ochroną rezydencji Göringa zajmował się Batalion Wartowniczy Pułku "General Göring" (niem. Wach-Bataillon des Regiment General Göring). W 1942 roku został on przekształcony w Pułk Wartowniczy "Hermann Göring" (niem. Wachregiment Hermann Göring), a w kwietniu 1944 roku w Pułk Przyboczny "Hermann Göring" (niem. Begleit-Regiment Hermann Göring). Była to jednostka naziemna Luftwaffe o sile jednego batalionu, wyposażona w broń przeciwlotniczą, składająca się z grenadierów pancernych. 24 września 1944 roku Pułk Przyboczny "Hermann Göring" został rozformowany i na jego bazie utworzono 4 Pułk Pancerno-Spadochronowy "Hermann Göring" (niem. Fallschirm-Panzergrenadier-Regiment 4 Hermann Göring), o sile 2 batalionów, który w listopadzie 1944 roku przemianowano na 1 Pułk Pancerno-Spadochronowy "Hermann Göring" (niem. Fallschirm-Panzergrenadier-Regiment 1 Hermann Göring) i powiększono do 3 batalionów.
1 sierpnia 1944 roku, w związku ze zbliżaniem się frontu, Göring wydał rozkaz podjęcia przygotowań do zniszczenia dworu myśliwskiego w Romintach i dawnego pałacyku Wilhelma II. Po raz ostatni przebywał w dworze 16 października 1944 roku; według niemieckich historyków Volkera Knopfa i Stefana Martensa rezydencja została podpalona i zniszczona w dniu 20 października 1944 roku (tzw. "Akcja Ogień Świętojański", niem. Aktion "Johannisfeuer", obejmująca również zniszczenie kwatery "Robinson"). Pałacyk Wilhelma II nie został zniszczony, podobnie jak dom nadleśniczego przy rezydencji Göringa.
W nocy z 21 na 22 października 1944 roku wieś Rominty została zdobyta przez oddziały 18 Gwardyjskiej Dywizji Strzeleckiej Armii Czerwonej, wchodzącej w skład 11 Armii Gwardii (3 Front Białoruski). Ze źródeł rosyjskich wynika, że przed nadejściem regularnych oddziałów Armii Czerwonej rezydencję Göringa opanowali zwiadowcy radzieckiej specjalnej grupy dywersyjno-wywiadowczej "Maksim", podlegającej 3 Oddziałowi (dywersyjnemu) Zarządu Wywiadu 3 Frontu Białoruskiego, przerzuconej 17 sierpnia 1944 roku na tyły linii niemieckich w Prusach Wschodnich. 27 października 1944 roku radziecki dziennik "Krasnaja Zwiezda", oficjalny organ Ministerstwa Obrony ZSRR, pisał, że rezydencja Göringa została zdobyta przez wojska radzieckie w stanie nienaruszonym. Rosyjskie źródła podają, że 2 listopada 1944 roku zwiadowcy radzieccy działający w Puszczy Romnickiej zameldowali przez radio, że odnaleźli rezydencję Göringa, i poinformowali, że "najbardziej wartościowe rzeczy wywieziono, wyłączono telefony i zdjęto ochronę". Później linia frontu ustabilizowała się i aż do rozpoczęcia przez Armię Czerwoną operacji wschodniopruskiej w styczniu 1945 roku przebiegała w odległości ok. 5 kilometrów na zachód od wsi Rominty. Według niektórych źródeł rosyjskich rezydencja Göringa nie została spalona i rozlokował się w niej sztab radziecki. Faktem jest, że obiekt uległ całkowitemu zniszczeniu i kto to zrobił nie wiadomo.

Ruiny Jagerhof

Historia budowli

Jagerhof w budowie - 1935 r.

Makieta obiektu

Gabinet Göringa

W 1938 roku Puszczę przekształcono w państwowy rewir łowiecki. W tym okresie liczebność i jakość rominckich jeleni osiągnęły najwyższy poziom (około 1500 sztuk), a ustrzelony byk "Matador" miał poroże rekordowe w skali światowej. W puszczy prowadzono prace nad odtworzeniem populacji tura. Warto przybliżyć tę historię ponieważ jest mało znana. Materiał powstał na podstawie artykułu pt. Bydło Hecka autorstwa Piotra Gulińskiego i Ewy Salamończyk (Przegląd Hodowlany nr 2/2016) oraz Piotra Bajko pt. "Bawoły" w Puszczy Białowieskiej (31 sierpnia 2016 by czasopis.pl).

 

Tur swoją siłą, wielkością i "trudnym charakterem" imponował już starożytnym, a jego zabicie uznawano za akt odwagi. Tura upamiętniają nie tylko malowidła naskalne we Francji, ale i folklor Teutonów, czyli jednego z ludów germańskich. Nic dziwnego, że Hitler zafascynowany germańska mitologią i próbami stworzenia rasy panów postanowił wskrzesić dzikiego przodka bydła. Zadania tego mieli podjąć się na jego rozkaz bracia Lutz i Heinz Heck – znani zoolodzy, a zarazem dyrektorzy największych niemieckich ogrodów zoologicznych. W efekcie kojarzenia różnych ras bydła, po kilku latach powstało zwierzę „turopodobne” znane dzisiaj jako bydło Hecka. O ile jednak rasa ta wyglądem przypomina tura, o tyle genetycznie ze swoim dzikim przodkiem ma mało wspólnego. Bydło to jest dziś ozdobą kilkunastu safari parków i prywatnych hodowli w całej Europie.

Z lewej Heinz Heck, z prawej Lutz Heck. W srodku ich ojciec Ludwig

W 1920 roku niemieccy zoologowie, bracia Heinz i Lutz Heck, rozpoczęli próby odtworzenia tura. Obydwaj byli dyrektorami ogrodów zoologicznych – Lutz w Berlinie, Heinz w Monachium, a ich ojciec prowadził badania na żubrach. Zwłaszcza Lutz Heck był pod wielkim urokiem romantycznych mitów zawierających opisy walk wielkich bestii z bohaterami germańskimi. Zabiegał o przychylność Göringa, jednego z twórców i głównych postaci III Rzeszy, jako najlepszego kandydata na mecenasa i sponsora programu odtworzenia tura. Bracia Heck pracowali oddzielnie, jeden w Berlinie, drugi w Monachium. Tylko program realizowany w Monachium przetrwał II wojnę światową. Gdy w 1933 roku w Niemczech władzę przejmowali poplecznicy Hitlera Lutz Heck błyskawicznie związał swój los i swój projekt odtworzenia tura z partią nazistowską. Potężne, pierwotne zwierzę, które słynęło z dzikiego i agresywnego usposobienia błyskawicznie zawładnęło wyobraźnią wielkiego łowczego Rzeszy, Hermana Göringa. Jako jeden z najwyżej postawionych dworzan Adolfa Hitlera uczynił z myślistwa niemal narodowy sport, wplótł je do ideologii rasowej, propagował na każdym kroku. A cóż lepiej pasowało do zmitologizowanej wersji pierwotnych aryjskich myśliwych niż potężny i agresywny tur? Wielu naukowców oczywiście podśmiewało się z doświadczeń Hecków. Jednak po dojściu nazistów do władzy (1933 r.) patronat nad tymi eksperymentami objął marszałek Hermann Göring, naczelny łowczy III Rzeszy. Prace nad odtworzeniem tura nabrały przyspieszenia, finansowane były ze specjalnego funduszu SS. Nazistowski aparat władzy dopatrywał się w "odtworzonym turze" symbolu germańskiej siły. Göring szykował się już do polowań na "tura". Kilkakrotnie zapraszał Lutza Hecka na łowy do Puszczy Rominckiej.

Z prawej Lutz Heck na polowaniu z Göringiem

Projekt odtworzenia tura oparty był na założeniu, że gatunek nie wyginął tak długo, jak długo żyją wszystkie jego geny, a geny tura są nadal obecne w populacjach różnych ras bydła. Na drodze krzyżowania i selekcji bracia Heck chcieli otrzymać zwierzę posiadające wszystkie pierwotne cechy typowe dla tura. Miał to być zrekonstruowany fenotypowo wizerunek dzikiego gatunku, także pod względem behawioru. Poprzez krzyżowanie szeregu prymitywnych ras europejskich udało się wytworzyć zwierzęta nazywane „bydłem Hecka”, „odtworzonym turem” lub ”krowami Hitlera”. W eksperymencie, łącznie na różnych jego etapach, udział wzięło 15 ras bydła pochodzących z Hiszpanii, Francji, Korsyki, Węgier i Wielkiej Brytanii. W 1932 roku urodził się pierwszy buhaj tej rasy, o imieniu Glachi.

Zwolennicy bydła Hecka uważają, że rezultaty uzyskane w ośrodku w Berlinie i w Monachium były identyczne. W rzeczywistości wyhodowane bydło nie było do siebie podobne. W zasadzie wyglądem przypominało tury z czasów paleolitu, miało olbrzymie rogi i dymorfizm płciowy w umaszczeniu, ale było mniejsze i niższe w kłębie. Miało też niewiele wspólnego z pradawnym, wymarłym królem puszczy. Było chorowite, miało kruche kości, brak mu było siły i umiejętności przetrwania – wymagało karmienia przez człowieka. To należało zmienić. Jesienią 1938 roku stado przewieziono do pruskiego rezerwatu leśnego Rominten, należącego do Göringa, i wypuszczono na wolność. Z relacji mieszkańców wiadomo, że zwierzęta były bardzo agresywne, atakowały ludzi przychodzących do lasu. Podobno Göringa najbardziej drażnił fakt, że przeszkadzały w dokarmianiu jeleni. Lutz Heck wziął się też za żubry, które wydały mu się nieco zdegenerowane. Postanowił dodać im nieco witalności poprzez krzyżowanie z bizonami. Nad żubrem zawisło poważne niebezpieczeństwo. Po pewnym czasie okazało się, że uzyskane w Schorfheide krzyżówki nie wyglądają ani jak żubry, ani jak bizony. Heck oddzielił więc samice krzyżówek i jeszcze raz krzyżował je z samcami żubrów. W końcu stado żubrów i krzyżówek urosło do 200 sztuk. Heck, choć nie było do tego żadnych powodów, triumfował, twierdził że "pragermańskie zwierzę" zostało odtworzone.

Bydło Hecka

Wystawa łowiecka Berlin 1937 r. Makieta Puszczy Białowieskiej. Pierwszy z lewej Lutz Heck. Pierwszy z prawej Hermann Göring

W styczniu 1942 roku Lutz i Heinz Heckowie przyjechali do Białowieży, gdzie zainteresowali się prowadzoną tutaj od 1936 roku przez prof. Tadeusza Vetulaniego regeneracją tarpana leśnego. W rezultacie tej wizyty, do Niemiec wywieziono w latach 1942-1944 aż 32 koniki, które trafiły do ogrodów zoologicznych w Berlinie, Monachium i Królewcu. W 1942 roku, po zajęciu przez Niemców wschodnich obszarów Europy, "pseudotury" przetransportowano z Puszczy Rominckiej i wypuszczono na wolność w Puszczy Białowieskiej. W zamysłach hitlerowców Puszcza Białowieska, po połączeniu z Puszczą Augustowską i Puszczą Knyszyńską, miała stanowić największy na świecie naturalny obszar leśny. Puszcza miała być całkowicie dzika i pierwotna – wstęp do niej mieli mieć tylko nazistowscy myśliwi. Dlatego właśnie po zajęciu Polski znalazła się w granicach Rzeszy, a nie w Generalnym Gubernatorstwie. Dzikie bydło błyskawicznie zaadaptowało się do nowych warunków. Zwierzęta przetrzymywały bez dokarmiania mroźne zimy. Liczne było także potomstwo, pojawiające się w kolejnych latach. Niestety nie zachowały się żadne fotografie przedstawiające bydło Hecka w Puszczy Białowieskiej. Zatem do Puszczy Białowieskiej, uważanej przez nazistów za "najlepiej zachowany starogermański las", przywieziono w 1942 roku pierwszą partię fałszywych turów. Później trafiały tutaj prawdopodobnie kolejne sztuki, zarówno samce jak i samice. Zwierzęta te trzymały się głównie północnej części Puszczy. Dobrze się czuły w puszczańskim środowisku. Miały pod dostatkiem soczystej trawy. Wychodziły często na łąki, które nie były koszone, gdyż większość okolicznych wsi została wcześniej przez Niemców spacyfikowana.

Uważa się, że Sowieci wybili po wojnie całe stado, kończąc nazistowski wysiłek wskrzeszenia tura, choć okoliczni mieszkańcy jeszcze w 1946 roku widywali pojedyncze sztuki tego bydła. Pod koniec wojny utracono kontrolę nad bydłem Hecka. Pomimo braku jakiejkolwiek opieki, potrafiło ono jednak samodzielnie przetrwać. Mieszkańcy Puszczy Białowieskiej nie bardzo wiedzieli, co to są za zwierzęta. Ktoś rzucił nazwę "bawół", inni ją podchwycili i tak już zostało. O "bydle Hecka" w owym czasie na tym terenie nikt nie wspominał. Nic też nie wiedziano o eksperymentach dokonywanych przez braci Hecków. Ci, którzy podczas okupacji pracowali w administracji leśnej, mówili tylko tyle, że zwierzęta te przysłał do Puszczy Göring. Tutejsi mieszkańcy zaczęli kłusować na "bawoły" już pod koniec okupacji niemieckiej. Zwierzęta nie były płochliwe, na widok człowieka nie uciekały, tak jak np. jelenie. Broń kłusownicy przechowywali w lesie owiniętą w jakąś szmatę w dziupli w drzewie. Mięso tego dziwnego zwierzęcia było podobno bardzo smaczne. Solono je i przechowywano w drewnianych beczułkach, nazywanych na tym terenie "raszkami". Obecnie, w Holandii znajduje się ok. 600 sztuk bydła Hecka, niewielkie stada utrzymywane są w pobliżu Berlina, Jeny i Auerbach na terenie Niemiec, a także we Francji, Anglii i innych krajach. W Polsce znajduje się jedno stado w Dobrosułowie w woj. lubuskim. Stado to liczy 45 sztuk, a zostało zakupione przez właścicieli w Niemczech.

Podczas II wojny światowej Heck wziął udział w grabieży warszawskiego ZOO, najcenniejsze okazy zwierząt zabierając do niemieckich ogrodów zoologicznych. Był członkiem SS i zagorzałym nazistą. Zmarł  6 kwietnia 1983 r. w Wiesbaden.

Warszawskie ZOO, które, gdyby nie wybuchła była wojna, byłoby w 1940 roku gospodarzem kongresu Międzynarodowego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych, poważnie ucierpiało nie tylko od bombardowania, ale i od wywiezienia rzadkich okazów do ogrodów zoologicznych w Niemczech. Heck szybko wysłał słoniczkę Tuzinkę do Królewca, wielbłądy i lamy do Hanoweru, hipopotamy do Norymbergi, konie Przewalskiego do Wiednia, a rysie i zebry do Schorfheide. Podczas pierwszej zimy okupacji, pomimo obietnic Hecka, kilku gestapowców nie powstrzymało się przed grasowaniem na terenie ZOO i polowaniem na resztki zwierzyny.

Tur uznawany był za symbol germańskiej potęgi, nawiązywał do czasów starożytnych, w których Germanię pokrywały ciemne puszcze. Jego postura, siła i dzikość imponowały nazistom. Misja odtworzenia tura polegała na przywołaniu go do życia nie za pomocą sklonowania próbek zachowanych sprzed lat, ale dzięki genetycznym krzyżówkom istniejących jego krewnych, czyli bydła. W rezultacie Lutz Heck uzyskał stado zwierząt bardzo podobnych wyglądem do dawnych turów. Bydło Hecka wyglądało jak tury, ale w gruncie rzeczy genetycznie nie różniło się od pastwiskowych krów. Jednak zewnętrzne podobieństwo daje wyobrażenie jak wyglądało to mityczne zwierzę. Bydło Hecka miało w kłębie wysokość (buhaje) 1,6 metra a tury 2 metry. Już to prównanie uzmysławia nam moc turów.

.

Bydło Hecka

Tur (Bos primigenius) był jednym z największych zwierząt jakie kiedykolwiek zamieszkiwały Europę. Jego wygląd i biologię odtworzono częściowo dzięki bogatej dokumentacji historycznej, zapiskom starożytnym i średniowiecznym, rysunkom oraz analizie materiałów kostnych z wykopalisk. Cechował go wyraźny dymorfizm płciowy: samce były znacznie większe od samic i miały silnie rozwinięte rogi. Dorosły samiec osiągał do 3 metrów długości i 2 metrów wysokości, ważył 800-1000 kg. Miał muskularny kark i dość masywny przód ciała. Duże, ostro zakończone rogi rosły na boki i ku przodowi, a ich czarne końce były lekko zawinięte do góry. Samiec tura prawdopodobnie był czarny, a po jego grzbiecie biegła jasna pręga. Na głowie miał coś, co przypominało rudą czuprynkę.

Porównanie zrekonstruowanego wyglądu tura (na górze) i bydła Hecka (na dole). Choć bydło Hecka jest nieco mniejsze, ale równie silne i muskularne jak tury. Jak widać bracia Heck rozminęli się dość mocno z oryginałem.

 

Herman Göring, dowódca Luftwaffe, Łowczy III Rzeszy, od 1940 roku Marszałek III Rzeszy znany był z wystawnego trybu życia, Herman Göring, urządzał tutaj prawdziwe uczty. Przede wszystkim jednak polował. Strzelił tutaj legendarnego byka „Matadora”. Za jego czasów Puszcza była właściwie tylko do dyspozycji Göringa. Polował w niej nawet na dwa dni przed wejściem wojsk radzieckich.

W aranżowaniu wnętrza brał udział sam Goring

 

Przygotowanie do przyjęcia w Reichsjagerhof 

Narada z udziałem Goringa

Oto kilka fotografii z polowań Hermanna Göringa w Rominten. Pełno w nich symboliki faszystowskiej, jakże obco wyglądającej na polowaniu.

Abwurfparade – prezentacja zrzutow jeleni

Wiernym towarzyszem łowów Göringa był Walter Frevert (1897–1962), ostatni niemiecki nadleśniczy Puszczy Romnickiej - na fotografii pierwszy z lewej.

Walter Frevert

Na przedwiośniu leśnicy wędrowali kilometrami, by znaleźć zrzucane przez jelenia poroża. Na ich podstawie Göring razem z przybocznym łowczym Walterem Frevertem oceniali, czy jesienią, w czasie rykowiska, konkretny byk będzie miał poroże nadające się na trofeum Łowczego Rzeszy. Oberforstmeister Walter Frevert był wybitnym znawcą w tej dziedzinie. W pamięci Polaków zapisał się jednak  jako zajadły nazista i zbrodniarz hitlerowski.

'

Wiktor Frevert w 1959 r.

Na wiosnę 1941 roku Reichsjägermeister Göring wydal rozkaz powiększenia o 100.000 ha powierzchni Puszczy Białowieskiej z jej przeznaczeniem początkowo na Reichsjagdgebiet, później na regularny Staatsjagdrevier - państwowy obszar łowiecki. Aby tego dokonać zniknąć musiało kilkadziesiąt wiosek z wewnętrznego i przygranicznego obszaru Puszczy. Na czele akcji niszczenia wiosek stanął major Oberforstmeister Walter Frevert. Tylko w okresie od 25 do 31 lipca 1941 r. spalono 34 wioski i przepędzono 6000 ludzi. Stojący do dyspozycji Freverta  Polizeibataillon 322 zastrzelił wszystkich Żydów - mężczyzn, pozostałych deportowano. Do lata 1942  r. zniszczono 116 wiosek i zastrzelono 900 osób. Prokuratura wszczęła w związku z tymi wydarzeniami śledztwo w 1971 r. Niestety za późno. Ponieważ Frevert zmarł w 1962 r. Śledztwo umorzono.                                                                                                                         

 

Jak już wspomniałem Hermann Göring strzelił, 22 września 1942 r., właśnie w Rominten byka "Matadora", który wówczas był rekordem świata w punktacji CIC. Był to dwudwudziestak o wadze wieńca 11,6 kg., obwód róży 27,7 cm. i długości tyki 113,7 cm.

Z "Matadorem"

"Matador"

                                                    Matador - obraz namalował Gerhard Loebenberg                                                         

W ten sposób opisywano na czerepie byki strzelone przez Marszałka Rzeszy. "Matadora" ...

... i "Odina"

Srebrny kubek upamiętniający strzelenie byka o imieniu "Gigant"

Z żoną Emmą podziwia strzelone byki

Sceny z polowań "Grubego Hermanna"

                                                                                                 

Łowczy Rzeszy polował z ekspresem kalibru 8 x 75R oraz repetierem systemu Mauser 98 kalibru 9,3 x 70 Magnum, wykonanym przez berlińskiego rusznikarza Ludwiga Schiwy`ego. Strzelał tylko do byków obustronnie koronnych. Za łowne uważano wówczas wieńce o wadze powyżej 7 kg. Selekty łaskawie pozostawiał swoim gościom. Jak mocno przeżywali polowania Göringa podprowadzający opowiada historia opisana przez Pana Bartosza Marzec w Łowcu Polskim nr 14/2014 r. Opowiada jeden z podprowadzających Helmut Ziebell:

 

"Byka o imieniu Starangolis, dwudwudziestaka, otropiono w uroczysku Dziki Kąt, pośrodku leśnej uprawy. Ziebell, który był podprowadzającm wszedł z feldmarszałkiem do środka młodnika, a Wili Schade - leśniczy i asystent Göringa do spraw łowieckich, pozostał na skrzyżowaniu śródleśnych dróg. Kiedy buchnął drugi strzał, Schade padł na dukt. "Przecież dziś rano przystrzelałem broń" - krzyczał. Obawiał się, że Göring spudłował, a gniew niefortunnego strzelca skupi się na nim. Tymczasem feldmarszałek dostrzelił byka i z młodnika wyszedł w doskonałym humorze. Nic dziwnego bo wieniec ważył 9 kg., obwód róż wynosił 27,3 cm, a długość tyk - 98,5 cm. [ ... ]

Göringowi wydawało się, że jest wszechwładny. Jako Łowczy Rzeszy osobiście zatwierdzał prawo łowieckie, a później je łamał. Nie dbał np. o to, że sezon łowiecki na jelenie byki kończy się 31 stycznia i 9 lutego 1936 r., nieopodal Warnen w Puszczy Rominckiej (obecnie Oserki w obwodzie kaliningrackim), strzelił wspaniałego byka o imieniu Raufbold (Zabijaka) - dwudziastaka nieregularnego o masie wieńca 8 kg., obwód róży 25,3 cm, długość tyki 109, 7 cm. Na pamiątkę polowania kazał wykonać pomnik byka. Zadanie to zlecił znamemu rzeźbiarzowi Johannesowi Darsowowi.

Efekt jego pracy mogli zobaczyć odwiedzający Międzynarodową Wystawę Łowiecką w Berlinie, w 1937 r. Ponadnaturalnej wysokości posąg stanął przed głównym wejściem do pawilonu wystawowego. Po zakończeniu wystawy rzeźba znalazła się na terenie rezydencji feldmarszałka Carinhall".

Wejście do pawilonu wystawowego

 

Przy ułożonym pokocie

Byk Matador - filmuje Ulrich Schultz z firmy DEFA

Otwarcie Międzynarodowej Wystawy Łowieckiej - Berlin 1937 r. Polskie stoisko.

Hala Hermanna Göringa

Międzynarodowa Wystawa Łowiecka - Berlin 1937. H. Goring ogląda polskie trofeum - wieniec jelenia karpackiego...

... i makietę Puszczy Białowieskiej

Ostatnim bykiem, na którego zasadzał się Göring w puszczy był czterodwudziestak  "Leutnant". Był październik 1944 r. Za swoją ostoję byk obrał sobie rejon miejscowości Hajnówka. Podczas rykowiska przemierzał ok. 20 km. Otropiono go i tym razem Hermann Göring "wykładanego" byka spudłował. Chyba feldmarszałka bardziej zajęło nasłuchiwanie nadchodzącego frontu. Następnego dnia byk jednak padł z ręki nadleśniczego Freverta. Wieniec ważył 10,1 kg. Trofea Hermanna Göringa przetrwały wojnę. Kilka z nich znajduje się w zbiorach Niemieckiego Muzeum Łowiectwa i Rybołóstwa w Monachium, ale ze zrozumiałych względów nie są eksponowane.

Byk "Leutant" strzlił Walter Frevert

Przejazd jednostek Armii Czerwonej przez Rominty w dniu 5 stycznia 1945 roku, rysunek G. Fiłatowa w zbiorach Muzeum Historii Sztuki w Kaliningradzie

Carinhall

Dworek, rezydencja marszałka III Rzeszy Hermanna Göringa, położona na północny wschód od Berlina w lasach Schorfheide. Nazwa tej luksusowej budowli wzięła się od imienia pierwszej, przedwcześnie zmarłej żony marszałka – Carin (z domu Fock. Na temat willi krążyły wśród ludzi odwiedzających posiadłość istne legendy. Nie były one bezpodstawne – potężny kompleks budynków krył w sobie kilkanaście sypialni, pokojów dla gości i szereg nowinek technicznych. W posiadłości wybudowano podziemne mauzoleum, do którego złożono, sprowadzone ze Szwecji, doczesne szczątki pierwszej żony Göringa.

Słynący z zamiłowania do luksusu Göring dbał, aby posiadłość wzbudzała podziw. Ogromny basen z podgrzewaną wodą, kręgielnia, zajmująca kilkaset metrów kwadratowych, makieta kolejowa z domkami, tunelami i górami – to wszystko miało służyć Göringowi aż do późnych lat starości.

Słynna kolejka, którą marszałek się szczycił przed gośćmi

Ciekawostką może być też fakt, że to właśnie w rezydencji marszałka zamontowano jedną z pierwszych wówczas produkowanych zmywarek do naczyń firmy AEG. Nie sposób zliczyć też dzieł sztuki (rzeźb, figur i starodruków), które zostały zrabowane, bądź też nabyte przez marszałka w różnych miejscach Europy.


Po śmierci Göringa Carinhall miało być przekształcone na muzeum, które nie tylko uświetniałoby osiągnięcia Tysiącletniej Rzeszy, ale i samego gospodarza tych terenów. Odpowiednie plany opracowywano jeszcze w styczniu 1945 roku. Stało się inaczej – historia przewidziała zupełnie inne miejsce dla Carinhallu i ludzi z nim związanych. 20 kwietnia 1945 r. Göring Carinhall opuścił po raz ostatni. W momencie zbliżania się Armii Czerwonej (2 Front Białoruski, 2 Armia Uderzeniowa) Göring nakazał 28 kwietnia 1945 roku wysadzić budynki w powietrze oraz ukryć zwłoki Carin w pobliskim lesie. Żołnierze sowieccy, szukając skarbów, odnaleźli i zbezcześcili nowy grób Carin. Ostatecznie, przy pomocy miejscowego leśnika i berlińskiego pastora pochodzącego ze Szwecji, odszukano szczątki i w 1951 r. powróciły do ojczyzny.

Hermann Göring Puszczy Białwieskiej i jeg związki z Prezyentem Ignacym Mścickim.

W połowie lat 30-tych H. Göring, z polecenia Hitlera zaczął nawiązywać kontakty z najwyższymi osobistościami II RP, szukając wśród nich sojuszników we wspólnym działaniu przeciwko Rosji. Zaproszenie H. Göringa do Polski na reprezentacyjne polowanie zasugerował rządowi polskiemu po raz pierwszy wiosną 1934 roku Józef Lipski, ambasador Polski w Berlinie. Ponieważ było już po sezonie łowieckim, postanowiono odłożyć tę sprawę do następnego roku. Przyjazd H. Göringa do Polski w końcu lutego 1935 roku wywołał w Korpusie Dyplomatycznym Warszawy duże poruszenie i zainteresowanie. Gość noszący obok wielu funkcji i tytułów także tytuł wielkiego łowczego III Rzeszy, wyraził życzenie zapolowania na wilki i rysie w Puszczy Białowieskiej. Nie było to proste, gdyż zima tego roku nie była specjalnie śnieżna.
H. Göring przyjechał do Białowieży na drugą turę polowania reprezentacyjnego, która odbyła się w dniach 28-29 stycznia 1935 roku (pierwsza – kilka dni wcześniej). Obok premiera Prus polował wówczas m.in. prezydent RP Ignacy Mościcki, marszałek Senatu Władysław Raczkiewicz, dyrektor Lasów Państwowych Adam Loret, generałowie Kazimierz Sosnkowski i Kazimierz Fabrycy, kilku posłów i ministrów – krajowych i zagranicznych.

W trakcie polowania H. Göring przedstawił generałom Sosnkowskiemu i Fabrycemu propozycję przystąpienia do przygotowywanego paktu antykominternowskiego. Roztaczał też przed nimi obraz wielkich korzyści, jakie Polska mogłaby uzyskać przez zajęcie Ukrainy aż po Morze Czarne. Ofertę swą powtórzył później w trakcie audiencji u marszałka Józefa Piłsudskiego. Marszałek propozycji jednak nie przyjął, trzymał się bowiem swojej doktryny zachowania równowagi pomiędzy obu ościennymi mocarstwami.
Swego pierwszego polowania w Białowieży H. Göring raczej nie mógł zaliczyć do udanych. Upolował tylko 2 dziki, ranił też ponoć jednego wilka. Pozostał w puszczy jeszcze na jeden dzień, by dobić postrzelonego drapieżnika, ale to mu się nie udało. Stefan Charczun, ówczesny łowczy Puszczy Białowieskiej, dostrzelił dla Göringa tego wilka, ale tak naprawdę był to zupełnie inny osobnik. „Wilk Göringa” został następnie odprawiony do Berlina specjalnym samolotem. Polski Związek Stowarzyszeń Łowieckich, w osobach prezesa gen. K. Sosnkowskiego i wiceprezesa gen. K. Fabrycy, postanowił niejako „zrekompensować” H. Göringowi tę porażkę łowiecką i nadał mu najwyższe odznaczenie łowieckie „Złom”.

Po raz drugi H. Göring gościł w Białowieży w lutym 1936 roku. Reprezentacyjne polowanie odbyło się w trzech turach, w dniach 14-15, 17-18 i 20-22 lutego, przy śnieżnej i mroźnej pogodzie. H. Göring uczestniczył tylko w trzeciej turze (przez prasę określaną jako polowanie prywatne), już bez udziału prezydenta I. Mościckiego. H. Göring ponownie ustrzelił tylko 2 dziki. Chciał też za wszelką cenę upolować rysia, ale to mu się nie udało.  Niemiecki gość był podejmowany śniadaniem przez ministra J. Becka oraz Józefa Potockiego z MSZ, na których podzielił się swymi wrażeniami z polowania w Puszczy. Złożył także wizyty prezydentowi RP i premierowi Kościałkowskiemu. Podczas rozmów akcentował szczególnie wolę i chęć Niemców do dalszego rozwoju stosunków z Polską, nie ukrywał też antysowieckiego nastawienia, ani niemieckich zamiarów w kwestii remilitaryzacji Nadrenii.

Stała się też rzecz niewiarygodna! Prezydent I. Mościcki odznaczył wówczas H. Göringa Orderem Orła Białego – najwyższym odznaczeniem honorowym Rzeczypospolitej, przyznawanym za znamienite zasługi zarówno cywilne jak i wojskowe. Ten jakże kuriozalny dzisiaj fakt został starannie wymazany z historii. Nazwiska Göringa – jak pisze znany polski dziennikarz, felietonista, eseista i pisarz Aleksander Jerzy Wieczorkowski – nie znajdziemy zatem na liście kawalerów tego orderu, ani w jego szczegółowej biografii. Nie ma też o tym ani słowa w encyklopediach.

W 1937 roku Hermann Göring wziął udział w pierwszej turze polowania reprezentacyjnego w Białowieży, która odbyła się w dniach 17-20 lutego. Obok prezydenta I. Mościckiego i premiera Prus wziął w nim udział m.in. marszałek Edward Rydz-Śmigły, minister spraw wojskowych gen. Tadeusz Kasprzycki, minister Michał Mościcki, dyrektor kancelarii wojskowej gen. Kazimierz Schally, komendant główny Policji Państwowej gen. Józef Zamorski-Kordian, szef protokołu dyplomatycznego dyrektor hr. Karol Romer, generałowie Kazimierz Fabrycy, Kazimierz Sosnkowski i Stanisław Skwarczyński, ambasador RP w Niemczech Józef Lipski. H. Göring polował tylko 17 lutego. Zgodnie z jego życzeniem polowano w tym dniu wyłącznie na drapieżniki (rysie, wilki). Premierowi Prus udało się ustrzelić 3 wilki i 2 dziki. Wilki zostały wcześniej osaczone na terenie nadleśnictwa Hajnówka. Po posiłku auta przewiozły myśliwych do nadleśnictwa Gródek. Rysie wyszły jednak nie na Göringa, a na towarzyszącego mu łowczego Ulricha Scherpinga, który ubił 1 sztukę. Jeszcze tego samego dnia Göring udał się w towarzystwie gen. Kazimierza Fabrycego na Polesie. W trakcie polowania w Białowieży prezydent został obdarowany przez wielkiego łowczego Rzeszy posokowcem hanowerskim, ułożonym do tropienia.

Posokowiec hanowerski - prezent od Göringa. Pies ten zdobył jesienią 1936 roku na próbach na Węgrzech drugą nagrodę. Prezydent polecił przewieźć psa do Białowieży.

Hermann Goring i Prezydent Ignacy Mościcki

Oczywiście i tym razem nie obyło się bez rozmów politycznych. Göring przeprowadził je z marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym, premierem Sławojem Składkowskim i wiceministrem spraw zagranicznych Janem Szembekiem.   W dniu 3 listopada 1937 roku H. Göring otworzył w Berlinie Międzynarodową Wystawę Łowiecką, której był współorganizatorem. W polskim pawilonie można było zobaczyć m.in. mapę plastyczną Białowieży oraz wypchanego żubra. W hali zawierającej wyłącznie trofea Göringa prezentowano 2 wilki, które ustrzelił w Polsce.

Premier Prus Hermann Goring (pierwszy z lewej), prezydent RP Ignacy Mościcki (trzeci z lewej), gen. Kazimierz Sosnkowski (drugi z prawej) i myśliwi przy upolowanych przez premiera wilkach w Puszczy Białowieskiej

Po raz czwarty marszałek H. Göring polował w Białowieży w 1938 roku. Wziął udział w drugiej turze polowania, która odbyła się w dniach 24-25 lutego, przy dość wysokiej już temperaturze, która w dzień dochodziła do +5°C. Uczestnikami tego polowania byli: prezydent I. Mościcki, ministrowie Paul Körner i Friedrich Alpers, ambasadorowie Hans Adolf von Moltke i Józef Lipski oraz inni. H. Göringowi tym razem udało się upolować 13 dzików i 1 lisa. W przeddzień wyjazdu do Białowieży Göring odbył w Warszawie rozmowy z marszałkiem E. Śmigłym-Rydzem, premierem S. Składkowskim i ministrem J. Beckiem. Ponoć tego ostatniego rozmówcę miał wtajemniczyć co do planów Niemiec wobec Czechosłowacji i złożyć ofertę współdziałania. W Białowieży Göring obiecał, w podzięce za zaproszenia na polowania, podarować prezydentowi Mościckiemu samochód myśliwski. Słowa dotrzymał, samochód marki Mercedes-Benz został dostarczony prezydentowi przez delegację niemiecką w dniu 27 sierpnia 1938 roku.   H. Göring zrozumiawszy, że jego starania wciągnięcia Polski do paktu antykominternowskiego nie przyniosą pożądanego skutku, nie skorzystał z polskiego zaproszenia do przyjazdu na kolejne polowanie w lutym 1939 roku. Zastąpił go tym razem inny bliski współpracownik – Heinrich Himmler. Pół roku później wybuchła II wojna światowa. Opis polowania z udziałem Heinricha Himmlera autrstwa Pana Pitra Bajko: "Himmler i jego białowieskie trofea".
"Część Puszczy Białowieskiej w okresie międzywojennym traktowana była jako reprezentacyjne łowisko prezydenta RP - Ignacego Mościckiego. Pierwsze zimowe polowanie reprezentacyjne odbyło się tutaj w styczniu 1930 roku, dwa ostatnie - w lutym 1939 roku. Te ostatnie nie należały już do tak okazałych, jak poprzednie. W powietrzu krążyły zwiastuny nadciągającej wojny. Himmler pod wpływem  opowieści Göringa nabrał chęci na polowanie w białowieskich ostępach. Przedstawiciel polskiego MSZ - Jan Meysztowicz, po latach twierdził, że jego życzenie w Warszawie nie wzbudziło entuzjazmu, odmówić jednak nie wypadało. Oficjalnie H. Himmlera zaprosił do Polski gen. Józef Kordian-Zamorski, komendant główny Policji Państwowej. Himmler przybył do Warszawy 18 lutego 1939 r. Na dworcu gościa witano z udziałem kompanii honorowej Szkoły Policji w Golędzinowie. Obecny był także ambasador Niemiec w Polsce, hrabia Hans A. von Moltke. Generał J. Kordian-Zamorski towarzyszył H. Himmlerowi także w Białowieży. Z ramienia MSZ szefowi niemieckiej policji asystował radca Adam Kurnatowski, który jednak musiał opuścić gościa z powodu śmierci swego ojca. W całej tej grupie dominowała spora liczba umundurowanych esesmanów. Jak wspominał J. Meysztowicz, polowanie przebiegało ono planowo i było pod każdym względem udane. Nie uszło jednak uwagi zarówno polskich, jak i niemieckich myśliwych, że w nagance wystąpili wprawdzie jak zwykle okoliczni chłopi, ale niektórym spod ich kożuchów wyglądały czarne buty wojskowego typu i granatowe spodnie. W czasie polowania zabito 20 dzików, spośród których dwa ustrzelił szef policji III Rzeszy. Podczas urządzonego przed pałacem carskim w Białowieży przeglądu zdobyczy, uczestnicy polowania wysłuchali odegranego na trąbkach myśliwskiego sygnału „Na śmierć dzika”.

Bardzo późnym wieczorem, a właściwie już po północy H. Himmler w towarzystwie gen. J. Kordiana-Zamorskiego, dyrektora lasów państwowych w Białowieży inż. Karola Nejmana i grupy oficerów SS, zwiedził muzeum przyrodnicze Parku Narodowego. Gości oprowadzał znający dobrze język niemiecki leśniczy Parku Roman Jasiński. Wizytę tę zapamiętał on jako dość przykrą ze względu na przytłaczającą sztywność H. Himmlera, człowieka o zimnych, martwych oczach i twarzy bez wyrazu, a także sprawiających niemiłe wrażenie nie spuszczających oka ze swego pana, dygnitarzy SS, jak psy gończe gotowych na każde jego skinienie. Goście wywarli na leśniczym tak nieprzyjemne wrażenie, że „zapomniał” im dać do podpisu księgę pamiątkową Parku Narodowego. Smaczku wizycie niemieckiego gościa w Białowieży nadaje jeszcze jeden fakt, o którym wspomina R. Jasiński w swych książkach „Wrzesień pod Alpami” i „Pieśń Puszczy”. Grupa niemieckich oficerów zaskoczona bardzo bogatym zestawem wędlin, które można było kupić w bufecie kasyna, mieszczącego się w budynku zajmowanym obecnie przez Ośrodek Edukacji Przyrodniczej BPN, zapytała leśniczego, czy to jest tylko na pokaz. Leśniczy zaprowadził wówczas oficerów do pierwszego lepszego sklepiku rzeźniczego w Białowieży. Oszołomieni wyborem towaru, wykupili oni prawie cały jego zapas. Rzeźnik nie posiadał się z radości. Nazajutrz wczesnym ranem, przed odjazdem specjalnego pociągu, widziano ich, jak w konspiracji przed szefem, przemykali do wagonów z pakunkami z wędliną i kiełbasami. Fotografował to wszystko z ukrycia Jakub Szapiro – korespondent białostockiego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, ale - niestety - artykuł ze zdjęciami nie przeszedł przez cenzurę. Po wyjeździe Heinrich Himmlera z Białowieży, zawitał do niej włoski minister spraw zagranicznych Galeazzo Ciano z żoną Eddą".
  Białowieża początkowo znalazła się pod okupacją radziecką, a po napaści Niemiec na ZSRR w czerwcu 1941 roku, zawładnął nią okupant niemiecki. Na życzenie Hermanna Göringa Puszcza Białowieska, obok Puszcz – Świsłockiej, Szereszewskiej i Różańskiej, weszła do tzw. Reichsjägdgebietu, czyli Państwowego Obszaru Łowieckiego, podporządkowanego bezpośrednio centralnym władzom Rzeszy. W Białowieży utworzono jego zarząd, którym kierował specjalny pełnomocnik Göringa – nadłowczy Ulrich Scherping. Puszcza miała stanowić dla naczelnego nadleśnego i głównego łowczego III Rzeszy atrakcyjny rewir łowiecki. Już w 1941 roku, z inspiracji Göringa, przeprowadzono akcję oczyszczania terenu Puszczy Białowieskiej. Niemcy wysiedlali mieszkańców wsi położonych w głębi i na obrzeżach Puszczy, a ich zabudowania palili. Wokół Puszczy miała powstać strefa niezamieszkana. Ludność była wywożona do wsi i osiedli leżących kilkadziesiąt kilometrów poza Puszczą.  W pierwszych latach powojennych po Białowieży krążyła wieść, że Hermann Göring odwiedził tę miejscowość także podczas wojny, w sierpniu 1943 roku. Według nieoficjalnych i niepotwierdzonych źródeł miał on 16 sierpnia ustrzelić żubrzycę „Bisertę”, przywiezioną do Białowieży w 1929 roku. Brakowało jednakże naocznych świadków. O tych słuchach chodzących po Białowieży wspomina prof. Tadeusz Vetulani w artykule zamieszczonym na łamach czasopisma „Ziemia” (Nr 5/1946 r.) i Tadeusz Szczęsny w dwumiesięczniku „Chrońmy Przyrodę Ojczystą” (Nr 1-2/1946 r.). O wizycie naczelnego dowódcy Luftwaffe w Białowieży pisał też Aleksander Omiljanowicz w swej, głośnej w latach 70-tych, powieści szpiegowskiej „Duch Białowieży” (Lublin 1971). Czy była to tylko fikcja literacka? Wydaje się, że tak. Andreas Gautschi, jeden z biografów Göringa, który dość skrzętnie przebadał dokumenty w archiwach niemieckich, przygotowując rozprawę doktorską o Göringu jako wielkim łowczym III Rzeszy, nie znalazł potwierdzenia tej wizyty. Nie znajdziemy zatem takiej wzmianki również w jego książce pt. „Der Reichsjägermeister. Fakten und Legenden um Hermann Göring”, wydanej w 1999 roku w Niemczech, a opartej właśnie na rozprawie doktorskiej, którą autor obronił dwa lata wcześniej. (Oprac. Piotr Bajko) http://www.encyklopedia.puszcza-bialowieska.eu

O przedwojennych wizytach Göringa w Białowieży długo jeszcze pamiętali i opowiadali po wojnie ci mieszkańcy, którzy z racji swej pracy stykali się bezpośrednio z hitlerowskim dygnitarzem. Należał do nich m.in. strażnik łowiecki Jan Potoka, który uczestniczył w obsłudze większości polowań reprezentacyjnych. W 1938 roku Göring w podzięce za udane podprowadzenie na dzika zaprosił Potokę do wspólnego zdjęcia przy trofeum. Ten nie zdawał sobie wtedy sprawy, jaką rolę odegra ta fotografia w jego dalszym życiu. Raz je uratowała, a drugim razem omalże zgubiła. W listopadzie 1942 roku Potoka został aresztowany przez Niemców, czekała go śmierć. Na szczęście przypomniał sobie o fotografii z Göringiem. Postanowił ją wykorzystać. Żona zaniosła zdjęcie niemieckiemu łowczemu Wagnerowi, ten obejrzał je, gdzieś zatelefonował i po kilku dniach Potoka został zwolniony. Niestety, tuż po wyzwoleniu jeden z członków rodziny żony Potoki, sądzący się z nim o dom, postanowił wykorzystać zdjęcie jako dowód współpracy Potoki z władzami niemieckimi. Sąd wojenny skazał Jana Potokę na dziesięć lat ciężkich łagrów sowieckich. Po powrocie do Polski Potoka pracował do końca życia w Białowieskim Parku Narodowym. Jako przewodnik często opowiadał turystom o swych „związkach” z Göringiem.

Łowczemu Stefanowi Charczunowi Göring podarował na pamiątkę swego pierwszego polowania w 1935 roku kordelas z wygrawerowanym na nim napisem: „Wielkiemu Łowczemu Puszczy Białowieskiej – Wielki Łowczy III Rzeszy – Hermann Göring”. Wykonał też z Charczunem zdjęcie. Ciekawostkę tę opisał Jarosław Abramow-Newerly w opowiadaniu „Sztylet Göringa”. Jeden z wnuków łowczego (Janusz Dynowski) był świadkiem, jak dziadek na kilka dni przed wybuchem wojny oddał ten prezent na Fundusz Obrony Narodowej. Mieszkał on w tym czasie w Kiercach na Wołyniu. Po wejściu do miasta Niemców, zjawiła się u Charczuna delegacja przysłana przez Göringa. Göring chciał, by Charczun objął stanowisko łowczego w Puszczy Białowieskiej. Ten jednakże wymówił się chorobą i podeszłym wiekiem.
Z Göringiem zetknął się także leśniczy Zbigniew Szczerbicki. Dowodził on częścią nagonki podczas jednego z polowań reprezentacyjnych. W 1987 roku wspominał na łamach kieleckiego „Słowa Ludu”, że był świadkiem, jak specjalny kurier przywiózł do Polski buławę marszałkowską, nadaną Göringowi przez Hitlera. Według słów leśniczego, podczas polowania Göring mieszkał w specjalnej, opancerzonej salonce, która stała na bocznicy kolejowej, zbudowanej jeszcze dla cara.

Dla wielu czytelników może to być zaskoczeniem, ale Göring zapisał się także w historii parafii prawosławnej w Białowieży. Białowieska cerkiew 1 września 1939 roku została zbombardowana przez podległe mu lotnictwo. Ówczesny proboszcz Klaudiusz Puszkarski podczas okupacji niemieckiej zaczął czynić starania o odbudowę poważnie uszkodzonej świątyni. Gdy ze starostwa otrzymał odmowną odpowiedź, wysłał delegację do Berlina, do samego Hermanna Göringa. Pojechał starosta cerkiewny Jan Smoktunowicz i parafianin Aleksy Wołkowycki oraz duchowny spoza Białowieży. Parafianie włożyli na tę okazję zgrzebne ubrania lniane, na nogi zaś postoły (łapcie z łyka). Zezwolenia na odbudowę wprawdzie z Berlina nie przywieźli, ale ich wizyta nie była daremna, ponieważ gdy o. Puszkarski powtórnie zwrócił się do starosty, otrzymał zgodę od razu. Wyświęcenie odbudowanej świątyni odbyło się w październiku 1943 roku.

Pobyty Göringa w Białowieży długo jeszcze po wojnie wspominali wozacy, którzy dowozili na swych saniach wysoko postawionych myśliwych na stanowiska łowieckie. Jeden z nich, nieżyjący już Michał Bajko z Zastawy, twierdził, że Göring był dość hojny, dawał wozakowi na piwo 10 zł, gdy tymczasem prezydent Mościcki tylko 5 zł. Mówił też, że hitlerowski dygnitarz jako jedyny z gości, podobnie jak prezydent Mościcki, nie losował stanowiska łowieckiego. (por. Piotr Bajko, Polityczne łowy Göringa, 19 luty 2016 r.)

 

Jak Göring  podarował mercedesa prezydentowi Mościckiemu?

Biografowie piszą. że była między nimi zażyłość wynikająca ze wspólnych pasji. Jest takie powiedzenie myśliwskie, że "strzelba łączy". Leśnicy mówią też, że "lufa wszędzie zaprowadzi". Patrząc na zdjęcia z tego okresu, można odnieść wrażenie, że dobrze się czuli w swoim towarzystwie. Prezydent chętnie rozmawia z Göringiem, a nawet uśmiecha się, w przeciwieństwie do oficjalnych zachowań w obecności innych dyplomatów zapraszanych na polowania.

Poza myślistwem łączyło ich też zamiłowanie do automobilizmu. W zbiorze pamiątek po Ignacym i Marii Mościckich przechowywanych w Archiwum Jasnogórskim oo Paulinów w Częstochowie można zobaczyć fotografie Prezydenta korzystającego z takich samochodów, jak CWS-2, Buick, Cadillac.

Samchód Rolls Royce Prezydenta I. Mościckiego ...

Rolls Royce był za ciężki do wyjazdów w teren i nie miał dwóch napędów na koła

Jak się odbyło przekazanie samochodu podarowanego przez Göringa?

Berlin obdarowywał prominentów i głowy państw prezentami. Były to dzieła sztuki, wyroby regionalne, ale również samochody kosztujące od 20 tys. do 35 tys. marek. W przypadku Prezydenta Mościckiego była inna płaszczyzna porozumienia, bardziej osobista, prywatna, więc Göring nie chciał tego robić oficjalnie. Prezydent również wolał, aby wydarzeniu nie nadawać rozgłosu. Sprawą zajął się adiutant Göringa Peter Menthe, zaufany człowiek do specjalnych poruczeń, który uczestniczył z nim w polowaniach w Polsce. W kilka miesięcy fabryka przygotowała pojazd na specjalne rządowe zamówienie, a 27 sierpnia samochód został dostarczony. Chciano, by wiadomość ta pozostała w kręgu tylko wtajemniczonych.

Sierpień 1938 r. Ignacy Mościcki (drugi z lewej) ogląda podarowanego mu przez Göringa  mercedesa. (fot. Fot. Muzeum klasztoru na Jasnej Górze)

W tajemnicy też trzymana była marka samochodu. W biografiach Mościckiego informacji o mercedesie, lub w ogóle o samochodzie myśliwskim od Goeringa, próżno szukać. A dzienniki adiutanta Prezydenta, Józefa Hartmana, który prowadził je przez sześć lat służby, spaliły się podczas zbombardowania przez Niemców Zamku Królewskiego w 1939 r. Z zebranych dokumentów wynika, że od początku sprawie niemieckiego prezentu starano się nadać znamiona niepełnej informacji, z klauzulą: najściślej tajne. Z zachowanych do dzisiaj siedmiu informacji o przekazaniu samochodu prezydentowi, tylko w jednym pojawia się marka, w pozostałych używa się określenia: samochód myśliwski. Początkowo sądzono że, był to Hrch 901 4x4. Obecnie tych samochodów już się nie produkuje, spuściznę po marce przejęło Audi. Ale Audi infrmuje, że takiego zamówienia w 1938 r. koncern nie realizował. A Heino Neuber z Muzeum w Zwickau napisał, że model Horcha 901 4x4, nie mógł być samochodem myśliwskim, bo była to wyłącznie produkcja dla wojska. W Archiwum Akt Nowych w Warszawie znaleziono dwa ważne dokumenty, potwierdzające fakt motoryzacyjnego prezentu od Hermanna Göringa. Pierwszym był list wysłany z ambasady polskiej w Berlinie do polskiego MSZ, że samochód jest gotowy, i że "przyrzeczenie Göringa z białowieskiej kniei będzie spełnione”. Drugim było pismo szefa gabinetu wojskowego prezydenta RP do Ministerstwa Skarbu z prośbą o zwolnienie z opłat celnych samochodu myśliwskiego ofiarowanego panu Prezydentowi RP przez premiera Rzeszy Niemieckiej. I tu generał Schally podaje markę wozu: Mercedens-Benz. Pobyt w Archiwum przynosi jeszcze jedno cenne odkrycie. To osobisty list Prezydenta Mościckiego do Göringa. Prezydent odmownie dziękuje za zaproszenie na polowanie i szczerze dziękuje za podarowany samochód, który "sprawdza się wyśmienicie i dostarcza mi poprzez swoje precyzyjnie i praktyczne wykonanie dużo radości.” W tamtych czasach terenowymi samochodami były dwa mercedesy: jeden duży, sześciokołowy, bardzo elegancki Mercedes-Benz G4. Wyprodukowano ich tylko 57 egzemplarzy, do dzisiaj pozostały trzy. Drugi, skromniejszy to model G5. W lutym Nils Beckkamann z koncernu Mercedes-Benz w Stuttgarcie przysłał maila, że według niego samochodem myśliwskim podarowanym przez Göringa Mościckiemu był Mercedens-Benz G5. Na jednym ze zdjęć z 1938 r., które dołączył, był model z plakietką PL. Mercedes-Benz model G5 o numerze rejestracyjnym BPR-065 był podarwany Prezydentwi I. Mościckiemu przez Hermanna Göringa. (źródło: Autor: Alicja Zielińska/ Kurier Poranny).

Informacja z „Dziennika Białostockiego” z 1 lutego 1935 r.: Polowanie reprezentacyjne w Białowieży. Wspaniałe trofea myśliwych. Pisownia oryginalna.

"W dniu onegdajszym powrócił do Warszawy z wielkiego polowania w Białowieży P. Prezydent Rzplitej wraz z towarzyszącemi mu osobami. Reprezentacyjne łowy w najpiękniejszym zakątku Polski zostały ukończone. Ostatni, wtorkowy, dzień łowów obfitował w szereg sensacyj. Ogółem na rozkładzie było: 42 dziki, 4 rysie, 7 lisów, 1 rogacz i 9 zajęcy. Z tego P. Prezydent Rzplitej upolował 1 dzika i jednego kozła. Syn P. Prezydenta Rzplitej, Józef Mościcki dwa lisy, a premjer Prus p. Göring położył dwa dziki i jednego postrzelił.
Pierwszego dzika zastrzelił w puszczy na daleką odległość w następujących okolicznościach. W poniedziałek podczas polowania, dzik wyszedł z puszczy na P. Prezydenta Rzplitej. P. Prezydent, z którego z lewej strony stał premjer Göring nie strzelił, oddając jako gospodarz ten zaszczyt premjerowi Göringowi, który strzelił i położył dzika trafiając go w komorę.
Po powrocie uczestników polowania z puszczy ułożono na pomoście przed pałacem myśliwskim wszystkie trofea. Dookoła ułożonej zwierzyny zapalono 8 kagańców. Karpina nasycona benzyną, oświetliła cały dziedziniec pałacowy roztaczając olbrzymią łunę nad Białowieżą (...). Uczestnicy polowania oglądali jeszcze swe trofea, poczem Pan Prezydent wraz z otoczeniem wrócił do pałacu, natomiast premjer Göring w olbrzymiem futrze z kołnierzem z wydry i wielkiej czapie z szarych karakułów, pozostał jeszcze przez dłuższy czas na miejscu rozprawiając żywo o polowaniu”.
O polowaniach napisał w diariuszu dyplomata i wiceminister spraw zagranicznych w II RP Jan Szembek, że „stały się już zwykłym sposobem organizowania politycznych spotkań polsko-niemieckich”. Powód był i ten, że głównym niemieckim rozmówcą był Hermann Göring, piastujący w Rzeszy również urząd łowczego, sam zapalony myśliwy.
"Göring przyjeżdżał do Polski na polowania kilkakrotnie. W samej tylko Białowieży uczestniczył w trzech reprezentacyjnych – z udziałem prezydenta Ignacego Mościckiego – łowach. Prezydent wraz z zaproszonymi gośćmi z upodobaniem celebrował duże polowania z myśliwskim rytuałem. Czuł się dobrze w roli gospodarza, a niemiecki dygnitarz na każdym uroczystym polowaniu w Polsce doznawał satysfakcji z niezapomnianych przeżyć, tym większej, że łowy zawsze kończyły się jego osobistym sukcesem myśliwskim i miały niepowtarzalną oprawę w śnieżnej scenerii puszczy".
Jak dostarczono samochód myśliwski?
W świecie dyplomacji powszechna jest praktyka obdarowywania oficjalnych gości. Zagraniczni goście z Berlina otrzymywali jednak cenne prezenty różniące się od tych, które zwykły ofiarowywać inne rządy europejskie. Nie chodziło już tylko o dzieła sztuki, wyroby regionalne czy porcelanę, ale również o samochody kosztujące do 35 tys. marek. Mercedesa takiej wartości otrzymali między innymi: Paweł – regent Jugosławii, Faruk I – król Egiptu, Zoglu I – król Albanii (biały kabriolet w prezencie ślubnym), Francisko Bahamonde Franco – generał, dyktator Hiszpanii, Carl Mannerheim – marszałek Finlandii, Ghazi I – król Iraku.
Do grona wybrańców dołączyć miał prezydent Polski, który już i tak korzystał ze środków transportu dodających mu splendoru. W dyspozycji Ignacego Mościckiego znajdowała się bowiem kolumna samochodów, złożona z 4–6 limuzyn i kilkunastu innych aut, oraz wagon kolejowy – salonka. W zbiorze pamiątek po Ignacym i Marii Mościckich, przechowywanym w Archiwum Jasnogórskim oo. Paulinów w Częstochowie, można zobaczyć fotografie prezydenta w takich samochodach jak CWS-2, Buick i Cadillac.
O prestiżu, jakim przed II Wojną Światową cieszył się rządowy samochód, może świadczyć anegdota wspominana przez Antoniego Słonimskiego: „Panował wówczas straszny snobizm na Piłsudskiego. Kiedy marszałek przed prezentacją szopki w Belwederze przysłał po Skamandrytów swój służbowy samochód (znanego w całej Warszawie Packarda), Tuwim, zajmując w nim miejsce, westchnął z dumą: Ach, gdyby teraz tak przejechać jakiegoś znajomego”.
Już w trakcie białowieskiego polowania w 1937 r. Göring podarował głowie państwa polskiego posokowca hanowerskiego, ułożonego do tropienia. Rok później zapowiedział kolejny podarunek. Tym razem miałby on umożliwiać spełnienie powszechnie znanych pasji prezydenta: myślistwa i automobilizmu, a więc samochód myśliwski. Jaki? Otóż Mercedes-Benz od 1928 r. zaprzestał produkcji ciężkich, niekształtnych podwozi i konstruował modele szybkich aut, wyposażonych w potężne silniki. Celem firmy było tworzenie luksusowych samochodów dla bogatych klientów. Fabryka cieszyła się przychylnością rządu. Dygnitarze niemieccy cenili markę za komfort i linię.
Sprawą podarunku zajął się Peter Menthe – od września 1934 r. do maja 1945 r. adiutant Hermanna Göringa – pełniący również funkcję oberjägermeistra w urzędzie leśnym i łowieckim Rzeszy (Jagd und Forstreferent des Reichsforst). Zaufany człowiek do specjalnych poruczeń.
W kilka miesięcy fabryka przygotowała pojazd na specjalne rządowe zamówienie. 27 sierpnia 1938 r. kpt. Menthe dostarczył samochód myśliwski dla prezydenta Ignacego Mościckiego. Polska Agencja Telegraficzna odnotowała ten fakt. Jednak nienadanie temu wydarzeniu reprezentacyjnej rangi i udział w nim personelu co najwyżej średniego szczebla ambasady niemieckiej i polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych sugerują, że chciano, aby o prezencie wiedział jedynie krąg wtajemniczonych.
Po kilku dniach polski prezydent w osobistym, odręcznym liście podziękował Wielkiemu Łowczemu Rzeszy za: „precyzyjnie i praktycznie wykonany” prezent, przy okazji odmówił jednak udziału w polowaniu na byki, na które zapraszał Göring. Samochód dostarczony z zagranicy wymagał oclenia. W dokumentach podatkowych wszystko musiało być dokładnie i konkretnie opisane. Szef Gabinetu Wojskowego prezydenta RP wymieniał nazwę marki otrzymanego samochodu w piśmie skierowanym w październiku 1938 r. do Ministerstwa Skarbu w sprawie zwolnienia z opłat celnych: Mercedes-Benz.
Das Auto, nr rejestracyjny BPR-065
Na archiwalnych zdjęciach widać, że prezydent, oddając się swojej pasji, nie oszczędzał limuzyn. Zarówno Cadillakiem jak i Rolls-Roycem bez zahamowań wjeżdżał w leśne ostępy. Na stanowiska strzeleckie myśliwi rozwożeni byli zaprzęgami.
Göring chyba musiał dojść do wniosku, że prezydentowi – towarzyszowi łowów przydałby się samochód terenowy, którego konstrukcja dawałaby gwarancję przemieszczania się w leśnym terenie nie mniejszą niż zaprzęgi, ale zawsze lepszą i bezpieczniejszą niż limuzyny. W latach 30. produkowano dwa modele Mercedesów nadające się do jazdy terenowej i celów myśliwskich, oznaczone symbolami G4 i G5. Sześciokołowy Mercedes-Benz G4 to była prawdziwa terenowa limuzyna. Okazały, reprezentacyjny, do dzisiaj imponuje wyglądem i parametrami podawanymi przez fabrykę, która w latach 1934–39 wyprodukowała 57 sztuk. Do czasów współczesnych zachowały się jedynie trzy oryginalne egzemplarze modelu G4, własność hiszpańskiej rodziny królewskiej. Model G5 był mniejszy i nie wyglądał okazale jak na prezent dla głowy państwa.
A jednak – według dr. Nilsa Beckmanna z Brand Communications Mercedes-Benz w Stuttgarcie, wypowiadającego się w prowadzonej z autorem tego tekstu korespondencji – samochodem myśliwskim podarowanym prezydentowi Ignacemu Mościckiemu przez Hermanna Göringa był właśnie Mercedes-Benz G5. Produkcję tego modelu rozpoczęto w 1937 r., był więc nowością na rynku (w porównaniu z produkowanym już od czterech lat modelem G4).
Do swojego listu dr Nils Beckmann dołączył kilka zdjęć modelu G5. Na tych archiwalnych fotografiach – jak można przypuszczać, zleconych przez fabrykę (w lśniącej karoserii odbija się sylwetka fotografa i aparatu na statywie) – widać dokładnie wygląd i detale wyposażenia wnętrza samochodu myśliwskiego. Jedno z tych zdjęć jest niezwykle intrygujące. Przedstawia prezentowany myśliwski Mercedes-Benz G5 od strony bagażnika, do prawej strony tylnego zderzaka przymocowana jest owalna plakietka ze znakiem PL. Czyżby to był właśnie samochód dla prezydenta Mościckiego?

