Kamienie Wilhelma

Internetowe wydanie ksiązki Andrzeja Czaplinskiego

Get Adobe Flash player

Cesarskie Łowy

Wielkie pruskie rody były często spokrewnione lub zaprzyjaźnione z rodami królewskimi czy cesarskimi. Gospodarzowi ogromny zaszczyt sprawiało goszczenie książąt i władców Prus oraz Niemiec we własnym majątku. Doskonałą ku temu okazję stanowiły polowania. Szczególnie jeśli dobra rodowe obfitowały w zwierzynę łowną.

Sława rogaczy z Prakwic spowodowała, że w 1880 roku, właśnie na polowanie, przybył tu pierwszy członek rodu królewskiego. Był to książę Friedrich Carl von Preussen (prawdopodobnie kuzyn Wilhelma II, zmarły w 1885 r.). Zauroczony łowiskami i wielkością poroży, przyjechał do Prakwic jeszcze trzykrotnie. W sumie ustrzelił około dwudziestu rogaczy, których poroża po jego śmierci powróciły do dworu w Prakwicach i stały się zaczątkiem kolekcji cesarskich trofeów. O jego pobycie zaświadcza najstarszy kamień ustawiony w lasach prakwickich, pochodzący z 1882 r. Wyryty na nim napis głosi, że „Jego Królewska Wysokość Książę Carl Friedrich von Preussen, 30 maja 1882 roku strzelił w tym miejscu kapitalnego rogacza. (niem. S.K.H ( Seine Königliche Hochheit) Prinz Friedrich Carl von Preussen erlegten 30 Mai 1882 einen capitalen Rehbock). Na mapce kamień ten oznaczono numerem jeden.


Friedrich Carl von Preussen 

Friedrich Carl von Preussen ur. 28 marca 1828 r. w Berlinie, zm. 15 czerwca 1885 r. w Kleinglienicke w Poczdamie, był pruskim księciem i wybitnym dowódcą wojskowym. Pochodził z rodu Hohenzollernów. Zapalony myśliwy i doskonały jeździec. Książę lubił samotne życie, z dala od dworu i wielkiego świata. Większość swego życia spędził w "Jagdschloss Dreilinden", w dworku, który zbudował w 1869 r., w lesie Dreilinden,  gdzie polował i zajmował się rolnictwem.

Odznaka była trzystopniowa - złota, srebrna i brązowa 

W 1859 roku założył Zakon Białego Bardzo Szlachetnego Jelenia - Sancti Huberti. Ustanowił też Order Białego Jelenia (("Der sehr edle Orden vom weißen Hirschen Sancti Huberti"), przyznawany wybitnym myśliwym, członkom rodziny królewskiej.

Tak było do 1885 r. do śmierci założyciela Zakonu. Ciekawostką jest to, że w 1909 r.  Cesarz Wilhelm II reaktywował order jako Pruską Myśliwską Odznakę Honorową przyznawaną zapalonym myśliwym, kontynuatorom pruskiej tradycji polowań. Odznaka została wyprodukowana przez firmę jubilerską "Sy&Wagner". Jej produkcja została sfinansowana przez parę cesarską ze specjalnego funduszu ufundowanego do tego celu. Odznaczenie miało być przyznane w ilości 26 szt. stanowiącą  symboliczną ilość odpowiadającą dokładnie liczbie żyjących jeszcze nagrodzonych osób początkowego Zakonu, Ustanowiona w  50. rocznicę powstania Zakonu Białego Bardzo Szlachetnego Jelenia - Sancti Huberti. Otrzymało je w sumie 25 szlachciców. Dwudziestaszósta została zarezerwowana dla samego Wilhelma II. 

Na fotografii widoczna pod lewą kieszenią Cesarza Pruska Myśliwska Odznaka Honorowa 

O Zakonie "Białego jelenia" wspomina księżniczka pszczyńska Daisy von Pless w swoich pamiętnikach: "... W Berlinie zawsze można było przeżyć jakieś nadzwyczajne ceremonie. Kiedyś leżałam w hotelu chora na grypę, gdy wpadł Hans ( jej mąż książę pszczyński Jan Henryk XV Hochberg - dop. autora) pieniący się ze wściekłości, bo został przez Cesarza zaproszony do klubu „Biały Jeleń". By uzyskać członkostwo, trzeba było przybrać na krześle pozycję klęczącą i opowiedzieć sprośną historyjkę, po czym Cesarz pasował kandydata na rycerza waląc go po siedzeniu płaską stroną szabli. Insygniami był łańcuch z jelenich zębów zawieszany na szyi. Klnącego przez cały czas Hansa ubraliśmy w czerwony mundur huzarski i wysłaliśmy na ceremonię ...".

 

Jako drugi królewski myśliwy przybył do Prakwic w 1884 r. książę Wilhelm von Preussen - późniejszy Cesarz Niemiec i Król Prus Wilhelm II. W swych wspomnieniach Aleksander Dohna opisuje, że o cesarskich wizytach opowiadał mu służący, a potem dozorca dworu w Prakwicach - Hoffmann. Właśnie w 1884 roku książę strzelił pierwszego kapitalnego rogacza. Uczynił to będąc zaproszonym na polowanie do pobliskiego majątku Lipiec (niem. Lippitz), nie stanowiącym własności Dohnów. Na pamiątkę tego wydarzenia właściciel Lipiec ustawił na granicy ziem prakwickich i lipieckich kamień z wyrytym napisem.

Poszukiwałem wśród pól owego kamienia i prawdopodobnie go odnalazłem. Kamień leżał przewrócony w rumowisku innych głazów ściągniętych z pól przez rolników. Rumowisko znajduje się w wyschniętym bagienku na granicy ziem prakwickich i lipieckich. Niestety upływ czasu zatarł litery i jedynie z wielkim trudem udało mi się odczytać litery S.K.H. Nie zrobiłem fotografii tego kamienia, ponieważ uznałem, że na zdjęciu napis ten byłby słabo widoczny. Jego waga nie pozwalała na to, żeby go odwrócić i zbadać dokładnie. Tym niemniej z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że jest to kamień, o którym wspomina Aleksander von Dohna. Świadczy o tym jego położenie na granicy pól prakwickich i lipieckich oraz litery S.K.H., którymi oznaczano kamienie książęce. Obeliski cesarskie miały trochę inne oznaczenie, ale o tym napiszę w dalszej części niniejszej publikacji. W 2008 roku myśliwy z Niemiec Burkhard Steins - Winsmann, goszczący w naszym kole na tzw. polowaniu dewizowym, pokazał mi starą niemiecką mapę, na której oznaczono pierwotne położenie tego kamienia. Niestety nie ma go już w tym miejscu.

 

Udane polowanie w 1884 roku spowodowało, że Wilhelm von Preussen odwiedzał Prakwice corocznie do 1910 r. W lasach prakwickich do dnia dzisiejszego znajduje się kamień nazywany przez miejscowych myśliwych „Drewnianym”. Kiedy jest obrośnięty mchem, przypomina z daleka pień drzewa. Jest to największy kamienny obelisk pochodzący z 1887 roku, ostatni z odnalezionych kamieni, ustawionych dla Wilhelma jeszcze jako księcia. Napis w języku niemieckim brzmi „S.K.H Prinz Wilhelm von Preussen erlegten hier am.15 Mai 1887 einen capitalen Rehbock”, co znaczy, że rogacz padł z książęcej ręki 15 maja 1887 roku. W 2009 roku odnaleziono jeszcze jeden kamień postawiony dla Wilhelma II jeszcze jako księcia datowany na 16 maja 1887 roku. Ciekawostką jest, że leży na polach wsi Protajny (niem. Protainen) nie będących wówczas w posiadaniu rodziny von Dohna.

 

Rok później, w 1888 r. księcia Wilhelma koronowano na Cesarza Niemiec i Króla Prus - Wilhelma II. Objął on schedę po ojcu Cesarzu Fryderyku III, który panował tylko 99 dni, ponieważ zmarł w 1888 roku, z powodu raka krtani. Cesarz Wilhelm II był wnukiem brytyjskiej królowej Wiktorii, (matka Wilhelma była jej córką). Urodził się 27.01.1859 r. Koronowano go w wieku 29 lat i panował do 9.11.1918 roku. Zmuszony do abdykacji, zbiegł do Holandii, gdzie w miejscowości Doorn zmarł 04.06.1941 r.

 

Rudy Śląskie (Rauden) 1886 r. Wyjazd na polowanie: cyfrą 1 zaznaczony książę Wilhelm von Preussen.

 

Powróćmy jednak do pasji łowieckich Wilhelma II. Cesarz w początkowym okresie przybywał do Prakwic w otoczeniu świty, która składała się, z:

von Ilberga - osobistego lekarza cesarskiego

Grafa von Kessela

Kuno Grafa von Moltke (młodszgo)

W tym towarzystwie zawsze polowali goście:

Philipp Fürst Eulenburg - przyjaciel Cesarza

Graf Dohna Waldburg

Graf Finckenstein - Simnau

Graf Dohna - Mallmitz

W okresie późniejszym do orszaku cesarskiego dołączyli:

generał - pułkownik Hans von Plessen

adiutant przyboczny Wilhelm von Dommes- (niem. adiutant skrzydłowy)

adiutant przyboczny Friedrich von Gontard- (niem. adiutant skrzydłowy)

doktor Niedner (imię nieznane) - osobisty lekarz, który zastąpił dr A. von Ilberga.

W latach 1884 - 1910 każdego roku w maju Cesarz spędzał w Prakwicach kilka dni na polowaniu. W następnych latach, nie polował, mocno zajęty polityką: kryzysami marokańskimi 1905 i 1911, kryzysem bałkańskim 1908-1909, rozbudową floty oraz armii. Polityka „na krawędzi” w sumie doprowadziła do wybuchu I wojny światowej.

Skrupulatni biografowie zanotowali nawet ile czasu spędzał Cesarz w ciągu roku na polowaniach, nie tylko w Prakwicach. I tak:

- rok 1895 - 40 dni,

- rok 1896 - 57 dni,

- rok 1897 - 66 dni,

- rok 1898 - 22 dni,

- rok 1899 - 45 dni,

- rok 1900 - 43 dni,

- rok 1901 - 41 dni,

- rok 1902 - 35 dni,

- rok 1903 - 40 dni,

- rok 1904 - 39 dni,

- rok 1905 - 24 dni,

- rok 1906 - 40 dni,

- rok 1907 - 28 dni,

- rok 1908 - 51 dni,

- rok 1910 - 33 dni,

- rok 1911 - 48 dni,

- rok 1912 - 38 dni,

- rok 1913 - 27 dni.

Z zestawienia wynika, że średnio w roku oddawał się swojemu ulubionemu zajęciu czyli polowaniom przez 39 dni. Nie wliczono tutaj czasów dojazdów i odjazdów na miejsca polowań. Właściwie to urlopy spędzał na polowaniach. Nie polował w ogóle z chwilą wybuchu I Wojny Światowej, aż do abdykacji.

 

W 1906 roku Cesarz mocno poróżnił się z Ryszardem Wilhelmem von Dohna. Ochłodziło to stosunki pomiędzy Jego Wysokością a właścicielem Prakwic. Dokładnie nie wiadomo jakie było podłoże tego konfliktu. Wspomina o nim polski malarz Wojciech Kossak: „Ryszard Wilhelm Dohna niekiedy przeciwstawiał się Cesarzowi. W 1906 roku musiało dojść do tak poważnych rozbieżności, że Wilhelm od tego czasu ograniczył przyjazdy na polowania do Prakwic”. O konflikcie pisze też Julian Fałat w swoich "Pamiętnikach". Jako uczestnik jednego z polowań w Rominten, Julian Fałat, zauważył, że Ryszard von Dohna poróżniony był mocno z ulubieńcem Cesarza, Philipem von Eulenburg. Zapewne to było źródłem nieporozumień Wilhelma II i Ryszarda von Dohna. Dzisiaj już wiem, że podłożem konfliktu był skandal obyczajowy zwany aferą Eulenburga. Piszę o tym w innym miejscu.


W 1910 roku, przy okazji manewrów wojskowych (cesarskich), Wilhelm na pewno przebywał w Prakwicach. Dowodem tego jest fotografia. Wiadomo, że polował podczas tej wizyty. Dworskie uniformy łowieckie Cesarza i jego świty, przedstawione poniżej, potwierdzają ten fakt. Warto zwrócić uwagę, że Cesarz, pozując do zdjęć zawsze ukrywał chorą lewą rękę.

 

Manewry Cesarskie 1910 r. – wizyta Cesarza w Prakwicach (trzeci od lewej).
Cesarz i inni panowie ubrani są w mundury myśliwskie.

Pierwszy z lewej: gen. płk von Plessen, trzeci Wilhelm II, piąty Ryszard zu Dohna właściciel Słobit i Prakwic.

 

Jak podają źródła historyczne, Wilhelm II w sumie strzelił w Prakwicach około 500 sztuk rogaczy. Spowodował tak znaczny ubytek populacji, że przez następne 20 lat odbudowywano ich stan. 

Był on fanatykiem polowań nie tylko na rogacze, a właściwie na wszystko. Strzelał nie tylko sztuki o okazałym porożu, ale także te słabe, niczym specjalnie się niewyróżniające. W każdym miejscu, gdzie strzelił rogacza, ustawiano drewniany pal-słup, na którym były wyryte: data pozyskania zwierza, cesarska korona i literka „W”. Do czasu upadku monarchii, słupy te corocznie odnawiano i konserwowano. Tylko w miejscach, gdzie z cesarskiej ręki padł kapitalny rogacz, ustawiano kamienny obelisk z napisem: „S.M. Kaiser u König erlegten hier (tutaj następowała data) einen capitalen Rehbock”. Ile tych kamieni ustawiono? Różne źródła podają różne dane. Prawdopodobnie było ich 100 - 105. Do dziś znajduje się ich dwadzieścia dwa. Są zinwentaryzowane, ponumerowane i naniesione na mapę w miejscach, w których się znajdują.

Łowczy Schmidt 

Łowczy Gustaw Adolf Schmidt. Fotografia wykonana w obecnej leśniczówce leśnictwa "Królewskie" w Starym Mieście.

Zastanawia ogromna pasja Cesarza Wilhelma do polowań. Być może miało na to wpływ jego kalectwo. Cierpiał on bowiem na niedowład lewej ręki i właściwie posługiwał się tylko prawą. Jakby chciał sobie i światu coś udowodnić.

W łowach na terenie Słobit i Prakwic, Wilhelmowi towarzyszył zawsze nadworny łowczy von Dohnów, Gustaw Adolf Schmidt, który pomagał Cesarzowi w oddaniu strzału. Służył mu swoim ramieniem jako podpórką i nastawiał przyrządy celownicze. Jego Wysokość podczas łowów używał broni myśliwskiej z ruchomą szczerbinką, kal. 5,2x34R, zwanej 5,2mm - Kronprinz). Schmidt potem opowiadał, że Cesarzowi z emocji tak silnie chwiała się broń, że musiał zakrywać szczerbinkę aby dostojny myśliwy mógł się uspokoić i odprężyć przed oddaniem strzału. Cesarz nieraz żartobliwie przygadywał Schmidtowi, „że skoro tak dobrze mu wszystko ustawia, to niech też ustawi mu księżyc, żeby lepiej świecił”. Łowczy towarzyszył Cesarzowi w tych wyprawach przez szesnaście lat. Gustaw Adolf Schmidt był jednocześnie leśniczym w Starym Mieście, które wchodziło w skład dóbr von Dohnów. Dzisiaj w tym budynku nadal mieści się siedziba leśnictwa "Królewskie" i mieszka w nim leśniczy i też łowczy  tyle że, nie łowczy nadworny ale łowczy Koła Łowieckiego "Knieja" w Starym Dzierzgoniu, kol. Marian Maślanka.

             

Broń myśliwska Wilhelma II

Andreas Gautschi,  opisuje w swojej książce broń myśliwską Jego Wysokości, podając w jakich latach i okresach ewaluowały cesarskie upodobania co do broni myśliwskiej.

W latach 1877 do 1879 ulubioną bronią myśliwską Wilhelma była para wielkokalibrowych, 11 mm, kurkowych sztucerów firmy J.P. Sauer & Sohn z Suhlu. Był to prezent ślubny od Naczelnego Łowczego Prus, księcia von Pless. Później Wilhelm II używał 8 mm sztucera, jednak około 1895 roku, nagle zainteresował się kalibrem 6 mm, którym osiągał zaskakujące wyniki. W 1895 roku wspomina Rollfing, „W tym roku kaliber 8 mm nie dawał nigdy przestrzału u jeleni w Romintach i zraniony jeleń dawał niewiele farby. Natomiast w Schorfheide pocisk 6 mm gładko przebijał się na wylot i powodował dużą ranę wylotową i obficie sfarbowany trop. Także w Bückeburg miał Cesarz dobre wyniki z jeleniami ze sztucerem o bardzo długiej lufie. Pocisk posiadał niklowy płaszcz odkryty na 1/5 długości i napędzany był przez 2.55 g małodymnego (bezdymnego) prochu płytkowego. Jelenie padają najczęściej w ogniu lub padają tak szybko, że nawet, poza ogrodzeniami, po krótkim czasie zostają znalezione. Zawsze powstaje sfarbowany trop”. (Zdanie o ogrodzeniach potwierdza fakt, że Wilhelm lubił polować w rewirach ogrodzonych i przydworskich parkach – dop. autora).

Julian Fałat będący cesarskim malarzem podczas polowań w Hubertsstock w swoich "Pamiętnikach" tak pisze: "Cesarz polował bardzo chętnie z tak zwanych "hochstände" (przypominających kazalnice, ambona - dop. autora), pobudowanych w najrozmaitszych punktach lasu. Na taki "hochständ", wysłany - jak i prowadzące nań stopnie - mchem, dla stłumienia odgłosów, wchodzi Cesarz z forstmeistrem i ze mną, aby czatować na jelenia, przychodzącego na kartofle o pewnej stałej porze. (...) Cesarz z bronią gotową, opartą o poręcz, obserwuje jelenia, ewentualnie namyśla się nad wyborem - wreszcie zniża głowę do poziomu  luf i strzał pada.(...) Cesarz Wilhelm II był doskonałym strzelcem i najczęściej trafiał zwierzynę pierwszym strzałem: bardzo rzadko zdarzało się, aby musiał strzelać ponownie, już do uciekającego jelenia.(...) Broń Cesarz miał skromną, wyrobu Sauer & Suhl, dobrze ostrzelaną, ale straszliwie ciężką. Dopiero około 1900 roku zaczął używać nowej broni, którą nazywał "die Waffe der Zukunft" (broń przyszłości), była to machina ciężka bardzo, ale ogromnie precyzyjna, o cieśnieniu i jak twierdzili forstmeistrzy - dwu tysięcy atmosfer. Widziałem efekty celności strzału i siły wprost zastraszającej." (...).

Cesarz strzelał z przygotowanych specjalnie dla niego stanowisk, na których w celach bezpieczeństwa zawsze towarzyszył mu strzelec. Na fotografii doskonale widać, że z powodu kalectwa strzelał z jednej ręki.

Cesarz na stanowisku z ubezpieczającym go strzelcem 

W następnych latach Wilhelm II używał w Romintach i Schorfheide, prawie wyłącznie, 6 mm sztucera o wysokiej prędkości pocisku, wyposażonego w lunetę celowniczą, którego dane balistyczne, strzelał on w punkt w odległościach od 100 do 300 m, przy dalekich strzałach imponowały Cesarzowi. Jedynie jeszcze na polowaniach dworskich, gdzie strzelano na krótkie odległości, używany był kaliber 8 mm. Dotyczyło to przy tym krótkiego karabinka systemu Schlegelmilch produkcji Koenigliche Gewehrfabrik (Królewskiej Fabryki Karabinów) w Spandau. Poza tym, na polowaniach dworskich, Cesarz strzelał niekiedy ze sztucerów o łamanych lufach tego samego kalibru.

Jednak po przypadkach opisanych podczas polowania na żubry, dnia 10 grudnia 1901 roku w obwodzie księcia Hansa Heinricha von Pless, w Pszczynie, Jego Wysokość, począwszy od jesieni 1905 roku, ponownie przeszedł na kaliber 8 mm.

Opis wspomnianego wyżej polowania na żubry w Pszczynie - 10 grudnia 1901 r.:

„Oba żubry - samce, siedmioletni i sześcioletni zostały przewiezione z wielkim trudem, ze swoich ostoi w liczącym 10 000 ha zwierzyńcu pszczyńskim, do dwóch oddzielnych, mocno i trzykrotnie ogrodzonych zagród. Samo polowanie odbywało się w dodatkowo ofladrowanym, spiczasto w kierunku cesarskiego stanowiska pędzeniu tak, że żubry zmuszone były - przy respektowaniu fladr – wyjść Cesarzowi na strzał. Po, niezupełnie zgodnym z programem, przebiegu polowania na pokocie leżały oba byki. Cesarz, mimo odradzania mu tego, użył małego, 6 mm kalibru, o wysokiej prędkości pocisku. Wskutek czego przy jednym żubrze potrzebował czterech strzałów oraz dodatkowo jednego na dostrzelenie, a przy drugim zużył aż siedem pocisków. Sytuacja stała się problematyczna, gdyż jeden z postrzelonych byków, „w pełnym pędzie” przerwał linię naganiaczy, następnie przełamał najbliższe ogrodzenie i gładko przeskoczył dwa następne. Z wielkim trudem oraz dzięki rozwadze doświadczeniu urzędników leśnych można było byka ponownie wcisnąć do pędzenia, tak że polowanie mogło się ponownie rozpocząć. W międzyczasie, wskutek założenia, że pierwszy byk już padł, zwolniono z zagrody także drugiego. Cesarz Wilhelm położył go siedmioma strzałami. Przy oględzinach stwierdzono jednak, że nie był to postrzelony uprzednio żubr i pośpiesznie udano się ponownie na bezpieczne stanowisko, gdyż spotkania z pierwszym, zranionym już bykiem, chciano jednak uniknąć”.

 

Dlaczego Cesarz, począwszy od jesieni 1905 r., także w Romintach i Schorfheide ponownie przeszedł na kaliber 8 mm, nie wiadomo. W każdym razie kilka nieprzyjemnych przypadków, które zawsze mogą mieć miejsce przy strzelaniu grubej zwierzyny małokalibrowymi, bardzo szybkimi pociskami, a także duże uszkodzenia tuszy, mogły spowodować ponowne stosowanie sztucerów 8 mm. Dotyczyło to systemu powtarzalnego Mausera z nowym typem pocisku, posiadającym  na 1/5 długości płaszcz i ostry ołowiany wierzchołek.  Ładunek 3,2 g wojskowego prochu płytkowego. Bardzo szybko ten pocisk został zastąpiony przez tzw. pełnopłaszczowy - spiczasty pocisk typu S. Cesarz do końca kariery łowieckiej używał sztucera 6 mm „tzw. kilometrowego”  wyłącznie do odstrzału rogaczy ewentualnie głuszców.

Wilhelm II używał także optyki myśliwskiej. Luneta celownicza firmy Goert „Certar” względnie od Voigtlaendera z Brunszwiku miała ośmiokrotne powiększenie. Na używanie takich przyrządów celowniczych namówił cesarza  leśniczy von Hoevel, który miał wpływ na wprowadzanie do użytku przez cesarza celowników optycznych oraz na poprawianie ich jakości. Zdumiewającym jest, że w lunetę zaopatrzony był również krótki sztucer do polowań dworskich.
Cesarz brał stale żywotny udział w rozwoju technicznym broni. W dniu 12 lutego 1897 r. polecił przedstawić sobie w Pałacu Królewskim, w Berlinie, automatyczną śrutówkę systemu Browninga, która wykonana została przez Fabrique Nationale d`Armes de Guere w Herstal. W  dniu 26 marca 1897 r. odwiedził Die Deutsche Versuchsanstalt fuer Handfeuerwaffen (Niemiecki Zakład Badawczy dla Broni Ręcznej w Halensee) i okazał duże zainteresowanie działalnością tej instytucji, której prezydentem był książę Wiktor von Ratibor. Cesarz z uwagą wysłuchał 1,5 godzinnego referatu, kilkakrotnie go przerywając uwagami o swoich doświadczeniach z producentami broni oraz rusznikarzami i wyraził nadzieję, że także w produkcji broni myśliwskiej, jak i w pozostałej technice, uda się Niemcom wyprzedzić zagranicę. Cesarz mówił, że  niezrozumiałym jest niewielkie zainteresowanie myśliwych działalnością Zakładu Badawczego. On sam na własny użytek dawno już wykorzystuje korzyści płynące z jego działalności oraz że nie będzie nigdy używał broni, której przydatność nie byłaby uprzednio stwierdzona w Hallensee.

Z powodu kalectwa Wilhelm II miał trudności ze strzelaniem z normalnej strzelby. Specjalnie dla niego wykonano dubeltówkę, w której rolę języków spustowych pełniły przyciski na szyjce kolby. Strzelba wykonana około 1900 roku przez Johanna Jacoba Reeb, nie miała języków spustowych i kabłąka.

Cesarska strzelba guzikowa (dł. lufy 75 cm, kaliber 16/70). (Fot. Z książki "1000 Handfeuerwaffen")

Na polowaniu 24 i 15 grudnia 1898 r. w Springer Saupark, gdzie Cesarz m.in. strzelił 92 grube dziki, wypróbował po raz pierwszy nowy, samopowtarzalny karabinek Mausera z Obersdorfu o bardzo krótkiej lufie. Z karabinka tego można oddać kolejno 10 strzałów bez odczuwalnego odrzutu i bez odejmowania broni od ramienia. Przy bardzo wysokiej szybkostrzelności Rollfing, w swoim odnośnym sprawozdaniu łowieckim, dał wyraz swego zaniepokojenia, że ta broń, stanowiąca idealną broń kłusowniczą, będzie jeszcze odgrywała pewną rolę „w późniejszych aferach kłusowniczych”. Użytkowanie tej automatycznej broni była szczytowym punktem w łowieckich eksperymentach z bronią Cesarza Wilhelma. Korzystał z tego „Maximkarabinka jeszcze kilka razy, gdy można było strzelać na krótkie odległości, np. w Grunewald lub Wildpark. W późniejszych sprawozdaniach nie mówi się już o „sztucerze dla kłusowników”. Jego Wysokość prawdopodobnie uznał jednak, że „niemyśliwskie” było użycie tej szybkostrzelnej broni na polowaniu. W dzienniku „Berliner Morgenpost” z dnia 17 marca 1899 r. ogłoszono, że pogłoski jakoby Cesarz używał broni całkowicie nowego typu, są błędne.

Fotografia z 1902 r.

Prezentacja sztucera podczas polowania w Letzlingen - od lewej: książę Solms-Baruth, Cesarz Wilhelm II, z prawej nadleśniczy von Lindequist, drugi syn Cesarza - Eitel, generał pułkownik von Plessen, szef gabinetu Cesarza von Valentini (ubrany po cywilnemu) i książę Putbus.(żródło: Bilder der Kaiserzeit - Herzogin Viktoria Luize).

Cesarz Wilhelm II szanując tradycje rodzinne nakazał aby wszystka, będąca w jego dyspozycji, broń myśliwska i sprzęt łowiecki jego przodków, panujących w Brandenburgii i Prusach, zastała wyeksponowana na specjalnej wystawie w ramach Międzynarodowej Wystawy Sportowej w 1907 r.

Na polowaniach na zwierzynę drobną, zazwyczaj strzelał z czterech lub pięciu bezkurkowych, dubeltówek z centralnym zapałałem (zapłonem), o osadzie (kolbie) typu niemieckiego, bez policzka, (baki). Dubeltówki wyprodukowane zostały przez Foerster’a w Berlinie, kalibru 20, z różnymi czokami. Stosowany był śrut nr 7, z bezdymnym prochem Rottweil. Ponieważ Cesarz strzelał jedynie jedną ręką, środek ciężkości tych broni przesunięty był bardziej do tyłu, aby uniknąć zmęczenia ramienia. Cesarz miał także korzystać z dubeltówek Anson o kalibrze 20 z różnymi czokami. Strzelby te posiadały tzw. spust guzikowy. Dworski rusznikarz Filip Reeb z Bonn wykonał około tuzina takich dubeltówek ze spustami guzikowymi na zamówienie i na rachunek Urzędu Polowań Dworskich. Kilka broni myśliwskich Cesarza Wilhelma II jest obecnie wystawianych w Deutsches Jagdmuseum (Niemieckim Muzeum Łowiectwa) w Monachium.

Mimo kalectwa, Wilhelm II, jako doskonały strzelec był ceniony i szanowany wśród innych myśliwych. Podczas pobytów w Prakwicach rozkład dnia podporządkowywano rytmom związanym z polowaniem.

Cesarz wstawał wcześnie rano. Około godz. 3:00 – 4:00 jadł śniadanie, które składało się z ciepłego mięsa z przysmażanymi ziemniakami, świeżego ciasta drożdżowego z jabłkami, podpiekanych chrupiących bułeczek i kawy.

Potem jechał do lasu odkrytym powozem w otoczeniu innych myśliwych i łowczego Schmidta. Polował do godziny 8:00-9:00. Przed obiadem spał parę godzin. Posiłek podawano o godz.16:00. Cesarz gustował w prostych, niewyszukanych potrawach. Służba serwowała: zupę, rybę i pieczeń z sałatą oraz kompot. Potem jadano warzywa, słodki deser, paluszki serowe, owoce. Bardzo często podawano raki, które dzielono na mniejsze porcje, ponieważ Cesarz jadł tylko jedną ręką. Odławiano je w Prakwicach, bądź sprowadzano aż z Berlina. Cesarz zawsze miał przy sobie osobisty widelec, który służył mu także jako nóż. Był to rodzaj „niezbędnika”- z jednej strony widelec, a z drugiej ostrze noża. Nigdy z tym „przyrządem” się nie rozstawał.

Po obiedzie ponownie udawał się na polowanie, które trwało do wieczora. Rozkład dnia, (dwa do pięciu rogaczy), otrąbiany był przez strzelców. Na kolację jadł tylko bułkę obłożoną wędliną, drobne ciasteczka i pił herbatę. Przed snem, przez około dwie godziny, gawędził z towarzystwem, bądź czytał, popijając przy tym niskoprocentową, truskawkową nalewkę.

Na spoczynek udawał się około godz. 22:00-22:30. Następne dni pobytu wyglądały niemal identycznie. Nic nie mogło odwieść Cesarza od udania się na łowy. Podczas jednego z pobytów Wilhelm II zachorował, był przeziębiony. Osobisty lekarz dr Ilberg namawiał go, żeby nazajutrz rano nie jechał na polowanie. Cesarz twardo odpowiedział, „że tylko padający deszcz może mu przeszkodzić w polowaniu”. Doktor Ilberg w porozumieniu z gospodarzem dworu użył fortelu. O godz. 2:00 obudzono służbę, która wodą z konewek polewała okno sypialni cesarskiej. Cesarz obudziwszy się, zobaczył padający za oknem deszcz i ponownie poszedł spać. Jednak przy późnym śniadaniu zorientował się, że użyto wobec niego jakiegoś wybiegu i niby to żartobliwie, ale jednak z sarkazmem, rzekł do Ilberga: „Panie doktorze na przyszłość wypraszam sobie robienie takiej pogody”.

Najpiękniejsze trofea, a właściwie ich gipsowe kopie Cesarz podarował właścicielom Prakwic (80 sztuk). Stanowiły one wystrój dworu, wzbudzały zachwyt gości i były powodem dumy Ryszarda Wilhelma von Dohna.

Oryginały poroży prakwickich były ozdobą wnętrz pałacu w Poczdamie. Jednak część została rozkradzion podczas ruchów rewolucyjnych, jakie po zakończeniu I Wojny Światowej ogarnęły Europę, oraz w czasie rewolucji listopadowej (1918) w Poczdamie. Kilkadziesiąt parostków ocalało i WilhelmII zabrał je na wygnanie do Doorn, gzie stanowiły wystrój cesarskiego pałacu.

W 2008 roku odwiedził mnie niemiecki fotograf i myśliwy Burkhard Steins – Winsmann, który podarował mi książkę Andreasa Gautschi pt. „Wilhelm II a łowiectwo. Łowiska i polowania ostatniego Cesarza Niemiec” (niem. „ Wilhelm II und das Waidwerk. Jagen und Jagden des letzten Kaisers Deutschlands“. Wiele ciekawych informacji znajduje się w tej książce. Niektóre z nich są odmienne od przytaczanych wcześniej a inne potwierdzają  informacje z innych źródeł. M.in. znajduje się w niej tekst autorstwa Philipa Eulenburga, cesarskiego faworyta pt. „Cesarskie dni w Prakwicach”.