Dziś już wiadomo, że przypuszczenia dr. Nilsa Beckmanna były słuszne. Kilka miesięcy później odkrycie dokonane w Archiwum Jasnogórskim oo. Paulinów w Częstochowie potwierdziło jednoznacznie dotychczasowe przypuszczenia. W zbiorze pamiątek po Ignacym i Marii Mościckich zachowały się dwie fotografie, na których prezydent Mościcki, przebywając w pałacu w Spale, wsiada do samochodu. Jest nim bez żadnej wątpliwości, porównując ze zdjęciami nadesłanymi ze Stuttgartu, Mercedes-Benz model G5 o numerze rejestracyjnym BPR-065.
Czy prezydent Mościcki skorzystał z prezentu?
W liście z podziękowaniami za prezent do Hermanna Göringa prezydent Mościcki napisał: „Korzystam z tej okazji, aby podziękować Panu za wspaniały samochód myśliwski. Proszę mi wierzyć, że bardzo szczególnie doceniam tę uprzejmość ze strony drogiego towarzysza łowów. To mistrzowskie dzieło niemieckiego przemysłu samochodowego sprawdza się tutaj wyśmienicie i dostarcza mi dzięki precyzyjnemu i praktycznemu wykonaniu dużo radości”.
Samochód sprawdzał się znakomicie, ale gdzie? W drugiej połowie listopada 1938 r. prezydent polował w lasach Komory Cieszyńskiej, nie wiadomo jednak, czy korzystał z podarowanego samochodu. W połowie stycznia 1939 r. pojechał na kilka dni do Białowieży, ale nie ma informacji, że był na polowaniu. Jeszcze w styczniu 1939 r. wyjechał wagonem salonowym na bażanty i jelenie do nadleśnictwa Jasne Pole pod Krotoszynem.
Na polowanie do Białowieży, organizowane w lutym 1939 r. z okazji pobytu włoskiego ministra spraw zagranicznych Galeazzo Ciano, prezydent Mościcki z powodu choroby nie pojechał (delegował tam ministra Becka). Włoski gość podróżował do Białowieży nocnym pociągiem. Na zdjęciach z tego wydarzenia nie widać samochodów, ale – jak to często bywało – zaprzęgi konne. Natomiast ze wspomnień Jana Meysztowicza, pracownika polskiego MSZ, towarzyszącego ministrowi Ciano, dowiadujemy się, że goście na polowanie wyjechali pojazdami i podwodami.
Czy zatem prezydent nie używał myśliwskiego Mercedesa? Wszystko na to wskazuje. Raczej niewygodny w podróżowaniu, zwłaszcza dla głowy państwa, terenowy Mercedes myśliwski w dalsze trasy mógłby być przewożony pociągiem. Kancelaria prezydenta miała opracowaną procedurę transportu limuzyny prezydenckiej, ponieważ w czerwcu 1938 r., udając się kolejową salonką na kurację do Włoch, prezydent zabrał ze sobą samochód Buick, przewożony w składzie pociągu na specjalnej platformie.
Nie bez znaczenia mógł być też fakt, że ówczesna prasa o każdym wyjeździe prezydenta na polowania pisała co najmniej notatki, często wręcz pierwszostronicowe relacje z łowów, a czasem fotoreportaże w dodatkach ilustrowanych. Otoczenie prezydenta być może nie chciało, aby – biorąc pod uwagę europejskie wydarzenia społeczno-polityczne – fotografowano głowę państwa w samochodzie otrzymanym od dostojnika Rzeszy Niemieckiej.
Informacji o Mercedesie lub w ogóle samochodzie myśliwskim od Hermanna Göringa próżno by szukać w biografiach prezydenta Mościckiego. Nie znaleźli ich również autorzy dwóch niemieckich publikacji, opisujący funkcjonowanie niemieckiej dyplomacji w latach 30. minionego wieku. Niepowetowaną stratą było spalenie się, w czasie bombardowania Zamku Królewskiego we wrześniu 1939 r., skrupulatnie prowadzonych przez 6 lat służby dzienników adiutanta prezydenta Mościckiego – Józefa Hartmana. Wojciech Świętosławski, profesor chemii i uczeń prof. Mościckiego, powołując się na notatki Hartmana, podaje, że prezydent Mościcki we wrześniu 1939 r. przejeżdżał przez Warszawę, w drodze ze Spały do Falenicy, opustoszałymi Alejami Jerozolimskimi – Cadillakiem.
Trwająca osiem miesięcy praca ówczesnych niemieckich i polskich dyplomatów, mająca doprowadzić do przekazania samochodu myśliwskiego prezydentowi II RP, opisana jest w zachowanych do dzisiaj siedmiu informacjach: dwóch notatkach prasowych i pięciu oficjalnych dokumentach. Tylko w jednym z nich pojawiła się marka samochodu, w pozostałych widnieje określenie: samochód myśliwski. Z zebranych dokumentów wynika, że od początku starano się nadać sprawie samochodu myśliwskiego – prezentu od Göringa – znamiona niepełnej informacji. Szczęśliwie zachowały się dwa wspomniane zdjęcia ze zbiorów prywatnych państwa Mościckich.

Mercedes-Benz G5, samochód produkowany w latach 1937–41; miał silnik benzynowy 4-cylindrowy o pojemności 2006 cc, chłodzony wodą, zbiornik paliwa 50 l, hamulce hydrauliczne, napęd na 4 koła z niezależnym zawieszeniem, 5-biegową skrzynią biegów; zużycie paliwa 18 l/100 km (jazda po szosie) i 27 l/100 km (jazda terenowa). Prędkość maks. 85 km/h po szosie i 30 km z napędem na 4 koła. Długość ok. 4 m, szerokość powyżej 1,5 m, wysokość niecałe 2 m. Waga ponad 2 t. Wyprodukowano 378 egzemplarzy w wielu wersjach, do najbardziej popularnych należały: bergwacht, colonial car, jagdwagen (myśliwski) i wojskowy. W opisie modelu podano, że samochód był łatwo dostosowywany do potrzeb użytkowników. Mogło nim jechać 4–5 pasażerów.

Mercedes Benz G5 w wersji myśliwskiej - jagdwagen

Główni uczestnicy wydarzenia
Hermann Göring, feldmarszałek Luftwaffe, w roku podarowania samochodu myśliwskiego miał 45 lat. W październiku 1946 r. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze skazał go na śmierć za zbrodnie wojenne. Przed wykonaniem egzekucji popełnił samobójstwo zażywając truciznę.
Peter Menthe, adiutant Göringa, w roku dostarczenia samochodu miał 50 lat. W czasie II wojny światowej uzyskał stopień majora Luftwaffe. W 1941 r. był szefem baterii przeciwlotniczej w Poznaniu. W latach 1942–43 stacjonował w Norwegii. Zmarł na gruźlicę w lipcu 1945 r. w Hamburgu.
Rudolf von Scheliha, pierwszy sekretarz ambasady niemieckiej w Warszawie w latach 1932–39, w roku dostarczenia samochodu miał 41 lat. Od 1939 do 1942 r. był tajnym radcą w niemieckim MSZ. Podczas II wojny światowej pomagał ludziom prześladowanym przez gestapo. W grudniu 1942 r. został aresztowany. Skazany za zdradę stanu na śmierć. Wyrok wykonano 22 grudnia 1942 r. w więzieniu Plötzensee.
Ignacy Mościcki, prezydent Rzeczpospolitej Polskiej w latach 1926–39, w roku otrzymania samochodu miał 71 lat. 19 września 1939 r. przekroczył granicę polsko-rumuńską, jednak dzięki staraniom dyplomatów nie został internowany. W grudniu 1939 r. przeniósł się do Szwajcarii. Przebywał tam do śmierci w 1946 r. Szczątki Mościckiego sprowadzono do Polski w 1993 r.
Leopold hr. Koziebrodzki, radca MSZ, w roku dostarczenia samochodu miał 32 lata. Po wybuchu II wojny światowej przedostał się do Francji. Po wojnie pracował jako przewodnik wycieczek. Wyemigrował do USA. Był tam profesorem wykładowcą prawa na uniwersytecie.

 

Przytoczę jeszcze jeden artykuł autorstwa Marka Chylińskiego, który znalazłem w Internecie, traktujący o wydarzeniach opisanych powyżej:

"W lasach Komory Cieszyńskiej od tygodni trwały przygotowania do polowania reprezentacyjnego z udziałem Prezydenta, najważniejszych ministrów i generałów sanacyjnego rządu. Starannie wybrano naganiaczy, skrzydłowych i dziesiętników. Na rozstajach ustawiono samochody i bryczki, mające dowozić strzelców na stanowiska. Poza jeleniem i dzikiem tutejsze lasy słynęły z głuszca i jarząbka.
Pierwszy Myśliwy Rzeczpospolitej, Profesor Mościcki, w kniei prezentował się znakomicie. Wysoki, z sumiastym wąsem i mlecznobiałymi włosami, w oliwkowej kurtce angielskiego kroju, był równie dystyngowany jak w służbowym fraku. Dla przyjaciół i najważniejszych gości „Ignaś”, był szarmanckim, dowcipnym kompanem, który dbał o staropolską oprawę łowów. Honorowy gość oraz najstarszy wiekiem myśliwy mógł zawsze liczyć, że sam Prezydent ustąpi mu pierwszeństwa w strzale. Biegle mówił po niemiecku, francusku, angielsku. Konstytucja kwietniowa z 1935 r. znacznie poszerzyła jego władzę. Niemal żaden demokratycznie wybierany przywódca europejski nie mógł się z Mościckim równać przywilejami i prerogatywami. W sezonie uczestniczył w co najmniej sześciu łowach urządzanych z pełnym ceremoniałem. Zazwyczaj to on zostawał królem polowania.

Prezydent Ignacy Mościcki z drugą żoną Marią

POLISH HUNTING
Puszcza Nadnotecka, huculskie połoniny, Śląsk, Iwacewicze, polowania urządzane przez dyrektora Lasów Państwowych z dyskretną pomocą warszawskiego MSZ dla koronowanych głów, premierów, ministrów i ambasadorów, cieszyły się zasłużoną sławą wśród elit od Lizbony po Berlin. Wilki, rysie, łosie. Łowy błotne i na białej stopie, polowania pod pieśnią gdy tokuje  głuszec. Zastępca Hitlera Hermann Göring, Wielki Łowczy III Rzeszy, przyjeżdżał do Białowieży cztery razy. Mimo potężnej tuszy, skłonności do używek i luksusu, w kniei uchodził za wybornego strzelca i znawcę łowieckiego obyczaju. W czasie polowań w Polsce bezskutecznie próbuje namówić generała Sosnkowskiego do przyłączenia się Warszawy do paktu przeciwko Moskwie. „Państwo polskie może sięgać od Gdyni do Odessy” – kusi towarzyszy myśliwych z polskiego rządu. Szef dyplomacji Józef Beck, choć sam woli salony i zakulisowe rozmowy niż wędrówki z fuzją, doskonale wie, że las jest stokroć lepszym miejscem do rokowań niż sala konferencyjna. Między myśliwymi tworzy się więź, odchodzą w niepamięć urazy, różnice zdań. Triumfator, który położy rysia albo odyńca może liczyć na poklask całej kamaryli. Ceremoniał przewiduje dekorowanie strzelca „złomem”, wyróżnienie przy pokocie, aplauz również damskiego towarzystwa.
Poluje niemal cała elita III RP. Zapalonymi myśliwymi byli marszałek Senatu Władysław Raczkiewicz, dyrektor Lasów Państwowych Adam Loret, najwyżsi dowódcy armii - Kazimierz Sosnkowski i Kazimierz Fabrycy. Mogli godzinami rozmawiać o broni, skuteczność strzału, poszukiwaniach ranionej zwierzyny i własnych trofeach. Noszono za nimi angielskie dubeltówki „Vickers” oraz francuskie „Pirlety”. W lasach pszczyńskich, lublinieckich i wiślańskich na jelenie używano Springerów, Manlicherów albo Mauzerów z lunetą. Minister spraw zagranicznych osobiście sugerował, kogo warto zaprosić na jelenie, a kogo na głuszce. W Berlinie, Wiedniu, Madrycie polowania w Białowieży czy na Śląsku Cieszyńskim, uchodziły za szczyt łowieckiego szyku i elegancji. Konkursy strzeleckie, pokazy trofeów, biegi z przeszkodami. Polacy potrafili dbać o ceremoniał, nawet bardziej niż Habsburgowie, którzy gospodarowali na tych terenach blisko sto lat. Kiedy w 1838 r. książę Karol Ludwik Habsburg nabył Państwo Żywieckie, planował nie tylko nowe kuźnie, fryszarnie żelaza i browary. Dobra, które włączył do Komory Cieszyńskiej stanowiły potężne łowieckie imperium, sięgające od Mosonmagyaróvár i Bellye  na węgierskiej nizinie, przez Židlochovice na Morawach i odległe Klachau-Wörschach w Austrii. Doskonałe tereny rozciągały się pomiędzy resztkami puszczy karpackiej, pod Baranią, Kubalonką, Czantorią. W czasie zbiorowych polowań jednorazowy „rozkład” sięgał tu kilkuset upolowanych dzików, zwierzyny płowej i ptactwa.
JAGDGAU OBERSCHLESIEN
Göring uwielbiał polowania na wilki i rysie. Kiedy wreszcie udało mu się ustrzelić w polskiej puszczy kilka dorodnych drapieżników, w podziękowaniu złożył w fabryce w Stuttgarcie zamówienie na terenowego Mercedesa G 5, którego zamierzał ofiarować prezydentowi Mościckiemu. Była to skromniejsza wersja wielkiego sześciokołowego G 4, którego używał sam Führer. Samochód trafił do Mościckiego, lecz w miarę jak pogarszały się stosunki polsko niemieckie, wielkoduszny prezent hitlerowców stawał się coraz bardziej kłopotliwy. Mimo, że terenowy wóz nadawałby się idealnie do polowań na górskich stromiznach i beskidzkich bezdrożach, brakuje dowodów, że Prezydent sprowadził go kiedykolwiek do rządowych garaży do zameczku na Zadni Groń. W ostatnim przed wojną polowaniu dla zagranicznych gości, w lutym 1939 roku, Niemcy mimo zaproszenia z Warszawy, nie wzięli udziału.
Za to sam Göring, już po napaści na Polskę, przyjeżdża w Beskidy. Dowódca Luftwaffe nocował w obszernym dworku, który należał do Brunona Konczakowskiego. Pochodzący z zamożnej rodziny cieszyńskich kupców Konczakowski kupił w Brennej ładnie położoną na południowym stoku Czupla, góralską chałupę. Na jej miejscu, na kamiennej podmurówce, wzniósł dom w stylu tyrolskim. Piętro i poddasze wykonano z limby i modrzewia. Drewno sprowadzono aż z Tyrolu. Göring mógł się poczuć jak w domu.
Prawdopodobnie pod wpływem uroku tutejszych terenów łowieckich, pod koniec listopada 1941 roku Wielki Łowczy Rzeszy, decyduje o utworzeniu nowego górnośląskiego obwodu łowieckiego. Zwierzchnikiem obwodu zostaje Fritz Bracht, katowicki gauleiter i nadprezydent. Ten były ogrodnik, który w partii zrobił błyskotliwą karierę, sceny z polowań widywał dotąd co najwyżej na tanich oleodrukach. Teraz, jak każdy kacyk i parweniusz, odkrywa w sobie łowiecką pasję. Kupuje kompletny strój, broń i tak wyposażony oczekuje przybycia szychy z Berlina, ministra finansów Ludwiga Schwerin von Krosigka. Łowy są całkiem udane. Odstrzelono kilka dorodnych kozłów, które skrupulatni urzędnicy zapisują na konta myśliwych. Nazajutrz naziści wyruszają do… KL Auchwitz. Obóz koncentracyjny, do którego trafiają transporty z więźniami z całej Europy, znajduje się pod oficjalną jurysdykcją hitlerowskiego zarządcy Górnego Śląska.
W CESARSKIM ŁÓŻKU
Mirosław Węcki, autor monografii poświęconej gauleiterowi ustalił, że pierwsze zebranie organizacyjne nowego sztabu łowieckiego odbyło się w zameczku myśliwskim książąt pszczyńskich w Promnicach. Szefem sztabu został nadleśniczy Rache, a wśród członków znaleźli się książę Hochenlohe –Ingelfingen z Koszęcina, prezydent Rejencji Opolskiej Schmidt oraz prezes Deutsche Banku z Katowic Richard Gdynia.
Śląska arystokracja, nie potrafi ukryć pogardy wobec ludzi takich jak Bracht, karierowiczów, którzy dzięki partii dochrapali się pieniędzy i stanowisk. Łowczy Okręgowy z Wrocławia von Reibniz kpi, że być może czeladnik ogrodniczy Bracht, oczekując w książęcych lasach na rykowisko jeleni, sypia w promnickim zameczku w łóżku, z którego ongiś korzystał sam Cesarz Wilhelm II".
 
Jak świat światem dyplomacja i łowy podążały obok siebie. W kniei i na polnych łowiskach, w cesarskim łożu w Promnicach, w „leśniczówce Göringa” w Brennej, w prezydenckim pałacyku na Zadnim Groniu, polują i zasypiają w znoju kolejne pokolenia dzielnych łowców od Świętego Huberta".

 

Przedstawienie sukcesów łowieckich Hermanna Göringa mie jest w żadnym wymiarze gloryfikowaniem postaci tego zbrodniarza. Opisuję tą postać tylko z powodów łowieckich i historycznych. Po prostu była i polowała. Trzeba jednak oddać Göringowi, że jako zapalony myśliwy wprowadził w Niemczech pierwsze nowoczesne prawo łowieckie oraz humanitarne ustawodawstwo chroniące przyrodę. Hermann Göring właściwie poruszał się ścieżkami łowieckimi Cesarza Wilhelma II. Dobrze, że nie kazał sobie stawiać kamieni. Jednak kult Wilhelma II był w Niemczech większy, a rominckie kamienie kajzera zachowały się do dziś i nawet napisy (po stronie polskiej) zostały poprawione złotą farbą. Tego akurat nie pochwalam, wolę je w naturze, tak jak je wykuto przed laty.

Kamień z Puszczy Rominckiej z 1912 r., postawiony na pamiątkę strzelenia dwutysięcznego byka w karierze łowieckiej Cesarza. Fakt strzelenia tego byka uczczono także stosownym napisem na sztucerze Cesarza.

Kolejny kamień w Puszczy z 1903 r. Fot. R. Simoni

Powracamy zatem do cesarskich polowań. Wilhelm II bardzo lubił łowy w prywatnych zwierzyńcach. Podczas polowania w 1885 roku, koło Skierniewic i Lubochni w zaborze rosyjskim, podczas 10 dni ubito około 400 sztuk zwierzyny grubej, głównie dzików i danieli. Wilhelm II polował tam w towarzystwie dwóch monarchów: Rosji i Austro-Węgier: Cara Mikołaja II i Cesarza Franciszka Józefa I.

 

Filmik z polowania Wilhelma II w ogrodzonym zwierzyńcu

 

 

Polowanie z Carem Mikołajem II w 1910 r.

Polowania u Christiana Krafta von Hohenlohe - Oehringen

Christian Kraft von Hohenlohe - Oehringen

Christian Kraft, Fürst zu Hohenlohe-Öhringen, Herzog von Ujest (ur. 21 III 1848 -  Öhringen, Niemcy – zm. 14 V 1926, Somogyszob, Węgry, poch. 22 V 1926 w Jaworzynie Spiskiej). Książę niemiecki, generał-major, właściciel rozległych dóbr na Śląsku (wtedy pruskim) i w głębi Węgier oraz w Tatrach (w ich części węgierskiej, potem słowackiej).
Urodzony w 1848 r. książę Chrystian otrzymał staranne wykształcenie - po renomowanej akademii rycerskiej w Legnicy skończył studia prawnicze na uniwersytecie w Bonn. Potem - wzorem ówczesnej młodzieży z arystokratycznych rodzin - przeszedł przez kolejne szczeble kariery wojskowej, której uwieńczeniem był stopień generała, nadany w czasie wojny francusko-pruskiej z lat 1870-1871. Swoistym wyróżnieniem było też przyznanie mu statusu honorowego członka zakonu joannitów.

Zamek w Sławęcicach

Własnością księcia pozostały blisko 42 tys. ha ziemi oraz pakiet większościowy spółki Zakłady Hohenlohe. W 1908 r. jego majątek oszacowano na ponad 150 mln marek.

W Sławięcicach stanął trzypiętrowy pałac w stylu włoskiego baroku otoczony parkiem angielskim z rzadkimi gatunkami drzew i krzewów

Hrabia żył tak, jak lubił (stać go było na to - dop. autora). Urządzał bale i wystawne polowania, a wszyscy znaczący w regionie arystokraci podlizywali mu się i intrygowali za jego plecami. Zielenieli wprost z zazdrości, gdy aż przez dwa lata z rzędu, w grudniu 1901 r. i 1902 r., Cesarz Wilhelm II był gościem honorowym urządzanych z wielką oprawą polowań. Trzeci raz Wilhelm II gościł w Sławięcicach w grudniu 1906 r. Sława urządzanych z rozmachem bankietów dotarła również do Moskwy i skusiła Cara Mikołaja II, który nie omieszkał złożyć wizyty księciu Hohenlohe i napić się sławięcickiej gorzałki.
Po I Wojnie Światowej, aby uniknąć wpłacenia specjalnego podatku, przekazał 15% akcji Hohenlohe Werke A.G. polsko-francuskiej spółce Skarboferm.
W swoich dobrach jaworzyńsko-lendackich, do własnych celów myśliwskich utworzył wielki zwierzyniec, obejmujący prawie całe Tatry Jaworzyńskie tzw.  Zwierzyniec Jaworzyński. W zwierzyńcu tym i na inych swoich terenach tatrzańskich urządzał częste polowania, a także na sąsiednich terenach, na których dzierżawił prawo do polowań, np. w Kiezmarskiej Dolinie.  Sam książę, w ciągu przeszło 40 lat, upolował tysiąc kozic, napędzanych mu pod strzał przez góralskich naganiaczy. W Hawraniej Dolinie upamiętniono to pomnikiem (duża stojąca kamienna płyta) z wykutym przez jurgowskiego górala napisem po polsku: "Najjaśniejszy Książę Christian Kraft Hohenlohe na tem miesci zastrczelił dnia 5ego Septembra 1924 r. tysiącego capa." - pisownia oryginalna. Na swoim terenie tatrzańskim stopniowo ograniczał pasterstwo, zwłaszcza owcze, ale nie zniósł go całkowicie.

 

Christian Kraft von Hohenlohe - Oehringen poluje na terenie Zwierzyńca Jaworzyńskiego

Zwierzyniec Jaworzyński lub zwierzyniec Hohenlohego. Po zakupie dóbr jaworzyńsko-lendackich w 1879 r. Christian Hohenlohe utworzył na ich terenie w swych prywatnych celach myśliwskich wielki zwierzyniec obejmujący prawie całe Tatry Jaworzyńskie (ok. 2000 morgów). Zwierzyniec ten został otoczony wysokim płotem i strzegli go liczni strażnicy, częściowo sprowadzeni z Tyrolu, a przez polskich górali zwani jegrami.
Poza rodzimą fauną (jak kozice, sarny, niedźwiedzie, rysie itd.) Hohenlohe hodował w swym tatrzańskim. zwierzyńcu także zwierzęta sprowadzane, np. jelenie z Kaukazu, Siedmiogrodu i Ameryki, koziorożce z Kaukazu i Alp, żubry z Kaukazu, bizony z Ameryki.
Zwierzyna była w zimie dokarmiana, ale w obrębie zwierzyńca żyła na swobodzie osiągając najwyższe pogłowie w 1912 r. Na ogrodzonym obszarze żyło wtedy ok. 600 kozic, 1200 jeleni, 150 koziorożców, 21 bizonów i żubrów, 30 niedźwiedzi. Po 1912 r., z powodu trudności finansowych, Hohenlohe zmniejszył liczbę strażników i stan zwierzyny, wzmogło się kłusownictwo (m.in. górali podhalańskich), ale liczba zwierzyny była nadal pokaźna. Na terenie tego zwierzyńca Hohenlohe zbudował liczne drogi leśne oraz myśliwskie ścieżki i domki. Urządzał tu często polowania.

Polowanie na niedźwiedzie w Zwierzyńcu Jaworzyńskim

Polowanie w Zwierzyńcu Jaworzyńskim i książę z ubitym bizonem

Hohenlohe zabronił turystom wstępu na ten obszar. Dopiero po licznych protestach turystów w prasie i interwencji węgierskich władz państwowych Hohenlohe zezwolił przechodzić przez zwierzyniec, ale jedynie trzema znakowanymi szlakami: przez Polski Grzebień, Lodową Przełęcz i Przełęcz pod Kopą, natomiast gospodę w Jaworzynie Spiskiej i Schronisko Salamona na Polanie pod Wysoką zamknął dla turystów. Na poruszanie się poza owymi dozwolonymi szlakami w celach taterniczych  czy naukowych trzeba było uzyskać od dyrektora dóbr w Jaworzynie Spiskiej specjalne pozwolenie (z Polaków otrzymał je bodaj jedynie Walery Goetel, geolog i taternik), ale polscy taternicy o to przeważnie nawet się nie starali, tylko unikali strażników. Po śmierci Hohenlohego w 1926 r. jego dobra tatrzańskie odziedziczył jego bratanek, książę August Hohenlohe, który w 1936 r. sprzedał dobra jaworzyńsko-lendackie (z owym zwierzyńcem) państwu czechosłowackiemu.

Christian Kraft z żoną Otylią  Lubraniec - Dąmbską z domu Brauns

Jak donosił „Łowiec Wielkopolski”, w trakcie jednego z polowań w śląskich Sławęcicach Cesarz strzelił w trakcie sześciogodzinnego polowania 1001 sztuk zwierzyny. Cesarz przyjeżdżał do Sławięcic na polowania trzykrotnie. Był tam 10 grudnia 1901 roku, 3 grudnia 1902 r. i jeden raz w 1906 r. Okoliczne lasy, pełne zwierzyny, słynne były na całą Europę.

Ostatnio na portalu lokalna24.pl znalazłem fragment tekstu podpisanego inicjałami AR dotyczącego wizyt Wilhelma II w Sławęcicach. Link do portalu przesłał mi Pan Tomasz Krawczyk. Oto fragment tego artykułu "(...) w 1897 roku posiadłość Sławięcice, obejmująca w owym czasie 41587 hektarów gruntów ornych, łąk i lasów, odziedziczył Christian Kraft von Hohenlohe-Oehringen. Jako najstarszy syn księcia Hugona zu Hohenlohe-Öhringen i Pauliny von Fürstenberg, ukończył akademię rycerską w Legnicy, a później studiował prawo w Bonn. Walczył w wojnie z Francją w latach 1870/1871 i awansował na stopień generała-majora w kawalerii. Został też honorowym kawalerem w zakonie joannitów. Za czasów rządów Christiana Sławięcice stały się centrum rolniczym i leśniczym na Górnym Śląsku. Okoliczne lasy kusiły największych myśliwych w państwie pruskim. Dzięki staraniom Krafta odżyły przyjazne stosunki rodu Hohenlohe-Oehringen z dworem cesarskim. Wcześniej, przez blisko sto lat, były one dość oziębłe po niepowodzeniach militarnych Friedricha Augusta von Hohenlohe-Oehringen podczas walk z wojskami napoleońskimi w latach 1806-1807. Na zaproszenie księcia Christiana Sławięcice trzykrotnie odwiedził Cesarz Wilhelm II Hohenzollern. Gościł on w posiadłości w grudniu 1901 oraz 1902 roku, a także cztery lata później w 1906 r. Król Prus nie tylko odpoczywał i bawił się na zamku, ale jako rasowy myśliwy, uczestniczył w specjalnie organizowanych dla niego polowaniach – głównie na jelenie. Przyjazdy Wilhelma do Sławięcic zawsze miały doniosła oprawę. Cesarz przyjeżdżał tu specjalnym pociągiem. Na stacji witał go książę Kraft odświętnie ubrany w mundur gwardzisty pułku ułanów. Towarzyszyli mu bracia – Hans wystrojony w mundur badeńskiego oficera artylerii oraz Max w stroju gwardzisty pułku ułanów. Trzykilometrowemu przejazdowi ze stacji kolejowej do posiadłości towarzyszył szpaler zapalonych pochodni w rękach żołnierzy i członków organizacji kombatanckich. Na pewno było to widowiskowe powitanie znakomitego gościa. W bankiecie powitalnym, odbywającym się w pałacu, uczestniczyli przedstawiciele największych i najbogatszych śląskich rodów – Solm-Baruth, Donnersmark, Lichnowski, Welczek, a także przedstawiciele administracji państwowej i znaczniejsi duchowni".

Sławęcice 1902 r. Wizyta Wilhelma II u Christiana Kraft von Hohenlohe - Oehringen (żródło: Tomasz Krawczyk)

Polowania Wilhelma II u śląskich magnatów von Donnersmarck

Panami ziem wokół Bytomia i Tarnowskich Gór zostali w pierwszej połowie XVII w. przedstawiciele rodu Henckel von Donnersmarck. Bogactwa naturalne i umiejętne nimi zarządzanie sprawiły, że Donnersmarckowie stali się magnatami przemysłowymi. Zaliczani do grona najbogatszych rodzin Europy, Donnersmarckowie inwestowali swój kapitał w różne dochodowe przedsięwzięcia na całym kontynencie. Świerklaniec i Nakło pozostawały w ich rękach aż do 1945 r.

Zamek w Reptach zwany Starym Zamkiem

Właścicielem Rept był Karol Łazarz Henckel von Donnersmarck (1772-1864), baron i hrabia cesarstwa niemieckiego, który postanowił przekształcić cały teren Rept w Tier Garten (zwierzyniec) przeznaczony do polowań. Dookoła lasu postawiono mur z kamienia wapiennego. W 1840 roku na wschodnim krańcu zbudowano zameczek myśliwski (Jagdschloss). Środkową część lasu wycięto, aby ułatwić polowania.

Zameczek myśliwski (Jagdschloss)

Polowanie w Reptach

 

Guido Henckel von Donnersmarck

Fascynująca jest historia rodu ale też historia wielkiej miłości Guido Henckela von Donnersmarck i budowy w Świerklańcu „Małego Wersalu”. (źródło: Dariusz Pietrucha "Mały Wersal" w Świerklańcu).

Femme fatale paryskich salonów
W latach 50. XIX w. Guido Henckel von Donnersmarck przebywał w Paryżu. Tam poznał markizę Blanche de Paiva. Tak naprawdę nazywała się Teresa Paulina Blanche Lachmann i prawdopodobnie pochodziła ze Śląska. Urodziła się w 1819 r. w żydowskiej rodzinie. Niektórzy twierdzą, że w Nysie. Historia jej życia to prawdziwa esencja Europy w czasach ponapoleońskich. Co na jej temat jest prawdą, a co wymysłem plotkarzy tamtych czasów lub nawet jej samej, nie wiadomo. Była jedną z tych kobiet, które lubią wymyślać legendy na własny temat. Wiadomo, że była niezwykle piękną dziewczyną, która żyjąc w biedzie, marzyła o sławie i bogactwie. Podobno jej ojcem był Natan Lachmann, krawiec, który w poszukiwaniu lepszego życia wyjechał z rodziną z Nysy do Wrocławia. Gdy nie odnalazł tam tego, czego szukał, rodzina wróciła do Nysy.
Teresa, wówczas 16 latka, zasmakowała jednak życia w wielkim mieście, rychło więc uciekła do Wrocławia. Związała się z młodym czeladnikiem krawieckim, i wspólnie podjęli decyzję o wyjeździe do Moskwy. Jej partner znalazł zatrudnienie w zakładzie krawieckim niejakiego Vilaina (lub Villoinga). Po jakimś czasie Vilain "odbił" swojemu pracownikowi dziewczynę i w 1836 r. ożenił się z Teresą. Wkrótce urodził im się syn. Niebawem Teresa poznaje koncertującego w Moskwie austriackiego pianistę Henri Herza. Romans przerywa jego wyjazd do Francji. Rychło wyjeżdża tam i Teresa. Bynajmniej nie do niego. Zamieszkuje w Paryżu, krótko w Ems, by znowu powrócić do stolicy Francji. Czerpie z życia pełnymi garściami. Po jakimś czasie spotyka Herza i ponownie się z nim związuje. Dzięki jego funduszom otwiera salon, w którym pojawia się ówczesna śmietanka artystyczna i intelektualna Paryża, m.in. pisarz Theophil Gautier, Ryszard Wagner, czy nawet Julius Verne.

     

Blanche de Paiva

Tadeusz Boy-Żeleński pisał: są dziś tylko dwa salony (w Paryżu), w których bywa literatura: salon księżniczki Matyldy i salon pani Païva.
Wzbudzała zachwyt u jednych, innych szokowała. Osoba ponad przeciętna, władająca kilkoma językami, błyskotliwa, doskonale grająca na fortepianie.  Potrafiąca prowadzić konwersacje zarówno na temat sztuki jak i polityki. Słowem: doskonała towarzyszka. Według Dzienników braci Edmonda i Jules’a Goncourtów była najsłynniejszą kurtyzaną swoich czasów. Obdarzona niezwykłą urodą, z burzą rudych loków bardzo szybko zwróciła na siebie uwagę we francuskiej stolicy.
Goście są oczarowani niezwykłą urodą gospodyni. W tym czasie Herz koncertuje w Ameryce zdobywając coraz większą popularność. Nieobecność pianisty wykorzystuje jego rodzina. Oskarżając Teresę o trwonienie majątku Hertza, wyrzuca ją z domu. Pozbawiona środków do życia, znajduje zatrudnienie u niejakiego Girardino. Tam zwraca na nią uwagę Charles Worth, znany projektant strojów, który angażuje ją jako modelkę. Ma nie tylko prezentować stroje szyte dla dam z innego, bogatego świata - dla Teresy nieosiągalnego - ma zachęcić je do ich kupna. Kolejną szansą w jej życiu staje się brytyjski lord Edward Stanley, który ściągnął ją do Londynu. Na krótko jednak.

Wraca do Paryża z kolejnym mężczyzną, księciem Gramont Antoine Agenorem i znacznym majątkiem. Zakupuje rezydencję na Placu Saint Georges, która staje się miejscem spotkań elity paryskiej. W 1849 r. umiera jej mąż Vilain. Podczas kolejnej wyprawy, w Baden-Baden, poznaje portugalskiego arystokratę markiza Albio-Frances. Mąż jednak nie cieszył się zbytnimi względami u małżonki. Po dwóch latach markiz wrócił do Portugalii, a żona płaciła mu 200 dolarów miesięcznie na pocieszenie.

Historię można by już uznać za zakończoną. Biedna dziewczyna znalazła księcia z bajki i stała się bogatą księżniczką. W tym momencie następuje gwałtowny zwrot akcji. Na scenę wkracza młody i przystojny hrabia. Milioner, najbogatszy człowiek ówczesnej Europy - Guido Henckel von Donnersmarck. Guido oszalał na punkcie Blanche. Była od niego o 11 lat starsza. Hrabia zakochał się i od razu poprosił ją o rękę Nie mogę ci jej dać – odpowiedziała podobno markiza. Byłam mężatką trzykrotnie. Nie szkodzi, poczekam – podobno brzmiała odpowiedź hrabiego.
Jeszcze przed ślubem wybudował dla niej w Paryżu pałac przy Avenue des Champs-Èlysées, zatrudniając do tego słynnego architekta Pierre Manguina.  Po czasie przenieśli się do zakupionego przez Guido zamku Pontchartrain (niedaleko Rambouillet), gdzie zjeżdżała się arystokratyczna i artystyczna elita. Była to jedna z najwspanialszych posiadłości we Francji (pałac miał tyle okien ile dni w roku) oraz na jego zlecenie wybudowano ekskluzywny dom przy Polach Elizejskich (pod nr 25) w Paryżu. Pałac wzbudzał wielkie emocje w ówczesnym świecie. Do jego budowy oraz wykończenia zatrudniono najlepszych swojej epoki. Nie oszczędzano na niczym. W pałacu znajdowały się wspaniałe schody, których każdy stopień był wykonany z malachitu wartego 20 tys. funtów. Łóżko w sypialni kosztowało 100 tys. franków. Markiza kazała w łazienkach zamontować 3 kurki: na ciepłą i zimną wodę oraz na …szampana, w którym uwielbiała się kąpać. Kurki wykonane były ze złota ozdobionego drogimi kamieniami.

Pierwsza z prawej Blanche

Ponownie otworzyła towarzyski salon w Paryżu zapraszając najświetniejsze osobistości ze świata polityki i sztuki (gościem był m.in. francuski minister wojny Leon Gambetta). Liczyła, iż w ten sposób załagodzi narastającą wrogość wobec Guido i doprowadzi do pogodzenia się Francuzów z Niemcami. Była jednak żoną znienawidzonego Guido, a jemu Francja nie chciała wybaczyć. Ostatnią próbą Blanche była chęć doprowadzenia do spotkania Gambetty z Bismarckiem.
Liczyła, że dwaj tak ważni politycy będą w stanie coś zmienić we wzajemnych francusko-pruskich stosunkach. Do spotkania nie doszło, gdyż zrezygnował Gambetta. Dla Francuzów Guido stawał się persona non grata... Ostatecznie zasugerowano mu, by wyjechał z Paryża. I tak też się stało. Przeprowadzili się na Śląsk do posiadłości hrabiego w Świerklańcu.

"Mały Wersal"
Górny Śląsk nie przypominał Paryża, a Świerklaniec był miejscem cichym i spokojnym. Kamienny XIII-wieczny zamek, w którym zamieszkali, nie gwarantował paryskich warunków do jakich Blanche miała okazję przywyknąć. Wokół podmokły teren powodujący reumatyzm i wszechobecne komary. Pokochała jednak to miejsce, choć zapewne zdarzało się jej narzekać na nudę. Wówczas zakochany w swojej żonie Guido podejmuje karkołomną decyzję. Na tyłach Starego Zamku (niem. Alte Schloss) postanawia wybudować dla niej nowy, wspaniały pałac (niem. Neue Schloss) w stylu Ludwika XIII zwany "Małym Wersalem".

Stary zamek w Świerklańcu

Mały Wersal

 

Od tego pomysłu nie odwiódł go nawet podmokły teren. Kazał go…osuszyć. Wbito więc w ziemię 2 tys. dębowych pali, każdy o długości 10 m. Projekt pałacu nawiązywał do Wersalu (choć niektóre źródła mówią że miał być kopią nieistniejącego dziś pałacu Tuileries w Paryżu).
Zaprojektował go wybitny francuski architekt Hector Lefuel (1810-1880), nadworny architekt Napoleona III, jeden z twórców Luwru. Sława cesarskiego architekta przyniosła mu zlecenie budowy pałacu w Świerklańcu. Do fazy projektowania przystąpił jeszcze w 1868 roku, czyli przed wybuchem wojny francusko-pruskiej. Budowa została zakończona w 1876 roku. Podstawowym środkiem wyrazu zewnętrznej elewacji świerklanieckiego pałacu, stało się zastosowanie dwubarwnego wątku muru, w którym czerwona cegła lica ścian kontrastowała z bielą obramowań narożników i okiennych otworów. W projekcie Lefuel zastosował różnorodność kształtów pałacu.
Efekt dynamizmu osiągnięto przez sylwetkę dachu i brył kształtujących fasady, które symetrycznie cofały się i występowały w formie ryzalitów. Świerklaniecki pałac został zaprojektowany jako kompleks składający się z korpusu głównego z ryzalitem środkowym, przekrytym wypiętrzonym do góry dachem. Każdy z członów kompleksu odznaczał się wyrafinowanymi proporcjami, wyeksponowanymi dodatkowo za pomocą tarasu, idealnie wpisującego pałac w jego parkowe otoczenie. Całość budowli była utrzymana w stylu francuskiego neorenesansu. Korpus budowli na osi północ-południe miał 92 m długości. W narożach pałacu, od strony ogrodu, wzniesiono dwa kolejne ryzality, a od strony podjazdu dwa płytkie skrzydła z alkierzami, które tworzyły wewnętrzny dziedziniec.

Dowód miłości Guida do Blanche - Nowy Pałac (Neue Schloss) zwany Małym Wersalem - rekonstrukcja. Źródło A. Kuzio-Podrucki, M. Ogiński, Rezydencje śląskiej szlachty. Bytom, Piekary Śląskie, powiat lubliniecki.jpg

Niestety, do dzisiaj nie udało się odnaleźć żadnych fotografii wnętrz pałacu. Istniała tam jednak Sala Czerwona udekorowana dziełami znanych malarzy, ale najbardziej reprezentacyjna była trzyczęściowa sala balowa z emporami, gobelinami, mozaikami i okładzinami z malachitu. W pałacu znajdowały się 34 bogato wyposażone komnaty, 6 odrębnych apartamentów z ekskluzywnymi łazienkami (złocona armatura, włoskie i hiszpańskie kafelki, marmurowe okładziny i kryształowe lustra), nowoczesne systemy ogrzewania i wentylacji. Pałacowa biblioteka słynęła z dzieł wybitnych autorów, m.in. Droysen, Schlosser, Goethe i Schiller. Urządzeniem wystroju wnętrz w Neue Schloss zajmowała się francuska firma Dom Christofle.
Ich dziełem jest m.in. wielki kominek z postacią Diany, autorstwa rzeźbiarza Ernesta Eugéne’a Hiolle’go, a także balustrada z pełnoplastyczną rzeźbą pawia z żelaza i złoconego brązu. Pracowali tu również wybitni francuscy artyści. Niestety nie ocalało żadne zdjęcie ich dzieł, a elementy pałacowego wyposażenia zostały rozkradzione w trakcie wojny lub zaraz po niej.


Pałac zachwycał. Wokół niego powstał wspaniały park i dziedziniec bogato i gustownie zdobiony. Obok sporych rozmiarów staw z wysepką na środku. Na pałacowym dziedzińcu umieszczono cztery rzeźby autorstwa Emmanuela Fremieta. Wykonane na zlecenie Guido rzeźby są dowodem zafascynowania tematyką zwierząt i imponują dynamizmem ukazania swoich postaci.

Na uwagę zasługuje fakt, iż świerklaniecki park jest jedynym miejscem skupiającym tak wiele rzeźb tego sławnego francuskiego rzeźbiarza. Jego dzieła znajdują się tam do dzisiaj, choć niewiele osób zdaje sobie sprawę, kto jest ich twórcą. W centralnym miejscu dziedzińca stoi fontanna będąca kopią paryskiej z Obserwatorium Astronomicznego

Częstym gościem w Świerklańcu był Cesarz Wilhelm II (w 1900, 1904, 1906 i 1910 r.), który co prawda nie przepadał za Guido, jednakże ten był bardzo poważany w kręgach politycznych cesarstwa. Guido stał się prawdziwym śląskim potentatem przemysłowym. Był właścicielem hut "Donnersmarck" (Zabrze), "Bethlen-Falva" i "Deutschland" (Świętochłowice), huty cynku "Guidotto" w Chwałowicach, kopalń "Schlesien" (Chropaczów), "Donnersmarck" (Chwałowice), "Karsten-Centrum" (Bytom), "Andaluzja" (Piekary Śląskie) i fabryki celulozy w Kaletach. Był także założycielem pierwszej na Śląsku spółki akcyjnej "Śląskie Kopalnie i Cynkownie" z siedzibą w Lipinach. Wsparł finansowo budowę katolickich kościołów w Reptach, Mikulczycach, Wieszowej, Kamieniu, Starych Tarnowicach, Świerklańcu, Zabrzu i Tarnowskich Górach, choć sam był protestantem. 2,5 miliona marek przeznaczył na istniejącą do dzisiaj fundację "Fürst-Donnersmarck-Stiftung" wspierającą edukację jego urzędników, pracowników oraz ich dzieci. Był szanowany i podziwiany.Miał swoje rezydencje w Paryżu, Berlinie, Rottach-Egern, Reptach oraz Świerklańcu, gdzie był piastowski zamek i nowy pałac zwany „Małym Wersalem”.

Biała dama ze Świerklańca

Blanche Henckel von Donnersmarck

Blanche Henckel von Donnersmarck zmarła w 1884 roku, mając ok. 67 lat. Oficjalnym powodem jej śmierci były problemy z sercem. Podobno było inaczej. Uwielbiała konne przejażdżki po świerklanieckim parku. Podczas jednej z nich jej szal zaczepił o konary drzew. Udusiła się. Nie wiem, która wersja jej śmierci jest prawdziwa. Pochowano ją w Świerklańcu w okrągłej krypcie grobowej w Alte Schloss, po której nie ma już dzisiaj śladu. Miejsce, gdzie spoczęło ciało Blanche już nie istnieje.
Podobno w 1945 r. jej zmumifikowane zwłoki (Guido po jej śmierci nakazał mumifikację) wywleczono z krypty i oparto o uszkodzoną kratę broniącą wejścia. Wokół walały się drobne przedmioty, kiedyś należące do niej. Potem jej resztki rozwleczono po parku, a ktoś z litości zakopał gdzieś to, co z niej pozostało. Ale pamięć o tej niecodziennej kobiecie przetrwała. Narodziły się też legendy o "Białej damie ze Świerklańca". Podobno Blanche była pierwowzorem dla postaci Nany w powieści Emila Zoli, a także panny Mimi w "Cyganerii" Pucciniego. Jej portret malował sam Eugene Delacroix czy też Franz von Lenbach. Hrabina Blanche Henckel von Donnesmarck była również wielbicielką klejnotów, na które nie szczędziła pieniędzy. 27 października 1882 r. zakupiła klejnoty za sumę 157 957 franków w złocie. W jej szkatule znajdowała się biżuteria należąca niegdyś do koronowanych głów. W dniu ślubu z hrabią miała na sobie diamentowe kolczyki, kosztujące łącznie 300 tys. dolarów.

Guido ponownie się ożenił. Drugą żoną (1887) była Katarzyna Slepcow (1862-1929), pochodząca z Rosji szlachcianka, z którą miał dwóch synów. Guidotto (1888-1959) był 2. księciem von Donnersmarck, a hrabia Kraft (1890-1977) 16. wolnym panem stanowym Bytomia.


Smutny los spotkał pałac w Świerklańcu. Przetrwał obie wojny światowe, ale niestety nie przetrwał spotkania z Armią Czerwoną i szabrownikami. Rok 1945 położył kres ponad 300 -letniej obecności Donnersmarcków na Śląsku. Zamek i pałac zostały splądrowane i podpalone w 1945 roku i ostatecznie zniszczone w czasach PRL. Nadający się budulec uzyskany z ruin oraz marmury i kamienne bloki posłużyły do budowy Pałacu Kultury Zagłębia w latach 1951-1958. W 1962 bez wiedzy ówczesnego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków wysadzono resztki ruin zamku. Z zespołu pałacowego do dzisiaj ocalały baseny, tarasy i fontanny, Pałac Kawalera oraz kościół z grobowcami rodziny. Autorem rzeźb na tarasie, które ocalały do dziś, był Emanuel Fremiet. Dwie pochodzące z parku pałacowego rzeźby lwów znajdują się w Zabrzu (zdobią wejście do parku przy ulicy 3 Maja), natomiast brama do pałacu zdobi dziś wejście do ogrodu zoologicznego w chorzowskim parku rozrywki. 

 

Pałac Kawalera powstał w latach 1903-1906 jako reprezentacyjna rezydencja dla gości Guido. Jednym z pierwszych był sam Cesarz Wilhelm II Hohenzollern. Cesarz Wilhelm II (polował w 1900, 1904, 1906 i 1910 r.), który co prawda nie przepadał za Guido, jednakże ten był bardzo poważany w kręgach politycznych cesarstwa.

Pałac Kawalera

 

Rezydencja rodu Donnersmarcków została wybudowana specjalnie dla Wilhelma II, który przyjeżdżał do Świerklańca na polowania. Budowlę wzniesiono w parku świerklanieckim w pobliżu nieistniejącego już pałacu zwanego "Małym Wersalem" lub "Śląskim Wersalem". Obiekt w stylu francuskiego neobaroku został zaprojektowany przez Ernesta von Ihne. Wewnątrz znajdowały się amerykańskie wanny Royal, podłogi z dębowego parkietu, posadzki z marmuru, oraz doskonale działające centralne ogrzewanie. Na frontonie pałacu wyryto napis: "Memento vivere" (Pamiętaj o życiu), napis miał zachęcać do zabawy. Rezydencję rodu Henckel von Donnersmarck otacza 185-hektarowy park w stylu francuskim. Ernst von Ihne stworzył budowlę na planie zbliżonym do kwadratu z ryzalitami na osiach elewacji. Ze względu na podmokły teren pałac postawiono na ołowianej płycie.

Hrabia zapraszał do swojej posiadłości na polowania znakomitych gości. Przebywał tu czterokrotnie Cesarz Wilhelm II. W parku posadzono drzewa i rośliny sprowadzane z całego świata. Rosną tu między innymi: buki japońskie, tulipanowce, chojna kanadyjska, różne odmiany dębów, buków, kasztanowców oraz sosny wejmutki, platanowce oraz wiele innych. Guido jako przyjaciel Alfreda Kruppa i Ottona von Bismarcka posiadał także spore wpływy polityczne. Po Alfredzie Kruppie był najbogatszym człowiekiem w ówczesnych Niemczech. Cesarz niemiecki Wilhelm II, 18 stycznia 1901 r., nadał mu dziedziczną godność pruskiego księcia von Donnersmarck (Primogenitur) z tytułem "Książęca Mość".

Guido Henckel von Donnersmarck

Znamy czym podejmował Cesarza Wilhelma II gospodarz Świerklańca podczas uczt - tekst pochodzi ze strony internetowej www.kliczkow.com.pl/uploads/ZastolemwKliczkowie.pdf:

Zamek w Świerklańcu

 

"Najwykwintniej, by nie rzec - po cesarsku, jadał Wilhelm II na Śląsku podczas odwiedzin księcia Guido Henckela von Donnersmarcka w Świerklańcu, u którego był częstym gościem i którego bardzo cenił - jednego z największych magnatów przemysłowych w Niemczech, właściciela wielu kopalń, hut i stalowni na Górnym Śląsku, posiadającego też liczne inwestycje w Zagłębiu Ruhry, we Francji, na Sardynii, w Karyntii, na Morawach i w Królestwie Polskim na ziemiach zaboru rosyjskiego. Książę hołdował kuchni francuskiej, co znalazło odzwierciedlenie na stole podczas przyjęcia wydanego z okazji przyjazdu Cesarza w listopadzie 1910 roku. W karcie dań znalazły się tego dnia: consomme a la Souvaroff, pączki a la Magador, karp na niebiesko, polędwica wołowa po włosku, filet z bażanta a la Montignano, kaczka pieczona na ruszcie, sałatka orientalna, zielone szparagi po parysku, ananas a la Palermo, rożki z ciasta francuskiego a la Rubino. Menu o tyle wykwintne, iż nawet dziś nie sposób odnaleźć w dawnych książkach kucharskich receptur na wszystkie wymienione specjały. Książę von Donnersmarck nie przejmował się najpewniej przywiązaniem Cesarza do swoiście pojętej prostoty na talerzu. Dodajmy jednak - zielone szparagi po parysku oraz ananas a la Palermo były głębokim ukłonem księcia w stronę Jego Wysokości".

Jedna z ciekawszych fotografii wykonana przez tarnogórskiego fotografa Otto Reiche przed pałacem w Świerklańcu - na zdjęciu właściciel Małego Wersalu Guido Henckel von Donnersmarck i jego znamienity gość Cesarz Wilhelm II.

Powitanie Cesarza Wilhelma II przez księcia Gwidona Henckel von Donnersmarck na starym dworcu w Radzionkowie. Cyframi oznaczeni: 1) Cesarz Wilhelm II Hohenzollern, 2) książę Gwidon Henckel von Donnersmarck, 3) marszałek dworu, hrabia Eulenburg, 4) starosta tarnogórski von Schwerin, 5) książę Krystian Kraft Hohenlohe, 6) hrabia Cuno Moltke, 7) książę von Schönburg, 8) tajny radca dworu Schwerin, 9) hrabia Wollff-Metternich, 10) hrabia Görtz-Schlitz, 11) generał von Scholl. Mamy opis tej wizyty:

"Wilhelm II uwielbiał polowania i m.in. z tych powodów odwiedzał śląskich arystokratów, którzy swym bogactwem niejednokrotnie mu dorównywali. Jedna z takich wizyt miała miejsce jesienią 1900 r., gdy zawitał do hrabiego Guido Henckel von Donnersmarcka ze Świerklańca. Upolowaną zwierzynę liczono w setki, a nawet tysiące. Dokładnie dwa miesiące później Cesarz nadał tytuł księcia świerklanieckiemu gospodarzowi hrabiemu Guido. Gdy Wilhelm przyjechał 26 listopada 1904 r. zamieszkał w dopiero co wybudowanym Domu Kawalera, niewielkim pałacyku położonym tuż obok Małego Wersalu. Był tam pierwszym gościem. Plan kolejnej wizyty w 1906 r. opisała ówczesna Gazeta Katolicka: W sobotę 1 - go grudnia br. przyjedzie Cesarz pociągiem osobnym w nocy na dworzec radzionkowski, gdzie zostanie przyjętym przez księcia Donnersmarcka i zaprowadzonym do pałacu w Świerklańcu. Tam odbędzie się w niedzielę 2 - go grudnia nabożeństwo, które będzie odprawiał superintendent Bojanowski z Tarnowskich Gór. Następnie odbędzie się uczta familijna, przechadzki, itd. W poniedziałek o godz. 3/4 8 rozpoczyna się polowanie. We wtorek 4 - go grudnia nastąpi po śniadaniu wyjazd Cesarza osobnym pociągiem z dworca radzionkowskiego."

Przed pałacem w 1910 roku w trakcie cesarskiej wizyty

Wracając do tematu polowań w lasach wokół Świerklańca pocztówka z przełomu wieku XIX i XX

Ostatni raz Cesarz przebywał w Świerklańcu 24-26 listopada 1910 r. Wówczas celem wizyty było odsłonięcie pomnika króla Fryderyka II Wielkiego w pobliskim Bytomiu oraz oczywiście polowanie.

 

Podczas polowań w dobrach księcia Guido przestrzegano tradycji i zwyczajów łowieckich. m.in. honorowano szczęśliwego strzelca i ubitą zwierzynę gałązką złomu. Stanisław Cenker (leśnik, myśliwy, śląski działacz polonijny dop. autora) relacjonował:
(...) Zgodnie z łowieckim zwyczajem podszedłem do kępy świerczyny, uciąłem dwie gałęzie. I jedną z nich złożyłem na jeleniej komorze, w miejscu wlotu kuli. Drugi złom świerczyny, po lekkim zanurzeniu w farbie jelenia wręczyłem przepisowo na kordelasie uszczęśliwionemu myśliwemu. Pułkownik zdjął swój myśliwski kapelusz i odebrał symboliczny złom jako wyraz gratulacji.

 

Wilhelm II był lubiany przez jednych, a nienawidzony przez drugich. Bywał na Śląsku często i zawsze polował. Uchodził za kobieciarza. Często się to powtarza w przekazach o jego wizytach. Pokazywany był jako myśliwy, odwiedzający zamki i pałace. Bywał u księcia Donnersmarcka w Świerklańcu i Reptach, u książąt pszczyńskich: Hochberga XI i XV, u hrabiego von Tiele-Wincklera w Mosznej. Mówiono o nim, że był "kobieciarzem" - tak pisze o nim Gabriela Horzela-Szubińska na http://www.montes.pl . Nie wiem czy był kobieciarzem. Prawdę mówiąc nic na to nie wskazuje - dop. autora.