Philip Fryderyk Alexander Eulenbug ( ur. 12 lutego 1847 w Königsberg, Prusy; zm. 17 września 1921 w zamku Liebenberg w Löwenberger Land), był politykiem i dyplomatą Cesarstwa Niemieckiego. Był też faworytem Cesarza Wilhelma II. Książę Filip, nazywany "Phili" był ulubieńcem i doradcą Cesarza Wilhelma. Kajzer, spośród ludzi ze swego najbliższego otoczenia, jedynie na Philipa potrafił patrzeć przychylniejszym wzrokiem. Ten zaś darzył go prawdziwe szczerym uczuciem, graniczącym z kultem. Kanclerz Bismarck żartował, że wielbił Cesarza oczyma. Cesarz zaś odwzajemniał się swojemu ulubieńcowi, opisując go jako "promień słońca rozjaśniający ponury dzień". Zimny i autorytarny Cesarz łagodniał w towarzystwie księcia. Nie należał do rzadkości obrazek kiedy to Phili grał na fortepianie, a stojący obok kajzer odwracał mu nuty. Tych dwóch mężczyzn łączyła dziwna, trwająca ćwierć wieku, przyjaźń pełna romantycznej egzaltacji i wzajemnej adoracji. Posądzano ich nawet o związki homoseksualne. W 2013 r. natknąłem się na ciekawą informację. w Internecie (strona http://cesarskaeuropa.pl ) 

Afera Filipa Eulenburga

"Hrabia Filip Eulenburg był przyjacielem Cesarza Wilhelma II, i tak naprawdę, to chyba jedynym człowiekiem, który miał na niego wpływ. Poznali się na polowaniu w Prakwicach w 1886 r. O bytności Eulenburga na polowaniach cesarskich pisze we wspomnieniach Julian Fałat. Grono przyjaciół spotykało się również w dobrach Eulenburga, w pałacu Leibenberg, leżącym na północ od Berlina. Było to tzw. Leibenberg Kreis (Koło Liebenberg), w skład którego wchodzili oprócz Filipa Eulenburga również Richard zu Dohna-Schlobitten, Georg von Hülsen-Haeseler, Kuno Graf von Moltke, Emil Graf von Schlitz, Axel Freiherr Varnbüler. Trudno zaprzeczyć, że kontakty przyjaciół z koła nie miały wpływu na decyzje polityczne Cesarza. Oczywiście nie podobało się to wielu odrzuconym arystokratom i skorzystano z okazji, aby tę dworską kamarylę rozgonić. Doskonałą powodem był proces sądowy redaktora Hardena z grafem von Moltke, który rozpoczął się w roku 1907. Dostarczył mnóstwo sensacyjnych informacji, udowodnił kontakty homoseksualne Filipa Eulenburga, traktowane jako przestępstwo z art. 175 niemieckiego kodeksu karnego. Była to tzw. nienaturalna rozpusta. Rozpusta naturalna była dozwolona i nikt z tego nie robił żadnych problemów. Eulenburga oskarżono również o krzywoprzysięstwo. Postępowanie zostało zamknięte w 1909 r. z powodu oświadczenia lekarzy, że stan jego zdrowia uniemożliwia dalsze prowadzenie procesu. Jednak skompromitowany arystokrata musiał wycofać się z życia dworskiego i politycznego. Osiadł na stałe w swoim pałacu Liebenburg. Sprawa Eulenburga i Koła Liebenberg była najgłośniejszą aferą epoki wilhelmińskiej i spowodowała duże przetasowania na dworze cesarskim." (być może ta afera była powodem ochłodzenia stosunków Wilhelma II z księciem Dohna. Wybuchła w okresie, w którym Cesarz przestał odwiedzać Słobity i Prakwice - dop. autora). 

Jako faworyt Cesarza, Philip Eulenburg był oczywiście w świcie cesarskiej podczas polowań. Gazeta Olsztyńska z wielką satysfakcją podawała informacje o polowaniach cesarskich.
„Nr 42 (sobota, 25 maj 1895). W towarzystwie Cesarza niemieckiego, bawiącego obecnie na polowaniu pod Kiszporkiem (Dzierzgoń), znajduje się hr. Filip Eulenburg, ambasador niemiecki z Wiednia. Jest to poeta i muzyk, a wielu obawia się, że na monarchę wielki wpływ wywiera, jak kiedyś poeta i muzyk Wagner na króla bawarskiego".

Nic ewięc dziwnego, że cesarski faworyt z emfazą opisywał pobyty Monarchy w Prakwicach. Oryginalny tekst przyjaciela Wilhelma II pt. "Cesarskie dni w Prakwicach" przetłumaczył kol. Stanisław Łaga i podaję go w całości ponieważ oddaje atmosferę pobytów Wilhelma II w Prakwicach.

Philip Eulenburg

 

Cesarskie dni w Prakwicach
(z notatek Philipa Eulenburga)

4 czerwca 1889

 

„Życie w Prawicach jest wysoce nieskrępowane i wypoczynkowe. Wstaje się wcześnie rano, około godziny 6:00 , by spotkać się z Cesarzem przy śniadaniu w lesie. Piecze się tam ziemniaki w dużym ognisku a następnie, nadziane na patyki, wręczane są Panom przez strzelców. Do tego otrzymuje się kromki chleba z masłem oraz różne wina. Cesarz wyjeżdża do lasu już w nocy, około godziny 2:00, uprzednio zjadłszy befsztyk. Podczas śniadania układamy się swobodnie w zieleni, mówi się o szczegółach podchodu i opowiada wesołe historyjki. Cesarz jest w swawolnym nastroju, śmieje się i przekomarza z wszystkimi, tak że trudno jest przy takim beztroskim stosunku przypomnieć sobie o cesarskiej purpurze.

Cesarskie śniadanie na Szwedzkim Szańcu (fot. Wild und Hund 1908)

Po śniadaniu jedzie się do domu, o ile nie jest przewidziane jeszcze jakieś łowieckie przedsięwzięcie np. przepędzenie szkółki leśnej, w którym my także mamy uczestniczyć. Około godziny 11:00 jesteśmy w Prakwicach, gdzie, w skromnej, wybielonej i udekorowanej setkami parostków jadalni, jemy ciepłe śniadanie. Po śniadaniu Cesarz kładzie się do łóżka aby spać do godziny około 15:00.

Pomiędzy godz. 15:00 a 16:00 Cesarz załatwia osobiste sprawy rządowe, które dotarły do mnie z Berlina. W tym czasie jestem stale u niego, referując przychodzące dokumenty i wiadomości i oraz omawiam z nim sprawy służbowe. O godzinie 16:00 ma miejsce obiad. Obowiązuje surdut bez jakiegokolwiek luksusu. Jada się wybornie i dobrze pije. Jednak potrawy podawane są skromnie. Trudno wyobrazić sobie bardziej beztroskie i wygodniejsze stosunki.

Po posiłku pije się kawę w ogrodzie, a Cesarz zabawia się poszukiwaniem belemnitów, których mnóstwo znajduje się wśród kamyków piasku (zwłaszcza gdy Eberhard Dohna sporo ich domieszał). Około 16:30 Cesarz ponownie wyjeżdża na podchód, a pozostali jadą na spacer aż do 21:30, gdy Cesarz powraca. Rozbrzmiewa sygnał, gdy powóz Cesarza widoczny jest przed wsią.

Powóz Cesarza przed dworkiem w Prakwicach (fot. Wild und Hund 1906 rok)

Widoczne na zdjęciu "girlandy" z gałązek świerkowych na ścianach dworku były ozdobą przygotowywaną specjalnie na wizyty Cesarza w Prakwicach. Podobnie przyozdabiano pałacyk myśliwski w Huberusstock.

Zapalone zostają dwie duże pochodnie smołowe przed domem. Pod starymi lipami, strzelcy stają w szeregu, a my zbieramy się przed drzwiami gdy wjeżdża wóz podjazdowy. Następnie zdejmowane są rogacze z wozu, układany jest pokot a strzelcy trąbią sygnał „Śmierć sarny” (pisownia oryg.). W języku polskim sygnał nazywa się "Rogacz na rozkładzie", (dop. autora).

Pokot przed dworkiem w Prakwicach. Cesarz odbiera raport od samego księcia Ryszarda Dohna - Schlobitten. (fot. Wild und Hund 1908)

 

Zwykle jest godzina 22:00, gdy wszyscy zbierają się w salonie, gdzie nakryto do kolacji. Kanapki z masłem, truskawki i kruszon. Cesarz zasiada na swoim krześle, ja siadam obok niego i po wesołej rozmowie muszę śpiewać ballady lub Cesarz odczytuje przesłane mu wycinki z gazet i omawia je, tematycznie nawiązując do zawartych w nich informacji.

Po 23:00 Cesarz wycofuje się, a ja udaję się do łóżka w moim pokoju na pierwszym piętrze, który dzielę wspólnie z Ryszardem i Eberhardem Dohna. Tak upływa dzień za dniem a ten, niezwyczajny w moim życiu błogi spokój, odczuwam w pełni, podobnie jak mój Pan - jeżeli nie spadnie na mnie wodospad wiadomości politycznych i przykuje mnie do roboczego stołu aż do późnych godzin nocnych”.

Także w Prawicach spotykał się Wilhelm II z członkami wschodniopruskich właścicieli innych włości, jak np. z burgrafem Georgem zu Dohna auf Schloss Finkenstein, z grafem Alfredem zu Dohna – Mallmitz lub z grafem Hansem Finck von Finckenstein - Sinau auf Canten.

Zdarzały się też niedzielne wycieczki samochodowe ze zgromadzonymi w Prakwicach panami do liczącego sobie ponad pół tysiąca lat, zamku Schöenberg (Szymbark pow. Iława dop. autora), będącego własnością Hrabiego Konrada Finck von Finkenstein.

We wspomnianej książce Andreasa Gautschi, są podane informacje, że „do wschodniopruskich Prakwic, w powiecie morąskim okręgu regencyjnym Królewiec, Cesarz przybył po raz pierwszy, już jako książę następca tronu w roku 1885, na polowanie na rogacze jako gość hrabiego Richarda Wilhelma zu Dohna (1807 – 1894) oraz jego syna (1843 – 1916), o tym samym imieniu, często wymienianym w niniejszej książce, a piastującym urząd Zastępcy Wielkiego Łowczego. Dalsze pobyty następowały co roku lub dwa lata aż do 1910 roku. Nieco koryguje to poprzednią informację, że pobyty w Prakwicach odbywały się corocznie. Typowy dla Prakwic, falisty krajobraz morenowy o ciężkiej glebie, pokryty wielkimi łanami zbóż i rozległymi lasami liściastymi, stanowił idealny biotop dla saren. Tutejsze sarny były bardzo silne w tuszy. Przykładowo, jeden z rogaczy, strzelony przez Cesarza w 1894 roku, ważył 52 funty – ok. 24 kg”. Prawdopodobnie chodzi tu o rogacza strzelonego na granicy ziem lipieckich i prakwickich, o którym już wcześniej wspominałem. Andreas Gautschi podaje także dokładne ilości zwierzyny pozyskanej przez monarchę w czasie każdego pobytu w Prakwicach.

Polowania cesarza Wilhelma II w Prakwicach

17 – 24 maja 1895 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 22 rogacze

16 – 23 maja 1896 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 28 rogaczy, 1 orlik (orzeł krzykliwy)

24 - 27 maja 1897 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 11 rogaczy

2 – 6 czerwca 1899 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 13 rogaczy

21 - 25 maja 1901 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książe Ryszard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 20 rogaczy

22 - 26 maja 1903 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 27 rogaczy, 1 kot

24 maja 1904 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 18 rogaczy

22 - 26 maja 1906 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 12 rogaczy

22 - 27 maja 1908 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 31 rogaczy, 1 błotniak stawowy

6 – 7 września 1910 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 5 rogaczy

Z tych danych wynika, że Cesarz w Prakwicach strzelił 187 szt. rogaczy, a nie jak podano wcześniej, że około 500. Które dane są prawdziwe nie wiem. Podejrzewam, że  te drugie, czyli 187 szt.,  odnoszą się do tylko kapitalnych rogaczy. Poza tym dane Gautschiego są podane od 1895 r. a Cesarz polował tutaj już w 1885 r.  Liczbą 500 szt. operuje ostatni właściciel dóbr, który wizyty Wilhelma II znał tylko z ustnych przekazów swojego ojca i może dotyczyć wszystkich strzelonych rogaczy. Przecież odkryto kamień, na którym umieszczono informację o tym, że  25 maja 1908 roku Cesarz strzelił czterysetnego rogacza na terenie Prakwic. Również liczba ustawionych kamieni u Gautschiego jest inna. Operuje on liczbą ok. 100-105, podczas gdy Aleksander von Dohna podaje, że było ich około osiemdziesięciu - tyle ile wykonano gipsowych odlewów kapitalnych rogaczy.

W książce Andreasa Gautschi znajduje się wiele wiadomości, które w dosłownym brzmieniu (po przetłumaczeniu), podaję jako ciekawostki potwierdzające, że Wilhelm był doskonałym strzelcem.

…str. 123

W dniu 22 maja 1908 r. podczas polowania w Prakwicach Cesarz Wilhelm II, ponieważ „nic poza tym się nie pokazało”, strzelił po mistrzowsku na 200 kroków błotniaka stawowego. Pocisk 6 mm w płaszczu niklowym o ołowianym wierzchołku (a więc półpłaszczowy – dop. tłumacza) prawie całkowicie rozerwał drapieżcę.

… str. 127

Podobnie ryzykownie strzelił Monarcha podczas podchodu rogacza w Prakwicach w maju 1901 r. Strzelał kulą 6 mm, na wymierzonych 312 kroków, ze sztucera z lunetą celowniczą. Sztucer bił w punkt, jak wspomniano, na 250 – 300 m, i dla trafienia na dalszą odległość potrzeba było jedynie niewielkiej korekty wysokości, aby oddać pewny strzał.

W dniu 22 maja 1903 r. Jego Wysokość odstrzelił, także u Księcia Dohna, siedzącego rogacza: „Pocisk poszedł jednak nieco za krótko i odbił rogaczowi trzy cewki (nogi), tak że musiano go dostrzelić.” Wszystkie odległości strzelania były na tym polowaniu stosunkowo dalekie: 192, 204, 210 kroków. Inny rogacz, którego Cesarz postrzelił na dużą odległość w cewkę, został dobity dopiero po trzech dniach poszukiwania. Dalszy ekstremalnie daleki strzał nastąpił w Prakwicach podczas polowania w dniu 23 maja 1908 r.: „Rogacz który zatrzymał się na wzgórzu i był dobrze widoczny, otrzymał strzał komorowy na 300 kroków”. W dniu 5 września 1910 r. strzelił tamże rogacza, który stanął na widok zbliżającego się wózka podjazdowego, na odległość 320 kroków.

Cesarz Wilhelm II na polowania do Prakwic przybywał pociągiem. Zdarzało się jednak, że przyjazd odbywał się w inny sposób, szczególnie wtedy gdy był jeszcze księciem. Tak było w 1888 roku. Donosiła o tym Gazeta Toruńska nr 129 z 7 czerwca 1888 r. W rubryce Kronika i Rozmaitości napisano (pisownia oryginalna – dop. aut.) „Z pobytu ks. następcy tronu Wilhelma w Prusach Zachodnich donoszą pisma prowincyonalne, że książę przybył w sobotę o godz. ½ 9 rano do Tczewa, zjadł tamże w salonie królewskim dworca kolejowego śniadanie. Około ½ 10 przybył książę do Malborka, na lewym brzegu Nogatu (Kałdowo dop. autora) wysiadł książę ze swym adjutantem majorem Schwerinem, gdzie ich powitali hr. Dohna z Schlobitten, landrat Döring i inspektor robót wodnych Görz. W towarzystwie tych panów udał się książę pieszo tamą nadbrzeżną do stojącego w pogotowiu parowca, na którym przejechał do Jonasdorf, (miejscowość Janówka) gdzie prawa strona niziny Nogatu poniosła ciężkie straty z powodu powodzi wywołanej pęknięciem wału pod Janówką (Jonasdorf), 25 marca 1888 r, w niedzielę palmową. Osiem mil kwadratowych z 77 miejscowościami i ponad 20 000 mieszkańców (tylko w powiatach elbląskim i malborskim, zostało zalanych - dop. aut.) gdzie podczas ostatniej powodzi woda tamę przerwała. Tutaj powitał księcia prezes regencyi gdańskiej Heppe. Po obejrzeniu szkód, kazał książę wręczyć przez swego adjutanta landratowi większą sumę pieniędzy do rozdzielenia jej pomiędzy mniejszych gospodarzy przez powódź poszkodowanych, poczem udał się powozem hr. Dohna w cztery konie zaprzężonym, przez Stare Pole i Kiszpork (Dzierzgoń) do Prökelwitz (Prakwic) na polowanie”.

Wilhelm II i książę Ryszard von Dohna

Jednak aby ułatwić mu przyjazdy do Prakwic pobudowano we wsi małą, ale bardzo urodziwą, stacyjkę kolejową. Powstała ona przy uruchomionej w 1893 roku linii kolejowej Małdyty – Malbork, przebiegającej w pobliżu Prakwic.

Była to przepiękna budowla, bardziej przypominająca wyglądem architekturę parkową niż budynek stacji kolejowej. Ponieważ Wilhelm II był miłośnikiem budowli w stylu architektonicznym staronorweskim (w tym stylu zbudowano dwór myśliwski Cesarza w Rominten), drewnianą budowlę wzniesiono pomiędzy 1893 a 1898 rokiem, nawiązując do tego stylu. Drewniany budynek zadaszony był siodłowym, dwuspadowym dachem pokrytym ceramiczną dachówką. Pierwotnie był w kształcie podkowy. Końce były zwrócone frontem w stronę drogi dojazdowej do stacji i miały formę wysuniętych werand-skrzydeł. Wschodnie skrzydło było szersze z wielkim, trójdzielnym oknem. Na dachu zachodniego skrzydła znajdowała się wieżyczka z poligonalnym (okrągłym) dachem, zwieńczonym cebulastą, blaszaną kopułką. Kilkumetrowy maszt umieszczony na wieżyczce był dekorowany flagą cesarską podczas jego wizyt w Prawicach. Od strony torów kolejowych, od północy, pod wieżyczką znajdował się wykusz z dużym, potrójnym oknem.


W początkach stacji była tutaj również długa, zadaszona weranda podparta ażurowymi słupami. Około 1910 roku została zabudowana i w ten sposób powstało nowe skrzydło. Zakończenia spadzistych dachów od frontów były ścięte naczółkowo, okna zwieńczone ostrymi łukami (podobnie jak w architekturze neogotyckiej). Ponieważ budowla nawiązywała do stylu staronorweskiego elementy ozdobne snycerki kojarzyły się z kulturą wikingów np. ozdobne osłony rynien zakończono stylizowanymi smoczymi głowami, smocze głowy umieszczono także na wieżyczce. Przykrycia drewnianych konsolek podpierających okapy dachu miały formę listew z trójzębem, a weranda od strony torów oraz skrzydło wschodnie były zwieńczone okazałymi śparogami (śparogi - ozdobne zwieńczenie krokwi szczytowych lub desek przybitych do szczytu dachu dwuspadowego w kształcie baranich rogów, głów zwierzęcych, toporków wystających poza kalenicę.

Budynek dworca nazywano „cesarskim pawilonem powitalnym” (niem. Kaiser-Empfangs Pavillon) lub prościej „pawilonem cesarskim” (niem. Kaiserpavillon). Stacyjkę tę, po upadku monarchii (1918 rok), w całości rozebrano i przeniesiono do miejscowości Budwity, w obecnym woj. warmińsko-mazurskim. Jak podaje w filmie, „Prökelwitz und Schlobbiten” ostatni właściciel Słobit i Prawic, stało się to nie w 1918 roku, ale w 1920 roku. Przeniesiono ją w całości ponieważ konstrukcja stacji była drewniana, a w Prakwicach pozostał tylko pusty plac. Budwity nazywały się wtedy Ebenhoh (nazwa pochodziła od nazwiska właścicieli okolicznych dóbr, rodu von Eben). Po rekonstrukcji zrezygnowano z jednego skrzydła – dawnej werandy. Kolejne losy budynku stacyjki, to przebudowy, które zmieniły pierwotny wygląd „cesarskiego pawilonu”.

Budowa stacyjki w Prakwicach związana była także z faktem przeniesienia letniej siedziby Cesarza do Kadyn (niem. Cadinen) k. Elbląga. Z Prakwic do Kadyn Cesarz udawał się pociągiem. Warto przy okazji wspomnieć też o Kadynach. O tej miejscowości, jako posiadłości Wilhelma II, pisze Andreas Gautschi: „Posiadłość Kadyny, położona jest pomiędzy Elblągiem a miasteczkiem Tolkmicko, na północno wschodnim skraju Prus Zachodnich w powiecie elbląskim, gdańskiego okręgu regencyjnego. Od roku 1814 znajdowała się posiadaniu rodziny Birkner. Dwaj ostatni bracia z tej rodziny postanowili, że w przypadku gdy pozostaną bez spadkobierców, przekażą posiadłość władającemu Królowi Prus, jako dziedzictwo. O zamiarze tym zawiadomili cesarza Wilhelma II pismem skierowanym bezpośrednio do niego. Cesarz ogłosił gotowość przejęcia posiadłości. Za radą Burggrafa Ryszarda zu Dohna – Schlobitten, na początku września 1898 r., zgłosił gotowość do przyjęcia tej oferty. Silnie zaniedbana, wymagająca wysokich inwestycji posiadłość przeszła w tym samym roku do prywatnych włości królewskich (Privatschatulle). „Przy dużych nakładach finansowych, posiadłość świetność powinna odzyskać już około 1899 roku”, pisał Ryszard zu Dohna do Wilhelma II, dodając … „ dobrze zaopatrzonym w zwierzynę łowiskiem dla Najwyższego Myśliwego”. Kierownictwo łowieckie oraz gospodarkę leśną przejął łowczy Dohnów Gustaw Adolf Schmidt. Zatem od 15 grudnia 1898 roku właścicielem Kadyn został Król Prus i Cesarz Niemiec Wilhelm II Hohenzollern.

Okazuje się, że Wilhelmowi II stawiano kamienne obeliski nie tylko czcząc jego łowieckie sukcesy. Ten kamień ustawiono w Kadynach, a wyryty napis w trochę dowolnym tłumaczeniu głosi: "Tędy wkroczył w swoim majestacie Najmiłościwszy Pan po raz pierwszy do Kadyn. 2.6.1899". 

Jednak przejęcie Kadyn wywołało uwagi na cesarskim dworze. Zaufany przyjaciel Wilhelma II Filip hr. Eulenburg z przekąsem mawiał: „Birkner podarował Cesarzowi Kadyny z zobowiązaniem, wypłacania mu corocznie 30 000 Marek oraz przejęcia posiadłości z wszystkimi długami. Wspaniała transakcja dla tego Pana. Ryszard Dohna „zaaranżował” to ze swoim przyjacielem von Essdorf, aby Cesarza silniej przywiązać do Prus Wschodnich. Lucanus skarżył się wobec mnie, że już teraz powstały niesamowite koszty i to dla jedynie kilkudniowego pobytu podczas roku. Jest to naprawdę szalonym posunięciem wciągać Cesarza w takie sprawy. „Ofiarodawca” śmieje się cichcem w swojej willi, którą nabył w Wiesbaden – w chwili gdy stał się bankrutem.”

Wg Valentini (Kaiser und Kabinettschef, 1931, str. 64) Jego Majestat zakupił majątek wielkości około 1000 ha za przejęcie długów hipotecznych, przekraczających ówczesną wartość majątku, oraz wypłacanie dożywotniej renty rocznej w wysokości 15 000 marek”.

Początkowo liczący 766 ha, później powiększony do 924 ha las był, podczas przejęcia przez Cesarza, stosunkowo mocno wykorzystany i w większości występowały głównie jedynie młodsze wiekiem drzewostany, które jednak dzięki pięknemu krajobrazowo położeniu w bezpośrednim sąsiedztwie Zalewu Wiślanego i urozmaiconemu krajobrazowi moreny końcowej czyniły z posiadłości szczególny klejnot. Przez wydzierżawienie sąsiednich łowisk znacznie poprawiły się możliwości hodowli zwierzyny. Warunki bytowania saren były szczególnie korzystne, przednie były polowania na kaczki i bytowały tu nawet bażanty. W 1899 roku zamierzano całkowicie wystrzelać występujące tu także daniele tworząc lepsze warunki bytowania dla saren.

Cesarski park w Kadynach

Cesarska kaplica w parku

Pałac Wilhelma II w Kadynach. Stan obecny

Kadyny corocznie odwiedzane były przez rodzinę cesarską i tworzyły okazję do przebywania w prywatnej atmosferze, wolnej od dworskiego przymusu. Wilhelm II próbował tam także okazyjnie polować z budki na … wrony. Np. 21 września 1909 roku długo przebywał w budce, jednak strzelił tylko jedną wronę.

 Podczas pobytów w Kadynach Cesarz bardzo się interesował stanem gospodarki i maszynami rolniczymi. Cesarz i jego świta ubrani są w ubrania myśliwskie.

 

Kadyny. Wyjazd Cesarza na polowanie

 

Jednak pierwsze kadyńskie wrażenia Cesarza nie były najlepsze i nie wystawiają dobrej opinii o dotychczasowych właścicielach majątku. Gazeta Olsztyńska w numerze 68 z 10 czerwca 1898 roku zamieszcza opinię Wilhelma II na temat Kadyn: „Elbinger Zeitung donosi, że Cesarz Wilhelm wyraził się niepochlebnie o pomieszczeniach robotników swoich na dobrach Cadinen, które niedawno przeszły na własność Cesarza. Cesarz powiedział dosłownie: W Cadinen musi się niejedno zmienić, mianowicie pod względem mieszkań robotniczych. Te mieszkania są widocznie jeszcze ogólnem złem tu na wschodzie. Piękna obora w Cadinen jest prawdziwym pałacem w porównaniu do pomieszczeń robotniczych. Trzeba więc postarać się o to, by świńskie chlewy nie były lepsze od mieszkań robotniczych". (por. Moje wędrówki. Jerzy Zaskiewicz).

Kadyny jednak przypadły do gustu zarówno Wilhelmowi II jak i jego małżonce - Auguście Wiktorii. I to do tego stopnia, że stały się letnią rezydencją cesarskiej małżonki. Podniosło to oczywiście bardzo rangę Wysoczyzny Elbląskiej oraz samego Elbląga.

Dom opieki

Szkoła

Dwór 1902 r.

 

Co dalej działo się w Kadynach? Rozpoczęto całkowitą przebudowę wsi na styl willowy. Wybudowano szkołę, urząd pocztowy i dom opieki społecznej. Jednocześnie trwała przebudowa dworu. Około 1904 roku powstała „Królewska Fabryka Przemysłowa Kadyny” a później „Królewskie Wytwórnie Majoliki Kadyny”.

Fabryka Majoliki

Majolika to ceramika pokryta nieprzezroczystą polewą ołowiowo - cynową o bogatej kolorystyce. Kadyńska Wytwórnia Majoliki powstała w 1905 roku. W początkowym okresie wytwarzano w niej wyroby artystyczne wzorowane na motywach etruskich i greckich oraz kopiowano majolikę włoskiego renesansu. Cesarz był żywo zainteresowany jej funkcjonowaniem - poprzez wydawanie opinii miał wpływ na każdy nowy projekt. Uhonorowaniem rozwoju myśli technicznej oraz wspaniałej stylistyki były dwie nagrody, które otrzymały kadyńskie wyroby na wystawie światowej w Turynie. Po 1918 roku wytwórnia wypracowała swój własny, niepowtarzalny styl określany jako "brg". Skrót pochodził od słów blau-rot-gold i nawiązywał do kolorystyki wyrobów, które były kompozycją czerwieni kadyńskiej (rot) z błękitem kobaltowym (blau) i złotem (gold). W wytwórni pracowali najlepsi niemnieccy rzeźbiarze i ceramicy, m.in.: Karl Begas, Stanislaus Cauer, Reinhold Felderhoff, Else Furst, Johannes Goetz, Paul Heydel, Albrecht H. Hussman, Josef Limburg, Ludwig Manzel, Heinrich Splieth, Cuno von Vechtritz-Steinkirch, August Vogel. Jednak to Cesarz sam decydował, które wzorce mają być produkowane.

Przedmioty powstałe w najlepszym dla wytwórni okresie (lata 30. XX wieku) cieszyły się ogromnym zainteresowaniem i były niegdyś sprzedawane w sklepach firmowych w Elblągu, Krynicy Morskiej, Berlinie, Hamburgu i Stuttgarcie. W tamtym czasie w zakładzie było zatrudnionych 50 pracowników. Dzisiaj wyroby Kadyńskiej Wytwórni Majoliki również mają swoich wielbicieli, którzy zajmują się kolekcjonowaniem wielkiej spuścizny artystycznej kadyńskiego zakładu.

Kadyńska waza do kruszonu, zaprojektowana przez Hansa Hofferichtera - rzezbiarza i wykładowcę w Wyzszej Szkole Pedagogicznej w Elblągu w latach 1931-1933

Filiżanka z kadyńskiej fabryki z herbem Cesarza

Warto w tym miejscu dodać, iż w Kadynach powstała także ceramika architektoniczna, wyroby stanowiące wyposażenie budynków i pałaców. Do dzisiaj można ją oglądać m.in. na stacji metra berlińskiego przy Teodor Heuss Platz oraz w holu zakładu kąpielowego w Wiesbaden. Także kasetonowy strop w holu siedziby NBP w Gdańsku i płaskorzeźba z kogą na jednym z budynków w Tolkmicku (dzisiejsze przedszkole) pochodzi z kadyńskiej Majoliki.

Płaskorzeba z kogą

Przedszkole w Tolkmicku

Poprzez stosowanie specyficznych metali szlachetnych i kombinacji kolorów (zakład opracował własne receptury farb) wytwórnia wniosła swój wkład do światowej historii ceramiki. Ciężki okres dla zakładu nastąpił po zakończeniu I wojny światowej, gdy Cesarz musiał udać się na wygnanie. Wytwórnia, aby "utrzymać się na powierzchni" zmuszona została do rozpoczęcia masowej produkcji. W dużej mierze dzięki determinacji kierującego zakładem Wilhelma Dietricha, kadyńska ceramika nie straciła na jakości. Obok naczyń, serwisów i innych użytkowych przedmiotów, zakład zaczął wytwarzać charakterystyczne figurki zwierząt - koni, byków, łosi, ptaków, psów w kolorze kadyńskiej glinki.

Do dziś można spotkać tego typu figury. Znajdują się m.in. jako elementy architektoniczne w budynkach stadniny w Kadynach oraz w jednym z domów w Ornecie. Pod koniec lat 30. XX wieku fabryka nawiązała współpracę ze złotnikami z Królewca, w wyniku której powstawały przedmioty łączące ceramikę, srebro i bursztyn. Produkowano m.in. wazy i dzbany ceramiczne zaopatrzone w uchwyt z bursztynu lub srebra, oraz naczynia, których obrzeża były wykładane srebrem. Wytwórnia zakończyła działalność pod koniec II wojny światowej. W 1945 roku około 500 mieszkańców Kadyn ratowało się ucieczką w obliczu zbliżającego się rosyjskiego frontu. Próby reaktywowania zakładu podjęte po 1950 roku zakończyły się, niestety, niepowodzeniem.

Dla Kadyn rozpoczął się "złoty wiek". Cesarz kilkakrotnie odwiedzał kadyński majątek, przyjeżdżał tutaj na kilkudniowe pobyty w okresie letnim – częściej jednak przebywała tutaj Cesarzowa z dziećmi. Wilhelm II zajeżdżał  do Kadyn również, kiedy był w podróży na polowania w Rominten. Docierał tutaj swoją salonką podłączoną do pociągu pospiesznego relacji Berlin-Królewiec lub pociągiem specjalnym, który zatrzymywał się na dworcu w Elblągu, gdzie doczepiano ją do pociągu kolei nadzalewowej HUB . Bywało też, że dalszą drogę z Elbląga do Kadyn odbywał  cesarz samochodem, odwiedzając po drodze miejscowości Wysoczyzny Elbląskiej. Kadyny były też miejscem wypoczynku rodziny cesarskiej. Ze względu na rangę właścicieli i znaczenie majątku, rezydencję kadyńską zaczęto nazywać pałacem, a nawet zamkiem (Schloss). Administratorem kadyńskich dóbr Cesarza w latach 1898-1927 był Rüdiger von Etzdorf, starosta (landrat) powiatu elbląskiego (w latach 1888-1907), właściciel majątku i cegielni w Wogenap (Jagodno).

Kolej nadzalewowa HUB

 
Trzeba zatem przyznać, że Wilhelm II zrobił dla Kadyn wiele dobrych rzeczy. Również dla łowiectwa. Przede wszystkim zasiedlił tutaj jelenia sika. W 1910 r. jelenia sika – podgatunek chiński ( mandżurski) przywieziono do ośrodka hodowlanego w pobliżu Kadyn, których właścicielem był wówczas Cesarz Wilhelm II. Był to prezent dla Cesarza od Carla Hagenbecka handlarza egzotycznymi zwierzętami oraz właściciela ogrodu zoologicznego pod Hamburgiem (niektóre źródła błędnie podają, że był to prezent od Cesarza Japonii). Pakiet hodowlany, aklimatyzowany wcześniej w Anglii, składający się z sześciu łań i jednego byka zasiedlono w Uroczysku Leśny Spokój. Do 1939 r. liczebność  siki wzrosła do kilkudziesięciu sztuk. Po wypuszczeniu na wolność, sika zadomowił się doskonale w lasach Wysoczyzny Elbląskiej.
Jelenie sika
Dla niego też wybudowano leśniczówkę. Biała Leśniczówka została zbudowana na początku XX wieku. Położona w samym środku lasu na terenie Parku Wysoczyzny Elbląskiej, w odległości 2,5 km od miejscowości Kadyny. Prawdą jest jednak to, że Cesarz przebywał w niej tylko dwa razy - pierwszy raz przez jeden dzień, a drugi przez pół dnia.
Biała Leśniczówka - stan obecny
Po abdykacji Cesarza w 1918 r. majątek kadyński do 1945 r. pozostał w rękach Hohenzollernów. Od zakończenia I Wojny Światowej, budynek pałacu nie był zamieszkany do czasu przybycia tutaj w 1940 roku wnuka Cesarza, księcia Ludwika Ferdynanda (II) von Preußen (Pruski) z żoną Kirą, prawnuczką brytyjskiej królowej Wiktorii oraz z dwoma najstarszymi synami: Fryderykiem Wilhelmem i Michałem. Pałac wyposażono właściwie od nowa w meble przywiezione z zamku w Coburgu. Książę był namiętnym myśliwym i hodowcą. Tu odbywały się słynne na całe Prusy Wschodnie polowania i pogonie za lisem. Corocznym gościem polowań był wielki łowczy Rzeszy, feldmarszałek Hermann Göring i dygnitarze Rzeszy. W obliczu zbliżającego się zagrożenia, a pewnie też dlatego, że księżna Kira była w ciąży, już w sierpniu 1944 roku książę  ulokował swoją rodzinę w Golzow, posiadłości Hohenzollernów w Brandenburgii. Sam musiał pozostać w Kadynch ponieważ był majorem służby technicznej Luftwaffe na lotnisku w Elblągu i tak pisał w swoich wspomnieniach:
Ludwik Ferdynand z żoną Kirą i dziećmi

"Wytrwanie na swoim posterunku praktycznie nie miało znaczenia, lecz jako właściciel Cadinen musiałem pozostać; nie chciałem stwarzać wrażenia, że zmykam i wszystko pozostawiam własnemu losowi. Moi obydwaj zarządcy nie chcieli słyszeć o możliwości ewakuacji. (...) Ostatnie czternaście dni w Cadinen w styczniu 1945 roku przebiegały, jakby na ironię, prawie normalnie. Każdy wiedział, że wkrótce spadną nieszczęścia, ale równocześnie szerzył się ów fatalizm, który jest typowy dla podobnych sytuacji. Jak corocznie, urządziłem - jako dziedzic Cadinen - zimowe polowanie z nagonką. Wziąłem także udział  w kuligu na saniach. (...) Nieprzerwany strumień aut, koni, ludzi rozlał się po tak spokojnej wsi. Wszyscy mieli na oku jeden cel - zbawczy Zalew. Z poplątanych wypowiedzi mogliśmy odtworzyć obraz beznadziejnego położenia. Łączność telefoniczna z Elbingiem już nie funkcjonowała. Kolejka nadbrzeżna nad Zalewem przestała chodzić. Sowieckie czołgi wdarły się do Elbinga". (L. Adamczewski, op. cit., s.104.) Dopiero 25 styczniu 1945 roku, tuż przed nadejściem Rosjan, uciekł książę Ludwik Ferdynand saniami przez zamarznięty Zalew Wiślany - była to jedyna droga ucieczki, kolejka nadzalewowa nie kursowała i drogi na zachód były już przecięte przez Rosjan. Większość mieszkańców Kadyn odmówiła opuszczenia rodzinnej miejscowości. "Było dosyć koni i sań - wspominał  książę -  jednak większość mieszkańców wsi odmówiła porzucenia miejscowości rodzinnej i wyrzeczenia się domków, które kiedyś mój dziadek Wilhelm II dla nich zbudował. Uważali, że jest wszystko jedno, czy wpadną w ręce Rosjan, czy też podczas ucieczki umrą z głodu i zimna". Służba łowiecka, strażnicy i leśnicy dokarmiali do końca,  w lasach zwierzynę. Była sroga zima i bez dokarmiania skazana była na padnięcie. Być może, z powodu tego, że mieszkańcy nie opuścili swych domostw Kadyny uniknęły zniszczeń wojennych i są do dzisiaj bardzo ciekawym miejscem na skraju Wysoczyzny Elbląskiej.
 
Wróćmy jednak do stacyjki i jej losów. Wspomniałem już, że nazywano ją Kaiserpavillon i zachowała się na starych, niemieckich pocztówkach.

Pocztówka ze stemplem datowanym na 25.04.1903 r. 

W obecnym województwie warmińsko-mazurskim istnieje do dnia dzisiejszego i przez lata służyła jako mieszkanie dróżnika kolejowego. Niestety obecnie jest w opłakanym stanie.

Budwity – stan obecny stacyjki

Budwity – lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku

Całe szczęście, że losem stacyjki w Budwitach zainteresowało się Stowarzyszenie na Rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur „Sadyba”, które powstało na początku 2004 roku, z inicjatywy Danuty i Krzysztofa Worobców, mające na celu jasno określony cel. Chce bronić to co zagrożone jest zniszczeniem z powodu ludzkiej niewiedzy, bezmyślności i bardzo często świadomego działania. Przedmiotem troski stowarzyszenia jest mazurski krajobraz wiejski (w tym dworki i pałace) jak i krajobraz miejski. Dzięki staraniom stowarzyszenia "Budynek dawnego dworca kolejowego w Gumiskach Małych (Budwity - Torfownia)" wraz z działką z numerem ewidencyjnym 110/7 obręb 7 Leśnica, o powierzchni 0.1603 ha, został wpisany w dniu 10 kwietnia 2008 r. do Rejestru Zabytków Województwa Warmińsko - Mazurskiego pod numerem A-4507. Miejmy nadzieję, że dzięki temu ocaleje stacyjka mająca bardzo ciekawą historię i będąca perełką architektury. W 2010 r. dowiedziałem się, że stacyjka jest już własnością prywatną i nowy właściciel rozpoczął remont budowli. Jednak w 2012 r. stacyjka przedstawiała opłakany widok. Nic przy niej się nie remontuje, a proces dewastacji przebiega nadal.

Budwity - stan obecny

 

Wilhelm II z natury był ruchliwy. Na jachcie „Hohenzollern” spędzał rocznie ponad cztery miesiące. Uwielbiał spacery po parku i lesie. Najwięcej czasu Jego Wysokość poświęcał polowaniom - swej życiowej pasji. Znosił przy tym największe trudy jakim poddaje się człowiek, który całym sobą jest zaangażowany w to, co robi. „Bóg wie, z jaką ochotą hołdowałem szlachetnemu zajęciu - łowiectwu. Zawsze gdy czas bliski, gdy jelenie ryczały w borze, to chciałem chwytać za ulubioną fuzję i iść na łowy!”, pisał z żalem na wygnaniu w Doorn.

Cesarski jacht SMY Hohezollern - 1902 r.


Wilhelm od czasów młodości był opętany manią łowiectwa. Pierwszym ptakiem jakiego ustrzelił był bażant. Gdy miał siedemnaście lat upolował pierwszego jelenia. Protokoły jego łowieckich wyników są zastraszającym świadectwem wprost „morderczej” mentalności myśliwych tamtej epoki. Jednak wówczas wzbudzało to ogólny podziw. W czasie polowania, w rewirze księcia Lichnowskiego Jego Wysokość ustrzelił 1224 bażanty, dziesięć zajęcy i dwie sowy. Czasopismo „Reichsanzeiger” z dumą donosiło, gdy Cesarz ustanawiał kolejne rekordy. W 2012 r. Pan Tomasz Krawczyk przesłał mi zestawienie "sukcesów" łowieckich Cesarza.

"Cesarz niemiecki Wilhelm II, w ciągu 30 lat,  podług ostatniej statystycznej tabeli ubił: 1302 jelenie, 66 łań, 1596 danieli-samców, 96 danieli-samic, 2507 dzików, 316 dzików-warchlaków, 798 sarn, 121 kozic, 17 881 zajęcy, 1627 królików, 4 bawoły, 7 łosi, 3 renifery, 3 niedźwiedzie, 3 borsuki, 26 lisów, 1 kunę, 84 głuszce, 24 cietrzewi, 18 891 bażantów, 703 kuropatwy, 25 pardw szkockich, 3 słonki, 56 kaczek dzikich, 826 czapli, 473 różnych zwierząt, 1 wieloryba, 1 szczupaka; razem 47 443 sztuk".

Biorąc przeciętną wagę każdego rodzaju zwierzyny, mniej wiecej uczyniłaby suma ubitej zwierzyny 950,091,25 kilogramów, które aż nadto wystarczyłyby do wyżywienia przez jeden dzień 1900,182 osób tj. takiej ilości mieszkańców, jaką obecnie liczy Berlin. (źródło: Łowiec Polski, nr. 23 z 1903r.).

Cesarz Wilhelm II do Prakwic przyjeżdżał polować tylko na rogacze. W toku dalszego gromadzenia informacji o „kajzerze” wynikło, że uwielbiał polować nie tylko na tę zwierzynę. Polował właściwie na wszystko i wszędzie. Chętnie, jako koronowaną głowę, zapraszano go na łowy, podczas których ustanawiał niechlubne „rekordy”. Dumnie o tym donosiła ówczesna prasa niemiecka. Mimo niechęci do brytyjskiego tronu lubił polować, zapraszany przez Króla Edwarda VII, na terenie Anglii gdzie "wyżywał" się w strzelaniu do ptactwa. Często popisywał się strzelając z jednej ręki do ptaków z wielu strzelb, które po kolei podawał mu przyboczni strzelcy.

 

Na polowaniu w Anglii - dama na zdjęciu to pierwsza żona Cesarza.

Król Edward i cesarska para na polowaniu w Windsorze (fotografia za zbiorów Tomasza Krawczyka)

Hiszpania 1905 r.

Wilhelm II, ostatni Cesarz Niemiec i król Prus, sfotografowany w listopadzie 1902 r. w czasie polowania, które król Edward VII zorganizował na jego cześć w swojej wiejskiej rezydencji w Sandringham. Fotografia ukazała się w magazynie Ladies‘ Field 28 marca 1903 r.

W 1902 r., gdy powstała ta fotografia, Cesarz wciąż lubił przyjeżdżać do Anglii, gdzie był goszczony przez rodzinę królewską i arystokrację brytyjską, między innymi przez siostrę Daisy, Shelagh i jej męża, księcia Westminsteru. Jego rozrywki stanowiły regaty, parady wojskowe i polowania. Podczas gdy w Pszczynie na Śląsku polował na grubego zwierza – jelenie i żubry, to Sandrigham w Norfolk było dla niego miejscem odstrzału tysięcy przepiórek, bażantów i zajęcy, doskonale się rozmnażających na tamtejszych piaszczystych glebach.

W czasie tej wizyty Cesarz, za którym „podążali czterej ubrani na jasnoniebiesko myśliwi z rogami i załadowaną bronią", dał pokaz strzelania z jednej ręki, chwytając jedną strzelbę za drugą i oddając strzały z zadziwiającą prędkością, zaś jego torba z bażantami zyskała podziw uczestników polowania. Odwiedziny w Sandringham Wilhelm II uznał za taki sukces, że następnego roku powiedział ojcu królowej Aleksandry, królowi Danii, że w Anglii poczuł się w pełni zaakceptowany „jako członek rodziny“.

Marzeniem Cesarza Wilhelm II było polowanie w Puszczy Białowieskiej na żubry. Białowieza przed I Wojną Światową znajdowala sie na terenie zaboru rosyjskiego i polowanie w niej bylo uzaleznione od Cara Rosji. Cesarz Wilhelm II z natury był gwałtowny i popędliwy, miał ponadto o sobie bardzo wysokie mniemanie, lubił wszystkich pouczać, uciekał się również do intryg. Te cechy charakteru raziły zarówno Cara Aleksandra III, jak i jego syna — Cara Mikołaja II, który przejął od ojca antypatię i nie znosił Cesarza. Rosyjski władca skarżył się w swoich pamiętnikach na listy „nudnego pana Wilhelma”, na które musiał odpowiadać, tracąc czas, który mógłby spożytkować na „ważniejszą robotę”. O słynnym łowisku w Białowieży, wówczas chyba najsłynniejszym w Europie, Cesarz wiele słyszał i z niecierpliwością czekał na łowieckie przeżycie w pradawnym lesie. Oczywiście, najpierw Car musiał go zaprosić. Niestety, ani Aleksander III, który polował w Białowieży tylko raz — w dniach od 21 sierpnia do 3 września 1894 roku, ani też jego syn — Mikołaj II, który urządzał w Puszczy polowania w 1897, 1900, 1903 i 1912 roku, nie wyświadczyli mu tej przyjemności. Generał Aleksander A. Mosołow, naczelnik kancelarii ministra dworu Mikołaja II, w wydanych w 1992 roku w Sankt-Petersburgu wspomnieniach "Pri dworie posledniewo impieratora" (Przy dworze ostatniego imperatora) wspominał, ... prawie po każdym spotkaniu z Cesarzem, Car mówił: „Znowu się on (Wilhelm) wpraszał na polowanie w Puszczy Białowieskiej, jednak udałem, że nie wiem o co mu chodzi”.

Dopiero w 1915 r. w czasie początkowych sukcesów w I Wojnie Światowej, kiedy wojska niemieckie zajęły Puszczę Bałowieską, Cesarz mógł spełnić swoje marzenie. 

Andreas Gautschi w swojej książce Wilhelm II. und das Waidwerk, wydanej w 2000 roku w Handstedt, podaje na stronie 212, że Cesarz w dniu 12 listopada 1915 roku odbył polowanie w Puszczy Białowieskiej. Upolował jednego żubra. Polowanie odbyło się w rewirze Czerlonka, a więc w okolicach niewielkiej osady puszczańskiej o tej samej nazwie, którą Niemcy założyli właśnie w czasie I Wojny Światowej, a która przetrwała do naszych czasów. Polowanie Cesarza zostało uwiecznione na powyższym zdjęciu.

Wojska niemieckie, wchodzące w skład 12 armii dowodzonej przez gen. Maximiliana von Gallwitza, wkroczyły do Białowieży i Puszczy w dniu 17 sierpnia 1915 roku. Okupacja niemiecka tego terenu trwała do grudnia 1918 roku. Cesarz Wilhelm II, przebywając w Białowieży, prawdopodobnie zatrzymał się w tzw. Domu Świckim, tym samym, w którym później ulokował się okupacyjny Zarząd Wojskowy Puszczy pod kierunkiem majora dr. Georga Eschericha.


Wspomniany już generał A. A. Mosołow w swych wspomnieniach podawał, że przy jednym z zabitych w Białowieży żołnierzy znaleziono rozporządzenie Cesarza o ochronie żubrów. Za zabicie żubra lub innego większego zwierzęcia groziły ostre sankcje, do kary śmierci włącznie. Rzeczywiście, zarządzenie w intencji ochrony żubrów było wydane przez władze niemieckie 25 września 1915 roku. Jednocześnie sprowadzono z Bawarii straż leśną, która miała chronić zwierzynę przed kłusownictwem. Niestety, w styczniu 1916 roku w Puszczy Białowieskiej naliczono już tylko 178 sztuk żubrów.
(źródło: Piotr Bajko).

Cesarz z Carem Mikołajem II 

Jednak najważniejsza w łowieckiej pasji Cesarza była inna Puszcza - Puszcza Romincka. Cesarz polował w niej na jelenie byki – ustawiano tam, podobne do starodzierzgońskich, kamienne obeliski. Warto zatem napisać kilka słów o Puszczy Rominckiej i polowaniach w niej "kajzera".

Puszcza Romincka jest częścią Pojezierza Litewskiego. Zajmuje teren 36 tys. ha, z czego po polskiej stronie znajduje się 15 tys. ha. W części rosyjskiej nazywa się Czerwony Las. Dominującą formacją roślinną w puszczy jest bór świerkowo-sosnowy. Charakter lasu jest zbliżony do lasów północy. Puszcza czasami jest nazywana "polską tajgą". Teren to przykład rzeźby polodowcowej, pełno tu wzgórz, pagórków, rynien, niecek, małych zbiorników wodnych i strumieni. Jako znakomity teren łowiecki Puszcza pojawiła się w kronikach już w XVI wieku. Na mapie Prus Caspara Hanneberga wydanej w 1576 r. w Królewcu zaznaczony został dwór myśliwski nad rzeką Błędzianką, obok którego umieszczono sylwetki dwóch jeleni o imponujących porożach. Jest to jedyna tego typu sygnatura na mapie, a więc dobitnie świadcząca, że łowisko w Puszczy Rominckiej już wówczas budziło emocje i podziw.

Most nad rzeką Romintą

Puszcza Romincka, oprócz przyrodniczego ma również istotne znaczenie historyczne. Od XV wieku była obszarem polowań wielkich mistrzów krzyżackich, potem książąt i królów pruskich. O jej atrakcyjności świadczy również fakt, że na polowania przyjeżdżali tu również myśliwi III Rzeszy, a wśród nich pruski premier i wielki łowczy - Herman Göring. Znamienitych gości przyciągały do puszczy przede wszystkim niezwykłe trofea – bardzo dorodne poroża żyjącego tu jelenia rominckiego. W 1937 roku Zarząd Lasów III Rzeszy uznał Puszczę Romincką za rezerwat łowiecki.

Pomnik byka na fotografii powyżej po II Wojnie Światowej został przeniesiony do miejscowości Sosnovka niedaleko Moskwy. 

Byk strzelony przez Cesarza w Puszczy Rominckiej w 1911 r. o 22 odnogach. (źródło: A. Gautschi "Wilhelm II"

Zatem Puszcza Romincka (Rominten Heide) przez stulecia była rewirem łowieckim władców Prus. W połowie XIX stulecia rozpoczęto w niej planowaną gospodarkę łowiecką. Jeleń romincki stał się światowym symbolem sukcesów myśliwskich.  Co roku polował w Puszczy Cesarz niemiecki Wilhelm II. Ustanowił on Puszczę Romincką cesarskim rewirem łowieckim.

W 1891 roku w Romintach Cesarskich (17 km na płn-wsch. od Gołdapi, obecnie Radużnoje po stronie rosyjskiej) powstały wybudowane w stylu norweskim – cesarski pałac myśliwski Jagdschloss Rominten oraz kaplica św. Huberta. Dwór Wilhelma po II Wojnie Światowej przeniesiono do Kaliningradu.  Obie budowle powstały w Norwegi i w całości przeniesiono je do Rominten.

 

Jagdschloss w Rominten czyli zamek myśliwski

Widok od strony wjazdu

Domek herbaciany Cesarzowej

Cesarz z Cesarzową w Rominten

Budynki administracji pałacu

Księżniczka Wiktoria Luiza w oknie pałacu - 1907 rok

Wiktoria Luiza także nosiła myśliwski kordelas - Rominty 1907 r.

Jadalnia w Jagdschloss

Brama wjazdowa do posiadłości

Zdjęcie lotnicze całego kompleksu z 1915 r.

Hubertus - Kapelle w Rominten czyli kaplica św. Huberta

Wnętrze kaplicy

W pobliżu postawiono pomnik jelenia, którego pierwowzorem był byk strzelony przez Cesarza 5 października 1909 r. Rosjanie po II Wojnie Światowej przenieśli pomnik do parku w Smoleńsku i stoi tam do dziś.

Pomnik byka z Rominten w smoleńskim parku
Puszcza Romincka stanowiła łowisko władców Prus Wschodnich już od końca XVI stulecia. Jednak to Wilhelm II był pierwszym Królem Prus,  który tu polował. Do puszczy przyjeżdżał od 1890 r., zawsze w czasie rykowiska. Do wizyty Cesarza starannie przygotowywali się leśnicy. Każdego roku, na przełomie lutego i marca, w poszukiwaniu zrzutów przeczesywali okolice paśników. Za byka łownego uchodził wówczas ten, którego wieniec ważył co najmniej 6 kg. Gdy leśnicy dochodzili do wniosku, że waga poroża jest odpowiednia, prezentowali Cesarzowi zrzuty (Abwurfparade), niekiedy skompletowane z ostatnich kilku lat. Monarcha podczas przeglądu zrzutów decydował, którego z byków mają dla niego otropić. Zwyczaj ten stosował później Herman Goering. (por. Łowiec Polski nr 11/2014 art. Bartosz Marzec).
Prezentacja zrzutów Abwurfparade
Na czas rykowiska wszyscy pracownicy, włączając w to praktykantów i referendarzy, spieszyli do kniei. Obserwowali niemal każdą linię w kniei i każdy dukt, a nadleśniczy na bieżąco otrzymywał szczegółowe raporty o przemieszczaniu się byków. Jeżeli wymagało tego ukształtowanie terenu, kopano rów, którym monarcha mógł podejść w pobliże areny rykowiska. Na brzegu lasu, między dwoma potężnymi drzewami, stawiano parawan z gałęzi, który miał zapobiec spłoszeniu chmary. Resztki takiego „okopu” widoczne są do dziś w miejscu gdzie stoi głaz upamiętniający strzelenie przez Cesarza … dwutysięcznego byka. ( por. Łowiec Polski nr 11/2014, Bartosz Marzec)
Ambona zbudowana dla Cesarza w Nadleśnictwie Gołdap. Z tej ambory Cesarz strzelił swojego dwutysięcznego byka. Strzelec dochodził do niej wykopanym rowem, a obudowane deskami boki drabiny czyniły go niewidzialnym dla zwierzyny (Łowiec Polski nr 11/2014)
Kamień upamiętniający strzelenie dwutysięcznego byka z ambony

Cesarz w Rominten gościł arystokrację całej Europy na corocznych polowaniach. Od 22 września do 2 października 1913 r., Wilhelm II polował w  Rominten po raz ostatni. W ciągu  23 lat łowów w Rominten upolował 327 jeleni. Tam też w miejscach, gdzie upolowano wyjątkowo okazałe egzemplarze, upamiętniano to granitowymi głazami z odpowiednimi napisami. Do dziś zachowało się 14 głazów, z których 8 znajduje się po polskiej stronie puszczy, a sześć po stronie rosyjskiej. Warto poniżej przedstawić kilka fotografii z cesarskich polowań w Puszczy Rominckiej, zwłaszcza zdjęcia ogromnych poroży byków strzelanych przez Wilhelma II. Są one unikatowe i pochodzą z książki Andresa Gautschi pt. "Wilhelm II. und das Waidwerk".

 

Wilhelm II strzelał dobrze mimo kalectwa i to nawet na dystans 300 metrów. Chętnie pozował do fotografii przy ubitym zwierzu, często przyjmując pozę zwycięzcy np. z nogą na ubitej sztuce. Upolowane byki malował także wybitny malarz animalista Richard Friese (1854 – 1918).


Cesarz odwdzięczał się za upolowame jelenie. Leśniczy, na którego terenie Cesarz strzelił byka, otrzymywał na pamiątkę gipsowy odlew poroża. Kolejna kopia wieńca, wykonana w drewnie, trafiała do myśliwskiego pałacu w Rominten, natomiast oryginały zawsze wyjeżdżały do Berlina. W 1904 r. Cesarz strzelił ośmiodwudziestaka. Wspaniałego jelenia posiadającego wieniec o 28 odnogach Cesarz upolował podczas polowania w lasach Rominten. Zwierzę ważyło 374 funty, odległośc pomiędzy końcami tyk (rozłoga) wynosiła 1,32 m.  Nadleśniczemu który, podprowadził Cesarza na wspaniały okaz jelenia, Cesarz kazał wypłacić 500 marek nagrody. Prócz tego ofiarował 28 000 marek (po 1000 marek za każdą odnogę wieńca) gminie Rominten na wsparcie dla wdów i sierot.


Jaki był wówczas stan jeleni w Puszczy Rominckiej? W sierpniu 1912 r. na 24 tys. ha lasu doliczono się 1683 sztuk, przy czym stosunek byków do łań wynosił 1,1 : 1. Wiemy też, że podczas rykowiska w 1911 r. Cesarz położył 24 byki, w 1912 r. – 20, a w 1913 r. – 16. Wtedy też po raz ostatni przebywał w Rominten. Rok później wybuchła I Wojna Światowa. Niestety, zdecydowana większość z blisko 300 wieńców zdobytych przez Cesarza w Puszczy Rominckiej spłonęła. Do dziś przetrwało tylko około 20. (por. Łowiec Polski nr 11/2014, Bartosz Marzec)

 

Powszechnie wiadomo, że Cesarz gustował w prostym, żołnierskim jadle. Bywający w Rominten Alfred von Tirpitz, niemiecki admirał, w „Pamiętnikach” wydanych w 1920 r. wspomina, że ulubionym daniem Cesarza był „Rominter Jagdpastete”. W dokładnym tłumaczeniu oznacza to”romincki pasztet myśliwski”, jednakże każda osoba parająca się choć trochę kucharzeniem stwierdzi, że był to rodzaj zapiekanki.
"Była ona przygotowywana w sposób następujący: dwa solone śledzie pozostawiano na noc w mleku, które należało raz wymienić na nowe. Śledzie obierano ze skóry, filetowano i krojono w drobną kostkę. Około trzydziestu bogatych w skrobię ziemniaków ugotowanych w garnku po wystudzeniu cięto na równe plastry. Dwie cebule, 750 gramów szynki wraz z boczkiem krojono w kostkę. Produkty wkładano do blaszanej formy lub do gładkiego, ogniotrwałego gliniaka, przedtem smarując je wewnątrz masłem.
Na dnie naczynia wstępie układano warstwę ziemniaków, następnie szynkę, śledzie i cebulę przekładając to masłem aż do wypełnienia naczynia. Na górze układano warstwę ziemniaków . Polewało się to gęstą śmietaną roztrzepaną z odrobiną pieprzu i soli, i piekło przez godzinę w gorącym piekarniku. W przypadku braku śmietany, użyć można było sosu beszamelowego".
Admirał von Tirpitz był niewątpliwie wielkim politykiem i admirałem, czy daje to nam jednak gwarancję, że dokładnie spisał recepturę? Nie gwarantujemy niezapomnianych walorów smakowych ponieważ nie przetestowaliśmy przepisu, traktując go jako ciekawostkę.

Ogromnym wydarzeniem było strzelenie przez Wilhelma II byka z czterdziestoma czterema odnogami na wieńcu jelenia. Świadkiem tego polowania był Julian Fałat, który opisał te polowanie w swoich "Pamiętnikach". Pisownia oryginalna: "Najważniejszym wypadkiem polowania w Rominten było zabicie jelenia, mającego na rogach czterdzieści cztery kończyny (Vierunvierzigender). Stanowiło to wielkie ewenement w świecie myśliwskim i Cesarz kazał wiadomość o tym roztelegrafować na wszystkie strony. Dla mnie to również było przyjemne, gdyż na tę wyprawę towarzyszyłem Cesarzowi wraz z sympatycznym bardzo ekselencją Hollmanem, o którym Cesarz mawiał, że szczęście mu przynosi. Uprzedzeni przez forstmeiera danego rewiru o niezwykłości tego okazu, ujrzeliśmy go z bliska na polance, w późny, bardzo mglisty wieczór; mgła podnosiła sylwetkę jelenia pod jaśniejącym jeszcze niebem. Byłem razem z Cesarzem, podczas gdy Hollman wraz ze strzelcem zostali na krawędzi lasu. Cesarz strzelił na odległość 50 metrów. Jeleń zaznaczył dobrze, ale miał jeszcze dość siły, aby wpaść w zagajnik, ciągnący się na parę kilometrów. Mając dobry wzrok, zauważyłem miejsce, w którym jeleń znikł wśrod drzew, więc aby nie stracić tego punktu z oczu, podążyłem wprost ku niemu. Po drodze wpadłem do rowu z wodą, ale nie wyszedłem z kierunku i w odległości jakichś 15 kroków znalazłem jelenia już nieżywego. Radość była wielka; zaraz wysłano umyślnego do zameczku, aby przygotowali szampana na tę intencję. Kiedy wracaliśmy, Cesarz kazał mi usiąść obok siebie, a widząc, że jestem całkowicie przemoczony, zdjął ze swoich kolan ogromne futro z lisów i kazał mi się nim okryć, sam je poprawiając. Ujęło mnie to bardzo. - Na pamiątkę obdarzył Cesarz ekselencję Hollmana i mnie złotymi spinkami ze swoimi inicjałami". (...).

Cesarz z bykiem, którego strzelił 28 września 1898 r. Poroże miało 44 odnogi.

Byk posiadał na obu tykach 44 odnogi

Pocztówka upamiętniająca strzelenie byka o 44 odnogach

Fotografia byka, który nazywał się "Pascha" i padł z cesarskiej ręki 29 października 1910 r. Poniżej kamień upamiętniajacy to wydarzenie.

Rominten 1986 r.
Rominten 1986 r.

Rominten 30 września 1912 r.

Cesarz z księciem zu Dohna - Schlobitten

Fotografie z polowania w 1906 r.

Abwurfparade – prezentacja zrzutow jeleni

Pierwotnie fotografię podpisałem jako Parade Hirchs - prezentacja wieńców jeleni. Tymczasem Pan Alexander Jakubietz w emailu skierowanym do mnie zwrócł mi uwagę, że jest to prezentacja zrzutów jeleni czyli Abwurfparade. Wg Pana Alexandra "Zwyczaj zbierania zrzutow jeleni jest praktykowany w Niemczech do dzisiaj dla pokazania rozwoju osobnika i przy okazji pochwalenie się potęgą łowiska. Przywłaszczenie sobie zrzutu jelenia w Niemczech jest traktowane jako kradzież i jest karalne". Dziękuję za wyjaśnienie pojęcia i sceny fotograficznej, a mój błąd wynikał z nieznajomości języka niemieckiego. Rzeczywiście po dokładniejszym przyjrzeniu się fotografii widać, że są to zrzuty jelenie.

Księżniczka Wiktoria Luiza - Rominty 1907 r. Wiktoria Luiza była bardzo lubiana przez ojca. Często brała udział w jego wyjazdach do Romint, Kadyn i na Korfu.

Rominty 1910 r.

W Puszczy Rominckiej, podobnie jak w Prakwicach, znajduje się kamień poświęcony polowaniom księcia Friedricha Carla von Preussen - to także ciekawostka warta opublikowania.

Już wtedy chwytano rysie i próbowamo je rozmnażać

 

Podobnie jak w Prakwicach, od 1933 roku, polowania w Puszczy Rominckiej rozpoczął premier Prus Herman Göring. Były to początkowo wizyty na dwa do trzech tygodni w czasie rykowiska. Gdy po ataku hitlerowskich Niemiec na ZSRR sztab Luftwaffe przeniósł się do Gołdapi i Göring miał bliżej, każdą wolną chwilę spędzał w kniei.

 

W latach 30. XX wieku - 1936 r., w epoce Trzeciej Rzeszy, tereny łowieckie w Romintach wzbudziły zainteresowanie Hermanna Göringa. Po nieudanej próbie zajęcia cesarskiego pałacu w Romintach (Wilhelm II nie wyraził zgody) kazał wybudować dla siebie drewniany dwór myśliwski, nazywany Reichsjägerhof Rominten, Jägerhof Rominten lub Emmyhall (od imienia drugiej żony Göringa, Emmy Göring), zaprojektowany przez niemieckiego architekta Friedricha Hetzelta (1903–1986), mający imitować starogermańską siedzibę książęcą, położony na wysokim brzegu rzeki Rominty. Znajdował się on ok. 2 km na północ od dawnej rezydencji cesarskiej. Budowę rozpoczęto w 1935 roku i obiekt oddano do użytku 26 września 1936 roku. Aby ułatwić Göringowi dojazd do rezydencji, wybudowano przeznaczoną specjalnie dla niego niewielką stację kolejową w miejscowości Eichkam (przed 1938 rokiem Schackummen, obecnie Jemieljanowka), w odległości ok. 10 km na północny-wschód od Romint, gdzie dojeżdżał swoim pociągiem specjalnym "Azja" (niem. Sonderzug "Asien"), przemianowanym 1 lutego 1943 roku na "Pomorze I" (niem. Sonderzug "Pommern I"). Po śmierci Wilhelma w 1941 r. Göring jednak zmusił  spadkobierców Cesarza by mu  sprzedali  cesarski dworek myśliwski - (żródło: Tomasz Krawczyk).
Przed wybuchem II wojny światowej gośćmi rezydencji byli m.in. Car Bułgarii Borys III, polski ambasador Józef Lipski i brytyjski ambasador sir Neville Henderson. Rominty odwiedził również Adolf Hitler. Niektóre źródła podają, że na początku lutego 1940 roku w dworze Göringa w Rominatch spotkali się Heinrich Himmler, Reichsführer-SS, i Ławrientij Beria, szef NKWD; prowadzili tam tajne rozmowy na temat współpracy Gestapo i NKWD w eksterminacji społeczeństwa polskiego i zwalczaniu polskiego ruchu oporu. W spotkaniu tym uczestniczył gauleiter Prus Wschodnich Erich Koch.
W drugiej połowie 1940 roku Göring koordynował z Romint działania niemieckiego lotnictwa w czasie bitwy o Anglię W 1941 roku, po ataku Niemiec na ZSRR, Rominty stały się jego kwaterą główną na froncie wschodnim; dwór był wyposażony w bunkier zabezpieczający przed atakiem z powietrza, zbudowany w 1940 roku. Była to jedna z części systemu niemieckich kwater dowódczych współpracujących z kwaterą główną Hitlera w Wilczym Szańcu koło Kętrzyna, rozlokowanych w Prusach Wschodnich. W odległości ok. 14 km na południowy-zachód od rezydencji Göringa, w lesie Kumiecie koło jeziora Gołdap, znajdowała się kwatera główna dowództwa Luftwaffe o nazwie "Robinson" (niem. Oberbefehlshaber der Luftwaffe-Hauptquartier).
W latach 1936–1942 ochroną rezydencji Göringa zajmował się Batalion Wartowniczy Pułku "General Göring" (niem. Wach-Bataillon des Regiment General Göring). W 1942 roku został on przekształcony w Pułk Wartowniczy "Hermann Göring" (niem. Wachregiment Hermann Göring), a w kwietniu 1944 roku w Pułk Przyboczny "Hermann Göring" (niem. Begleit-Regiment Hermann Göring). Była to jednostka naziemna Luftwaffe o sile jednego batalionu, wyposażona w broń przeciwlotniczą, składająca się z grenadierów pancernych. 24 września 1944 roku Pułk Przyboczny "Hermann Göring" został rozformowany i na jego bazie utworzono 4 Pułk Pancerno-Spadochronowy "Hermann Göring" (niem. Fallschirm-Panzergrenadier-Regiment 4 Hermann Göring), o sile 2 batalionów[12], który w listopadzie 1944 roku przemianowano na 1 Pułk Pancerno-Spadochronowy "Hermann Göring" (niem. Fallschirm-Panzergrenadier-Regiment 1 Hermann Göring) i powiększono do 3 batalionów.
1 sierpnia 1944 roku, w związku ze zbliżaniem się frontu, Göring wydał rozkaz podjęcia przygotowań do zniszczenia dworu myśliwskiego w Romintach i dawnego pałacyku Wilhelma II. Po raz ostatni przebywał w dworze 16 października 1944 roku; według niemieckich historyków Volkera Knopfa i Stefana Martensa rezydencja została podpalona i zniszczona w dniu 20 października 1944 roku (tzw. "Akcja Ogień Świętojański", niem. Aktion "Johannisfeuer", obejmująca również zniszczenie kwatery "Robinson"). Pałacyk Wilhelma II nie został zniszczony, podobnie jak dom nadleśniczego przy rezydencji Göringa.
W nocy z 21 na 22 października 1944 roku wieś Rominty została zdobyta przez oddziały 18 Gwardyjskiej Dywizji Strzeleckiej Armii Czerwonej, wchodzącej w skład 11 Armii Gwardii (3 Front Białoruski). Ze źródeł rosyjskich wynika, że przed nadejściem regularnych oddziałów Armii Czerwonej rezydencję Göringa opanowali zwiadowcy radzieckiej specjalnej grupy dywersyjno-wywiadowczej "Maksim", podlegającej 3 Oddziałowi (dywersyjnemu) Zarządu Wywiadu 3 Frontu Białoruskiego, przerzuconej 17 sierpnia 1944 roku na tyły linii niemieckich w Prusach Wschodnich. 27 października 1944 roku radziecki dziennik "Krasnaja Zwiezda", oficjalny organ Ministerstwa Obrony ZSRR, pisał, że rezydencja Göringa została zdobyta przez wojska radzieckie w stanie nienaruszonym. Rosyjskie źródła podają, że 2 listopada 1944 roku zwiadowcy radzieccy działający w Puszczy Romnickiej zameldowali przez radio, że odnaleźli rezydencję Göringa, i poinformowali, że "najbardziej wartościowe rzeczy wywieziono, wyłączono telefony i zdjęto ochronę". Później linia frontu ustabilizowała się i aż do rozpoczęcia przez Armię Czerwoną operacji wschodniopruskiej w styczniu 1945 roku przebiegała w odległości ok. 5 kilometrów na zachód od wsi Rominty. Według niektórych źródeł rosyjskich rezydencja Göringa nie została spalona i rozlokował się w niej sztab radziecki. Faktem jest, że obiekt uległ całkowitemu zniszczeniu i kto to zrobił nie wiadomo.