Zamek  w Mosznej

Moszna położona jest na szlaku komunikacyjnym łączącym Prudnik z Krapkowicami. Nazwa wioski pochodzi prawdopodobnie od nazwiska Moschin, rodziny przybyłej do parafii Łącznik w XIV wieku. Jak głosi legenda, Moszna w średniowieczu należała do Zakonu Templariuszy. W 1679 roku właścicielami Mosznej była rodzina von Skall. W 1723 roku po śmierci właścicielki Urszuli Marii von Skall, wieś przeszła w ręce jej kuzyna nadmarszałka dworu Fryderyka Wielkiego - Georga Wilhelma von Reisewitz. Z tego okresu pochodzi pałac - środkowa część dzisiejszego zamku. W 1771 roku rodzina von Reisewitz straciła Moszną, a majątek został zakupiony na licytacji przez Heinricha Leopolda von Seherr-Thossa - którego rodzina posiadała również na własność zamek i dobra w niedalekiej Dobrej. W 1853 roku Karl Gotthard Seherr-Thoss sprzedał Mosznę Heinrichowi von Erdmannsdorfowi, który zbył ją w 1866 roku Hubertowi von Tiele-Winckler z Miechowic.

Zamek Huberta von Tiele-Winckler w Miechowicach

Hubert von Tiele-Winckler założył rozległy park w Mosznej

Pomnik Huberta von Tiele - Winckler - niestety zniszczony po II Wojnie Światowej

Franz Hubert von Tiele-Winckler

Franz Hubert, syn Huberta von Tiele - Winckler,  był pomysłodawcą i budowniczym zamku, wzniesionego po tym, jak w 1896 roku częściowo spłonął barokowy pałac. Niektórzy historycy uważają, że Franz Hubert, ówczesny właściciel zamku, a zarazem pomysłodawca niekonwencjonalnego projektu, rozmachem przedsięwzięcia i oryginalną architekturą chciał zaimponować Cesarzowi Wilhelmowi II. Jeśli istotnie taki był jego cel, udało mu się go osiągnąć. Władca Prus był nie tylko pod wielkim wrażeniem budowli, ale także gościł w Mosznej czterokrotnie przy okazji polowania.

Ciekawostką architektoniczną jest również fakt, że w rezydencji znajduje się dokładnie 365 pomieszczeń, a ponadto 99 wież i wieżyczek, symbolizujących posiadaną przez Franza Huberta liczbę majątków. Wokół pałacu utworzono rozległy park, współcześnie należący do najcenniejszych przyrodniczo kompleksów tego typu w regionie.
Na początku XX wieku w ogrodzie badacze natknęli się na pozostałości dwóch średniowiecznych grodzisk, a w późniejszych latach fragment drewnianej palisady. Odkrycie to traktuje się jako potwierdzenie hipotezy, że kilka stuleci wcześniej w tym miejscu znajdowała się siedziba Templariuszy.

W tym miejscu zacytuję obszerne fragmenty artykułu "Zamek pod patronatem diabła" Joanny Banik:

"Unikalny klimat Mosznej zapewne zrobił ogromne wrażenie na Hubercie, gdyż postanowił zmienić ją w pyszną siedzibę rodu. Z planów nic jednak nie wyszło. Nie dość, że pałacyku nie udało się rozbudować, to jeszcze spustoszył go pożar, który wybuchł w niezwykle tajemniczych okolicznościach w nocy 2/3 czerwca 1896 r. Zgliszcza przypadły w sukcesji najstarszemu synowi Huberta - Franciszkowi, który wkrótce zmienił je w architektoniczną bajkę. Szatańska firma budowlana Hubert i Valeska mieli ośmioro dzieci: czworo synów, tj. wspomnianego już Franciszka Huberta oraz Hansa Wernera i dwóch o nieznanych imionach, a także cztery córki - Helenę, Hildegardę, Klarę i Ewę. Ta ostatnia została zakonnicą i założyła w Miechowicach przytułek miłosierdzia dla ubogich, na który przeznaczyła swój spadek po matce. Najstarszy z rodu, wspomniany już Franciszek odziedziczył cały niepodzielny majątek ziemski wraz z kopalniami, a Cesarz nadał mu tytuł hrabiowski. Moszna natomiast miała stać się siedzibą rodu, miejscem dorocznych zjazdów familijnych. W tym celu w 1896 r. zaczął powstawać bajeczny budynek z dwoma skrzydłami i oranżerią.

 Podczas drugiej wojny światowej zamek nie doznał właściwie żadnego uszczerbku, ale nie oparł się już dewastacji, jakiej dopuścili się żołnierze sowieccy, kwaterowani w Mosznej od 1945 roku. Od 1972 do 2013 roku w pałacowych wnętrzach mieściło się Centrum Terapii Nerwic, natomiast aktualnie rezydencja jest własnością prywatną.


Moszna - wnętrza pałacowe

Moszna - pokój hrabiego zwany Pokojem Pana

Dziadek Franza Huberta, Franz Winckler zaczął pracę jako 16-letni górnik w kopalni srebra „Fryderyk” w Tarnowskich Górach. W Miechowicach Franz Winkler pojawił się w 1830 roku, prowadząc księgowość swojego pana-pracodawcy Aresina, właściciela wielu kopalni galmanu i hut cynku. Po śmierci żony i właściciela kopalni ożenił się z bogatą wdową po nim - Marią Aresin. W 1840 roku król pruski nadał mu tytuł szlachecki. Dziedziczką fortuny była jego córka Valeska, która w 1854 roku wyszła za mąż za Huberta von Tiele i to on zakupił w 1866 roku Moszną. Po małżeństwie używali połączonego nazwiska - Tiele-Winckler. Hubert zmarł w 1893 r., a majątek po nim przypadł, zgodnie z zasadą majoratu, najstarszemu synowi - był nim wspomniany Franz-Hubert. W 1895 wszedł w szeregi arystokracji dzięki tytułowi hrabiowskiemu, nadanemu mu przez Cesarza Wilhelma. W rok później, po pożarze, odbudował on i rozbudował swoją siedzibę. W 1901, 1904 r., a później 1911 i 1912 hrabiego odwiedzał władca Niemiec, przybywając na polowanie i to dla niego wybudowano, w latach 1911-1913 skrzydło zachodnie. Syn Franza Huberta, Claus-Peter w okresie międzywojennym przehulał część fortuny przodków. Umierając bezdzietny, usynowił swojego kuzyna, którego syn miał dziedziczyć majątek i tytuł hrabiowski. Jego rodzina mieszkała do końca wojny w Zamku Moszna, uchodząc do Niemiec przed nadchodzącą armią czerwoną.


Pobyty Wilhelma II w Mosznej - Wolne tłumaczenie z czasopisma WILD UND HUND  -  Moschen,  Erich Reisch. Opracowano na podstawie informacji p. Rozwity Malec z Mosznej (pisownia oryginalna.

Są opisy jak to na pięknie udekorowanej stacyjce, niedaleko bramy gladiatorów witał go Franz Hubert von Thiele–Winkler i jak obaj w wytwornym powozie, jechali długą i prostą aleją, pośród wiwatującego tłumu, aż na zamkowy dziedziniec. Od tej pory wszystko podporządkowane tu było tylko polowaniu. W tym celu - na przykład - wybudowano niewielki drewniany budynek, w którym każdego ranka Cesarz jadał śniadania. Na ten czas tworzył się swoisty rytuał. Każde spotkanie przy stole to była cześć spektaklu. Zawsze rano, gdzieś około dziewiątej cisza odchodziła w zapomnienie; w jednej chwili rozbrzmiały trąbki i rogi. Sygnaliści grali na powitanie, a przed zamkiem powoli gromadzili się uczestnicy polowania. Najpierw ciszę wypełniał zgiełk coraz głośniejszych rozmów, a potem myśliwi wraz ze swoimi pomocnikami ruszali, w stronę wcześniej przygotowanych stanowisk strzeleckich. Wraz z odchodzącymi - na polanę przed zamkiem powracała cisza, przerywana od czasu do czasu, ujadaniem co bardziej zajadłych psów. Dopiero po sygnałach dla naganki, dało się słyszeć dochodzące z rożnych stron pojedyncze strzały, które zlewały się chwilami w kanonady. Po każdym polowaniu - wieczorem - Cesarz i hrabia wychodzili na balkon i w świetle palących się pochodni, dokonywali odbioru raportu z polowania. Zawsze było to tak, że sprawozdanie - donośnym głosem - odczytywał miejscowy łowczy. I tak dzień po dniu. Cesarz uwielbiał polowania i uwielbiał te spektakle.

 

1901 rok
Kolejność polowań, dla których Jego Wysokość przybył na Śląsk i które przyobiecał śląskim magnatom, otwiera MOSZNA - posiadłość harbiego von Thiele Wincklera. Cesarz przybył do Mosznej 4. grudnia, wieczorem, pociągiem o godz. 6.35, który zatrzymał się na stacji, specjalnie na tę okoliczność przygotowanej - przy zamku. Tu najważniejszego gościa polowania wita hrabia Franz Hubert von Thiele Wincker i natychmiast udaje się powozem z eskortą do zamku, oddalonego o 5 minut drogi, trasą, w całości oświetloną palącymi się pochodniami. W zamku miało miejsce powitanie z resztą zaproszonych gości. Następnego dnia, rano o godz. 9.00 odtrąbiono rozpoczęcie polowania na bażanty. Dzień był słoneczny, niebo przeźroczyste, wiał lekki wiatr, przy temperaturze minus 3 st.C. W trakcie polowania odbyło się 11 pędzeń, przy udziale 16. myśliwych - strzelców. Szesnastu myśliwych ustrzeliło 6 256 bażantów, 159 zajęcy oraz 16 sztuk innej zwierzyny - w sumie 6 431 sztuk zwierzyny. Biorący udział w polowaniu Cesarz strzelał wyłącznie do bażantów - kogutów i odstrzelił ich 927 sztuk, ponadto 12 zajęcy - w sumie 939 sztuk. Jego pomocnik zabrał ze sobą tylko 1017 sztuk naboi, co daje  wynik 94,37% (powinno być: 92,33% ) oddanych celnych strzałów. Przy kalibrze  broni (20), jakiej używał Cesarz, było to znakomite osiagnięcie, wskazujące na sprawność Cesarza. Pomiędzy szóstym i siódmym pędzeniem, udano się do zamku na śniadanie. Polowanie trwało do godziny 15.30, po czym wrócono do zamku, który był oświetlony pochodniami tak, jak poprzedniego dnia. Przy podjeździe do zamku wyłożono dziczyznę  (pokot) - Jego Wysokość Cesarz oraz pozostali zaproszeni goście, przed kolacją, z balkonu, odebrali pokot, po czym udano się na uroczystą kolację. Następnego dnia, tj. 6. grudnia, po południu,o godz. 2.30, Cesarz wyruszył w dalszą podróż, do hrabiego Henckel von Donnersmarck  (Neudeck - Świerklaniec).

1904 rok
Po trzydniowej wizycie i polowaniu w Strzelcach Opolskich, u hrabiego Martimera von Tschirschky - Renard, Cesarz pojawił się w Mosznej. Pobyt u hrabiego von Thiele Winckler'a trwał od 3 do 4 grudnia. W polowaniu, oprócz gospodarza i Cesarza Wilhelma II ze świtą, brali udział także m.in. hrabia generał von Holenau, hrabia von Moltke, właściciel Strzelec - hrabia von Tschirschky oraz książę von Donnersmarck. Cesarz ofiarował Franz - Hubert'owi von Thiele Winckler'owi wiele prezentów i drobiazgów, m.in. swoje zdjęcie z autografem i dedykacją, upamiętniającą  jego wizytę w Mosznej. 

1911 rok

W dniach od 27 do 29 września, hrabia Franz Hubert von Thiele Winckler w swoim pałacu ponownie gości Cesarza Wilhelma II. W polowaniu wzięli udział, m.in. hrabia von Seherr Thoss z Dobrej, hrabia von Puclerz Korfantowa, hrabia Gunter von Thiele Winckler z Meklemburgii, książę von Trachenberg i major von Coprivi. Specjalny pociąg, którym podróżował Cesarz wraz z osobami towarzyszącymi, zatrzymał się w Mosznej na specjalnie przygotowanej na tę okazję i wspaniale udekorowanej stacji, gdzie Wilhelma II przywitał hrabia Frantz Hubert von Thiele Winckler, ubrany w odświetny, kompletny strój myśliwski  (długa marynarka wraz z kapeluszem, udekorowanym trofeum - kępką jeleniego włosia,  tzw. "Hirschfonger"). Cesarz również ubrany był w dworski strój myśliwski, a jego kapelusz, przyozdobiony piórami głuszca. Z wagonu, jak zwykle,  jako pierwsze wybiegły dwa czerwone, krótkowłose charty. Cesarz zasiadł w powozie, zaprzężonym we wspaniałe konie, który zawiózł ich prostą jak sznurek aleją, do zamku. Po obydwu stronach drogi, stały dzieci szkolne z nauczycielami, tworząc szpaler. W tym polowaniu, oprócz Cesarza, wzięło udział również pięciu zaproszonych gości, których listę z wybranymi nazwiskami, należało obowiazkowo przedłożyć w Berlinie, na parę tygodni przed polowaniem. W dniu polowania, wcześnie rano, zaczynało się przeganianie bażantów z pól i tych części lasu, które nie będą objęte polowaniem, w miejsca gdzie przejdzie nagonka podczas polowania. Tych "uciekinierów" wypłaszalii naganiacze małymi, kolorowymi chorągiewkami. Naganiaczami i kierował "Fasanenmeister" Reisch i  była to najważniejsza część przygotowań, od której zależał wynik polowania. Dla samego Reisch'a było to bardzo odpowiedzialne zadanie, z kolei naganiacze byli ludźmi doświadczonymi i godnymi zaufania i byli kierowani do tej pracy przez administrację leśną (Forstbeamtem). Około godziny dziewiatej przyjechali (myśliwi) goście polowania. Po sygnale (na powitanie), odegranym przez brać myśliwską na trąbkach - rogach, ruszyli strzelcy wraz ze swoimi pomocnikami oraz osoby niosące amunicję, do starannie przygotowanych stanowisk strzeleckich, schronień - parasoli. Szczególnie był piekny ten, gdzie stał Cesarz - istne dzieło sztuki. Przy tym stanowisku miał swoje miejsce również hrabiowski pomocnik do spraw polowań (Leibjager) o nazwisku Nordhausen, który był odpowiedzialny za liczenie zestrzelonych bażantów. Cesarz posługiwał się strzelbą o kalibrze 20 oraz stosował do niej żółte naboje marki WOLF. Strzelał wyłacznie z prawej ręki, jedną serię po drugiej. Hrabia Thiele Winckler, jako gospodarz, nie brał w tych dniach udziału w polowaniach. Pojedynczy naganiacze, prowadzeni byli przez cały czas sygnałem z rogu i poruszali się dokładnie "jak po sznurku". Śniadanie było przygotowane w jednym, specjalnie do tego celu zbudowanym, bardzo ładnym drewnianym budynku. Wieczorem, po każdym dniu polowania, obok zamku, wyłożona była "cenna" dziczyzna. Przy oświetleniu z  pochodni, wychodził hrabia z Jego Wysokością Cesarzem na balkon i patrząc z podziwem na upolowaną zwierzynę, odbierali pokot. Wynik polowania odczytywał podniesionym głosem, pełniący funkcję łowczego,  Wildmeister  Gnerlich - strzelono dwa do trzech tysięcy sztuk zwierzyny drobnej, z czego większą część (ilość), stanowiły bażanty. Sam Cesarz, w ciagu dwóch dni,  ustrzelił 1007  bażantów. Jednak oprócz tych zliczonych bażantów wyłożonych do pokotu, nie doliczono tych, które pozostały w lesie nie pozbierane. Takie cesarskie polowania były zawsze bardzo emocjonujące i kosztowne. Tak brzmiały pożegnalne, słowa Jego Wysokości Cesarza, przed odjazdem pociągu  "Mój kochany Thiele, u Ciebie podoba mi się zawsze, jest nadzwyczaj dobrze, dlatego, że wszystko tak łatwo przebiega", którymi gospodarz mógł być nawet nieco (przyjemnie) zaskoczony i wzruszony. Po dniach polowań miejscowi myśliwi z dobrymi psami powtórnie przeszukiwali opolowany wcześniej teren. Niektóre postrzelone i już padłe bażanty przynosiły psy, natomiast część jeszcze żywych postrzałków dostrzeliwano. Wynik samego przeszukania terenu, po takich polowaniach, bywał o wiele wyższy niż efekty obecnie prowadzonych tu polowań przez związek łowiecki. Takie rewiry do polowań jak w Mosznej i innych śląskich posiadłościach, nie napełniały  się zwierzyną naturalnie i efekty polowań, które "rzucały na kolana", nie powstawały samoistnie, lecz były owocem bardzo wytężonej i intensywnej hodowli, pracy i pięlegnacji ... ale to już odrębna historia. (por. WILD UND HUND, Moschen, Erich Reisch; PAŁAC W MOSZNEJ, Marek Gaworski - tekst skompletowała i przetłumaczyła p. Rozwita Malec z Mosznej).SETKI

1912 rok
Kolejny raz, Cesarz Wilhelma II, zawitał do Mosznej 14. listopada . Cesarz przyjechał specjalnym pociągiem, zszedł po dostawionych schodkach i czerwonym dywanie. Po oficjalnym przywitaniu z gospodarzem, obydwaj zasiedli w powozie i przez bramę z gladiatorami przyjechali do pałacu. Tu nastąpiło powitanie z małżonką hrabiego oraz z resztą zaproszonych gości. W polowaniu, oprócz naganiaczy i służących, brało udział około 12. uczestników, m.in. Książę  Raciborski oraz hrabiowie, specjalnie zaproszeni przez hrabiego Franz'a Hubert'a von Thiele Winckler'a. Ogółem ustrzelono 2839 sztuk zwierzyny, z czego, oczywiści  największa część przypadła na samego Cesarza - ok. 600 sztuk. Wynikało to z faktu, że naganiacze oraz leśnicy, niemalże podtykali władcy zwierzynę wprost pod lufę. Po polowaniu, zadowolony Ceszarz, opuścił pałac 15 listopada.

Cesarz Wilhelm II jako ten, który nadal rodzinie tytuł szlachecki, był tutaj traktowany z najwyższymi honorami. Historia głosi, iż podcza polowań Cesarz strzelał setki sztuk zwierzyny, co nawet dla wytrawnego strzelca było liczbą nieprawdopodobną. Tajemnica kryła się w sprytnym zabiegu zastosowanym przez wdzięcznego właściciela dóbr – zatrudnił on naganiacza, który miał sprawić, aby zwierzyna wbiegała wprost pod strzelbę księcia.

Polowanie w Mosznej

Polowania u książąt von Ratibor w Rudach Śląskich

Wiktor I Maurycy von Ratibor (właśc. Viktor I Moritz Karl, 1. Herzog von Ratibor und 1. Fürst von Corvey, Prinz zu Hohenlohe-Schillingsfürst; ur. 10 lutego 1818 w Langenburg, zm. 30 stycznia 1893 w Rudach) - książę Raciborza i książę Corvey.

Rudy Śląskie - opactwo cystersów - siedziba rodu na Górnym Śląsku

Początki opactwa i klasztoru rudzkiego zakonu cystersów wiążą się z okresem 1252—1258. Pierwotne uposażenie klasztoru rudzkiego nie było duże. Około 1260 r. składało się nań siedem wsi oraz pewne, nie skolonizowane jeszcze tereny. Podstawą działalności rudzkich cystersów początkowo było rolnictwo, hodowla bydła i trzody Opactwo rozwijało warzywnictwo, sadownictwo, bartnictwo i leśnictwo, zajęło się również produkcją wełny owczej i pszczelarstwem. Produkowano wosk, miód pitny i likier; istotna była również gospodarka leśna i hodowla ryb w sztucznych stawach. Na terenie klasztoru i w dobrach klasztornych były winnice, kuźnie, smolarnie jak również klasztorna huta szkła, gdzie w latach 1712 – 1740 produkowano szkło okienne, karafki, zwierciadła, dzbanki, butelki, naczynia i perełki, a wyroby eksportowano w głąb Austrii. Ponadto Klasztor posiadał własne kopalnie rudy, które były czynne jeszcze w 1756 r. Opaci rudzcy stracili swoje uprawnienia dopiero po przejęciu większości Śląska przez Prusy. Wiktor I von Hohenlohe-Waldenburg--Schillingsfiirst, książę raciborski, zaczął przebudowywać klasztor na siedzibę magnacką. Zmiany dotyczyły bardziej otoczenia niż samej bryły klasztoru. Wyburzona została większość budynków gospodarczych. Wytyczono i założono park. 

Corvey - siedziba rodu w Niemczech

Wiktor I obrał opactwo na swoją główną rezydencję i nie miał bynajmniej zamiaru burzyć cysterskiej klauzury, a na jej miejscu wznosić nowej budowli wedle modnej podówczas klasycystycznej modły. Zdecydował, że wiekowe założenie zostanie zaadaptowane na okazały pałac książęcy w ulubionym przez niego neogotyckim duchu. W 1859 r. wytrawny niemiecki architekt Karl Lüdecke (1826-1894) skreślił pierwsze rysunki pomiarowe opisujące zamierzoną przebudowę. W 1863 r. architekt przedstawił projekty nowych aranżacji wnętrz oraz ujednolicenia w duchu neogotyku detali architektonicznych elewacji. Swoje zamiary zrealizował jednak tylko częściowo. Nie doszło np. do adaptacji piętra jednego ze skrzydeł na salę balową, nad którym miała się wznosić dodatkowa wieża. Według opisu z tych lat rudzki pałac magnacki liczył 120 sal, halsów, gabinetów, pokojów gościnnych z łazienkami, buduarów itp. Dobra te pozostały przy tym rodzie do 1945 r.

Wnętrza urządzono w myśliwskim rycie. Ściany zdobiły trofea, mające łowy za główny temat rysunki (m.in. bezcenne grafiki Johanna Eliasa Ridingera) oraz wypchane okazałe sztuki zwierzyny, w tym ostatni upolowany w tutejszych lasach niedźwiedź. W 1912 r., na łamach niemieckiego czasopisma „Wild und Hund”, nie kryto zachwytu po wizycie w Rudach: - Wewnętrzny charakter pałacu dostosował się do otaczającego krajobrazu i lasu. W domu przodującego myśliwego i łowcy zbiory jego trofeów są rozkoszą dla serca i oczu każdego znającego się na rzeczy myśliwego. Upolowana zwierzyna ukazuje się tam w wielkich bogactwie, na korytarzu i w komnatach pałacu. Jest bardzo stylowo uporządkowana, daleka od jakiejś przesady. Licznie spotykamy srebrne szyldy oraz brązowe, srebrne i złote medale będące perłą niejednej dawnej wystawy. Trofea i egzemplarze zwierząt są z własnych, śląskich i austro-węgierskich rewirów łowieckich. Nie występują egzemplarze egzotyczne. Prawdziwy myśliwy, który ma okazję zobaczyć pałac, z pewnością nie przepuści tej okazji. Na środku korytarza sęp rozpościera swe skrzydła, obok wisi nadzwyczajna głowa kozła.

Najlepsze trofea księcia znajdują się w hallu. Poza niedużym niedźwiedziem, którego książę upolował przed kilku laty w Krainie, jest tutaj największy jeleń upolowany w księstwie w 1902 r. To szesnastak, który na berlińskiej wystawie poroży w 1903 r. został odznaczony medalem. Dalej znajduje się szereg najsilniejszych jeleni węgierskich. Za hallem znajduje się rząd pokoi, w których Jego Majestat (Wilhelm II) zamieszkuje przy każdorazowym pobycie w Rudach. Korytarz ma w całości około pięćdziesiąt metrów długości. Jest bogato wyposażony w łopaty łosia, wieńce jeleni i parostki saren. Obraz uzupełnia kilka starych, bardzo pięknych szaf i skrzyń oraz głowa i futro żubra, którego książę upolował u księcia pszczyńskiego.
Otoczenie pałacu zagospodarowano na park z ogrodem i zwierzyńcem. W 1886 r. podziw nad efektem tych prac wyrażał Konstanty Damrot. Porównał park do ogrodów cysterskich w Oliwie, pisząc: - nie dozwalają już następnym gospodarzom i panom zetrzeć z nich charakterystycznej cechy, a takową stanowią przecudne drzewa, cieniste ganki, obszerne murawy i wody, umiejętnie wciągnięte do ogólnego planu.

Kolejny interesujący opis pałacu wyszedł spod pióra Janusza Meissnera, autora książki „Jak dziś pamiętam”: - Jest to wielkie gmaszysko zbudowane w czworobok dokoła obszernego wewnętrznego dziedzińca. Ma tylko dwie kondygnacje, ale liczy ponad 120 sal, holów, gabinetów, pokojów gościnnych z łazienkami, buduarów itp., a prócz tego w facjatach odpowiednią ilość pomieszczeń dla służby, na książęcą garderobę, na broń myśliwską, na pościel, bieliznę itd. Kuchnie, spiżarnie, pralnie i inne urządzenia gospodarcze znajdują się w suterenach. Książęce apartamenty mieszkalne, olbrzymia jadalnia i salony reprezentacyjne umeblowane są z magnackim, pruskim brakiem dobrego smaku. Wszystko jest kolossal - ciężkie, solidne i przeważnie bardzo brzydkie. Wyjątek stanowią dywany: perskie, tureckie, chińskie a także bogata kolekcja trofeów myśliwskich: poroża jeleni, danieli i kozłów oraz szable i fajki dzików.

W dobrach książęcych znajduje się Góra Wiktorii, upamiętniająca wizytę w dobrach księcia raciborskiego księżnej Wiktorii, późniejszej Cesarzowej Niemiec. Prawdopodobnie góra pamięta czasy cysterskie. Nazywano ją Galgenberg, czyli Golgota. Być może w okresie Wielkiego Postu odbywały się tu cysterskie obrzędy, m.in. drogi krzyżowe. Niewykluczone, że było to szczególne miejsce odosobnienia i skupienia. Latem 1866 r., na polecenie księcia raciborskiego Wiktora I, zwieziono tu kamienie. Związane to było z zapowiadaną wizytą pruskiej następczyni tronu. Księżna Wiktoria, córka królowej Anglii Wiktorii i księcia saskiego Alberta, miała wówczas 26 lat. Od sześciu lat była żoną Fryderyka, pruskiego następcy tronu, od 1888 r., póżniejszego  Cesarza Fryderyka III Wilhelma. Rok 1866 był dla niej tyle szczególny, co i tragiczny. Wraz z mężem, wskutek przywiązania do ideałów demokracji i liberalizmu, popadła w niełaski teścia, wówczas jeszcze Króla Wilhelma I, tradycjonalisty, zwolennika silnych rządów, które w Prusach wcielał w życie osławiony kanclerz Otto von Bismarck. Była nielubiana przez reakcyjne pruskie junkierstwo. Przez biografów określana jako inteligenta i oczytana. Prawdziwie zakochana we Fryderyku, co na królewskich dworach w całej Europie było ewenementem. 3 lipca 1866 r. Prusacy pokonali pod Sadową Austriaków, zyskując hegemonię wśród państw niemieckich. Król Wilhelm I i żelazny kanclerz triumfowali. Wcześniej, bo 18 kwietnia, zmarł dwuletni książę Zygmunt, trzeci syn Wiktorii i Fryderyka. "O, jakże kochałam to maleństwo, od momentu narodzin znaczyło dla mnie więcej niż wszyscy jego bracia i siostry. Był mądry, znacznie mądrzejszy niż jego rodzeństwo, i myślałam, że będzie taki jak Papa. Fritz i ja ubóstwialiśmy go" - pisała do swojej matki, królowej Anglii.

Księżna przyjechała do Rud 19 października 1866 r. Na pewno była pogrążona w smutku po śmierci syna. Wypoczynek w Rudach miał jej pomóc zapomnieć o tragicznym wydarzeniu. Z pewnością spacerowała po parku przypałacowym i uroczysku, gdzie książęta raciborscy organizowali pikniki. 27 października na wzgórzu pokrytym już kamieniami posadziła lipę. Drzewo to rośnie do dziś. Wokół niego ułożony jest krąg kamieni. Na jednym z nich znajduje się pamiątkowa inskrypcja.

Książęcy dwór w Rudach łączyły zażyłe stosunki z dworem królewskim a potem cesarskim. W Rudach, w 1866 r., gościł następca tronu Fryderyk Wilhelm, mąż Wiktorii. Na początku XX w. dwukrotnie na polowania przyjeżdżał tu syn Fryderyka, wspomniany Cesarz Wilhelm II. Z pewnością odwiedził miejsce w Buku, gdzie znajdowała się lipa zasadzona przez jego matkę Wiktorię.

Wizyta koronowanych głów to nie jedyne ciekawe epizody z historii uroczyska, niezwykle często pokazywanego na pocztówkach z przełomu XIX i XX w. Przed II Wojną Światową hitlerowcy zorganizowali tu ośrodek szkoleniowy dla Hitlerjugend. Po wybuchu wojny był tu obóz dla jeńców alianckich, m.in. wziętych do niewoli podczas desantu na Krecie. Obóz ten, jako tzw. reprezentacyjny, wizytowały organizacje międzynarodowe. Jeńcy cieszyli się tu dużymi swobodami. Zamieszkiwali w domku myśliwskim Agathenhütte.

To było ulubione miejsce wypoczynku rodziny ksiażąt von Ratibor, którzy stale rezydowali w pałacu w Rudach (dawny klasztor cystersów). Mieli tu leśniczówkę Agathenhütte i staw zasilany wodą przez leśny potok.

 

O ogromnych rozkładach polowań na Śląsku i swoistej "wpadce" Cesarza podczas polowania na Łężczoku, na Śląsku mówi artykuł Grzegorza Wawocznego zamieszczony na stronie interntowej http://www.goraciborz.pl .

Łężczok 1906. Cesarz na polowaniu

Cesarskie polowania na Łężczoku

"Przez górnośląskie polowanie Cesarz Wilhelm najadł się wielkiego wstydu. A wszystko za sprawą wścibskiego dziennikarza. Do zdarzenia doszło w Łężczoku, dzisiejszym rezerwacie leśno-stawowym. Cesarz nader często zaglądał na Górny Śląsk, gdzie dojeżdżał specjalnym składem kolejowym złożonym z czterech białych luksusowo wyposażonych wagonów. Odwiedził m.in.: Jankowice niedaleko Pszczyny (strzelał do żubrów), Świerklaniec, Rudy, Żyrową, Sławięcice i Strzelce Opolskie. Z tej ostatniej miejscowości pochodzi datowany na 1904 r. taki oto opis wielkiego łowczego: "Wilhelm II, z jedną ręką krótszą i nieruchomą, zwisającą jak proteza, z wąsami sterczącymi ku górze na kształt sztyletów, ubrany był w mundur cesarskiego gajowego, po którym spływała zielonkawa peleryna”. Ubitą na Górnym Śląsku zwierzynę (rogacze, zające, ptactwo łowne) liczono w setkach a nawet tysiącach sztuk. Jedną z wizyt u księcia von Ratibor w Rudach Cesarz jednak na długo zapamiętał i to nie z racji kolejnych sukcesów.


Rezydujący stale w pocysterskim opactwie w Rudach książę Wiktor von Ratibor, monarchista i konserwatysta, cieszył się dobrymi koneksjami w Berlinie. Jego brat Chlodwig był kanclerzem Niemiec, co otwierało drzwi na najważniejsze salony, gdzie zresztą Wiktor regularnie gościł, pielęgnując swoje kontakty i znajomości. Dowodem dobrych relacji z Cesarzem było przyjęcie przez kajzera zaproszenia do odwiedzenia pałacu w Rudach. Nie mogło się, rzecz jasna, obyć bez polowania. Na strzelanie obrano Łężczok, pocysterskie stawy hodowlane w starorzeczu Odry pod Raciborzem. Przyjazd kajzera zapowiedziano na końcówkę listopada 1906 r.

 

Cesarz Wilhelma II, pod koniec listopada 1906 r. wraz ze świtą przyjechał salonkami na raciborski dworzec. Wizyta monarchy była wielkim wydarzeniem dla ludności. Wiązała się z podjęciem wielu ważnych przedsięwzięć. Najwięcej roboty miał książę raciborski Wiktor Amadeusz i jego świta. Chodziło o zorganizowanie polowania, które miało przynieść naturalnie ogromny sukces. Stawką był honor rodziny książąt raciborskich. Starannie zatem dobierano kadrę, która miała towarzyszyć Cesarzowi. Zgodnie z poleceniem księcia dwudziestu tragarzy nabojów mówiło głównie po niemiecku, nieźle się prezentowało i prawie każdy był żołnierzem. Ostatecznie polowanie trwało od godz. 9:00 do około godz. 15:00. Po strzelaniu jego Cesarska Mość czekał na wyniki przy wielkim ognisku. Po przygotowaniu pokotu czyli ułożeniu upolowanej zwierzyny według jej łowieckiej hierarchii, już w obecności Cesarza i jego świty, naczelnik Urzędu Leśnego odczytał wyniki polowania, najpierw Cesarza,  a później reszty. Po odegraniu sygnału "Koniec polowania" monarcha odjechał automobilami do Rud, słysząc zapewne w oddali odgrywany przez strzelców "Marsz myśliwski". Wyniki polowania były wyśmienite. Absolutnym mistrzem okazał się, oczywiście, sam Cesarz Wilhelm II. W ciągu około pięciu godzin efektywnego strzelania jego ofiarą padło 738 bażantów, 3 głuszce, po jednym zającu i sójce. Cesarz trafiał więc celnie 2,5 razy na minutę. Jako że nie wszystkie strzały były zapewne celne, więc musiał zużyć ponad tysiąc naboi. Był to z pewnością wielki wysiłek (zważywszy na Jego kalectwo – dop. autora). Warto dodać, że tych kilka ustrzelonych głuszców było na Łężczoku towarem importowanym. Podobnie jak azjatycki bażant złocisty odstąpiony przez barona von Reibnitza. Tego pięknego ptaka nie udało się jednak nikomu upolować.


Przed polowaniem książęca administracja miała pełne ręce roboty. Największym problemem był brak wody w stawach. Zgodnie z regułami gospodarki rybackiej spuszczano ją jesienią. Obawiano się jednak, że kajzer nie będzie kontent brodząc w szlamie i wodząc lufą za ptactwem kryjącym się w gęstej trzcinie. Książę zdecydował więc, że stawy zostaną ponownie napełnione, co zresztą okupił awanturą z ich zarządcą, który tłumaczył, iż jest to kosztowny i mało rozsądny krok, grożący stratami w hodowli. Dla księcia liczyła się jednak satysfakcja kajzera, a ta dalej stała pod znakiem zapytania, bo na Łężczoku było zbyt mało bażantów. Kazano je więc odłowić w innych rewirach książęcego dominium, a część nawet dokupiono. Zabiegiem koniecznym było również wzmocnienie populacji ptactwa. Mnożeniem bażantów zajął się książęcy radca komory i leśny Schmidt. U barona von Reibnitza w Łanach, w powiecie kozielskim, zakupił, po 4,10 marki za sztukę, 350 bardzo silnych i zdrowych bażantów. Kolejne 200 chciano zakupić w Mosznej, ale dziedzic tamtejszego majątku zażądał za jednego ptaka aż 6 marek. Od zakupu więc odstąpiono. Sto bażantów udało się odłowić w remizach koło leśniczówki Brzeźnica i w remizie Cycon. Kolejnych 320 złapano w remizach: adamowickiej i raszczyckiej, Lipinia, koło zamku w Łubowicach oraz koło Ligoty i Ostrowa Łubowickiego. Kolejnych trzysta ptaków przywieziono z Brzezinki w powiecie gliwickim. Efekt był oszałamiający. Przed uzupełnieniem w Łężczoku było od 2 do 2,2 tys. bażantów. Po działaniach Schmidta ich liczba wzrosła do ponad 3 tys. Ostatecznie pod ostrzał Wilhelma wystawiono 3 tysiące ptaków.


Strzelanie było udane, bo cztery lata później, dokładnie 28 listopada 1910 r., Cesarz ponownie zawitał na Łężczok, a książę jak zwykle stanął na głowie, by szacowny gość dał upust swojej chuci jak należy. Po kilku godzinnej jatce rozpalono na grobli ognisko, przy którym Cesarz i jego świta spoglądali na rozkład pokotu. Po tym jak naczelnik książęcego urzędu leśnego odczytał wyniki, najpierw Cesarza a potem innych szlachetnie urodzonych myśliwych, całe towarzystwo wsiadło w automobile i odjechało na bal do Rud.

 


Polowanie z 1910 r. nie wyróżniłoby się spośród innych łowów monarchy, gdyby nie pewien incydent. Wilhelm wiedział, że podążają za nim reporterzy, pozował do zdjęć, chętnie dzielił się wrażeniami ze strzelania, a jego urzędnicy dbali, by notatki zawierały wiarygodne dane o liczbie ustrzelonych rogaczy czy ptactwa. Wyniki z Łężczoka budziły zachwyt. Łowczych podzielono na trzy grupy. W pierwszej był książę Wiktor, jego dwóch synów i krewni. Ustrzelili raptem sto bażantów, co nie dziwi, bo jako gospodarzom nie wypadało więcej. Członkom cesarskiej świty zapisano na koncie 529 sztuk ptactwa. Więcej, bo ponad tysiąc dwieście bażantów, ustrzelili górnośląscy arystokraci. Najcelniej strzelał Henckel von Donnersmarck.


Jednakże krótko po wyjeździe monarchy z Rud, w czasopiśmie „Das Waidwerk in Wort und Bild” („Myślistwo w słowach i obrazach”), ukazała się relacja z polowań na Śląsku. Okazało się, że jej autor nie miał zamiaru wpisać się w ton dworskiej propagandy sukcesu. Ujawnił, iż podczas polowania w Łężczoku jeden z książęcych leśnych urzędników pochwalił się mu, że w Sławięcicach bażanty trzymano w koszach i jak tylko Cesarz zajął stanowisko natychmiast je wypuszczono. Dzięki temu Wilhelm miał znacznie ułatwione zadanie.


Po publikacji wybuchł skandal, bo kajzer stał się obiektem kpin. Książę Wiktor popadł w niełaskę. Bezskutecznie szukał służącego, który rozmawiał bez upoważnienia z dziennikarzem. Zapowiedziano także, że na kolejne polowania fotoreporterzy nie będą zapraszani. Cóż z tego, skoro Wilhelm II omijał już rewiry Wiktora von Ratibor."

Wiktor II  Amadeusz von Ratibor

 Wiktor II  Amadeusz von Ratibor  (ur. 6 września 1847 r. w Rudach – zm. 9 sierpnia 1923 r. w Corvey) był najstarszym synem księcia Wiktora Maurycego i księżniczki Amalii von Fürstenberg. Naukę rozpoczął w 1861 r. pod kierunkiem ks. Hermana Schaffera, późniejszego proboszcza raciborskiej fary, autora licznych publikacji o historii Raciborza. W 1863 r. wstąpił do gimnazjum w Nysie, gdzie w 1865 r. uzyskał maturę. Następnie pod opieką nauczyciela odbył studia prawnicze w Berlinie, Bonn i Getyndze, gdzie uzyskał dyplom doktora obojga praw. Jesienią 1869 r. wstąpił do pułku huzarów gwardii  w Poczdamie, z którym to brał udział w wojnie francusko – pruskiej 1870 - 71 roku. Odznaczony został Krzyżem Żelaznym II klasy. Przez trzy lata, począwszy od 1873 r. pracował w Ambasadzie Niemiec w Wiedniu. Od  1877 r. miał prawo noszenia munduru swej jednostki, nie będąc w czynnej służbie wojskowej. Książę Wiktor był człowiekiem aktywnym. Należał do zakonu rycerzy maltańskich. Posiadał stopień podporucznika a później rotmistrza pułku huzarów. Za dzielność i męstwo w wojnie prusko-francuskiej (1870-1871) odznaczono go Krzyżem Żelaznym. Niedługo potem awansował do stopnia generała majora. Obok wojskowej, zdecydował się również na karierę dyplomatyczną. Był między innymi członkiem niemieckiej ambasady w Wiedniu. Po śmierci ojca 30 stycznia 1893 r. Wiktor Amadeusz II został księciem raciborskim. W 1913 r. przyznano mu tytuł honorowego obywatela Wrocławia. Podejmował wiele działań na rzecz Górnego Śląska. Był członkiem Rady Powiatu rybnickiego oraz deputowanym do rady powiatów: raciborskiego, gliwickiego i oleskiego. W 1891 r. objął posadę w administracji prowincjonalnej. Od 1893 r. był członkiem sejmiku prowincjonalnego. Od 1897 r. wybierany był na kolejne kadencje przez jego członków na przewodniczącego wspomnianego gremium. Książę Wiktor II rządził w czasie I wojny światowej, powstań śląskich i plebiscytu. Stan ziemskiego posiadania generalnie się nie zmienił. Rosła jedynie liczba książęcych urzędników. Książę Wiktor w odróżnieniu od swego następcy i najstarszego syna Wiktora III Augusta przejawiał dość znaczną aktywność polityczną, społeczną i gospodarczą. Dzięki małżeństwu książę raciborski pozyskał ogromne majątki ziemskie, lasy i słynne winnice. Książę był dobrym gospodarzem. Podstawą jego gospodarki był przemysł rolno-spożywczy, drzewny i produkcja materiałów budowlanych. Książę Wiktor II zmarł 9 sierpnia 1923 r. w Corvey po 30 latach władania księstwem w wieku 76 lat. Szczególne wysoko oceniana była praca księcia w Niemieckim Związku Łowieckim, (Allgemeine Deutsche Jagdschutzverein), któremu przewodniczył od roku 1895. Z okazji 70 rocznicy urodzin członkowie Związku podarowali księciu ilustrowane czasopismo pamiątkowe, w którym zamieszczono sceny z polowania w lasach książęcych. Jubilat otrzymał też zaszczytny tytuł „Jäger der Heimat” (dzisiaj moglibyśmy ów tytuł przetłumaczyć jako Myśliwy Małej Ojczyzny - Śląska). W piśmie skierowanym na ręce jubilata, podkreślano też jego zaangażowanie dla tzw. „zielonej sprawy”, w tym głównie dla ochrony lasów i zwierzyny. Allgemeine Deutsche Jagdschutzverein podejmował bowiem, jako jeden  z pierwszych związków łowieckich (myśliwskich) na świecie, różnorodne działania, w tym również badania naukowe, związane z ochroną przyrody i ekologią. Artykuł w Anzeigerze kończyły życzenia skierowane na ręce księcia Wiktora, nawiązujące do jego zamiłowania naturą: „Möge der grüne Wald auch fürderhin den Herzog so erhalten, Jahrzehnte noch!” (Niechaj te zielone puszcze, które książę tak umiłował, zachowają go jeszcze dziesiątki lat w zdrowiu).

W styczniu 1945 r. budynki podpalone zostały przez sowieckich żołnierzy. Pożar zniszczył rezydencję książęcą.

Fotografia nadesłana przez Pana Tomasza Krawczyka

Polowanie w Strzelcach Opolskich u hrabiego Mortimera Tschirsky-Renarda

Z lewej hrabia Mortimer Tschirsky - Renard

Zamek w Strzelcach Opolskich

Ponoć na polowaniu w Strzelcach Opolskich strzelił białego bażanta i z tej okazji także postawiono mu kamień. Historię opisuję na podstawie artykułu Pana Romualda Kubika, na który natknąłem się w Internecie.

Fragment wspomnianego artykułu pt. Tajemnica cesarskiego kamienia.

"... Jest rok 1904. W posiadłości hrabiego Mortimera gości Cesarz Wilhelm II. Takie wizyty były niebywałym zaszczytem i dla gospodarza oznaczały najwyższy prestiż. Hrabia Mortimer wywodził się z rodu Tschirsky-Reichell. Mortimer był baronem, lecz ponieważ jego majątek był ogromny, władze Prus zezwoliły mu na używanie tytułu hrabiowskiego. Zezwolono także, by używał nazwiska Renard, co było dużą nobilitacją. Pozycję hrabiego Mortimera podkreślały także cesarskie wizyty, które miały miejsce czterokrotnie. Oprócz roku 1904 Wilhelm II gościł w Strzelcach Opolskich także w roku 1890, 1896, 1897 i 1902. I to właśnie z tą ostatnią łączy się historia tajemniczego obelisku. Podczas polowania w 1902 roku Wilhelm II ustrzelił swoją 50-tysięczną sztukę. Był to jeden z białych bażantów, które na potrzeby zapalonych myśliwych hodowano w hrabiowskich dobrach. Tak ogromna liczba ustrzelonych przez Cesarza zwierząt nie powinna dziwić. Polowania były ulubioną rozrywką panujących głów, a ilość zwierzyny w szlacheckich majątkach była ogromna. Każde z upolowanych przez koronowaną głowę zwierząt musiało być szczegółowo odnotowane, skoro udało się tak precyzyjnie określić ich ilość. Bycie Cesarzem naprawdę musiało być przyjemnym zajęciem. Podczas wizyty cesarskiej w 1904 roku hrabia sprawił swojemu władcy miłą niespodziankę. Cesarz przybył do Strzelec 22 listopada specjalnym pociągiem. O godz. 6 rano wjechał do miasta przez wykonaną w tym celu bramę powitalną. W jego świcie przebywał m.in. Hrabia von Moltke, który wsławił się jako twórca pruskiego militaryzmu. Rzecz jasna, właściciel majątku nie szczędził pieniędzy i starań, by jak najgodniej przyjąć dostojnego gościa. Odbyło się na przykład przedstawienie teatralne, które oświetlane było za pomocą magnezji. Polowanie rozpoczęło się rankiem 24 listopada.

To właśnie wtedy hrabia Moltimer odsłonił kamień upamiętniający 50-tysięczną zwierzynę, jaką Cesarz upolował dwa lata wcześniej w strzeleckich lasach. Sprawił mu tym, jak opisują kroniki, „miłą niespodziankę”. Cesarz w ramach wdzięczności wręczył mu podczas śniadania Order Korony I klasy. Dworskie zwyczaje tamtych lat mogą wydać się dziś nieco dziwaczne lub nawet śmieszne, lecz bez wątpienia takie gesty miały na początku XX wieku ogromne znaczenie. Pomnik przetrwał aż do 1945 roku. Potem kamień przepadł. Jego dalsza historia była dramatyczna. Jeden z mieszkańców Strzelec, który z zamiłowania tępił na tym terenie wszystkie ślady języka niemieckiego, wywiózł go prawdopodobnie z parku i wrzucił do przydrożnego rowu. Kamień na oko ważył z tonę, więc poprawiacz historii musiał być naprawdę zaangażowany w swoją życiową misję. Cesarski pomnik zniknął z oczu strzelczan".

Tablica upamiętniająca tamto wydarzenie

Na polowania do miejscowych lasów przyjeżdżał także nazistowski zbrodniarz i jeden z twórców III Rzeszy - Hermann Göring. Upatrzył on sobie kompleks leśny pod Zawadzkiem, który przecina Mała Panew. W tym miejscu, za czasów hrabiego Renarda wybudowano zamek myśliwski „Conti” (dzisiaj Kąty). Tereny wyznaczone wtedy do polowania miały aż 5 tys. hektarów. Göring był tutaj kilkukrotnie. Przylatywał samolotem wraz z całą świtą, a lądował na betonowej drodze prowadzącej od Strzelec do Gliwic (dzisiejsza autostrada A4). Na czas przylotu dowódcy Luftwaffe, ruch na trasie był wstrzymywany. Po lądowaniu Göring był przewożony w eskorcie aut i motocykli w kierunku Zawadzkiego. Spędzał tutaj po dwa, trzy dni. Poza nim pojawiali się tutaj także ministrowie i wysocy pruscy dostojnicy.

W latach 20-tych ubiegłego wieku Strzelce odwiedził także Paul von Hindenburg - niemiecki feldmarszałek, który był w tamtych czasach niezwykle popularny wśród ludności. Zanim Adolf Hitler ogłosił się führerem, Hindenburg dwukrotnie był wybrany na urząd prezydenta. Zyskał on popularność jeszcze w 1914 r. dzięki zwycięstwie w bitwie pod Tannenbergiem. Jako dowódca, rozgromił tam armię Imperium Rosyjskiego. Na jego cześć władze Zabrza zdecydowały się przemianować nazwę miasta na Hindenburg O.-S. (skrót od Oberschlesien).
W czasie swojej prezydentury Paul von Hindenburg chciał odwdzięczyć się mieszkańcom Zabrza i postanowił ich odwiedzić. Trasa przejazdu wiodła przez Strzelce, gdzie był tłumnie powitany przez mieszkańców. Ta chwila została uwieczniona na fotografii - jej autor jest jednak nieznany.

Przyjazd Hindenburga do Strzelec opolskich

 

Opis polowania w Żyrowej pokazuje jak przygotowywano się do wizyt kajzera. Zbliżał się czas polowań, a z nim łowieckie wizyty Cesarza Wilhelma II. W tym, 1911 roku, po raz pierwszy uhonorował on swoją obecnością bliskich znajomych Plessów, hrabiostwo von Francken-Sierstorpff w ich śląskiej rezydencji - Żyrowej.

Manierystyczno-barokowy pałac w Żyrowej był prezentem ślubnym ojca hrabiny Mary von Francken-Sierstorpff. Foto: http://www.dolnyslask.org.pl

Hrabia Johannes von Francken-Sierstorpff i jego amerykańska żona Maria (nazywana także Mae lub Mayą) byli częstymi gośćmi na przyjęciach u von Plessów.  Hrabiego, nazywanego przez przyjaciół “Sturmem”, uważano jednak za plotkarza i głośnego, grubego niemieckiego "snoba", a hrabinę określano kiedyś jako "Amerykankę", żądną sukcesu towarzyskiego.

Gabinet hrabiego

Decyzja przyjazdu kajzera do Żyrowej, była więc publiczną nobilitacją gospodarzy. Mae była przeszczęśliwa, a wraz z nią cała prasa zza oceanu, która entuzjastycznie zamieszczała sprawozdania z przygotowań do i z przebiegu pierwszej cesarskiej wizyty pod dachem Amerykanki.

W 1910 roku żyrowski pałac odwiedził Grossherzog ( Wielki Książę ) Franz Friedrich Ferdinand von Mecklenburg - Strehlitz, drugi w hierarhi po Cesarzu w państwie. Miała to być próba generalna przed przyjazdem Cesarza Wilhelma II w następnym roku. W Żyrowej przygotowano wszystko na powitanie tak dostojnego gościa. Zamek został wypucowany; służba otrzymała nowe ubrania, pięciu leśniczych codziennie trenowało grę na trąbkach myśliwskich ( Wielki Książę, a następnie i Cesarz, mieli uczestniczyć w polowaniu). W buczynie rozsypano na długości jednego kilometra - na blaszanych beczkach - bengalski proch, który miał być zapalony w chwili, gdy Wielki Książę zbliżać się będzie do Żyrowej. Przed wejściem do parku ustawiono 60 rakiet, a tuż i przed willą , która miała być jego rezydencją, powieszono olbrzymi transparent składający się z trzech liter FFF, inicjałów Wielkiego Księcia. Na stacji kolejowej w Zdzieszowicach czekał zaprzęg z czterech siwych rumaków. Pociąg pośpieszny  z Berlina, który nigdy się tam nie zatrzymywał, w tym dniu miał zrobić postój. Pech chciał, że pociąg spóźnił się a całą godzinę , a przez przypadek, drogą do Żyrowej jechał baron von Falkenhausen. Kiedy ludzie w buczynie zobaczyli światła na drodze, byli pewni, że to Wielki Książę jedzie. Zapalili więc bengalskie ognie. Cała buczyna stanęła w sztucznych ogniach. Kiedy Wielki Książę kilka minut później podjechał pod stojącą w parku willę, zapalono przygotowanych 60 rakiet. Zrobiło się jasno, a przestraszone konie galopem skierowały się w stronę krzaków. Tylko szybkiemu refleksowi koniuszego ( był nim wówczas pan Heinze ),  zdołał utrzymać konie w cuglach, można zawdzięczać, że Wielkiemu Księciu nic się nie stało. Mimo tej przygody, dostojny gość dobrze ocenił przygotowania Żyrowskiego pałacu, gdyż w grudniu 1911 roku, Żyrowę odwiedza Cesarz, czyli Kaiser Wilhelm II, który razem z właścicielem pałacu, hrabią von Sierstorpff, studiował w Bonn.
Sierstorpffowie zatem starannie się do wizyty kajzera przygotowali. Aby przypadkiem nie zabrakło ptactwa do odstrzału, hrabia sprowadził z Czech 5000 dodatkowych bażantów, pomimo wielkiej ich ilości na własnych polach. Zarządził też budowę nowej elektrowni, która zasilić miała tysiące świateł wspaniałej iluminacji. Hrabina zaś zaplanowała dla zacnego gościa tradycyjny obiad na Święto Dziękczynienia (Thanksgiving) i podała mu do spróbowania słodkie ziemniaki (bataty) i pieczonego indyka z sosem żurawinowym oraz, na deser, kruche babeczki z dżemem (“mince pies”).
Cesarz spędził w Żyrowej dwa dni, od 30 listopada do 1 grudnia, po czym – wraz z księciem i księżną von Pless – wyjechał na kolejne polowanie, tym razem na grubego zwierza do Pszczyny. Polowanie było udane, a Cesarz na pamiątkę swojego pobytu w Żyrowej, posadził dąb szypułkowy naprzeciw kaplicy z 1800 r. zwanej Studzionką". Tak ważna okazja musiała oczywiście zostać uwieczniona na zdjęciu, które później rozpowszechniono wydaniem karty pocztowej. Jedną z nich, którą reprodukuję poniżej, ma w swoich zbiorach organizacja “Dolny Śląsk”.

Goście na polowaniu w Żyrowej 30 listopada – 01 grudnia 1911 r. Od lewej do prawej: książę Lichnowski, baron von Jasisch, księżna Lichnowska, książę Hans Heinrich von Pless, hrabia Johannes von Francken-Sierstorpff, hrabia Strachwitz, dr Niedner, księżna Daisy von Pless, Leo von Caprivi, książę von Ratibor, hrabia Edwin von Francken-Sierstorpff, hrabina Mary von Francken-Sierstorpff, hrabia Platen, Cesarz Wilhelm II, hrabia Wojciech con Francken-Sierstorpff, hrabia Jan Klemens von Francken-Sierstorpff oraz czterech niezidentyfikowanych gentlemenów. Foto: http://www.dolnyslask.org.pl

 Kamień Wilhelma - upamiętniający udane polowanie na głuszca. Teren leśnictwa Okrąglica. Widokówka  z okresu przedwojennego

Kamień upamiętniający upolowanie przez Cesarza głuszca w Rychlinku na Dolnym Śląsku z dnia 23 kwietnia 1879 r. (źródło: ruszowianin.bloog.pl)

Przetłumaczony na język polski napis brzmi - Wilhelm książę Prus (późniejszy Cesarz Niemiec - dopisek autora) upolował 23 kwietnia 1879 roku swojego pierwszego głuszca

 W 2017 r. Pan Aleksander Pitura przesłał mi aktualne zdjęcie tego kamienia - bardzo dziękuję

Warto też zacytować opis polowania w Kliczkowie nad Kwisą na Dolnym Śląsku. W czasach Wilhelma Kliczków był w posiadaniu książęcej rodziny Solms-Baruth, która uczyniła z zamku jedno z najbardziej ulubionych miejsc dla myśliwych – arystokratów z całych Prus. Opis polowania zamieścił Łowiec Polski w sierpniu 2007 roku (artykuł Mariusza Olczaka).

Pałac Kliczków

Zamek w Kliczkowie - obecny stan

 

O bogactwie i znaczeniu tutejszych książąt świadczy fakt kilkakrotnych wizyt Cesarza niemieckiego Wilhelma II, który przyjeżdżał przede wszystkim na organizowane tutaj wielkie polowania. Miejscowy dziedzic i Wilhelm II byli ze sobą skoligaceni przez swoje żony – księżniczki pszczyńskie. Zachował się szczegółowy opis cesarskiego polowania z 1911 roku.

Fotografia z polowania w Kliczkowie z udziałem Wilhelma 

„Wilhelm II przyjechał na stację w Osiecznicy 4 sierpnia 1911 roku. Po krótkim powitaniu w towarzystwie księcia zu Solms – Baruth wsiadł do samochodu i z miejsca wyruszył na polowanie do rewiru łowieckiego Stary Gaj, leżącego na północ od Czernej, nieopodal Zagajnika. Taki pośpiech spowodowany był napiętym terminarzem, który pozwalał jedynie na dwudniowy pobyt w Kliczkowie.

 

Teren polowania wybrany był nieprzypadkowo, gdyż właśnie w momencie przybycia Cesarza miejscowy leśniczy zameldował księciu o sześciu jeleniach widzianych w tym rejonie poprzedniego wieczora oraz rankiem. Po zajęciu przez Cesarza miejsca na jednym ze stosów drewna polowanie rozpoczął książę Friedrich, Hermann, Johann, Georg zu Solms-Baruth. Pomoc stanowiło 10 pomocników leśnych oraz 30 naganiaczy kierowanych przez łowczego. W niedługim czasie pojawiły się cztery jelenie, a wśród nich największy sześcioletni byk wapiti z 22 odnogami w porożu. Do niego też oddał Cesarz celny strzał z 200 kroków. Poroże ważyło 15 funtów, sam byk blisko 400 funtów, przy długości 2,16 m i wysokości 1,29 m. Następne dwa strzału do jeleni były niecelne. Dopiero strzał w szyję ze 130 kroków dosięgnął największego z chmary. Zatrzymały go jednak dopiero dalsze strzały – strzał ze 150 kroków w łopatkę położył byka. Miał 2,38 m długości, 1,32 m wysokości i wagę niemal 500 funtów, przy 14 – funtowym porożu.

 

Po tych strzałach zebrano wszystkie ustrzelone okazy, a następnie przerwano polowanie. Sam Cesarz wsiadł do samochodu i udał się wraz z księciem do pobliskiego rewiru łowieckiego i leżącej w jego centrum leśniczówki Hermanówka, ulokowanej na najwyższym w okolicy wzniesieniu o wysokości 235 m. Wilhelm II wszedł na szczyt stojącej tu czterokondygnacyjnej wieży obserwacyjnej, skąd podziwiał rozciągające się wokół bory. Stąd Cesarz udał się samochodem do zamku w Kliczkowie. Dopiero tutaj został powitany przez księżną zu Solms-Baruth, jej rodzinę oraz cały swój dwór i świtę, która w międzyczasie dotarła do zamku. Upolowane zwierzęta zawieszono na, zachowanym do dzisiaj, zadaszonym stojaku myśliwskim, stojącym na dziedzińcu zamkowym.