Ruiny Jagerhof

Historia budowli

Jagerhof w budowie - 1935 r.

Makieta obiektu

Gabinet Goeringa

W 1938 roku Puszczę przekształcono w państwowy rewir łowiecki. W tym okresie liczebność i jakość rominckich jeleni osiągnęły najwyższy poziom (około 1500 sztuk), a ustrzelony byk "Matador" miał poroże rekordowe w skali światowej. W puszczy podobno prowadzono prace nad odtworzeniem populacji tura. W latach 1938-1944 dochowano się stada 22 sztuk turów (dane niesprawdzone). Herman Göring, dowódca Luftwaffe, Łowczy III Rzeszy, od 1940 roku Marszałek III Rzeszy znany był z wystawnego trybu życia, Herman Göring, urządzał tutaj prawdziwe uczty. Przede wszystkim jednak polował. Strzelił tutaj legendarnego byka „Matadora”. Za jego czasów Puszcza była właściwie tylko do dyspozycji Göringa. Polował w niej nawet na dwa dni przed wejściem wojsk radzieckich.

W aranżowaniu wnętrza brał udział sam Goring

 

Przygotowanie do przyjęcia w Reichsjagerhof 

Narada z udziałem Goringa

Oto kilka fotografii z polowań Hermanna Göringa w Rominten. Pełno w nich symboliki faszystowskiej, jakże obco wyglądającej na polowaniu.

Abwurfparade – prezentacja zrzutow jeleni

Jak już wspomniałem Hermann Göring strzelił, 22 września 1942 r., właśnie w Rominten byka "Matadora", który wówczas był rekordem świata w punktacji CIC. Był to dwudwudziestak o wadze wieńca 11,6 kg., obwód róży 27,7 cm. i długości tyki 113,7 cm.

Z "Matadorem"

W ten sposób opisywano na czerepie byki strzelone przez Marszałka Rzeszy. "Matadora" ...

... i "Odina"

Z żoną Emmą podziwia strzelone byki

Sceny z polowań "Grubego Hermanna"

Łowczy Rzeszy polował z ekspresem kalibru 8 x 75R oraz repetierem systemu Mauser 98 kalibru 9,3 x 70 Magnum, wykonanym przez berlińskiego rusznikarza Ludwiga Schiwy`ego. Strzelał tylko do byków obustronnie koronnych. Za łowne uważano wówczas wieńce o wadze powyżej 7 kg. Selekty łaskawie pozostawiał swoim gościom. Jak mocno przeżywali polowania Göringa podprowadzający opowiada historia opisana przez Pana Bartosza Marzec w Łowcu Polskim nr 14/2014 r. Opowiada jeden z podprowadzających Helmut Ziebell:

 

"Byka o imieniu Starangolis, dwudwudziestaka, otropiono w uroczysku Dziki Kąt, pośrodku leśnej uprawy. Ziebell, który był podprowadzającm wszedł z feldmarszałkiem do środka młodnika, a Wili Schade - leśniczy i asystent Göringa do spraw łowieckich, pozostał na skrzyżowaniu śródleśnych dróg. Kiedy buchnął drugi strzał, Schade padł na dukt. "Przecież dziś rano przystrzelałem broń" - krzyczał. Obawiał się, że Göring spudłował, a gniew niefortunnego strzelca skupi się na nim. Tymczasem feldmarszałek dostrzelił byka i z młodnika wyszedł w doskonałym humorze. Nic dziwnego bo wieniec ważył 9 kg., obwód róż wynosił 27,3 cm, a długość tyk - 98,5 cm. [ ... ]

Göringowi wydawało się, że jest wszechwładny. Jako Łowczy Rzeszy osobiście zatwierdzał prawo łowieckie, a później je łamał. Nie dbał np. o to, że sezon łowiecki na jelenie byki kończy się 31 stycznia i 9 lutego 1936 r., nieopodal Warnen w Puszczy Rominckiej (obecnie Oserki w obwodzie kaliningrackim), strzelił wspaniałego byka o imieniu Raufbold (Zabijaka) - dwudziastaka nieregularnego o masie wieńca 8 kg., obwód róży 25,3 cm, długość tyki 109, 7 cm. Na pamiątkę polowania kazał wykonać pomnik byka. Zadanie to zlecił znamemu rzeźbiarzowi Johannesowi Darsowowi.

Efekt jego pracy mogli zobaczyć odwiedzający Międzynarodową Wystawę Łowiecką w Berlinie, w 1937 r. Ponadnaturalnej wysokości posąg stanął przed głównym wejściem do pawilonu wystawowego. Po zakończeniu wystawy rzeźba znalazła się na terenie rezydencji feldmarszałka Carinhall".

Wejście do pawilonu wystawowego

 

Przy ułożonym pokocie

Byk Matador - filmuje Ulrich Schultz z firmy DEFA

Otwarcie Międzynarodowej Wystawy Łowieckiej - Berlin 1937 r. Polskie stoisko.

Międzynarodowa Wystawa Łowiecka - Berlin 1937. H. Goring ogląda polskie trofeum - wieniec jelenia karpackiego...

... i makietę Puszczy Białowieskiej

Ostatnim bykiem, na którego zasadzał się Göring w puszczy był czterodwudziestak  "Leutnant". Był październik 1944 r. Za swoją ostoję byk obrał sobie rejon miejscowości Hajnówka. Podczas rykowiska przemierzał ok. 20 km. Otropiono go i tym razem Hermann Göring "wykładanego" byka spudłował. Chyba feldmarszałka bardziej zajęło nasłuchiwanie nadchodzącego frontu. Następnego dnia byk jednak padł z ręki nadleśniczego Freverta. Wieniec ważył 10,1 kg. Trofea Hermanna Göringa przetrwały wojnę. Kilka z nich znajduje się w zbiorach Niemieckiego Muzeum Łowiectwa i Rybołóstwa w Monachium, ale ze zrozumiałych względów nie są eksponowane.

Hermann Göring Puszczy Białwieskiej i jeg związki z Prezyentem Ignacym Mścickim.

W połowie lat 30-tych H. Göring, z polecenia Hitlera zaczął nawiązywać kontakty z najwyższymi osobistościami II RP, szukając wśród nich sojuszników we wspólnym działaniu przeciwko Rosji. Zaproszenie H. Göringa do Polski na reprezentacyjne polowanie zasugerował rządowi polskiemu po raz pierwszy wiosną 1934 roku Józef Lipski, ambasador Polski w Berlinie. Ponieważ było już po sezonie łowieckim, postanowiono odłożyć tę sprawę do następnego roku. Przyjazd H. Göringa do Polski w końcu lutego 1935 roku wywołał w Korpusie Dyplomatycznym Warszawy duże poruszenie i zainteresowanie. Gość noszący obok wielu funkcji i tytułów także tytuł wielkiego łowczego III Rzeszy, wyraził życzenie zapolowania na wilki i rysie w Puszczy Białowieskiej. Nie było to proste, gdyż zima tego roku nie była specjalnie śnieżna.
H. Göring przyjechał do Białowieży na drugą turę polowania reprezentacyjnego, która odbyła się w dniach 28-29 stycznia 1935 roku (pierwsza – kilka dni wcześniej). Obok premiera Prus polował wówczas m.in. prezydent RP Ignacy Mościcki, marszałek Senatu Władysław Raczkiewicz, dyrektor Lasów Państwowych Adam Loret, generałowie Kazimierz Sosnkowski i Kazimierz Fabrycy, kilku posłów i ministrów – krajowych i zagranicznych.

W trakcie polowania H. Göring przedstawił generałom Sosnkowskiemu i Fabrycemu propozycję przystąpienia do przygotowywanego paktu antykominternowskiego. Roztaczał też przed nimi obraz wielkich korzyści, jakie Polska mogłaby uzyskać przez zajęcie Ukrainy aż po Morze Czarne. Ofertę swą powtórzył później w trakcie audiencji u marszałka Józefa Piłsudskiego. Marszałek propozycji jednak nie przyjął, trzymał się bowiem swojej doktryny zachowania równowagi pomiędzy obu ościennymi mocarstwami.
Swego pierwszego polowania w Białowieży H. Göring raczej nie mógł zaliczyć do udanych. Upolował tylko 2 dziki, ranił też ponoć jednego wilka. Pozostał w puszczy jeszcze na jeden dzień, by dobić postrzelonego drapieżnika, ale to mu się nie udało. Stefan Charczun, ówczesny łowczy Puszczy Białowieskiej, dostrzelił dla Göringa tego wilka, ale tak naprawdę był to zupełnie inny osobnik. „Wilk Göringa” został następnie odprawiony do Berlina specjalnym samolotem. Polski Związek Stowarzyszeń Łowieckich, w osobach prezesa gen. K. Sosnkowskiego i wiceprezesa gen. K. Fabrycy, postanowił niejako „zrekompensować” H. Göringowi tę porażkę łowiecką i nadał mu najwyższe odznaczenie łowieckie „Złom”.

Po raz drugi H. Göring gościł w Białowieży w lutym 1936 roku. Reprezentacyjne polowanie odbyło się w trzech turach, w dniach 14-15, 17-18 i 20-22 lutego, przy śnieżnej i mroźnej pogodzie. H. Göring uczestniczył tylko w trzeciej turze (przez prasę określaną jako polowanie prywatne), już bez udziału prezydenta I. Mościckiego. H. Göring ponownie ustrzelił tylko 2 dziki. Chciał też za wszelką cenę upolować rysia, ale to mu się nie udało.  Niemiecki gość był podejmowany śniadaniem przez ministra J. Becka oraz Józefa Potockiego z MSZ, na których podzielił się swymi wrażeniami z polowania w Puszczy. Złożył także wizyty prezydentowi RP i premierowi Kościałkowskiemu. Podczas rozmów akcentował szczególnie wolę i chęć Niemców do dalszego rozwoju stosunków z Polską, nie ukrywał też antysowieckiego nastawienia, ani niemieckich zamiarów w kwestii remilitaryzacji Nadrenii.

Stała się też rzecz niewiarygodna! Prezydent I. Mościcki odznaczył wówczas H. Göringa Orderem Orła Białego – najwyższym odznaczeniem honorowym Rzeczypospolitej, przyznawanym za znamienite zasługi zarówno cywilne jak i wojskowe. Ten jakże kuriozalny dzisiaj fakt został starannie wymazany z historii. Nazwiska Göringa – jak pisze znany polski dziennikarz, felietonista, eseista i pisarz Aleksander Jerzy Wieczorkowski – nie znajdziemy zatem na liście kawalerów tego orderu, ani w jego szczegółowej biografii. Nie ma też o tym ani słowa w encyklopediach.

W 1937 roku Hermann Göring wziął udział w pierwszej turze polowania reprezentacyjnego w Białowieży, która odbyła się w dniach 17-20 lutego. Obok prezydenta I. Mościckiego i premiera Prus wziął w nim udział m.in. marszałek Edward Rydz-Śmigły, minister spraw wojskowych gen. Tadeusz Kasprzycki, minister Michał Mościcki, dyrektor kancelarii wojskowej gen. Kazimierz Schally, komendant główny Policji Państwowej gen. Józef Zamorski-Kordian, szef protokołu dyplomatycznego dyrektor hr. Karol Romer, generałowie Kazimierz Fabrycy, Kazimierz Sosnkowski i Stanisław Skwarczyński, ambasador RP w Niemczech Józef Lipski. H. Göring polował tylko 17 lutego. Zgodnie z jego życzeniem polowano w tym dniu wyłącznie na drapieżniki (rysie, wilki). Premierowi Prus udało się ustrzelić 3 wilki i 2 dziki. Wilki zostały wcześniej osaczone na terenie nadleśnictwa Hajnówka. Po posiłku auta przewiozły myśliwych do nadleśnictwa Gródek. Rysie wyszły jednak nie na Göringa, a na towarzyszącego mu łowczego Ulricha Scherpinga, który ubił 1 sztukę. Jeszcze tego samego dnia Göring udał się w towarzystwie gen. Kazimierza Fabrycego na Polesie. W trakcie polowania w Białowieży prezydent został obdarowany przez wielkiego łowczego Rzeszy posokowcem hanowerskim, ułożonym do tropienia.

Hermann Goring i Prezydent Ignacy Mościcki

Oczywiście i tym razem nie obyło się bez rozmów politycznych. Göring przeprowadził je z marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym, premierem Sławojem Składkowskim i wiceministrem spraw zagranicznych Janem Szembekiem.   W dniu 3 listopada 1937 roku H. Göring otworzył w Berlinie Międzynarodową Wystawę Łowiecką, której był współorganizatorem. W polskim pawilonie można było zobaczyć m.in. mapę plastyczną Białowieży oraz wypchanego żubra. W hali zawierającej wyłącznie trofea Göringa prezentowano 2 wilki, które ustrzelił w Polsce.

Po raz czwarty marszałek H. Göring polował w Białowieży w 1938 roku. Wziął udział w drugiej turze polowania, która odbyła się w dniach 24-25 lutego, przy dość wysokiej już temperaturze, która w dzień dochodziła do +5°C. Uczestnikami tego polowania byli: prezydent I. Mościcki, ministrowie Paul Körner i Friedrich Alpers, ambasadorowie Hans Adolf von Moltke i Józef Lipski oraz inni. H. Göringowi tym razem udało się upolować 13 dzików i 1 lisa. W przeddzień wyjazdu do Białowieży Göring odbył w Warszawie rozmowy z marszałkiem E. Śmigłym-Rydzem, premierem S. Składkowskim i ministrem J. Beckiem. Ponoć tego ostatniego rozmówcę miał wtajemniczyć co do planów Niemiec wobec Czechosłowacji i złożyć ofertę współdziałania. W Białowieży Göring obiecał, w podzięce za zaproszenia na polowania, podarować prezydentowi Mościckiemu samochód myśliwski. Słowa dotrzymał, samochód marki Mercedes-Benz został dostarczony prezydentowi przez delegację niemiecką w dniu 27 sierpnia 1938 roku.   H. Göring zrozumiawszy, że jego starania wciągnięcia Polski do paktu antykominternowskiego nie przyniosą pożądanego skutku, nie skorzystał z polskiego zaproszenia do przyjazdu na kolejne polowanie w lutym 1939 roku. Zastąpił go tym razem inny bliski współpracownik – Heinrich Himmler. Pół roku później wybuchła II wojna światowa. Opis polowania z udziałem Heinricha Himmlera autrstwa Pana Pitra Bajko: "Himmler i jego białowieskie trofea".
"Część Puszczy Białowieskiej w okresie międzywojennym traktowana była jako reprezentacyjne łowisko prezydenta RP - Ignacego Mościckiego. Pierwsze zimowe polowanie reprezentacyjne odbyło się tutaj w styczniu 1930 roku, dwa ostatnie - w lutym 1939 roku. Te ostatnie nie należały już do tak okazałych, jak poprzednie. W powietrzu krążyły zwiastuny nadciągającej wojny. Himmler pod wpływem  opowieści Göringa nabrał chęci na polowanie w białowieskich ostępach. Przedstawiciel polskiego MSZ - Jan Meysztowicz, po latach twierdził, że jego życzenie w Warszawie nie wzbudziło entuzjazmu, odmówić jednak nie wypadało. Oficjalnie H. Himmlera zaprosił do Polski gen. Józef Kordian-Zamorski, komendant główny Policji Państwowej. Himmler przybył do Warszawy 18 lutego 1939 r. Na dworcu gościa witano z udziałem kompanii honorowej Szkoły Policji w Golędzinowie. Obecny był także ambasador Niemiec w Polsce, hrabia Hans A. von Moltke. Generał J. Kordian-Zamorski towarzyszył H. Himmlerowi także w Białowieży. Z ramienia MSZ szefowi niemieckiej policji asystował radca Adam Kurnatowski, który jednak musiał opuścić gościa z powodu śmierci swego ojca. W całej tej grupie dominowała spora liczba umundurowanych esesmanów. Jak wspominał J. Meysztowicz, polowanie przebiegało ono planowo i było pod każdym względem udane. Nie uszło jednak uwagi zarówno polskich, jak i niemieckich myśliwych, że w nagance wystąpili wprawdzie jak zwykle okoliczni chłopi, ale niektórym spod ich kożuchów wyglądały czarne buty wojskowego typu i granatowe spodnie. W czasie polowania zabito 20 dzików, spośród których dwa ustrzelił szef policji III Rzeszy. Podczas urządzonego przed pałacem carskim w Białowieży przeglądu zdobyczy, uczestnicy polowania wysłuchali odegranego na trąbkach myśliwskiego sygnału „Na śmierć dzika”.

Bardzo późnym wieczorem, a właściwie już po północy H. Himmler w towarzystwie gen. J. Kordiana-Zamorskiego, dyrektora lasów państwowych w Białowieży inż. Karola Nejmana i grupy oficerów SS, zwiedził muzeum przyrodnicze Parku Narodowego. Gości oprowadzał znający dobrze język niemiecki leśniczy Parku Roman Jasiński. Wizytę tę zapamiętał on jako dość przykrą ze względu na przytłaczającą sztywność H. Himmlera, człowieka o zimnych, martwych oczach i twarzy bez wyrazu, a także sprawiających niemiłe wrażenie nie spuszczających oka ze swego pana, dygnitarzy SS, jak psy gończe gotowych na każde jego skinienie. Goście wywarli na leśniczym tak nieprzyjemne wrażenie, że „zapomniał” im dać do podpisu księgę pamiątkową Parku Narodowego. Smaczku wizycie niemieckiego gościa w Białowieży nadaje jeszcze jeden fakt, o którym wspomina R. Jasiński w swych książkach „Wrzesień pod Alpami” i „Pieśń Puszczy”. Grupa niemieckich oficerów zaskoczona bardzo bogatym zestawem wędlin, które można było kupić w bufecie kasyna, mieszczącego się w budynku zajmowanym obecnie przez Ośrodek Edukacji Przyrodniczej BPN, zapytała leśniczego, czy to jest tylko na pokaz. Leśniczy zaprowadził wówczas oficerów do pierwszego lepszego sklepiku rzeźniczego w Białowieży. Oszołomieni wyborem towaru, wykupili oni prawie cały jego zapas. Rzeźnik nie posiadał się z radości. Nazajutrz wczesnym ranem, przed odjazdem specjalnego pociągu, widziano ich, jak w konspiracji przed szefem, przemykali do wagonów z pakunkami z wędliną i kiełbasami. Fotografował to wszystko z ukrycia Jakub Szapiro – korespondent białostockiego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, ale - niestety - artykuł ze zdjęciami nie przeszedł przez cenzurę. Po wyjeździe Heinrich Himmlera z Białowieży, zawitał do niej włoski minister spraw zagranicznych Galeazzo Ciano z żoną Eddą".
  Białowieża początkowo znalazła się pod okupacją radziecką, a po napaści Niemiec na ZSRR w czerwcu 1941 roku, zawładnął nią okupant niemiecki. Na życzenie Hermanna Göringa Puszcza Białowieska, obok Puszcz – Świsłockiej, Szereszewskiej i Różańskiej, weszła do tzw. Reichsjägdgebietu, czyli Państwowego Obszaru Łowieckiego, podporządkowanego bezpośrednio centralnym władzom Rzeszy. W Białowieży utworzono jego zarząd, którym kierował specjalny pełnomocnik Göringa – nadłowczy Ulrich Scherping. Puszcza miała stanowić dla naczelnego nadleśnego i głównego łowczego III Rzeszy atrakcyjny rewir łowiecki. Już w 1941 roku, z inspiracji Göringa, przeprowadzono akcję oczyszczania terenu Puszczy Białowieskiej. Niemcy wysiedlali mieszkańców wsi położonych w głębi i na obrzeżach Puszczy, a ich zabudowania palili. Wokół Puszczy miała powstać strefa niezamieszkana. Ludność była wywożona do wsi i osiedli leżących kilkadziesiąt kilometrów poza Puszczą.  W pierwszych latach powojennych po Białowieży krążyła wieść, że Hermann Göring odwiedził tę miejscowość także podczas wojny, w sierpniu 1943 roku. Według nieoficjalnych i niepotwierdzonych źródeł miał on 16 sierpnia ustrzelić żubrzycę „Bisertę”, przywiezioną do Białowieży w 1929 roku. Brakowało jednakże naocznych świadków. O tych słuchach chodzących po Białowieży wspomina prof. Tadeusz Vetulani w artykule zamieszczonym na łamach czasopisma „Ziemia” (Nr 5/1946 r.) i Tadeusz Szczęsny w dwumiesięczniku „Chrońmy Przyrodę Ojczystą” (Nr 1-2/1946 r.). O wizycie naczelnego dowódcy Luftwaffe w Białowieży pisał też Aleksander Omiljanowicz w swej, głośnej w latach 70-tych, powieści szpiegowskiej „Duch Białowieży” (Lublin 1971). Czy była to tylko fikcja literacka? Wydaje się, że tak. Andreas Gautschi, jeden z biografów Göringa, który dość skrzętnie przebadał dokumenty w archiwach niemieckich, przygotowując rozprawę doktorską o Göringu jako wielkim łowczym III Rzeszy, nie znalazł potwierdzenia tej wizyty. Nie znajdziemy zatem takiej wzmianki również w jego książce pt. „Der Reichsjägermeister. Fakten und Legenden um Hermann Göring”, wydanej w 1999 roku w Niemczech, a opartej właśnie na rozprawie doktorskiej, którą autor obronił dwa lata wcześniej. (Oprac. Piotr Bajko) http://www.encyklopedia.puszcza-bialowieska.eu

Jak Goering podarował mercedesa prezydentowi Mościckiemu?

Biografowie piszą. że była między nimi zażyłość wynikająca ze wspólnych pasji. Jest takie powiedzenie myśliwskie, że "strzelba łączy". Leśnicy mówią też, że "lufa wszędzie zaprowadzi". Patrząc na zdjęcia z tego okresu, można odnieść wrażenie, że dobrze się czuli w swoim towarzystwie. Prezydent chętnie rozmawia z Göringiem, a nawet uśmiecha się, w przeciwieństwie do oficjalnych zachowań w obecności innych dyplomatów zapraszanych na polowania. Poza myślistwem łączyło ich też zamiłowanie do automobilizmu. W zbiorze pamiątek po Ignacym i Marii Mościckich przechowywanych w Archiwum Jasnogórskim oo Paulinów w Częstochowie można zobaczyć fotografie Prezydenta korzystającego z takich samochodów, jak CWS-2, Buick, Cadillac.

Samchód Rolls Royce Prezydenta I. Mościckiego ...

... samochód Cadillac

Jak się odbyło przekazanie samochodu podarowanego przez Göringa?

Berlin obdarowywał prominentów i głowy państw prezentami. Były to dzieła sztuki, wyroby regionalne, ale również samochody kosztujące od 20 tys. do 35 tys. marek. W przypadku Prezydenta Mościckiego była inna płaszczyzna porozumienia, bardziej osobista, prywatna, więc Goering nie chciał tego robić oficjalnie. Prezydent również wolał, aby wydarzeniu nie nadawać rozgłosu. Sprawą zajął się adiutant Goeringa, Peter Menthe, zaufany człowiek do specjalnych poruczeń, który uczestniczył z nim w polowaniach w Polsce. W kilka miesięcy fabryka przygotowała pojazd na specjalne rządowe zamówienie, a 27 sierpnia samochód został dostarczony. Chciano, by wiadomość ta pozostała w kręgu tylko wtajemniczonych.

Sierpień 1938 r. Ignacy Mościcki (drugi z lewej) ogląda podarowanego mu przez Goeringa mercedesa. (fot. Fot. Muzeum klasztoru na Jasnej Górze)

W tajemnicy też trzymana była marka samochodu. W biografiach Mościckiego informacji o mercedesie, lub w ogóle o samochodzie myśliwskim od Goeringa, próżno szukać. A dzienniki adiutanta Prezydenta, Józefa Hartmana, który prowadził je przez sześć lat służby, spaliły się podczas zbombardowania przez Niemców Zamku Królewskiego w 1939 r. Z zebranych dokumentów wynika, że od początku sprawie niemieckiego prezentu starano się nadać znamiona niepełnej informacji, z klauzulą: najściślej tajne. Z zachowanych do dzisiaj siedmiu informacji o przekazaniu samochodu prezydentowi, tylko w jednym pojawia się marka, w pozostałych używa się określenia: samochód myśliwski. Początkowo sądzono że, był to Hrch 901 4x4. Obecnie tych samochodów już się nie produkuje, spuściznę po marce przejęło Audi. Ale Audi infrmuje, że takiego zamówienia w 1938 r. koncern nie realizował. A Heino Neuber z Muzeum w Zwickau napisał, że model Horcha 901 4x4, nie mógł być samochodem myśliwskim, bo była to wyłącznie produkcja dla wojska. W Archiwum Akt Nowych w Warszawie znalazłzin dwa ważne dokumenty, potwierdzające fakt motoryzacyjnego prezentu od Hermanna Göringa. Pierwszym był list wysłany z ambasady polskiej w Berlinie do polskiego MSZ, że samochód jest gotowy, i że "przyrzeczenie Göringa z białowieskiej kniei będzie spełnione”. Drugim było pismo szefa gabinetu wojskowego prezydenta RP do Ministerstwa Skarbu z prośbą o zwolnienie z opłat celnych samochodu myśliwskiego ofiarowanego panu Prezydentowi RP przez premiera Rzeszy Niemieckiej. I tu generał Schally podaje markę wozu: Mercedens-Benz. Pobyt w Archiwum przynosi jeszcze jedno cenne odkrycie. To osobisty list Prezydenta Mościckiego do Göringa. Prezydent odmownie dziękuje za zaproszenie na polowanie i szczerze dziękuje za podarowany samochód, który "sprawdza się wyśmienicie i dostarcza mi poprzez swoje precyzyjnie i praktyczne wykonanie dużo radości.” W tamtych czasach terenowymi samochodami były dwa mercedesy: jeden duży, sześciokołowy, bardzo elegancki Mercedes-Benz G4. Wyprodukowano ich tylko 57 egzemplarzy, do dzisiaj pozostały trzy. Drugi, skromniejszy to model G5. W lutym Nils Beckkamann z koncernu Mercedes-Benz w Stuttgarcie przysłał maila, że według niego samochodem myśliwskim podarowanym przez Göringa Mościckiemu był Mercedens-Benz G5. Na jednym ze zdjęć z 1938 r., które dołączył, był model z plakietką PL. Mercedes-Benz model G5 o numerze rejestracyjnym BPR-065 był pdarwany Prezydentwi I. Mościckiemu przez Hermanna Göringa. (źródło: Autor: Alicja Zielińska/ Kurier Poranny)

 

Przedstawienie sukcesów łowieckich Hermanna Göringa mie jest w żadnym wymiarze gloryfikowaniem postaci tego zbrodniarza. Opisuję tą postać tylko z powodów łowieckich i historycznych. Po prostu była i polowała. Hermann Göring właściwie poruszał się ścieżkami łowieckimi Cesarza Wilhelma II. Dobrze, że nie kazał sobie stawiać kamieni. Jednak kult Wilhelma II był w Niemczech większy, a rominckie kamienie kajzera zachowały się do dziś i nawet napisy (po stronie polskiej) zostały poprawione złotą farbą. Tego akurat nie pochwalam, wolę je w naturze, tak jak je wykuto przed laty.

Kamień z Puszczy Rominckiej z 1912 r., postawiony na pamiątkę strzelenia dwutysięcznego byka w karierze łowieckiej Cesarza. Fakt strzelenia tego byka uczczono także stosownym napisem na sztucerze Cesarza.

Kolejny kamień w Puszczy z 1903 r. Fot. R. Simoni

Powracamy zatem do cesarskich polowań. Wilhelm II bardzo lubił łowy w prywatnych zwierzyńcach. Podczas polowania w 1885 roku, koło Skierniewic i Lubochni w zaborze rosyjskim, podczas 10 dni ubito około 400 sztuk zwierzyny grubej, głównie dzików i danieli. Wilhelm II polował tam w towarzystwie dwóch monarchów: Rosji i Austro-Węgier: Cara Mikołaja II i Cesarza Franciszka Józefa I.

 

Filmik z polowania Wilhelma II w ogrodzonym zwierzyńcu

 

 

Polowanie z Carem Mikołajem II i Franciszkiem Józefem I w 1910 r.

Jak donosił „Łowiec Wielkopolski”, w trakcie jednego z polowań w śląskich Sławęcicach Cesarz strzelił w trakcie sześciogodzinnego polowania 1001 sztuk zwierzyny. Cesarz przyjeżdżał do Sławięcic na polowania trzykrotnie. Był tam 10 grudnia 1901 roku, 3 grudnia 1902 r. i jeden raz w 1906 r. Okoliczne lasy, pełne zwierzyny, słynne były na całą Europę.

Ostatnio na portalu lokalna24.pl znalazłem fragment tekstu podpisanego inicjałami AR dotyczącego wizyt Wilhelma II w Sławęcicach. Link do portalu przesłał mi Pan Tomasz Krawczyk. Oto fragment tego artykułu "(...) w 1897 roku posiadłość Sławięcice, obejmująca w owym czasie 41587 hektarów gruntów ornych, łąk i lasów, odziedziczył Christian Kraft von Hohenlohe-Oehringen. Najstarszy syn księcia Hugo ukończył akademię rycerską w Legnicy, a później studiował prawo w Bonn. Walczył w wojnie z Francją w latach 1870/1871 i awansował na stopień generała-majora w kawalerii. Został też honorowym kawalerem w zakonie joannitów. Za czasów rządów Christiana Sławięcice stały się centrum rolniczym i leśniczym na Górnym Śląsku. Okoliczne lasy kusiły największych myśliwych w państwie pruskim. Dzięki staraniom Krafta odżyły przyjazne stosunki rodu Hohenlohe-Oehringen z dworem cesarskim. Wcześniej, przez blisko sto lat, były one dość oziębłe po niepowodzeniach militarnych Friedricha Augusta von Hohenlohe-Oehringen podczas walk z wojskami napoleońskimi w latach 1806-1807. Na zaproszenie księcia Christiana Sławięcice trzykrotnie odwiedził cesarz Wilhelm II Hohenzollern. Gościł on w posiadłości w grudniu 1901 oraz 1902 roku, a także cztery lata później w 1906 r. Król Prus nie tylko odpoczywał i bawił się na zamku, ale jako rasowy myśliwy, uczestniczył w specjalnie organizowanych dla niego polowaniach – głównie na jelenie. Przyjazdy Wilhelma do Sławięcic zawsze miały doniosła oprawę. Cesarz przyjeżdżał tu specjalnym pociągiem. Na stacji witał go książę Kraft odświętnie ubrany w mundur gwardzisty pułku ułanów. Towarzyszyli mu bracia – Hans wystrojony w mundur badeńskiego oficera artylerii oraz Max w stroju gwardzisty pułku ułanów. Trzykilometrowemu przejazdowi ze stacji kolejowej do posiadłości towarzyszył szpaler zapalonych pochodni w rękach żołnierzy i członków organizacji kombatanckich. Na pewno było to widowiskowe powitanie znakomitego gościa. W bankiecie powitalnym, odbywającym się w pałacu, uczestniczyli przedstawiciele największych i najbogatszych śląskich rodów – Solm-Baruth, Donnersmark, Lichnowski, Welczek, a także przedstawiciele administracji państwowej i znaczniejsi duchowni".

Sławęcice 1902 r. Wizyta Wilhelma II u Christiana Kraft von Hohenlohe - Oehringen (żródło: Tomasz Krawczyk)

Christian Kraft von Hohenlohe - Oehringen

Zamek w Reptach

Właścicielem Rept był Karol Łazarz Henckel von Donnersmarck (1772-1864), baron i hrabia cesarstwa niemieckiego, który postanowił przekształcić cały teren Rept w Tier Garten (zwierzyniec) przeznaczony do polowań. Dookoła lasu postawiono mur z kamienia wapiennego. W 1840 roku na wschodnim krańcu zbudowano zameczek myśliwski (Jagdschloss).

Środkową część lasu wycięto, aby ułatwić polowania. Pod koniec XIX wieku, jego syn Guido Henckel von Donnersmarck postanowił wybudować w Reptach (obecnie dzielnica Tarnowskich Gór)  nowy pałac/zamek (z niem. Schloss), a cały teren wokół zmienić w park w stylu angielskim. Teren na którym miał powstać nowy pałac, pomimo tego, że był już naturalnie zróżnicowany, został jeszcze dodatkowo zmieniony poprzez nawiezienie ogromnych ilości ziemi z pobliskich pól. Przez posiadłość przepływała rzeczka Drama, która tworzyła malowniczą dolinę. Na tak przygotowanym terenie w roku 1893 rozpoczęto budowę zamku, którą ukończono w 1898 r. Projekt zamku w stylu renesansu niemieckiego wykonał bawarski architekt Gabriel von Seidl. Pałac pełnił rolę zamku myśliwskiego. Hrabia zapraszał do swojej posiadłości na polowania znakomitych gości. Przebywał tu czterokrotnie Cesarz Wilhelm II. W parku posadzono drzewa i rośliny sprowadzane z całego świata. Rosną tu między innymi: buki japońskie, tulipanowce, chojna kanadyjska, różne odmiany dębów, buków, kasztanowców oraz sosny wejmutki, platanowce oraz wiele innych. Guido jako przyjaciel Alfreda Kruppa i Ottona von Bismarcka posiadał także spore wpływy polityczne. Po Alfredzie Kruppie był najbogatszym człowiekiem w ówczesnych Niemczech. Cesarz niemiecki Wilhelm II, 18 stycznia 1901 r., nadał mu dziedziczną godność pruskiego księcia von Donnersmarck (Primogenitur) z tytułem "Książęca Mość".

Guido Henckel von Donnersmarck przed pałacem w Świerklańcu

Znamy czym podejmował Cesarza Wilhelma II gospodarz Świerklańca podczas uczt - tekst pochodzi ze strony internetowej www.kliczkow.com.pl/uploads/ZastolemwKliczkowie.pdf:

 

"Najwykwintniej, by nie rzec - po cesarsku, jadał Wilhelm II na Śląsku podczas odwiedzin księcia Guido Henckela von Donnersmarcka w Świerklańcu, u którego był częstym gościem i którego bardzo cenił - jednego z największych magnatów przemysłowych w Niemczech, właściciela wielu kopalń, hut i stalowni na Górnym Śląsku, posiadającego też liczne inwestycje w Zagłębiu Ruhry, we Francji, na Sardynii, w Karyntii, na Morawach i w Królestwie Polskim na ziemiach zaboru rosyjskiego. Książę hołdował kuchni francuskiej, co znalazło odzwierciedlenie na stole podczas przyjęcia wydanego z okazji przyjazdu Cesarza w listopadzie 1910 roku. W karcie dań znalazły się tego dnia: consomme a la Souvaroff, pączki a la Magador, karp na niebiesko, polędwica wołowa po włosku, filet z bażanta a la Montignano, kaczka pieczona na ruszcie, sałatka orientalna, zielone szparagi po parysku, ananas a la Palermo, rożki z ciasta francuskiego a la Rubino. Menu o tyle wykwintne, iż nawet dziś nie sposób odnaleźć w dawnych książkach kucharskich receptur na wszystkie wymienione specjały. Książę von Donnersmarck nie przejmował się najpewniej przywiązaniem Cesarza do swoiście pojętej prostoty na talerzu. Dodajmy jednak - zielone szparagi po parysku oraz ananas a la Palermo były głębokim ukłonem księcia w stronę Jego Wysokości".

Jedna z ciekawszych fotografii wykonana przez tarnogórskiego fotografa Otto Reiche przed pałacem w Świerklańcu - na zdjęciu właściciel małego Wersalu Guido Henckel von Donnersmarck i jego znamienity gość Cesarz Wilhelm II.

Powitanie Cesarza Wilhelma II przez księcia Gwidona Henckel von Donnersmarck na starym dworcu w Radzionkowie. Cyframi oznaczeni: 1) Cesarz Wilhelm II Hohenzollern, 2) książę Gwidon Henckel von Donnersmarck, 3) marszałek dworu, hrabia Eulenburg, 4) starosta tarnogórski von Schwerin, 5) książę Krystian Kraft Hohenlohe, 6) hrabia Cuno Moltke, 7) książę von Schönburg, 8) tajny radca dworu Schwerin, 9) hrabia Wollff-Metternich, 10) hrabia Görtz-Schlitz, 11) generał von Scholl.

Przed pałacem w 1910 roku w trakcie cesarskiej wizyty

Wracając do tematu polowań w lasach wokół Świerklańca pocztówka z przełomu wieku XIX i XX

Polowanie w Reptach z udziałem Cesarza

 

Wilhelm II był lubiany przez jednych, a nienawidzony przez drugich. Bywał na Śląsku często i zawsze polował. Uchodził za kobieciarza. Często się to powtarza w przekazach o jego wizytach. Pokazywany był jako myśliwy, odwiedzający zamki i pałace. Bywał u księcia Donnersmarcka w Świerklańcu i Reptach, u książąt pszczyńskich: Hochberga XI i XV, u hrabiego von Tiele-Wincklera w Mosznej. Mówiono o nim, że był "kobieciarzem" - tak pisze o nim Gabriela Horzela-Szubińska na http://www.montes.pl . Nie wiem czy był kobieciarzem. Prawdę mówiąc nic na to nie wskazuje - dop. autora.

Zamek w Mosznie

W 1911 oraz 1912 roku gościem podczas polowań urządzanych przez Franza Tiele-Wiencklera w Mosznie był Cesarz Wilhelm II. Jako ten, który nadal rodzinie tytuł szlachecki, był tutaj traktowany z najwyższymi honorami. Historia głosi, iż na jednym z polowań ustrzelił 800 sztuk zwierzyny, co nawet dla wytrawnego strzelca było liczbą nieprawdopodobną. Tajemnica kryła się w sprytnym zabiegu zastosowanym przez wdzięcznego właściciela dóbr – zatrudnił on naganiacza, który miał sprawić, aby zwierzyna wbiegała wprost pod strzelbę księcia.


O ogromnych rozkładach polowań na Śląsku i swoistej "wpadce" Cesarza podczas polowania na Łężczoku, na Śląsku mówi artykuł Grzegorza Wawocznego zamieszczony na stronie interntowej http://www.goraciborz.pl .

 

Łężczok 1906. Cesarz na polowaniu

Cesarskie polowania na Łężczoku

"Przez górnośląskie polowanie Cesarz Wilhelm najadł się wielkiego wstydu. A wszystko za sprawą wścibskiego dziennikarza. Do zdarzenia doszło w Łężczoku, dzisiejszym rezerwacie leśno-stawowym. Cesarz nader często zaglądał na Górny Śląsk, gdzie dojeżdżał specjalnym składem kolejowym złożonym z czterech białych luksusowo wyposażonych wagonów. Odwiedził m.in.: Jankowice niedaleko Pszczyny (strzelał do żubrów), Świerklaniec, Rudy, Żyrową, Sławięcice i Strzelce Opolskie. Z tej ostatniej miejscowości pochodzi datowany na 1904 r. taki oto opis wielkiego łowczego: "Wilhelm II, z jedną ręką krótszą i nieruchomą, zwisającą jak proteza, z wąsami sterczącymi ku górze na kształt sztyletów, ubrany był w mundur cesarskiego gajowego, po którym spływała zielonkawa peleryna”. Ubitą na Górnym Śląsku zwierzynę (rogacze, zające, ptactwo łowne) liczono w setkach a nawet tysiącach sztuk. Jedną z wizyt u księcia von Ratibor w Rudach Cesarz jednak na długo zapamiętał i to nie z racji kolejnych sukcesów.


Rezydujący stale w pocysterskim opactwie w Rudach książę Wiktor von Ratibor, monarchista i konserwatysta, cieszył się dobrymi koneksjami w Berlinie. Jego brat Chlodwig był kanclerzem Niemiec, co otwierało drzwi na najważniejsze salony, gdzie zresztą Wiktor regularnie gościł, pielęgnując swoje kontakty i znajomości. Dowodem dobrych relacji z Cesarzem było przyjęcie przez kajzera zaproszenia do odwiedzenia pałacu w Rudach. Nie mogło się, rzecz jasna, obyć bez polowania. Na strzelanie obrano Łężczok, pocysterskie stawy hodowlane w starorzeczu Odry pod Raciborzem. Przyjazd kajzera zapowiedziano na końcówkę listopada 1906 r.

 

Cesarz Wilhelma II, pod koniec listopada 1906 r. wraz ze świtą przyjechał salonkami na raciborski dworzec. Wizyta monarchy była wielkim wydarzeniem dla ludności. Wiązała się z podjęciem wielu ważnych przedsięwzięć. Najwięcej roboty miał książę raciborski Wiktor Amadeusz i jego świta. Chodziło o zorganizowanie polowania, które miało przynieść naturalnie ogromny sukces. Stawką był honor rodziny książąt raciborskich. Starannie zatem dobierano kadrę, która miała towarzyszyć Cesarzowi. Zgodnie z poleceniem księcia dwudziestu tragarzy nabojów mówiło głównie po niemiecku, nieźle się prezentowało i prawie każdy był żołnierzem. Ostatecznie polowanie trwało od godz. 9:00 do około godz. 15:00. Po strzelaniu jego Cesarska Mość czekał na wyniki przy wielkim ognisku. Po przygotowaniu pokotu czyli ułożeniu upolowanej zwierzyny według jej łowieckiej hierarchii, już w obecności Cesarza i jego świty, naczelnik Urzędu Leśnego odczytał wyniki polowania, najpierw Cesarza,  a później reszty. Po odegraniu sygnału "Koniec polowania" monarcha odjechał automobilami do Rud, słysząc zapewne w oddali odgrywany przez strzelców "Marsz myśliwski". Wyniki polowania były wyśmienite. Absolutnym mistrzem okazał się, oczywiście, sam Cesarz Wilhelm II. W ciągu około pięciu godzin efektywnego strzelania jego ofiarą padło 738 bażantów, 3 głuszce, po jednym zającu i sójce. Cesarz trafiał więc celnie 2,5 razy na minutę. Jako że nie wszystkie strzały były zapewne celne, więc musiał zużyć ponad tysiąc naboi. Był to z pewnością wielki wysiłek (zważywszy na Jego kalectwo – dop. autora). Warto dodać, że tych kilka ustrzelonych głuszców było na Łężczoku towarem importowanym. Podobnie jak azjatycki bażant złocisty odstąpiony przez barona von Reibnitza. Tego pięknego ptaka nie udało się jednak nikomu upolować.


Przed polowaniem książęca administracja miała pełne ręce roboty. Największym problemem był brak wody w stawach. Zgodnie z regułami gospodarki rybackiej spuszczano ją jesienią. Obawiano się jednak, że kajzer nie będzie kontent brodząc w szlamie i wodząc lufą za ptactwem kryjącym się w gęstej trzcinie. Książę zdecydował więc, że stawy zostaną ponownie napełnione, co zresztą okupił awanturą z ich zarządcą, który tłumaczył, iż jest to kosztowny i mało rozsądny krok, grożący stratami w hodowli. Dla księcia liczyła się jednak satysfakcja kajzera, a ta dalej stała pod znakiem zapytania, bo na Łężczoku było zbyt mało bażantów. Kazano je więc odłowić w innych rewirach książęcego dominium, a część nawet dokupiono. Ostatecznie pod ostrzał Wilhelma wystawiono 3 tysiące ptaków.


Strzelanie było udane, bo cztery lata później, dokładnie 28 listopada 1910 r., Cesarz ponownie zawitał na Łężczok, a książę jak zwykle stanął na głowie, by szacowny gość dał upust swojej chuci jak należy. Po kilku godzinnej jatce rozpalono na grobli ognisko, przy którym Cesarz i jego świta spoglądali na rozkład pokotu. Po tym jak naczelnik książęcego urzędu leśnego odczytał wyniki, najpierw Cesarza a potem innych szlachetnie urodzonych myśliwych, całe towarzystwo wsiadło w automobile i odjechało na bal do Rud.

Polowanie z 1910 r. nie wyróżniłoby się spośród innych łowów monarchy, gdyby nie pewien incydent. Wilhelm wiedział, że podążają za nim reporterzy, pozował do zdjęć, chętnie dzielił się wrażeniami ze strzelania, a jego urzędnicy dbali, by notatki zawierały wiarygodne dane o liczbie ustrzelonych rogaczy czy ptactwa. Wyniki z Łężczoka budziły zachwyt. Łowczych podzielono na trzy grupy. W pierwszej był książę Wiktor, jego dwóch synów i krewni. Ustrzelili raptem sto bażantów, co nie dziwi, bo jako gospodarzom nie wypadało więcej. Członkom cesarskiej świty zapisano na koncie 529 sztuk ptactwa. Więcej, bo ponad tysiąc dwieście bażantów, ustrzelili górnośląscy arystokraci. Najcelniej strzelał Henckel von Donnersmarck.


Jednakże krótko po wyjeździe monarchy z Rud, w czasopiśmie „Das Waidwerk in Wort und Bild” („Myślistwo w słowach i obrazach”), ukazała się relacja z polowań na Śląsku. Okazało się, że jej autor nie miał zamiaru wpisać się w ton dworskiej propagandy sukcesu. Ujawnił, iż podczas polowania w Łężczoku jeden z książęcych leśnych urzędników pochwalił się mu, że w Sławięcicach bażanty trzymano w koszach i jak tylko Cesarz zajął stanowisko natychmiast je wypuszczono. Dzięki temu Wilhelm miał znacznie ułatwione zadanie.


Po publikacji wybuchł skandal, bo kajzer stał się obiektem kpin. Książę Wiktor popadł w niełaskę. Bezskutecznie szukał służącego, który rozmawiał bez upoważnienia z dziennikarzem. Zapowiedziano także, że na kolejne polowania fotoreporterzy nie będą zapraszani. Cóż z tego, skoro Wilhelm II omijał już rewiry Wiktora von Ratibor."

 

Wiktor II  Amadeusz von Ratibor  (ur. 6 września 1847 r. w Rudach – zm. 9 sierpnia 1923 r. w Corvey) był najstarszym synem księcia Wiktora Maurycego i księżniczki Amalii von Fürstenberg. Naukę rozpoczął w 1861 r. pod kierunkiem ks. Hermana Schaffera, późniejszego proboszcza raciborskiej fary, autora licznych publikacji o historii Raciborza. W 1863 r. wstąpił do gimnazjum w Nysie, gdzie w 1865 r. uzyskał maturę. Następnie pod opieką nauczyciela odbył studia prawnicze w Berlinie, Bonn i Getyndze, gdzie uzyskał dyplom doktora obojga praw. Jesienią 1869 r. wstąpił do pułku huzarów gwardii  w Poczdamie, z którym to brał udział w wojnie francusko – pruskiej 1870 - 71 roku. Odznaczony został Krzyżem Żelaznym II klasy. Przez trzy lata, począwszy od 1873 r. pracował w Ambasadzie Niemiec w Wiedniu. Od  1877 r. miał prawo noszenia munduru swej jednostki, nie będąc w czynnej służbie wojskowej. Książę Wiktor był człowiekiem aktywnym. Należał do zakonu rycerzy maltańskich. Posiadał stopień podporucznika a później rotmistrza pułku huzarów. Za dzielność i męstwo w wojnie prusko-francuskiej (1870-1871) odznaczono go Krzyżem Żelaznym. Niedługo potem awansował do stopnia generała majora. Obok wojskowej, zdecydował się również na karierę dyplomatyczną. Był między innymi członkiem niemieckiej ambasady w Wiedniu. Po śmierci ojca 30 stycznia 1893 r. Wiktor Amadeusz II został księciem raciborskim. W 1913 r. przyznano mu tytuł honorowego obywatela Wrocławia. Podejmował wiele działań na rzecz Górnego Śląska. Był członkiem Rady Powiatu rybnickiego oraz deputowanym do rady powiatów: raciborskiego, gliwickiego i oleskiego. W 1891 r. objął posadę w administracji prowincjonalnej. Od 1893 r. był członkiem sejmiku prowincjonalnego. Od 1897 r. wybierany był na kolejne kadencje przez jego członków na przewodniczącego wspomnianego gremium. Książę Wiktor II rządził w czasie I wojny światowej, powstań śląskich i plebiscytu. Stan ziemskiego posiadania generalnie się nie zmienił. Rosła jedynie liczba książęcych urzędników. Książę Wiktor w odróżnieniu od swego następcy i najstarszego syna Wiktora III Augusta przejawiał dość znaczną aktywność polityczną, społeczną i gospodarczą. Dzięki małżeństwu książę raciborski pozyskał ogromne majątki ziemskie, lasy i słynne winnice. Książę był dobrym gospodarzem. Podstawą jego gospodarki był przemysł rolno-spożywczy, drzewny i produkcja materiałów budowlanych. Książę Wiktor II zmarł 9 sierpnia 1923 r. w Corvey po 30 latach władania księstwem w wieku 76 lat. Szczególne wysoko oceniana była praca księcia w Niemieckim Związku Łowieckim, (Allgemeine Deutsche Jagdschutzverein), któremu przewodniczył od roku 1895. Z okazji 70 rocznicy urodzin członkowie Związku podarowali księciu ilustrowane czasopismo pamiątkowe, w którym zamieszczono sceny z polowania w lasach książęcych. Jubilat otrzymał też zaszczytny tytuł „Jäger der Heimat” (dzisiaj moglibyśmy ów tytuł przetłumaczyć jako Myśliwy Małej Ojczyzny - Śląska). W piśmie skierowanym na ręce jubilata, podkreślano też jego zaangażowanie dla tzw. „zielonej sprawy”, w tym głównie dla ochrony lasów i zwierzyny. Allgemeine Deutsche Jagdschutzverein podejmował bowiem, jako jeden  z pierwszych związków łowieckich (myśliwskich) na świecie, różnorodne działania, w tym również badania naukowe, związane z ochroną przyrody i ekologią. Artykuł w Anzeigerze kończyły życzenia skierowane na ręce księcia Wiktora, nawiązujące do jego zamiłowania naturą: „Möge der grüne Wald auch fürderhin den Herzog so erhalten, Jahrzehnte noch!” (Niechaj te zielone puszcze, które książę tak umiłował, zachowają go jeszcze dziesiątki lat w zdrowiu).

Fotografia nadesłana przez Pana Tomasza Krawczyka

Ponoć na polowaniu w Strzelcach Opolskich strzelił białego bażanta i z tej okazji także postawiono mu kamień. Historię opisuję na podstawie artykułu Pana Romualda Kubika, na który natknąłem się w Internecie.

Fragment wspomnianego artykułu pt. Tajemnica cesarskiego kamienia.

"... Jest rok 1904. W posiadłości hrabiego Mortimera gości Cesarz Wilhelm II. Takie wizyty były niebywałym zaszczytem i dla gospodarza oznaczały najwyższy prestiż. Hrabia Mortimer wywodził się z rodu Tschirsky-Reichell. Mortimer był baronem, lecz ponieważ jego majątek był ogromny, władze Prus zezwoliły mu na używanie tytułu hrabiowskiego. Zezwolono także, by używał nazwiska Renard, co było dużą nobilitacją. Pozycję hrabiego Mortimera podkreślały także cesarskie wizyty, które miały miejsce czterokrotnie. Oprócz roku 1904 Wilhelm II gościł w Strzelcach Opolskich także w roku 1890, 1896, 1897 i 1902. I to właśnie z tą ostatnią łączy się historia tajemniczego obelisku. Podczas polowania w 1902 roku Wilhelm II ustrzelił swoją 50-tysięczną sztukę. Był to jeden z białych bażantów, które na potrzeby zapalonych myśliwych hodowano w hrabiowskich dobrach. Tak ogromna liczba ustrzelonych przez Cesarza zwierząt nie powinna dziwić. Polowania były ulubioną rozrywką panujących głów, a ilość zwierzyny w szlacheckich majątkach była ogromna. Każde z upolowanych przez koronowaną głowę zwierząt musiało być szczegółowo odnotowane, skoro udało się tak precyzyjnie określić ich ilość. Bycie Cesarzem naprawdę musiało być przyjemnym zajęciem. Podczas wizyty cesarskiej w 1904 roku hrabia sprawił swojemu władcy miłą niespodziankę. Cesarz przybył do Strzelec 22 listopada specjalnym pociągiem. O godz. 6 rano wjechał do miasta przez wykonaną w tym celu bramę powitalną. W jego świcie przebywał m.in. Hrabia von Moltke, który wsławił się jako twórca pruskiego militaryzmu. Rzecz jasna, właściciel majątku nie szczędził pieniędzy i starań, by jak najgodniej przyjąć dostojnego gościa. Odbyło się na przykład przedstawienie teatralne, które oświetlane było za pomocą magnezji. Polowanie rozpoczęło się rankiem 24 listopada. To właśnie wtedy hrabia Moltimer odsłonił kamień upamiętniający 50-tysięczną zwierzynę, jaką Cesarz upolował dwa lata wcześniej w strzeleckich lasach. Sprawił mu tym, jak opisują kroniki, „miłą niespodziankę”. Cesarz w ramach wdzięczności wręczył mu podczas śniadania Order Korony I klasy. Dworskie zwyczaje tamtych lat mogą wydać się dziś nieco dziwaczne lub nawet śmieszne, lecz bez wątpienia takie gesty miały na początku XX wieku ogromne znaczenie. Pomnik przetrwał aż do 1945 roku. Potem kamień przepadł. Jego dalsza historia była dramatyczna. Jeden z mieszkańców Strzelec, który z zamiłowania tępił na tym terenie wszystkie ślady języka niemieckiego, wywiózł go prawdopodobnie z parku i wrzucił do przydrożnego rowu. Kamień na oko ważył z tonę, więc poprawiacz historii musiał być naprawdę zaangażowany w swoją życiową misję. Cesarski pomnik zniknął z oczu strzelczan".

 

Opis polowania w Żyrowej pokazuje jak przygotowywano się do wizyt kajzera. Zbliżał się czas polowań, a z nim łowieckie wizyty Cesarza Wilhelma II. W tym, 1911 roku, po raz pierwszy uhonorował on swoją obecnością bliskich znajomych Plessów, hrabiostwo von Francken-Sierstorpff w ich śląskiej rezydencji - Żyrowej.

Manierystyczno-barokowy pałac w Żyrowej był prezentem ślubnym ojca hrabiny Mary von Francken-Sierstorpff. Foto: http://www.dolnyslask.org.pl

Hrabia Johannes von Francken-Sierstorpff i jego amerykańska żona Maria (nazywana także Mae lub Mayą) byli częstymi gośćmi na przyjęciach u von Plessów.  Hrabiego, nazywanego przez przyjaciół “Sturmem”, uważano jednak za plotkarza i głośnego, grubego niemieckiego "snoba", a hrabinę określano kiedyś jako "Amerykankę", żądną sukcesu towarzyskiego. Decyzja przyjazdu kajzera do Żyrowej, była więc publiczną nobilitacją gospodarzy. Mae była przeszczęśliwa, a wraz z nią cała prasa zza oceanu, która entuzjastycznie zamieszczała sprawozdania z przygotowań do i z przebiegu pierwszej cesarskiej wizyty pod dachem Amerykanki.

W 1910 roku żyrowski pałac odwiedził Grossherzog ( Wielki Książę ) Franz Friedrich Ferdinand von Mecklenburg - Strehlitz, drugi w hierarhi po Cesarzu w państwie. Miała to być próba generalna przed przyjazdem Cesarza Wilhelma II w następnym roku. W Żyrowej przygotowano wszystko na powitanie tak dostojnego gościa. Zamek został wypucowany; służba otrzymała nowe ubrania, pięciu leśniczych codziennie trenowało grę na trąbkach myśliwskich ( Wielki Książę, a następnie i Cesarz, mieli uczestniczyć w polowaniu). W buczynie rozsypano na długości jednego kilometra - na blaszanych beczkach - bengalski proch, który miał być zapalony w chwili, gdy Wielki Książę zbliżać się będzie do Żyrowej. Przed wejściem do parku ustawiono 60 rakiet, a tuż i przed willą , która miała być jego rezydencją, powieszono olbrzymi transparent składający się z trzech liter FFF, inicjałów Wielkiego Księcia. Na stacji kolejowej w Zdzieszowicach czekał zaprzęg z czterech siwych rumaków. Pociąg pośpieszny  z Berlina, który nigdy się tam nie zatrzymywał, w tym dniu miał zrobić postój. Pech chciał, że pociąg spóźnił się a całą godzinę , a przez przypadek, drogą do Żyrowej jechał baron von Falkenhausen. Kiedy ludzie w buczynie zobaczyli światła na drodze, byli pewni, że to Wielki Książę jedzie. Zapalili więc bengalskie ognie. Cała buczyna stanęła w sztucznych ogniach. Kiedy Wielki Książę kilka minut później podjechał pod stojącą w parku willę, zapalono przygotowanych 60 rakiet. Zrobiło się jasno, a przestraszone konie galopem skierowały się w stronę krzaków. Tylko szybkiemu refleksowi koniuszego ( był nim wówczas pan Heinze ),  zdołał utrzymać konie w cuglach, można zawdzięczać, że Wielkiemu Księciu nic się nie stało. Mimo tej przygody, dostojny gość dobrze ocenił przygotowania Żyrowskiego pałacu, gdyż w grudniu 1911 roku, Żyrowę odwiedza Cesarz, czyli Kaiser Wilhelm II, który razem z właścicielem pałacu, hrabią von Sierstorpff, studiował w Bonn.
Sierstorpffowie zatem starannie się do wizyty kajzera przygotowali. Aby przypadkiem nie zabrakło ptactwa do odstrzału, hrabia sprowadził z Czech 5000 dodatkowych bażantów, pomimo wielkiej ich ilości na własnych polach. Zarządził też budowę nowej elektrowni, która zasilić miała tysiące świateł wspaniałej iluminacji. Hrabina zaś zaplanowała dla zacnego gościa tradycyjny obiad na Święto Dziękczynienia (Thanksgiving) i podała mu do spróbowania słodkie ziemniaki (bataty) i pieczonego indyka z sosem żurawinowym oraz, na deser, kruche babeczki z dżemem (“mince pies”).
Cesarz spędził w Żyrowej dwa dni, od 30 listopada do 1 grudnia, po czym – wraz z księciem i księżną von Pless – wyjechał na kolejne polowanie, tym razem na grubego zwierza do Pszczyny. Polowanie było udane, a Cesarz na pamiątkę swojego pobytu w Żyrowej, posadził dąb szypułkowy naprzeciw kaplicy z 1800 r. zwanej Studzionką". Tak ważna okazja musiała oczywiście zostać uwieczniona na zdjęciu, które później rozpowszechniono wydaniem karty pocztowej. Jedną z nich, którą reprodukuję poniżej, ma w swoich zbiorach organizacja “Dolny Śląsk”.

Goście na polowaniu w Żyrowej 30 listopada – 01 grudnia 1911 r. Od lewej do prawej: książę Lichnowski, baron von Jasisch, księżna Lichnowska, książę Hans Heinrich von Pless, hrabia Johannes von Francken-Sierstorpff, hrabia Strachwitz, dr Niedner, księżna Daisy von Pless, Leo von Caprivi, książę von Ratibor, hrabia Edwin von Francken-Sierstorpff, hrabina Mary von Francken-Sierstorpff, hrabia Platen, Cesarz Wilhelm II, hrabia Wojciech con Francken-Sierstorpff, hrabia Jan Klemens von Francken-Sierstorpff oraz czterech niezidentyfikowanych gentlemenów. Foto: http://www.dolnyslask.org.pl

Wilhelm II w stroju łowieckim (Biblioteka PZŁ) 

Kamień upamiętniający upolowanie przez Cesarza głuszca w Rychlinku na Dolnym Śląsku z dnia 23 kwietnia 1879 r. (źródło: ruszowianin.bloog.pl)

 

Warto też zacytować opis polowania w Kliczkowie nad Kwisą na Dolnym Śląsku. W czasach Wilhelma Kliczków był w posiadaniu książęcej rodziny Solms-Baruth, która uczyniła z zamku jedno z najbardziej ulubionych miejsc dla myśliwych – arystokratów z całych Prus. Opis polowania zamieścił Łowiec Polski w sierpniu 2007 roku (artykuł Mariusza Olczaka).

Pałac Kliczków


O bogactwie i znaczeniu tutejszych książąt świadczy fakt kilkakrotnych wizyt Cesarza niemieckiego Wilhelma II, który przyjeżdżał przede wszystkim na organizowane tutaj wielkie polowania. Miejscowy dziedzic i Wilhelm II byli ze sobą skoligaceni przez swoje żony – księżniczki pszczyńskie. Zachował się szczegółowy opis cesarskiego polowania z 1911 roku.

Fotografia z polowania w Kliczkowie z udziałem Wilhelma 

„Wilhelm II przyjechał na stację w Osiecznicy 4 sierpnia 1911 roku. Po krótkim powitaniu w towarzystwie księcia zu Solms – Baruth wsiadł do samochodu i z miejsca wyruszył na polowanie do rewiru łowieckiego Stary Gaj, leżącego na północ od Czernej, nieopodal Zagajnika. Taki pośpiech spowodowany był napiętym terminarzem, który pozwalał jedynie na dwudniowy pobyt w Kliczkowie.

 

Teren polowania wybrany był nieprzypadkowo, gdyż właśnie w momencie przybycia Cesarza miejscowy leśniczy zameldował księciu o sześciu jeleniach widzianych w tym rejonie poprzedniego wieczora oraz rankiem. Po zajęciu przez Cesarza miejsca na jednym ze stosów drewna polowanie rozpoczął książę Friedrich, Hermann, Johann, Georg zu Solms-Baruth. Pomoc stanowiło 10 pomocników leśnych oraz 30 naganiaczy kierowanych przez łowczego. W niedługim czasie pojawiły się cztery jelenie, a wśród nich największy sześcioletni byk wapiti z 22 odnogami w porożu. Do niego też oddał cesarz celny strzał z 200 kroków. Poroże ważyło 15 funtów, sam byk blisko 400 funtów, przy długości 2,16 m i wysokości 1,29 m. Następne dwa strzału do jeleni były niecelne. Dopiero strzał w szyję ze 130 kroków dosięgnął największego z chmary. Zatrzymały go jednak dopiero dalsze strzały – strzał ze 150 kroków w łopatkę położył byka. Miał 2,38 m długości, 1,32 m wysokości i wagę niemal 500 funtów, przy 14 – funtowym porożu.

 

Po tych strzałach zebrano wszystkie ustrzelone okazy, a następnie przerwano polowanie. Sam Cesarz wsiadł do samochodu i udał się wraz z księciem do pobliskiego rewiru łowieckiego i leżącej w jego centrum leśniczówki Hermanówka, ulokowanej na najwyższym w okolicy wzniesieniu o wysokości 235 m. Wilhelm II wszedł na szczyt stojącej tu czterokondygnacyjnej wieży obserwacyjnej, skąd podziwiał rozciągające się wokół bory. Stąd Cesarz udał się samochodem do zamku w Kliczkowie. Dopiero tutaj został powitany przez księżną zu Solms-Baruth, jej rodzinę oraz cały swój dwór i świtę, która w międzyczasie dotarła do zamku. Upolowane zwierzęta zawieszono na, zachowanym do dzisiaj, zadaszonym stojaku myśliwskim, stojącym na dziedzińcu zamkowym.

 

Nie był to jednak koniec polowania. Po odpoczynku, około godziny 19:00 Cesarz wsiadł ponownie do samochodu i udał się do leśniczówki Marianówka. Usadowił się na skraju liczącej 200 kroków łąki, poprzecinanej niewielkimi rowami odwadniającymi, do których przychodziła zwierzyna. W krótkim czasie pojawiły się jelenie. Ze 185 kroków Cesarz ustrzelił czternastaka, który po strzale w łopatkę ranny podążył za stadem, gdzie z 250 kroków został ponownie trafiony i powalony. Był długi na 2 m, wysoki na 1,26 m, przy wadze ciała ponad 350 funtów oraz 8,5 funtowym porożu.