 

Nie był to jednak koniec polowania. Po odpoczynku, około godziny 19:00 Cesarz wsiadł ponownie do samochodu i udał się do leśniczówki Marianówka. Usadowił się na skraju liczącej 200 kroków łąki, poprzecinanej niewielkimi rowami odwadniającymi, do których przychodziła zwierzyna. W krótkim czasie pojawiły się jelenie. Ze 185 kroków Cesarz ustrzelił czternastaka, który po strzale w łopatkę ranny podążył za stadem, gdzie z 250 kroków został ponownie trafiony i powalony. Był długi na 2 m, wysoki na 1,26 m, przy wadze ciała ponad 350 funtów oraz 8,5 funtowym porożu.

 

W 2017 roku natknąłem się w internecie na tekst (w formacie PDF) autorstwa Grzegorza Sobela z przedmową P. Bikonta pt. "Za stołem w Kliczkowie. W sercu kuchni Borów Dolnośląskich", którym znajdują się m.in. opisy wizyt i polowań Cesarza Wilhelma II w Kliczkowie. Obszene fragmenty cytuję w zachowyjąc oryginalną pisownię. Dodatkową ciekawą informacją cytowanych tekstów są opisy uczt, którymi podejmowano Cesarza:

 

"Zamiłowanie Wilhelma II do polowań było powszechnie znane tak na dworach niemieckich jak i europejskich. Liczne biografie Cesarza, zwłaszcza zaś współczesne mu relacje zamieszczane w prasie codziennej i wielu czasopismach, kreślą łowiectwo jako pierwszą pasję życia ostatniego monarchy Rzeszy Niemieckiej. Wilhelm II zwykł mawiać: „Oprócz własnych trafień najbardziej cieszą pudła innych". A oko miał naprawdę wyborne - 20 września 1898 roku w wieku 39 lat położył tysięcznego jelenia (dwudziestaka) w lasach pod Schorfheide w Brandenburgii - 70 km na północ od Berlina. Cztery lata później Dworski Urząd Łowczy podał w nocie prasowej, iż z ręki Cesarza padło już 47 443 sztuk dziczyzny (w tym dzikiego ptactwa). Ceniący wysoko owe cesarskie hobby Friedrich II zu Solms-Baruth trzymał w ręku - rzec można - asa pikowego, ponawiając Jego Wysokości zaproszenia do odwiedzin w Kliczkowie, gdyż okoliczne lasy obfitowały w zwierzynę łowną, której hodowla w tutejszych dobrach stała co najmniej od połowy XIX wieku na najwyższym poziomie. Cesarz nie kazał na siebie długo czekać i już dwa lata po koronacji (15.06.1888) zawitał po raz pierwszy do zamku nad Kwisą.
Wilhelm II bawił w Kliczkowie pięć razy - w 1890, 1896, 1898, 1906i 1911 roku - a pierwsza wizyta wypadła dość niespodziewanie. Krótko przed zaplanowanymi w dniach 10-20 września 1890 roku manewrami wojskowymi pod Legnicą zapanowało na zamku jak i w pobliskim Bolesławcu wielkie poruszenie, gdy lokalna prasa podała 31 sierpnia niesprawdzoną jeszcze informację, że Cesarz wyraził zamiar odwiedzin hrabiego zu Solms-Baruth zaraz po zakończeniu manewrów. Stosowne pismo zapowiadające dwudniową wizytę zostało przesłane na zamek przez marszałka dworu dopiero 11 września, ale należący do wąskiego grona śląskich przyjaciół monarchy pan na Kliczkowie nie czuł z tego tytułu żadnej urazy. Wilhelm II przybył na dworzec w Bolesławcu w sobotę 20 września kilka minut po 21:00 w towarzystwie dwóch adiutantów majora Albrechta von Zitzewitza (1848-1917) i barona Alberta von Seckendorffa (1849-1921), marszałka dworu barona Moritza von Lynckera (1853-1932), sekretarza dworu Detlofa von Schwerina (1869-1940) oraz osobistego lekarza dra Rudolfa von Leutholda (1832-1905). Wprawdzie odrzucił konieczność oficjalnego powitania przez miejscowe władze, lecz budynek dworca został uroczyście udekorowany, ulice rozświetlały iluminacje, a przedstawiciele bolesławieckich cechów, lokalnych związków i towarzystw stawili się licznie, by z honorami powitać szacownego gościa. Wjazd pociągu witało bicie dzwonów w mieście. Droga do Kliczkowa była pełna tłumów wiwatujących na cześć monarchy. Co 50 kroków stał człowiek z pochodnią. Przed zamkiem oczekiwało Cesarza 100 członków związku weteranów Queisthal trzymających płonące pochodnie. Na zamkowym maszcie powiewał czerwony sztandar cesarski.
Po przyjeździe Cesarz zjadł obiad wraz z gospodarzami zamku i udał się na spoczynek. W niedzielę po porannej mszy w Tomisławie hrabia wraz z żoną podjął Cesarza i towarzyszące mu osoby drugim śniadaniem punktualnie o 13:00, które zgodnie z dworskim zwyczajem zostało zorganizowane na tę okazję w formie dejeuner dinatoire (forma bankietu - dop. autora). Do stołu zasiedli jeszcze hrabia Friedrich Georg von Asseburg z żoną (krewni rodziny Solms-Baruth), książę pszczyński Jan Henryk XI von Hochberg oraz starosta bolesławiecki Conrad von Rosenstiel (łącznie 12 nakryć). Wczesnym popołudniem Cesarz udał się w towarzystwie hrabiego na krótki spacer po zamkowym parku, po czym przyjął zaproszenie hrabiny Idy Luizy na przejażdżkę lekkim wozem zaprzężonym w dwa konie. Hrabina powoziła sama. Późnym popołudniem Wilhelm II polował wraz z hrabią w lasach pod Osiecznicą (źródła nie donoszą o jego wynikach). Obiad wypadł po ósmej wieczorem w wąskim gronie osób mu towarzyszących. W poniedziałek 2 września Cesarz udał się wczesnym rankiem tuż po 5:00 ponownie na polowanie pod Osiecznicę. Znany z celnego oka upolował tego dnia po jednym dwudwudziestaku, szesnastaku, czternastaku, dwa dziesiątaki i kilka mniejszych jeleni oraz dwa daniele. Wszystkie zwierzyny powalił klasycznym strzałem w komorę (Bluttschuss), dając tym dowód swoim najwyższym umiejętnościom łowieckim. Podczas polowania w położonej przy drodze do Parowej leśniczówce zwanej Marianówką (Marienhaus) zorganizowano w południe śniadanie. Zaplanowany na 17:00 obiad rodzinny został przesunięty aż o dwie godziny z powodu przedłużających się łowów. Podczas biesiady, której towarzyszyła swobodna rozmowa, Wilhelm II dziękował za wspaniałą gościnę, spokój i porządek panujący na zamku. Obiecał ponowną wizytę w Kliczkowie, czym wyraził wobec gospodarzy swoje szczególne uznanie. Gdy opuszczał zamek, na dziedzińcu płonęły pochodnie, a dworscy myśliwi zagrali fanfary na rogach myśliwskich.


Program kulinarny pierwszej wizyty Wilhelma II w Kliczkowie to dwa dość późne obiady w wąskim gronie (sobota, niedziela), śniadanie w formie dejeuner dinatoire (niedziela), śniadanie podczas polowania (niedziela) oraz obiad rodzinny (poniedziałek) jako biesiada pożegnalna wydana na cześć Cesarza przez księcia zu Solms-Baruth i jego żonę. Na szerszą uwagę zasługują trzy ostatnie spotkania przy stole. Dejeuner dinatoire, zwane w literaturze przedmiotu „dużym śniadaniem" lub „wczesnym obiadem", przypominało w istocie obiad, przy czym było podawane w porze drugiego śniadania, czasem też dużo później. Jego menu było znacznie lżejsze od klasycznego obiadu, często bez zupy, z większą ilością ciepłych i zimnych przekąsek, przede wszystkim zaś bez mięs duszonych i klasycznych pieczeni podawanych z kluskami lub puree ziemniaczanym. Obowiązywała obsługa przy stole, na którym nie mogło zabraknąć przed każdym z biesiadników ręcznie wypisanych kart dań. W kulturze stołu dworskiego określone ściśle porą dnia posiłki nie były często przestrzegane - śniadanie wypadało nierzadko w południe, a obiad zastępował późną porą kolację. Obyczaje dworskie (różna pora wstawania), ożywione życie towarzyskie (bale, koncerty, polowania, częste wyjazdy) zmieniały ustalony wcześniej porządek dnia, co w Kliczkowie miało miejsce zwykle podczas wizyt bliższej i dalszej rodziny jak i znamienitych gości. Jeśli klasyczne śniadanie wypadało z grafika, pierwszym posiłkiem było wówczas dejeuner dinatoire, które w latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku przeniknęło do gastronomii dużych miast i na mieszczańskie stoły. Klasycznym przykładem wczesnego obiadu gastronomii Wrocławia jest dejeuner dinatoire wydane w sławnym Ogrodzie Zimowym (Wintergarten) Josepha Krolla podczas wizyty w stolicy Śląska króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV 16 września 1841 roku.
 
W tym czasie w kanonie kulinarnym wczesnych obiadów dworskich wymieniano takie specjały, jak: bulion z pasztecikami rzymskimi, krucha pieczeń wołowa po królewsku, łosoś reński ze sklarowanym masłem, pasztet z kuraków, auszpik z homara, pularda pieczona, karczochy faszerowane, seler po angielsku, paluszki serowe zapiekane w cieście francuskim. Dejeuner dinatoire kończył zwykle słodki deser i kawa, podawano także wina. Znane ze źródeł menu dworskie wczesnych obiadów końca XIX wieku polecały niezliczone potrawy niemal wszystkich kuchni europejskich, a także kuchni wschodniej, meksykańskiej i amerykańskiej. Z ciekawszych naszym zdaniem specjałów i słodkich przysmaków - które były najpewniej znane kliczkowskim kucharzom - wymieńmy: krem a la Dauphine z kasztanami, zupę a la Vefour, zupę królowej, krokiety z piersi kurczaka z sosem monglas, sandwich a la Windsor, krem szwajcarski, pstrąga faszerowanego a la Conde, łososia pieczonego z kremem, indyczkę a la Godard, grillowane kotlety baranie, filety sarnie a la marechal, gulasz z zająca, zimny pasztet z kapłona, kotlet z jelonka na zimno, faszerowane ogórki, karczochy a la Barrigoule, ryż po maltańsku, szarlotkę paryską oraz krem bawarski z czekoladą. Choć źródła nie wspominają o tym, kucharze hrabiego zu Solms-Baruth pochodzili co najmniej z najlepszych szkół niemieckich, inaczej pan Kliczkowa nie porywałby się na goszczenie Cesarza...
Posiłki organizowane podczas rozpoczynanych wczesnym rankiem polowań wypadały z reguły w południe w porze drugiego śniadania. Sławne Jagdfriihstiick były nieodłącznym atrybutem kultury łowieckiej tak na Śląsku jak i w całych Niemczech. Inną formułą myśliwskiej biesiady były pikniki przygotowywane zwykle po zakończeniu polowania. Śniadanie w Marienhaus było ukłonem w stronę Jego Wysokości - Wilhelm II uwielbiał długie polowania, lecz w żadnym wypadku nie - będąc głodnym. Menu myśliwskich śniadań nie należało jednak do wyszukanych. Na stole lądowały zwykle zimne pieczenie, wędliny i pieczone ptactwo. Jesienią i zimą nie mogło zabraknąć wszelkich grzańców i ciepłych ponczów, zaś w cieplejszych porach roku pilsnerów i lekkich win. Obowiązkowe były także ciasta i kawa.


Obiady rodzinne - zwane „Familiendiener" - były w kulturze dworskiej szczególną formą goszczenia ważnych osobistości. W przeciwieństwie do pozostałych posiłków w czasie wizyty Wilhelma II na zamku w Kliczkowie, tym razem były obecne przy stole także dzieci hrabiego (z trójki wówczas żyjących sześcioletnia Rosa Marie i czteroletni Friedrich Hermann), a także jego najbliżsi współpracownicy - sekretarz i zarządca majątku (łącznie 16 nakryć). Swobodną atmosferę podkreślały liczne anegdoty opowiadane przez Cesarza, chętnie przytaczane przez niego historie rodzinne, wydarzenia na dworze berlińskim, relacje z dopiero co zakończonych manewrów woskowych, zwłaszcza zaś jego zainteresowanie sprawami zamku i majątku kliczkowskiego jak również osobistymi sprawami członków rodziny. Tematy wielkiej polityki były nie na miejscu tym bardziej, że Cesarz traktował wizytę w Kliczkowie jako czas odpoczynku po trudach ostatnich dni spędzonych na manewrach wojskowych. Podczas obiadu obowiązywała indywidualna obsługa przy stole, a potrawy podawano pojedynczo zgodnie z kolejnością wymienioną w karcie dań. W tym obowiązywała ścisła etykieta stołu francuskiego, w związku z czym karty dań były na dworach niemieckich wypisywanew języku Moliera, choć sam Cesarz zarządził od wstąpienia na tron w 1888 roku, by na dworze poczdamskim wykładać na stół karty wypisane po niemiecku. Obiady tej rangi - zważywszy na osobę najważniejszego z gości - wymagały wyszukanej oprawy kulinarnej. Dominowały wówczas potrawy o uznanej już marce na stołach dworskich, a do każdego z dań - od zupy poczynając - serwowano odpowiednio dobrane wina. Kuchnia zamku kliczkowskiego słynęła z wysokiego poziomu co najmniej od drugiej połowy XVIII wieku - pierwsza wizyta Cesarza stanowiła więc nie lada wyzwanie dla kucharzy hrabiego. Uznanie, z jakim Wilhelm II wyrażał się o gościnności gospodarzy (wspominały o tym wszystkie relacje prasowe), pozwala przypuszczać, iż komplementował również smaki stołu. Zupa Celestyny, paszteciki a la Mazarin, turbot w sosie dyplomaty lub pstrąg w sosie Bearnaise, frykando z sarniny z sałatką z czerwonej porzeczki, comber z daniela a la Cumberland, pieczone jarząbki z sałatką, polędwica wołowa z zielonym groszkiem, karczochy a la italienne, przysmak florencki, poncz szwarcwaldzki i bomba Hohenzollernów wraz z kawą, masłem i serami na zakończenie biesiady były bez wątpienia na miarę możliwości kliczkowskich kucharzy.


Kolejna długo wyczekiwana wizyta Wilhelma II w zamku nad Kwisą wypadła w 1896 roku. Cesarz przyobiecał hrabiemu Fryderykowi odwiedziny już dużo wcześniej, lecz pan na Kliczkowie nie był jedynym oczekującym... Tym razem gość z Berlina przybył z krótką jednodniową wizytą, którą traktował zapewne jako chwilę wytchnienia po spotkaniu z Carem Mikołajem II (1868-1918) we Wrocławiu (Car bawił w stolicy Śląska w dniach 4-7 września 1896 roku). Z tej okazji hrabia został zaproszony przez Cesarza do Wrocławia i już 4 września wieczorem brał udział w wielkiej biesiadzie wydanej w pałacu królewskim, na którą przygotowano 260 nakryć. W menu nalazły się: zupa indyjska, troć pieczona, garnirowana pieczeń wołowa, filety sarnie po włosku, kurczaki elsaskie, owoce, sałatka, karczochy faszerowane szpikiem, mus jabłkowy, paluszki serowe, lody, deser. Następnego dnia po odebraniu parady wojskowej na Gondowie Cesarz podjął gości obiadem, a Fryderyk II znalazł się pośród 325 zaproszonych gości. Również 6 września zasiadł do stołu podczas obiadu wydanego przez Wilhelma II na cześć Cara Mikołaja II. Tym razem przygotowano jedynie 170 nakryć. Wilhelm II przybył do Kliczkowa w sobotę 12 września, wysiadając o 14:15 na dworcu w Zebrzydowej, gdzie powitał go gospodarz zamku kliczkowskiego. Cesarzowi towarzyszyli marszałek dworu von Lyncker,dwaj adiutanci - nadporucznik hrabia Helmuth Johannes Ludwik von Moltke (1848-1916) i nadporucznik Alfred von Loewenfeld (1848-1927) - a także lekarz osobisty dr Friedrich von Ilberg (1858-1916) oraz dwóch sekretarzy dworu hrabia Friedrich von Schwerin-Stolpe  i Gerharda Taege. W połowie drogi między Tomisławem a Osiecznicą Cesarz udał się wraz z hrabią na polowanie - ustrzelił jednego osiemnastaka z 250 kroków, nadto dwa łosie i jednego rogacza. O 19:30 cesarz został powitany na zamku przez hrabinę z rodziną, a pół godziny później zasiadł do stołu na obiad. Przygotowano 11 nakryć. Oprócz Cesarza w biesiadzie uczestniczyli Fryderyk II z małżonką, książę Hochberg von Pless z księżną Daisy, hrabina von Asseburg, hrabina Martha zu Solms-Sonnenwalde, von Lyncker, von Moltke, von Loewenfeld i dr Ilberg. O 23:25 Wilhelm II odjechał z dworca w Zebrzydowie w kierunku Poczdamu.


Najdłuższe odwiedziny Cesarza w zamku nad Kwisą wypadły w 1898 roku - od soboty do wtorku w dniach 23-26 kwietnia. Wilhelm II odwołał wcześniej zaplanowaną wizytę w Weimarze, a przyjazd do Kliczkowa traktował jako swego rodzaju krótki urlop. Hrabia zu Solms-Baruth przygotował z tej okazji polowanie na głuszce - kilka dni przed łowami wypuszczono do lasów w porze tokowania ptaków - 70 sztuk z dworskiej hodowli. Wiadomość o przybyciu monarchy nadeszła niespełna trzy tygodnie wcześniej przed wyznaczona datą. Podjęte w pośpiechu przygotowania gościny o mały włos nie skończyły się wielką katastrofą. Któryś z dworskich pracowników zaprószył ogień w jednym z pomieszczeń gospodarczych na zamku. Bliżej nieokreślony aparat spirytusowy - o jakim mowa w relacji prasowej - wypadł mu z ręki i w szybkim czasie płomienie zajęły kilka mebli. „Ogień stłumiono na szczęście w zarodku" - donosił wydawany w Bolesławcu „Niederschlesiescher Courier", dodając: „Inaczej szkody byłyby nie do opisania". A wizyta cesarska najpewniej odwołana... Z okazji odwiedzin odremontowano cesarskie pokoje, sprowadzono nowe meble, a tapety zamówiono u najlepszych paryskich fabrykantów.
Cesarz przybył w sobotę o 23:20 na dworzec w Zebrzydowej, gdzie został powitany przez władze Bolesławca, hrabiego zu Solms-Baruth oraz barona Kuno von Boenigk z Zebrzydowej wraz z rodziną. Towarzyszyło mu 8 osób w tym 2 adiutantów - generał major Friedrich von Scholl (1846-1928) oraz major Max von Boehn (1850-1921). Na zamku zameldował się około północy i po dwóch kwadransach zasiadł do stołu na obiad wraz z gospodarzami i towarzyszącymi mu osobami (11 nakryć). Dopiero w tym czasie zaciągnięto na maszt zamkowy czerwony cesarski sztandar. Po porannej niedzielnej mszy w Tomisławiu, którą odprawił pastor Kurzke, Cesarz udał się na godzinny spacer z hrabią Fryderykiem w połowie drogi na zamek. Hrabia oprowadził Jego Wysokość po okolicy, opowiadając o szkodach, jakie w kliczkowskich dobrach poczyniła zeszłoroczna powódź. Wilhelm II przystanął na dłuższą chwilę na moście nad Kwisą, wspominając dwie poprzednie wizyty w Kliczkowie. O 14:00 podano do stołu obiad, do którego prócz szacownego gościa zasiedli jeszcze hrabia z małżonką, książę pszczyński von Hochberg, hrabia Solms-Sonnenwalde oraz starosta bolesławiecki Rosenstiel (6 nakryć). Późnym popołudniem udał się w gronie towarzyszących mu osób na spacer po parku. Licząca jedynie 5 nakryć kolacja rozpoczęła się o 21:00, po czym Cesarz udał się do sypialni, by zebrać siły przed zaplanowanym od wczesnego ranka następnego dnia polowaniem. W poniedziałek polował od godziny 4:45 rano. Towarzyszył mu hrabia, z którym o 8:00 zjadł na zamku małe śniadanie. Następnie udał się do swojej sypialni, gdzie odpoczywał do godzin popołudniowych. O 16:00 gospodarze zamku podjęli Cesarza i towarzyszące mu osoby drugim śniadaniem w formie dejeuner dinatoire. Dwie godziny później polował ponownie w pobliskich lasach w towarzystwie hrabiego, księcia pszczyńskiego oraz hrabiego Solms-Sonnenwalde. Po zapadnięciu zmroku drogę przez las oświetlały - gdy było to konieczne - dwie lampy zasilane akumulatorami, które dwóch ludzi dźwigało w skrzynkach na plecach. Uczestnicy polowania powrócili na zamek dopiero po 23:00. Kolacja wypadła kwadrans przed północą i liczyła tylko 5 nakryć. Również we wtorek z rana wyprawiono się na polowanie, a przed południem zorganizowano na leśnej polance Jagdfriihstiick. O 16:00 hrabina zaprosiła Cesarza i jego adiutantów na obiad rodzinny, który wypadł podobnie jak podczas pierwszej wizyty Wilhelma II w Kliczkowie. Przygotowano 12 nakryć. Dwie godziny później Cesarz polował po raz kolejny w lesie pod Osiecznicą. Podczas czterech polowań ustrzelił 13 głuszców i dwa rogacze. Kilka minut po 22:00 opuścił zamek w Kliczkowie, odjeżdżając z dworca w Zebrzydowej punktualnie o 23.:00.


Na kolejne cesarskie odwiedziny przyszło czekać panom na Kliczkowie aż osiem długich lat. 4 grudnia 1906 roku Wilhelm II przybył ze stolicy Śląska do zamku nad Kwisą we wtorkowy wieczór z dwudniową wizytą, w programie której zaplanowano polowanie. Wizyta ta była niejako rekompensatą Cesarza za jego nieobecność na uroczystościach srebrnych godów kliczkowskiej pary. Jeszcze o 13:30 Cesarz jadł tradycyjnie obiad w kasynie oficerskim garnizonu kirasjerów we Wrocławiu, w którym od 1869 roku stacjonował Pierwszy Śląski Pułk Kirasjerów Gwardii „Wielki Elektor" (Leib-Kurassier-Regiment „Grofier Kurfurts"). W menu obiadu znalazły się: rosół, Schlesischer Himmelreich, pieczone trocie, comber barani, lody i paluszki serowe. Na dworcu w Bolesławcu szacownego gościa powitali kilka minut po 17:00 książę zu Solms-Baruth wraz z najstarszym synem Fryderykiem Hermannem ubranym w mundur kirasjerów gwardyjskich oraz starosta Rosenstiel. Cesarz odjechał spod dworca automobilem marki Fiat. Drogę do Kliczkowa oświetlali po obu stronach - podczas padającego deszczu - członkowie związków kombatanckich, gimnastycznych i rowerowych, trzymając pochodnie w rękach, krzycząc na cześć mijającego ich Cesarza: „Der Kaiser lebe hoch!" („Niech żyje Cesarz"). Zaraz po przybyciu na zamek Wilhelm II udał się na krótkie polowanie wraz z gospodarzem kliczkowskiego zamku. Ów fakt dowodzi nie tyle samego zamiłowania Jego Wysokości do łowiectwa, ile uznania dla obfitujących w zwierzynę łowną lasów Fryderyka II zu Solms-Baruth. Tego dnia obiad w gronie gospodarzy zamku wypadł po godzinie 20:00. Przy stole obecni byli, prócz Cesarza i osób mu towarzyszących, czterej synowie księcia - Fryderyk Hermann, Hermann Franz, Hans Georg i Johann-Georg Otto (łącznie 17 nakryć). Po obiedzie Wilhelm II udał się szybko do swojej sypialni po nieoczekiwanym ataku migreny. Następnego dnia polował od godziny 9:00 w lasach pod Osiecznicą wraz z księciem zu Solms-Baruth, hrabią Philippem zu Eulenburg (1847-1921), baronem Martinem Ruckerem von Jenisch (1861-1924), baronem Gustavem von Senden-Bibran (1847-1909), adiutantem von Freieberg oraz osobistym lekarzem dr Otto von Niednerem. Źródła nie informują, by jadł cokolwiek z samego rana na zamku - co nie jest oczywiści wykluczone - wiadomo natomiast, iż służby księcia przygotowały około południa obfity Jagdfruhstuck. Wilhelm II upolował łącznie we wtorkowy wieczór i kilku środowych nagonkach dziewięć jeleni, dwa łosie i jedną sarnę. Pośród jeleni znalazło się po jednym osiemnastaku, szesnastaku i dwunastaku oraz sześć czternastaków. Polowanie wypadło dłużej, niż przewidywano. Jeszcze w lesie Cesarz poinformował księcia, iż nie powróci już na zamek i po 16:00 udał się kierunku Bolesławca, prosząc przed pożegnaniem o złożenie księżniczce Luizie wyrazów szacunku i podziękowań za gościnę.
 
4 sierpnia 1911 roku Wilhelm II przybył do Kliczkowa po raz piąty. Na dworcu w Osiecznicy został powitany kilka minut po ósmej rano przez księcia zu Solms-Baruth i jego najstarszego syna oraz starostę bolesławieckiego Hansa von Hoffmanna. Cesarzowi towarzyszyli - marszałek dworu von Lyncker, generał pułkownik Hans Georg von Plessen (1841-1929) i major Wilhelm Ernst von Dommes (1867-1959) jako    adiutanci,    generał Oskar von Chelius (1859-1923), lekarz osobisty dr Niedner oraz pruski poseł w Bawarii Karl Georg von Treutler (1858-1933) - bliski zaufany Cesarza zwany szarą eminencją. Wprost z dworca w Osiecznicy Cesarz udał się w towarzystwie księcia na polowanie do rewiru łowieckiego Stary Gaj. Teren polowania został wybrany nieprzypadkowo - czytamy w centralnym niemieckim piśmie myśliwskim „Wild und Hund", które od strony łowów relacjonowało w szczegółach wizytę Wilhelma II w Kliczkowie - gdyż wczesnym rankiem   leśniczy   dworski Rahn widział w tym rejonie sześć jeleni, o czym zameldował księciu zu Solms-Baruth. Cesarz zajął stanowisko na jednym ze stosów drewna, skąd ustrzelił sześcioletniego byka wapiti dwudwudziestaka z odległości 200 kroków. Byk ważył blisko 400 funtów. Podczas jednej z kolejnych nagonek położył dwoma strzałami ważącego 480 funtów szesnastaka. W drodze na zamek Wilhelm II wstąpił jeszcze po drodze do leśniczówki zwanej Hermanówka (Hermannberg) znajdującej się na najwyższym w okolicy wzniesieniu, by podziwiać przez klika chwil okoliczne bory ze znajdującej się tu czterokondygnacyjnej wieży obserwacyjnej. Około południa został powitany na zamku przez księżną Luizę wraz z rodziną. Na maszcie powiewał jak zwykle czerwony sztandar, a upolowana zwierzyna zawisła na zadaszonym stojaku myśliwskim na zamkowym dziedzińcu.

 

O 14:00 podjęto Cesarza i towarzyszące mu osoby tradycyjnym o tej porze śniadaniem w formie dejeuner dinatoire przygotowanym na 16 nakryć. Przed godziną 19:00 Wilhelm II udał się ponownie na łowy, stacjonując opodal leśniczówki Marianówki na skraju liczącej 200 kroków łąki, gdzie położył dwoma strzałami ważącego ponad 350 funtów czternastaka. Przygotowana w piątkowy wieczór na 16 nakryć kolacja wypadła po dziewiątej wieczorem. Do stołu zasiedli, prócz gospodarzy, Cesarza i towarzyszących mu osób, dyrektor administracyjny dóbr kliczkowskich Ernst Jung oraz nadleśniczy Friedrich Habermann. Następnego dnia Cesarz polował w rewirze łowieckim w pobliżu Poświętnego już przed piątą rano. Strzelając z ambony, trafił ważącego ponad 300 funtów czternastaka. Podczas jednej z kolejnych nagonek ustrzelił jeszcze kozła sarny, a wracając na zamek, trafił jelonka wprost z samochodu. Przed 9:00 Cesarz zjadł z księciem śniadanie, po czym udał się na odpoczynek. Tego dnia podano do stołu jeszcze dwukrotnie - o 14:00 drugie śniadanie, a o 20:00 pożegnalną kolację, na którą przygotowano 14 nakryć. Cesarz odjechał z dworca w Osiecznicy o 22:40. Gdy opuszczał rozświetlony ogniami bengalskimi zamek, grupa myśliwych oddała ośmiokrotną salwę.

 

Podczas wizyt Wilhelma II na zamku w Kliczkowie program kulinarny dejeuner dinatoire, obiadów i kolacji był zgodnie z dworską regułą proporcjonalny do liczby gości zasiadających do stołu i odzwierciedlał charakter spotkania. Owa reguła nie wyrażała jednak proporcji liczbowo - jeśli któryś z posiłków był przygotowywany dla 4-8 osób, liczba potraw w karcie dań nie przekraczała 5-6 pozycji. Jeśli zaś do stołu zasiadało kilkanaście osób, a czas trwania biesiady nie był skrócony innymi okolicznościami, karta dań liczyła wówczas 7-8 pozycji, a czasem więcej. Duża liczba potraw w kartach dań nie oznaczała, iż w czasach Wilhelma II biesiadnicy potrafili zjeść dużo więcej niż dziś. Kolejno serwowane dania nie były przesadnie duże - tylko do pieczeni, które kończyły główną część biesiady, podawano kluski, puree ziemniaczane lub makarony. Pozostałym towarzyszyły zwykle sosy, masło lub lekkie dodatki w niedużej ilości jako element kompozycji. Ostanie dekady XIX wieku i początek następnego stulecia to dominacja nie tylko na dworach niemieckich, ale i całej Europy serwisu rosyjskiego. Zgodnie z nim gotowe do konsumpcji potrawy, tak pod względem wielkości jak i temperatury, były podawane podczas obiadów i kolacji pojedynczo, zgodnie z kolejnością ustaloną w karcie dań. Każdego z biesiadujących gości obsługiwał jeden służący. Gdy kolejną potrawę kończył ostatni z biesiadujących, słudzy zbierali talerze ze stołów, podając następną potrawę. Również podczas pierwszych wczesnych śniadań wypadających między 8.00 a 10.00 obowiązywała obsługa przy stole, gdyż podawane były ciepłe potrawy. Schemat karty dań obejmował zupę, przystawkę, rybę, mięso, pieczeń z sałatką, słodki przysmak, owoce - masło - sery, deser z kawą, przy czym stosownie do pory i charakteru biesiady niektóre z elementów tego zestawu mogły wypaść, inne zaś mogły zostać zwielokrotnione. Zupa i pieczeń były jednakże filarami w karcie dań każdego obiadu, o ile nie wypadał on późną wieczorną porą. Istniała zasadnicza różnica między słodkim przysmakiem podawanym po pieczeni, a deserem. Pod pierwszym pojęciem figurowały torty, lody, kremy, sorbety, budynie, sałatki owocowe czy nawet słodkie potrawy ryżowe, pod drugim zaś różnego rodzaju słodkie i słone wypieki, które były dodatkiem do kawy. Do słodkich przysmaków podawano zazwyczaj słodkie wina. Przed deserem kończącym obiad podawano często masło i sery, czym nawiązywano do zwyczajów francuskich. Dejeuner dinatoire był w kulturze stołu dworskiego posiłkiem łączącym cechy późnego śniadania z wczesnym obiadem, po którym główny obiad - zwany diener - wypadał dość późno. Wówczas nie podawano już kolacji. Menu dużego śniadania składało się z potraw ciepłych i zimnych. Pierwsze podawali do stołu służący pojedynczo, drugie - zimne przekąski - albo czekały już na stole na biesiadników, albo też były podawane naraz po ciepłej strawie. Dopiero po nich podawano potrawy słodkie i desery. Menu kolacji zasadniczo nie różniło się od obiadu - nie podawano z reguły pieczeni, a serwowane porcje były nieznacznie mniejsze. W trakcie biesiady nie podawano win do każdej z potraw, jeśli jednak konwersacje miały się nieznacznie przedłużyć, serwowano wówczas osobne wina.


Co zatem jadał Wilhelm II na zamku w Kliczkowie podczas czterech kolejnych wizyt? Czy kucharze zamkowi zdołali spełnić oczekiwania Jego Wysokości względem stołu, a co najważniejsze - wypaść dobrze w oczach gospodarza? Dokładne menu żadnego ze śniadań, dejeuner dinatoire, obiadów i kolacji nie jest znane. Źródła wymieniają jedynie porę i rodzaj posiłków, liczbę przygotowanych nakryć oraz gości zasiadających do stołu, przy czym nie zawsze wszystkich. O upodobaniach kulinarnych Cesarza wiadomo, iż cenił kuchnię francuską, angielską, rosyjską i włoską. Co najważniejsze jednak, w sferze kulinarnej cechował go swoiście pojęty konserwatyzm wyrażający się pewnego rodzaju potrzebą prostoty i skromności na talerzu, oczywiście w wymiarze cesarskiego podniebienia. (...) Ciekawostką była biegunowo odległa do pasji myślistwa „sympatia" Wilhelma II do potraw z dziczyzny. Sarnina, mięsa z dzika i jelenia pojawiały się niezwykle rzadko w kartach dań cesarskich biesiad nawet tam, gdzie gospodarze podejmowali go myśliwskim obiadem lub kolacją.


Wizyty Wilhelma II w Kliczkowie były zawsze związane z jego największą życiową pasją - myślistwem. Książę Friedrich zu Solms-Baruth dokładał wszelkich starań, by Cesarz opuszczał jego lasy w pełni zadowolony. Podczas wszystkich polowań Cesarz ustrzelił co najmniej dziewiętnaście jeleni o ustalonych rozmiarach poroża - w tym dwa dwudziestaki, dwa osiemnastaki, trzy szesnastaki, dziewięć czternastaków, jednego dwunastaka i dwa dziesiątaki - oraz kilka mniejszych jeleni, nadto cztery łosie, cztery kozły sarny, dwa daniele, jedną sarnę, trzynaście głuszców i jednego jelonka (cielaka jelenia). Nie mniej starań czyniła żona księcia Ida Luiza i szef zamkowej kuchni, by monarcha również od stołu wstawał zawsze zadowolony. Cztery kolejne wizyty - w 1896, 1898, 1906 i 1911 roku - przyniosły łącznie 5 obiadów (w tym 1 rodzinny), 4 kolacje, 2 wczesne śniadania, 1 drugie śniadanie, 2 dejeuner dinatoire oraz 2 Jagdfruhstuck. Biesiady na zamku w Kliczkowie z okazji wizyt Cesarza nigdy nie były duże, co wynikało z charakteru odwiedzin Wilhelma II i liczby gości. Dwa pierwsze wczesne śniadania Cesarz jadał z księciem Fryderykiem, z kolei Jagdfruhstuck wypadało wspólnie ze wszystkimi uczestnikami polowań. W dejeuner dinatoire, obiadach i kolacjach uczestniczyli zwykle gospodarze zamku nad Kwisą oraz Cesarz i towarzyszące mu osoby, nadto bliżsi i dalsi krewni, którzy przebywali właśnie na zamku lub przybywali do Kliczkowa z okazji przyjazdu Cesarza. Dzieci książęcej pary oraz pracownicy majątku byli obecni przy stole najczęściej podczas obiadów rodzinnych. Mile widzianym gościem był także starosta bolesławiecki. Późna pora początku niektórych obiadów - jeden rozpoczął się po północy - nie była czymś szczególnym w kulturze stołu dworskiego. Formułę biesiady określało nie tylko menu przewidziane w karcie dań, ale przede wszystkim charakter spotkania przy stole oraz osoby przy nim zasiadające. Jeśli w godzinach wieczornych wypadała kolacja, był to z reguły krótszy posiłek -  tak w wymiarze czasowym jak i kulinarnym - podczas którego znacznie mniej rozmawiano. Charakter wizyt Wilhelma II w Kliczkowie wykluczał organizowanie kolacji w formie modnego na przełomie XIX i XX wieku klasycznego souper. Późne obiady, rozpoczynane nawet po północy, trwały co najmniej godzinę; kolacje nie przekraczały zwykle 45 minut. Konwersacje podczas obiadów były obok oprawy kulinarnej istotą spotkania przy stole. Nie do pomyślenia było jedzenie w milczeniu. Zważywszy na rangę gościa, to cesarz nadawał ton rozmowie". (Przedstawione teksty są tylko fragmentami dużej całości, która znajduje się na stronie internetowej www.kliczkow.com.pl/uploads/ZastolemwKliczkowie.pdf)

 

Z odwiedzin Cesarza w latach 1890, 1897, 1906 i 1911 zachował się do dzisiaj w Kliczkowskim lesie pomnik z 1906 r., postawiony na pamiątkę polowania z udziałem monarchy. Głaz o wysokości ponad 1,5 m ma częściowo widoczny napis, z którego dowiadujemy się, że monarcha ustrzelił tu dużego byka o porożu złożonym z 18 odnóg, drugiego o 16 odnogach, sześć byków o 14 odnogach i pomniejsze samice oraz inne zwierzęta”. Na wieczór powrócono do zamku, skąd następnego dnia o godzinie 4:15 Cesarz w towarzystwie księcia wyjechał do rewiru położonego w pobliżu Poświętnego. Polował z ambony, w pobliżu granicznego płotu. Równo o 5:30 Wilhelm II trafił z około 100 kroków kulą w łopatkę czternastaka, który krótko potem padł. Miał 2,10 m długości, 1,27 m wysokości, ponad 300 funtów wagi ciała i 12 funtów poroża. Później ustrzelił jeszcze kozła, a w drodze powrotnej nieopodal Osiecznicy, strzelając z samochodu, trafił niewielkiego jelenia. Do zamku powrócili o 8 rano". 

 

W 2011 r. Tadeusz Berestecki z Bolesławca przesłał mi fotografie kamienia, o którym jest mowa w opisie Mariusza Olczaka. Niestety kamień został uszkodzony - rozbity na kilka części. Pan Tadeusz zamierza nawet go skleić. Ciekawostką jest to, że kamienie z Kliczkowa mają oryginalne napisy. Najpierw wykuwano jakby koło i w nim umieszczano napis. Jedną z osobliwości zamku w Kliczkowie jest cmentarz koni. Zachowały się do dziś dwa kamienie z podobnie rytymi napisami na cześć koni i psów. Jeden z kamieni na cmentarzu, pochodzący z 1938 roku, postawiono ku pamięci konia Juno. 

Fotografie przesłane przez Tadeusza Beresteckiego

Na wschód od zamku, na polanie znajdują się pozostałości cmentarza koni utworzonego przez tutejszych dziedziców. Do obecnych czasów przetrwały dwa nagrobki.
Pierwszy to nagrobek klaczy imieniem Juno - był to koń wyścigowy księcia zu Solms-Baruth. Odczytanie drugiego nagrobka nie jest już możliwe. Wiadomo jednak iż należał (jak głosi zachowany napis) do "starego księcia" zu Solms-Baruth. W latach 50-tych XX wieku znajdowało się tu jeszcze kilka nagrobków. Były to sporych rozmiarów głazy, w środku których umieszczono owalne tablice z wykutym napisem. Wcześniej pochowano tu było także sporo psów, należących jak można przypuszczać do mieszkańców zamku. Jest to jeden z nielicznych cmentarzy koni w Europie.

 

Koń miał na imię Juno, odszedł w 1938 r. Jego właściciel, hrabia Henryk zu Solms-Baruth, nie mógł się pogodzić ze śmiercią ukochanego rumaka, więc wystawił mu nagrobek.

Niedawno odsłonięto nowy pomnik. Fundacja Pro Culturae Bono postarała się, by upamiętnić uwielbianą na zamku klacz rycerską Zacateca. Jej pomnik stanął między starymi nagrobkami.

 

W przytoczonym opisie polowania w Kiczkowie skrupulatni Niemcy podali wszystko. Tylko czy to było polowanie, czy egzekucja wykonana przez podwożonego samochodem władcę? Jeleń wapiti też nie był rodzimym gatunkiem. Był więc to zwierzyniec, gdzie do wodopoju zwierzyna podchodziła w znanych godzinach. Tam też, podobnie jak w Prakwicach, ustawiano różne kamienne obeliski. Zachował się kamień postawiony na pamiątkę upolowania ostatniego jelenia przez panującego podówczas w Kliczkowie księcia Friedricha zu Solms - Baruth. Był on władcą Kliczkowa ponad 40 lat. Kamień pochodzi z września 1920 r., a w grudniu tego samego roku książę zmarł. Inny, charakterystyczny dla Kliczkowa, kamień ustawiono dla hrabiego Otto Karola Konstantego zu Solms-Sonnenwalde. Był on szwagrem wspomnianego księcia. Fotografie i informacje pochodzą także od Tadeusza Beresteckiego.

Kamień księcia

Kamień hrabiego

Wracamy jednak do Cesarza. Polował na zaproszenia, ale i u siebie. Wówczas w  Niemczech było gdzie polować. Bardzo często przebywał w pięknym dworku myśliwskim "Hubertusstock", położonym pod Berlinem na terenie rezerwatu przyrody Chorin Schorfheide, około 10 minut spacerem od malowniczego jeziora Werbellinsee.

Hubertusstock

Cesarz Wilhelm I w Hubertusstock

Tak opisywał zameczek myśliwski w Hubertusstock Julian Fałat: (...) "Pałacyk myśliwski wygląda jak domek z pudełka szwajcarskich zabawek. Parter murowany, pięterko drewniane z biegnącym wokoło balkonem, z płaskim dachem i mocno wystającymi okapami, sprawia wrażenie, jakby domek i otaczające go dęby, sztucznie zrobione, ustawiono po prostu na trawniku; nie ma bowiem dróżek, klombów ani kwiatów, jakie zwykle widuje się w otoczeniu podobnych rezydencji. (...) Żadnego ogrodzenia nie ma, tak że jelenie mają dostęp aż do progów pałacyku . (...) Z trawnika, zasłanego jesienią szeleszczącymi liśćmi, można od razu wejść do salonu - i stać jedną nogą na trawie, którą przed chwilą skubały jelenie." (...).

Pałac myśliwski otoczony był dębami posadzonymi jak w parku. Otaczały one pałacyk jak i inne budynki na przestrzeni paruset morgów. Cesarz polował w Huberusstock głównia na jelenie byki podczas rykowiska. Cały rewir był tak urządzony, żeby polowania odbywały się dla Cesarza z jak najmniejszym trudem. Podczas pobytów myśliwych obowiązywał strój myśliwski, nawet podczas posiłków. O ile sam pałacyk nie wskazywał na monarszą siedzibę o tyle w oficynach i przeległych budynkach funkcjonowała ogromna maszyneria całej armii dworaków. Począwszy od pierwszych dygnitarzy po marszałka dworu, a skończywszy na ostatnim posługaczu; całe mnóstwo "jägrów" lokajów, kucharzy, masztalerzy, kurierów, telegrafistów, szyfrantów, pocztylionów, żandarmów itp. Förstmeierzy i oberförstmeierzy, wszystko byli wojskowi, przyzwaczajeni do subordyności i punktualności. 

Zameczek w Hubertusstock

Prezentacja zrzutów Abwurfparade w Hubertusstock

Hubertusstock - cesarski gabinet

 
Hubertusstock 1901 r.
Kamień upamiętniający strzelenie setnego jelenia byka przez Cesarza w Hubertusstock
W Hubertusstock Cesarz odbywał też pierwsze jazdy samochodem. Próbowano ten nowy pojazd przytosować do polowań. Po kilku próbach powrócono jednak do wózka podjazdowego zaprzężonego w konie.

Odbywał łowy w Schaumburg-Lippe - istniejącym w latach 1643-1918 na terenie obecnej Dolnej Saksonii niewielkim księstwie niemieckim, ze stolicą w Bückeburgu. W latach 1643 -1918 Bückeburg był stolicą hrabstwa a następnie księstwa Schaumburg-Lippe. Siedzibą władców księstwa był miejscowy zamek.

Polował w Grunewald gdzie także był pałac myśliwski

Pałac Myśliwski w Grunewald (Jagdschloss Grunewald) jest najstarszym zachowanym w Berlinie pałacem Hohenzollernów. Książę elektor Joachim II Brandenburski zlecił jego budowę w 1542 r. Za panowania Fryderyka I (1657-1713) budowla zmieniła swoją sylwetkę - z założenia obronnego z fosą, wieżyczkami i renesansowymi szczytami powstał reprezentacyjny, biały pałac z mansardowym dachem. Przednia część pałacu z reliefem i sześciokątną wieżą schodową zdradzają jednak, że budowla powstała w XVI stuleciu. Pałac służył Hohenzollernom jeszcze do 1918 r. jako myśliwska rezydencja. O ich łowieckiej pasji świadczy historyczna broń i poroża, które wystawiono naprzeciw w magazynie sprzętu łowieckiego. Myślistwo dworskie jest również motywem wielu obrazów i przedmiotów rzemiosła artystycznego w pałacu. Na piętrze można podziwiać portrety władców z dynastii Hohenzollernów od XVI do XIX w.

Znaczek pocztowy z 1910 r.

Zamek myśliwski w Grunewald

Zamek myśliwski w 1899 r.

Grunewald - 1910 r.

Księżniczka Wiktoria Luiza, córka kajzera, podczas przejażdżki w Grunewald - 1910 r.

Grunewald 1897 r. - wyjazd na polowanie

Grunewald - 1901 r.

Grunewald 1800 r.

Polowanie w Grunewald

Badając czasy Wilhelma II przewija się dużo wątków mowiących o seksualnych wyczynach Jego świty. W innym miejscu opisałem tzw. aferę Eulenburga. Z zamkiem w Grunewald związana jest inna historia:

ORGIA, KTÓRA WSTRZĄSNĘŁA ŚWIATEM
Upadek dynastii Hohenzollernów rozpoczął się od zbiorowej orgii czy też seansu seksu grupowego w styczniu 1891 roku. W gorącej imprezie w stylu rzymskiego cesarza Nerona wziął udział kwiat arystokracji pruskiej, w tym siostra kajzera Wilhelma II. W zamku myśliwskim Grunewald w Berlinie hrabiny, baronowie i książęta testowali jedną pozycję miłosną po drugiej. Potem tajemniczy szantażysta wysyłał kompromitujące listy. Doszło do absurdalnych procesów sądowych, pojedynków i pogrzebu jednego z uczestników swawolnej zabawy. Gigantyczny skandal wstrząsnął tronem Wilhelma II. „System osobistych rządów” niemieckiego Cesarza doznał poważnego uszczerbku. Akta na temat tych wydarzeń przetrwały w teczce z policyjnego śledztwa, którą historycy odkryli w 1996 roku w Tajnym Pruskim Archiwum Państwowym w Berlinie. Jednak badacz Tobias Bringmann nie ośmielił się zacytować treści listów - jak to określił - „ze względu na przyzwoitość”. 14 lat później Wolfgang Wippermann, autor książki „Skandal im Jagdschloss Grunewald”, okazał się mniej pruderyjny i opublikował dokumenty, w których mowa o „pozycji 69”, seksie oralnym, homoseksualnym i „pieprzeniu”.
SWINGERSI W ZAMKU GRUNEWALD
Malowniczy renesansowy zamek Grunewald znajduje się w zachodniej części Berlina. W styczniu 1891 r. grupa 15 wysoko urodzonych osób obojga płci urządziła sobie kulig. Z zamku Grunewald od wieków korzystali urządzający łowy władcy Brandenburgii, potem Prus. Położenie na obrzeżach stolicy stanowiło jego wielki atut. Uczestnicy szalonej sanny postanowili następnie zabawić się w zamku myśliwskim. Zaprosiła ich 31-letnia Charlotte, najstarsza siostra Cesarza Wilhelma II, wnuczka brytyjskiej królowej Wiktorii i małżonka nieśmiałego księcia Bernharda von Sachsen-Meiningen. Charlotte miała opinię skandalistki w rodzie Hohenzollernów. Jej zamiłowanie do intryg i plotek oraz liczne pozamałżeńskie romanse były powszechnie znane. W imprezie uczestniczył także szwagier Wilhelma II, książę Ernst Günther von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Augustenburg, w kręgach dworskich znany jako „książę Gach”, ponieważ odwiedzanie domów uciech stanowiło jego prawdziwą pasję. Pewnej nocy Ernst Günther zgubił w łożu córy Koryntu najwyższe odznaczenie pruskie - Order Czarnego Orła. Jako że w Prusach porządek musi być, obowiązkowa panna lekkich obyczajów odniosła odznaczenie na policję. Progi zamku Grunewald przekroczyli także książę Friedrich Karl von Hessen, który w przyszłości poślubi siostrę Cesarza Margarete, rosyjski dyplomata baron Ludwig Knorrig, mistrzowie ceremonii na cesarskim dworze: Leberecht von Kotze i baron Karl Ernst von Schrader. Wśród imprezowiczów znalazła się również osobliwa para - Friedrich Graf von Hohenau i wyższa odeń o głowę małżonka Charlotte. Graf był homoseksualistą i na dworze zwano go szyderczo Loloki, czyli „Mała Lotka”. Uczestnicy przyjęcia tańczyli i pili bez opamiętania, potem suknie i stroje jeździeckie opadły na podłogę. Rozpoczęła się orgia, podczas której nagie ciała splatały się w najbardziej fantastycznych konfiguracjach. Podobno inicjatywa wyszła od dam, panowie zaś oddawali się z entuzjazmem także homoseksualnej miłości. Około północy wyczerpani burzą zmysłów imprezowicze rozjechali się do domów.
LISTY Z SZYDERSTWEM I JADEM
Już następnego dnia zrozumieli, że mają poważny kłopot. Otrzymali bowiem szydercze i złośliwe listy opisujące szczegółowo ich erotyczne wyczyny. Stało się jasne, że autor to jeden z uczestników seksparty w zamku Grunewald, bowiem doskonale wiedział o wszystkim i znał wszelkie sekrety cesarskiego dworu. Listy nadchodziły jeszcze w następnych miesiącach - aż do 1894 roku. W policyjnych aktach zachowało się ich 246. Nadawca niekiedy dołączał zdjęcia pornograficzne, w których wycięte głowy modeli zastępował twarzami wyszydzanych arystokratów. Policyjna teczka została „oczyszczona” z tych zdjęć przez nieznanych sprawców. Zachowała się tylko jedna fotografia, przedstawiająca parę dżentelmenów oddających się rozkoszom seksu oralnego. Autor (czy też autorka listów) oskarżył Alidę von Schrader, małżonkę mistrza ceremonii, o liczne lesbijskie romanse. Chętnie demaskował też różne dworskie afery, zdrady małżeńskie i skandale. Oskarżył księcia Ariberta von Anhalt o miłosne przygody z mężczyznami (w 1894 roku książę został Przewodniczącym Komitetu Niemieckiego Uczestnictwa w pierwszych igrzyskach olimpijskich w Atenach). Zarzuty były zresztą zgodne z prawdą. W 1900 roku Marie Luise, wnuczka brytyjskiej królowej Wiktorii i żona Ariberta, z hukiem zażądała unieważnienia małżeństwa z powodu notorycznego homoseksualizmu męża - i mimo sprzeciwu Cesarza dopięła swego. W listach wysyłanych przez tajemniczego intryganta mowa była nawet o amorach Wilhelma II! Najbardziej złośliwy anonim znęcał się nad hrabiną von Hohenau i jej małżonkiem. W listach można przeczytać, że Charlotte von Hohenau to „notoryczna gęś" i „napęczniała od jadu ropucha", z „impertynenckim nosem i wystającymi zębami", które nie pasują do jej „klasycznej piękności". To pożerająca mężczyzn nimfomanka, która ośmieliła się pokazać na dworze „z całkowicie odsłoniętym biustem", i nie spocznie, dopóki ze wszystkimi książętami nie przejdzie na ty, i - jeśli to tylko możliwe - nie nawiąże z nimi „relacji płciowych". Jest tak lubieżna, że „bez żadnej zachęty sama podnosi spódnicę". Dom hrabiów von Hohenau przy berlińskiej Yorckstrasse jest „burdelem", który tym różni się od innych domów uciech, że „to nie mężczyzna kobietę, lecz mężczyźni pieprzą się między sobą, a kobiety czynią to między sobą także". Tak jadowite zniewagi świadczyły o osobistej nienawiści czy urazie. Sprawy nie udało się zachować w tajemnicy, bowiem listy trafiały także do innych dygnitarzy z dworskich kręgów. A podkreślić wypada, że dwór Wilhelma II stanowił prawdziwe państwo w państwie. Cesarzowi służyło 3500 osób, w tym 2320 urzędników. Samych mistrzów ceremonii było aż 11. Na utrzymanie dworu przeznaczano jedną piątą całego budżetu Rzeszy. Wilhelm II był monarchą konstytucyjnym, potrafił wszakże przejąć niemal osobiste rządy, które autor monumentalnej biografii Cesarza John C.G. Röhl określa jako neoabsolutyzm.
Zblazowani arystokraci pruscy nie zadawali sobie trudu otwierania korespondencji. Czyniła to służba, która przynosiła otwarte już listy wraz ze śniadaniem. Oczywiście ciekawscy lokaje czytali korespondencję, zwłaszcza taką, w której spostrzegli „nieprzyzwoite obrazki". Wkrótce o skandalu huczał cały Berlin.
KOMPLIKOWANIE NORMALNYCH STOSUNKÓW
W zdominowanej przez Prusy Rzeszy panowała obyczajowa protestancka pruderia. Wilhelm II deklarował bluźnierczo: „Wstąpił we mnie Bóg, bo jestem niemieckim Cesarzem". Kajzer nie przestrzegał wszakże skrupulatnie szóstego przykazania. Wiadomo, że miał ognisty romans z kurtyzaną ze Strasburga znaną jako Miss Love. W jej rękach pozostały miłosne listy Cesarza, w których Wilhelm II, jak zapewniała Miss Love, „daje wyraz swym bardzo osobliwym skłonnościom komplikowania normalnego stosunku, np. przez krępowanie ramion". Władze Rzeszy nie bez trudu wykupiły kompromitującą monarchę korespondencję za 25 tysięcy marek. Sekretarz stanu Herbert von Bismarck pisał o „ciążowej sprawie Cesarza w Wiedniu, której ukręcono łeb poprzez wypłatę 5 tysięcy talarów". Ale mężczyznom uchodziło wiele. Zbiorowe wizyty arystokratów w domach uciech po wspólnym alkoholowym wieczorze uważano za chwalebną manifestację męskiej krzepy. Herbert von Bismarck, syn Żelaznego Kanclerza, systematycznie odwiedzał przybytki pod czerwoną latarnią także podczas wizyt zagranicznych. Pruskie damy obowiązywała natomiast skromność i wstrzemięźliwość, przynajmniej na pokaz. Panie, które jak hrabina Charlotte von Hohenau wzorem mężczyzn bez skrupułów oddawały się zmysłowym rozkoszom, uchodziły za chore psychicznie. Homoseksualizm męski był wręcz kamieniem obrazy i czynem zakazanym przez prawo, podlegającym karze. Dlatego orgia w zamku Grunewald, podczas której doszło do seksu grupowego i aktów homoseksualnych z udziałem członków społecznej elity, wywołała gigantyczny skandal. Adresaci listów nie mieli innego wyjścia i zgłosili się na policję. Wcześniej starannie zaczernili najbardziej „jadowite" fragmenty złośliwych pism. W maju 1892 roku śledztwo wszczął doświadczony komisarz policji Eugen von Tausch. Stosował kontrowersyjne metody, jak przekupywanie świadków i obserwacja skrzynek pocztowych. Komisarz miał powody do podejrzeń, że „brudne listy" wysyła Ernst Günther von Schleswig-Holstein. Ale „książę Gach", ufny w poparcie siostry - cesarzowej, przepędził detektywów ze swego domu. Grafolog nazwiskiem Langenbruch dokonał analizy pisma i doszedł do wniosku, że listy napisała „osoba o chorobliwie kobiecym charakterze i próżnym, wymuskanym wyglądzie". Mogło to wskazywać na Charlotte von Sachsen-Meiningen, ale nikt nie ośmielił się oskarżyć siostry Cesarza. „Książę Gach", baron von Schrader, hrabiostwo von Hohenau i inni zabawili się w prywatnych detektywów i doszli do wniosku, że winowajcą jest mistrz ceremonii, rotmistrz w stanie spoczynku Leberecht von Kotze. Ten dygnitarz, wielki dandys, lubił ubierać się modnie. Pewnego razu zaszokował arystokratyczne towarzystwo, gdy na polowaniu pojawił się w zielonym krawacie. Uprawiający groteskowy kult męskości arystokraci pruscy uważali go z tej przyczyny za zniewieściałego błazna.
PODEJRZANY MISTRZ CEREMONII
Cesarz Wilhelm II lubił swego mistrza ceremonii, który zbierał dla monarchy pikantne plotki z dworu, ale łatwo dał się przekonać, że to von Kotze wysyła listy, i 17 czerwca 1892 roku rozkazał go aresztować. Kajzer nie miał takiego prawa, niemniej rozkaz wykonano. Sprawa została przekazana sądowi wojskowemu, co także było sprzeczne z prawem. Ale szydercze listy wysyłano nadal; co więcej, ich nadawca zagroził, że jeżeli mistrz ceremonii nie zostanie zwolniony, „to on rozpęta taki skandal, że tron zadrży wraz ze swymi wszystkimi zmurszałymi podporami”. 5 lipca 1892 roku von Kotze został zwolniony z więzienia. Odpowiedzialność za całą nielegalną procedurę wzięli na siebie najwyższy podkomorzy dworu książę Hermann zu Stolberg-Wernigerode oraz przewodniczący sądu wojskowego generał Alexander von Pape. Wilhelm II, który w rzeczywistości ponosił całą winę, bez zmrużenia powieką dymisje przyjął. Co więcej, nie zgodził się na rehabilitację Leberechta von Kotze, lecz polecił dowódcy III Korpusu Armijnego księciu Friedrichowi von Hohenzollern-Sigmaringen objęcie przewodnictwa sądu wojskowego. Przeprowadzono drobiazgowe i kosztowne dochodzenie, ale żadnych dowodów winy von Kotzego nie znaleziono. Adwokat podejrzanego Fritz Friedmann szerzył pogłoski, że prawdziwym winowajcą jest inny mistrz ceremonii: baron Karl von Schrader. Leberecht von Kotze jako oskarżony nie mógł się pojedynkować. Jego kuzyn Dietrich von Kotze wyzwał więc Schradera  na pojedynek, który odbył się 21 stycznia 1895 roku, cztery lata po nieszczęsnej imprezie na zamku. Wymiana strzałów zakończyła się bezkrwawo, co zdarzało się bardzo rzadko. Pojedynki były formalnie zakazane, ale arystokraci wciąż stawali naprzeciwko siebie z bronią w ręku w obronie swego honoru. Wiedzieli, że Cesarz akceptuje pojedynki i ich uczestników czekają najwyżej łagodne wyroki. Homoseksualizm męski był zakazany przez prawo. Dlatego orgia w zamku Grunewald, podczas której doszło do seksu grupowego i aktów homoseksualnych, wywołała skandal.
ŚMIERĆ NA POJEDYNKU

W marcu 1895 roku sąd wojskowy uniewinnił mistrza ceremonii. Mimo próśb kilku dygnitarzy, Wilhelm II zatwierdził ten wyrok. Co więcej, zmusił „księcia Gacha” Ariberta von Anhalt i hrabiego von Hohenau, aby przeprosili Leberechta von Kotze. Złożenia przeprosin odmówili baron von Schrader, najwyższy marszałek dworu Karl Egon IV zu Fürstenberg oraz marszałek dworu Cesarzowej Hugo von Reischach. Rozsierdzony von Kotze wyzwał na pojedynek wszystkich trzech. To nawet dla „honorowych” Prusaków było za wiele. Umówiono się zatem, że wyzywający stoczy pojedynek tylko z jednym z nich. Na przeciwnika mistrza ceremonii został wybrany marszałek von Reischach. Adwersarze stanęli naprzeciwko siebie w Wielką Sobotę 13 kwietnia 1895 roku w pobliżu dworca Halensee. Mężczyźni strzelali raz za razem. Ósma kula trafiła w udo von Kotzego. Wilhelm II nie zganił arystokratów za złamanie prawa, lecz w dowód uznania przysłał rannemu do szpitala osobisty prezent - wielkanocne jajko.
Skandal na tym się nie zakończył. Zacietrzewiony von Schrader wyzwał swego osobistego wroga jeszcze raz. Zamiast pojednać przeciwników, Cesarz przywrócił von Kotzemu zdolność honorową (którą stracił, odmawiając kolejnego pojedynku), zatem umożliwił mu stawienie się na ubitej ziemi. Ustalono srogie warunki oznaczające niemal pewną śmierć. Przeciwnicy mieli posługiwać się bardzo celnymi pistoletami wojskowymi (a nie archaicznymi pojedynkowymi) i strzelać, zbliżając się do siebie aż do odległości zaledwie dziesięciu kroków. Spragnieni krwawego spektaklu gapie zbierali się w parkach i laskach sposobnych do pojedynków. Aby uniknąć tłumów, przeciwnicy spotkali się w niespodziewanym miejscu: w Ravensbergu pod Poczdamem, do tego w Wielki Piątek 1896 roku. Wielki Piątek jest dla protestantów najświętszym dniem. Pojedynek w takim terminie uznano niemal za bluźnierstwo. Baron von Schrader nie doczekał Wielkanocy. Ugodzony kulą w podbrzusze skonał następnego dnia. Von Kotze został skazany tylko na dwa lata i trzy miesiące więzienia, a karę odbywał w komfortowych warunkach w twierdzy kłodzkiej. Miał do dyspozycji ordynansa, który przynosił do więzienia szampana i różnorakie smakołyki. Po kilku miesiącach Cesarz ułaskawił swego mistrza ceremonii, który podczas pojedynku popisał się „męskim animuszem".
ZGNIŁA MONARCHIA
Afera rozpętała się z nową siłą. Powszechnie krytykowano kajzera za to, że zezwolił na łamanie prawa. W kwietniu 1896 roku odbyła się w tej sprawie nadzwyczajna debata w Reichstagu, która zmieniła się w piętnowanie osobistych rządów Wilhelma II. Przywódca SPD August Bebel drwił bezlitośnie: „Jeśli panowie z tak zwanych klas wyższych rozbijają sobie wzajemnie głowy lub ustrzeliwują się z pistoletów, to w gruncie rzeczy niewiele mamy przeciwko temu. Im bardziej intensywnie oddają się procesowi samozniszczenia, tym lepiej dla nas". Gazeta „Berliner Tageblatt" w satyrycznym dodatku przedstawiła „nowe prawo pojedynkowe", zgodnie z którym „po pojedynku, który zakończy się śmiercią, zwycięzca ma prawo zerwać skalp poległego przeciwnika i przyczepić go do łańcuszka od zegarka jako brelok. Dziesięć skalpów daje prawo do otrzymania dóbr ziemskich przynoszących dochód". Liberalna prasa pisała, że w sprawie Leberechta von Kotze wymiar sprawiedliwości zmienił się w farsę, w proces inkwizycyjny jak z mroków średniowiecza, zaś monarchia Hohenzollernów „nosi już piętno zgnilizny". Nawet organ konserwatystów „Reichsbote" stwierdził, że skandal „bardziej zdruzgotał w tym kraju rojalizm, niż ideowa wieloletnia praca wiernych zwolenników monarchii jest w stanie odbudować". W wyniku afery autorytet cesarstwa poważnie ucierpiał, a system osobistych rządów Wilhelma II szybko tracił zwolenników. Także pojedynki i groteskowe demonstrowanie męskości i honoru zaczęły wychodzić z mody.