 

W 2017 roku natknąłem się w internecie na tekst (w formacie PDF) autorstwa Grzegorza Sobela z przedmową P. Bikonta pt. "Za stołem w Kliczkowie. W sercu kuchni Borów Dolnośląskich", którym znajdują się m.in. opisy wizyt i polowań Cesarza Wilhelma II w Kliczkowie. Obszene fragmenty cytuję w zachowyjąc oryginalną pisownię. Dodatkową ciekawą informacją cytowanych tekstów są opisy uczt, którymi podejmowano Cesarza:

 

"Zamiłowanie Wilhelma II do polowań było powszechnie znane tak na dworach niemieckich jak i europejskich. Liczne biografie Cesarza, zwłaszcza zaś współczesne mu relacje zamieszczane w prasie codziennej i wielu czasopismach, kreślą łowiectwo jako pierwszą pasję życia ostatniego monarchy Rzeszy Niemieckiej. Wilhelm II zwykł mawiać: „Oprócz własnych trafień najbardziej cieszą pudła innych". A oko miał naprawdę wyborne - 20 września 1898 roku w wieku 39 lat położył tysięcznego jelenia (dwudziestaka) w lasach pod Schorfheide w Brandenburgii - 70 km na północ od Berlina. Cztery lata później Dworski Urząd Łowczy podał w nocie prasowej, iż z ręki Cesarza padło już 47 443 sztuk dziczyzny (w tym dzikiego ptactwa). Ceniący wysoko owe cesarskie hobby Friedrich II zu Solms-Baruth trzymał w ręku - rzec można - asa pikowego, ponawiając Jego Wysokości zaproszenia do odwiedzin w Kliczkowie, gdyż okoliczne lasy obfitowały w zwierzynę łowną, której hodowla w tutejszych dobrach stała co najmniej od połowy XIX wieku na najwyższym poziomie. Cesarz nie kazał na siebie długo czekać i już dwa lata po koronacji (15.06.1888) zawitał po raz pierwszy do zamku nad Kwisą.
Wilhelm II bawił w Kliczkowie pięć razy - w 1890, 1896, 1898, 1906i 1911 roku - a pierwsza wizyta wypadła dość niespodziewanie. Krótko przed zaplanowanymi w dniach 10-20 września 1890 roku manewrami wojskowymi pod Legnicą zapanowało na zamku jak i w pobliskim Bolesławcu wielkie poruszenie, gdy lokalna prasa podała 31 sierpnia niesprawdzoną jeszcze informację, że cesarz wyraził zamiar odwiedzin hrabiego zu Solms-Baruth zaraz po zakończeniu manewrów. Stosowne pismo zapowiadające dwudniową wizytę zostało przesłane na zamek przez marszałka dworu dopiero 11 września, ale należący do wąskiego grona śląskich przyjaciół monarchy pan na Kliczkowie nie czuł z tego tytułu żadnej urazy. Wilhelm II przybył na dworzec w Bolesławcu w sobotę 20 września kilka minut po 21:00 w towarzystwie dwóch adiutantów majora Albrechta von Zitzewitza (1848-1917) i barona Alberta von Seckendorffa (1849-1921), marszałka dworu barona Moritza von Lynckera (1853-1932), sekretarza dworu Detlofa von Schwerina (1869-1940) oraz osobistego lekarza dra Rudolfa von Leutholda (1832-1905). Wprawdzie odrzucił konieczność oficjalnego powitania przez miejscowe władze, lecz budynek dworca został uroczyście udekorowany, ulice rozświetlały iluminacje, a przedstawiciele bolesławieckich cechów, lokalnych związków i towarzystw stawili się licznie, by z honorami powitać szacownego gościa. Wjazd pociągu witało bicie dzwonów w mieście. Droga do Kliczkowa była pełna tłumów wiwatujących na cześć monarchy. Co 50 kroków stał człowiek z pochodnią. Przed zamkiem oczekiwało Cesarza 100 członków związku weteranów Queisthal trzymających płonące pochodnie. Na zamkowym maszcie powiewał czerwony sztandar cesarski.
Po przyjeździe Cesarz zjadł obiad wraz z gospodarzami zamku i udał się na spoczynek. W niedzielę po porannej mszy w Tomisławie hrabia wraz z żoną podjął Cesarza i towarzyszące mu osoby drugim śniadaniem punktualnie o 13:00, które zgodnie z dworskim zwyczajem zostało zorganizowane na tę okazję w formie dejeuner dinatoire (forma bankietu - dop. autora). Do stołu zasiedli jeszcze hrabia Friedrich Georg von Asseburg z żoną (krewni rodziny Solms-Baruth), książę pszczyński Jan Henryk XI von Hochberg oraz starosta bolesławiecki Conrad von Rosenstiel (łącznie 12 nakryć). Wczesnym popołudniem Cesarz udał się w towarzystwie hrabiego na krótki spacer po zamkowym parku, po czym przyjął zaproszenie hrabiny Idy Luizy na przejażdżkę lekkim wozem zaprzężonym w dwa konie. Hrabina powoziła sama. Późnym popołudniem Wilhelm II polował wraz z hrabią w lasach pod Osiecznicą (źródła nie donoszą o jego wynikach). Obiad wypadł po ósmej wieczorem w wąskim gronie osób mu towarzyszących. W poniedziałek 2 września Cesarz udał się wczesnym rankiem tuż po 5:00 ponownie na polowanie pod Osiecznicę. Znany z celnego oka upolował tego dnia po jednym dwudwudziestaku, szesnastaku, czternastaku, dwa dziesiątaki i kilka mniejszych jeleni oraz dwa daniele. Wszystkie zwierzyny powalił klasycznym strzałem w komorę (Bluttschuss), dając tym dowód swoim najwyższym umiejętnościom łowieckim. Podczas polowania w położonej przy drodze do Parowej leśniczówce zwanej Marianówką (Marienhaus) zorganizowano w południe śniadanie. Zaplanowany na 17:00 obiad rodzinny został przesunięty aż o dwie godziny z powodu przedłużających się łowów. Podczas biesiady, której towarzyszyła swobodna rozmowa, Wilhelm II dziękował za wspaniałą gościnę, spokój i porządek panujący na zamku. Obiecał ponowną wizytę w Kliczkowie, czym wyraził wobec gospodarzy swoje szczególne uznanie. Gdy opuszczał zamek, na dziedzińcu płonęły pochodnie, a dworscy myśliwi zagrali fanfary na rogach myśliwskich.


Program kulinarny pierwszej wizyty Wilhelma II w Kliczkowie to dwa dość późne obiady w wąskim gronie (sobota, niedziela), śniadanie w formie dejeuner dinatoire (niedziela), śniadanie podczas polowania (niedziela) oraz obiad rodzinny (poniedziałek) jako biesiada pożegnalna wydana na cześć Cesarza przez księcia zu Solms-Baruth i jego żonę. Na szerszą uwagę zasługują trzy ostatnie spotkania przy stole. Dejeuner dinatoire, zwane w literaturze przedmiotu „dużym śniadaniem" lub „wczesnym obiadem", przypominało w istocie obiad, przy czym było podawane w porze drugiego śniadania, czasem też dużo później. Jego menu było znacznie lżejsze od klasycznego obiadu, często bez zupy, z większą ilością ciepłych i zimnych przekąsek, przede wszystkim zaś bez mięs duszonych i klasycznych pieczeni podawanych z kluskami lub puree ziemniaczanym. Obowiązywała obsługa przy stole, na którym nie mogło zabraknąć przed każdym z biesiadników ręcznie wypisanych kart dań. W kulturze stołu dworskiego określone ściśle porą dnia posiłki nie były często przestrzegane - śniadanie wypadało nierzadko w południe, a obiad zastępował późną porą kolację. Obyczaje dworskie (różna pora wstawania), ożywione życie towarzyskie (bale, koncerty, polowania, częste wyjazdy) zmieniały ustalony wcześniej porządek dnia, co w Kliczkowie miało miejsce zwykle podczas wizyt bliższej i dalszej rodziny jak i znamienitych gości. Jeśli klasyczne śniadanie wypadało z grafika, pierwszym posiłkiem było wówczas dejeuner dinatoire, które w latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku przeniknęło do gastronomii dużych miast i na mieszczańskie stoły. Klasycznym przykładem wczesnego obiadu gastronomii Wrocławia jest dejeuner dinatoire wydane w sławnym Ogrodzie Zimowym (Wintergarten) Josepha Krolla podczas wizyty w stolicy Śląska króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV 16 września 1841 roku.
 
W tym czasie w kanonie kulinarnym wczesnych obiadów dworskich wymieniano takie specjały, jak: bulion z pasztecikami rzymskimi, krucha pieczeń wołowa po królewsku, łosoś reński ze sklarowanym masłem, pasztet z kuraków, auszpik z homara, pularda pieczona, karczochy faszerowane, seler po angielsku, paluszki serowe zapiekane w cieście francuskim. Dejeuner dinatoire kończył zwykle słodki deser i kawa, podawano także wina. Znane ze źródeł menu dworskie wczesnych obiadów końca XIX wieku polecały niezliczone potrawy niemal wszystkich kuchni europejskich, a także kuchni wschodniej, meksykańskiej i amerykańskiej. Z ciekawszych naszym zdaniem specjałów i słodkich przysmaków - które były najpewniej znane kliczkowskim kucharzom - wymieńmy: krem a la Dauphine z kasztanami, zupę a la Vefour, zupę królowej, krokiety z piersi kurczaka z sosem monglas, sandwich a la Windsor, krem szwajcarski, pstrąga faszerowanego a la Conde, łososia pieczonego z kremem, indyczkę a la Godard, grillowane kotlety baranie, filety sarnie a la marechal, gulasz z zająca, zimny pasztet z kapłona, kotlet z jelonka na zimno, faszerowane ogórki, karczochy a la Barrigoule, ryż po maltańsku, szarlotkę paryską oraz krem bawarski z czekoladą. Choć źródła nie wspominają o tym, kucharze hrabiego zu Solms-Baruth pochodzili co najmniej z najlepszych szkół niemieckich, inaczej pan Kliczkowa nie porywałby się na goszczenie Cesarza...
Posiłki organizowane podczas rozpoczynanych wczesnym rankiem polowań wypadały z reguły w południe w porze drugiego śniadania. Sławne Jagdfriihstiick były nieodłącznym atrybutem kultury łowieckiej tak na Śląsku jak i w całych Niemczech. Inną formułą myśliwskiej biesiady były pikniki przygotowywane zwykle po zakończeniu polowania. Śniadanie w Marienhaus było ukłonem w stronę Jego Wysokości - Wilhelm II uwielbiał długie polowania, lecz w żadnym wypadku nie - będąc głodnym. Menu myśliwskich śniadań nie należało jednak do wyszukanych. Na stole lądowały zwykle zimne pieczenie, wędliny i pieczone ptactwo. Jesienią i zimą nie mogło zabraknąć wszelkich grzańców i ciepłych ponczów, zaś w cieplejszych porach roku pilsnerów i lekkich win. Obowiązkowe były także ciasta i kawa.


Obiady rodzinne - zwane „Familiendiener" - były w kulturze dworskiej szczególną formą goszczenia ważnych osobistości. W przeciwieństwie do pozostałych posiłków w czasie wizyty Wilhelma II na zamku w Kliczkowie, tym razem były obecne przy stole także dzieci hrabiego (z trójki wówczas żyjących sześcioletnia Rosa Marie i czteroletni Friedrich Hermann), a także jego najbliżsi współpracownicy - sekretarz i zarządca majątku (łącznie 16 nakryć). Swobodną atmosferę podkreślały liczne anegdoty opowiadane przez Cesarza, chętnie przytaczane przez niego historie rodzinne, wydarzenia na dworze berlińskim, relacje z dopiero co zakończonych manewrów woskowych, zwłaszcza zaś jego zainteresowanie sprawami zamku i majątku kliczkowskiego jak również osobistymi sprawami członków rodziny. Tematy wielkiej polityki były nie na miejscu tym bardziej, że Cesarz traktował wizytę w Kliczkowie jako czas odpoczynku po trudach ostatnich dni spędzonych na manewrach wojskowych. Podczas obiadu obowiązywała indywidualna obsługa przy stole, a potrawy podawano pojedynczo zgodnie z kolejnością wymienioną w karcie dań. W tym obowiązywała ścisła etykieta stołu francuskiego, w związku z czym karty dań były na dworach niemieckich wypisywanew języku Moliera, choć sam Cesarz zarządził od wstąpienia na tron w 1888 roku, by na dworze poczdamskim wykładać na stół karty wypisane po niemiecku. Obiady tej rangi - zważywszy na osobę najważniejszego z gości - wymagały wyszukanej oprawy kulinarnej. Dominowały wówczas potrawy o uznanej już marce na stołach dworskich, a do każdego z dań - od zupy poczynając - serwowano odpowiednio dobrane wina. Kuchnia zamku kliczkowskiego słynęła z wysokiego poziomu co najmniej od drugiej połowy XVIII wieku - pierwsza wizyta Cesarza stanowiła więc nie lada wyzwanie dla kucharzy hrabiego. Uznanie, z jakim Wilhelm II wyrażał się o gościnności gospodarzy (wspominały o tym wszystkie relacje prasowe), pozwala przypuszczać, iż komplementował również smaki stołu. Zupa Celestyny, paszteciki a la Mazarin, turbot w sosie dyplomaty lub pstrąg w sosie Bearnaise, frykando z sarniny z sałatką z czerwonej porzeczki, comber z daniela a la Cumberland, pieczone jarząbki z sałatką, polędwica wołowa z zielonym groszkiem, karczochy a la italienne, przysmak florencki, poncz szwarcwaldzki i bomba Hohenzollernów wraz z kawą, masłem i serami na zakończenie biesiady były bez wątpienia na miarę możliwości kliczkowskich kucharzy.


Kolejna długo wyczekiwana wizyta Wilhelma II w zamku nad Kwisą wypadła w 1896 roku. Cesarz przyobiecał hrabiemu Fryderykowi odwiedziny już dużo wcześniej, lecz pan na Kliczkowie nie był jedynym oczekującym... Tym razem gość z Berlina przybył z krótką jednodniową wizytą, którą traktował zapewne jako chwilę wytchnienia po spotkaniu z Carem Mikołajem II (1868-1918) we Wrocławiu (Car bawił w stolicy Śląska w dniach 4-7 września 1896 roku). Z tej okazji hrabia został zaproszony przez Cesarza do Wrocławia i już 4 września wieczorem brał udział w wielkiej biesiadzie wydanej w pałacu królewskim, na którą przygotowano 260 nakryć. W menu nalazły się: zupa indyjska, troć pieczona, garnirowana pieczeń wołowa, filety sarnie po włosku, kurczaki elsaskie, owoce, sałatka, karczochy faszerowane szpikiem, mus jabłkowy, paluszki serowe, lody, deser. Następnego dnia po odebraniu parady wojskowej na Gondowie Cesarz podjął gości obiadem, a Fryderyk II znalazł się pośród 325 zaproszonych gości. Również 6 września zasiadł do stołu podczas obiadu wydanego przez Wilhelma II na cześć Cara Mikołaja II. Tym razem przygotowano jedynie 170 nakryć. Wilhelm II przybył do Kliczkowa w sobotę 12 września, wysiadając o 14:15 na dworcu w Zebrzydowej, gdzie powitał go gospodarz zamku kliczkowskiego. Cesarzowi towarzyszyli marszałek dworu von Lyncker,dwaj adiutanci - nadporucznik hrabia Helmuth Johannes Ludwik von Moltke (1848-1916) i nadporucznik Alfred von Loewenfeld (1848-1927) - a także lekarz osobisty dr Friedrich von Ilberg (1858-1916) oraz dwóch sekretarzy dworu hrabia Friedrich von Schwerin-Stolpe  i Gerharda Taege. W połowie drogi między Tomisławem a Osiecznicą cesarz udał się wraz z hrabią na polowanie - ustrzelił jednego osiemnastaka z 250 kroków, nadto dwa łosie i jednego rogacza. O 19:30 cesarz został powitany na zamku przez hrabinę z rodziną, a pół godziny później zasiadł do stołu na obiad. Przygotowano 11 nakryć. Oprócz Cesarza w biesiadzie uczestniczyli Fryderyk II z małżonką, książę Hochberg von Pless z księżną Daisy, hrabina von Asseburg, hrabina Martha zu Solms-Sonnenwalde, von Lyncker, von Moltke, von Loewenfeld i dr Ilberg. O 23:25 Wilhelm II odjechał z dworca w Zebrzydowie w kierunku Poczdamu.


Najdłuższe odwiedziny Cesarza w zamku nad Kwisą wypadły w 1898 roku - od soboty do wtorku w dniach 23-26 kwietnia. Wilhelm II odwołał wcześniej zaplanowaną wizytę w Weimarze, a przyjazd do Kliczkowa traktował jako swego rodzaju krótki urlop. Hrabia zu Solms-Baruth przygotował z tej okazji polowanie na głuszce - kilka dni przed łowami wypuszczono do lasów w porze tokowania ptaków - 70 sztuk z dworskiej hodowli. Wiadomość o przybyciu monarchy nadeszła niespełna trzy tygodnie wcześniej przed wyznaczona datą. Podjęte w pośpiechu przygotowania gościny o mały włos nie skończyły się wielką katastrofą. Któryś z dworskich pracowników zaprószył ogień w jednym z pomieszczeń gospodarczych na zamku. Bliżej nieokreślony aparat spirytusowy - o jakim mowa w relacji prasowej - wypadł mu z ręki i w szybkim czasie płomienie zajęły kilka mebli. „Ogień stłumiono na szczęście w zarodku" - donosił wydawany w Bolesławcu „Niederschlesiescher Courier", dodając: „Inaczej szkody byłyby nie do opisania". A wizyta cesarska najpewniej odwołana... Z okazji odwiedzin odremontowano cesarskie pokoje, sprowadzono nowe meble, a tapety zamówiono u najlepszych paryskich fabrykantów.
Cesarz przybył w sobotę o 23:20 na dworzec w Zebrzydowej, gdzie został powitany przez władze Bolesławca, hrabiego zu Solms-Baruth oraz barona Kuno von Boenigk z Zebrzydowej wraz z rodziną. Towarzyszyło mu 8 osób w tym 2 adiutantów - generał major Friedrich von Scholl (1846-1928) oraz major Max von Boehn (1850-1921). Na zamku zameldował się około północy i po dwóch kwadransach zasiadł do stołu na obiad wraz z gospodarzami i towarzyszącymi mu osobami (11 nakryć). Dopiero w tym czasie zaciągnięto na maszt zamkowy czerwony cesarski sztandar. Po porannej niedzielnej mszy w Tomisławiu, którą odprawił pastor Kurzke, Cesarz udał się na godzinny spacer z hrabią Fryderykiem w połowie drogi na zamek. Hrabia oprowadził Jego Wysokość po okolicy, opowiadając o szkodach, jakie w kliczkowskich dobrach poczyniła zeszłoroczna powódź. Wilhelm II przystanął na dłuższą chwilę na moście nad Kwisą, wspominając dwie poprzednie wizyty w Kliczkowie. O 14:00 podano do stołu obiad, do którego prócz szacownego gościa zasiedli jeszcze hrabia z małżonką, książę pszczyński von Hochberg, hrabia Solms-Sonnenwalde oraz starosta bolesławiecki Rosenstiel (6 nakryć). Późnym popołudniem udał się w gronie towarzyszących mu osób na spacer po parku. Licząca jedynie 5 nakryć kolacja rozpoczęła się o 21:00, po czym Cesarz udał się do sypialni, by zebrać siły przed zaplanowanym od wczesnego ranka następnego dnia polowaniem. W poniedziałek polował od godziny 4:45 rano. Towarzyszył mu hrabia, z którym o 8:00 zjadł na zamku małe śniadanie. Następnie udał się do swojej sypialni, gdzie odpoczywał do godzin popołudniowych. O 16:00 gospodarze zamku podjęli Cesarza i towarzyszące mu osoby drugim śniadaniem w formie dejeuner dinatoire. Dwie godziny później polował ponownie w pobliskich lasach w towarzystwie hrabiego, księcia pszczyńskiego oraz hrabiego Solms-Sonnenwalde. Po zapadnięciu zmroku drogę przez las oświetlały - gdy było to konieczne - dwie lampy zasilane akumulatorami, które dwóch ludzi dźwigało w skrzynkach na plecach. Uczestnicy polowania powrócili na zamek dopiero po 23:00. Kolacja wypadła kwadrans przed północą i liczyła tylko 5 nakryć. Również we wtorek z rana wyprawiono się na polowanie, a przed południem zorganizowano na leśnej polance Jagdfriihstiick. O 16:00 hrabina zaprosiła Cesarza i jego adiutantów na obiad rodzinny, który wypadł podobnie jak podczas pierwszej wizyty Wilhelma II w Kliczkowie. Przygotowano 12 nakryć. Dwie godziny później Cesarz polował po raz kolejny w lesie pod Osiecznicą. Podczas czterech polowań ustrzelił 13 głuszców i dwa rogacze. Kilka minut po 22:00 opuścił zamek w Kliczkowie, odjeżdżając z dworca w Zebrzydowej punktualnie o 23.:00.


Na kolejne cesarskie odwiedziny przyszło czekać panom na Kliczkowie aż osiem długich lat. 4 grudnia 1906 roku Wilhelm II przybył ze stolicy Śląska do zamku nad Kwisą we wtorkowy wieczór z dwudniową wizytą, w programie której zaplanowano polowanie. Wizyta ta była niejako rekompensatą Cesarza za jego nieobecność na uroczystościach srebrnych godów kliczkowskiej pary. Jeszcze o 13:30 Cesarz jadł tradycyjnie obiad w kasynie oficerskim garnizonu kirasjerów we Wrocławiu, w którym od 1869 roku stacjonował Pierwszy Śląski Pułk Kirasjerów Gwardii „Wielki Elektor" (Leib-Kurassier-Regiment „Grofier Kurfurts"). W menu obiadu znalazły się: rosół, Schlesischer Himmelreich, pieczone trocie, comber barani, lody i paluszki serowe. Na dworcu w Bolesławcu szacownego gościa powitali kilka minut po 17:00 książę zu Solms-Baruth wraz z najstarszym synem Fryderykiem Hermannem ubranym w mundur kirasjerów gwardyjskich oraz starosta Rosenstiel. Cesarz odjechał spod dworca automobilem marki Fiat. Drogę do Kliczkowa oświetlali po obu stronach - podczas padającego deszczu - członkowie związków kombatanckich, gimnastycznych i rowerowych, trzymając pochodnie w rękach, krzycząc na cześć mijającego ich Cesarza: „Der Kaiser lebe hoch!" („Niech żyje Cesarz"). Zaraz po przybyciu na zamek Wilhelm II udał się na krótkie polowanie wraz z gospodarzem kliczkowskiego zamku. Ów fakt dowodzi nie tyle samego zamiłowania Jego Wysokości do łowiectwa, ile uznania dla obfitujących w zwierzynę łowną lasów Fryderyka II zu Solms-Baruth. Tego dnia obiad w gronie gospodarzy zamku wypadł po godzinie 20:00. Przy stole obecni byli, prócz Cesarza i osób mu towarzyszących, czterej synowie księcia - Fryderyk Hermann, Hermann Franz, Hans Georg i Johann-Georg Otto (łącznie 17 nakryć). Po obiedzie Wilhelm II udał się szybko do swojej sypialni po nieoczekiwanym ataku migreny. Następnego dnia polował od godziny 9:00 w lasach pod Osiecznicą wraz z księciem zu Solms-Baruth, hrabią Philippem zu Eulenburg (1847-1921), baronem Martinem Ruckerem von Jenisch (1861-1924), baronem Gustavem von Senden-Bibran (1847-1909), adiutantem von Freieberg oraz osobistym lekarzem dr Otto von Niednerem. Źródła nie informują, by jadł cokolwiek z samego rana na zamku - co nie jest oczywiści wykluczone - wiadomo natomiast, iż służby księcia przygotowały około południa obfity Jagdfruhstuck. Wilhelm II upolował łącznie we wtorkowy wieczór i kilku środowych nagonkach dziewięć jeleni, dwa łosie i jedną sarnę. Pośród jeleni znalazło się po jednym osiemnastaku, szesnastaku i dwunastaku oraz sześć czternastaków. Polowanie wypadło dłużej, niż przewidywano. Jeszcze w lesie Cesarz poinformował księcia, iż nie powróci już na zamek i po 16:00 udał się kierunku Bolesławca, prosząc przed pożegnaniem o złożenie księżniczce Luizie wyrazów szacunku i podziękowań za gościnę.
 
4 sierpnia 1911 roku Wilhelm II przybył do Kliczkowa po raz piąty. Na dworcu w Osiecznicy został powitany kilka minut po ósmej rano przez księcia zu Solms-Baruth i jego najstarszego syna oraz starostę bolesławieckiego Hansa von Hoffmanna. Cesarzowi towarzyszyli - marszałek dworu von Lyncker, generał pułkownik Hans Georg von Plessen (1841-1929) i major Wilhelm Ernst von Dommes (1867-1959) jako    adiutanci,    generał Oskar von Chelius (1859-1923), lekarz osobisty dr Niedner oraz pruski poseł w Bawarii Karl Georg von Treutler (1858-1933) - bliski zaufany Cesarza zwany szarą eminencją. Wprost z dworca w Osiecznicy Cesarz udał się w towarzystwie księcia na polowanie do rewiru łowieckiego Stary Gaj. Teren polowania został wybrany nieprzypadkowo - czytamy w centralnym niemieckim piśmie myśliwskim „Wild und Hund", które od strony łowów relacjonowało w szczegółach wizytę Wilhelma II w Kliczkowie - gdyż wczesnym rankiem   leśniczy   dworski Rahn widział w tym rejonie sześć jeleni, o czym zameldował księciu zu Solms-Baruth. Cesarz zajął stanowisko na jednym ze stosów drewna, skąd ustrzelił sześcioletniego byka wapiti dwudwudziestaka z odległości 200 kroków. Byk ważył blisko 400 funtów. Podczas jednej z kolejnych nagonek położył dwoma strzałami ważącego 480 funtów szesnastaka. W drodze na zamek Wilhelm II wstąpił jeszcze po drodze do leśniczówki zwanej Hermanówka (Hermannberg) znajdującej się na najwyższym w okolicy wzniesieniu, by podziwiać przez klika chwil okoliczne bory ze znajdującej się tu czterokondygnacyjnej wieży obserwacyjnej. Około południa został powitany na zamku przez księżną Luizę wraz z rodziną. Na maszcie powiewał jak zwykle czerwony sztandar, a upolowana zwierzyna zawisła na zadaszonym stojaku myśliwskim na zamkowym dziedzińcu.

 

O 14:00 podjęto Cesarza i towarzyszące mu osoby tradycyjnym o tej porze śniadaniem w formie dejeuner dinatoire przygotowanym na 16 nakryć. Przed godziną 19:00 Wilhelm II udał się ponownie na łowy, stacjonując opodal leśniczówki Marianówki na skraju liczącej 200 kroków łąki, gdzie położył dwoma strzałami ważącego ponad 350 funtów czternastaka. Przygotowana w piątkowy wieczór na 16 nakryć kolacja wypadła po dziewiątej wieczorem. Do stołu zasiedli, prócz gospodarzy, Cesarza i towarzyszących mu osób, dyrektor administracyjny dóbr kliczkowskich Ernst Jung oraz nadleśniczy Friedrich Habermann. Następnego dnia Cesarz polował w rewirze łowieckim w pobliżu Poświętnego już przed piątą rano. Strzelając z ambony, trafił ważącego ponad 300 funtów czternastaka. Podczas jednej z kolejnych nagonek ustrzelił jeszcze kozła sarny, a wracając na zamek, trafił jelonka wprost z samochodu. Przed 9:00 Cesarz zjadł z księciem śniadanie, po czym udał się na odpoczynek. Tego dnia podano do stołu jeszcze dwukrotnie - o 14:00 drugie śniadanie, a o 20:00 pożegnalną kolację, na którą przygotowano 14 nakryć. Cesarz odjechał z dworca w Osiecznicy o 22:40. Gdy opuszczał rozświetlony ogniami bengalskimi zamek, grupa myśliwych oddała ośmiokrotną salwę.

 

Podczas wizyt Wilhelma II na zamku w Kliczkowie program kulinarny dejeuner dinatoire, obiadów i kolacji był zgodnie z dworską regułą proporcjonalny do liczby gości zasiadających do stołu i odzwierciedlał charakter spotkania. Owa reguła nie wyrażała jednak proporcji liczbowo - jeśli któryś z posiłków był przygotowywany dla 4-8 osób, liczba potraw w karcie dań nie przekraczała 5-6 pozycji. Jeśli zaś do stołu zasiadało kilkanaście osób, a czas trwania biesiady nie był skrócony innymi okolicznościami, karta dań liczyła wówczas 7-8 pozycji, a czasem więcej. Duża liczba potraw w kartach dań nie oznaczała, iż w czasach Wilhelma II biesiadnicy potrafili zjeść dużo więcej niż dziś. Kolejno serwowane dania nie były przesadnie duże - tylko do pieczeni, które kończyły główną część biesiady, podawano kluski, puree ziemniaczane lub makarony. Pozostałym towarzyszyły zwykle sosy, masło lub lekkie dodatki w niedużej ilości jako element kompozycji. Ostanie dekady XIX wieku i początek następnego stulecia to dominacja nie tylko na dworach niemieckich, ale i całej Europy serwisu rosyjskiego. Zgodnie z nim gotowe do konsumpcji potrawy, tak pod względem wielkości jak i temperatury, były podawane podczas obiadów i kolacji pojedynczo, zgodnie z kolejnością ustaloną w karcie dań. Każdego z biesiadujących gości obsługiwał jeden służący. Gdy kolejną potrawę kończył ostatni z biesiadujących, słudzy zbierali talerze ze stołów, podając następną potrawę. Również podczas pierwszych wczesnych śniadań wypadających między 8.00 a 10.00 obowiązywała obsługa przy stole, gdyż podawane były ciepłe potrawy. Schemat karty dań obejmował zupę, przystawkę, rybę, mięso, pieczeń z sałatką, słodki przysmak, owoce - masło - sery, deser z kawą, przy czym stosownie do pory i charakteru biesiady niektóre z elementów tego zestawu mogły wypaść, inne zaś mogły zostać zwielokrotnione. Zupa i pieczeń były jednakże filarami w karcie dań każdego obiadu, o ile nie wypadał on późną wieczorną porą. Istniała zasadnicza różnica między słodkim przysmakiem podawanym po pieczeni, a deserem. Pod pierwszym pojęciem figurowały torty, lody, kremy, sorbety, budynie, sałatki owocowe czy nawet słodkie potrawy ryżowe, pod drugim zaś różnego rodzaju słodkie i słone wypieki, które były dodatkiem do kawy. Do słodkich przysmaków podawano zazwyczaj słodkie wina. Przed deserem kończącym obiad podawano często masło i sery, czym nawiązywano do zwyczajów francuskich. Dejeuner dinatoire był w kulturze stołu dworskiego posiłkiem łączącym cechy późnego śniadania z wczesnym obiadem, po którym główny obiad - zwany diener - wypadał dość późno. Wówczas nie podawano już kolacji. Menu dużego śniadania składało się z potraw ciepłych i zimnych. Pierwsze podawali do stołu służący pojedynczo, drugie - zimne przekąski - albo czekały już na stole na biesiadników, albo też były podawane naraz po ciepłej strawie. Dopiero po nich podawano potrawy słodkie i desery. Menu kolacji zasadniczo nie różniło się od obiadu - nie podawano z reguły pieczeni, a serwowane porcje były nieznacznie mniejsze. W trakcie biesiady nie podawano win do każdej z potraw, jeśli jednak konwersacje miały się nieznacznie przedłużyć, serwowano wówczas osobne wina.


Co zatem jadał Wilhelm II na zamku w Kliczkowie podczas czterech kolejnych wizyt? Czy kucharze zamkowi zdołali spełnić oczekiwania Jego Wysokości względem stołu, a co najważniejsze - wypaść dobrze w oczach gospodarza? Dokładne menu żadnego ze śniadań, dejeuner dinatoire, obiadów i kolacji nie jest znane. Źródła wymieniają jedynie porę i rodzaj posiłków, liczbę przygotowanych nakryć oraz gości zasiadających do stołu, przy czym nie zawsze wszystkich. O upodobaniach kulinarnych Cesarza wiadomo, iż cenił kuchnię francuską, angielską, rosyjską i włoską. Co najważniejsze jednak, w sferze kulinarnej cechował go swoiście pojęty konserwatyzm wyrażający się pewnego rodzaju potrzebą prostoty i skromności na talerzu, oczywiście w wymiarze cesarskiego podniebienia. (...) Ciekawostką była biegunowo odległa do pasji myślistwa „sympatia" Wilhelma II do potraw z dziczyzny. Sarnina, mięsa z dzika i jelenia pojawiały się niezwykle rzadko w kartach dań cesarskich biesiad nawet tam, gdzie gospodarze podejmowali go myśliwskim obiadem lub kolacją.


Wizyty Wilhelma II w Kliczkowie były zawsze związane z jego największą życiową pasją - myślistwem. Książę Friedrich zu Solms-Baruth dokładał wszelkich starań, by Cesarz opuszczał jego lasy w pełni zadowolony. Podczas wszystkich polowań Cesarz ustrzelił co najmniej dziewiętnaście jeleni o ustalonych rozmiarach poroża - w tym dwa dwudziestaki, dwa osiemnastaki, trzy szesnastaki, dziewięć czternastaków, jednego dwunastaka i dwa dziesiątaki - oraz kilka mniejszych jeleni, nadto cztery łosie, cztery kozły sarny, dwa daniele, jedną sarnę, trzynaście głuszców i jednego jelonka (cielaka jelenia). Nie mniej starań czyniła żona księcia Ida Luiza i szef zamkowej kuchni, by monarcha również od stołu wstawał zawsze zadowolony. Cztery kolejne wizyty - w 1896, 1898, 1906 i 1911 roku - przyniosły łącznie 5 obiadów (w tym 1 rodzinny), 4 kolacje, 2 wczesne śniadania, 1 drugie śniadanie, 2 dejeuner dinatoire oraz 2 Jagdfruhstuck. Biesiady na zamku w Kliczkowie z okazji wizyt Cesarza nigdy nie były duże, co wynikało z charakteru odwiedzin Wilhelma II i liczby gości. Dwa pierwsze wczesne śniadania Cesarz jadał z księciem Fryderykiem, z kolei Jagdfruhstuck wypadało wspólnie ze wszystkimi uczestnikami polowań. W dejeuner dinatoire, obiadach i kolacjach uczestniczyli zwykle gospodarze zamku nad Kwisą oraz Cesarz i towarzyszące mu osoby, nadto bliżsi i dalsi krewni, którzy przebywali właśnie na zamku lub przybywali do Kliczkowa z okazji przyjazdu Cesarza. Dzieci książęcej pary oraz pracownicy majątku byli obecni przy stole najczęściej podczas obiadów rodzinnych. Mile widzianym gościem był także starosta bolesławiecki. Późna pora początku niektórych obiadów - jeden rozpoczął się po północy - nie była czymś szczególnym w kulturze stołu dworskiego. Formułę biesiady określało nie tylko menu przewidziane w karcie dań, ale przede wszystkim charakter spotkania przy stole oraz osoby przy nim zasiadające. Jeśli w godzinach wieczornych wypadała kolacja, był to z reguły krótszy posiłek -  tak w wymiarze czasowym jak i kulinarnym - podczas którego znacznie mniej rozmawiano. Charakter wizyt Wilhelma II w Kliczkowie wykluczał organizowanie kolacji w formie modnego na przełomie XIX i XX wieku klasycznego souper. Późne obiady, rozpoczynane nawet po północy, trwały co najmniej godzinę; kolacje nie przekraczały zwykle 45 minut. Konwersacje podczas obiadów były obok oprawy kulinarnej istotą spotkania przy stole. Nie do pomyślenia było jedzenie w milczeniu. Zważywszy na rangę gościa, to cesarz nadawał ton rozmowie". (Przedstawione teksty są tylko fragmentami dużej całości, która znajduje się na stronie internetowej www.kliczkow.com.pl/uploads/ZastolemwKliczkowie.pdf)

 

Z odwiedzin Cesarza w latach 1890, 1897, 1906 i 1911 zachował się do dzisiaj w Kliczkowskim lesie pomnik z 1906 r., postawiony na pamiątkę polowania z udziałem monarchy. Głaz o wysokości ponad 1,5 m ma częściowo widoczny napis, z którego dowiadujemy się, że monarcha ustrzelił tu dużego byka o porożu złożonym z 18 odnóg, drugiego o 16 odnogach, sześć byków o 14 odnogach i pomniejsze samice oraz inne zwierzęta”. Na wieczór powrócono do zamku, skąd następnego dnia o godzinie 4:15 Cesarz w towarzystwie księcia wyjechał do rewiru położonego w pobliżu Poświętnego. Polował z ambony, w pobliżu granicznego płotu. Równo o 5:30 Wilhelm II trafił z około 100 kroków kulą w łopatkę czternastaka, który krótko potem padł. Miał 2,10 m długości, 1,27 m wysokości, ponad 300 funtów wagi ciała i 12 funtów poroża. Później ustrzelił jeszcze kozła, a w drodze powrotnej nieopodal Osiecznicy, strzelając z samochodu, trafił niewielkiego jelenia. Do zamku powrócili o 8 rano". 

 

W 2011 r. Tadeusz Berestecki z Bolesławca przesłał mi fotografie kamienia, o którym jest mowa w opisie Mariusza Olczaka. Niestety kamień został uszkodzony - rozbity na kilka części. Pan Tadeusz zamierza nawet go skleić. Ciekawostką jest to, że kamienie z Kliczkowa mają oryginalne napisy. Najpierw wykuwano jakby koło i w nim umieszczano napis. Jedną z osobliwości zamku w Kliczkowie jest cmentarz koni. Zachowały się do dziś dwa kamienie z podobnie rytymi napisami na cześć koni i psów. Jeden z kamieni na cmentarzu, pochodzący z 1938 roku, postawiono ku pamięci konia Juno. 

Fotografie przesłane przez Tadeusza Beresteckiego

W przytoczonym opisie polowania w Kiczkowie skrupulatni Niemcy podal wszystko. Tylko czy to było polowanie, czy egzekucja wykonana przez podwożonego samochodem władcę? Jeleń wapiti też nie był rodzimym gatunkiem. Był więc to zwierzyniec, gdzie do wodopoju zwierzyna podchodziła w znanych godzinach. Tam też, podobnie jak w Prakwicach, ustawiano różne kamienne obeliski. Zachował się kamień postawiony na pamiątkę upolowania ostatniego jelenia przez panującego podówczas w Kliczkowie księcia Friedricha zu Solms - Baruth. Był on władcą Kliczkowa ponad 40 lat. Kamień pochodzi z września 1920 r., a w grudniu tego samego roku książę zmarł. Inny, charakterystyczny dla Kliczkowa, kamień ustawiono dla hrabiego Otto Karola Konstantego zu Solms-Sonnenwalde. Był on szwagrem wspomnianego księcia. Fotografie i informacje pochodzą także od Tadeusza Beresteckiego.

Kamień księcia

Kamień hrabiego

Wracamy jednak do Cesarza. Polował na zaproszenia, ale i u siebie. Wówczas w  Niemczech było gdzie polować. Bardzo często przebywał pięknym w dworku myśliwskim "Hubertusstock", położonym pod Berlinem na terenie rezerwatu przyrody Chorin Schorfheide, około 10 minut spacerem od malowniczego jeziora Werbellinsee. Polował w Letzlingen, gdzie był pałacyk myśliwski  (niem. Jagdschloss Letzlingen).  Był to i jest neogotycki pałacyk na południu powiatu Altmarkkreis Salzwedel w kraju związkowym Saksonia-Anhalt. Obiekt znajduje sie na terenie wrzosowiska Colbitz-Letzlinger Heide, uważanego za jedno z największych wrzosowisk Europy Środkowej. Pałacyk wzniesiono w 1843 r. na zlecenie króla Prus Wilhelma IV. Plany budowli w stylu gotyku tudorowskiego sporządzili Friedrich August Stüler i Ludwig Ferdinand Hesse. Obecnie (2008) w rezydencji znajduje się wystawa poświęcona historii pałacu. W pałacyku gościli na polowaniach m.in. Cesarz Wilhelm I, Cesarz Austrii Franciszek Józef I, kanclerze Rzeszy: Otto von Bismarck, Theobald von Bethmann-Hollweg i Bernhard von Bülow. Ostatnie polowanie urządzono w listopadzie 1912 za panowania Wilhelma II Hohenzollerna.

Cesarz Wilhelm I w Hubertusstock

Tak opisywał zameczek myśliwski w Hubertusstock Julian Fałat: (...) "Pałacyk myśliwski wygląda jak domek z pudełka szwajcarskich zabawek. Parter murowany, pięterko drewniane z biegnącym wokoło balkonem, z płaskim dachem i mocno wystającymi okapami, sprawia wrażenie, jakby domek i otaczające go dęby, sztucznie zrobione, ustawiono po prostu na trawniku; nie ma bowiem dróżek, klombów ani kwiatów, jakie zwykle widuje się w otoczeniu podobnych rezydencji. (...) Żadnego ogrodzenia nie ma, tak że jelenie mają dostęp aż do progów pałacyku . (...) Z trawnika, zasłanego jesienią szeleszczącymi liśćmi, można od razu wejść do salonu - i stać jedną nogą na trawie, którą przed chwilą skubały jelenie." (...).

Pałac myśliwski otoczony był dębami posadzonymi jak w parku. Otaczały one pałacyk jak i inne budynki na przestrzeni paruset morgów. Cesarz polował w Huberusstock głównia na jelenie byki podczas rykowiska. Cały rewir był tak urządzony, żeby polowania odbywały się dla Cesarza z jak najmniejszym trudem. Podczas pobytów myśliwych obowiązywał strój myśliwski, nawet podczas posiłków. O ile sam pałacyk nie wskazywał na monarszą siedzibę o tyle w oficynach i przeległych budynkach funkcjonowała ogromna maszyneria całej armii dworaków. Począwszy od pierwszych dygnitarzy po marszałka dworu, a skończywszy na ostatnim posługaczu; całe mnóstwo "jägrów" lokajów, kucharzy, masztalerzy, kurierów, telegrafistów, szyfrantów, pocztylionów, żandarmów itp. Förstmeierzy i oberförstmeierzy, wszystko byli wojskowi, przyzwaczajeni do subordyności i punktualności. 

Zameczek w Hubertusstock

Hubertusstock - cesarski gabinet

 
W Hubertusstock Cesarz odbywał też pierwsze jazdy samochodem. Próbowano ten nowy pojazd przytosować do polowań. Po kilku próbach powrócono jednak do wózka podjazdowego zaprzężonego w konie.

Odbywał łowy w Schaumburg-Lippe - istniejącym w latach 1643-1918 na terenie obecnej Dolnej Saksonii niewielkim księstwie niemieckim, ze stolicą w Bückeburgu. W latach 1643 -1918 Bückeburg był stolicą hrabstwa a następnie księstwa Schaumburg-Lippe. Siedzibą władców księstwa był miejscowy zamek.

Polowanie w Niemczech na niedźwiedzie - 1910 r. Fotografia przysłana przez Pana Tomasza Krawczyka

Polował w Grunewald gdzie także był pałac myśliwski. Warto wspomnieć, że często bywał w Pszczynie, którego władca Jan Henryk XI Hochberg książę von Pless, był Wielkim Łowczym Niemiec i Prus.  Szerzej o pobytach w Pszczynie napisałem w dalszej części. 

Zamek myśliwski w Grunewald

Grunewald - 1901 r.

Pałac myśliwski w Letzlingen

Pałacyk Myśliwski Letzlingen (niem. Jagdschloss Letzlingen) – neogotycki pałacyk na południu powiatu Altmarkkreis Salzwedel w kraju związkowym Saksonia-Anhalt. Obiekt znajduje sie na terenie wrzosowiska Colbitz-Letzlinger Heide, uważanego za jedno z największych wrzosowisk Europy Środkowej.

Fot. nadesłał T. Krawczyk

Jedno z wnętrz pałacowych (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Fot. nadesłana przez T. Krawczyka

Polowanie w Letzlingen (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Letzlingen 1889 r. (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Przerwa w polowaniu w grudniu 1897 r. - w namiocie spożywano śniadanie. (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Polowanie w Letzlingen w 1897 r.  (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

 

W Letzligen

Z arcyksięciem Franciszkiem Ferdynandem

Z księciem Adolfem zu Schamburg - Lippe 1912 r.

Fotografie z polowania w Letzlingen 1912 r.

Jak widać polowanie odbyło się w ogrodzonym zwierzyńcu na "wykładaną" zwierzynę

Służba ciągnie upolowane daniele na pokot

Przy grubych odyńcach

W rozstawionych namiotach serwowano posiłek

Przy strzelonych danielach

Oglądanie pokotu

Ogrom strzelonej zwierzyny gonionej na rzeź w ogrodzeniu

Na fotografiach doskonale widać, że Cesarz i świta byli elegancko ubrani. Cóż ...  naciskali tylko na język spustowy. "Cysorz to ma klawe życie" - piosenka Tadeusza Chyły sprawdziła się w tym przypadku znakomicie.

Bückeburg 1912 r.

Schonbuch - 1893  r.

 Cesarz u księcia Albrechta I

 Jednym z ważniejszych wątków polowań Wilhelma II były łowy w Pszczynie, najpierw u księcia Jana Henryka Hochberga XI, a później u Jana Henryka XV.

Jan Henryk XI Hochberg książę von Pless

Wielki Łowczy Cesarstwa Niemiec, znakomity znawca łowiectwa i nowoczesnej gospodarki łowieckiej. Wniósł znaczący wkład w rozwój sygnalistyki myśliwskiej. Miłośnik muzyki łowieckiej. W jej dziejach zapisał się wprowadzeniem, już przed 1863 rokem, poręcznego rogu łowieckiego, który nie przeszkadzał podczas polowań. Odtąd rogi te nazywamy "plessówkami" albo rogami Pless. Jego drugą żoną (pośmierci pierwszej) była Mathilde Ursula von Dohna - Slobitten. Ślub odbył się 27 lutego 1886 r. w Słobitach.

Rozkwit rodzinnego majątku Hochbergowie zawdzięczali głównie Janowi Henrykowi X oraz jego synowi z numerem XI, który od 1855 roku zarządzał fideikomisami. Jan Henryk XI należał do najbogatszych ludzi Cesarstwa Niemieckiego, przy okazji był świetnym i bardzo nowoczesnym gospodarzem. Zamknął okolice swojej rezydencji przed wielkim przemysłem. Wiedział również co to public relations, a bogactwo pozwalało mu działać z rozmachem. Budował kopalnie. Kosztem wielu milionów marek regulował rzeki i osuszał bagna, we współpracy z instytutami naukowymi prowadził wielkie prace melioracyjne, do uprawy roli wprowadzał nawozy sztuczne i maszyny, zalesiał okolicę i sprowadził żubry. Te zwierzęta były elementem dobrze przemyślanego marketingu – na polowania do dóbr pszczyńskich przyjeżdżali niemieccy Cesarze. A jak wiadomo nic tak nie zbliża mężczyzn jak polowanie, do tego udane, o co zawsze dbał książę. Polował tu Wilhelm II ale wcześniej także Wilhelm I.

"Pismo "Katolik" donosiło - "4 listopada, we czwartek 1869 roku do Pszczyny przybył Król Prus Wilhelm I Hohenzollern. Jak się wydaje wizyta ta ma charakter raczej prywatny i jej głównym elementem są codzienne polowania. W piątek - jak podaje czasopismo „Katolik” - ubito 20 saren, 242 zające, 7 królików, 680 bażantów, dwie kuropatwy, jednego lisa i jedną sowę.  W sobotę 6 listopada 1869 roku ówczesny król, a późniejszy cesarz niemiecki Wilhelm I, pojechał do Murcków na polowanie żubrów i jeleni. Na południowym polowaniu król ubił jednego z żubrów, sprowadzonych w roku 1865 z Białowieży na wymianę  za 20 jeleni."
W „Katoliku” czytamy dalej: "Ruszone przez zaganiaczy zwierzę z dziką wściekłością prosto pędziło ku Królowi, który go zręcznie kulą powalił; żubr poskoczył i odebrał drugą kulę od Króla, która go powaliła. Huczny krzyk i żywe wiwaty na cześć szczęśliwego strzelca rozległy się po lesie. 7 listopada w niedzielę Król powrócił do Berlina."

W listopadzie 1909 roku Wilhelm II upolował wraz z dziesięcioma myśliwymi 1110 bażantów, z czego Cesarz osobiście ustrzelił 440. Następnego dnia podczas samotnej wyprawy Cesarz ubił 8 dzików i 2 żubry. Jeden z nich, po wypchaniu, został pokazany na XVI Niemieckiej Wystawie Poroży w Berlinie.

 

Pszczyna 1910 r.  

O dobrach pszczyńskich i polowaniach na tym terenie dużo informacji znajduje się w Muzeum Zamkowym w Pszczynie i w publikacjach wydanych przez to Muzeum. Poniższe informacje pochodzą z książek: "Poroża jeleni - katalog zabytków. Autorzy: Izabela Wierzbowska, Jan Kruczek, Witold Brągiel", "Nieznane rysunki Ferdynanda hrabiego Harracha w księdze polowań księcia pszczyńskiego Hansa Heinricha XI von Hochberga. Autor: Jan Kruczek", "Z dziejów muzycznych Panów i Książąt Pszczyńskich. Autor: Jan Kruczek".


Lasy pszczyńskie zawsze słynęły z doskonałych jeleni szlachetnych. Były one przedmiotem wielkiej troski właścicieli dóbr pszczyńskich, zwłaszcza książąt Anhalt - Köthen Pless (1765 - 1846) oraz ich następców Hochbergów z Książa na Dolnym Śląsku. Wyznaczono dla jeleni ogrodzone zwierzyńce obejmujące obszar o powierzchni ponad 22 tys. ha. Zapewniając im doskonałe warunki bytowania i rozmnażania oraz ochronę książęcej służby leśnej. W 1855 roku dobra pszczyńskie objął we władanie książę Hans Heinrich XI Hochberg von Pless (1833 - 1907).  Był on znakomitym myśliwym. Na jelenie polował zarówno konno jak i pieszo. W Pszczynie zainicjował nowoczesną gospodarkę łowiecką. Dbał o stany zwierzyny łownej, zwłaszcza jelenia szlachetnego. Podjął także próby wsiedlania kanadyjskiego jelenia wapiti (1861 r.) oraz jelenia sika.

 

W 2017 roku ciekawy tekst o wapiti w Pszczynie przesłał mi Pan Andrzej Brandys w Kobiór, który, z maymi skrótmi, w całości cytuję:

 

"Do dnia dzisiejszego nie jest ustalona konkretna data kiedy jelenie wapiti dotarły do Pszczyny. Podaje się 1861 rok i w tymże roku tak je opisuje główny zarządca lasów Pszczyńskich von Aurich. Do dóbr Pszczyńskich wapiti dotarły pociągiem a transport trwał trzy dni, zostały ulokowane w Międzyrzeczu bo tam mieściła się ich zagroda, las ten a może inaczej, ten rejon Nadleśnictwa Pszczyna był najczęściej wybieranym terenem do reintrodukcjii jakiegoś gatunku. To tutaj była zagroda dla danieli sprowadzonych w 1854 roku oraz w późniejszym czasie żubrów, które zresztą jeszcze tam bytują. Książę zakupił 14 sztuk tych jeleni ponieważ był zapalonym myśliwym i tak to opisał w swoich wspomnieniach: "Ponieważ jeleń, a szczególnie duży jeleń (tak go podówczas nazywano dop. autora), jest tym zwierzęciem, do którego upolowania rwie się serce każdego gorliwego myśliwego, to od czasu, gdy zostałem właścicielem moich własnych rezerwatów łowieckich, dążę nieustannie do tego, aby nie tylko polować na możliwie największe jelenie, lecz również do tego, aby poprzez pielęgnację i ochronę dorobić się możliwie dużych jeleni. Z żyjących do dzisiaj gatunków jeleni za  największego zarówno pod względem masy ciał   również    rozmiarów    poroża należy niewątpliwie uznać kanadyjskiego jelenia ogromnego (wapiti), Cervus canadendis; osiedlenie tego gatunku jelenia w moich lasach było celem moich marzeń".

Krzyżowanie jelenia wapiti z pszczyńskim jeleniem szlachetnym nie powiodło się i w efekcie zrezygnowano z tej hodowli, chociaż domieszka krwi wapiti na pewno spowodowała u pszczyńskich jeleni szlachetnych niespotykane wagi poroży. Mieszańce przewyższały swoją masą i wielkością poroża byki jelenia szlachetnego, prawie dorównywały wielkością jeleniom wapiti, czteroletni mieszaniec nosił już wieniec czternastaka dorównując jego wielkością 9 letniemu jeleniowi szlachetnemu na grubych i mocnych odnogach. Dobre poroże u miejscowego szlachetnego jelenia łownego ważyło po zrzuceniu 6-7 kg, natomiast u ośmioletniego jelenia-krzyżówki, czyli takiego, który jeszcze długo nie będzie zwierzęciem łownym, poroże ważyło 8-9 kg, a u jelenia łownego do 13 kg. Uległ natomiast zmianie ich głos, był pół na pół rykiem byka wapiti i szlachetnego. Mimo starań jelenie wapiti padały, również mieszańce. Również spodziwane formy wieńca u mieszańców nie były zadowalające i książe zrezygnował z ich hodowli. Nadleśniczy Mayer tak opisał wieńce byków. Na wieńcach wapiti widzimy wyraźnie drabiniasta budowę korony, która w zasadzie nie jest żadną koroną tylko przedłużeniem tyk w bok i w górę skierowanymi końcówkami. Wieniec ten jest całkowicie jasno brunatny prawie bez uperlenia i stosunkowo cienki. Do 1884 roku zakończono wprowadzanie i eksperymentowanie z jeleniem wapiti w lasach pszczyńskich, większość sztuk została sprzedana reszta teoretycznie zlikwidowana".

Wieniec mieszańca wapiti z jeleniem szlachetnym strzelony w Pszczynie przez Wilhelma I 17 listopada 1876 r.

 

Udała się za to reintrodukcja żubrów. W wyniku wymiany z Carem Rosji Aleksandrem II, za 20 pszczyńsich jeleni sprowadzono z Puszczy Białowieskiej 4 żubry, które dały początek hodowli tych zwierząt. Z żubrów pszczyńskich, po 1919 roku,  nomen omen odrestaurowano żubry w Puszczy Białowieskiej.

Żubry pszczyńskie

Lasy pszczyńskie zaczęły słynąć z polowań na jelenie i żubry. "Stary książę" Jan Henryk XI, będący Wielkim Łowczym Cesarstwa Niemiec, organizował więc słynne polowania. Zaświadcza o tym księga myśiwska z lat 1857 - 1901, znajdująca się w Muzeum Zamkowym w Pszczynie. Została założona w powodu wizyty i polowania pierwszego znakomitego gościa, księcia Fryderyka Wilhelma, późniejszego Cesarza Fryderyka III, ojca Wilhelma II. Celem księgi było upamiętnienie nazwisk gości. Obok wspomnianego, pierwszego wpisu, znajdują się w niej adnotacje  m.in. Cesarza Wilhelma I, Wilhelma II, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga, przedstawicieli arystokracji niemieckiej i austriackiej, dyplomatów i członków rodziny Pless - również Ryszarda Zu Dohna.

Wilhelm II w Pszczynie, w 1909 r.

Cesarz na polowaniu w Promnicach

Zameczek myśliwski w Promnicach

Hochbergowie, bowiem tradycje te po 1907 roku podtrzymywał następca "starego księcia" Jan Henryk XV, gościli na polwaniach znakomitych gości. Przede wszystkim Królów pruskich i Cesarzy Niemiec: Cesarza Wilhelma I (w 1869 i 1876 roku), Cesarza Fryderyka III (w 1857 i 1876 roku) oraz naszego bohatera, czyli Cesarza Wilhelma II (w 1892 i 1901 roku).

W 2017 roku Pan Andrzej Brandys z Kobiór przesłał mi opisy polowań, które za Jego zgodą zamieszczam. Z opisów wynika, że były to rzezie zwierzyny w zagrodzonym zwierzyńcu.

 

"Nim żubry z Murcek zostały odesłane do lasów dolnych odbyły się tutaj dwa pierwsze polowania od prawie stu lat na ziemi Pruskiej. Jak przystało pierwszym który dostąpił tego zaszczytu był sam król Wilhelm I. Polowania te było szeroko opisywane w różnych czasopismach tamtych czasów, pozwolę sobie przytoczyć dla przykładu parę z nich zachowując oryginalną pisownię. Polowania opisuje Nadleśniczy Prasse z Pszczyny:

 

Jedno z najbardziej rzadkich polowań zapisanych w kronikach myśliwskich odbyło się w dn. 6 listopada 1869 r. w należącym do Jego Książęcej Mości księcia Pszczyny nadleśnictwie Emmanuelssegen ( czytaj Murcki ). Po tym jak Jego Majestat, król w swej własnej osobie zaszczycił wizytą Jego Książęcą Mość księcia Pszczyny, wziął on udział w zorganizowanym w dn. 5 listopada przez Jego Książęcą Mość księcia Pszczyny niezwykle owocnym polowaniu na bażanty, sarny i zające, podczas którego pomimo utrzymującej się niesprzyjającej pogody, która znacznie ograniczyła wynik polowania, ustrzelono 20 kozłów, 257 zajęcy, 806 bażantów, 2 kuropatwy, 7 królików, 1 lisa i 1 sowę. W sumie 1094 sztuki. 6 listopada w nadleśnictwie Emmanuelssegen, w rejonie chronionym Wygorzelle odbyło się paradne polowanie na zwierzynę płową, daniele i dziki, po którym nastąpiła wolna nagonka na żubry, które 4 lata temu Jego Książęca Mość zamienił u Jego Cesarskiej Mości cesarza Rosji i które do tej pory rozmnożyły się z 4 do 8 sztuk.
Polowanie na żubra, który zgodnie z tym, co podaje stary Flemming, już na początku ubiegłego wieku wskutek udostępnienia oraz przerzedzenia dużych środkowoniemieckich kompleksów leśnych zniknął z Niemiec Środkowych i został wyparty na Litwę oraz do Rosji, widzieli pewnie tylko nieliczni żyjący do dzisiaj szczęśliwcy z niemieckiego świata łowieckiego; dlatego dla niejednego myśliwego powinno być ciekawym dowiedzieć się czegoś więcej o przebiegu tej wyprawy myśliwskiej. Podczas polowania paradnego, które rozpoczęło się o godz. 10 i zakończyło o godz. 1 po południu, personel łowiecki w liczbie 60 naganiaczy starał się napędzić żubry, które z reguły trzymały się w stadzie, w kierunku rejonu leśnego Klein-Morzineck, gdzie na podwyższeniu znajdowało się stanowisko przeznaczone dla Jego Majestatu, dla którego Jego Książęca Mość przewidział odstrzał żubra. Po zakończeniu polowania paradnego spożyto śniadanie w urządzonej ze smakiem, przyozdobionej na sposób myśliwski jodłowymi i świerkowymi gałązkami hali, gdzie znamienitemu gościowi przyniesiono meldunek o tym, że naganiaczom udało się obstawić i zabezpieczyć wszystkie żubry we wspomnianym wyżej, liczącym ok. 200 mórg rejonie leśnym Klein-Morzineck.
Po krótkim odpoczynku po śniadaniu, Jego Majestat udał się na czele grupy myśliwych składającej się z najwyższych książęcych osobistości Śląska, poprzedzanej przez personel łowiecki w kierunku nagonki na żubra. Po dotarciu do linii naganiaczy, uczestniczące w polowaniu wysokie osobistości oraz personel łowiecki zatrzymali się, natomiast Jego Majestat w towarzystwie Jego Książęcej Mości księcia Pszczyny oraz pierwszego wielkiego łowczego, hrabiego zu Stolberga wszedł na teren nagonki i udał się do oddalonego o zaledwie kilkaset kroków stanowiska urządzonego w przestronnym drzewostanie świerkowym i olchowym, w odległości ok. 20 kroków od przepływającej przez rewir rzeczki Dupine. Teraz należało podprowadzić żubry na odległość strzału Jego Majestatu. W tym celu obaj łowczy wraz z leśniczym tego rewiru udali się do nagonki i starali się wolno i ostrożnie skierować zwierzynę w kierunku Jego Majestatu, podczas gdy krąg naganiaczy stał w miejscu i miał jedynie za zadanie zatrzymanie przy pomocy hałasu zwierzyny, w razie gdyby ta chciała przedrzeć się przez linię nagonki. Jednak te zazwyczaj dosyć ociężałe zwierzęta były zaniepokojone przygotowaniami do polowania, w szczególności obstawieniem linii nagonki; stały się płochliwe i początkowo naganiający je urzędnicy łowieccy nie byli w stanie podprowadzić zwierzyny w pobliże stanowiska Jego Majestatu. Wielokrotnie dochodziło do tego, że zwierzęta stawały się nawet niezwykle płochliwe i usiłowały przełamać linię nagonki; naganiaczom i nadzorującym ich urzędnikom łowieckim udawało się jednak zatrzymać je, chociaż kosztowało to dużo wysiłku. Po tym jak w ten sposób upłynęła prawie cała godzina i stawało się już coraz bardziej wątpliwe, czy ta nagonka zakończy się zdobyciem pożądanego trofeum łowieckiego, wyżej wymienionym, znajdującym się w nagonce trzem urzędnikom leśnym i łowieckim udało się poprzez szczucie psami rozdzielić zwierzęta, które rozpadło się na dwa różne, liczące po 4 sztuki stada. Rozdzielenie głównego stada dało w rezultacie pewną niepewność i lękliwość zwierzyny i o ile wcześniej była ona bardzo płochliwa i niweczyła starania trzech naganiających ją urzędników leśnych, to teraz dała się ona napędzić w kierunku stanowiska Jego Majestatu. Udało się podprowadzić grupę, w której znajdował się najsilniejszy żubr na odległość ok. 60 kroków od Jego Majestatu. Jego Majestat wystrzelił w kierunku najsilniejszego żubra dwie kule jedną po drugiej, z których jedna, jak się później okazało, weszła skosem wysoko nad łopatką i raniąc zwierzę powierzchownie wyszła z drugiej strony, natomiast druga przebiła nerkę. Chociaż żubr upadł po drugiej kuli, wkrótce jednak wstał, oddzielił się od stada, i zaczął uciekać przez rzekę Dupine. Jego Wysokość książę Pszczyny pośpieszył teraz za żubrem, który wkrótce znowu został osaczony przez psy i oddał do niego strzał dobijający, który doprowadził do szybkiego zgonu zwierzęcia. Jego Majestat, w najwyższym stopniu ucieszony tym pomyślnym wynikiem polowania, opuścił teraz natychmiast swoje stanowisko i z młodzieńczym zapałem łowieckim pośpieszył po chybotliwej kładce przez rzeczkę Dupine, aby osobiście przyjrzeć się z bliska swojej zdobyczy. Żubr został następnie przewieziony do rozłożonej już zwierzyny płowej, danieli oraz dzików i stanowił jej ukoronowanie, podziwiany przez dłuższy czas przez królewskiego myśliwego w otoczeniu swojego znamienitego orszaku. Tak zakończyło się królewskie polowanie, które w rzeczy samej było godne króla.
Na koniec należy jeszcze wspomnieć, że ciężar całego żubra, którego ważącą 121 funtów głowę Jego Majestat zgodził się przyjąć, wynosił 9,5 cetnara, a Jego Majestat w ciągu tych dwóch dni polowania ustrzelił w sumie:
5    listopada: 7 kozłów, 95 bażantów, 32 zające, 1 królika, 1 sowę, w sumie 136 sztuk; 6 listopada: 1 żubra, 1 dwudziestaka, 1 szesnastaka, 1 dziesiątaka, 8 ósmaków, 12 sztuk zwierzyny płowej różnej wielkości, 5 danieli, 1 dzika głównego, 4 dziki dorastające, 4 dorastające loch, 11 duże lochy, 9 małych loch, razem 48 sztuk; w sumie w ciągu obu dni 184 sztuki.

Natomiast w Polskim Katoliku znajdujemy taki oto wpis (pisownia oryginalna)

Pszczyna. Odwiedziny Najj. Króla u księcia pszczyńskiego. Po południu 4 listopada przyjechał Najj. Król do Mikołowa, skąd go wspaniała czwórka księcia pszczyńskiego o trzy kwadranse do ósmej przywiozła do Pszczyny. W Gostyni, Kobierze i Piasku przygotowali łuki tryumfalne a mnóstwo zebranego ludu witało hucznemi  wiwatami swego Monarchę. Przez miasto jechał powóz powolno , a przejechawszy bramę tryumfalną 45 stóp wysoką stanął przed zamkiem, gdzie go duchowieństwo, deputacyje sądu powiatowego i grono oficerów witało. Także tu zebrani byli goście na polowanie zaproszeni: książe ujazdzki, książe raciborski, książe Reus i inni książęta i dygnitarze .
Dnia następnego jechał Król przez ogród do bażanteryi (fazaneryi) a potem do Czarnych Dołów; gdzie się rozpoczęło huczne polowanie na bażanty, sarny i zające; o 5 godzinie powrót do Pszczyny, o godzinie 6 obiad; podczas obiadu grała kapela wojskowa ułanów. Pierwszego dnia ubito sarn 20, zajęcy 242, królików 7, bażantów 680, dwie kuropatwy, jednego lisa i jedną sowę. Król własnoręcznie zastrzelił 7 sarn, 32 zajęcy, 1 królika, 1 lisa, 1 sowę. W sobotę pojechał Król do Murcków na polowanie żubrów i jeleni. W Tychach wystawiono przy browarze książęcym ogromny łuk tryumfalny z beczek, ozdobiony wieńcami i kwiatami, a obok łuku była ustawiona kompania towarzystwa pogrzebowego dla żołnierzy, na czele kapitan, wojskowy lekarz sztabowy Dr.Stark z Bierunia. Na południowem polowaniu miał Król to szczęście, ubić jednego z żubrów (których przed kilku laty książe kilka sztuk dostał od cesarza moskiewskiego). Ruszone przez zganiaczy zwierzę z dziką wściekłością prosto pędziło ku Królowi, który go zręcznie kulą powitał: żubr podskoczył i odebrał drugą kulę od Króla która go powaliła. Huczny krzyk i żywe wiwaty na cześć szczęśliwego strzelca rozległy się po lesie. Dostojny gość powrócił 7 b.m. do Berlina. Wszystkie dworce kolei górno-śląskiej aż do Wrocławia były szumnie ozdobione, osobliwie w Gliwicach, gdzie Król się chwilę zatrzymał i z deputacyami rozmawiał. W Wrocławiu, gdzie go wszyscy dostojnicy Ślązka oczekiwali, najpierw podał dłoń księciu-biskupowi, a potem odbierał hołd od jenerałów, rektora wszechnicy, oficerów zgromadzonych i innych dygnitarzy. Po obiedzie na który także księcia-biskupa zaproszono, odjechał Król do Berlina".

Głaz z inskrypcją ustawiony dla Wilhelma I

 

Drugim nie mniej ciekawym polowaniem było polowanie Fryderyka III następcy tronu który polował w lasach Pszczyńskich jako książę w 1873 roku.

 

"Gdy Siegfried, bohater naszej narodowej sagi, polował w Wasgenwald, to „położył on", jak zaświadcza Pieśń o Nibelungach, „bizona", zwierza, którego nazywamy dziś żubrem. Obecnie tego króla niemieckich lasów nie można już wprawdzie spotkać w Niemczech, lecz w lasach białowieskich na rosyjskiej Litwie żyje do dziś troskliwie pielęgnowane dzikie stado, z którego pochodzą egzemplarze znajdujące się w naszych ogrodach zoologicznych. Stamtąd Heinrich von Pless sprowadził w 1865 r. trzyletniego żubra-byka oraz trzy dorosłe samice i kazał je umieścić w swoich obfitujących w bagna, gęsto porośniętych poszyciem lasach w Emanuelssegen (koło Katowic, na Górnym Śląsku). Od tamtego czasu stado rozrosło się do 14 sztuk, aż przed dwoma laty niemiecki cesarz Wilhelm I ustrzelił podprowadzonego mu byka a 19 listopada ubiegłego roku jego syn, następca tronu późniejszy Fryderyk III położyć byka, który narodził się w Emanuelssegen i był jeszcze większy niż ojciec stada. Ponieważ polowanie na żubra - w każdym razie w Niemczech - jest czymś niezwykłym, to czytelnicy z pewnością prześledzą z zainteresowaniem moją, opartą na tym co widziałem własne oczy, relację.
Pisanie w tym miejscu o rozmiarach i rentowności znakomitych książęcych lasów pszczyńskich przekraczałoby cel i objętość niniejszego szkicu myśliwskiego; aby wyrobić sobie pogląd w obu tych kwestiach, wystarczy wyjaśnienie, że do niedawna długość ogrodzeń wynosiła pełne 32 mile, oraz to, że w ubiegłym roku jedno z czterech nadleśnictw wniosło do głównej kasy ok. 94,000 talarów brutto za sprzedane drewno.
Do przybycia następcy tronu, które zgodnie z instrukcją polowania miało nastąpić około godz. wpół do dziesiątej, pozostawało jeszcze prawie dwie godziny czasu; jednak upłynęły one prędko na oglądaniu ożywionej zwierzyny, którą można było obserwować z miejsca zbiórki. Tłumy naganiaczy zgromadziły się już wokół potężnie płonących ognisk, a komenderujący książęcy myśliwi udawali się jeden za drugim w stronę koni oraz wozów, aż naliczyliśmy ok. 30 okazałych mężczyzn; najokazalszym z nich był były przyboczny myśliwy księcia, który wiernie towarzyszył swojemu panu we wszystkich wyprawach myśliwskich do Egiptu, Afryki Wschodniej, itd., a swoją podobną do Huna sylwetką przewyższał wszystkich swoich kolegów o stopę. Na koniec pojawił się również pan inspektor leśny z dwoma nadleśniczymi, pozdrowił nas, którzyśmy się mu przedstawili i pozwolił nam brać udział w polowaniu „wprawdzie", jak zauważył ze śmiechem, „tylko jako naganiacze". Niedługo potem pojawił się następca tronu.
 