Do dziś nie ma pewności, kto był autorem jadowitych listów. Historyk John Röhl przypuszcza, że wysyłał je szwagier kajzera Ernst Günther von Schleswig, „książę Gach”, przy pomocy kilku zaprzyjaźnionych prostytutek. Według innej, bardziej prawdopodobnej hipotezy, całą intrygę uknuła siostra Cesarza Charlotte von Sachsen-Meiningen. Być może z rozmysłem urządziła przyjęcie na zamku Grunewald, aby wciągnąć swych gości w pułapkę. Motyw? Zamiłowanie do skandali, a zwłaszcza nienawiść wobec hrabiny Charlotty von Hohenau, której Hohenzollernówna zazdrościła licznych podbojów miłosnych. Siostra Cesarza czuła dla hrabiny bezgraniczną pogardę, ponieważ ta, z domu von Decken, nie pochodziła z najwyższej arystokracji. Być może analizy grafologiczne, porównanie pisma Charlotte von Sachsen-Meiningen z szyderczymi listami, pozwoli wyjaśnić tajemnicę.
Swawolna, cierpiąca na porfirię siostra Cesarza po długim leczeniu psychiatrycznym zmarła w uzdrowisku Baden-Baden w 1919 roku. Rok później były mistrz ceremonii cesarskiego dworu Leberecht von Kotze zakończył życie w swej posiadłości w Karkonoszach. Wilhelm, były Cesarz niemiecki, przebywał już wtedy na wygnaniu w Holandii po przegranej wojnie. (Źródło: historia.focus)'

 

Cóż, pruderia pruskiej szlachty była tylko na pokaz. W rzeczywistości nie stronili od uciech wszelakich. Sam Wilhelm II był posądzany o homoseksualizm czy liczne romanse. Przede wszystkim jednak polował.

 

Polował w Letzlingen

Gdzie był pałacyk myśliwski  (niem. Jagdschloss Letzlingen).  Był to i jest neogotycki pałacyk na południu powiatu Altmarkkreis Salzwedel w kraju związkowym Saksonia-Anhalt. Obiekt znajduje sie na terenie wrzosowiska Colbitz-Letzlinger Heide, uważanego za jedno z największych wrzosowisk Europy Środkowej. Pałacyk wzniesiono w 1843 r. na zlecenie króla Prus Wilhelma IV. Plany budowli w stylu gotyku tudorowskiego sporządzili Friedrich August Stüler i Ludwig Ferdinand Hesse. Obecnie (2008) w rezydencji znajduje się wystawa poświęcona historii pałacu. W pałacyku gościli na polowaniach m.in. Cesarz Wilhelm I, Cesarz Austrii Franciszek Józef I, kanclerze Rzeszy: Otto von Bismarck, Theobald von Bethmann-Hollweg i Bernhard von Bülow. Ostatnie polowanie urządzono w listopadzie 1912 za panowania Wilhelma II Hohenzollerna.

Pałac myśliwski w Letzlingen

Jedno z wnętrz pałacowych (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Fot. nadesłana przez T. Krawczyka

Polowanie w Letzlingen (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Letzlingen 1889 r. (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Przerwa w polowaniu w grudniu 1897 r. - w namiocie spożywano śniadanie. (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Polowanie w Letzlingen w 1897 r.  (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Polowanie na lisy w Letzlingen

W Letzligen

Z arcyksięciem Franciszkiem Ferdynandem

Z księciem Adolfem zu Schamburg - Lippe 1912 r.

Fotografie z polowania w Letzlingen 1912 r.

Jak widać polowanie odbyło się w ogrodzonym zwierzyńcu na "wykładaną" zwierzynę

Służba ciągnie upolowane daniele na pokot

Przy grubych odyńcach

W rozstawionych namiotach serwowano posiłek

Przy strzelonych danielach

Oglądanie pokotu

Ogrom strzelonej zwierzyny gonionej na rzeź w ogrodzeniu

Na fotografiach doskonale widać, że Cesarz i świta byli elegancko ubrani. Cóż ...  naciskali tylko na język spustowy. "Cysorz to ma klawe życie" - piosenka Tadeusza Chyły sprawdziła się w tym przypadku znakomicie.

Bückeburg 1912 r.

Bückeburg

Schönbuch - miejscowość i gmina w Niemczech, w kraju związkowym Badenia-Wirtembergia, w rejencji Stuttgart, w regionie Stuttgart, w powiecie Böblingen. Leży w Schönbuch, ok. 12 km na południowy wschód od Böblingen.

Schönbuch - 1893  r.

Schönbuch

Byki strzelone przez Wilhelma II w Schönbuch

Cesarz u księcia Alberta I

Jednym z ważniejszych wątków polowań Wilhelma II są łowy w Pszczynie u Jana Henryka XI von Hochberg Pless a później u Jana Henryka XV von Hochberg.

Jan Henryk XI Hochberg przyszedł na świat 10 września 1833 r. w Berlinie. Był synem Jana Henryka X Hochberga i Idy von Stechow. Jako nastolatek zaczął karierę w armii pruskiej, gdzie zaprzyjaźnił się z następcą tronu, Fryderykiem Wilhelmem. Szybko jednak przyszło mu rozstać się z wojskiem, gdyż po śmierci ojca – w 1855 r. – musiał zająć się zarządzaniem rodzinnymi dobrami.

Maria von Kleist (1828 - 1883) pierwsza żona Henryka XI

W 1857 r. ożenił się z córką hrabiego Edwarda von Kleist, Marią. Wraz z nią wyruszył w podróż po Europie oraz do krajów Orientu, gdzie książę m.in. polował na słonie i skąd przywiózł do Pszczyny czarnoskórego niewolnika Suelima. Po latach udał się nawet na łowy do Indii. Jak wielu jego przodków był rycerzem Zakonu Joannitów, którym ufundował szpital w Pszczynie. Po przejęciu władzy na ziemi pszczyńskiej starał się modernizować i rozwijać górnictwo węgla kamiennego, które przynosiło mu spore dochody. Inwestował też w hutnictwo (które potem, w latach 70. i 80. mocno podupadnie w związku z kryzysem gospodarczym) oraz trasy kolejowe. Podobnie czynił w Książu i okolicach, sprowadzając licznych fachowców z Niemiec. Swoim górnikom zaczął zapewniać opiekę zdrowotną, a np. w Murckach powstała kolonia domów dla pracowników. Najważniejszymi gałęziami były jednak wciąż leśnictwo i rolnictwo. To ostatnie książę również modernizował, wzorując się na trendach zachodnich (nawozy sztuczne, mechanizacja). Rozbudował też tyski browar (pod koniec XIX będzie największy na Śląsku), założył fabrykę celulozy w Czułowie oraz postawił na powiększanie powierzchni swych ziem dokupując do nich kolejne wioski i miejscowości (chociażby Górne Bojszowy). Za jego czasów ostatecznie zlikwidowana została pańszczyzna.  

Jako zapalony myśliwy, Jan Henryk XI Hochberg przeniósł się z zamku w Książu do rezydencji w Pszczynie, by móc polować w okolicznych lasach. Pszczyński pałac przebudowany został na wzór Wersalu. Hochbergom serwowano wykwintną kuchnię francuską. Pisano o nim „w przewodnikach i prasie, że panuje w nim azjatycki przepych”. Przebudował także zameczek w Promnicach, który łączył odtąd w sobie cechy szwajcarskiej willi i angielskiego neogotyku.
W Pszczynie-Sznelowcu doglądał książę swej dumy – słynnej na całą Europę stadniny koni. W 1865 r. sprowadził na Górny Śląsk – za sprawą specjalnej umowy z carem Aleksandrem II – żubry. W okolicach Książa pojawiły się tyrolskie muflony, a w planach była też hodowla reniferów.

Jan Henryk XI Hochberg książę von Pless

Wzorcowa łowiecka gospodarka księcia intrygowała w tamtych czasach wielu europejskich naukowców. Zresztą Hochberg był też współwłaścicielem terenów łowieckich w Alpach, gdzie gościł m.in. następcę austriackiego tronu, arcyksięcia Rudolfa Habsburga. Wszystko to doprowadziło do nadania Janowi Henrykowi XI tytułu Wielkiego Łowczego Królewskiego, a co za tym idzie, również przywileju organizowania królewskich polowań. W 1869 r. na jedno z nich zawitał do Pszczyny król Prus  Wilhelm I. Był tutaj także w 1876 roku – tym razem jednak już jako Cesarz.

Hubertusstock 1887 r. Cesarz Wilhelm I i Jan Henryk XI von Hochberg

Co ciekawe, książę wynalazł używany po dziś dzień róg myśliwski, zwany na jego cześć Fürst-Pless-Jagdhorn. W 1883 r. umiera żona księcia, Maria. Trzy lata później Hochberg żeni się z hrabiną Matyldą Ursulą zu Dohna-Schlobitten. W latach 90. dziewiętnastego wieku  Jan Henryk XI stał się bliskim współpracownikiem Cesarza Wilhelma II i członkiem Rady Państwa. W 1905 r. otrzymuje tytuł arcyksięcia pszczyńskiego. Dwa lata później umiera, jako piąty najbogatszy obywatel Niemiec. Jego synową była słynąca z urody księżna Daisy.(źródło: Mirosław Rzepka)

 

Leśnicy pszczyńskiego księcia

Wielki Łowczy Cesarstwa Niemiec, znakomity znawca łowiectwa i nowoczesnej gospodarki łowieckiej. Wniósł znaczący wkład w rozwój sygnalistyki myśliwskiej. Miłośnik muzyki łowieckiej. W jej dziejach zapisał się wprowadzeniem, już przed 1863 rokem, poręcznego rogu łowieckiego, który nie przeszkadzał podczas polowań. Odtąd rogi te nazywamy "plessówkami" albo rogami Pless. Jego drugą żoną (po śmierci pierwszej) była Mathilde Ursula von Dohna - Slobitten. Ślub odbył się 27 lutego 1886 r. w Słobitach.

Mathilde von Pless z domu Dohna Slobitten - druga żona Henryka XI

Rozkwit rodzinnego majątku Hochbergowie zawdzięczali głównie Janowi Henrykowi X oraz jego synowi z numerem XI, który od 1855 roku zarządzał fideikomisami. Jan Henryk XI należał do najbogatszych ludzi Cesarstwa Niemieckiego, przy okazji był świetnym i bardzo nowoczesnym gospodarzem. Zamknął okolice swojej rezydencji przed wielkim przemysłem. Wiedział również co to public relations, a bogactwo pozwalało mu działać z rozmachem. Budował kopalnie. Kosztem wielu milionów marek regulował rzeki i osuszał bagna, we współpracy z instytutami naukowymi prowadził wielkie prace melioracyjne, do uprawy roli wprowadzał nawozy sztuczne i maszyny, zalesiał okolicę i sprowadził żubry. Te zwierzęta były elementem dobrze przemyślanego marketingu – na polowania do dóbr pszczyńskich przyjeżdżali niemieccy Cesarze. A jak wiadomo nic tak nie zbliża mężczyzn jak polowanie, do tego udane, o co zawsze dbał książę. Polował tu Wilhelm II ale wcześniej także Wilhelm I.

"Pismo "Katolik" donosiło - "4 listopada, we czwartek 1869 roku do Pszczyny przybył Król Prus Wilhelm I Hohenzollern. Jak się wydaje wizyta ta ma charakter raczej prywatny i jej głównym elementem są codzienne polowania. W piątek - jak podaje czasopismo „Katolik” - ubito 20 saren, 242 zające, 7 królików, 680 bażantów, dwie kuropatwy, jednego lisa i jedną sowę.  W sobotę 6 listopada 1869 roku ówczesny król, a późniejszy Cesarz niemiecki Wilhelm I, pojechał do Murcków na polowanie żubrów i jeleni. Na południowym polowaniu król ubił jednego z żubrów, sprowadzonych w roku 1865 z Białowieży na wymianę  za 20 jeleni."
W „Katoliku” czytamy dalej: "Ruszone przez zaganiaczy zwierzę z dziką wściekłością prosto pędziło ku Królowi, który go zręcznie kulą powalił; żubr poskoczył i odebrał drugą kulę od Króla, która go powaliła. Huczny krzyk i żywe wiwaty na cześć szczęśliwego strzelca rozległy się po lesie. 7 listopada w niedzielę Król powrócił do Berlina."

Już wtedy honorowano ubite zwierzęta złomem:

Najwcześniejszą informację o myśliwych udekorowanych złomem znalazłem w opisie polowania z 1869 r., w którym król Wilhelm I, późniejszy Cesarz Prus, położył żubra w lasach Jana Henryka XI Fürst von Pless. Przystrojona (...) złomem brać myśliwska kazała zagrać specjalnie na tę okazję skomponowaną „śmierć żubra” i gdy grzmiącą fanfarą oddano w tradycyjny sposób sprawiedliwość każdemu gatunkowi zwierzyny, Jego Królewska Mość (...) udała się do zamku myśliwskiego w Promnicach". Należy dodać, że zwierzyna upolowana u Plessów, leżąca na pokotach, przykryta była dużymi złomami świerkowymi, zakrywającymi całą niemal komorę, miały one także charakter dekoracyjny.

 

W listopadzie 1909 roku Wilhelm II upolował wraz z dziesięcioma myśliwymi 1110 bażantów, z czego Cesarz osobiście ustrzelił 440. Następnego dnia podczas samotnej wyprawy Cesarz ubił 8 dzików i 2 żubry. Jeden z nich, po wypchaniu, został pokazany na XVI Niemieckiej Wystawie Poroży w Berlinie.

 

Polowanie w 1910 roku

O dobrach pszczyńskich i polowaniach na tym terenie dużo informacji znajduje się w Muzeum Zamkowym w Pszczynie i w publikacjach wydanych przez to Muzeum. Poniższe informacje pochodzą z książek: "Poroża jeleni - katalog zabytków. Autorzy: Izabela Wierzbowska, Jan Kruczek, Witold Brągiel", "Nieznane rysunki Ferdynanda hrabiego Harracha w księdze polowań księcia pszczyńskiego Hansa Heinricha XI von Hochberga. Autor: Jan Kruczek", "Z dziejów muzycznych Panów i Książąt Pszczyńskich. Autor: Jan Kruczek".


Lasy pszczyńskie zawsze słynęły z doskonałych jeleni szlachetnych. Były one przedmiotem wielkiej troski właścicieli dóbr pszczyńskich, zwłaszcza książąt Anhalt - Köthen Pless (1765 - 1846) oraz ich następców Hochbergów z Książa na Dolnym Śląsku. Wyznaczono dla jeleni ogrodzone zwierzyńce obejmujące obszar o powierzchni ponad 22 tys. ha. Zapewniając im doskonałe warunki bytowania i rozmnażania oraz ochronę książęcej służby leśnej. W 1855 roku dobra pszczyńskie objął we władanie książę Hans Heinrich XI Hochberg von Pless (1833 - 1907).  Był on znakomitym myśliwym. Na jelenie polował zarówno konno jak i pieszo. W Pszczynie zainicjował nowoczesną gospodarkę łowiecką. Dbał o stany zwierzyny łownej, zwłaszcza jelenia szlachetnego. Podjął także próby wsiedlania kanadyjskiego jelenia wapiti (1861 r.) oraz jelenia sika.

Dokarmianie dzików

 

W 2017 roku ciekawy tekst o wapiti w Pszczynie przesłał mi Pan Andrzej Brandys z Kobiór, który, z małymi skrótami, w całości cytuję:

 

"Do dnia dzisiejszego nie jest ustalona konkretna data kiedy jelenie wapiti dotarły do Pszczyny. Podaje się 1861 rok i w tymże roku tak je opisuje główny zarządca lasów Pszczyńskich von Aurich. Do dóbr Pszczyńskich wapiti dotarły pociągiem a transport trwał trzy dni, zostały ulokowane w Międzyrzeczu bo tam mieściła się ich zagroda, las ten a może inaczej, ten rejon Nadleśnictwa Pszczyna był najczęściej wybieranym terenem do reintrodukcjii jakiegoś gatunku. To tutaj była zagroda dla danieli sprowadzonych w 1854 roku oraz w późniejszym czasie żubrów, które zresztą jeszcze tam bytują. Książę zakupił 14 sztuk tych jeleni ponieważ był zapalonym myśliwym i tak to opisał w swoich wspomnieniach: "Ponieważ jeleń, a szczególnie duży jeleń (tak go podówczas nazywano dop. autora), jest tym zwierzęciem, do którego upolowania rwie się serce każdego gorliwego myśliwego, to od czasu, gdy zostałem właścicielem moich własnych rezerwatów łowieckich, dążę nieustannie do tego, aby nie tylko polować na możliwie największe jelenie, lecz również do tego, aby poprzez pielęgnację i ochronę dorobić się możliwie dużych jeleni. Z żyjących do dzisiaj gatunków jeleni za  największego zarówno pod względem masy ciał   również    rozmiarów    poroża należy niewątpliwie uznać kanadyjskiego jelenia ogromnego (wapiti), Cervus canadendis; osiedlenie tego gatunku jelenia w moich lasach było celem moich marzeń".

Krzyżowanie jelenia wapiti z pszczyńskim jeleniem szlachetnym nie powiodło się i w efekcie zrezygnowano z tej hodowli, chociaż domieszka krwi wapiti na pewno spowodowała u pszczyńskich jeleni szlachetnych niespotykane wagi poroży. Mieszańce przewyższały swoją masą i wielkością poroża byki jelenia szlachetnego, prawie dorównywały wielkością jeleniom wapiti, czteroletni mieszaniec nosił już wieniec czternastaka dorównując jego wielkością 9 letniemu jeleniowi szlachetnemu na grubych i mocnych odnogach. Dobre poroże u miejscowego szlachetnego jelenia łownego ważyło po zrzuceniu 6-7 kg, natomiast u ośmioletniego jelenia-krzyżówki, czyli takiego, który jeszcze długo nie będzie zwierzęciem łownym, poroże ważyło 8-9 kg, a u jelenia łownego do 13 kg. Uległ natomiast zmianie ich głos, był pół na pół rykiem byka wapiti i szlachetnego. Mimo starań jelenie wapiti padały, również mieszańce. Również spodziwane formy wieńca u mieszańców nie były zadowalające i książe zrezygnował z ich hodowli. Nadleśniczy Mayer tak opisał wieńce byków. Na wieńcach wapiti widzimy wyraźnie drabiniasta budowę korony, która w zasadzie nie jest żadną koroną tylko przedłużeniem tyk w bok i w górę skierowanymi końcówkami. Wieniec ten jest całkowicie jasno brunatny prawie bez uperlenia i stosunkowo cienki. Do 1884 roku zakończono wprowadzanie i eksperymentowanie z jeleniem wapiti w lasach pszczyńskich, większość sztuk została sprzedana reszta teoretycznie zlikwidowana".

Wieniec mieszańca wapiti z jeleniem szlachetnym strzelony w Pszczynie przez Wilhelma I 17 listopada 1876 r.

 

Udała się za to reintrodukcja żubrów. W wyniku wymiany z Carem Rosji Aleksandrem II, za 20 pszczyńsich jeleni sprowadzono z Puszczy Białowieskiej 4 żubry, które dały początek hodowli tych zwierząt. Z żubrów pszczyńskich, po 1919 roku,  nomen omen odrestaurowano żubry w Puszczy Białowieskiej.

Żubry pszczyńskie

Żubr upolowany przez Jana Henryka XI Hochberga księcia  von Pless w Pszczynie

Ciekawostka o pewnym pszczyńskim żubrze w artykule Pana Marka, cytuję całość:

Marek Szołtysek: Śmierć żubra Zygfryda
Dziennik Zachodni z  października 2015 r.

 

Pszczyna  kojarzy się z żubrami - i dobrze, a w tym roku mija dokładnie 153 lata, jak tamtejszy książę von Pless Jan Henryk XI Hochberg sprowadził te potężne zwierzęta do swoich lasów. W maju 1865 r. pierwsze cztery żubry przyjechały do Pszczyny jako dar Cara rosyjskiego Aleksandra II, w zamian za co dostał od księcia pszczyńskiego 20 dorodnych jeleni. Dzisiaj jednak przedstawię nieznaną historię o pszczyńskim żubrze imieniem Zygfryd. Opowiedziała mi ją Renata Waliczek, która mieszka na Nikiszowcu, ale pochodzi z Góry koło Pszczyny. Ta historia rozpoczęła się około 1939 r., kiedy po wsiach Ziemi Pszczyńskiej, od domu do domu, chodził pewien żubr. Pewnie przegrał rywalizację w stadzie i odtąd żył samotnie. Nie bał się ludzi, nie wyrządzał im krzywdy, a nawet nie robił strat w uprawach zboża. Po prostu żubr ten odwiedzał domy, wchodził na podwórka, a ludzie karmili go sianem, warzywami czy owocami. Tego sympatycznego żubra nazywano Zygfryd.

Zdarzenie to jest może nieprawdopodobne, ale zachował się pewien dowód prawdziwości tej opowieści. Otóż dziadek Renaty Waliczek, Brunon Waliczek, około 1940 roku zrobił temu żubrowi kilka zdjęć. Publikowane tu zdjęcie zrobiono w Studzienicach, gdzie żubr Zygfryd stoi na podwórku gospodarstwa rodziny Komraus, a kobiety wyszły nakarmić go sianem. Zdjęcie niezwykłe i niezwykła to historia. To jednak nie koniec. Bo wieść o oswojonym żubrze dotarła do uszu Hermanna Goeringa, jednego z przywódców hitlerowskich Niemiec. A że był on zapalonym myśliwym i robił sobie wtedy pod Berlinem prywatne zoo, to nakazał, by mu przywieźć tego śląskiego żubra. I tak Zygfryd pojechał ze Śląska do Niemiec. Tam jednak z tęsknoty za swoimi pszczyńskimi ziemiami zaczął chorować. Wtedy Goering nakazał, by do opieki nad nim sprowadzić kilka znanych mu Ślązoczek ze Studzienic. Ale to nie pomogło - i żubr Zygfryd zmarł.

 

Lasy pszczyńskie zaczęły słynąć z polowań na jelenie i żubry. "Stary książę" Jan Henryk XI, będący Wielkim Łowczym Cesarstwa Niemiec, organizował więc słynne polowania. Zaświadcza o tym księga myśiwska z lat 1857 - 1901, znajdująca się w Muzeum Zamkowym w Pszczynie. Została założona w powodu wizyty i polowania pierwszego znakomitego gościa, księcia Fryderyka Wilhelma, późniejszego Cesarza Fryderyka III, ojca Wilhelma II.

Księga polowań z lat 1857 - 1901

Celem księgi było upamiętnienie nazwisk gości. Obok wspomnianego, pierwszego wpisu, znajdują się w niej adnotacje  m.in. Cesarza Wilhelma I, Cesarza Wilhelma II, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga, przedstawicieli arystokracji niemieckiej i austriackiej, dyplomatów i członków rodziny Pless - również Ryszarda Zu Dohna.

Wilhelm II w Pszczynie, w 1909 r.

Zameczek myśliwski w Promnicach

Hochbergowie, bowiem tradycje te po 1907 roku podtrzymywał następca "starego księcia" Jan Henryk XV, gościli na polwaniach znakomitych gości. Przede wszystkim Królów pruskich i Cesarzy Niemiec: Cesarza Wilhelma I (w 1869 i 1876 roku), Cesarza Fryderyka III (w 1857 i 1876 roku) oraz naszego bohatera, czyli Cesarza Wilhelma II (w 1892 i 1901 roku).

W 2017 roku Pan Andrzej Brandys z Kobiór przesłał mi opisy polowań, które za Jego zgodą zamieszczam. Z opisów wynika, że były to rzezie zwierzyny w zagrodzonym zwierzyńcu.

 

"Nim żubry z Murcek zostały odesłane do lasów dolnych odbyły się tutaj dwa pierwsze polowania od prawie stu lat na ziemi Pruskiej. Jak przystało pierwszym który dostąpił tego zaszczytu był sam Pruski Król Wilhelm I. Polowania te było szeroko opisywane w różnych czasopismach tamtych czasów, pozwolę sobie przytoczyć dla przykładu parę z nich zachowując oryginalną pisownię. Polowania opisuje Nadleśniczy Prasse z Pszczyny:

 

Jedno z najbardziej rzadkich polowań zapisanych w kronikach myśliwskich odbyło się w dn. 6 listopada 1869 r. w należącym do Jego Książęcej Mości księcia Pszczyny nadleśnictwie Emmanuelssegen ( czytaj Murcki ). Po tym jak Jego Majestat, król w swej własnej osobie zaszczycił wizytą Jego Książęcą Mość księcia Pszczyny, wziął on udział w zorganizowanym w dn. 5 listopada przez Jego Książęcą Mość księcia Pszczyny niezwykle owocnym polowaniu na bażanty, sarny i zające, podczas którego pomimo utrzymującej się niesprzyjającej pogody, która znacznie ograniczyła wynik polowania, ustrzelono 20 kozłów, 257 zajęcy, 806 bażantów, 2 kuropatwy, 7 królików, 1 lisa i 1 sowę. W sumie 1094 sztuki. 6 listopada w nadleśnictwie Emmanuelssegen, w rejonie chronionym Wygorzelle odbyło się paradne polowanie na zwierzynę płową, daniele i dziki, po którym nastąpiła wolna nagonka na żubry, które 4 lata temu Jego Książęca Mość zamienił u Jego Cesarskiej Mości cesarza Rosji i które do tej pory rozmnożyły się z 4 do 8 sztuk.
Polowanie na żubra, który zgodnie z tym, co podaje stary Flemming, już na początku ubiegłego wieku wskutek udostępnienia oraz przerzedzenia dużych środkowoniemieckich kompleksów leśnych zniknął z Niemiec Środkowych i został wyparty na Litwę oraz do Rosji, widzieli pewnie tylko nieliczni żyjący do dzisiaj szczęśliwcy z niemieckiego świata łowieckiego; dlatego dla niejednego myśliwego powinno być ciekawym dowiedzieć się czegoś więcej o przebiegu tej wyprawy myśliwskiej. Podczas polowania paradnego, które rozpoczęło się o godz. 10 i zakończyło o godz. 1 po południu, personel łowiecki w liczbie 60 naganiaczy starał się napędzić żubry, które z reguły trzymały się w stadzie, w kierunku rejonu leśnego Klein-Morzineck, gdzie na podwyższeniu znajdowało się stanowisko przeznaczone dla Jego Majestatu, dla którego Jego Książęca Mość przewidział odstrzał żubra. Po zakończeniu polowania paradnego spożyto śniadanie w urządzonej ze smakiem, przyozdobionej na sposób myśliwski jodłowymi i świerkowymi gałązkami hali, gdzie znamienitemu gościowi przyniesiono meldunek o tym, że naganiaczom udało się obstawić i zabezpieczyć wszystkie żubry we wspomnianym wyżej, liczącym ok. 200 mórg rejonie leśnym Klein-Morzineck.
Po krótkim odpoczynku po śniadaniu, Jego Majestat udał się na czele grupy myśliwych składającej się z najwyższych książęcych osobistości Śląska, poprzedzanej przez personel łowiecki w kierunku nagonki na żubra. Po dotarciu do linii naganiaczy, uczestniczące w polowaniu wysokie osobistości oraz personel łowiecki zatrzymali się, natomiast Jego Majestat w towarzystwie Jego Książęcej Mości księcia Pszczyny oraz pierwszego wielkiego łowczego, hrabiego zu Stolberga wszedł na teren nagonki i udał się do oddalonego o zaledwie kilkaset kroków stanowiska urządzonego w przestronnym drzewostanie świerkowym i olchowym, w odległości ok. 20 kroków od przepływającej przez rewir rzeczki Dupine. Teraz należało podprowadzić żubry na odległość strzału Jego Majestatu. W tym celu obaj łowczy wraz z leśniczym tego rewiru udali się do nagonki i starali się wolno i ostrożnie skierować zwierzynę w kierunku Jego Majestatu, podczas gdy krąg naganiaczy stał w miejscu i miał jedynie za zadanie zatrzymanie przy pomocy hałasu zwierzyny, w razie gdyby ta chciała przedrzeć się przez linię nagonki. Jednak te zazwyczaj dosyć ociężałe zwierzęta były zaniepokojone przygotowaniami do polowania, w szczególności obstawieniem linii nagonki; stały się płochliwe i początkowo naganiający je urzędnicy łowieccy nie byli w stanie podprowadzić zwierzyny w pobliże stanowiska Jego Majestatu. Wielokrotnie dochodziło do tego, że zwierzęta stawały się nawet niezwykle płochliwe i usiłowały przełamać linię nagonki; naganiaczom i nadzorującym ich urzędnikom łowieckim udawało się jednak zatrzymać je, chociaż kosztowało to dużo wysiłku. Po tym jak w ten sposób upłynęła prawie cała godzina i stawało się już coraz bardziej wątpliwe, czy ta nagonka zakończy się zdobyciem pożądanego trofeum łowieckiego, wyżej wymienionym, znajdującym się w nagonce trzem urzędnikom leśnym i łowieckim udało się poprzez szczucie psami rozdzielić zwierzęta, które rozpadło się na dwa różne, liczące po 4 sztuki stada. Rozdzielenie głównego stada dało w rezultacie pewną niepewność i lękliwość zwierzyny i o ile wcześniej była ona bardzo płochliwa i niweczyła starania trzech naganiających ją urzędników leśnych, to teraz dała się ona napędzić w kierunku stanowiska Jego Majestatu. Udało się podprowadzić grupę, w której znajdował się najsilniejszy żubr na odległość ok. 60 kroków od Jego Majestatu. Jego Majestat wystrzelił w kierunku najsilniejszego żubra dwie kule jedną po drugiej, z których jedna, jak się później okazało, weszła skosem wysoko nad łopatką i raniąc zwierzę powierzchownie wyszła z drugiej strony, natomiast druga przebiła nerkę. Chociaż żubr upadł po drugiej kuli, wkrótce jednak wstał, oddzielił się od stada, i zaczął uciekać przez rzekę Dupine. Jego Wysokość książę Pszczyny pośpieszył teraz za żubrem, który wkrótce znowu został osaczony przez psy i oddał do niego strzał dobijający, który doprowadził do szybkiego zgonu zwierzęcia. Jego Majestat, w najwyższym stopniu ucieszony tym pomyślnym wynikiem polowania, opuścił teraz natychmiast swoje stanowisko i z młodzieńczym zapałem łowieckim pośpieszył po chybotliwej kładce przez rzeczkę Dupine, aby osobiście przyjrzeć się z bliska swojej zdobyczy. Żubr został następnie przewieziony do rozłożonej już zwierzyny płowej, danieli oraz dzików i stanowił jej ukoronowanie, podziwiany przez dłuższy czas przez królewskiego myśliwego w otoczeniu swojego znamienitego orszaku. Tak zakończyło się królewskie polowanie, które w rzeczy samej było godne króla.
Na koniec należy jeszcze wspomnieć, że ciężar całego żubra, którego ważącą 121 funtów głowę Jego Majestat zgodził się przyjąć, wynosił 9,5 cetnara, a Jego Majestat w ciągu tych dwóch dni polowania ustrzelił w sumie:
5 listopada: 7 kozłów, 95 bażantów, 32 zające, 1 królika, 1 sowę, w sumie 136 sztuk; 6 listopada: 1 żubra, 1 dwudziestaka, 1 szesnastaka, 1 dziesiątaka, 8 ósmaków, 12 sztuk zwierzyny płowej różnej wielkości, 5 danieli, 1 dzika głównego, 4 dziki dorastające, 4 dorastające lochy, 11 duże lochy, 9 małych loch, razem 48 sztuk; w sumie w ciągu obu dni 184 sztuki.

Natomiast w Polskim Katoliku znajdujemy taki oto wpis (pisownia oryginalna)

Pszczyna. Odwiedziny Najj. Króla u księcia pszczyńskiego. Po południu 4 listopada przyjechał Najj. Król do Mikołowa, skąd go wspaniała czwórka księcia pszczyńskiego o trzy kwadranse do ósmej przywiozła do Pszczyny. W Gostyni, Kobierze i Piasku przygotowali łuki tryumfalne a mnóstwo zebranego ludu witało hucznemi  wiwatami swego Monarchę. Przez miasto jechał powóz powolno , a przejechawszy bramę tryumfalną 45 stóp wysoką stanął przed zamkiem, gdzie go duchowieństwo, deputacyje sądu powiatowego i grono oficerów witało. Także tu zebrani byli goście na polowanie zaproszeni: książe ujazdzki, książe raciborski, książe Reus i inni książęta i dygnitarze .
Dnia następnego jechał Król przez ogród do bażanteryi (fazaneryi) a potem do Czarnych Dołów; gdzie się rozpoczęło huczne polowanie na bażanty, sarny i zające; o 5 godzinie powrót do Pszczyny, o godzinie 6 obiad; podczas obiadu grała kapela wojskowa ułanów. Pierwszego dnia ubito sarn 20, zajęcy 242, królików 7, bażantów 680, dwie kuropatwy, jednego lisa i jedną sowę. Król własnoręcznie zastrzelił 7 sarn, 32 zajęcy, 1 królika, 1 lisa, 1 sowę. W sobotę pojechał Król do Murcków na polowanie żubrów i jeleni. W Tychach wystawiono przy browarze książęcym ogromny łuk tryumfalny z beczek, ozdobiony wieńcami i kwiatami, a obok łuku była ustawiona kompania towarzystwa pogrzebowego dla żołnierzy, na czele kapitan, wojskowy lekarz sztabowy Dr.Stark z Bierunia. Na południowem polowaniu miał Król to szczęście, ubić jednego z żubrów (których przed kilku laty książe kilka sztuk dostał od cesarza moskiewskiego). Ruszone przez zganiaczy zwierzę z dziką wściekłością prosto pędziło ku Królowi, który go zręcznie kulą powitał: żubr podskoczył i odebrał drugą kulę od Króla która go powaliła. Huczny krzyk i żywe wiwaty na cześć szczęśliwego strzelca rozległy się po lesie. Dostojny gość powrócił 7 b.m. do Berlina. Wszystkie dworce kolei górno-śląskiej aż do Wrocławia były szumnie ozdobione, osobliwie w Gliwicach, gdzie Król się chwilę zatrzymał i z deputacyami rozmawiał. W Wrocławiu, gdzie go wszyscy dostojnicy Ślązka oczekiwali, najpierw podał dłoń księciu-biskupowi, a potem odbierał hołd od jenerałów, rektora wszechnicy, oficerów zgromadzonych i innych dygnitarzy. Po obiedzie na który także księcia-biskupa zaproszono, odjechał Król do Berlina".

Głaz z inskrypcją ustawiony dla Wilhelma I

 

Drugim nie mniej ciekawym polowaniem było polowanie Fryderyka III następcy tronu. który polował w lasach Pszczyńskich jeszcze  jako książę w 1873 roku.

 

"Gdy Siegfried, bohater naszej narodowej sagi, polował w Wasgenwald, to „położył on", jak zaświadcza Pieśń o Nibelungach, „bizona", zwierza, którego nazywamy dziś żubrem. Obecnie tego króla niemieckich lasów nie można już wprawdzie spotkać w Niemczech, lecz w lasach białowieskich na rosyjskiej Litwie żyje do dziś troskliwie pielęgnowane dzikie stado, z którego pochodzą egzemplarze znajdujące się w naszych ogrodach zoologicznych. Stamtąd Heinrich von Pless sprowadził w 1865 r. trzyletniego żubra-byka oraz trzy dorosłe samice i kazał je umieścić w swoich obfitujących w bagna, gęsto porośniętych poszyciem lasach w Emanuelssegen (koło Katowic, na Górnym Śląsku). Od tamtego czasu stado rozrosło się do 14 sztuk, aż przed dwoma laty niemiecki cesarz Wilhelm I ustrzelił podprowadzonego mu byka a 19 listopada ubiegłego roku jego syn, następca tronu późniejszy Fryderyk III położyć byka, który narodził się w Emanuelssegen i był jeszcze większy niż ojciec stada. Ponieważ polowanie na żubra - w każdym razie w Niemczech - jest czymś niezwykłym, to czytelnicy z pewnością prześledzą z zainteresowaniem moją, opartą na tym co widziałem własne oczy, relację.
Pisanie w tym miejscu o rozmiarach i rentowności znakomitych książęcych lasów pszczyńskich przekraczałoby cel i objętość niniejszego szkicu myśliwskiego; aby wyrobić sobie pogląd w obu tych kwestiach, wystarczy wyjaśnienie, że do niedawna długość ogrodzeń wynosiła pełne 32 mile, oraz to, że w ubiegłym roku jedno z czterech nadleśnictw wniosło do głównej kasy ok. 94,000 talarów brutto za sprzedane drewno.
Do przybycia następcy tronu, które zgodnie z instrukcją polowania miało nastąpić około godz. wpół do dziesiątej, pozostawało jeszcze prawie dwie godziny czasu; jednak upłynęły one prędko na oglądaniu ożywionej zwierzyny, którą można było obserwować z miejsca zbiórki. Tłumy naganiaczy zgromadziły się już wokół potężnie płonących ognisk, a komenderujący książęcy myśliwi udawali się jeden za drugim w stronę koni oraz wozów, aż naliczyliśmy ok. 30 okazałych mężczyzn; najokazalszym z nich był były przyboczny myśliwy księcia, który wiernie towarzyszył swojemu panu we wszystkich wyprawach myśliwskich do Egiptu, Afryki Wschodniej, itd., a swoją podobną do Huna sylwetką przewyższał wszystkich swoich kolegów o stopę. Na koniec pojawił się również pan inspektor leśny z dwoma nadleśniczymi, pozdrowił nas, którzyśmy się mu przedstawili i pozwolił nam brać udział w polowaniu „wprawdzie", jak zauważył ze śmiechem, „tylko jako naganiacze". Niedługo potem pojawił się następca tronu.

 
Natychmiast na komendę inspektora leśnego wszyscy ubrani w kurtki myśliwskie, spodnie w stylu Manchester i buty z wysokimi cholewami uczestnicy polowania uformowali się w dwa długie szeregi i trzymając w prawej ręce róg myśliwski, w lewej ostry jak brzytwa oszczep na dziki czekali na towarzystwo myśliwskie, które zbliżało się w dwóch dużych eleganckich wozach myśliwskich, z których każdy ciągniony był przez dwa wspaniałe konie pełnej krwi. Następca tronu wysiadł jako pierwszy i przystąpił do zebranych witając ich dziarskim pozdrowieniem „Weidmanns Heil", które zostało gromko odwzajemnione. Również pozostali panowie, z których wymieńmy księcia Heinricha von Pless, księcia von Ratibor, księcia von Ujesd, hr. Kleista, hr. Eulenburga, hr. Maltzahna, hr. Brandenburga, zgrupowali się w międzyczasie obok i za następcą tronu, po czym ten oświadczył, że nie chce, aby mu przypędzono żubra, lecz życzy sobie sam go podejść. Ta wypowiedź była początkowo jak grom z jasnego nieba dla mojego towarzysza i mnie, ponieważ znaczyło to, że będziemy pozbawieni pierwszej, najciekawszej części polowania, jednak widząc radość braci myśliwskiej na te słowa księcia, który w prawdziwie myśliwski sposób wolał trudniejsze i bardziej niebezpieczne „podejście" zwierza, musieliśmy się w końcu z tym pogodzić i przynajmniej wzrokiem podążaliśmy za następcą tronu, który, gardząc powożonym przez łowczego wozem, pieszo, w towarzystwie księcia Heinricha i jednego ze swoich przybocznych myśliwych rozpoczął ciekawy podchód, podczas gdy pozostałe towarzystwo myśliwskie zgromadziło się wokół promieniujących przyjemnym ciepłem płonących stosów drewna.Teraz nastąpiła dłuższa, dość cicha, pełna oczekiwania pauza, od czasu do czasu przerywana tylko tu i ówdzie dyskusjami, czy również na tej drodze szczęście uśmiechnie się do Hohenzollerna, gdy nagle dochodzący z niewielkiej odległości ostry odgłos strzału ze strzelby rozstrzygnął wszelkie spory. Wśród obecnych natychmiast dało się zauważyć radosne ożywienie, które było tłumione jedynie przez niektórych miejscowych leśników, którzy twierdzili, że jest rzeczą niemożliwą, aby jedna kula wystarczyła do powalenia takiego kolosa.I tak jak gdyby sam los chciał potwierdzić ich słowa, usłyszeliśmy w tym momencie po raz drugi, i trzeci podobny do trzasku bicza odgłos wystrzału z flinty i zaraz po tym z dalekiej odległości rozległ się wydany przez samego księcia Heinricha sygnał: „Żubr martwy!". Monstrum zostało więc położone. Nie podjęto żadnych mających zapewnić bezpieczeństwo kroków; wprost przeciwnie, następca tronu w towarzystwie jedynie księcia i wspomnianego wyżej przybocznego myśliwego przemierzył pieszo połowę terenu polowania i spotkał liczące 8 sztuk stado żubrów pasące się na polanie. Teren pozwolił na podejście na odległość ok. 80 kroków, z której to odległości następca tronu ugodził żubra pierwszą kulą, która utkwiła trochę za łopatką. Stado natychmiast zaczęło uciekać galopem, natomiast, ranny zwierz ze złością rozdeptywał kopytami ziemię polany. Druga, widocznie śmiertelna kula, która utkwiła zaraz obok pierwszej, sprawiła, że olbrzym zaczął się chwiać, spoglądając tępym, pełnym wściekłości wzrokiem na zuchwałego, stojącego już swobodnie strzelca, będąc już jednak na szczęście zbyt słabym, aby się na niego rzucić, aż trzeci, wystrzelony z litości pocisk rzucił go z hukiem na ziemię. Natychmiast gospodarz polowania przyozdobił swojego dostojnego gościa zwyczajową gałązką jodły, po czym następca tronu powrócił niezwłocznie na miejsce zbiórki, zbierając po drodze gratulacje od pozostałych panów myśliwych, którzy po pierwszym strzale wyruszyli mu naprzeciw. Teraz rozpoczęła się druga część polowania.

Uformował się orszak myśliwych; całe towarzystwo z oszczepami na dzika na ramionach, wygrywając wesołe melodie, pociągnęło w stronę spędzonej zwierzyny za nimi postępował następca tronu z towarzyszącymi mu osobami, a na końcu szliśmy my, skromni naganiacze. Po kwadransie doszliśmy do rejonu polowania. Miał on postać podłużnego czworokąta o powierzchni ok. 400 mórg, porośniętego potężnymi jodłami, jesionami, dębami, bukami i wiązami bez żadnego poszycia. Był on otoczony z dwóch stron ogrodzeniem, z trzeciej strony rozwieszono długie na 12 stóp płótna, tzw. szmaty, natomiast czwarta strona osłonięta była siatkami z grubego na palec sznura. Poprzedniego wieczora siatki te zostały pod nadzorem łowczego opuszczone i podczas nocy w rejon ten została napędzona zwierzyna. Również teraz, gdy pochód myśliwych przybył przed ścianę z siatki, dwaj postawieni tam na posterunku leśnicy opuścili jej część. Pochód przeszedł przez tę lukę i wraz z ostatnim uprawnionym mężczyzną, plecionka powędrowała powrotem w górę i szybko została zabezpieczona palami przed ewentualnym atakiem zwierzyny.
„Byliśmy więźniami", jak zauważył z uśmiechem łowczy, i musieliśmy teraz bez zmiłowania do końca polowania brać udział w nagonce. Radząc nam, „abyśmy nie dali sobie rozerwać spodni przez jakiegoś nieprzyjaznego odyńca", pospieszył na czoło polowania. Jakieś sto kroków od wejścia, pod potężnym dębem znajdowało się stanowisko następcy tronu, widoczne już z daleka dzięki różnym białym tablicom, umieszczonym na rosnących obok jodłach, wskazujących, że niemiecki cesarz, podobnie jak następca tronu na tym stanowisku takiego i takiego dnia położyli tyle i tyle zwierzyny.
Po dotarciu do utworzonego z gałęzi jodłowych podobnego do ambony stanowiska, pochód zatrzymał się; następca tronu, w towarzystwie obu swoich nadwornych myśliwych, łowczego oraz jednego uzbrojonego w oszczep na dzika leśniczego, pożegnał się z księciem, i całe towarzystwo poszło dalej wzdłuż ogrodzenia, w kierunku drugiego, oddalonego o ok. 200 kroków stanowiska. Znowu oddzielił się jeden z panów i w ten sam sposób zostały jeszcze obsadzone kolejne dwa stanowiska, przy czym za każdym razem do strzelca dołączył człowiek z oszczepem na dziki.
W końcu uformowała się również cała kolumna naganiaczy, rozbrzmiał sygnał łowczego do rozpoczęcia polowania i przez całą linię przebiegła komenda „Naprzód!".
Już po kilku krokach zauważyliśmy wprost przed sobą duże, liczące może 30-40 sztuk stado dzików; stały one zbite ciasno koło siebie nawzajem, pokryte sierścią łby skierowane były w naszą stronę i tworzyły tak bardzo zbitą masę, że kula ostatniego niedzielnego strzelca musiałaby zranić wiele sztuk. W miarę jak do nich podchodziliśmy, ciasno zbity kłębek zaczął się rozluźniać, stado poczłapało chrząkając w stronę następcy tronu i zaraz po tym usłyszeliśmy również padający stamtąd pierwszy strzał.

Wydawało się, że wraz z jego odgłosem prysł jakiś czar. Natychmiast ze wszystkich stron rozległy się trzaski wystrzałów, szczególnie ze stanowiska następcy tronu, widocznego pośród potężnych pni, skąd widzieliśmy unoszące się co chwila do góry obłoki dymu strzelniczego.
Na dokładniejsze obserwacje nie mieliśmy jednak czasu. „Cała linia front!" rozbrzmiała komenda, a my zbieraliśmy się z powrotem do nagonki w tym samym terenie, jednak tym razem do tyłu. To drugie podejście było w każdym razie najciekawsze w całym polowaniu. Nie padło jeszcze wystarczająco dużo zwierzyny, aby cała arena stała się bardziej pusta: wprost przeciwnie, wystraszone stada przedstawiały częściowo wspaniały, po części zaś żałosny widok.
 
Gdy mianowicie podeszliśmy bliżej do jednej z takich stłoczonych z przerażenia grupy jeleni łopataczy, te wspaniałe stworzenia chciały oczywiście dać przed nami drapaka; jednak skonsternowane strzałami z tyłu i nauczone przez instynkt, że my jesteśmy najmniej niebezpiecznymi wrogami, wiodące zwierzę energicznym ruchem skierowało nagle swoje poroże ku nam i zaczęło biegnąć kłusem w naszym kierunku, a za nim podążyły posłusznie pozostałe. Pomimo całego naszego współczucia, nie mogliśmy oczywiście dopuścić do wyłomu i z głośnym krzykiem rzuciliśmy się naprzeciw atakujących nas zwierząt; jednak im więcej robiliśmy hałasu, tym mniej niebezpieczni musieliśmy się wydawać mądremu przywódcy stada, ponieważ ani przez chwilę nie był on zmieszany naszą szalejącą gromadą, leciał dając potężne susy ku nam i przemknął nad zdumionym naganiaczem, który zdążył się w porę pochylić. Nic nie pomogło, że rzucaliśmy w kierunku biegnących za nim zwierząt kije i to, co komu w danej chwili wpadło pod rękę - te dzielne zwierzęta sztuka po sztuce przecinały powietrze we wspaniałym i szlachetnym pędzie i po chwili były, przynajmniej podczas tej nagonki, uratowane. Patrzyłem jeszcze na uciekające zwierzęta, gdy jakaś silna ręka porwała mnie na bok i jednocześnie leśnik zawołał do mnie szorstkim głosem: „Panie, niech pan uważa, ten czarny osobnik tam przed nami chce się właśnie panem zająć!"
Zaskoczony, jednak w żadnym wypadku nieprzestraszony skierowałem wzrok we wskazanym kierunku i poczułem jednak, że nadszedł już czas aby poszukać sobie jakiegoś pnia na kryjówkę, ponieważ, do tej pory schowany w wysokiej trawie, prezentował się przede mną, siedząc na tylnych łapach, widocznie podstrzelony dzik, który, ponieważ stałem najbliżej niego, ani na chwilę nie spuszczał mnie z oczu i głośnym kłapaniem ostrzył swoją broń, przy czym obfity pot spływał z jego boków. Nie można się było długo zastanawiać. Leśnik, młody, silny mężczyzna, skoczył o krok do przodu, ugiął przy tym prawą nogę, tak że kolano dotykało prawie ziemi, skierował swój ostry jak brzytwa oszczep w stronę przeciwnika i czekał na szalejącego dzika, który również nie zwlekał ani sekundy z przyjęciem wyzwania. Chrząkając ochryple dzik pogalopował ku nam i tak mocno nadział się w sam środek piersi na broń, że leśnik nie dał rady wytrzymać uderzenia, lecz prawie upadł na bok. Nie groziło mu już jednak żadne niebezpieczeństwo, ponieważ żelazo zanurzyło się aż po rękojeść w ciele dzika, poza tym pod ręką było już dwóch innych leśników, którzy dokończyli dzieła.
Takich przyjemnych intermezzów zdarzało się jeszcze więcej co chwila w pobliżu nas, tu i tam na odmianę widziałem łopatacza, który leżał w trawie ciężko postrzelony i patrzył ku nam w śmiertelnych drgawkach, aż ktoś ciosem noża myśliwskiego litościwie zakończył jego mękę. Strzelby strzelały przy tym bez przerwy. Wszędzie, od naganiaczy aż do stanowisk szczęśliwych strzelców widać było położoną zwierzynę i wyraźnie dało się zauważyć mniejszą liczbę zwierząt, w szczególności dzików. Przy czwartej nagonce naliczyliśmy już niewiele dzików; musiały więc one albo paść ofiarą kul, albo też przedrzeć się przez siatkę, jak wyjaśnił nam z mocnym przekleństwem łowczy, który w ogóle spoglądał właśnie z na wpół posępnym, na wpół bolesnym wzrokiem na swoich zaszczutych leśnych ulubieńców. Również my byliśmy zmęczeni tą masakrą i żałowaliśmy szczególnie delikatnych cieląt, które prawie nieżywe ze strachu i wyczerpania ciągle jeszcze próbowały podążać za matką, jednak z powodu słabnących sił padały na ziemię, aż któryś z leśników lub naganiaczy pomógł im z powrotem wstać na nogi, przy czym z każdym razem rozbrzmiewało „Hurra", gdy biedne zwierzątko uciekało w podskokach. Następcy tronu chyba również przyszły do głowy podobne myśli, że już tego wystarczy, albo też czas naglił - w każdym razie po szóstej nagonce rozbrzmiał z jego stanowiska sygnał „Polowanie zakończone", po czym zadowoleni pospieszyliśmy w stronę wyjścia.
 
Już podczas podchodzenia do stanowisk różnych panów myśliwych widzieliśmy niejedną piękną sztukę, jednak było to nic w porównaniu ze wspaniałym odcinkiem, którym mógł się wykazać na koniec nagonki następca tronu! W najlepszym porządku leżały przed dostojnym panem, który teraz w najpogodniejszym nastroju i zadowolony ze swojego myśliwskiego szczęścia puszczał dym z krótkiej drewnianej fajki: w pierwszym rzędzie 14 okazałych jeleni łopataczy, za nimi 3 łanie daniela w końcu 7 odyńców, między nimi kilka dzików, przewodników stada. Był to zaprawdę wynik, z którego królewski strzelec mógł być tym bardziej dumny, że, jak zapewniał nas łowczy, podczas defilady przed nim stada danieli lub dzików za każdym razem wyszukiwał sobie tylko największe sztuki a pozostałym pozwalał ujść z życiem.
Gdy zebrali się wszyscy myśliwi, książę Heinrich kazał trąbić sygnał „Do śniadania" i w tym samym porządku, jak na początku nagonki, ruszył radosny pochód do miejsca gdzie podawano posiłek. Za nimi jechało pełnych 16 wozów myśliwskich z drabinkami do zwożenia zboża, które zwoziły potężne ilości upolowanej zwierzyny na wielki plac jej prezentacji. Podczas gdy panowie wetowali sobie długi post - w międzyczasie było już około godziny drugiej po południu - pod nadzorem łowczego zorganizowano szybko prezentację zdobyczy. Leżąc na zielonych gałęziach jodły, każda pojedyncza sztuka zwierzyny przykryta jeszcze gałęzią, rozciągały się w miarę jak nadjeżdżały wozy, długie szeregi zwierząt. Na środku pierwszego prezentowała się kolosalna postać żubra, który zgodnie z tym, co powiedział pewien znawca, miał ważyć pełne 16 cetnarów, po obu stronach ułożonych zostało po 12 największych łopataczy. Z tyłu leżał drugi rząd łopataczy a za nimi taki sam szereg danieli. W dwóch ostatnich rzędach leżały dziki.
Ponieważ czas naglił, panowie nie dali długo na siebie czekać. Najpierw pojawił się następca tronu, przy jego boku książę von Pless a zaraz za nim ks. von Ratibor z pozostałymi panami. Jak tylko następca tronu pozdrowił brać myśliwską, łowczy odczytał wyniki polowania. Zgodnie z tym położonych zostało: 1 żubr, 36 łopataczy, 2 szpicaki, 16 łani danieli i 43 dziki.
Był to nadzwyczaj świeży obraz, który zaoferowały nam ostatnie minuty przed odjazdem i nasz artysta starał się go w szczęśliwy sposób uwiecznić swoim rysikiem. Tymczasem myśliwi wygrywali w dające się odczuć chłodne powietrze wesołe fanfary i melodie, następca tronu podszedł do łowczego i do nadleśniczych, podając każdemu serdecznym gestem rękę na pożegnanie, podyskutował przez chwilę z księciem nad najlepszym sposobem zużytkowania skóry żubra, którą mu podarował gospodarz polowania. Postanowiono w końcu oddzielić głowę w celu jej wypchania, natomiast łapy pozostawić wraz ze skórą.
Aby zakończyć wesoło tę wspaniałą rozrywkę, musiał książę von Ratibor, jeden z najwyborniejszych myśliwych, w zapale wyszukania swojej zdobyczy, ponieważ książę chciał pozostawić poroża szczęśliwym strzelcom na pamiątkę, coś przeoczyć, gdyż przeszedł on przez nogi łopatacza i wkroczył na teren prezentacji. Następca tronu natychmiast zauważył to niezgodne z myśliwskim obyczajem zachowanie. Pogodnie zawołał do księcia gospodarza: „Drogi książę! Książę Rauden wszedł właśnie na teren prezentacji. Abyśmy więc mieli dziś już wszystko, musimy mu za karę zaczarować broń, aby już nigdy w nic więcej nie trafił Radosny śmiech, który nastąpił po tych słowach, był ostatnią rzeczą, którą usłyszeliśmy od następcy tronu. W chwilę po tym odjechał.

 

Tak samo jak poprzednio czasopismo Katolik zamieściło informację o tym polowaniu
 
Pszczyna: Książe następca tronu cesarskiego i królewskiego przybył 16.b.m. na polowanie do księcia Pszczyńskiego. Przenocowawszy w zamku „Promnitz" dnia 17 po krótkim powitaniu w Pszczynie przez landratha, sąd, duchowieństwo i lud zgromadzony, pojechał na Czarne doły gdzie polowano na sarny,  zające i bażanty (fazany ). Dwunastu strzelców zaproszonych ubiło w pierwszym dniu bażantów 204, sarn 2, zajęcy 190, królików dzikich 33, kuropatw 5, lisa 1 i królika. Dnia następnego odbyło się polowanie w lasach tyskich na jelenie, wieprze i tury (dzikie woły).

 

Jako przerywnik o żubrach dodam że Fryderyk III polując na żubra nie był w dobrach księcia Pszczyńskiego po raz pierwszy. Jego wizyty miały miejsce cztery razy, po raz pierwszy był w tym lesie 19 lutego 1857r gdzie polował w okolicach Cielmic i na pamiątkę tego wydarzenie postawiono pomnik z czerwonego granitu z odpowiednimi inskrypcjami oraz koroną królewską  Pomnika już nie ma, zaś chyba jedyną pamiątką jaka z tej wizyty pozostała to księga pamiątkowa dotycząca polowań, która rozpoczyna się właśnie od tego polowania zaś o samym pomniku jest wspomnienie w kronice szkolnej w Cielmicach".

 

Wśród nadesłanych przez Pana Andrzeja Brandysa materiałów są także opisy polowań naszego bohatera Cesarza Wilhelma II.

 

Cesarz Wilhelm II jeszcze jako książę

"W lasach księcia pszczyńskiego na Śląsku był poprzedniego roku odstrzał żubra. W jednym z wcześniejszych numerów naszego czasopisma umieściliśmy notatkę że jego wysokość książę Wilhelm Pruski miał zarezerwowany taki odstrzał. W poprzednich latach kaiser Wilhelm I, książe Friedrich i książe Friedrich Karl z Prus już położyli po żubrze. To polowanie było na 9 pażdziernika 1885r wyznaczone na które teraz książę Wilhelm przybył a odstrzał miał miejsce w rewirze Międzyrzecze. Książę Wilhelm miał podniesione i chronione stanowisko na jednym obfitującym w wodzie bagnie, jego sąsiadem był książe Pszczyński. Z napięciem oczekiwał pokazujące się zwierzęta. Na początku ukazał się przed stanowiskiem nie ostrzeliwany rudel dzików (wataha dop. autora), a żubr nie martwił się pokazać. Nagle wynurzył się z młodnika, potężny kolos, pod którym grunt drżał a chaszcze i krzewy jak źdźbła łamał. Stanął i pozostał ten potężny zwierz na miejscu. Uciekał później ukośnie do stanowiska Jego Majestatu i otrzymał z 30 kroków z strzelby Księcia jedno pełne trafienie kulą w środek komory. Donośny odważny ryk oszalałego, pokazywał żubra w prostej ucieczce na wzniesienie i gdzie znowu zbiegnie w gąszcz. Szybko dał mu Książę jeszcze jedną, drugą i trzecią kulę, na co żubr załamał się i padł. Ten w tym roku zastrzelony żubr jest troszkę słabszy jak te wcześniejszymi latami położone. Jak donosi Książe będzie ten łeb spreparowany i jako podarunek Księcia zostanie wysłany do Poczdamu Zostało tutaj jeszcze 60 sztuk dzików i 7 sztuk danieli położone. Następnego dnia polowano w Strumieniu przy granicy z Austrią gdzie samodzielnie miał położyć 504 zające i 346 bażantów. Trzeciego dnia był ważnym gościem Hansa Henricha w Bazanciarni i uzyskał wynik na 687 zajęcy i 480 bażantów".

 

Cesarz Wilhelm II.

"Kilka dni przed polowaniem byk żubra który był określony do odstrzału przez jego majestat został oddzielony od stada i wystawiony do polowania w ogrodzeniu które obejmowało 100ha (400 mórg). Z tym potężnym żubrem razem zasiedlały jeszcze ten ogród 70 danieli , 50 jeleni i w części 80 bardzo dużych dzików. Strzelcy byli rozstawieni wokół rozmieszczonych fladr i tylko cesarz miał swoje stanowisko na niskiej, ustawionej pośród wspaniałych starych dębów ambonie, która stała niedaleko ważącego około 700 cetnarów granitowego bloku, który jego wysokość książę kazał postawić z odpowiednim napisem na pamiątkę niezapomnianego Cesarza Wilhelma I .Wkrótce po rozpoczęciu prowadzonej z wielką rozwagą i znajomością rzeczy pierwszej nagonki, byk stał się płochliwy i skierował się niestety ale ostro ku stanowisku Cesarza. Jedna dobrze ukierunkowana kula wyszła z nigdy nie pudłującej strzelby jego majestatu, trafiła wysoko w komorę, uszkodziła organy wewnętrzne i powaliła tego potężnego zwierza. Aby oddać jeszcze dwa konieczne strzały dobijające do jeszcze gwałtownie uderzającego wokół siebie i jeszcze groźnego potężnego żubra, cesarski pan polowania musiał opuścić ambonę i podkraść się do przedstawiającego wspaniały dziki widok żubra w jego twardym zmaganiu się ze śmiercią. Był to prawdziwie fascynujący i niezapomniany moment, obraz prawdziwego praniemieckiego łowiectwa, na który każdy niemiecki myśliwy może spojrzeć z uzasadnioną dumą! Żubr został natychmiast odtrąbiony. Jednak w tym momencie, gdy jego majestat udawał się od żubra na swoje stanowisko, pomiędzy jego majestatem a powalonym żubrem przemknęło około 20 dzików, z których monarcha z cudowną pewnością odstrzelił dwie największe sztuki. Wszystkie zwierzęta, które Cesarz położył podczas tego polowania, dostały dobrze na blat. Do dzików jego majestat nie mógł już strzelać, natomiast ustrzelił on najlepsze jelenie i daniele. Polowanie Cesarza w 1892roku jest ostatnim polowaniem w zwierzyńcu danieli na żubry".

 

Cesarz Wilhelm II
"W poniedziałek 7 grudnia 1901 roku w samo południe o godzinie 12:10 do Pszczyny przyjechał Cesarz Niemiec Wilhelm II Następnego dnia rano podczas silnej zamieci śnieżnej, trwającej na szczęście niecałą godzinę, wyjechano do rewiru leśnego gajowego Ammona, będącego w tym czasie opiekunem żubrów. Do odstrzału zostały przewidziane dwa byki, które przepędzono uprzednio w rejon mającego się odbyć polowania, przy czym należało bardzo uważać, aby żubry się nie spotkały, gdyż nie darzyły się nawzajem wielką sympatią i mogłoby dojść do walki.
Około 10 rano Cesarz z księciem pszczyńskim udali się na miejsce zbiórki, skąd Wilhelm II przeszedł pieszo do swojego stanowiska. Zaraz potem wydany został sygnał do rozpoczęcia polowania. Nagonka zagoniła siedmioletniego byka do ostrokołu z fladr. Miały go one zatrzymać na tyle długo, aby Cesarz mógł spokojnie przyłożyć się do strzału. Po dłuższym oczekiwaniu, zauważono zbliżające się byka, który jednak w ostatniej chwili skręcił, przebiegł na drugą stronę ogrodzenia i zniknął w wysokim poszyciu lasu. Wydawało się, że polowanie będzie zakończone, gdy niespodziewanie dla wszystkich - żubr okrążył cały teren i podszedł w okolicę stanowiska z drugiej strony. Pomimo złej widoczności, jako iż żubr po raz kolejny skrył się za krzakami, Wilhelm II postanowił ze swojej strzelby z lunetą kalibru 6 mm oddać strzał. Trafiony następnymi kulami żubr puścił się do ucieczki, dotarł aż do linii nagonki i stratował dwa półtora metrowe ogrodzenia. O wszystkim informowany był na bieżąco książę pszczyński. Dzięki naganiaczom byk został zagoniony w poprzednie miejsce i polowanie mogło ruszyć od nowa. Niestety w skutek niedopatrzenia - ktoś z personelu leśnego pomyślał iż byk siedmiolatek do którego strzelał Cesarz został już położony, wypuścił drugiego byka. I tak przyszło do tego, że teraz obydwa byki znalazły się w tej samej nagonce, z czego jeden ciężko ranny. Jednakże sam Wilhelm II nie miał pojęcia o całym wydarzeniu.
I gdy jeden z tych byków pojawił się z lewej strony, Cesarz musiał oddać do niego aż siedem strzałów, aby go powalić. Okazało się, że był nim ów zdrowy byk sześciolatek. Szybko powrócono zatem na stanowiska, gdyż w każdej chwili mógł się pokazać pierwszy z byków. Pół godziny później księciu zameldowano, że znajduje się on w pobliżu jednego pełniącego rolę posokowca - szorstkowłosego jamnika. Żubra z powodu jego ciężkich ran nie dało się popędzić do przodu, myśliwi wyruszyli więc na to miejsce pod kierownictwem leśniczego Ammona. Podeszli oni na odległość 80 kroków od osaczonego wśród wysokich drzew byka, Cesarz raz jeszcze przyłożył się do strzału i żubr upadł z hukiem. Zaraz został też zagrany sygnał ,,żubr martwy" po czym udano się do namiotu, aby spożyć śniadanie wraz z pozostałymi uczestnikami polowania. Po jedzeniu polowano na napędzone do ogrodzenia jelenie, daniele i dziki. Położono 3 jelenie, 4 łanie, 23 byki daniela, 17 łań daniela, 45 dzików i jednego zająca. Sam Wilhelm II ustrzelił: 2 jelenie 1 byka daniela i 13 małych dzików. Po polowaniu ułożono na ziemi upolowane zwierzęta, głowy żubrów miały zostać wyprawione".

Rogi  żubra strzelonego w 1901 r.


Przeszukując Internet natknąłem się na taką informację: "Jak się okazuje, sam grudzień był też świetnym czasem  do polowań na Śląsku. Pewna  zimowa wyprawa, na którą wraz z Janem Henrykiem XV  wybrał się Wilhelm II, okazała  się szczególnie szczęśliwa dla  Cesarza. Wrócił on do pałacu bardzo zadowolony, bowiem  udało mu się ustrzelić jedną kulą dwa żubry". Myślę jednak, że to legeda stworzona przez współczesnych Wilhelmowi dworaków. Żadna kula nie miała wówczas takiej energii, by powalić jednym strzałem tak potężne zwierzę jakim jest żubr. Aby można było wyobrazić sobie wielkość ustrzelonych przez Wilhelma II żubrów podano następujące dane i te są prawdziwe:


pierwszy byk 6 letni - 2,94m długości,1,83 wysokości

szyja  -  90 kg
łopatki  -  97,5 kg
nogi  -  138 kg
żebra  -  154 kg
filet  -  7 kg
język i ogon  -  12,5 kg
głowa  -  53 kg
skóra  -  57 kg
podroby  -  25 kg
wnętrzności  -  140 kg
grzbiet   - 75 kg
suma: bez krwi  -  849 kg

 

drugi byk

szyja - 65 kg
łopatki  -  86 kg
nogi - 112,5 kg

żebra - 125 kg
filet - 7 kg
język i ogon - 5kg

głowa - 50 kg

skóra - 60 kg
podroby - 25 kg
wnętrzności  -  140 kg
grzbiet - 75 kg

część ogonowa - 20 kg

suma: bez krwi - 770,5 kg

Po prezentacji towarzystwo wsiadło do wozów i udało się w drogę powrotną do zamku. Cesarz opuścił Pszczynę dnia następnego".

Losy pszczyńskich żubrów opisuje Pan J. F. Lewandowski w bardzo ciekawym artykule pt. Rogate skarby księcia pszczyńskiego. Zamieszczam go w całości:

Rogate skarby księcia pszczyńskiego
autor: Jan F. Lewandowski
Żubry nie byłyby dziś wizytówką Polski, gdyby nie trzy osobniki z Pszczyny. Przetrwały dwie wojny światowe, powstania śląskie oraz polowania – arystokratów, kłusowników i… górnośląskich powstańców.
CARSKI PREZENT
Dzieje żubrów w Polsce wiążą się zatem nie tylko z Białowieżą, gdzie niegdyś żyły na wolności, lecz także ze sławnym rodem Hochbergów, którzy w połowie XIX w. dostali w spadku księstwo pszczyńskie. W jego skład wchodziły też lasy wokół Pszczyny. A Hochbergowie zawsze lubili polowania. Dlatego pochodzący z tego rodu Hans Heinrich XI poprosił Cara Aleksandra II o przysługę i dostał od niego w 1865 r. cztery żubry z Białowieży, w tym jednego byka i trzy krowy (sam zrewanżował się Carowi stadem jeleni). Z carskiego stadka wyrosło z czasem pokaźniejsze stado. Pracujący w okresie międzywojennym w Pszczynie leśnik Stanisław Cenkier wspominał, że w 1918 r. w lasach pszczyńskich żyły 74 żubry. Rozmnażały się doskonale, chociaż niektóre musiały pożegnać się z życiem podczas słynnych polowań u księcia pszczyńskiego. Bywały na nich koronowane głowy, z Cesarzem Rzeszy Wilhelmem II z dynastii Hohenzollernów na czele.

Niemniej pszczyńskie lasy doskonale żubrom służyły, tym bardziej że książęcy leśnicy dbali o zwierzęta. Już wtedy żubry księcia pszczyńskiego były lokalną atrakcją. Zostały uwiecznione na zdjęciach górnośląskiego fotografa Maksa Steckela, który należał do pionierów fotografowania dzikich zwierząt. Z wypraw do Pszczyny zamieszczał  fotoreportaże w górnośląskiej prasie oraz drukował karty pocztowe. Dzięki niemu wiadomo, jak tamte żubry wyglądały – choćby stado na zachowanej pocztówce z 1920 r. Po I Wojnie Światowej liczba żubrów księcia pszczyńskiego zmalała w błyskawicznym tempie. W  powojennym okresie rozprzężenia niemal bezkarnie zaczęli na nie polować kłusownicy. A kiedy z początkiem 1920 r. pojawiły się na Górnym Śląsku oddziały alianckie (mające pilnować plebiscytowego porządku), na łowy wyruszyli oficerowie francuscy i włoscy. Na żubry zapolowali także powstańcy, nie zdając sobie sprawy, że niszczą ostatnie okazy szlachetnego gatunku.
ODEZWA KORFANTEGO
Kierujący sekcją lasów w Polskim Komisariacie Plebiscytowym w Bytomiu Stanisław Cenkier wspominał po latach, że osobiście interweniował w Międzysojuszniczej Komisji Rządzącej i Plebiscytowej, żeby odwiodła oficerów alianckich od polowań. A komisarz plebiscytowy Wojciech Korfanty wydał odezwę, wzywającą Górnoślązaków do poszanowania żubra. Niewiele to pomogło. W kwietniu 1921 r., tuż przed wybuchem trzeciego powstania, z niedawno tak licznego stada pozostało jedynie 5 zwierząt. Zdawało się, że po pszczyńskich żubrach nie pozostanie ślad, podobnie jak wcześniej po białowieskich. Na dodatek dwa osobniki z ostatniej piątki zostały zastrzelone podczas trzeciego powstania śląskiego. Wspominał o  tym Korfanty w 1931r., piętnując ówczesne kłusownictwo w dziesiątą rocznicę powstania: „Kłusowali na żubry wybitni wodzowie powstańczy, jak się lubią nazywać. W mieszkaniu jednego z nich (...) wiszą wypchane głowy żubrów, a sanacyjni dygnitarze dziś je oglądają, nie pytając się, skąd i jaką drogą się tam dostały”.
Z POWROTEM DO PUSZCZY
Po trzecim powstaniu ocalały więc trzy ostatnie żubry, sztuki raczej mizerne. Dwa byki: Platon i Plebejer (któremu podczas powstania odstrzelono ogon), a do tego siedemnastoletnia żubrzyca Plante (raniona kulą w udo). Dla znających się na rzeczy leśników nie wyglądało to obiecująco. Na przełomie roku 1921 i 1922 kolejny z Hochbergów, książę Hans Heinrich XV, spróbował wywieźć żubrze niedobitki do Niemiec przed przejęciem powiatu pszczyńskiego przez Polskę. Jego zamiary udaremnili jednak polscy leśnicy, którzy chcieli rozmnożyć stadko. Zadanie nie było łatwe, ponieważ do tej pory leśnicy uznawali Plante za bezpłodną. Tymczasem, ku ich zdziwieniu, stara żubrzyca już po pierwszym roku życia w Polsce wydała potomstwo. A potem jeszcze kilkakrotnie, co pozwoliło na kontynuowanie hodowli. Doszło do żubrzego kazirodztwa, gdy pszczyńscy leśnicy dopuszczali byka Plebejera do jego zrodzonej z Plante córeczki Plakette, która okazała się nadzwyczaj płodna i – jak pisze Cenkier, wydała na świat aż piętnaście żubrząt. Po dziesięciu latach pszczyńskie stado rozmnożyło się znowu tak znacznie, że niektóre sztuki można było przenieść do Białowieży. Najstarsze osobniki z  Pszczyny, Platona i Plante, leśnicy odstrzelili w 1931 roku. Cała trójka pszczyńskiego stada trafiła pośmiertnie, po wypchaniu, do zbiorów przyrodniczych muzeum w Bytomiu, wtedy niemieckiego.
POMOC DLA BIAŁOWIEŻY
Nie było łatwo zaplanować na początku lat dwudziestych odnowienia populacji żubra w Puszczy Białowieskiej. Specjaliści z Międzynarodowego Towarzystwa Ochrony Żubra naliczyli w 1924 r. zaledwie 54 sztuki na świecie, przeważnie w ogrodach zoologicznych. Sprowadzono do Białowieży najpierw 5 żubrów z krajów skandynawskich, w tym trzy sztuki czystej krwi białowieskiej. Do tego stada dołączono byka Plischa z Pszczyny, urodzonego w 1933 r., który – jak się to wkrótce okazało – został na wiele lat reproduktorem w Białowieży. Dzięki niemu tamtejsze stado rozrastało się. Jednocześnie powiększało się i stado pszczyńskie: przed wybuchem kolejnej wojny światowej liczyło już 24 sztuki. Wojnę przeżyło siedemnaście żubrów. Niemniej stado ocalało i tuż po wojnie wiele osobników trafiło do Białowieży i ogrodów zoologicznych Polsce i na świecie.
REWANŻ
Pszczyńskie żubry przetrwały nawet trudne czasy generalissimusa Józefa Stalina i dopiero epidemia pryszczycy w 1953 r. przyniosła im zagładę. Po kilku latach nowe stado zapoczątkowały młode okazy sprowadzone z Białowieży, a wywodzące się w prostej linii z dawnego stada książęcego. Po dziesięcioleciach pszczyńskie żubry zagrały w „Magnacie” Filipa Bajona. Scenariusz filmu nawiązywał do losów rodu Hochbergów.

 

Wilhelm II polował tutaj także po 1907 roku zapraszany przez następnego właściciela dóbr pszczyńskich Jana Henryka XV von Hochberg. W 1909 roku polował na żubry (strzelił ich dwa) i jelenie (strzelił dwa). W 1911 roku strzelił cztery jelenie, w 1913 trzy jelenie, w 1915 siedem, a w 1916 roku cztery jelenie. Polował także w czasie I Wojny Światowej, bowiem w latach 1914 - 1917, książę Jan XV oddał zamek pszczyński na cesarską Kwaterę Główną.

W zbiorach Muzeum Zamkowego w Pszczynie znajdują się gipsowe medaliony jeleni byków. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że mogą to być byki, a właściwie ich gipsowe odlewy, podarowane przez Cesarza Wilhelma II właścicielom Pszczyny. Przecież Cesarz tak postępował z rogaczami upolowanymi w Prakwicach. Przypomnijmy, że gipsowe odlewy najpiękniejszych, cesarskich rogaczy były ozdobą dworku w Prakwicach, a oryginały Cesarz zabrał do swojego zamku w Poczdamie.

Książę pszczyński, baron zu Fürstenstein urodził się 23 kwietnia 1861 roku w Pszczynie. Jan Henryk XV był pierworodnym synem Jana Henryka XI von Pless i   Marii von Kleist. W 1879 ukończył ekskluzywne wrocławskie gimnazjum św. Marii Magdaleny. Następnie studiował nauki ekonomiczne na uniwersytetach w Berlinie, Genewie oraz Bonn. Studia miały przygotować go do zarządzania olbrzymimi dobrami Hochbergów na Śląsku. W wieku 22 lat Jan Henryk XV otrzymał od Cesarza Wilhelma I niższy tytuł książęcy Prinz von Pless. W latach 1881 – 1882 służył w armii cesarskiej, początkowo jako ochotnik w królewskim pułku huzarów, następnie w pułku huzarów gwardii. W latach 1882 – 1885 odbył długą, obfitującą w liczne polowania podróż dookoła świata, odwiedził m.in. Indie oraz Amerykę Północną. Po powrocie podjął pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Berlinie. Tam poznał i zaprzyjaźnił się z młodym następcą tronu Wilhelmem Hohenzollernem (późniejszym Cesarzem Wilhelmem II). W 1886 r. Jan Henryk XV przeniesiony został na placówkę dyplomatyczną w Brukseli, a w rok później został attache w ambasadzie w Paryżu. W 1890 roku Jan Henryk XV oddelegowany został na stanowisko sekretarza w ambasadzie niemieckiej w Londynie.

Jan Henryk XV Hochberg

Tam poznał i oświadczył się dużo od siebie młodszej Marii Teresie Cornwallis-West zwanej Daisy. Ich ślub odbył się 8 grudnia 1891 r. w kościele św. Małgorzaty w Westminsterze. Świadkami przysięgi małżeńskiej byli Edward ks. Walii (późniejszy król) i jego żona księżna Aleksandra, natomiast królowa Wiktoria osobiście udzieliła młodej parze swego błogosławieństwa.

Młoda para otrzymała od seniora rodu Jana Henryka XI zamek w Książu. Hochbergowie urządzali tam liczne przyjęcia połączone z polowaniami, na których gościła śmietanka arystokracji europejskiej. Z małżeństwa z Daisy narodziło się czworo dzieci: nieznana dziś z imienia  córka (zmarła zaraz po urodzeniu), oraz synowie Jan Henryk XVII, Aleksander i Bolko.

W mundurze huzarów

Od 1902 roku Jan Henryk XV jako przedstawiciel warstwy junkrów zasiadał w Pruskiej Izbie Panów. Na szczeblu prowincji Jan Henryk XV piastował funkcję wiceprezydenta prowincji śląskiej (1897–1918), uczestniczył również w pracach śląskiego sejmu prowincjalnego. Po śmierci ojca w 1907 przejął wyższy tytuł książęcy i jeden z największych majątków w Niemczech – dobra pszczyńskie (ok. 40 tys. ha, 6 kopalni węgla kamiennego, browar w Tychach i inne) i wałbrzyskie (ok. 10 tys. ha, 3 kopalnie węgla kamiennego i inne). Majątek ten systematycznie zadłużał wskutek rozrzutnego trybu życia rodziny i ogromnych inwestycji architektoniczno-budowlanych (m.in. przebudowa Zamku Książ). W czasie I Wojny Światowej awansowany do stopnia pułkownika, pełnił rolę oficera ordynacyjnego Cesarza Wilhelma II. W latach 1915–1917 użyczył na 21 miesięcy do dyspozycji Niemieckiej Kwatery Głównej swój zamek w Pszczynie.

Po I wojnie miał jako pierwszy wysunąć ideę niepodległości Górnego Śląska, w związku z czym wspierał finansowo i na drodze dyplomatycznej górnośląski ruch niepodległościowy (zwany w polskiej historiografii separatystycznym) i występował przeciw polskiemu ruchowi narodowemu. Na drodze dyplomatycznej próbował przeforsować również niepodległość całego Śląska, aby w postulowanej Republice Śląskiej znalazły się zarówno Pszczyna, jak i Książ. W 1922 przyjął obywatelstwo polskie. Chcąc zaskarbić sobie przychylność polskich władz, powoływał się na swoje piastowskie korzenie oraz gościł na swym pszczyńskim zamku przedstawicieli polskiego establishmentu politycznego. W tym samym roku rozwiódł się z księżną Daisy, w 1925 r. zawarł związek małżeński z Klotyldą de Silva y Gonzales de Candamo. W połowie lat 20-tych ponownie wspierał finansowo górnośląskich separatystów skupionych w Związku Obrony Górnoślązaków i Związku Rodowitych Górnoślązaków. Był również jednym z liderów mniejszości niemieckiej w Województwie Śląskim. Wskutek światowego kryzysu gospodarczego, jego dolnośląski majątek popadł w długi. W 1936 r. wobec nacisków wierzycieli Jan Henryk XV opuścił Książ i przybył do Pszczyny, gdzie jego syn Jan Henryk XVII toczył spory podatkowe z polskimi władzami. Ostatecznie sam Jan Henryk XV doprowadził do ugody z wojewodą śląskim Michałem Grażyńskim i państwem polskim, podpisując w 1937 r. układ o zrzeczeniu się przywileju górniczego na ziemi pszczyńskiej oraz układ podatkowy. Na mocy tego ostatniego państwo polskie przejęło 56% jego dóbr. Jan Henryk XV zmarł na udar serca 31 stycznia 1938 roku w paryskim hotelu „Ritz”. Pochowany został w Parku Zamkowym w Pszczynie. (źródło: Zamek Książ).

 

Polowania i goszczenie znamienitych gości odbywały się głównie w Promnicach, gdzie "stary książę" pobudował prześliczny zameczek myśliwski.

Zameczek myśliwski w Promnicach. Litografia z 1867. (fot. fotopolska.eu)

Pierwszy pałac został wzniesiony na tym terenie w latach 1760-1766 przez Promnitzów – ówczesnych właścicieli Księstwa Pszczyńskiego. Inicjatorem budowy był Jan Adam Promnitz. Projektował go nadworny architekt tej rodziny – Jan Jahne z Żar koło Żagania. Na miejscu chylącego się już ku upadkowi dworku Promnitzów książę pszczyński Hans Heinrich XI Hochberg kazał wybudować nową rezydencję – pałac myśliwski. W 1861 r. powstała budowla w stylu neogotyku angielskiego z widocznymi wpływami niemieckimi według projektu Oliviera Pavelta – nadwornego architekta Hochbergów.
24 września 1867 roku obiekt spłonął w niewyjaśnionych okolicznościach, ale dzięki ubezpieczeniu w Towarzystwie Ubezpieczeń Ogniowych, już w 1868 r., za sumę 3600 marek w złocie, pałacyk został odbudowany i w tej niezmiennej formie pozostał do dziś. Pracami budowlanymi zajął się wówczas J. Böehme z Pszczyny, stolarkę wykonał mistrz Fryderyk Rehorst, a prace kamieniarskie rzeźbiarz i modelarz Plischke. Wszystko odbyło pod okiem wspomnianego już Oliviera Pavelta, który wykonał nowe projekty nawiązujące do pierwotnego kształtu budowli. Nowy pałac posiadał dodatkowe wykusze w pomieszczeniach parteru oraz dodatkowe wieże. Wewnątrz wybudowano duże reprezentacyjne, kręte schody, a niektóre partie ścian pokryto tapetą. Do ważniejszych zmian należało także wprowadzenie ogrzewania parowego. Drewniane stropy, schody, drzwi i podłogi zachowały się do dziś w niemal nienaruszonym stanie.

                      Zameczek myśliwski Promnice (Promnitz)

Najbardziej zyskownym przedsiębiorstwem majątku był Browar Książęcy w Tychach, który dostarczał nawet 15 proc. dochodów Hochbergów. Sam książę nazywał go perłą wśród swoich dóbr. Ale magnat wiedział, że wyprodukowanie piwa to jeszcze nie pełen sukces. Ponieważ polował z kim trzeba i miał koneksje w wielu krajach, "Tyskie" pito na dworze cesarskim. Zostało zaserwowane również podczas uroczystego otwarcia wieży Eiffla w Paryżu jako piwo sponsorskie.

f.

Browar w Tychach

Następca Jana Henryka XI, książę Jan Henryk XV nie miał już takich gospodarczych talentów. Próbował jednak dorównać ojcu, udzielając się na polu dyplomacji. Został nawet przyjęty przez prezydenta w Białym Domu podczas wizyty w USA. Miał również ambicje architektoniczne. W 1907 roku zaczął trwającą prawie 20 lat wielką rozbudowę swojej dolnośląskiej siedziby, zamku Książ. Wtedy słynne książańskie tarasy o powierzchni 12 ha  otrzymały swoją obecną formę, wieża osiągnęła 47 metrów wysokości, powstały też dwa neorenesansowe skrzydła. Dzisiaj zamek jest trzecią pod względem wielkości budowlą tego typu w Polsce.
„Trzeba pamiętać, że Hochbergowie żyli niezwykle wystawnie" – mówi Magdalena Woch z Centrum Europejskiego w Zamku Książ. 

 

Panorama Książa na rycinie F. B. Wernera z 1745 r.

Zamek został wybudowany w latach 1288–1292 przez księcia świdnicko-jaworskiego Bolka I Surowego, na miejscu dawnego grodu drewnianego zniszczonego w 1263 przez Przemysła Ottokara II. Bolko I przeniósł do nowo wybudowanego zamku swoją siedzibę z Lwówka. Budynek rozbudował jego wnuk, Bolko II Mały. Po śmierci księżnej Agnieszki w 1392 roku i wygaśnięciu linii Książ wraz z resztą księstwa przeszedł pod berło monarchy czeskiego, Wacława IV i stał się siedzibą kolejnych starostów, nie zawsze lojalnych wobec królów. Jerzy von Stein, który na czele wojsk węgierskich i wrocławskich odbił zamek, poczynił starania o odbudowę i powiększenie zamku, co też się stało w latach 1483–1490. W 1497 król czeski i węgierski Władysław II Jagiellończyk zdecydował się sprzedać zamek swojemu dworzaninowi, Janowi von Schellenbergowi, który następnie sprzedał go w 1503 rodzinie von Haugwitzów z Głubczyc.

Widok w 1719 r.

Grafika H.Enke - 1810 r.

Panorama z połowy XIX wieku

Widok w 1909 roku

Początek XX wieku

W 1509 roku został oddany lub sprzedany wraz z rozległymi majątkami w dzierżawę pochodzącej z Miśni i osiadłej od XIV w. w okolicy Jeleniej Góry rodzinie Hochberchgów (która w 1714 r. zmieniła nazwisko na Hochberg). W 1603 albo 1605 roku Hochbergowie, przyszli właściciele Wałbrzycha, otrzymali zamek i przynależne do niego dobra jako wolną własność dziedziczną rodu. W czasie wojny trzydziestoletniej Książ kilkakrotnie ulegał częściowemu zniszczeniu i był plądrowany. Zniszczone umocnienia przebudowano w 1648 r. na tarasy ogrodowe w stylu francuskim. Przebudowę w stylu barokowym zlecił w latach 1705–1732 Konrad Ernst Maksymilian von Hochberg. Budowniczym był Feliks Antoni Hammerschmidt.

Zamek Książ od frontu

Louis Haourdin książęcy kucharz i fotograf na tle zamku Książ

 

Kucharz był wesołego usposobienia

Louis Haourdin

h

Fotografia Louisa Haourdina

Zamek Książ od tyłu

Fotografia Louisa Haourdina

Czarny Dziedziniec

Fotografia Louisa Haourdina - kominek w Sali Maksymiliana

Stangret Hochbergów zawsze w przepisowej liberii

Powozownia

Stajnia

Dla dzieci pracowników zamku, na stałe zamieszkujących książańskie służbówki, uruchomiono w majątku szkołę

Ogromny zamek  Książ musiał posiadać własną drużynę straży pożarnej

Kuchnia

Obsługa kuchni, na wózeczku główny kucharz i zarazem autor wielu fotografii Louis Haourdin

W kuchni zamkowej nie mogło zabraknąć najnowocześniejszych sprzętów

W Książu funkcjonowała armia pracowników kuchennych, których zadaniem było schlebianie najbardziej wyrafinowanym gustom książęcej pary i ich znamienitych gości, wśród których było wiele koronowanych głów. Zamkowa kuchnia znajdowała się na piątym piętrze. Tam też była chłodnia, gdzie osobno przechowywano dziczyznę, osobno warzywa i ryby. Było tam również pomieszczenie ze zbiornikiem na wodę deszczową, której używano w książęcym gospodarstwie. Kuchnia znalazła się po przebudowie tak wysoko, aby arystokratyczne nosy nie musiały wdychać kuchennych zapachów. Książę zatrudniał ponad 600 osób służby, wśród nich 24 lokajów podających do stołu. Ci, którzy musieli być pod ręką przez całą dobę, mieszkali na czwartym piętrze pałacu - były tam służbowe pokoje, zaopatrzone w łazienki i ubikacje na korytarzu. Reszta mieszkała w służbowych oficynach, po obu stronach budynku bramnego.

Dworscy lokaje

Pracownicy zamkowi niższej rangi

W samym zamku pracowało 300 osób, o tarasy dbało kolejnych 200. A rodzina księcia składała się przecież zaledwie z pięciu osób. Prócz tego Hochbergowie posiadali dobra rozsiane po całej Europie: pałacyk w Londynie, rezydencje w Berlinie, Wrocławiu, Albrechtburgu, Monachium, Partenkirchen i na Riwierze Francuskiej, a także wynajmowane na dłuższy czas apartamenty we Włoszech, Grecji, Hiszpanii i na Bliskim Wschodzie”.

W XIX i XX wieku w zamku gościło wiele sław, wśród nich Izabela Czartoryska, Zygmunt Krasiński, car Mikołaj I Romanow, Winston Churchill i inni. W latach 1909–1923 książę Jan Henryk XV Hochberg książę von Pless dokonał kolejnej przebudowy, m.in. dobudował nowe skrzydło i zmodernizował tarasy z fontannami. Przed I Wojną Światową wybudowano także palmiarnię w Lubiechowie i urządzono ogród japoński.

Taras Wodny

Taras Różany

W 1891 roku Jan Henryk XV ożenił się z młodziutką angielską arystokratką Daisy – Stokrotką, która choć pochodziła z zubożałej rodziny Cornwallis-West, była skoligacona z angielskim rodem królewskim. O strojach Daisy i jej biżuterii do dzisiaj krążą legendy. Jedna z nich mówi, że podczas podróży poślubnej Jan Henryk zabrał ją na połów pereł w arabskim Adenie i podarował bardzo długi sznur tych klejnotów. Pod wodą umarł ponoć jeden z nurków i dlatego księżna uważała perły za przeklęte. W rzeczywistości sznur pereł długości 6,70 m został kupiony w Paryżu za złoto wartości 3,5 mln marek! To robi jeszcze większe wrażenie niż legenda. Daisy uznawana była ówcześnie za najpiękniejszą kobietę epoki.

 

Daisy z matką Patsy tuż przed ślubem

"Ich ślub, obwieszczony wydarzeniem roku, interesował wszystkich. Prasa domagała się szczegółów i szukała fotografii do zilustrowania artykułów. Narzeczeni wybrali się więc na sesję zdjęciową do prestiżowego atelier „Walery“ na Regent Street.  Można sobie wyobrazić, że Hans poczuł się tam jak u siebie w domu. Jego angielski nie był wtedy płynny, ale od dzieciństwa mówił bardzo dobrze… po polsku! „Walery“ zaś,  był zawodowym pseudonimem hrabiego Stanisława Ostroroga, którego ojciec, Stanisław Julian Ostroróg, wyemigrował na zachód po powstaniu listopadowym i dla celów zarobkowych otworzył, najpierw we Francji, a potem w Anglii, profesjonalne studio fotograficzne. Zrobił im cudowne portrety, które wkrótce pojawiły się na stronach ówczesnych czasopism towarzyskich. Być może był również autorem ich zdjęć ślubnych, ale tych jeszcze nie znalazłam. Podzielić się jednak mogę z Państwem rysunkami ilustrującymi ten wielki dzień w życiu Daisy.

Rysunek sukni ślubnej Daisy

Jej ślubna suknia, w stylu „Empire“, odzwierciedlała modę późnej epoki wiktoriańskiej. Uszyta z bogatej perłowo-białej satyny, miała dół obrębiony tiulem łapanym garlandami kwiatów pomarańczy. Spod nisko ciętego stanika wychodziła, bogato haftowana srebrem we wzór „Empire“, suknia spodnia z długimi wąskimi rękawami, zakończonymi szpiczasto na dłoniach i przykrytymi bufkami na ramionach. Długi na pięć jardów tren, przyczepiony był do ramion jedwabnym kołnierzem. Uszyty z przepysznego brokatu, podbitego pikowaną satyną, był również obrębiony na brzegach tiulem łapanym garlandami kwiatów pomarańczy. Welon z brukselskich koronek przypięty był do włosów wspaniałą koroną z diamentów i pereł, którą ofiarował jej w prezencie ojciec narzeczonego, książę Jan Henryk XI von Pless. Szyję zdobił niesłychanej piękności diamentowy krzyż (prezent od księżnej Matyldy von Pless) i naszyjnik z pojedynczym diamentem (prezent od narzeczonego). Całość uzupełniał bukiet z prawdziwych kwiatów pomarańczy.

Rzekomy portret ślubny Daisy

Powyższy opis i ilustracja stoją w przeciwieństwie do „ślubnego portretu“ Daisy rozpowszechnionego przez książkę Johna Kocha. Zamieszczone w niej zdjęcie pochodzi z około 1910 roku, dziewiętnaście lat po ślubie!!! Przedstawiona na nim księżna von Pless jest już dojrzałą, 38-letnią kobietą, w sukni i fryzurze epoki edwardiańskiej. Jej uroda, podkreślona elegancją i wyrafinowaniem, nadal zachwyca, ale trudno się w niej dopatrzyć niewinności i nieśmiałości młodej dziewczyny, która w 1891 r. stanęła przed ołtarzem, by powiedzieć „Tak“ mężczyźnie, którego ledwo znała i przyszłości, która kryła dla niej tyle niespodzianek." (źródło: Barbara Borkowy)

Księżna Daisy w koronie, która była prezentem ślubnym teścia Jana Henryka Hochberga XI von Pless

Prześliczne burko z epoki Ludwika XIV-go było osobistym prezentem ślubnym jej ojca Williama Cornwalllis-West zwanym Popetta dla swojej córki Daisy. Foto: J.Paul Getty Museum, Los Angeles

Prezent od teściowej księżnej Mathilde von Pless

Księżna Daisy z wisiorkiem będącym prezentem ślubnym od narzeczonego

 

Po ślubie małżonkowie zamieszkali w Książu. Urządzali polowania i wystawne przyjęcia dla śmietanki towarzyskiej europejskich dworów. Daisy początkowo nie czuła się dobrze w zamku, pośród dworskiej etykiety i sztywnych pruskich zasad.  Męczył ją brak prywatności, służba na każdym kroku oraz przepych z jakim obnosili się Hochbergowie. Brakowało jej ciepła rodzinnego i podstawowych warunków higienicznych. Prawdopodobnie z jej inicjatywy Jan Henryk rozpoczął kosztowną rozbudowę zamku, w wyniku której powstało dodatkowe skrzydło a pokoje gościnne otrzymały łazienki. Dokonano również znacznego remontu zamku w Pszczynie. Daisy była wielką miłośniczką zieleni i oryginalnych kwiatów. Jej ulubione rododendrony zapełniły parkowe tereny wokół zamku.
Z Anglii został sprowadzony ogrodnik, który przebudował bezpośrednio przylegające do zamku zieleńce zwane tarasami, na styl angielskich ogrodów. Aby zapewnić małżonce zawsze świeże kwiaty, Jan Henryk wybudował w pobliskim Lubiechowie palmiarnię. Na terenie 1900 m kwadratowych oprócz palmiarni powstała cieplarnia, ogród japoński, rosarium, ogród owocowo-warzywny i obszar pod uprawę krzewów.  Materiał, którym wyłożono wnętrze palmiarni to  tuf wulkaniczny, czyli zastygła wulkaniczna lawa.  Jan Henryk sprowadził 7 wagonów tego materiału spod wulkanu Etna na Sycylii! Cała inwestycja pochłonęła zawrotną kwotę 7 mln marek w złocie. Palmiarnia zaraz po otwarciu, została udostępniona zwiedzającym. Było to zgodne ze społeczną i charytatywną działalnością księżnej, która zakładała w Wałbrzychu i okolicy sierocińce, przychodnie i szkoły dla ubogich.

Swoje pierwsze święta księżna Daisy spędziła w Pszczynie w 1896 r. Był to czas szczególnie dla niej trudny, tęskniła bowiem za rodzinnymi stronami. W Anglii zostawiła rodzinę i tradycje, które towarzyszyły jej od najmłodszych lat.

Pierwszych świąt nie wspomina zbyt dobrze. Jak pisze w swoim pamiętniku: „Mieliśmy piękne niemieckie kolędy, za to nie było walca papierowego z drobną niespodzianką, ogniem bengalskim, który wybucha, gdy dwie osoby rozrywają go, ciągnąc w przeciwne strony, ani babeczek z leguminą z jabłek, rodzynek, skórki pomarańczowej i migdałów, ani nawet puddingów śliwkowych”.
To właśnie za świątecznym crackerem, ciasteczkami mince pies oraz plum puddingiem, księżna tęskniła najbardziej. Cracker to kartonowa rolka, we wnętrzu której zawsze znajdowała się mała niespodzianka, karteczka z żartem oraz... odrobina materiału wybuchowego, który  strzelał podczas otwierania. Natomiast  mince pies to niewielkie  babeczki z mięsnym lub owocowym nadzieniem. W tamtych czasach stanowiły symbol statusu rodziny. A we wnętrzu świątecznego puddingu można było znaleźć srebrne monety lub miniaturowe podkowy, które miały przynosić szczęście. Przez kolejne lata pobytu w Pszczynie, księżna Daisy wszystkie te dania otrzymywała od bliskich z Anglii. Wiązała się z tym pewna prywatna uroczystość,  która zawsze odbywała się w pokoju księżnej. Daisy wraz z pokojówką i lokajem, którzy również pochodzili z jej rodzinnych stron, przygotowywała małe  spotkanie w typowo angielskim stylu. Wolała je jednak zachować w tajemnicy, bo jak napisała w swoim pamiętniku: „Gdybym urządzała coś takiego publicznie, pomyślano by, że chcę podkopać konstytucję Królestwa Prus”.

Boże Narodzenie księżna Daisy wolała spędzać w Książu. Tam do świętowania włączali się strażnicy, służba oraz wszyscy pozostali pracownicy. Każdy z nich otrzymywał drobny upominek. W Książu Hochbergowie byli chętnie odwiedzani przez swoich angielskich przyjaciół, którzy z przyjemnością angażowali się w przygotowywanie różnych zabaw. Jak wspomina Księżna Daisy: „Każdy czuł się swobodnie i był szczęśliwy. Jest to jedna z najprzyjemniejszych stron niemieckiego  życia, że przy takich okazjach idealna równość panuje między księciem i chłopem”.

Hans i Daisy

Jan Henryk XV von Hochberg, książę von Pless i ostatni Pan na Książu, był wyjątkowo czuły na punkcie swojego książęcego statusu, co drażniło jego piękną żonę Daisy. Na tym tle dochodziło między nimi do wielu nieporozumień. „Mój mąż jak i Cesarz przywiązuje zbyt dużą wagę do etykiety”. W Książu należało przestrzegać najprzeróżniejszych jej wymogów. „Mąż był zły, bo kazałam jego kamerdynerowi włączyć ogrzewanie, zamiast wezwać odpowiednią osobę. Bez jej natychmiastowej pomocy człowiek może udusić  się lub zamarznąć, ale nie może zastąpi jej kto inny”. To jedna z niewielu uwag w słynnych pamiętnikach księżnej Daisy, która mówi bezpośrednio o roli służby na zamku. Angielce zabrało trochę czasu na zgłębienie arkanów niemal feudalnego życia książąt. Przyzwyczaiła się jednak do osobistego służącego w czerwono-złotej liberii, który wszędzie jej towarzyszył.

 

W dni powszednie państwo zaczynali dzień około dziesiątej. Wtedy podawano herbatę, tosty i masło w kształcie kulek. Lunch jadano o czternastej, herbata była przewidziana o siedemnastej, a do obiadu zasiadano o dwudziestej pierwszej i biesiadowano do późnych godzin nocnych. W Książu nawet w dni powszednie zbierało się całkiem liczne grono domowników i gości. Nawet na co dzień funkcjonowały trzy stoły. Przy pierwszym, najważniejszym zasiadał książę z najbliższą rodziną i najznamienitsi goście. Drugi stół był przeznaczony dla biesiadników niższych rangą, a następnie stół marszałkowski dla ważniejszych dworzan i urzędników, a także gości, którzy nie zmieścili się przy stole drugim. Służba zachowywała podobną, ściśle przestrzeganą gradację. Pewnego razu księżna Daisy  doliczyła się wokół stołu dwóch nadochmistrzów, dwunastu podochmistrzów, osiemnastu lokajów w galowych liberiach, pięciu strzelców przybocznych i jeszcze kilku innych, pomniejszych służących.

Sala Maksymiliana

Wieczorny obiad podawano w Książu w Sali Maksymiliana. Dla gości przygotowywano specjalne menu, brano pod uwagę ich kulinarne upodobania, ale także starano się wywoływać odpowiednie wrażenie. Przy komponowaniu potraw zwracano uwagę, aby następujące po sobie dania, nie były w jednakowej tonacji kolorystycznej. Spisy dań z poszczególnych, niekoniecznie ważnych dni  zbierano i oprawiano w specjalne książki, tworzące po latach swoistą kronikę kulinarnych obyczajów. Odnotowywano tam skrupulatnie liczbę i statut gości, rodzaj posiłków w ciągu dnia, podawane dania i napoje im towarzyszące. Statystyka ta była potrzebna służbie, aby mogła sprawnie obsługiwać wszystkie stoły.

Sypialnia księżnej Daisy

Księżna Daisy von Pless

Daisy z legendarnymi perłami

Daisy z synami: Hansem i Aleksandrem - 1907 r.

Kiedy w Europie szalała wielka wojna, znana później jako I Wojna Światowa, niedaleko Wałbrzycha, w wysokim zamku na skale, w luksusie dorastało dwóch małych książąt. Synowie Jana Henryka XV von Hochberga i Daisy, Hans zwany Hanselem i Aleksander zwany Lexelem dzieciństwo częściowo spędzili w Książu. Ich książańskie pokoje odartę z wyposażenia, są dziś zamknięte na cztery spusty. W jednym z pomieszczeń zachowała się jedynie wielka wanna.

Daisy z dziećmi

Hansel z ojcem

Nastarszy syn Jan Henryk zwany Hanselem

Najstarszy syn Jana Henryka XV i jego pięknej, angielskiej żony Daisy przyszedł na świat 2 lutego 1900 roku w Berlinie. Na chrzcie otrzymał tradycyjne imiona Hochbergów, Jan Henryk, ale w rodzinie od zawsze nazywano go pieszczotliwie Hanselem. Nadrodziny pierwszego syna i dziedzica, po dziewięciu latach małżeństwa, były spełnieniem marzeń tej jednej z najbogatszych rodzin Cesarstwa (czwarta najbogatsza rodzina w Cesrstwie Nimiec).  Księżna tak zorganizowała swoje życie zarówno w Książu, jak i Pszczynie, aby móc każdego wieczoru spędzić z dzieckiem przynajmniej godzinę. Upierała się również, aby sama mogła kapać maleństwo. Gdy Hansel był już trochę starszy, zawsze chciała być przy odmawianiu modlitwy. Resztę czasu mały książę spędzał pod opieką nianiek i służby. Powszechny pogląd, który wtedy panował i był również podzielany przez Daisy i Jana Henryka, zakładał, że tak jest zdrowiej zarówno dla dziecka, jak i rodziców. Zdarzało się jednak, że matka zabierała synka na noc do swoich apartamentów, mieszczących się powyżej słynnej książańskiej Sali Maksymiliana. Zachowała się tajna, nie używana dziś klatka schodowa, która łączyła pokoje dziecięce z tym należącymi do Daisy. W liczącym ponad 600 komnat Książu, taki „skrót” był zaiste dużym ułatwieniem, tym bardziej, że księżna i jej dzieci mieszkały w innych skrzydłach majestatycznej budowli. Nianie kręciły nosem na tego typu „ekscesy”, a sam księżna zachodziła w głowę jak niemieckie piastunki wyobrażają sobie matki. Prośba małego dziedzica, aby przestawić jego łóżeczko do pokoju mummille i aby zawsze była przy nim, stanowiła wyraz dziecięcej miłości, dla Daisy najważniejszej na świecie. Dziadek Pless (ojciec Jana Henryka) był tak zachwycony małym Hanselem, że pozwalał malcowi bawić się srebrnymi zabawkami: wózkiem z czterema końmi, które dostał w prezencie od carycy Aleksandry w czasie wizyty rosyjskiej pary w 1838 roku w Książu. Mimo wielkiej miłości, Daisy nie miała zamiaru rozpieszczać swoich dzieci. Miały być tak wychowane, aby bez mrugnięcia okiem słuchały poleceń starszych. Takie były po prostu czasy. Księżnej, pomagała angielska niania, Thirza Smith, która miała doskonałe referencje i pozostała z rodziną Pless przez wiele lat. Wcześniej przez dekadę pracowała dla rodziny cesarskiej. Ze swoim nowym wychowankiem spędzała niezliczone godziny w lasach otaczających podwałbrzyski zamek.

Lexel

Pani na Książu chciała, aby jej drugie dziecko urodziło się w Londynie. W tym celu Plessowie wynajęli dom na Bruton Street. 1 lutego 1905 roku przyszedł na świat Aleksander Fryderyk w rodzinie zwany Lexelem. Księstwo Pszczyński kontynuowali swoje eskapady po europejskich dworach i egzotycznych kurortach, ale Daisy chętniej wracała do Książa. –„kochani chłopcy czekali na schodach, aby mnie powitać. Ich okrzyki, śmiech i małe stopki tupoczące po korytarzach, to sprawia, że pierwsze lata mojego małżeństwa wydają się jak sen wyśnionym domu, za którym tęskniłam lata temu” – pisała w swoich pamiętnikach. Pamiętała o prezentach dla dzieci. Zdarzyło się nawet, że posłała kiedyś Hanselowi do Książa pierwiosnki z angielskiej posiadłości swoich rodziców, Newlands. Wiosna na Wyspach rozpoczynała się bowiem wcześniej niż na Dolnym Śląsku. Kiedy synowie podrośli, w ich zabawach zaczęły brać udział dzieci książęcych pracowników. Daisy pozwalała im biegać po całym zamku, więc wszędzie było ich pełno. Pewnego razu, w czasie zabawy w chowanego, jeden z chłopców schował się pod biurko księcia. W pokojach dziecinnych, dla wszystkich dzieci, podawano podwieczorek. Dzięki temu również malcy mieszkający w oficynach gospodarczych w Książu, uczyli się dobrych manier i nabierali odwagi.

 

Zachwycające zamkowe stajnie, a także arystokratyczny etos przyczyniły się do tego, że młodzi książęta zaraz po opanowaniu umiejętności chodzenia, musieli wsiąść na kucyki, a potem już na rasowe konie, których w Książu po dziś dzień nie brakuje. Jazda konna nie była jedyną umiejętnością, którą wpajano młodym Hochbergom.  Hansel jako przyszły dziedzic przygotowywał się do swoich obowiązków, przy czym opanowanie języka polskiego było koniecznością, jako, że poza wysokimi urzędnikami administracji, niemal wszyscy ludzie zatrudnieni przez Jana Henryka na Górnym Śląsku byli Polakami. Książę Pszczyński miał w Berlinie częste nieprzyjemności z powodu swoich propolskich sympatii. Wiedziano, że według rodzinnej tradycji, dał synom m.in. polskie niańki, że obu chłopców oprócz angielskiego i francuskiego, uczono także polskiego. Lexel od najmłodszych lat uchodził w rodzinie za „dziecko angielskie” i ze swoja matką mówił prawie wyłącznie w języku Szekspira. Młodzi arystokraci nigdy nie chodzili do „normalnej” szkoły w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Na panewce spaliły plany wysłania młodszego Hochberga do szkoły z internatem w stylu angielskim, bo placówek takich było w Niemczech jak na lekarstwo.  Do Książa przyjeżdżali więc coraz to inni nauczyciele, a i ze względu na tocząca się pierwsze wojnę światową zamek na skale wydawał się najbezpieczniejszym miejscem dla książęcych latorośli. Ze względu na liczne, okoliczne wioski i miasteczka wchodzące w skład latyfundiów von Plessów nigdy nie brakowało też jedzenia. W zamku mieszkał na stałe nauczyciel, niejaki herr Reder, a regularnie przyjeżdżał także z Wałbrzycha jego zwierzchnik, herr von Selle.

Życie Daisy i Jana Henryka XV, choć wypełnione luksusem, nie było do końca szczęśliwe.  Ona – niespełniona śpiewaczka (magnatce nie wypadało przecież występować) uważana za najpiękniejszą kobietę epoki – cierpiała z powodu pierwszej, również niespełnionej miłości do George’a Cromwella.
"Jan Henryk i Daisy poznali się w marcu, do oświadczyn doszło w maju, a do ślubu w grudniu. To wszystko biegło zbyt szybko, żeby młodzi się zdążyli poznać. Rok po ślubie Daisy urodziła córeczkę, która zmarła po 14 dniach. Potem przez 7 lat nie mogła zajść w ciążę. Lekarz twierdził, że Daisy powinna poddać się operacji – doradził jej to londyński specjalista, nie wiadomo jednak jakiej dziedziny. Dla Hochberga to była potwarz. Postanowił zabrać żonę w długą podróż. Wyjechali do Indii, gdzie on polował na tygrysy, ona zaś… ćwiczyła się w jeździe na wrotkach z młodym maharadżą. Potem Daisy urodziła jeszcze trzech synów, ale proszę zauważyć, że dość często na zdjęciach przebrani są w różne takie falbanki, czasem nawet w sukienki. Co prawda, do pewnego wieku wszystkie dzieci były wtedy tak ubierane, ale synowie Daisy chyba zdecydowanie za długo. Księżnej brakowało córki".

Pokojówki księżnej Daisy

Był jeszcze jeden problem. Surowa pruska etykieta zupełnie nie odpowiadała angielskiej arystokratce. Męczył ją brak prywatności, ciągle obecna służba, niemal wojskowe przestrzeganie konwenansów. Nawet rodzinny piknik odbywał  się w obecności 20 służących. Jedna ze służących miała za zadanie tylko uchylać kołdrę księżnej gdy ta kładła się spać. Słynna stała się historia, kiedy w proteście przeciwko  sztywnym zasadom księżna von Pless przybyła do jadalni w sukni zszytej z worków na owies. Nie lubiła zamku w Pszczynie, gdzie zamieszkiwali jej teściowie a ukochała zamek Książ. Bardzo lubiła, ż wzajemnością, teściową Mathilde i "starego księcia" swojego teścia, którego w swych pamiętnikach nazywa "Vater". Dzięki niej przy każdym pokoju gościnnym w zamku Książ powstały łazienki. Sprowadziła ogrodnika z rodzinnego Newlands, aby urządził ogród w stylu angielskim (dzisiaj można podziwiać już tylko namiastkę tego, co zachwycało licznych gości zamku). Ze wspomnień jej współczesnych wynika, że była osobą ciepłą i przyjaźnie nastawioną do otoczenia. Angażowała się mocno w działalność charytatywną, także na rzecz jeńców wojennych podczas obu wojen światowych. Małżeństwo Daisy z księciem pszczyńskim skończyło się rozwodem, krążyły plotki o jej romansie z Cesarzem Wilhelmem II. Czy rzeczywiście miała romans z Cesarzem? Nie wydaje się to prawdziwe. Lubiła jednak kokietować mężczyzn, a jej stosunek do Wilhelma II opisuje fragment jej pamiętnika

Kamerdynerzy zamkowi

"(...) W Berlinie zawsze można było przeżyć jakieś nadzwyczajne ceremonie. Kiedyś leżałam w hotelu chora na grypę, gdy wpadł Hans pieniący się ze wściekłości, bo został przez Cesarza zaproszony do klubu „Biały Jeleń". By uzyskać członkostwo, trzeba było przybrać na krześle pozycję klęczącą i opowiedzieć sprośną historyjkę, po czym Cesarz pasował kandydata na rycerza waląc go po siedzeniu płaską stroną szabli. Insygniami był łańcuch z jelenich zębów zawieszany na szyi. Klnącego przez cały czas Hansa ubraliśmy w czerwony mundur huzarski i wysłaliśmy na ceremonię.
 
Mundury wtedy nosiło się na wszystkie okazje, nikt jednak nie przewyższał w tej sztuce Cesarza. Sławny był przypadek, gdy udał się kiedyś na biesiadę Klubu Automobilistów ubrany w mundur sapera, czym wywołał salwy śmiechu w Berlinie. Na innym bankiecie, w którym nie uczestniczyły oprócz niego żadne głowy koronowane, pojawił się w bryczesach z orderem podwiązki pełnym diamentów i szafirów pod kolanem, Złotym Runem u szyi, obwieszony gdzie się dało swymi pruskimi orderami i w zielonej pelerynie. Gdy przyjeżdżał do nas, otoczony był zawsze wielką świtą, co nie było żadnym problemem, gdyż Książ ma rozmiar miasteczka, a właściwie nim jest, z własnym sądem, więzieniem, administracją cywilną i wojskową itd. Cesarz i jego świta zawsze otrzymywali osobne skrzydło zamku. Do Pszczyny Cesarz przyjeżdżał pociągiem dworskim, a przy wizytach w Książu Hans oczekiwał go we Wrocławiu z galową karetą. Ja czekałam u drzwi, a personel ustawiony był w holu w dwóch rzędach, po jednej stronie kobiety, po drugiej mężczyźni. Cesarz witał się ze wszystkimi i udawał się do swych komnat, które Hans specjalnie dla niego wybudował i udekorował. Obiady Cesarz zawsze spożywał wspólnie z nami o dziesiątej lub jedenastej wieczorem. Wszyscy panowie byli w mundurach, a panie w sukniach wieczorowych i ozdobione całą zawartością rodzinnej skrzynki z klejnotami, z tiarami na głowie. Nienawidziłam tych obiadów ze względu na represywną etykietę. Za każdym razem, gdy Cesarz do kogoś przemówił, czy nawet wszedł do pokoju, wszyscy wstawali, panowie strzelali obcasami, a panie wykonywały dyg dworski. O ile wiem, nikt nigdy nie widział Cesarza w cywilnym ubraniu, może tylko cesarzowa w sypialni, ale nie jestem tego pewna, chyba i na tę okazję zakładał stosowny mundur.
 
Nie chcę przy tym insynuować, że Wilhelm II był nudnym gościem; wprost przeciwnie, był czarujący. W książce "Taniec na wulkanie" pisze jednak "W rzeczywistości jest tak przewrażliwiony, jak angielska guwernantka czy socjalistyczny lider. Miał zwyczaj obgadywania przyjaciół za ich lecami".

 

I dalej zapis w pamiętniku: "To procedura jego wizyty była tak nużąca: dla mnie, która miałam prywatne kontakty z brytyjską rodziną królewską, ten ceremoniał był czymś z innej planety, ale goście niemieccy chyba to uwielbiali, gdyż natura Niemców, a jeszcze bardziej Prusaków, wymaga bycia poddanymi, i pocą się z zachwytu gdy mogą strzelać obcasami i całować dłoń!

 

Krytykując ubiór Cesarza pisała: "Złoty wełniany szal oplatał jego szyję, a order św. Huberta, czy jak to się tam nazywa, zwisał gdzieś na nim. [ ... ] Z wielkim łańcuchem św. Huberta (noszącym napis w języku francuskim: Vive le Roy et ses chasses!) Cesarz nie rozstawał się nawet na polowaniu.


Lewą rękę Cesarz zawsze ukrywał w specjalnie skonstruowanej kieszeni. Mówiono o niej, że była uschnięta, ale widziałam ją i nie zgadza się to z prawdą: była zupełnie zdrowa, ale nigdy nie urosła - była ramieniem siedmioletniego dziecka. Cesarz w związku z tym nie mógł używać zwykłego widelca i noża, lecz zawsze woził ze sobą specjalnie skonstruowane sztućce. Stara mądrość mówi, że dusza i ciało muszą być w harmonii: jeśli ciało symetrii nie posiada, brak jej jest także duszy. Często myślałam, że Cesarz posiadł wiele cech charakteru, które odpowiadały jego defektowi fizycznemu: nigdy nie dojrzały!
Niemiłą cechą Wilhelma II było plotkowanie za plecami przyjaciół. O nas opowiadał, że bawimy się w chowanego na czworakach przy zgaszonym świetle, że ja kiedyś w czasie zabawy wykłułam oko mojej matce, która od tego czasu była prawie ślepa, i że moją ulubioną rozrywką było zjeżdżanie po schodach na Książu na srebrnej tacy, wszystko kompletne nonsensy. Zwykł to opowiadać ludziom, który już po paru godzinach donosili to mnie.
Największą jego słabością było przekonanie, które jest cechą wielu ludzi - uważał się za większego człowieka niż nim był naprawdę. Poradzić mu cokolwiek było bardzo trudne, gdyż uważał się za wielki autorytet w większości dziedzin. Z wielkim trudem szmuglowałam do niego wycinki z gazet na aktualne tematy polityczne. Było to ważne, gdyż jedyną gazetą, do której miał dostęp był specjalny przegląd prasy światowej przygotowany przez jego sekretarzy i drukowany złotą farbą, co było nieestetyczne i trudne do odczytania. 


Po odsunięciu Bismarcka od władzy Wilhelm II otoczył się niekompetentnymi ludźmi, głównie z tego powodu, że był zbyt słaby, by móc spojrzeć prawdzie w oczy i wolał kłamstwo i pochlebstwo. W historii będzie zapisany jako bezwolny pasażer czółna, które fala czasem wynosiła w górę, nie przeczuwający tego, że fala zatopi jego, jego dynastię i państwo i wszystko co reprezentował, cały dawny świat, monarchię rosyjską i habsburską, i wyłoni z siebie to niepojęte zło, które pod mianem bolszewizmu zaleje świat".

Polowanie w Anglii 1909 r. Z siostrą Selagh

Daisy w Pszczynie

Ponieważ żyła w otoczeniu myśliwych sama także brała udział w polowaniach, lecz nie była to jej ulubiona rozrywka. W swoich pamiętnikach wydanych drukiem w 2013 r. pt. "Lepiej przemilczeć" wspomina te polowania:

 

11 września 1907. Promnice.

 

"Po południu byłam z Hansem (mąż Jan Henryk XV Hochberg dop. autora) na polowaniu. Staliśmy za sztuczną ścianą, zbudowaną z jodeł z otworami strzelniczymi. Broń Hansa jest oczywiście wyposażona w teleskop (luneta dop. autora). Mając takie urządzenie, nikt chyba nie spudłuje. Jak Hans sam ironicznie zauważył, jest to "salonowe urządzenie". Zgadzam się, że nie jest to żaden sport, skoro jedyną umiejętnością myśliwego jest trafienie w z góry wybranego jelenia! Zabicie go na tak płaskim, jak tutejszy, teren, zza postawionej ściany, bez wcześniejszego tropienia i tylko dla zdobycia głowy do kolekcji, jest doprawdy zajęciem godnym starego, kulawego gentelmana. Prawdę mówiąc, polowania na jelenie w Niemczech są niczym innym, tylko próżną rywalizacją. Każdy właściciel lasów dąży do ustrzelenia jak największego samca, by wygrać puchar Cesarza. Moim zdaniem, polowania na sarny w Książu dostarczają więcej sportowych emocji, bo przynajmniej trzeba za nimi chodzić po górach i strzelać do nich zza prawdziwych krzaków lub drzew".

 

20 grudnia 1908 r. Książ.

 

"Przyjechałam tutaj wczoraj z Pszczyny. Polowania tam były pomyślne i radosne (...) Miałam okazję strzelić żubra. Siedzieliśmy wszyscy w małych, zbudowanych kryjówkach, do których weszliśmy po drabinach (ambony dop. autora), ukrytych w gąszczu ostrokrzewów. Trzy żubry podeszły blisko mnie i Lichnowskiego, ale specjalnie wtedy zakaszlałam, żeby je spłoszyć. Żal mi było mojego brata Jerzego i Potockiego, którzy pragnęli trofeum, ale nie zastrzelili żadnego. Za to Hrabia Tiele, Betka i Salm zabili po jednym. Jeżeli wiedziałabym, że Betka zamierzała wtedy oddać strzał, nie płoszyłabym ich. Hans powiedział, że nie miałby nic przeciwko temu jakbym wtedy jednago zabiła. Ale nic to, bo za to trafiłam trzy dzikie świnie, co jest dla mnie większą satysfakcją, bo strzela się do nich w ruchu. Strzelaliśmy też do bażantów, niektóre z nich nawet dość wysoko się wznosiły. Pomimo głębokiego śniegu, pogoda była łagodna".

 

11 maja 1909 r. Pszczyna.

 

"Właśnie wróciłam z "ekspedycji na polowanie", na którą wybrałam się sama. Wiem, że powinnam traktować to poważnie, ale nie mogę. Hans zajęty był cały dzień z Regierungsrat (urzędnik rządowy), Hanzel (synek) leżał przeziębiony w łózku. Dlatego, o trzeciej, zdecydowałam się jechać powozem na odstrzałIł! Relitz - Hansa Leibjäger - usadowił się z pistoletem i strzelbą na kożle, a ja na małym siedzeniu w środku, gdzie stał również mały kij z flagą na końcu do trzymania się podczas strzałów w pełnym pędzie, ale z tego jeszcze się nie śmiałam. Siedziałam sobie z nogami wsadzonymi do futrzanego worka, bo było zimno i kiedy wyjechaliśmy z parku na starą, dobrze mi znaną drogę do Promnic, zaczęłam czytać gazetę Daily Mail, gdzie trafiłam na kilka interesujących wieści (...) Skończyłam przeglądanie gazety akurat kiedy wjechaliśmy w las. Tam Bäcker, bardzo miły człowiek i tak samo jak Relitz, ubrany w piękny, zielony uniform Jagd'a (ale bez nowych rękawiczek) poprowadził nas do odludnego miejsca gdzie wysiadłam z powozu. Bäcker szedł pierwszy, za nim ja, a za mną Relitz z dwoma strzelbami na jednym ramieniu, składanym krzesłem w ręce i z zarzuconym na drugim ramieniu, moim płaszczem i - nie wiadomo dlaczego - workiem na nogi. Doszliśmy do bagnistej, ale ślicznej łąki, gdzie stała mała zielona budka, w której Bäcker zamknął mnie z Relitzem, workiem na nogi, strzelbami, składanym krzesłem oraz laskami i poszedł sobie, życząc nam na odchodnym "Weidmannsbeil" (Dobrego sportu). Próbowałam stanąć, ale nie mogłam, bo dach z gałezi jodły był za niski i kiedy się ruszyłam, prysznic małych brązowych igiełek spadał na mój kapelusz i szyję. Ewentualnie jakoć się usadowiliśmy i zobaczyliśmy pięć cietrzewi. Nie trafiłam żadnego pierwszym strzałem, bo nie mogłam trzymać się pewnie na nogach. Musiałam się położyć, żeby umieścić strzelbę w jednej z "dziur" i trzymać nogi szeroko rozkraczone. Oczywiście, szczęśliwy pan cietrzew i pani cietwierzowa odfrunęli. Kolejni zjawili się za jakiś piętnaście minut i wtedy ustrzeliłam jednego. Kiedy pół godziny później podjeżdżaliśmy pod pałac, Relitz wyciągnął przy bramie srebrną trąbkę. Powiedziałam mu: "Proszę nie dąć, przecież nic nie odstrzeliliśmy", on odpowiedział "Ach, Durchlautch, eins genug" (Ależ Wasza Wysokość, wystarczy, że jeden został zabity) i zadął. Gdy pojazd przekroczył przedsionek, czekał już tam na nas wyprostowany na baczność, jak z kamienia, nasz piękny wartownik w dwurożnym kapeluszu z laską a z pałacu wysypali się służący, Hannussek i dwaj kamerdynerzy. Hannussek, który pomógł mi wysiąść, ledwo powstrzymywał uśmiech, bo tak samo jak ja, zauważył absurdalność całej sytuacji. Nie mogłam dłużej wytrzymać i wbiegłam do domu, krztusząc się za śmiechu. Wciąż się z tego śmieję i nic na to nie poradzę, tyle zamieszania z powodu biednego, małego cietrzewia, leżącego smętnie na kożle pod nogami Relitza".

 

 

Ostatnia wspólna fotografia całej rodziny

Z odnalezionego dopiero niedawno aktu zgonu wynika, że księżna Daisy zmarła w nędzy dzień po swoich 70. urodzinach, 29 czerwca 1943 roku, o godzinie 19:30 w wałbrzyskiej willi na Friedlanderstrasse 43. Została pochowana w mauzoleum Hochbergów na terenie książańskiego parku, odprowadzana na miejsce ostatniego spoczynku przez służbę, dawnych urzędników dworskich, górników, licznie zgromadzoną ludność pamiętającą jej zasługi dla najbiedniejszych.

Mauzoleum Hochbergów - XVIII wiek

Kaplica grobowa rodziny Hochbergów zwana powszechnie mauzoleum zlokalizowana jest na południowy wschód od zamku, na Topolowej Górce  niem. Papelberg, przy południowej bramie parku. Obiekt wybudowany został na początku XVII wieku jako drewniany pawilon tzw. sommerhaus. W 1734 roku został on zastąpiony przez murowany Lusthaus wzniesiony przez Felixa Hammerschmidta, autora barokowej przebudowy budynku głównego zamku.

Później wszystko jest już zagadką i tajemnicą. Ponieważ zgodnie z ostatnią wolą księżna została pochowana ze swoimi słynnymi perłami, uwielbiająca ją służba bała się, że grób zostanie zbezczeszczony przez złodziei cmentarnych. Dlatego trumna ze szczątkami księżnej była kilkakrotnie przenoszona w różne miejsca. Prawdopodobnie tuż przed tym, gdy do Wałbrzycha zbliżyły się wojska Armii Czerwonej w 1945 roku, służba księżnej przeniosła jej dębowo-ołowianą trumnę do parku, do nieoznakowanego grobu. Rosjanie wiedząc o bogactwie Hochbergów zniszczyli groby w mauzoleum i sprofanowali trumny w poszukiwaniu kosztowności, podobno zniszczyli też pewien grób poza mauzoleum, gdyż zwrócili uwagę na przepiękne kwiaty na nim rosnące. Czy znaleźli tam trumnę Daisy i ukradli perły? Prawdopodobnie nie, gdyż tej ilości i jakości perły w końcu pojawiłyby się na rynku biżuterii. Czy pereł w grobowcu nie było? Czy w takim razie ktoś je zabrał z ostatniego domu, w którym przebywała i umarła księżna?
Kochający ją ludzie, dawna służba, ogrodnicy i pokojówki, z narażeniem życia postanawiają ponownie przenieść z Książa doczesne szczątki ukochanej księżnej i pochować ją w bezpiecznym miejscu. Wybierają cichy cmentarz ewangelicki w Szczawienku (Nieder Salzbrunn), gdzie znajduje się upatrzony wcześniej pusty grób pewnego kupca. Kim była dla nich księżna Daisy za życia, że tak się troszczą o nią nawet po jej śmierci? Pamięć o pięknej księżnej, najpiękniejszej kobiecie Europy, filantropki, pacyfistki, bohaterskiej antyfaszystki i reformatorce społecznej pozostaje żywa i stanowi wspólne dziedzictwo Dolnego i Górnego Śląska. W 2012 roku powstaje Fundacja im. Księżnej Daisy von Pless (http://www.facebook.com/FundacjaDaisy), której jednym z fundatorów jest Zamek Książ i Urząd Miasta Wałbrzycha, a 2013 rok jest ogłoszony Rokiem Księżnej Daisy z powodu przypadających w tym czasie: 140. rocznicy jej urodzin i 70. rocznicy śmierci. Pszczyna ma w Rynku ławeczkę z rzeźbą siedzącej księżnej, a wałbrzyska willa, w której zmarła, ma być przekształcona w multimedialne muzeum poświęcone jej pamięci.

Ówczesny świat znał Daisy von Pless jako typową angielską piękność, złotowłosą, ze wspaniałą cerą, świetną figurą i wielkim urokiem osobistym. Umiała pięknie się poruszać, jeździć na koniu, polować, strzelać, żeglować, śpiewać, grać i tańczyć, wszystko doskonale. Odznaczała się poza tym wysoką inteligencją i wielkim poczuciem humoru, co odzwierciedla się na kartach wspomnień. Nie bała się nigdy powiedzieć prawdy, o sobie, swojej rodzinie czy przyjaciołach, ale nigdy nie zniżała się do powtarzania skandalicznych plotek. (Prawdę mówiąc jestem zafascynowany jej postacią i tragicznymi losmi - dop. autora).

  

Ze wspomnień Daisy von Pless: "Gdy przybyłam do Pszczyny, zobaczyłam tam wielki biały pałac, który mój teść wybudował w 1870 roku na miejscu starszego zamku. Styl był pseudofrancuski, powszechny w Niemczech w tamtych czasach, a w środku stała masa ciężkich pozłoconych mebli, które uważano za francuskie, podczas gdy były niezręcznymi niemieckimi imitacjami. Pałac otaczał wielohektarowy park z. tarasami, ogrodami i dość banalnymi posągami. Masa przepychu i luksusu, bez odrobiny komfortu i wygody, bez ani jednej łazienki poza moją osobistą, urządzoną dla mnie przez męża, ze ścianami pokrytymi złotą mozaiką (została później przeniesiona na Książ). Cała służba i wszyscy urzędnicy zgotowali mi powitanie odziani w swe liberie i mundury. I w Pszczynie, i na Książu personel był zorganizowany na modłę wojskową i codziennie odbywał rodzaj musztry. Służące nosiły śląski strój ludowy w kolorach ciemnoczerwonym i srebrnym. Lokaje paradowali na schodach w niebieskich kurtkach, białych pończochach i białych rękawiczkach, co mi się wydawało niegustowne. Ich potworna ilość dziwiła mnie i przerażała. Podobały mi się tylko pokojówki w krótkich szkarłatnych spódniczkach, białych fartuszkach i czepkach i z włosami zaplecionymi w warkocz - wydawały mi się zabawne.
Ceremoniał był dla mnie przeraźliwie nużący. Nie znałam niemieckiego i nie umiałam wyrazić swych życzeń. Jeśli chciałam przejść z jednego pokoju do drugiego, musiałam zadzwonić dzwonkiem, służący otwierał drzwi, a przede mną szedł cały czas lokaj. Pragnęłam tylko znaleźć spokojny kąt, by tam usiąść i czekać aż przyjdzie poczta z Anglii. Gdy tylko nauczyłam się trochę niemieckiego, wyjaśniłam służbie, że owe ceremonie uważam za niepotrzebne, że sama potrafię otworzyć drzwi i położyć się do łóżka. Wywołało to głębokie niezadowolenie mojego męża, który uznał to za ingerencję w obowiązki służby i konflikt na ten temat trwał do końca małżeństwa" (...) Teść kochał Pszczynę, która mi nigdy nie odpowiadała.

 

Zamek w Pszczynie

Nie ma już w Książu księżnej Marii Teresy Olivii, zwanej Daisy – Stokrotką, skoligaconej z brytyjskim high society. Wzięła z sobą do grobu tajemnicę legendarnych pereł, które wraz z jej doczesnymi szczątkami ukryto w nieznanym miejscu. Dzisiaj bardziej żywa jest pamięć o Stokrotce niż o jej mężu – Janie Henryku XV von Hochberg o przyznanym mu przez Cesarza Wilhelma II tytule arcyksięcia von Pless. Nie żyją też synowie magnata o imionach przekazywanych wiekową tradycją: Henryk, Konrad, Bolko. (...) Małżonek księżnej Daisy – Jan Henryk, obejmując w posiadanie renesansowy zamek, był piętnastym z kolei dziedzicem tego imienia. W bajkowej scenerii podejmowano tu nie lada gości: Cesarza Wilhelma II, Franciszka Józefa I, Cara Mikołaja II. Daisy, córka pułkownika armii królewskiej, zubożałego arystokraty Cornvallisa Westa, brała ślub w londyńskiej katedrze, a weselne przyjęcie wyprawiono w pałacu rosyjskiej księżnej Dołgoruki, zaprzyjaźnionej z rodziną panny młodej. Ogólny zachwyt gości, także i przyszłego króla Jerzego z małżonką, wzbudził ślubny podarek niemieckiego teścia dla angielskiej synowej – złota korona, szczodrze wysadzana prawdziwymi brylantami.

 

Opuszczając rodzinny kraj, Daisy była pełna nadziei na szczęśliwy związek z Janem Henrykiem. Złudne marzenia! Wkrótce napisze z goryczą: „Kochał mnie jak piękny mebel, a naprawdę to kochał tylko konie, wyścigi, polowania i Cesarza Wilhelma II”.

Ona – pełna fantazji, otwarta na dziejące się wokół wydarzenia, interesująca się literaturą, sztuką, polityką, a on – w drodze do kariery dyplomaty, polityka, schlebiający uniżenie możnym tego świata. Z próżności obsypywał żonę kosztowną biżuterią, nie żałując pieniędzy na oprawę, na wspaniałe toalety; niech błyszczy na przyjęciach, na balach, niech ściąga spojrzenia znaczących osobistości. Angielce nie imponowały zaszczyty płynące z niemieckich dworów, śmieszył ją pałacowy ceremoniał. Poziomem intelektualnym, talentami artystycznymi przewyższała środowisko. Irytował ją sam Cesarz Niemiec. Bystra obserwatorka w autobiograficznym dziele „Taniec na wulkanie” stwierdzi, że: „Nie był to mędrzec. Pochlebstwami i przymilaniem się można go było zaprowadzić wszędzie, nawet w najbardziej głupią sprawę, a co gorsza – w wojnę. A gdybym była stara, brzydka i zaniedbana, nie rozmawiałby ze mną, tak jak to czyni podczas wizyt, ale odesłałby mnie zapewne – tak jak swoje rodaczki – do kuchni, do wychowywania dzieci i na pacierze do kościoła”.

Z małżonkiem Janem Henrykiem łączyła ją głównie pasja do podróży. Bywali często w Paryżu, w Rzymie, wyprawiali się na egzotyczne lądy, pływali motorowym jachtem po dalekich morzach. Młodej księżnej czas mijał nie tylko na wojażach, lecz także na rodzeniu dzieci. Powiła ich czworo; pierworodna córeczka zmarła w niemowlęctwie. Potem przyszło na świat trzech synów: w 1900 roku – Henryk, pięć lat później – Aleksander, a w 1910 roku – Bolko, przyczyna wielkich strapień matki pod koniec życia. Przed pierwszą wojną światową Daisy jest młodą jeszcze, bo niespełna czterdziestoletnią kobietą i nie staje się przez potrójne macierzyństwo dostojną matroną, przestrzegającą sztywno zasad dworskiej etykiety. Te lata spędza głównie we wspaniałym zamczysku w Pszczynie i w ulubionej siedzibie w Książu.

Ostatnie lata jej życia były tragiczne. Najmłodszy syn, zaaresztowany przez Niemców, zmarł po wyjściu z więzienia. Najstarszy, który przyjął polskie obywatelstwo, żył na emigracji. Średni służył w polskiej armii w randze oficera.

Małżeństwo księcia z Daisy skończyło się rozwodem, a koniec Hochbergów znaczony był skandalami. Okoliczności związku najmłodszego ich syna Bolka z macochą Klotyldą komentowano jako wielki skandal międzywojennej Europy. Bolko i Klotylda wzięli ślub i mieli dzieci, ale ten związek nie trwał długo. W 1936 r., po wyjściu z więzienia Gestapo, Bolko zmarł w wieku 26 lat w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Klotylda od 1934 r. mieszkała w Monachium i tam zmarła w 1978 r. Podczas wojny hitlerowcy przejęli majątki Hochbergów, a oni sami już nigdy nie wrócili na Śląsk. Hans Henryk XVII po wojnie pozostał w Anglii i tam zmarł bezpotomnie w 1984 roku. Dzisiaj szóstym księciem pszczyńskim jest Bolko Hochberg von Pless, syn Klotyldy i hrabiego Bolka.

 

Ona sama, sparaliżowana i z zanikiem pamięci zamieszkała na starość w Książu i podobno nieświadoma nawet była, że Anglia i Niemcy prowadzą ze sobą nową wojnę. Dawna pompa i świetność zniknęły, tak samo jak tysiące służby, karoce, prywatny pociąg i sznury pereł. Jej radość z ich posiadania była zawsze jak radość dziewczynki w wieku szkolnym z nowej sukienki. W pretensjonalnym świecie była najmniej snobistyczną osobą, jaką była w okrutnej rzeczywistości. Jaśniała radością i uprzejmością. Miała na świecie tylko jednego wroga – samotność, która ją w końcu pokonała.

Macierzyństwo księżnej przyniosło jej bolesne chwile. 25 lutego 1893 roku podczas wizyty w Anglii przyszła na świat pierworodna córka Plessów, niestety żyła tylko do 11 marca i nawet nie zdążono jej ochrzcić, ani nadać imienia. Bezimienna córeczka spoczywała w Mauzoleum Hochbergów w Książu do maja 1945. Na następne dziecko małżonkowie czekali latami, Daisy konsultowała się z ginekologami z Anglii i Niemiec. 2 lutego 1900 roku w Berlinie urodził się Hans Heinrich, XVII książę pszczyński, zwany w rodzinie Hanselem (zm. 26 stycznia 1984). Ponieważ do chrztu młodego dziedzica trzymali Cesarz niemiecki Wilhelm II Hohenzollern oraz Edward VII (właśc. Albert Edward) dodatkowo dostał imiona Wilhelm Albert Edward.

 Hans Heinrich XVII (Hansel) Wilhelm Albert Edward hrabia von Hochberg, baron zu Fürstenstein, IV książę von Pless (ur. 2 lutego 1900 w Berlinie, zm. 26 stycznia 1984 na Londynie).  Otrzymał imiona po przodkach – Hans Heinrich, ale wśród najbliższych był nazywany Hanselem.

Hansel był wychowywany na następcę książęcego tronu. Uczył się oprócz niemieckiego i angielskiego także francuskiego i polskiego. Jego ojcami chrzestnymi byli Cesarz Wilhelm II (27 stycznia 1859 – 4 czerwca 1941) i król Edward VII. Mimo wymagań związanych z wychowywaniem go na dziedzica Daisy, gdy tylko przebywała z Hanselem, starała się spędzać z nim co najmniej godzinę, co w Książu ułatwiała specjalna klatka schodowa łącząca jej apartamenty z pokojami dziecięcymi. Chciała wychowywać synów w duchu angielskim, a nie w pruskim drylu. Szczególnie urodzony w Londynie Lexel, którego ojcem chrzestnym został przyszły król Jerzy V, miał zostać „nieuleczalnym” Anglikiem, choć w późnych latach 30. kreował się ostentacyjnie na Polaka. Daisy nie przebywała często z synami, ale starała się, by mieli w Książu takie dzieciństwo, jakie sama spędziła w Newlands. Chłopcy mogli bawić się w zamku z dziećmi służby.

Hansel

Hansel 4 grudnia 1924 roku ożenił się z rozwiedzioną bawarską arystokratką, Marią Katarzyną von Berckheim (1896–1994), córką hrabiego Klemensa Schönborna-Wiesentheida, zwaną Sissy. Małżeństwo pozostało bezdzietne, rozwód nastąpił w 1952 roku. W 1958 roku w Londynie Hansel ożenił się ponownie, z Mary Elizabeth Minchin (ur. 1930), z którą rozwiódł się w 1971 roku. Również nie mieli dzieci. W czasie II Wojny Światowej, po początkowym internowaniu z powodu niemieckiego pochodzenia, książę wstąpił do armii brytyjskiej. Po wojnie prowadził skromny żywot w Anglii jako pan Henry Pless.


Pierwszego lutego 1905 roku przyszedł na świat Aleksander Friedrich Wilhelm  zwany Lexelem (zm. 22 lutego 1984 roku).

Lexel

Alexander (Lexel) Friedrich Wilhelm Georg Konrad Ernst Maximilian hrabia von Hochberg, baron zu Fürstenstein, V książę von Pless (ur. 1 lutego 1905 r. w Londynie, zm. 22 lutego 1984 r. na Majorce). Zmarł 22 lutego 1984 roku. Był tytular nym księciem pszczyńskim przez niecałe 4 tygodnie po śmierci brata Jana Henryka XVII zmarłego również w 1984 roku. Następcą Aleksandra jest bratanek Bolko Hochberg von Pless (ur. 1936 r.).

Młodszy brat Hansela, Aleksander zwany przez wszystkich Lexel miał zupełnie inną naturę. Wysoki, podobny do matki, był niewątpliwie jej ulubieńcem. Szczerze nie znosił nauki i szkoły. Oddzielony podczas wojny od matki, stał się rozbrykanym nastolatkiem, z którym zmieniający się w szybkim tempie guwernerzy, nie dawali sobie rady. Mając 15 lat, w 1920 roku, przeszedł na katolicyzm, co w gorącym okresie przed plebiscytem na Śląsku, przyczyniło się do podgrzania atmosfery wokół książąt pszczyńskich. Krok ten podyktowany był staraniami Plessów o koronę Królestwa Polskiego dla Aleksandra. Skończyło się jedynie na kandydowaniu. Lexel uwielbiał szybkie samochody i drogie lokale, dla Daisy był jej „ukochanym, małym londyńczykiem”. Rzeczywiście całą swoja postacią uosabiał typ bogatego, młodego Anglika z lat dwudziestych, czerpiącego pełną garścią z uroków życia. Problem w tym, że z biegiem lat Aleksander nie był już chłopcem, któremu wiele się wybacza. Z czasem jego ekscesy były o wiele poważniejszej natury i sprawiały obojgu rodzicom wiele bólu. Przystojny, niebieskooki blondyn od zawsze wolał towarzystwo mężczyzn. Jako nastolatek został przyłapany przez ojca z jednym z chłopców stajennych z Książa. W gronie młodych mężczyzn brał udział w nieobyczajnych zabawach, a jedna z nich zakończyła się głośnym skandalem, które nie dało się już wyciszyć.

Seksualne igraszki Lexla zakończyły się tragedią i sprawa znalazła się w sądzie. Aleksander wyszedł z procesu bez szwanku, lecz główny świadek oskarżenia popełnił samobójstwo. Afera pociągnęła za sobą ostracyzm towarzyski Lexla. Ojciec zdecydował się usunąć potomka z Książa i wysłać go do Wrocławia, a później do Wołowa. Na koniec książę wylądował w Oxfordzie, gdzie bez przekonania pobierał nauki. Nie doszły do skutku plany ożenienia Aleksandra z rumuńską księżniczka Ileaną. Choć para była już oficjalnie zaręczona, a prasie ukazały się nawet ich wspólne zdjęcia, zaręczyny zostały zerwane przez dwór rumuński. Powodem był nie stanowiący już tajemnicy homoseksualizm Plessa. Dorosły Aleksander przyjął obywatelstwo polskie i w 1936 r. zamieszkał na stałe w Polsce, którą opuścił w 1939 roku, wywożąc swoją owdowiałą bratową Klotyldę i jej dzieci. Walczył w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie pod nazwiskiem Pszczyński. Dosłużył się stopnia podporucznika.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                    

Przez pewien czas był w osobistej ochronie gen. Władysława Sikorskiego, potem został tłumaczem w misji wojskowej na Bliskim Wschodzie, z II Korpusem Polskim wziął udział w bitwie pod Monte Cassino. Nigdy się nie ożenił, był gejem. Po wojnie prowadził bezskuteczne starania o odszkodowanie za postawiany w Polsce majątek. Później prowadził dostatnie życie w USA, a następnie w willi na Majorce. Zmarł tam w 1984, zaledwie kilka tygodni po swym bracie. Jego cały majątek (m.in. wiele pamiątek z Książa) zapisał swojemu wieloletniemu partnerowi, który do dziś mieszka na wyspie.

 

Bolko Konrad Friedrich

Narodziny trzeciego syna, Bolko Konrada Friedricha, w klinice Gross-Lichterfelde pod Berlinem 23 września 1910 roku poprzedziło pogorszenie stanu zdrowia księżnej, poród był bardzo ciężki, a u dziecka rozpoznano wadę serca i źle rokowano, co do dalszego życia. Bolko przeżył, ale Daisy, u której po porodzie zdiagnozowano zatory i skrzepy zagrażające życiu, miała już nigdy nie powrócić do pełnego zdrowia i odtąd cierpiała na nasilające się problemy z nogami. Mogły to być początki stwardnienia rozsianego.

Najmłodszy syn Daisy, Bolko Konrad, chorował i większość życia spędził w Książu. Po rozwodzie z Daisy jego ojciec 25 stycznia 1925 ponownie ożenił się z Hiszpanką Klotyldą Silva y Gonzales de Candamo (ur. 19 lipca 1898, zm. 12 grudnia 1978) z markizów Aricicolar. Małżeństwo to zakończyło się wielkim skandalem, ponieważ Klotylda i nastoletni Bolko wdali się w romans.

Hrabia Bolko w chwili romansu z macochą miał 15 lat ...

... a Klotylda miała 27 lat

Schorowany książę początkowo płacił ich rachunki i milczał. W 1934 r. rozwiódł się jednak z żoną i zmusił syna do jej poślubienia. Za dzieci z ich związku uznano Beatrice (ur. 1929) i zmarłego przedwcześnie Konrada (ur. 1930), już po ślubie przyszli na świat Hedwig zwana Gioią (ur. 1934) i obecny książę Bolko VI Hochberg von Pless (ur. 1936).

Klotylda i Jan Henryk von Hochberg XV

W 1936 roku młody hrabia został aresztowany przez gestapo w Gliwicach, rzekomo za nieuregulowane rachunki. W więzieniu raczej nie był torturowany, ale odmówiono mu dostępu do leków, co prawdopodobnie spowodowało jego śmierć. Według niektórych źródeł, już wcześniej był poważnie chory. Zmarł 2 miesiące po zwolnieniu, 22 czerwca, w pałacu w Pszczynie. Żeby zapłacić za niego kaucję, Daisy przygotowała do wyceny swój legendarny naszyjnik z pereł, a stary książę interweniował u Joachima von Ribbentropa.

Bolko von Hochberg

Jeszcze za życia Daisy jej synowie pokłócili się ze sobą z powodów majątkowych i światopoglądowych. Hans Heinrich XV poparł ostatecznie młodszych synów i odwrócił się od dziedzica. Lexel i Hansel utrzymywali do końca życia jedynie sporadyczne kontakty.

Z ustaleń Barbary Borkowy, autorki książki „Siostry” wynika, że w 1936, kiedy schorowany syn księżnej Bolko został aresztowany przez gestapo i przebywał w więzieniu w Gliwicach, księżna zwróciła się do wrocławskiej firmy o ekspresową wycenę swojej biżuterii. Firma dokonała tej wyceny, dziś znajduje się ona w archiwum muzeum w Pszczynie – mówi Mateusz Mykytyszyn.
Konserwator zabytków z Bielska-Białej, Marta Dąbrowska, badaczka strojów i biżuterii Daisy, ustaliła, że sznur pereł mógł wtedy zostać pocięty i sprzedany, prawdopodobnie po to, żeby można było wyciągnąć Bolka z więzienia. Niestety, po uwolnieniu syn Daisy, który nie dostawał przez dwa miesiące lekarstw, wkrótce zmarł.
- Jednak mamy także relację jednego z pracowników Dyrekcji Dóbr Książęcych, która działała przy ul. Zamkowej w Wałbrzychu, że w marcu 1946 funkcjonariusze UB komisyjnie otworzyli wielki sejf Hochbergów w ówczesnej dyrekcji dóbr książęcych mieszczącej się w pałacu Czetrittzów. Wcześniej Hochbergowie zgromadzili tam wszystko, co jeszcze mieli cennego po przejęciu zamku Książ przez III Rzeszę. Pracownik ten był przy tym obecny i w liście do żony najstarszego syna Daisy, Marii Katarzyny, twierdził, że w sejfie znajdował się zarówno sześciometrowy sznur pereł, jak i ametystowe kolczyki, diadem, brosza i korona „Hrabiny świętego cesarstwa rzymskiego narodu niemieckiego”, którą Daisy podarował jej teść. Polacy uznali znalezisko za wielki skarb i odjechało ono w kierunku Krakowa, a ślad po nim zaginął. W 2012 roku na wystawie „Od faraona do Lady Gagi” w Muzeum Narodowym pojawiły się ametystowy komplet biżuterii Daisy – kolczyki, diadem i brosza. Wypożyczano je potem dla muzeum w Pszczynie. W latach 70-tych zostały one przekazane Muzeum Narodowemu jako depozyt Narodowego Banku Polski. Możliwe więc, że i pozostałe klejnoty wciąż znajdują się w Polsce – mówi Mateusz Mykytyszyn.
Co natomiast z opowieścią o pochowaniu księżnej w sześciometrowym sznurze pereł? To jakoby miało uchronić jej potomków czy potencjalnych nabywców przed skutkami klątwy poławiacza, która miała tłumaczyć dramaty życiowe, jakich nie brakowały w biografii Daisy. Prawda znowu jest skromniejsza. – Pod koniec życia księżna posiadała krótki naszyjnik z pereł, który nosiła przez cały czas i w którym rzeczywiście została pochowana. I to on, a także obrączka, którą miała na ręce, zostały zrabowane, gdy złodzieje znaleźli i rozbili jej trumnę – wyjaśnia prezes Fundacji Księżnej Daisy von Pless. – W obu tych historiach zgadza się tylko jedno. Daisy uwielbiała perły przez całe życie i chętnie je nosiła. Z jednej strony, póki pamiętamy, że legenda jest tylko legendą, niech daje natchnienie pisarzom i innym twórcom, z drugiej strony fakty historyczne muszą być prezentowane zgodnie z prawdą.
Książęca rodzina Hochbergów pożegnała się ostatecznie z zamkiem Książ w październiku 1944 roku. Starożytna siedziba rodowa została sprzedana władzom prowincji śląskiej w zamian za wymazanie 7,8 mln marek długów ciążących na majątkach księcia von Pless i jego spadkobierców. Jedyną przedstawicielką rodziny pozostającą na Śląsku była wówczas księżna Marie Catherine, żona księcia Hansa Heinricha XVII. Sisi, bo tak nazywali ją pieszczotliwie krewni, za swoją rezydencją obrała wówczas Pszczynę, po wcieleniu do III Rzeszy, noszącą na powrót nazwę Pless. Książ stał się zaś miejscem barbarzyńskiej przebudowy, a z wielkiego, obejmującego niegdyś 4 prywatne miasta i kilkadziesiąt wsi latyfundium Hochbergów pozostał w ich rękach jedynie kompleks pałacowy w Wałbrzychu. To w dawnym, znacznie rozbudowanym pod koniec XIX wieku przez Hansa Heinricha XI renesansowym dworze Czettritzów, znajdowała się generalna dyrekcja wałbrzyskich kopalń i pozostałych dóbr rodziny książęcej. Kompleks który dziś mieści Państwową Wyższą Szkołę Zawodową im. Angelusa Silesiusa w Wałbrzychu do maja 1945 roku był oficjalną i jedyną już rezydencją Hochbergów na Dolnym Śląsku, na którym zamieszkiwali przez prawie 800 lat.

Ostatnią przedstawicielką rodziny zamieszkującą stale zamek Książ, a po 1935 roku właściwie jego oficyny, była księżna Daisy. Matka dziedzica opuściła jednak Książ wczesną jesienią 1941 roku i z jego polecenia została przeniesiona do willi w kompleksie pałacowym w Wałbrzychu. W sąsiedniej mieszkał przez lata znienawidzony dyrektor kopalń książęcych August Keindorff. W mieście, w którym większość mieszkańców żyła z pracy w kopalniach jej byłego męża Hansa Heinricha XV, zmarła w osamotnieniu 29 czerwca 1943 roku. Jej najmłodszy syn Bolko nie żył od 1936 roku, Hans z którym zdążyła się pogodzić przed śmiercią umarł w 1938, a średni syn Aleksander przebywał na wojennej tułaczce po Francji i Włoszech. Jedyną krewną, która od czasu do czasu odwiedzała księżną Daisy była synowa Sisi. To właśnie żona internowanego wówczas w Anglii Hansa Heinricha XVII nadzorowała z Pszczyny wałbrzyski majątek Plessów, a właściwie to co niego pozostało.
Klejnoty rodowe Hochbergów, m.in. te należące do żony Hansa Heinricha XI, księżnej Marii czy znana z ikonicznej fotografii Daisy w studio La Fayette, diamentowa korona hrabiny świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego były przechowywane w sejfie w siedzibie generalnej dyrekcji w Waldenburgu jeszcze w latach 30-tych. Kłopoty finansowe Hochbergów sprawiły, że wiele z nich, rzekomo także słynna korona czy 6-metrowy sznur pereł Daisy został sprzedane lub zastawione. Niespodziewanie istniejący do dziś ogromny sejf zaczął się ponownie wypełniać już w lipcu 1944 roku. Wobec rosnącego zagrożenia działaniami wojennymi księżna Marie Catherine podjęła decyzję o ewakuacji z rezydencji w Pszczynie najcenniejszych sprzętów. W pierwszej kolejności wysłano więc srebra stołowe do zamku w Wałbrzychu (siedzibę administracji książęcej zwano wówczas powszechnie Schloss Waldenburg). Duży ich transport odszedł w lipcu 1944 roku, drugi po wielu perturbacjach na początku listopada. Z tego ostatniego zachował się szczęśliwie spis sreber, który wykazuje: herbaciany komplet sztućców złożony z 22 obiektów (dzbanki, cukierniczki, mleczniki, kociołki na wodę, sitka, szczypce, miseczki) oraz kompleks sztućców do pierwszego śniadania, złożony z 407 sztuk łyżek, widelców, noży, misek, sosjerek, tac, świeczników, salaterek. Znakomita większość sztućców wykazywała próbę srebra 800, były także obiekty posrebrzane i platerowe. Trzeci transport obejmujący pozostałą część rodowych sreber nie doszedł do skutku i pozostały one w Pszczynie. Ewakuowane zostały także niektóre pamiątki rodzinne w postaci portretów, fotografii i bibelotów, być może także cześć porcelany, wreszcie pamiątki po wizycie w zamku Cesarza Wilhelma II, przewiezione następnie do Wałbrzycha bądź do Bawarii. Majątek pszczyński przekazywał protokolarnie Józef Achtelik, a odbierali w Wałbrzychu, także poświadczeni podpisami sekretarz Hansa Heinricha XVII, Joseph Schary oraz pokojówka nieżyjącej od ponad roku księżnej Daisy, Angielka z pochodzenia, miss Dorothy („Dolly”) Crowther. Ostatni udokumentowany transport dotarł do Wałbrzycha 3 listopada 1944 roku.

Osobiste klejnoty księżnej Daisy i pozostałe precjoza Hochbergów pozostały w Wałbrzychu do końca wojny. Zostały odkryte po przejęciu kompleksu przy ul. Zamkowej przez Polaków w grudniu 1945 roku. O tym jak przebiegały początkowo losy wałbrzyskiego skarbu Hochbergów poinformował księżnę Sissy w liście, sekretarz jej męża Joseph Schary. „Pod koniec wojny, poza osobistą biżuterią zmarłej księżnej Daisy, znajdowało się tam od dwunastu do piętnastu szkatuł, pudełek i skórzanych toreb zawierających biżuterię oraz złote i srebrne obiekty z zamków Książ i w Pszczynie. Wśród nich biżuteria rodzinna, która nie została sprzedana w połowie lat 30-tych. Nie wiem dokładnie co się w nich znajdowało, ale podczas objęcia zamku przez Polaków 6 stycznia 1946 roku, kiedy to specjalnie wywleczono mnie z mieszkania, ciągle był tam słynny 6-7 metrowy sznur pereł, diadem z diamentów, kilkanaście bransolet, kolczyki, naszyjniki, pierścionki etc. Polacy uznali je za wielki skarb. Kilka tygodni później musiałem się stawić na przesłuchanie przez Służbę Bezpieczeństwa (później także KGB), które trwały po kilka godzin, ponieważ nie poinformowałem oficjeli, że książę von Pless zostawił w Wałbrzychu biżuterię, kiedy opuścił tutejszy majątek. Łup został wywieziony 17 marca 1946 roku w nocy, pod eskortą uzbrojonej żandarmerii wojskowej w kierunku Krakowa”.
 
Tyle dowiadujemy się z listu znajdującego się dziś w spuściźnie po zmarłym w 1984 roku Hansie Heinrichu XVII. Papiery ostatniego Hochberga na Książu są dziś w rękach jego drugiej żony, Mary Ashwton w Wielkiej Brytanii. Logika nakazuje wierzyć, że gdy w sprawę zaangażowało się KGB, skarb Hochbergów podzielił losy ich zachwycającej, książańskiej biblioteki i wyjechał do ZSRR. Ogromne więc było zdziwienie wielbicieli księżnej Daisy i wałbrzyskich tajemnic, kiedy jej zachwycające klejnoty z fioletowymi ametystami pojawiły się w 2012 roku na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie na głośnej wystawie „Wywyższeni, od faraona do Lady GaGi”. Autentyczność garnituru biżuterii poświadczyła badaczka jej klejnotów, konserwator zabytków z Bielska-Białej, Marta Dąbrowska. Na przepiękny francuski wyrób z przełomu XIX i XX wieku składa się pięć elementów: devant de corsage (brosza-wisior) w szerokiej oprawie z diamentami oprawionymi w srebro i ametystami oprawionymi w złoto, złoty diadem w formie opaski z diamentami i ametystami, broszka w kształcie serca w oprawie brylantowej z perłą w zwieńczeniu oraz diamentowo-ametystowe kolczyki. Biżuteria znalazła się na wystawie jako depozyt pozyskany w 1974 roku z Narodowego Banku Polskiego. Muzeum Narodowe w Warszawie zdecydowało się na powtórne wypożyczenie klejnotów w 2013 roku na głośną wystawę „Klejonty Księżnej Daisy” w Muzeum Zamkowym w Pszczynie. Miasto partnerskie Wałbrzycha po dziesięcioleciach przerwy na powrót gościły klejnoty najsłynniejszej mieszkanki obu miast. Tym razem już nie na jej łabędziej szyi, ale w szczelnych i mocno strzeżonych, szklanych gablotach. Oprócz ametystów w Pszczynie mogliśmy zobaczyć także kolejny zachwycający wisior devant de corsage, tym razem z jasnoniebieskimi akwamarynami z oprawą z gałązek brylantowych z perłami. Oznacza to, że klejnotów Daisy jest więcej i nadal znajdują się na ternie Polski! Czy skarb Hochbergów, który wyjechał z Wałbrzycha w 1945 roku „w kierunku Krakowa”, kiedykolwiek do niego wróci?(źródło: Mateusz Mykytyszyn, Fundacja Księżnej Daisy von Ples)

Zamek Książ - widok współczesny

Spis biżuterii księżnej Daisy sporządzony w Książu w 1936 roku. Spis niekompletny, wymieniona jedynie część biżuterii, którą księżna zdecydowała się sprzedać. W jej posiadaniu była wówczas większa ilość klejnotów. Wycena przeprowadzona przez „Gebrüder Sommé” 15 grudnia 1936 roku.
 
BRANSOLETKI:
brylantowa bransoletka z dziesięcioma perłami (nr 21) 400 Mk
brylantowa bransoletka z czterema perłami (nr 22) 1300 Mk
DIADEMY:
korona z brylantami (brak małych kamieni) (nr 27) 10 100 k
diadem ametystowy (nr 1 – element garnituru) 7200 Mk
KOLCZYKI:
dwa kolczyki ametystowe (nr 1 – element garnituru) 300 k
dwa kolczyki ametystowe (nr 6) 250 Mk
dwa kolczyki (brak perły) (nr 14) [brak ceny]
kolczyk szmaragdowy z brylantami (nr 18) 400 Mk
dwa kolczyki z imitacjami pereł (brak perły) (nr 26) 230 Mk
INNE:
wisior z kamieniami górskimi (nr 15) 20 k
brylantowa igła z małymi rubinami (brak kamieni) (nr 20) 600 Mk
 
Biżuteria księżnej Daisy – stan z dn. 21 lipca 1943 roku. Spis wykonany po śmierci księżnej przez Maxa Neumana w Wałbrzychu:
BROSZKI:
broszka z czterema perłami i brylantami (nr )
broszka z dużym turkusem oprawionym w brylanty (nr 7)
broszka z zielonymi kamieniami i wisiorkami (prawdopodobnie nieprawdziwe indyjskie kamienie) w oprawie brylantowej (nr 8)
dwie złote broszki pamiątkowe z regat (nr 11)
broszka „M A J” z okruszkami brylantów i szafirami (nr 12)
NASZYJNIKI:
sznur z siedemdziesięcioma pięcioma perłami ze wstążką z brylantów (nr 3)
dwa naszyjniki ze złotem i emalią (nr 13)
sznur z imitacją pereł – sto dużych pereł (nr 14)
BRANSOLETKI:
złota bransoleta z perłami i brylantami (nr 2)
złota bransoletka pamiątkowa z regat (nr 10)
INNE:
dwa kolczyki wiszące z perłami (nr 4)
złoty zegarek damski z łańcuszkiem z perłami, szafirami oraz brylantami (nr 5)
agrafa do kapelusza z dwoma perłami (nr 6)
pierścionek z dużym brylantem i trzema drobnymi brylantami (nr 9)
Spisy biżuterii pochodzą z Archiwum Państwowego w Katowicach Oddział w Pszczynie zostały przetłumaczone i opatrzone cytowanym komentarzem przez Martę Dąbrowską i Otylię Czyż. (źródło: http://www.zloty-pociag.com)

W Muzeum Zamkowym w Pszczynie ponownie można oglądać biżuterię księżnej Daisy von Pless. O to, aby klejnoty ponownie wróciły do Pszczyny, Muzeum Zamkowe zabiegało od kilku miesięcy. Po raz pierwszy (i ostatni) klejnoty można było tu oglądać od 4 czerwca do 30 listopada 2013 roku. Teraz pozostaną znacznie dłużej, bo aż do końca czerwca 2020 roku.
Co konkretnie można podziwiać? - Między innymi garnitur wykonany ze złota, srebra, diamentów oraz ametystów, składający się z diademu, klipsów, niewielkiej broszy w kształcie serca oraz większej broszy-wisiora w typie wiktoriańskim tzw. devant de corsage - wymienia Sylwia Smolarek- Grzegorczyk. Wystawiona jest także brosza-wisior devant de corsage - z akwamarynów w oprawie ze złota, srebra, brylantów i pereł. - Całość uzupełnia dotychczas jeszcze nie pokazywana należąca do arystokratki srebrna tacka z grawerowanym imieniem Daisy w otoku ze stokrotek zwieńczonym koroną książęcą, także pochodząca z kolekcji warszawskiego muzeum - mówi Sylwia Smolarek-Grzegorczyk. Wśród eksponatów można podziwiać także, te należące do księcia Bolko. Są to m.in. pasek oraz laska spacerowa księżnej wykonane z pozłacanego srebra i wysadzane turkusami.

W przeciwieństwie do obiegowego wizerunku, konstruowanego za jej życia, a potem utrwalonego w wersji literackiej, Daisy von Pless nie była tylko jedną z najpiękniejszych kobiet Europy ery edwardiańskiej. Miała życie bogatsze niż mogłoby się wydawać. Choć jako mężatka poruszała się w pełni tradycyjnym środowisku, to jej decyzje nie były konwencjonalne. Miałą swe ideały i wytyczone drogi, aczkolwiek biegły one zygzakowato. Była szczęśliwą, beztroską młodą angielką, urodziwą i bogatą księżną, małżonką jednego z najbogatszych dziedziców w cesarskich Niemczech, czarująca gospodynią zamku Książ, który pod jej rządami stał się miejscem spotkań europejskich władców i najwyższej arystokracji. Nie doznając szczęścia w małżeństwie, całą swą energię i talenty skierowała ku celom humanitarnym, stając się poniekąd jedną z pierwszych reformatorek społecznych na Dolnym Śląsku. W sferze polityki międzynarodowej walczyła o pokój. Ojcowską przyjaźnią darzył ją król Edward VII, jej przyjacielem był Cesarz niemiecki Wilhelm II. Pierwszą wojnę światową Daisy spędziła w Niemczech jako pielęgniarka w szpitalach i w szpitalnych pociągach.

Daisy jako siostra Czerwonego Krzyża 1916 r.

Już jako kobieta rozwiedziona ogłosiła swe pamiętniki, cieszące się wielką poczytnością w Anglii, w Stanach Zjednoczonych i w niemieckojęzycznych krajach kontynentu europejskiego. Straszliwe cierpienia cieniem położyły się na późniejszych latach. Po urodzeniu trzeciego syna straciła zdrowie, po roku zaś 1920 stawała się coraz bardziej niepełnosprawna, a w końcu całkowicie uzależniona od opiekunki. Do końca uważana za jedną z najpiękniejszych angielskich arystokratek, była zmuszona obie wojny światowe przetrwać na „wrogim terytorium”. Mimo wszelkich jej starań, nigdy nie stałą się Niemką i nigdy za taką jej nie uważano.
DOBRODZIEJKA UBOGICH:
Cesarz Wilhelm II z zainteresowaniem śledził próby reform społecznych, jakie podejmowała Daisy, uznawał jej zaangażowanie i podziwiał sukcesy. Także kanclerz von Bulow traktował jej wysiłki poważnie, pozytywnie odpowiadając na jej prośby o wsparcie finansowe dla reform socjalnych na Dolnym Śląsku. Pośród arystokracji niemieckiej humanitarne zabiegi Daisy, z małymi wyjątkami były źle widziane. Wytykano jej, że nie ograniczała się do dobroczynnej działalności w najbliższym otoczeniu, jak to było w zwyczaju pań niemieckiej arystokracji. Uważano, że „postępowy” ton z jakim księżna głosiła swe humanitarne dążenia nie był właściwy dla jej klasy. W przeciwieństwie do tych potępiających sądów niemieckiej szlachty, opinie wielu wiernych i lojalnych pracowników i urzędników zatrudnianych przez Książąt von Pless, a także wspomnienia licznych mieszkańców Wałbrzycha i okolic świadczą o czymś zupełnie innym. Wielu z nich zachowało bardzo pozytywny obraz księżnej „naszej Daisy”, która z cała swą spontaniczną naturą, choć z wciąż niepewnym językiem niemieckim, otwierała prostym ludziom drogę do siebie. Korzystali oni z jej idealizmu połączonego z praktycznym umysłem i znajdowali w niej, zarówno młodzi jak i starzy, prawdziwą opiekunkę i dobrodziejkę. Owi „zwykli” ludzie wychwalali Daisy w listach i we wspomnieniach oraz tworzyli, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, legendę „naszej Daisy”, ale poza ich klasą, głos ten było rzadko słuchany.
Wielkie ubóstwo i okropne warunki życia górników i ich rodzin widoczne były tuż za bramą parku w Książu i nie mogły ujść bystremu wzrokowi Daisy. Jej natarczywe pytania o to, co jej teść i mąż uczynili, aby ulżyć ludziom w tej żałosnej doli, pozostawały bez odpowiedzi. Co więcej, owa postawa Daisy była dla nich niepojęta i powodowała przykre nieporozumienia. Daisy uważała, że pewne posunięcia jej teścia dla poprawy egzystencji górników są zupełnie nie odpowiadające skali potrzeb. . Na początku XX wieku księżna Daisy von Pless w swoich zamysłach, planach i akacjach szukała nowych dróg oraz rozwiązań dla zapewnienia lepszej egzystencji i zabezpieczenia tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci tego regionu. Fatalne warunki, w jakich żył proletariat i większość ludzi pracujących kryły się za wzrastającym dobrobytem młodego cesarstwa niemieckiego po reformach „żelaznego kanclerza” Otto von Bismarcka Podczas niezwykłej ekspansji ekonomicznej nastąpiły również raptowne, często bolesne przemiany demograficzne i społeczne. Dramatycznie rozrosły się istniejące dolnośląskie miasta i powstały nowe, zwykle w miejscu dotychczasowych małych, sielskich miejscowości. Wszędzie tam gdzie założono nowe fabryki i zakłady przemysłowe, nastąpiła gigantyczna migracja ludności ze wsi do ośrodków przemysłowych, urbanizacja, która doprowadziła do wyludnienia wsi z 75 % do 20 % całej populacji Niemiec i to w ciągu jednej generacji.  Dolny Śląsk stał się właśnie pierwszym przykładem tego fenomenu, jaki pociągnął za sobą fatalne skutki dla klasy robotniczej. Powstał proletariat, chmara ludności wyzbytej ziemi, spauperyzowanej, źle płatnej, niedokształconej. Właśnie w kierunku tych ludzi, początkowo wbrew woli swego męża i jego rodziny, zwróciła się Daisy. Można zadać pytanie, czy rzeczywiście rozumiała naturę ówczesnego Cesarstwa niemieckiego i szczególną równowagę sił w jego społeczeństwie. Jej postawa wobec ludzi prostych wyrażała się w pomysłach wspierających przemiany społeczne, dla osiągniecia społecznego postępu. Jej hasła stanowiły okrzyk wojenny przeciwko własnej klasie i panującemu porządkowi. Daisy von Pless bardzo szybko miała odczuć reakcję własnej klasy i radykalizację ludzi w postaci związków zawodowych i organizacji politycznych – partii socjaldemokratycznych.
Cesarstwo niemieckie opierało się na szlachcie, na korpusie oficerskim, na ziemiaństwie, w większości o statusie arystokratycznym, na burżuazji i urzędnikach. Od pewnego stopnia, wysokie stanowiska w armii i w administracji zarezerwowane były wyłącznie dla arystokracji. Burżuazja opanowała przemysł i handel, klasy robotniczej nie identyfikowano z potęgą, postępem i sławą imperium. Arystokracja i burżuazja były wrogo usposobione do partii socjaldemokratycznej, do której ostatecznie przystąpiło cztery i pół miliona ludzi i tuz przez I Wojną Światową zgromadziła 35 % głosujących do parlamentu. Miliony ludzi napływających ze wsi do miasta, znajdujących pracę także w wałbrzyskich i górnośląskich kopalniach Hochbergów uważano za „czerwonych” wrogów państwa. Przepaść pomiędzy biednymi i bogatymi nie dała się zasypać. Daisy nie ukrywała swej sympatii dla socjalistów i dla partii socjaldemokratów, która walczyła o prawa zbiedniałego proletariatu w zagłębiu przemysłowym Wałbrzycha. Znacznie później, kiedy mimo nadużyć i porażek rewolucji rosyjskiej, system socjalistyczny w wielu kręgach wciąż jeszcze budził nadzieję, księżna zrewidowała swoje poglądy. Nabrała sceptycyzmu co do socjalistycznych obietnic, polegających na możliwości zdobycia wolności i dobrobytu przez indywidualnego człowieka, bez środków i własności. Nigdy jednak nie mogła przejść obojętnie nad tą straszliwą różnicą między bogatymi, a ubogimi, pomiędzy przywilejami i brakiem przywilejów.
Piękno i splendor zamku Książ dzieliło zaledwie dziesięć minut jazdy powozem od straszliwej nędzy i brzydoty wysoko uprzemysłowionego Wałbrzycha, który symbolizował ekonomiczne i socjalne sprzeczności swego czasu. Książ leżał na brzegu dolnośląskiego zagłębia przemysłowego, podczas gdy zamek w Pszczynie dotykał niemal przemysłowego regionu Górnego Śląska. Oba te obszary gwarantowały księciu pszczyńskiemu ogromne dochody, pomimo, że uważano je za najbardziej w Niemczech zacofane. To jednak Wałbrzych stał się sceną pierwszego strajku górniczego w Niemczech. Węgiel na Dolnym Śląsku miał wprawdzie dobra jakość w procesach metalurgicznych, ale jego wydobywanie nastręczało wiele trudności z powodu warunków geologicznych. Koszty wydobycia były wysokie, a ponadto bardzo znaczne koszty transportu do rynków zbytu. Mocna konkurencję stanowiły kopalnie zagłębia Ruhry, a nawet kopalnie brytyjskie. Zbyt dolnośląskiego węgla trafiał też na przeszkody wobec raptownego rozwoju innych ośrodków produkcji. Prosta konsekwencją tych okoliczności było zaniżanie płac w kopalniach Dolnego Śląska, także tych jakie należały do książąt von Pless. Płace te były najniższe w całych Niemczech. Niektórzy górnicy pracowali w niepełnym wymiarze godzin, a bezrobocie stało się zjawiskiem powszechnym. Przesz ponad dziesięć lat Daisy czyniła wszystko co możliwe, aby ulżyć wszechogarniającej górniczej nędzy i ostatecznie odniosła sukces. Swoją pracą charytatywną wzorem matki w rodzinnej Walii rozpoczęła od akcji odwiedzania ubogich wokół Książa, za każdym razem szczodrze ich obdarowując. Szybko jednak wyczerpały się zasoby przeznaczone na ten cel, choć nawet nie wykroczyła poza najbliższe sąsiedztwo zamku. Szybko uświadomiła sobie, że dziesiątki tysięcy ludzi w Wałbrzychu i okolicach nie potrzebują doraźnego wsparcia, ale kogoś, kto z energią i niezbędnymi środkami zwalczy przyczyny ich fatalnego stanu. Droga, jaką przeszła Daisy od pozycji dobroczynnej pani z zamku do postawy odważnej, obdarzonej wyobraźnią i energią reformatorki społecznej była trudna i dokonana w samotności. Początkowo brakowało jej odwagi i zaufania we własne siły. Podjąwszy własną drogę do celu, za zgoda lub bez zgody męża ostrożnie rozszerzała krąg swej działalności.
PROJEKTY DAISY:
Socjalne projekty Daisy nie opierały się jedynie na głębokim współczuciu. Nadzieje i pomysły, jaki ostatecznie przybrały kształt udanych projektów wynikały z wnikliwej obserwacji ludzi w najbliższej okolicy i nieco dalszych obszarów, ułożonych na podstawie starannej analizy. Akcje dobroczynne na rzecz ubogich bądź zbiedniałych robotników nie miały trwałego znaczenia, jeśli nie uwzględniały , we wszystkich okolicznościach godności tych ludzi. Daisy nauczyła się tego od swojej matki już we wczesnym dzieciństwie. To jest właśnie tajemnica jej szybkich sukcesów wśród ludzi mieszkających pod zamkiem Książ, w Wałbrzychu i okolicach.
Pełcznica
Mniej więcej około 1903 roku nastąpiła u Daisy przemiana z dobrodziejki ubogich w społeczną reformatorkę. Od tego czasu już nie ograniczała swej aktywności do obdarowywania pojedynczych osób potrzebujących wsparcia. Postanowiła dotrzeć do jądra sprawy i znaleźć istotne przyczyny nędzy i chorób wśród ludności. Głównym problemem było zatrucie naturalne środowiska i na tym problemie księżna się skupiła. Przepływająca przez Wałbrzych Pełcznica zbierała praktycznie na całej swojej długości wszystkie odpady fabryczne i kloaczne niemal stutysięcznej społeczności. Jej niegdyś romantyczne brzegi zostały ciasno zabudowane osiedlami robotniczymi, a dawniej królujący w jej wodach pstrąg zniknął zupełnie. Wałbrzyska rzeka przekształciła się w cuchnący ściek, zatruwając okolice strasznym odorem, docierającym aż na tarasy Książa. Daisy postanowiła odkryć źródło tego zatrucia. Ustaliła, że dziesiątki kopalń i fabryk wpuszczają do rzeki swoje ścieki. Z przerażeniem stwierdziła także, że wzdłuż brzegów ciągną się przybudówki i szopy oraz studnie, z których ludzie czerpią wodę do picia. Gwałtowny protest Daisy skierowany do władz lokalnych spowodował jedynie „urzędową inspekcję”. Jednak potwierdziła ona, że zatruta woda jest powodem wciąż powracających epidemii cholery i tyfusu, zbierających śmiertelne żniwo. Daisy nie dała za wygraną i kolejno interweniowała u władz we Wrocławiu, następnie przed rządem pruskim w Berlinie, aby w końcu zwrócić się do samego C esarza, opisując szczerze stan sanitarny Wałbrzycha: „gdzie tysiące ludzi żyje w norach, pozbawionych wszelkich urządzeń koniecznych do życia, zmuszonych do stawiania ubikacji, a raczej nędznych „prewetów” nad brzegami potoków i rzeki, powodując zatrucie wody niezbędnej do picia, jak również do mycia”.
Daisy naraziła się lokalnym władzom, zaś C esarz zwalił winę na węgiel jej teścia. Księżna von Pless zdała sobie sprawę z tego, że jej własne obserwacje i zalecenia nie wystarczają, że potrzebne są dowody naukowe. Najpierw zwróciła się więc z prośbą o ekspertyzę do bakteriologów z Uniwersytetu Wrocławskiego. Kolejną wykonali już specjaliści z Wielkiej Brytanii i pod przewodnictwem dra Greene’a grupa inżynierów zaprojektowała całkowicie wyodrębniony system kanalizacyjny. Zlikwidowano wszystkie przybrzeżne studnie i doprowadzono wodociąg do większości wałbrzyskich dzielnic. Ponadto zatruta rzeka została zakryta i w przestrzeniach zamieszkałych do dziś biegnie pod ziemią. Osobno zaprojektowano uznawaną w tamtych czasach za wielką oczyszczalnię ścieków. Ustalono też koszty tego ogromnego przedsięwzięcia. Daisy z dumą przedstawiła projekt pod nazwą „Raport komisji Greena” pruskiemu rządowi w Berlinie. W 1905 cesarz zawiadomił ją osobiście „że projekt, o który tak dzielnie walczyła będzie zrealizowany w wyniku przyznanych funduszy”.
Ogromne przedsięwzięcie – „oczyszczanie rzek” zakończyło się w 1912 roku. Jest bardzo znamiennym, że ostania epidemia tyfusu na tamtych terenach, w najbardziej zagęszczonym miasteczku Altwasser (dziś dzielnica Wałbrzycha Stary Zdrój) wybuchła w 1911 roku, aby się już nie powtórzyć.
Szkoła dla niepełnosprawnych dzieci
Księżna Daisy von Pless nieustannie odwiedzała rodziny robotnicze w ich domostwach i dzieci robotników w szkołach. Nie uszedł jej uwagi fatalny stan zdrowia tych dzieci, a szczególnie częste przypadki całkowitej ułomności. Okazało się, że jedynie 2 % dzieci w okręgu wałbrzyskim kontynuuje naukę po ukończeniu 14 roku życia. Połowa zaś dzieci w tym wieku kierowana jest już do pracy w różnych zakładach i fabrykach. Daisy najbardziej ubolewała nad losem dzieci ułomnych, niezdolnych do żadnego wysiłku. Mąż uważał jej troski za przesadne, a jedynym sprzymierzeńcem w szukaniu rozwiązania problemu był  jeden z dyrektorów administracji Książąt Pszczyńskich, niejaki Schulte. W tych okolicznościach w 1905 roku narodził się projekt utworzenia specjalnej szkoły dla niepełnosprawnych, młodych wałbrzyszan. W zachowanym „Raporcie Schultego”  czytamy m.in. „Ułomne dzieci jak dotąd nie mają żadnej prawnej opieki. Nie ma w tym kraju żadnych rozporządzeń prawnych dla zapewnienia tym dzieciom wykształcenia. Nieliczne zakłady opieki społecznej nie mają na ten cel żadnych funduszy. W samym Wałbrzychu nawet statystycznie nie ujęto liczby dzieci potrzebujących w tym zakresie pomocy”.
Według raportu w granicach Wałbrzycha żyło wówczas 162 dzieci niezdolnych do nauki w zwykłych szkołach, z czym zgadzali się ich rodzice. W porozumieniu z Daisy, Schulte projektował otwarcie szkoły specjalnej, o zwiększonym programie zajęć, dostosowanych dla dzieci niepełnosprawnych. Obok zwykłych przedmiotów – czytania, pisania, arytmetyki, miały być w programie zajęcia przygotowawcze do ewentualnych zawodów. Edukacja objęła dzieci od lat 6. Według wytycznych księżnej pod żadnym warunkiem nie powinny one startować w zwykłych szkołach, gdyż wówczas od razu postawione zostaną w sytuacji upośledzonych i pogardzanych. Wałbrzyska szkoła specjalna wymagała odpowiednio wysokich kosztów utrzymania, specjalnego personelu i opieki medycznej. Daisy i Schulte zgodzili się co do tego, że dzieci szkól specjalnych same musza uzyskać nadzieję na pomyślny skutek ich edukacji, a nie perspektywę wyrabiania szczotek, koszyków i sztucznych kwiatów. W poszukiwaniu innych zajęć dla niepełnosprawnych, Daisy i Schulte odkryli w samym Wałbrzychu trzy wielkie wytwórnie porcelany, w których odpowiednio wykształcone osoby niepełnosprawne mogłyby się podjąć ręcznego malowania i zdobienia wyrobów. Kruppelschule przy dzisiejszej ul. Piotra Skargi, już z poparciem męża Daisy otwarto uroczyście w 1907 roku. W następnych latach księżna niestrudzenie zabiegała o fundusze dla tej szkoły. Szczególnym powodzeniem cieszyły się i urządzane przez nią charytatywne koncerty wokalne w Szczawnie Zdroju w okresie letnim, natomiast w zimie w Wałbrzychu i we Wrocławiu. Pierwszy koncert w Teatrze Zdrojowym w Szczawnie był prawdziwym triumfem Daisy. Dla swojej szkoły zebrała 1.900 marek.  Nie powiódł się natomiast plan nagrywania piosenek na fonograficznych płytach, noszących jej podpis, sprzedawanych po koncertach, w sklepach muzycznych i na bazarach, z których dochód miał by przeznaczony dla szkoły. Ten pomysł Daisy był zbyt nowoczesny, trudny technicznie i kosztowny. Mąż Daisy dotrzymał obietnicy i dotował utrzymanie szkoły aż do 1933 roku.
Projekt mleczny
Na początku XX wieku w głównych przemysłowych miejscowościach aglomeracji wałbrzyskiej, gdzie żyje 75 % górników, przeciętna śmiertelność dzieci (do sześciu miesięcy) wynosi 45,5 %. W niektórych miasteczkach, na przykład w Starym Zdroju, gdzie warunki są opłakane, ta śmiertelność zbliżała się do niewiarygodnej liczny 75,98 %, czyli, że więcej niż trzy czwarte niemowląt umiera w ciągu pierwszych sześciu miesięcy życia. Większość zgonów według „Raportu Schultego” następowała w wyniku „kataru jelit”. Kiedy Schulte winił matki za śmierć swych dzieci, Daisy stanowczo się z nim nie zgodziła. Podczas swych wizyt w domach robotniczych zauważyła, w jakim fatalnym stanie matki wracają po 10 godzinach pracy w fabrykach. Nie miały po prostu sił na opiekę nad niemowlętami. Po urodzeniu dziecka kobieta nie mogła pozostawać dłużej w domu, bo utrzymanie rodziny zależało od dodatkowych pieniędzy, jakie przynosiła z fabryki. Co więcej ani w Wałbrzychu, ani w okolicach nie było zorganizowanej dystrybucji mleka. Zazwyczaj było ono bardzo złej jakości, na domiar złego podawane przez młode matki bez przegotowania. Schulte dotarł do niezbędnej literatury i znalazł instrukcję systemu Gouttes de Lait (Krople mleka), który razem z podręcznikiem Consultations des Nourrissons (Poradnik żywienia) służył pracującym matkom w okręgach górniczych północnej Francji. Daisy postanowiła przenieść projekt na grunt wałbrzyski i już w ciągu pierwszego roku założyła w całym okręgu siatkę „stacji mlecznych”, w których matki za darmo otrzymywały dla swych dzieci mleko pasteryzowane. Akcję księżnej poparły kościoły katolickie i protestanckie i na prośbę Daisy przyczyniały się do rozpowszechniania tego francuskiego systemu opieki nad dzieckiem.
Koronki śląskie
Na kilka lat przed wybuchem I wojny światowej księżna Daisy zwróciła uwagę na los kobiet zatrudnionych przy produkcji sławnych śląskich koronek, skupionej wokół Jeleniej Góry. Ta wytwórczość koncentrowała się o jakieś 50 km na zachód od Wałbrzycha, na stokach i w dolinach Karkonoszy, których dzika, romantyczna przyroda przyciągała rzesze turystów. Od połowy XIX wieku rząd pruskich zachęcał prywatnych przedsiębiorców dotacjami do zorganizowania przemysłu koronczarskiego, który do tej pory był zajęcie chałupniczym. Skończyło się na tym , że przedsiębiorcy korzyści kierowali przede wszystkim do własnych kieszeni, bardzo nędznie opłacając koronczarki. Ich wynagrodzenie osiągnęło absolutne minimum. Nikomu też nie zależało na kształceniu młodych kadr do tego zwodu. Podczas wycieczki w Karkonosze wiosną 1908 Daisy miała okazję naocznie przekonać się, jak rozpaczliwy był stan koronczarek. Już w czerwcu tego samego roku interweniowała w sprawie ich losu u cesarzowej, choć jej próby „uwolnienia” koronczarek napotkały się z dużym oporem pośredników. W pierwszych miesiącach 1909 roku Daisy objęła opieką Niemieckie Stowarzyszenie na rzecz śląskiej sztuki koronczarskiej, początkowo wspólnie z zoną następcy tronu, księżniczką Cecylią. Licząc na pomoc ze strony cesarzowej Daisy postanowiła otworzyć własną szkołę koronczarstwa i  w ten sposób podnieś prestiż tego zawodu. Nawiązała współpracę z panią Bardt i baronową von Dobeneck, które podobną szkołę założyły już w 1906 roku. Rychło zaczęły się konflikty pomiędzy damami, b o Daisy miała daleko idące cele socjalne i handlowe, podczas gdy tamtym paniom chodziło przede wszystkim o podniesienie jakości wyrobów. W końcu, w 1911 roku, Daisy zakupiła konkurencyjna szkołę i pozostawiła w niej obie panie jako nauczycielki. Szkoły otrzymały imię księżnej von Pless, pod następującym szyldem: „ Są to dobroczynne instytucje przeznaczone dla koronczarek śląskich, dostarczające im najlepszych wzorów i dla nich kierujące cały dochód”.
W 1912 działało już 14 Szkół Koronczarskich Księżnej von Pless, a koronki z naszego regionu sprzedawane były w całych Niemczech, m.in. we Wrocławiu, Berlinie, Baden-Baden, Monachium i Królewcu.  Pierwsze spółdzielnie socjalne, bo nimi były w istocie szkoły księżnej odniosły ogromny sukces oraz spotkały się z licznymi pochwałami ze strony kościoła luterańskiego i w końcu akceptacją dworu berlińskiego. Cesarzowa sponsorowała wystawę śląskich koronek , urządzoną w berlińskim hotelu Esplanade przy Placu Poczdamskim. Prasa zauważyła, że po raz pierwszy uchylony został protokół zakazujący członkom dworu cesarskiego uczestniczenia w imprezach o charakterze komercyjnym. Tuż przed wybuchem wojny moda na śląskie koronki była już faktem. Daisy rozpoczęła negocjacje z zagranicznymi producentami podobnych ozdób we Włoszech i na Azorach. Miałą nadzieję na sprowadzenie obcych nauczycieli tego zawodu i rozszerzenie asortymentu wyrobów. Wielka wojna pokrzyżowała te plany.
(Źródło: Mateusz Mykytyszyn – prezes Fundacji księżnej Daisy von Pless na podstawie „Daisy Księżna Pszczyńska” autorstwa W. Johna Kocha w tłumaczeniu prof. Dr hab. Zdzisława Żyguslkiego jun.).

 

PSZCZYNA

 

Udokumentowane początki murowanego, obronnego zamku pszczyńskiego sięgają I połowy XV wieku, bowiem wiadomo, iż w roku 1433 oparł się on najazdowi husytów. W czasach Heleny Korybutówny (1424-1449) zamek gotycki był potężną budowlą czworoboczną, składającą się z dwóch budynków z wieżami, połączonych murami. Całość chroniły wał ziemny i fosa.

Na przełomie XV/XVI w. dobrami pszczyńskimi władali książęta cieszyńscy. W 1517 roku Kazimierz II, książę cieszyński, dobra sprzedał możnowładcy węgierskiemu Aleksemu Turzo, co zakończyło okres panowania Piastów na ziemi pszczyńskiej. Utworzone zostaje Wolne Państwo Stanowe (obejmujące Pszczynę, Mikołów, Bieruń i do 1536 roku Mysłowice), a Pszczyna staje się jego stolicą.
W 1548 roku państwo pszczyńskie po raz kolejny zmienia właściciela - zostaje nim biskup wrocławski Baltazar Promnitz, który w czasach Reformacji rezydował w Nysie. Lata panowania Promnitzów (1548-1765) to okres przekształcania gotyckiej budowli obronnej w reprezentacyjną rezydencję renesansową. Po 1737 roku nastąpiła przebudowa i rozbudowa zamku w trójskrzydłowy pałac barokowy.
Zamek renesansowy, dwupiętrowy, z krużgankami, zbudowany na planie nieregularnego czworoboku, znany jest z opisów zachowanych w książęcym archiwum oraz widoku zachowanego na słynnej mapie Andreasa Hindenberga z 1636 roku. Z  tamtej budowli zachowała się Brama Wybrańców, zbudowana przez Consilio Miliusa w 1687 roku, a będąca siedzibą straży zamkowej.  W burzliwe dzieje ówczesnej Europy wpisał się na trwałe jeden z najwybitniejszych kompozytorów barokowych Georg Philipp Telemann (1681-1767), w latach 1704-1707 nadworny kapelmistrz i organista w Pszczynie. Dziś melomani mogą przeżyć niezapomniane chwile słuchając jego muzyki w Sali lustrzanej Zamku Pszczyńskiego podczas organizowanych od 1979 r. "Wieczorów u Telemanna".

Kolejni właściciele Pszczyny (w latach 1765-1846), książęta Anhalt-Köthen-Pless, przekształcili zwierzyniec w park i wznieśli kolejne budowle. Powstały więc: pałac Bażantarnia w Porębie (na podstawie projektu Karla Langhansa), położony na skraju założonej w 1792 roku bażantarni oraz klasycystyczna Ludwikówka, wzniesiona przez Wilhelma Puscha niedaleko parku pszczyńskiego. Po wygaśnięciu książęcej linii Anhaltów Köthen-Pless, dobra przejął Hans Heinrich X, hrabia von Hochberg (wnuk po kądzieli, księcia Fryderyka Erdmanna Anhalt-Köthen-Pless i głowa rodziny Hochbergów z Książa na Dolnym Śląsku). W 1850 roku otrzymał on tytuł księcia von Pless, który od tej pory przekazywany jest najstarszemu potomkowi. Prawie wszyscy potomkowie Hochbergów nosili od XVII wieku imiona Hans Heinrich, a więc numerowano ich w kolejności urodzenia, nie panowania.

Po Hansie Heinrichu X dobra pszczyńskie i Książ, odziedziczył jego najstarszy syn, książę Hans Heinrich XI (1833-1907). On też najdłużej panował na zamku (1855-1907), otrzymując w pięćdziesiątą rocznicę tytuł diuka (Herzoga).
Hans Heinrich XI Hochberg von Pless
Z nim wiąże się obecny kształt samego zamku, jak i rozległego założenia ogrodowo-krajobrazowego sięgającego aż do zameczku myśliwskiego Promnice pod Tychami. W tym czasie Pszczyna odwiedzana była przez królów pruskich, niemieckich cesarzy oraz ich królewskich gości z całej Europy, a sam Hans Heinrich XI pełnił na dworze berlińskim godność cesarskiego Wielkiego Łowczego. Koniecznością więc stało się posiadanie rezydencji godnej pozycji księcia.
W latach 1870-1876 dokonano przebudowy rezydencji w Pszczynie (Chateau Pless) na podstawie projektu wybitnego architekta francuskiego Aleksandra Hipolita Destailleura. Elewacje dwupiętrowego zamku, założonego na planie podkowy, otrzymały kostium architektury francuskiej XVII wieku. Od strony miasta dobudowano westybul z trzybiegową klatką schodową i monumentalną salę jadalną (mieszczącą stół i 32 krzesła) z dwoma XIX-wiecznymi ogromnymi lustrami o powierzchni 14 m2 każde.
Po śmierci "starego księcia" dobra pszczyńskie przejął książę Hans Heinrich XV (1861-1938). Jego żoną była słynna z urody Angielka, Mary Theresa Olivia Cornwallis-West, księżna von Pless, nazywana Daisy (1873-1943). Po ślubie w Londynie przyjechała do Pszczyny i swoje pierwsze wrażenia zapisała w pamiętniku. "Znajdowały się tu hektary tarasów i ogrodów oraz wiele obojętnych rzeźb. Wspaniały porządek reprezentacyjnych przestrzeni z ciężkim bogactwem luksusu, ale bez komfortu i wygody, a nawet bez osobistej łazienki!".

Jedno z pałacowych wnętrz

Podczas I Wojny Światowej książę Jan Henryk XV udostępnił swój zamek w Pszczynie na kwaterę główną Wilhelma II. Podczas pobytu w Pszczynie organizowano dla Monarchy polowania.

Salon cesarski w Pszczynie

Fragment cesarskiej sypialni

Cesarz z marszałkiem Hindenburgiem w Pszczynie. W latach 1914 - 1917 mieściły się tutaj: sztab wojsk niemieckich i Kwatera Główna Wilhelma II

W latach 1914-1917 zamek pszczyński odegrał znaczącą rolę, będąc cesarską Główną Kwaterą i siedzibą sztabu wojsk niemieckich. To właśnie w Pszczynie Cesarz, szef sztabu gł. marszałek Paul von Hindenburg oraz szef sztabu wsch. generał Erich von Ludendorff podejmowali decyzje wojskowe zmieniające oblicze ówczesnej Europy.

W 1916 r. w Pszczynie znajdowała się kwatera główna, której głównym gościem był Cesarz Wilhelm II i aby urozmaicić mu czas oraz oderwać od obowiązków są organizowane polowania w tym na żubry. Cesarz według opisów nie był skory do uczestnictwa w polowaniach (trudno w to uwierzyć dop. autora). Dopiero gdy mu wytłumaczono, że odstrzał i tak musi być zrealizowany a mięso z ubitej zwierzyny będzie przekazane dla ludności cywilnej, w tym do szpitali, zgodził się wziąć udział w polowaniach. W sumie odbyło się ich 10, w których pozyskano 1 żubra.

Cesarz i Jan Henryk XV Hochberg przed Bramą Wybrańców

Zatem Pszczyna w latach I Wojny Światowej stała się mózgiem wielkiego mocarstwa. To tu zapadały decyzje mające wpływ na losy świata. Co sprawiło, że podczas  Wielkiej Wojny Cesarz Wilhelm II, niemiecki Najwyższy Pan Wojny, to Pszczynę właśnie upatrzył sobie na główną kwaterę swoją i swoich najwyższych sztabów? Zdecydowały dwa czynniki: układy towarzyskie i geografia. Kajzer, tytułujący się między innymi suwerenem i wielkim księciem Śląska oraz hrabstwa kłodzkiego, jeszcze przed wybuchem wojny bywał częstym w Pszczynie gościem. Moc przyciągania miała tu i bajeczna fortuna księcia Hansa Heinricha XV Hochberg, księcia von Pless, jedna z pierwszych w Rzeszy, jak i jego słynne w całej Europie żubry oraz oczywiście angielska żona Daisy- arystokratyczna piękność nie mniej w świecie wyższych sfer uznana. Na to, czy Daisy romansowała z Cesarzem, dowodów nie ma, aczkolwiek pikantne plotki na ten temat krążyły, przyczyniając się do późniejszego rozbicia jej małżeństwa. Wilhelmowi, wnukowi brytyjskiej królowej Wiktorii, snobistyczne „kuzynostwo” z drugiej strony Morza Północnego zawsze imponowało –  swym stylem bycia, potęgą imperium, na straży którego stała najpotężniejsza w świecie flota (sam więc zabrał się za budowę podobnej). Także więc i w wojennych latach Daisy widywała się w Pszczynie z Kajzerem, wyjątkowo wobec niej przy tych okazjach szarmanckim.
Pszczyna miała dla Cesarza i najwyższych dowódców jego armii zaletę jeszcze jedną: leżała w pobliżu Cieszyna. A to w Cieszynie właśnie ulokował się sztab armii austriackiej, który wobec sukcesów Rosjan w Galicji musiał jak niepyszny ewakuować się z zagrożonej twierdzy Przemyśl. Wybór na Cieszyn padł z kolei dlatego, że księciem cieszyńskim był głównodowodzący armii Austro-Węgier, arcyksiążę Fryderyk Habsburg. Skądinąd rezydujący nad Olzą cesarsko-królewscy sztabowcy bulwersowali konserwatywnych i zasadniczych cieszyniaków. Pół biedy byłoby jeszcze, gdyby panowie oficerowie sprowadzali sobie do swych wygodnych willi żony – ale, o zgrozo, sprowadzali panienki. Co gorsza, przykład szedł z samej góry, bo sam szef sztabu, gen. Franz Conrad von Hötzendorf, gościł w Cieszynie kochankę, Ginę von Reininghaus. Ta swoboda obyczajów oburzała także i odkomenderowanych do austriackiego sztabu bądź odwiedzających go sojuszników.

Cesarz i Cesarzowa przed Kwaterą Główną w Pszczynie

Jako że z Pszczyny miał niedaleko, częstym gościem Franza Conrada von Hötzendorf  był szef niemieckiego Sztabu Generalnego, Erich von Falkenhayn. A zajeżdżał nowocześnie – w osobiście kierowanym automobilu, z goglami na oczach i szalikiem na szyi, paląc przy tym wielkie cygaro.

Franz Conrad von Hötzendorf - od 1910 r. baron, od 1918 r. hrabia, (ur. 11 listopada 1852 r. w Penzing, zm. 25 sierpnia 1925 r. w Bad Mergentheim) – austro-węgierski feldmarszałek, szef sztabu generalnego (1906–1917); uważany przez historyków za jednego z najwybitniejszych wodzów państw centralnych w czasie I Wojny Światowej.

Z lewej Erich Georg Alexander Sebastien von Falkenhayn (ur. 11 września 1861 r. w Białochowie, niem. Burg Belchau, zm. 8 kwietnia 1922 r. w Lindstedt pod Poczdamem) – pruski generał piechoty z 1915 r. (generał pułkownik), w latach 1914–1916 naczelny dowódca armii niemieckiej. Turecki marszałek armii.

Pokrytego szosowym kurzem Falkenhayna pedantyczny Franz Conrad von Hötzendorf witał w perfkcyjnie zadbanym mundurze. Zresztą obaj szefowie sztabów i tak różnili się zasadniczo, począwszy od postury, poprzez sposób wyrażania się w mowie i piśmie, skończywszy na stosunku do zdobyczy techniki. Austriak zwykł pisywać wysmakowane stylistycznie listy, od telefonu zaś stronił. Stanowczo preferował bezpośrednie kontakty i stąd nieraz odwiedzał Pszczynę, mimo iż Niemców – którzy w miarę trwania wojny coraz bardziej wtrącali mu się do dowodzenia – szczerze nie cierpiał. Tak było w trakcie planowania decydującej bitwy pod Gorlicami, która miała wstrząsnąć frontem wschodnim i zadać armii rosyjskiej cios, po którym ta już by się nie pozbierała. 22 maja 1915 roku z okazji wielkiego sukcesu odniesionego w tej bitwie strzelały w Pszczynie korki od szampana, gdy podczas uroczystej i suto zakrapianej kolacji Kajzer ogłosił mianowanie feldmarszałkiem zwycięskiego generała, Augusta von Mackensena.

Kajzer z generałami

Niewątpliwie  w I Wojnie Światowej zamek w Pszczynie odegrał znaczącą rolę. Od jesieni 1914 roku do lutego 1917 roku (z krótkimi przerwami) w domu Daisy rezydował Cesarz Wilhelm II. Książę Pless, pełniący funkcję oficera ordynacyjnego Wilhelma II, oddał zamek w Pszczynie i budynek Generalnej Dyrekcji Dóbr, zwany przez miejscowych Paleją (od Palais), na siedzibę Kwatery Głównej armii niemieckiej frontu wschodniego.
W Pszczynie kajzer wraz ze swoim sztabem podejmował ważne decyzje wojskowe i polityczne, tu prowadzono poufne rozmowy, mające zaważyć na porządku w Europie. Miejsce było dyskretne i jednocześnie dogodne dla sprzymierzeńców Niemiec: Austro-Węgier, Turcji i Bułgarii. Ponadto książę Pless – znakomity i hojny gospodarz – gwarantował odpowiednie przyjęcie gości, m.in. organizował dla nich polowania.

Tak w swoich pamiętnikach ten okres opisuje księżna Daisy von Pless:

„Zachwycony Hans Heinrich XV w listach do Daisy wymienił, jakie wspaniałe osobistości gościły w zamku, a więc Cesarz austriacki Karol i arcyksiążę Fryderyk Habsburg, Car bułgarski Ferdynand i następca tronu Borys, feldmarszałek Paul von Hindenburg, generalicja państw centralnych, premierzy i ministrowie.
W relacji ze spotkania w 1916 roku pisał: „Jesteśmy tutaj tak ściśnięci, że młodsi panowie muszą mieszkać w pociągu. Jest tu również Cesarzowa, Król bułgarski Ferdynand i następca tronu Borys, a dziś wieczorem przyjeżdża  Enver Pasza (turecki minister wojny). Nie wspominając już o tym, że ciągle tu przyjeżdżają wszyscy Austriacy z Cieszyna. Ledwie już trzymam się na nogach… Dziś wcześnie rano musiałem być z Bułgarami na ich mszy, a potem znowu o dziesiątej z naszą parą cesarską na nabożeństwie w kościele protestanckim. Następnie musiałem spacerować z Królem bułgarskim po parku i rozmawiać z całą masą ludzi. Jutro rano muszę jechać z Królem Ferdynandem do Żywca, gdyż chce odwiedzić arcyksięcia Karola Stefana Habsburga… Roboty mam po uszy”.

A Daisy? Z chwilą wybuchu wojny stała się w Anglii podejrzaną Niemką, a w Niemczech obcą Engländerin. „Dla pruskiej opinii publicznej jesteś Angielką, – uświadamiał ją szwagier Fritz (Friedrich von Hochberg) – a obecnie Anglia jest gorsza niż wszyscy diabli razem wzięci”. „Siedź cicho! – radził – Nie ze strachu, ale z rozsądku. Prusacy poprą każdą akcję przeciwko Engländerin”- przestrzegał.
Daisy jednak zawsze była w centrum wydarzeń, a teraz o najważniejszych decyzjach miała się dowiadywać się od męża! Na domiar złego Daisy – księżna pszczyńska – nie miała wstępu do swojego domu w Pszczynie, bo tam zorganizowano tam Kwaterę Główną.
A jednak! W czerwcu 1915 roku Daisy otrzymała zaproszenie na dwugodzinną wizytę w Pszczynie. Miała zamiar odmówić, gdyż podróż z Książa i z powrotem zajmowała 14 godzin. „Przy całym szacunku, jaki żywię do Cesarza, za bardzo się cenię i mam za dużo dumy, żeby uznać za honor pozwolenie na krótkie spotkanie z Cesarzem” – zaprotestowała księżna. Otrzymała jednak „ładny” list od męża i pojechała, mając w głowie własny pomysł na tę wizytę. Nie zamierzała nocować w drodze powrotnej u Larischów w Solzie (Karvina w Czechach), skoro doprawdy najlepiej śpi się we własnym łóżku.
I oczywiście przeprowadziła wszystko po swojemu – zamiast dwóch, Cesarz spędził na rozmowie z nią trzy godziny. Wilhelm skarżył się na artykuły, jakie zamieszczała na jego temat prasa angielska, a Daisy go uspakajała, że z listów matki wie, iż nie wszyscy w Anglii źle o nim myślą. „Gdybym mogła spędzić z nim trochę czasu sama, pocieszyłabym go. Jest taki smutny, bo czuje się zraniony przez kraj, który kocha – Anglię”.
Ku zdziwieniu męża nie był to koniec wizyty – za chwilę księżna dostała zaproszenie do apartamentów Cesarza, który wręczył jej w prezencie urodzinowym małą broszkę. Daisy szybko się wycofała, jako że na stołach rozłożone były różne dokumenty, z pewnością bardzo poufne.
Po kolacji, którą zjadła w swoim pokoju, procesja gości przewinęła się przez jej bawialnię. „Wygląda na to – powiedziała – że tym razem kobieta jest mile widziana w Kwaterze Głównej”. Wszyscy się zgodzili z tym stwierdzeniem Daisy, a Daisy oczywiście spała tej nocy w swoim łóżku.
Następnego dnia mąż wyraził zdziwienie, jak jej się udało dostać zaproszenie do Pszczyny. „Przypomniałam Cesarzowi obietnicę, którą złożył swej matce, że będzie dla mnie miły i zadba o mnie, gdy ludzie będą chcieli mnie skrzywdzić.  Po prostu napisałam do niego, że chcę przyjechać do Pszczyny”. A Cesarz dotrzymał przyrzeczenia.
To nie był koniec pobytu księżnej w Pszczynie. Następnego dnia, w towarzystwie cesarskiego lekarza, pojechała do miejscowego szpitala, a później znowu rozmawiała z Cesarzem i usłyszała komplement: „Sądzę, że dzisiaj skończyła pani 29 lat, a przynajmniej na tyle pani wygląda”. Miała 42 lata.

Daisy nie byłaby sobą, gdyby nie rozpowszechniła tej wiadomości. Niech wszyscy się dowiedzą, że nie wypadła z łask Cesarza. Jej wrogowie byli wściekli, że została dopuszczona do „świętej” Kwatery Głównej, a przyjaciele się cieszyli – również dlatego, że mogli usłyszeć najnowsze wieści.
„To zabawne być zaproszonym do własnego domu – skomentował tę wizytę drugi syn Cesarza Eithel Fritz. – Niemniej miło, że mogła pani wszystko zobaczyć i spotkać Cesarza”.
Jeszcze dwa razy wzywano Daisy do Pszczyny. W lipcu 1915 roku jej mąż miał operację wyrostka robaczkowego. W podróży towarzyszył Daisy szwagier Fritz i ku ich zdziwieniu otwarto dla nich na stacji w Pszczynie pokój książęcy. „Opanowałam uśmiech, gdyż na tego rodzaju przesadną etykietę w czasie wojny nie byłam przygotowana… W imieniu Kwatery Głównej witał mnie generał von Plessen”. Oczywiście wiele razy rozmawiała z Cesarzem, zabawiała też rozmową panów ze sztabu. W dniu jej wyjazdu padał deszcz, co Daisy skomentowała w wysłanym telegramie. W odpowiedzi napisano: „Pszczyna płacze z powodu Pani wyjazdu. Mamy nadzieję, że Słoneczna Wysokość wkrótce powróci…”
Kolejny raz Daisy została wezwana do Pszczyny w sierpniu, by pełnić honory pani domu z okazji przyjazdu Cesarzowej Wiktorii Augusty. Wówczas problemem numer jeden był brak długiej sukni. „Zostałam wezwana nagle i nie miałam czasu na pakowanie wytwornych toalet. A nawet gdybym je tu miała, to i tak bym ich nie założyła, gdyż na wsi nie noszę długich sukien” – tłumaczyła się Daisy. Obecni przy wymianie zdań panowie ze sztabu zaproponowali poratowanie sytuacji przez włożenie długich rękawiczek. „Wydało mi się to potwornie głupie, że w czasie wojny, w Kwaterze Głównej i przy takiej nic nieznaczącej okazji tyle było gadania na temat damskich toalet…”.

Mimo zapracowania książę Pless był zadowolony i czuł sie ważny: „…w ostatnich kilku tygodniach odwalono u nas w Pszczynie ładny kawał historii”.

Nadal obowiązywały też wymogi etykiety, o czym księżna przekonała się w niedzielę w kościele. Marszałek dworu baron Reischach odsunął krzesło księżnej do tyłu, aby nie siedziała w jednym rzędzie z parą cesarską. „O, nie! – zbuntowała się Daisy – na moim miejscu, w moim kościele, będę siedziała obok cesarskiej pary, nie za nimi”. I… przysunęła krzesło z powrotem.
W lipcu 1916 roku odbył się zjazd w Pszczynie. Cesarz Wilhelm, szef sztabu głównego marszałek Paul von Hindenburg oraz szef sztabu na front wschodni generał Erich Ludendorff i inni oficerowie ze sztabu spotkali się z bułgarskim następcą tronu, z głównodowodzącym jego wojsk oraz arcyksięciem Fryderykiem (austriacki głównodowodzący).
„W czasie kolacji, która była najbardziej historyczną kolacją, jaką kiedykolwiek spożywano w Pszczynie, usprawiedliwiano nieobecność generała Falkenhayna bólem zębów” – relacjonował żonie książę Pless.
Prawda była taka, że Falkenhayn był w niełasce po klęsce wojsk niemieckich pod Verdun. Wkrótce zastąpili go generałowie: Paul von Hindenburg i Erich Ludendorf. Obaj odgrywali wiodącą rolę w państwie, wywierali duży wpływ na polityczne i wojskowe decyzje Cesarza oraz rządu. Ludendorff był orędownikiem wojny totalnej, występował na rzecz prowadzenia nieograniczonej wojny podwodnej. Za to miał być po zakończeniu wojny sądzony, ale zbiegł sdo Szwecji.
W styczniu 1917 roku wysłano z Pszczyny depeszę ówczesnego ministra spraw zagranicznych Arthura Zimmermanna. Jej ujawnienie, po przechwyceniu przez Brytyjczyków, spowodowało przyłączenie się Stanów Zjednoczonych do wojny po stronie Ententy. Więcej na ten temat można przeczytać w książce amerykańskiej pisarki Barbary Tuchman „Telegram Zimmermanna”.
Księżna Daisy pisze w pamiętnikach, że wszystko związane z Kwaterą Główną było objęte ścisłą tajemnicą. A tymczasem ona o najważniejszych decyzjach dowiadywała się od męża. Hans Heinrich szczegółowo ją o wszystkim informował, wymieniając nazwiska gości i podając rezultaty negocjacji, choć w opinii publicznej Daisy była angielskim szpiegiem!
Umiejscowienie Kwatery Głównej w Pszczynie wywierało też w pływ na życie mieszkańców miasta. Jak pisał Ludwik Musioł: „tysiące kabli z całej Europy oplatało swą siecią miasto. Szosy dojazdowe przepełnione były różnego rodzaju powozami. Było na co patrzeć i był to dla obywateli Pszczyny niezły zarobek”. Niemieckie gazety nadały Pszczynie miano „Małego Berlina”.

Nie ulega wątpliwości, że rodzina książęca z Pszczyny była zafascynowana Cesarzem i dumna z wyboru swojego zamku na Kwaterę Główną wojsk niemieckich. Zrozumiałe jest również zadowolenie ówczesnych mieszkańców Pszczyny z pobytu dostojnych gości w ich mieście.

Marszałek von Bülow tak po latach podsumował w Mémoires pobyt Cesarza w Pszczynie: „W pszczyńskim zamku, urządzonym z azjatyckim przepychem, Cesarz trwonił czas przez większą część wielkiej wojny, miast pokazać się walczącym na froncie”.

 

Odkąd w maju 1915 r. pałac w Pszczynie stał się główną kwaterą Cesarza Wilhelma II, jego bramę przekroczyło wielu niemieckich polityków i dygnitarzy wojennych. Jednym z nich był as niemieckiego lotnictwa, baron Manfred von Richthofen (1892 – 1918) zwany Czerwonym Baronem, który wezwany został do sztabu w maju 1917 r.

Manfred von Richthofen, “Czerwony Baron”, gościł w Pszczynie w maju 1917 r.

Przedstawmy opis tego wydarzenia opublikowany w czasopiśmie "Epoka":

Z ponad pięćdziesięcioma zwycięstwami na swoim koncie, von Richthofen był już wtedy bohaterem narodowym. Przezwany "Czerwonym Baronem" z powodu koloru swojego samolotu, był równie znany i szanowany po przeciwnej stronie frontu.

Zaszczycony takim gościem, książę Jan Henryk XV von Pless zaofiarował mu polowanie na żubra – rozrywkę iście królewską, zarezerwowaną do tej pory tylko dla wybrańców. Jak wynika z jego pamiętnika, Manfred von Richthofen docenił bardzo tą unikalną ofertę, świadomy faktu że "za kilkadziesiąt lat nie będzie już żubrów" na ziemi.
W Pszczynie zjawił się ponownie po południu 26 maja 1917 r. i od razu ze stacji został przewieziony do lasu. Ustawiono go na "podwyższeniu", z którego strzelał do żubrów sam kajser.  Po dość długim oczekiwaniu, zobaczył nagle wśród drzew "czarnego olbrzyma" biegnącego w jego kierunku. Podniecony, przygotował się do strzału, lecz go nie oddał, czekając aż podejdzie jeszcze bliżej. Ale żubr zniknął w gęstwinie, pozostawiając po sobie przez chwilę odgłosy tupotu i chruczenia oraz wrażenie, które Czerwony Baron tak opisał: "kiedy ten byk się zbliżał, doznałem tego samego odczucia rozgorączkowania, jakie nachodzi mnie gdy będąc w samolocie zauważam w oddali angielskiego pilota, w kierunku którego muszę jeszcze lecieć kolejnych pięć minut by go dosięgnąć".

Wkrótce  przybiegł drugi, równie wielki, żubr, do którego Manfred von Richthofen strzelił z odległości osiemdziesięciu jardów, ale nie udało mu się go trafić ani w bark, ani w serce. Pamiętał jednak radę udzieloną mu wcześniej przez Hindenburga: "Musisz wziąć ze sobą dużo naboji (…), bo ta bestia nie umiera łatwo. Jej serce leży głeboko i zazwyczaj się w nie nie dosięga".  Dopiero trzecia kula zatrzymała żubra, który padł pięćdziesiąt jardów od Czerwonego Barona i umarł po pięciu minutach.
W drodze powrotnej z polowania Manfred von Richthofen przystanął w Promnicach, gdzie Hans oprowadził go po zameczku myśliwskim. Do Pszczyny dotarli przed zmierzchem.

 

A oto inny opis tego polowania asa lotnictwa przesłany mi przez Pana Andrzeja Brandysa:

 

„Żubr to zwierzę, które w języku miejscowym określane jest jako tur, prawdziwe tury wyginęły. Żubr jest jego najbliższym krewnym. Na ziemi są jeszcze tylko dwa miejsca i to jest Pszczyna i carski rezerwat w Puszczy Białowieskiej. A więc dzięki dobroci księcia dostałem pozwolenie zastrzelenia tak rzadkiego zwierzęcia. Mniej więcej za życia jednego pokolenia, zwierzęta te wyginą, ponieważ zostaną wybite. Przyjechałem do Pszczyny po południu 26 maja i musiałem z dworca zaraz dalej jechać, żeby jeszcze tego samego wieczora żubra ustrzelić. Jechaliśmy słynną drogą, przez olbrzymi park księcia. Po około godzinie wysiedliśmy i mieliśmy jeszcze pół godziny, aby dojść do mojego stanowiska, podczas gdy naganiacze byli już rozstawieni, aby na dany znak, rozpocząć nagonkę. Czekałem na ambonie, na której - jak mi główny zarządca lasu powiedział - cesarz uprzednio stał. Długo wszyscy czekaliśmy, aż nagle zobaczyłem w wysokich drzewach, ogromne czarne cielsko, które zbliżało się wprost na mnie. To był potężny byk, stanął w odległości 250 kroków. Niestety znajdował się za daleko do strzału. Dlatego wolałem czekać aż bliżej podejdzie. Musiał chyba znowu wyczuć naganiaczy, gdyż nagle wykonał nagły zwrot i zaczął biec z takim pędem, jakiego po takim zwierzu nikt by się nie spodziewał. Poczym zniknął za grupą gęstych świerków. Słyszałem jeszcze jego parskanie i tupanie, lecz nie mogłem go już zobaczyć. Czy był to widok zwierzęcia, do którego nie byłem przywykły - w każdym razie w chwili, gdy ten żubr się zbliżał ogarniało mnie to samo uczucie, ta sama gorączka myśliwska, która mnie chwyta jak w samolocie siedzę i widzę Anglika.
Nie trwało to długo, gdy pojawił się drugi żubr - równie potężny. Ten dla odmiany ułatwił mi sprawę. Zatrzymał się na odległość stu kroków. Pierwszy strzał ugodził żubra w bok.
 
Pamiętam jak sam Hindenburg powiedział mi miesiąc wcześniej żebym zabrał ze sobą odpowiednio dużo naboi. Serce jest umieszczone u takiego żubra bardzo głęboko dlatego przeważnie się chybia. I to się zgadzało. Oddałem kolejne strzały: drugi i trzeci. Żubr dalej stoi, ale jest mocno ranny. Chwilę później zwierzę padło. Polowanie zostało zakończone. Wszystkie trzy kule siedziały w pobliżu serca. Potem pojechaliśmy do pięknego domku myśliwskiego w Promnicach. Krótko przed zmrokiem wróciliśmy do Pszczyny ".

Zameczek myśliwski w Promnicach (Promnitz)

W XVI wieku na terenie Wolnego Państwa Pszczyna biskup wrocławski Baltazar von Promnitz zakupił tereny dzisiejszych Promnic. W latach 1760-1766 potomek Baltazara, Jan Adam Promnitz zbudował pierwszy pałacyk. Sto lat później Jan Henryk XI - Herzog Von Pless, piastujący godność Wielkiego Łowczego w Cesarstwie postanowił, że w miejscu starego, chylącego się ku ruinie dworku Promniców stanie Zameczek Myśliwski. Został on zbudowany w 1861 roku przez nadwornego architekta pszczyńskiego Olivera Pavelta. Zameczek został zrealizowany w stylu neogotyku angielskiego z widocznymi wpływami niemieckimi. Niestety, Zameczek sześć lat później spłonął, jednak szybko został odbudowany.
Ta przepiękna rezydencja, usytuowana nad jeziorem, przeznaczona była dla najznamienitszych gości zaproszonych na polowania w lasach pszczyńskich. Miasto to odwiedzili m.in. Wilhelm I Friedrich Ludwig von Hohenzollern – król Prus i Wilhelm II – Cesarz Niemiec. Miejsce to upodobała sobie także żona Jana Henryka XV Hochberga – Maria Teresa Cornwalis West (księżna Daisy). Wiele zmian nastąpiło po śmierci Jana Henryka XI, kiedy to księżna Daisy postanowiła nadać wnętrzom lekkości, wprowadzając meble z jasnymi obiciami oraz malując ściany na jasne kolory. Następnie zainstalowano małą windę do transportu potraw, a także wprowadzono elektryczność. Niemal wszystkie pomieszczenia zyskały bogatszy wystrój. Niemal wszystkie pomieszczenia zyskały bogatszy wystrój. Z zapisów inwentarzowych wynika, że znacznie wzrosła ilość trofeów myśliwskich, których w 1927 r. było aż 450 sztuk, podczas gdy w 1865 roku było ich zaledwie 34.

Promnice widok współczesny

Na dziedzińcu w 1864 roku została wzniesiona figura przedstawiająca patrona myśliwych – św. Huberta z jeleniem. Rzeźba ta inspirowana była postacią księcia pszczyńskiego Jana Henryka XI. Święty ubrany jest w tunikę, a na plecach ma zarzuconą skórę niedźwiedzia. Na prawym ramieniu ma zawieszoną torbę myśliwską i łuk. Autorem rzeźby i całej grupy figur hubertowskich jest Johann Janda.
Do 1938 r. był własnością rodu Hochbergów, jednak w tym roku został przekazany państwu jako część opłaty spadkowej, którą musieli uiścić synowie zmarłego Hansa Heinricha XV, aby objąć po nim schedę. Odtąd pałacyk znajdował się w gestii Lasów Państwowych, potem kopalń i zrzeszeń górniczych, by w 2003 r. znów stać się własnością Skarbu Państwa. W tym roku odbyło się tam spotkanie prezydentów Polski, Węgier, Słowacji i Czech. Obecnie w zamku znajduje się restauracja i hotel „Noma Residence”.

Cesarz Wilhelm II na schodach zameczku w Promnicach w towarzystwie Daisy von Pless

 

Manfred von Richthofen po wizycie,  zapisał w swoim dzienniku: "Posiadłość księcia von Pless nie jest zwyczajnym rezerwatem. Ciągnie się na milionie arów i żyją na niej dostojne jelenie, których nie widział jeszcze żaden człowiek. Nawet leśnicy ich nie znają. Czasami są odstrzeliwane. Ktoś może błąkać się po tym lesie tygodniami i nie spotkać żubra. Są takie okresy w roku, że w ogóle nie można go znaleźć. Żubry lubią ciszę i potrafią ukryć się dobrze  w gąszczu gigantycznej puszczy".
Jego przepowiednia, że "za kilkadziesiąt lat nie będzie żubrów" na ziemi, nieomal sprawdziła się znacznie wcześniej. Już podczas swojego pobytu w Pszczynie wiedział o losie żubrów w Białowieży, pisząc z odrobiną ironii: "Puszcza białowieska ucierpiała okropnie podczas działań wojennych. Wiele wspaniałych żubrów, które powinny były być łowione przez Cara i innych monarchów, zostało zjedzonych przez niemieckich muszkieterów".
W 1918 r. w lasach pszczyńskich było wciąż ponad 70 żubrów. Jednakże zawierucha powojenna na Górnym Śląsku, w tym kłusownictwo i beztroskie polowania stacjonujących tam oficerów sił alianckich, zdziesiątkowała ich pogłowie do pięciu sztuk w 1921 r. i tylko trzech w 1924 r. Gdyby nie determinacja zoologa Jana Sztolcmana, który odbudował ich populację rozmnażając ocalałe żubry Hochbergów z okazami z ogrodów zoologicznych, ani w Pszczynie, ani w Białowieży już by ich nie było.

 

Wracając na naszego bohatera to Wilhelm II, jak jego przodkowie, lubił polowania w zagrodzonych zwierzyńcach. Budzą one niesmak wśród współczesnych myśliwych, ale podówczas w Niemczech taki sposób polowania nie wzbudzał kontrowersji.

Wilhelm II zawsze ukrywał niesprawną rękę

Wilhelm II w stroju łowieckim (Biblioteka PZŁ)

W biografii łowieckiej Cesarza istotne były polowania w Hubertusstock. W swych „Pamiętnikach” Julian Fałat bardzo dokładnie opisuje łowy w tym słynnym obwodzie Cesarza Wilhelma II. Oto fragmenty tych opisów: 

„(...) Polowania odbywały się rocznie zawsze tym samym trybem, tak że, opis jednego z nich da pojęcie o wszystkich. Wyjazd z zameczka następował o szóstej albo siódmej rano. Po obfitym mięsnym śniadaniu zajmujemy miejsca w specjalnie na ten cel skonstruowanym wozie "pirschwagen" (wózek do polowań z podchodem), mieszczącym sześć osób, na koźle, obok furmana, siedzi "forstaufseher" (gajowy) tego rewiru, w którym znajduje się jeleń, przeznaczony do upolowania, a obserwowany już od wielu tygodni, o znanej wielkości rogów i znanych przyzwyczajeniach. (...).  Przybywszy w dany rewir, jedzie się stępa, aby móc łatwiej wypatrzeć jelenia i nie spłoszyć go. Najczęściej forstaufseher (gajowy) z kozła wskazuje pierwszy dyskretnie palcem kierunek, w którym odkrył jelenia wśród paproci; jeżeli jeleń jest płochliwy, to Cesarz sam wyskakuje z powozu z podaną mu strzelbą – zaś powóz, którego jeleń nie spuszcza z oka, jedzie dalej stępa. Cesarz ma więc możność zbliżenia się do jelenia na odległość strzału. Forstmeister (nadleśniczy) i leibjager (nadworny strzelec przyboczny) z powozu śledzą z wielką uwagą zachowanie się jelenia przed strzałem i po strzale. Cesarz Wilhelm był doskonałym strzelcem  i najczęściej trafiał zwierzynę pierwszym strzałem; bardzo rzadko zdarzało się aby musiał strzelać ponownie, już do uciekającego jelenia. Cesarz zwykle pierwszy ogląda skutki strzału  i ocenia jelenia, czy zasługuje na tytuł „ein kapitalhirsch” (byka o kapitalnym wieńcu). Forstmeister obcina tymczasem gałązkę świerku lub dębiny  i salutując, podaje ją na kordelasie Cesarzowi, który zatyka tę oznakę zwycięstwa za wstążkę u kapelusza. Leibjäger dobiera się do zębów trzonowych jelenia, zwanych „grandeln”(grandle)  – po rogach – najcenniejsze trofeum myśliwego. Po krótkiej dyskusji na temat podejścia i zachowania jelenia i po opowiedzeniu jego historii (każdy jeleń ma bowiem swoją historię) przez fostaufshera, Cesarz zajmuje miejsce w powozie, aby z kolei zacząć polowanie na innego jelenia. Po drugim lub trzecim jeleniu, zwykle około dziewiątej, Cesarz każe podać „butterschnitty” (kanapki), które wszyscy jemy z apetytem, popijając doskonałym winem mozelskim, najchętniej pijanym przez Cesarza. (...) W miarę oddalania się od zameczku forstmeister kieruje polowaniem, tak aby Cesarz najpóźniej o pierwszej godzinie wrócił na obiad do Huberusstock, a w drodze powrotnej mógł zabić jeszcze jednego jelenia. (...) W bardzo odległych rewirach, Cesarz polował przez cały dzień nie wracając do Hubertusstock. Na obiad, przywożony w skonstruowanych specjalnie wozach, przybywała zwyle i Cesarzowa ze świtą; na ten cel były przeznaczone altany, nieraz dość obszerne, o wyglądzie malowniczym i dostosowanym do pejzażu. Jedna z nich, nad jeziorem Glasow, była tak urocza, że zawsze z żalem ją opuszczałem. Niewielkie, ukryte w lasach jeziorko, było widocznie ulubione przez jelenie, które często podczas naszego śniadania przybywały tam, aby wytarzać się w błocie. (...) Oprócz "kazalnic" (rodzaj myśliwskich ambon) było wiele - szczególnie na brzegach zagajników - ukrytych stanowisk, dostępnych przez ścieżki wśród gęstwiny, czasem nawet przez podziemne ganki, które prowadziły do ulubionych przez zwierzynę miejsc pobytu lub starć. Taki ganek kończył się zwykle rodzajem altany prawie zupełnie ukrytej w ziemi, mającej tylko małe otwory jako strzelnice. (...) Cesarz nigdy nie polował w niedzielę." (...).

W czasie swojego łowieckiego życia Wilhelm II strzelił ogromne ilości zwierzyny. Zostało to skrupulatnie odnotowane w zapiskach, przez Jego dworską kamarylę.

Całkowity pokot Cesarza Wilhelma II. Lata 1872 – 1918.
78 330 szt. strzelonej zwierzyny
(wg. A. Gautschi)

Żubry

8 szt.

Dziki (grube)

3252 szt.

Perliczki

2 szt.

Łosie - łopatacze

12 szt.

Dziki (słabe)

316 szt.

Słonki

5 szt.

Renifery

8 szt.

Głuszce

108 szt.

Bekasy

2 szt.

Jelenie byki

2133 szt.

Cietrzewie

25 szt.

Kaczki

170 szt.

Jelenie łanie

98 szt.

Pardwy

95 szt.

Czaple/kormorany

826 szt.

Daniele byki

1848 szt.

Dzikie indyki

3 szt.

Niedźwiedzie

3 szt.

Daniele łanie

99 szt.

Zające

18025 szt.

Lisy

739 szt.

Kozice

121 szt.

Króliki

3178 szt.

Borsuki

6 szt.

Muflony

3 szt.

Bażanty

44086 szt.

Tumak (kuna leśna)

1 szt.

Rogacze

955 szt.

Kuropatwy

963 szt.

Różne (drapieżniki)

526 szt.

 

Zabijanie setek tysięcy zwierząt, czy to jest jeszcze sport? Czy Cesarz chciał udowodnić, że jest najlepszym strzelcem? Twierdzę, że w ten sposób tłumił kompleksy wynikające z kalectwa a i taki model łowiectwa obowiązywał wówczas w Niemczech.

Wracając do Prakwic fakt polowań królów w prakwickich lasach był zapewne powodem, że leśnictwo do dziś nazywa się KRÓLEWSKIE.

Nic nie pozostało ze świetności dworu w Prakwicach, dzisiaj są to tylko smutne ruiny i resztki okazałego kiedyś parku. Zachował się także staw usytuowany przed dworem i dwadzieścia dwa kamienie upamiętniające łowy panującego przez trzydzieści lat Cesarza Niemiec i Króla Prus - Wilhelma II.

Jako ciekawostkę podam tylko, że sława rogaczy z Prakwic ściągnęła na polowanie w 1934 roku ówczesnego premiera Prus - Hermanna Göringa (strzelił trzy rogacze), który przybył na nie ze świtą o wiele większą niż czynił to Wilhelm II i wymagał większej obsługi niż Cesarz. Widać to zresztą na fotografii, jak prężono się przed późniejszym zbrodniarzem wojennym. Na polowanie zaprosił go ówczesny właściciel Słobit i Prakwic Aleksander zu Dohna.

Hermann Göring na polowaniu w Prawicach
Hermann Göring w Prakwicach

Göring był w tym czasie premierem rządu pruskiego i znany był dosyć powszechnie jego wystawny tryb życia, toteż w Prakwicach przedsięwzięto wszelkie środki, by uprzyjemnić mu pobyt. Co się tyczy picia i jedzenia, to adiutant Menthe przekazał w liście do Prakwic, datowanym 15.V.1934 r. polecenie: „napoje i trunki - jasne piwo, szampan, wódki - maltańska, gorzka, malinówka i wiśniówka, w żadnym wypadku likiery, ewentualnie duńska lub szwedzka żytnia lub wódki białe; potrawki - szparagi, pieczarki, smardze, białe mięso, młode kartofle, dużo owoców, chętnie je raki i co nieco kawioru”. Aleksander przywiózł Göringa z lotniska wojskowego w Królewie k/Malborka wraz ze służącym i wieloma bagażami, wśród których był jego mundur lotniczy z Pour le Mérite na kołnierzyku (Pour le Mérite - fr. "Za Zasługi" - najwyższy pruski i niemiecki order wojskowy). Göring spał  w tym samym pokoju co niegdyś kajzer. Był w świetnym nastroju, który jeszcze mu się poprawił, gdy następnego ranka upolował okazałego rogacza. Po polowaniu przebrał się w białe spodnie i takiż pulower. Wszystkie jego spodnie, także myśliwskie, miały lampasy.

Aleksander zu Dohna (w okularach) z Göringiem (ubrany na biało

Z Prakwic pojechał do Słobit, gdzie obejrzał wystawny pałac i spotkał się z robotnikami majątku Dohnów. Wieczorem, po powrocie do Prakwic, ponownie upolował rogacza, a następnego dnia odleciał do Berlina.