Natychmiast na komendę inspektora leśnego wszyscy ubrani w kurtki myśliwskie, spodnie w stylu Manchester i buty z wysokimi cholewami uczestnicy polowania uformowali się w dwa długie szeregi i trzymając w prawej ręce róg myśliwski, w lewej ostry jak brzytwa oszczep na dziki czekali na towarzystwo myśliwskie, które zbliżało się w dwóch dużych eleganckich wozach myśliwskich, z których każdy ciągniony był przez dwa wspaniałe konie pełnej krwi. Następca tronu wysiadł jako pierwszy i przystąpił do zebranych witając ich dziarskim pozdrowieniem „Weidmanns Heil", które zostało gromko odwzajemnione. Również pozostali panowie, z których wymieńmy księcia Heinricha von Pless, księcia von Ratibor, księcia von Ujesd, hr. Kleista, hr. Eulenburga, hr. Maltzahna, hr. Brandenburga, zgrupowali się w międzyczasie obok i za następcą tronu, po czym ten oświadczył, że nie chce, aby mu przypędzono żubra, lecz życzy sobie sam go podejść. Ta wypowiedź była początkowo jak grom z jasnego nieba dla mojego towarzysza i mnie, ponieważ znaczyło to, że będziemy pozbawieni pierwszej, najciekawszej części polowania, jednak widząc radość braci myśliwskiej na te słowa księcia, który w prawdziwie myśliwski sposób wolał trudniejsze i bardziej niebezpieczne „podejście" zwierza, musieliśmy się w końcu z tym pogodzić i przynajmniej wzrokiem podążaliśmy za następcą tronu, który, gardząc powożonym przez łowczego wozem, pieszo, w towarzystwie księcia Heinricha i jednego ze swoich przybocznych myśliwych rozpoczął ciekawy podchód, podczas gdy pozostałe towarzystwo myśliwskie zgromadziło się wokół promieniujących przyjemnym ciepłem płonących stosów drewna.Teraz nastąpiła dłuższa, dość cicha, pełna oczekiwania pauza, od czasu do czasu przerywana tylko tu i ówdzie dyskusjami, czy również na tej drodze szczęście uśmiechnie się do Hohenzollerna, gdy nagle dochodzący z niewielkiej odległości ostry odgłos strzału ze strzelby rozstrzygnął wszelkie spory. Wśród obecnych natychmiast dało się zauważyć radosne ożywienie, które było tłumione jedynie przez niektórych miejscowych leśników, którzy twierdzili, że jest rzeczą niemożliwą, aby jedna kula wystarczyła do powalenia takiego kolosa.I tak jak gdyby sam los chciał potwierdzić ich słowa, usłyszeliśmy w tym momencie po raz drugi, i trzeci podobny do trzasku bicza odgłos wystrzału z flinty i zaraz po tym z dalekiej odległości rozległ się wydany przez samego księcia Heinricha sygnał: „Żubr martwy!". Monstrum zostało więc położone. Nie podjęto żadnych mających zapewnić bezpieczeństwo kroków; wprost przeciwnie, następca tronu w towarzystwie jedynie księcia i wspomnianego wyżej przybocznego myśliwego przemierzył pieszo połowę terenu polowania i spotkał liczące 8 sztuk stado żubrów pasące się na polanie. Teren pozwolił na podejście na odległość ok. 80 kroków, z której to odległości następca tronu ugodził żubra pierwszą kulą, która utkwiła trochę za łopatką. Stado natychmiast zaczęło uciekać galopem, natomiast, ranny zwierz ze złością rozdeptywał kopytami ziemię polany. Druga, widocznie śmiertelna kula, która utkwiła zaraz obok pierwszej, sprawiła, że olbrzym zaczął się chwiać, spoglądając tępym, pełnym wściekłości wzrokiem na zuchwałego, stojącego już swobodnie strzelca, będąc już jednak na szczęście zbyt słabym, aby się na niego rzucić, aż trzeci, wystrzelony z litości pocisk rzucił go z hukiem na ziemię. Natychmiast gospodarz polowania przyozdobił swojego dostojnego gościa zwyczajową gałązką jodły, po czym następca tronu powrócił niezwłocznie na miejsce zbiórki, zbierając po drodze gratulacje od pozostałych panów myśliwych, którzy po pierwszym strzale wyruszyli mu naprzeciw. Teraz rozpoczęła się druga część polowania.


Uformował się orszak myśliwych; całe towarzystwo z oszczepami na dzika na ramionach, wygrywając wesołe melodie, pociągnęło w stronę spędzonej zwierzyny za nimi postępował następca tronu z towarzyszącymi mu osobami, a na końcu szliśmy my, skromni naganiacze. Po kwadransie doszliśmy do rejonu polowania. Miał on postać podłużnego czworokąta o powierzchni ok. 400 mórg, porośniętego potężnymi jodłami, jesionami, dębami, bukami i wiązami bez żadnego poszycia. Był on otoczony z dwóch stron ogrodzeniem, z trzeciej strony rozwieszono długie na 12 stóp płótna, tzw. szmaty, natomiast czwarta strona osłonięta była siatkami z grubego na palec sznura. Poprzedniego wieczora siatki te zostały pod nadzorem łowczego opuszczone i podczas nocy w rejon ten została napędzona zwierzyna. Również teraz, gdy pochód myśliwych przybył przed ścianę z siatki, dwaj postawieni tam na posterunku leśnicy opuścili jej część. Pochód przeszedł przez tę lukę i wraz z ostatnim uprawnionym mężczyzną, plecionka powędrowała powrotem w górę i szybko została zabezpieczona palami przed ewentualnym atakiem zwierzyny.
„Byliśmy więźniami", jak zauważył z uśmiechem łowczy, i musieliśmy teraz bez zmiłowania do końca polowania brać udział w nagonce. Radząc nam, „abyśmy nie dali sobie rozerwać spodni przez jakiegoś nieprzyjaznego odyńca", pospieszył na czoło polowania. Jakieś sto kroków od wejścia, pod potężnym dębem znajdowało się stanowisko następcy tronu, widoczne już z daleka dzięki różnym białym tablicom, umieszczonym na rosnących obok jodłach, wskazujących, że niemiecki cesarz, podobnie jak następca tronu na tym stanowisku takiego i takiego dnia położyli tyle i tyle zwierzyny.
Po dotarciu do utworzonego z gałęzi jodłowych podobnego do ambony stanowiska, pochód zatrzymał się; następca tronu, w towarzystwie obu swoich nadwornych myśliwych, łowczego oraz jednego uzbrojonego w oszczep na dzika leśniczego, pożegnał się z księciem, i całe towarzystwo poszło dalej wzdłuż ogrodzenia, w kierunku drugiego, oddalonego o ok. 200 kroków stanowiska. Znowu oddzielił się jeden z panów i w ten sam sposób zostały jeszcze obsadzone kolejne dwa stanowiska, przy czym za każdym razem do strzelca dołączył człowiek z oszczepem na dziki.
W końcu uformowała się również cała kolumna naganiaczy, rozbrzmiał sygnał łowczego do rozpoczęcia polowania i przez całą linię przebiegła komenda „Naprzód!".
Już po kilku krokach zauważyliśmy wprost przed sobą duże, liczące może 30-40 sztuk stado dzików; stały one zbite ciasno koło siebie nawzajem, pokryte sierścią łby skierowane były w naszą stronę i tworzyły tak bardzo zbitą masę, że kula ostatniego niedzielnego strzelca musiałaby zranić wiele sztuk. W miarę jak do nich podchodziliśmy, ciasno zbity kłębek zaczął się rozluźniać, stado poczłapało chrząkając w stronę następcy tronu i zaraz po tym usłyszeliśmy również padający stamtąd pierwszy strzał.
Wydawało się, że wraz z jego odgłosem prysł jakiś czar. Natychmiast ze wszystkich stron rozległy się trzaski wystrzałów, szczególnie ze stanowiska następcy tronu, widocznego pośród potężnych pni, skąd widzieliśmy unoszące się co chwila do góry obłoki dymu strzelniczego.
Na dokładniejsze obserwacje nie mieliśmy jednak czasu. „Cała linia front!" rozbrzmiała komenda, a my zbieraliśmy się z powrotem do nagonki w tym samym terenie, jednak tym razem do tyłu. To drugie podejście było w każdym razie najciekawsze w całym polowaniu. Nie padło jeszcze wystarczająco dużo zwierzyny, aby cała arena stała się bardziej pusta: wprost przeciwnie, wystraszone stada przedstawiały częściowo wspaniały, po części zaś żałosny widok.
 
Gdy mianowicie podeszliśmy bliżej do jednej z takich stłoczonych z przerażenia grupy jeleni łopataczy, te wspaniałe stworzenia chciały oczywiście dać przed nami drapaka; jednak skonsternowane strzałami z tyłu i nauczone przez instynkt, że my jesteśmy najmniej niebezpiecznymi wrogami, wiodące zwierzę energicznym ruchem skierowało nagle swoje poroże ku nam i zaczęło biegnąć kłusem w naszym kierunku, a za nim podążyły posłusznie pozostałe. Pomimo całego naszego współczucia, nie mogliśmy oczywiście dopuścić do wyłomu i z głośnym krzykiem rzuciliśmy się naprzeciw atakujących nas zwierząt; jednak im więcej robiliśmy hałasu, tym mniej niebezpieczni musieliśmy się wydawać mądremu przywódcy stada, ponieważ ani przez chwilę nie był on zmieszany naszą szalejącą gromadą, leciał dając potężne susy ku nam i przemknął nad zdumionym naganiaczem, który zdążył się w porę pochylić. Nic nie pomogło, że rzucaliśmy w kierunku biegnących za nim zwierząt kije i to, co komu w danej chwili wpadło pod rękę - te dzielne zwierzęta sztuka po sztuce przecinały powietrze we wspaniałym i szlachetnym pędzie i po chwili były, przynajmniej podczas tej nagonki, uratowane. Patrzyłem jeszcze na uciekające zwierzęta, gdy jakaś silna ręka porwała mnie na bok i jednocześnie leśnik zawołał do mnie szorstkim głosem: „Panie, niech pan uważa, ten czarny osobnik tam przed nami chce się właśnie panem zająć!"
Zaskoczony, jednak w żadnym wypadku nieprzestraszony skierowałem wzrok we wskazanym kierunku i poczułem jednak, że nadszedł już czas aby poszukać sobie jakiegoś pnia na kryjówkę, ponieważ, do tej pory schowany w wysokiej trawie, prezentował się przede mną, siedząc na tylnych łapach, widocznie podstrzelony dzik, który, ponieważ stałem najbliżej niego, ani na chwilę nie spuszczał mnie z oczu i głośnym kłapaniem ostrzył swoją broń, przy czym obfity pot spływał z jego boków. Nie można się było długo zastanawiać. Leśnik, młody, silny mężczyzna, skoczył o krok do przodu, ugiął przy tym prawą nogę, tak że kolano dotykało prawie ziemi, skierował swój ostry jak brzytwa oszczep w stronę przeciwnika i czekał na szalejącego dzika, który również nie zwlekał ani sekundy z przyjęciem wyzwania. Chrząkając ochryple dzik pogalopował ku nam i tak mocno nadział się w sam środek piersi na broń, że leśnik nie dał rady wytrzymać uderzenia, lecz prawie upadł na bok. Nie groziło mu już jednak żadne niebezpieczeństwo, ponieważ żelazo zanurzyło się aż po rękojeść w ciele dzika, poza tym pod ręką było już dwóch innych leśników, którzy dokończyli dzieła.
Takich przyjemnych intermezzów zdarzało się jeszcze więcej co chwila w pobliżu nas, tu i tam na odmianę widziałem łopatacza, który leżał w trawie ciężko postrzelony i patrzył ku nam w śmiertelnych drgawkach, aż ktoś ciosem noża myśliwskiego litościwie zakończył jego mękę. Strzelby strzelały przy tym bez przerwy. Wszędzie, od naganiaczy aż do stanowisk szczęśliwych strzelców widać było położoną zwierzynę i wyraźnie dało się zauważyć mniejszą liczbę zwierząt, w szczególności dzików. Przy czwartej nagonce naliczyliśmy już niewiele dzików; musiały więc one albo paść ofiarą kul, albo też przedrzeć się przez siatkę, jak wyjaśnił nam z mocnym przekleństwem łowczy, który w ogóle spoglądał właśnie z na wpół posępnym, na wpół bolesnym wzrokiem na swoich zaszczutych leśnych ulubieńców. Również my byliśmy zmęczeni tą masakrą i żałowaliśmy szczególnie delikatnych cieląt, które prawie nieżywe ze strachu i wyczerpania ciągle jeszcze próbowały podążać za matką, jednak z powodu słabnących sił padały na ziemię, aż któryś z leśników lub naganiaczy pomógł im z powrotem wstać na nogi, przy czym z każdym razem rozbrzmiewało „Hurra", gdy biedne zwierzątko uciekało w podskokach. Następcy tronu chyba również przyszły do głowy podobne myśli, że już tego wystarczy, albo też czas naglił - w każdym razie po szóstej nagonce rozbrzmiał z jego stanowiska sygnał „Polowanie zakończone", po czym zadowoleni pospieszyliśmy w stronę wyjścia.
 
Już podczas podchodzenia do stanowisk różnych panów myśliwych widzieliśmy niejedną piękną sztukę, jednak było to nic w porównaniu ze wspaniałym odcinkiem, którym mógł się wykazać na koniec nagonki następca tronu! W najlepszym porządku leżały przed dostojnym panem, który teraz w najpogodniejszym nastroju i zadowolony ze swojego myśliwskiego szczęścia puszczał dym z krótkiej drewnianej fajki: w pierwszym rzędzie 14 okazałych jeleni łopataczy, za nimi 3 łanie daniela w końcu 7 odyńców, między nimi kilka dzików, przewodników stada. Był to zaprawdę wynik, z którego królewski strzelec mógł być tym bardziej dumny, że, jak zapewniał nas łowczy, podczas defilady przed nim stada danieli lub dzików za każdym razem wyszukiwał sobie tylko największe sztuki a pozostałym pozwalał ujść z życiem.
Gdy zebrali się wszyscy myśliwi, książę Heinrich kazał trąbić sygnał „Do śniadania" i w tym samym porządku, jak na początku nagonki, ruszył radosny pochód do miejsca gdzie podawano posiłek. Za nimi jechało pełnych 16 wozów myśliwskich z drabinkami do zwożenia zboża, które zwoziły potężne ilości upolowanej zwierzyny na wielki plac jej prezentacji. Podczas gdy panowie wetowali sobie długi post - w międzyczasie było już około godziny drugiej po południu - pod nadzorem łowczego zorganizowano szybko prezentację zdobyczy. Leżąc na zielonych gałęziach jodły, każda pojedyncza sztuka zwierzyny przykryta jeszcze gałęzią, rozciągały się w miarę jak nadjeżdżały wozy, długie szeregi zwierząt. Na środku pierwszego prezentowała się kolosalna postać żubra, który zgodnie z tym, co powiedział pewien znawca, miał ważyć pełne 16 cetnarów, po obu stronach ułożonych zostało po 12 największych łopataczy. Z tyłu leżał drugi rząd łopataczy a za nimi taki sam szereg danieli. W dwóch ostatnich rzędach leżały dziki.
Ponieważ czas naglił, panowie nie dali długo na siebie czekać. Najpierw pojawił się następca tronu, przy jego boku książę von Pless a zaraz za nim ks. von Ratibor z pozostałymi panami. Jak tylko następca tronu pozdrowił brać myśliwską, łowczy odczytał wyniki polowania. Zgodnie z tym położonych zostało: 1 żubr, 36 łopataczy, 2 szpicaki, 16 łani danieli i 43 dziki.
Był to nadzwyczaj świeży obraz, który zaoferowały nam ostatnie minuty przed odjazdem i nasz artysta starał się go w szczęśliwy sposób uwiecznić swoim rysikiem. Tymczasem myśliwi wygrywali w dające się odczuć chłodne powietrze wesołe fanfary i melodie, następca tronu podszedł do łowczego i do nadleśniczych, podając każdemu serdecznym gestem rękę na pożegnanie, podyskutował przez chwilę z księciem nad najlepszym sposobem zużytkowania skóry żubra, którą mu podarował gospodarz polowania. Postanowiono w końcu oddzielić głowę w celu jej wypchania, natomiast łapy pozostawić wraz ze skórą.
Aby zakończyć wesoło tę wspaniałą rozrywkę, musiał książę von Ratibor, jeden z najwyborniejszych myśliwych, w zapale wyszukania swojej zdobyczy, ponieważ książę chciał pozostawić poroża szczęśliwym strzelcom na pamiątkę, coś przeoczyć, gdyż przeszedł on przez nogi łopatacza i wkroczył na teren prezentacji. Następca tronu natychmiast zauważył to niezgodne z myśliwskim obyczajem zachowanie. Pogodnie zawołał do księcia gospodarza: „Drogi książę! Książę Rauden wszedł właśnie na teren prezentacji. Abyśmy więc mieli dziś już wszystko, musimy mu za karę zaczarować broń, aby już nigdy w nic więcej nie trafił Radosny śmiech, który nastąpił po tych słowach, był ostatnią rzeczą, którą usłyszeliśmy od następcy tronu. W chwilę po tym odjechał.

 

Tak samo jak poprzednio czasopismo Katolik zamieściło informację o tym polowaniu
 
Pszczyna: Książe następca tronu cesarskiego i królewskiego przybył 16.b.m. na polowanie do księcia Pszczyńskiego. Przenocowawszy w zamku „Promnitz" dnia 17 po krótkim powitaniu w Pszczynie przez landratha, sąd, duchowieństwo i lud zgromadzony, pojechał na Czarne doły gdzie polowano na sarny,  zające i bażanty (fazany ). Dwunastu strzelców zaproszonych ubiło w pierwszym dniu bażantów 204, sarn 2, zajęcy 190, królików dzikich 33, kuropatw 5, lisa 1 i królika. Dnia następnego odbyło się polowanie w lasach tyskich na jelenie, wieprze i tury (dzikie woły).

 

Jako przerywnik o żubrach dodam że Fryderyk III polując na żubra nie był w dobrach księcia Pszczyńskiego po raz pierwszy. Jego wizyty miały miejsce cztery razy, po raz pierwszy był w tym lesie 19 lutego 1857r gdzie polował w okolicach Cielmic i na pamiątkę tego wydarzenie postawiono pomnik z czerwonego granitu z odpowiednimi inskrypcjami oraz koroną królewską  Pomnika już nie ma, zaś chyba jedyną pamiątką jaka z tej wizyty pozostała to księga pamiątkowa dotycząca polowań która rozpoczyna się właśnie od tego polowania zaś o samym pomniku jest wspomnienie w kronice szkolnej w Cielmicach".

 

Wśród nadesłanych przez Pana Andrzeja Brandysa materiałów są także opisy polowań naszego bohatera Cesarza Wilhelma II.

 

Cesarz Wilhelm II jeszcze jako książę

"W lasach księcia pszczyńskiego na Śląsku był poprzedniego roku odstrzał żubra. W jednym z wcześniejszych numerów naszego czasopisma umieściliśmy notatkę że jego wysokość książę Wilhelm w Prusach miał zarezerwowany taki odstrzał . W poprzednich latach kaiser Wilhelm, książe Friedrich i książe Friedrich Karl z Prus już położyli po żubrze. To polowanie było na 9 pażdziernika 1885r wyznaczone na które teraz książę Wilhelm przybył a odstrzał miał miejsce w rewirze Międzyrzecze. Książe Wilhelm miał podniesione i chronione stanowisko na jednym obfitującym w wodzie bagnie, jego sąsiadem był książe Pszczyński. Z napięciem oczekiwał pokazujące się zwierzęta. Na początku ukazał się przed stanowiskiem nie ostrzeliwany rudel dzików (wataha dop. autora), a żubr nie martwił się pokazać. Nagle wynurzył się z młodnika, potężny kolos, pod którym grunt drżał a chaszcze i krzewy jak źdźbła łamał. Stanął i pozostał ten potężny zwierz na miejscu. Uciekał później ukośnie do stanowiska Jego Majestatu i otrzymał z 30 kroków z strzelby Księcia jedno pełne trafienie kulą w środek komory. Donośny odważny ryk oszalałego, pokazywał żubra w prostej ucieczce na wzniesienie i gdzie znowu zbiegnie w gąszcz. Szybko dał mu Książę jeszcze jedną, drugą i trzecią kulę, na co żubr załamał się i padł. Ten w tym roku zastrzelony żubr jest troszkę słabszy jak te wcześniejszymi latami położone. Jak donosi Książe będzie ten łeb spreparowany i jako podarunek Księcia zostanie wysłany do Poczdamu Zostało tutaj jeszcze 60 sztuk dzików i 7 sztuk danieli położone. Następnego dnia polowano w Strumieniu przy granicy z Austrią gdzie samodzielnie miał położyć 504 zające i 346 bażantów. Trzeciego dnia był ważnym gościem Hansa Henricha w Bazanciarni i uzyskał wynik na 687 zajęcy i 480 bażantów".

 

Cesarz Wilhelm II.

"Kilka dni przed polowaniem byk żubra który był określony do odstrzału przez jego majestat został oddzielony od stada i wystawiony do polowania w ogrodzeniu które obejmowało 100ha (400 mórg). Z tym potężnym żubrem razem zasiedlały jeszcze ten ogród 70 danieli , 50 jeleni i w części 80 bardzo dużych dzików. Strzelcy byli rozstawieni wokół rozmieszczonych fladr i tylko cesarz miał swoje stanowisko na niskiej, ustawionej pośród wspaniałych starych dębów ambonie, która stała niedaleko ważącego około 700 cetnarów granitowego bloku, który jego wysokość książę kazał postawić z odpowiednim napisem na pamiątkę niezapomnianego cesarza Wilhelma I .Wkrótce po rozpoczęciu prowadzonej z wielką rozwagą i znajomością rzeczy pierwszej nagonki, byk stał się płochliwy i skierował się niestety ale ostro ku stanowisku cesarza. Jedna dobrze ukierunkowana kula wyszła z nigdy nie pudłującej strzelby jego majestatu, trafiła wysoko w komorę, uszkodziła organy wewnętrzne i powaliła tego potężnego zwierza. Aby oddać jeszcze dwa konieczne strzały dobijające do jeszcze gwałtownie uderzającego wokół siebie i jeszcze groźnego potężnego żubra, cesarski pan polowania musiał opuścić ambonę i podkraść się do przedstawiającego wspaniały dziki widok żubra w jego twardym zmaganiu się ze śmiercią. Był to prawdziwie fascynujący i niezapomniany moment, obraz prawdziwego praniemieckiego łowiectwa, na który każdy niemiecki myśliwy może spojrzeć z uzasadnioną dumą! Żubr został natychmiast odtrąbiony. Jednak w tym momencie, gdy jego majestat udawał się od żubra na swoje stanowisko, pomiędzy jego majestatem a powalonym żubrem przemknęło około 20 dzików, z których monarcha z cudowną pewnością odstrzelił dwie największe sztuki. Wszystkie zwierzęta, które cesarz położył podczas tego polowania, dostały dobrze na blat. Do dzików jego majestat nie mógł już strzelać, natomiast ustrzelił on najlepsze jelenie i daniele. Polowanie cesarza w 1892roku jest ostatnim polowaniem w zwierzyńcu danieli na żubry".

 

Cesarz Wilhelm II
"W poniedziałek 7 grudnia 1901 roku w samo południe o godzinie 12:10 do Pszczyny przyjechał Cesarz Niemiec Wilhelm II Następnego dnia rano podczas silnej zamieci śnieżnej, trwającej na szczęście niecałą godzinę, wyjechano do rewiru leśnego gajowego Ammona, będącego w tym czasie opiekunem żubrów. Do odstrzału zostały przewidziane dwa byki, które przepędzono uprzednio w rejon mającego się odbyć polowania, przy czym należało bardzo uważać, aby żubry się nie spotkały, gdyż nie darzyły się nawzajem wielką sympatią i mogłoby dojść do walki.
Około 10 rano Cesarz z księciem pszczyńskim udali się na miejsce zbiórki, skąd Wilhelm II przeszedł pieszo do swojego stanowiska. Zaraz potem wydany został sygnał do rozpoczęcia polowania. Nagonka zagoniła siedmioletniego byka do ostrokołu z fladr. Miały go one zatrzymać na tyle długo, aby cesarz mógł spokojnie przyłożyć się do strzału. Po dłuższym oczekiwaniu, zauważono zbliżające się byka, który jednak w ostatniej chwili skręcił, przebiegł na drugą stronę ogrodzenia i zniknął w wysokim poszyciu lasu. Wydawało się, że polowanie będzie zakończone, gdy niespodziewanie dla wszystkich - żubr okrążył cały teren i podszedł w okolicę stanowiska z drugiej strony. Pomimo złej widoczności jako iż żubr po raz kolejny skrył się za krzakami, Wilhelm II postanowił ze swojej strzelby z lunetą kalibru 6 mm oddać strzał. Trafiony następnymi kulami żubr puścił się do ucieczki, dotarł aż do linii nagonki i stratował dwa półtora metrowe ogrodzenia. O wszystkim informowany był na bieżąco książę pszczyński. Dzięki naganiaczom byk został zagoniony w poprzednie miejsce i polowanie mogło ruszyć od nowa. Niestety w skutek niedopatrzenia - ktoś z personelu leśnego pomyślał iż byk siedmiolatek do którego strzelał cesarz został już położony, wypuścił drugiego byka. I tak przyszło do tego, że teraz obydwa byki znalazły się w tej samej nagonce, z czego jeden ciężko ranny. Jednakże sam Wilhelm II nie miał pojęcia o całym wydarzeniu.
I gdy jeden z tych byków pojawił się z lewej strony, cesarz musiał oddać do niego aż siedem strzałów, aby go powalić. Okazało się, że był nim ów zdrowy byk sześciolatek. Szybko powrócono zatem na stanowiska, gdyż w każdej chwili mógł się pokazać pierwszy z byków. Pół godziny później księciu zameldowano, że znajduje się on w pobliżu jednego pełniącego rolę posokowca - szorstkowłosego jamnika. Żubra z powodu jego ciężkich ran nie dało się popędzić do przodu, myśliwi wyruszyli więc na to miejsce pod kierownictwem leśniczego Ammona. Podeszli oni na odległość 80 kroków od osaczonego wśród wysokich drzew byka, Cesarz raz jeszcze przyłożył się do strzału i żubr upadł z hukiem. Zaraz został też zagrany sygnał ,,żubr martwy" po czym udano się do namiotu, aby spożyć śniadanie wraz z pozostałymi uczestnikami polowania. Po jedzeniu polowano na napędzone do ogrodzenia jelenie, daniele i dziki. Położono 3 jelenie, 4 łanie, 23 byki daniela, 17 łań daniela, 45 dzików i jednego zająca. Sam Wilhelm II ustrzelił: 2 jelenie 1 byka daniela i 13 małych dzików. Po polowaniu ułożono na ziemi upolowane zwierzęta, głowy żubrów miały zostać wyprawione".

Rogi  żubra strzelonego w 1901 r.


Aby można było wyobrazić sobie wielkość ustrzelonych przez Wilhelma II żubrów podano następujące dane:


byk 6 letni 2,94m długości,1,83 wysokości

szyja  -  90kg
łopatki  -  97,5 kg
nogi  -  138 kg
żebra  -  154kg
filet  -  7kg
język i ogon  -  12,5kg
głowa  -  53kg
skóra  -  57 kg
podroby  -  25kg
wnętrzności  -  140 kg
grzbiet   - 75 kg
suma: bez krwi  -  849 kg

 

drugi byk

szyja - 65kg
łopatki  -  86 kg
nogi - 112,5kg

żebra - 125kg
filet - 7kg
język i ogon-  5kg

głowa - 50kg

skóra - 60kg
podroby - 25kg
wnętrzności  -  140 kg
grzbiet - 75 kg

część ogonowa - 20kg

suma: bez krwi - 770,5 kg

 

Po prezentacji towarzystwo wsiadło do wozów i udało się w drogę powrotną do zamku. Cesarz opuścił Pszczynę dnia następnego".

 

Wilhelm II polował tutaj także po 1907 roku zapraszany przez następnego właściciela dóbr pszczyńskich Jana Henryka XV von Hochberg. W 1909 roku polował na żubry (strzelił ich dwa) i jelenie (strzelił dwa). W 1911 roku strzelił cztery jelenie, w 1913 trzy jelenie, w 1915 siedem, a w 1916 roku cztery jelenie. Polował także w czasie I Wojny Światowej, bowiem w latach 1914 - 1917, książę Jan XV oddał zamek pszczyński na cesarską Kwaterę Główną.

W zbiorach Muzeum Zamkowego w Pszczynie znajdują się gipsowe medaliony jeleni byków. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że mogą to być byki, a właściwie ich gipsowe odlewy, podarowane przez Cesarza Wilhelma II właścicielom Pszczyny. Przecież Cesarz tak postępował z rogaczami upolowanymi w Prakwicach. Przypomnijmy, że gipsowe odlewy najpiękniejszych, cesarskich rogaczy były ozdobą dworku w Prakwicach, a oryginały Cesarz zabrał do swojego zamku w Poczdamie.

Jan Henryk XV Hochberg

W mundurze huzarów

Dla znakomitych gości Jan Henryk XI wzniósł prześliczny zameczek myśliwski w Promnicach, zaś rezydencję w Pszczynie przebudował. Przy okazji powstały również: pałac w Berlinie i budynki stadniny koni w Pszczynie-Sznelowcu. Pieniędzy nigdy nie brakowało.

Zameczek myśliwski Promnice (Promnitz)

Najbardziej zyskownym przedsiębiorstwem był Browar Książęcy w Tychach, który dostarczał nawet 15 proc. dochodów Hochbergów. Sam książę nazywał go perłą wśród swoich dóbr. Ale magnat wiedział, że wyprodukowanie piwa to jeszcze nie pełen sukces. Ponieważ polował z kim trzeba i miał koneksje w wielu krajach, "Tyskie" pito na dworze cesarskim. Zostało zaserwowane również podczas uroczystego otwarcia wieży Eiffla w Paryżu.

Browar w Tychach

Następca Jana Henryka XI, książę Jan Henryk XV nie miał już takich gospodarczych talentów. Próbował jednak dorównać ojcu, udzielając się na polu dyplomacji. Został nawet przyjęty przez prezydenta w Białym Domu podczas wizyty w USA. Miał również ambicje architektoniczne. W 1907 roku zaczął trwającą prawie 20 lat wielką rozbudowę swojej dolnośląskiej siedziby, zamku Książ. Wtedy słynne książańskie tarasy o powierzchni 12 ha  otrzymały swoją obecną formę, wieża osiągnęła 47 metrów wysokości, powstały też dwa neorenesansowe skrzydła. Dzisiaj zamek jest trzecią pod względem wielkości budowlą tego typu w Polsce.
„Trzeba pamiętać, że Hochbergowie żyli niezwykle wystawnie – mówi Magdalena Woch z Centrum Europejskiego w Zamku Książ. 

Zamek Książ

Louis Haourdin książęcy kucharz i fotograf na tle zamku Książ

W samym zamku pracowało 300 osób, o tarasy dbało kolejnych 200. A rodzina księcia składała się przecież zaledwie z pięciu osób. Prócz tego Hochbergowie posiadali dobra rozsiane po całej Europie: pałacyk w Londynie, rezydencje w Berlinie, Wrocławiu, Albrechtburgu, Monachium, Partenkirchen i na Riwierze Francuskiej, a także wynajmowane na dłuższy czas apartamenty we Włoszech, Grecji, Hiszpanii i na Bliskim Wschodzie”.

W 1891 roku Jan Henryk XV ożenił się z młodziutką angielską arystokratką Daisy – Stokrotką, która choć pochodziła z zubożałej rodziny Cornwallis-West, była skoligacona z angielskim rodem królewskim. O strojach Daisy i jej biżuterii do dzisiaj krążą legendy. Jedna z nich mówi, że podczas podróży poślubnej Jan Henryk zabrał ją na połów pereł w arabskim Adenie i podarował bardzo długi sznur tych klejnotów. Pod wodą umarł ponoć jeden z nurków i dlatego księżna uważała perły za przeklęte. W rzeczywistości sznur pereł długości 6,70 m został kupiony w Paryżu za złoto wartości 3,5 mln marek! To robi jeszcze większe wrażenie niż legenda. Daisy uznawana była ówcześnie za najpiękniejszą kobietę epoki.

Księżna Daisy von Pless

Daisy z legendarnymi perłami

Życie Daisy i Jana Henryka XV, choć wypełnione luksusem, nie było do końca szczęśliwe.  Ona – niespełniona śpiewaczka (magnatce nie wypadało przecież występować) uważana za najpiękniejszą kobietę epoki – cierpiała z powodu pierwszej, również niespełnionej miłości do George’a Cromwella.
"Jan Henryk i Daisy poznali się w marcu, do oświadczyn doszło w maju, a do ślubu w grudniu. To wszystko biegło zbyt szybko, żeby młodzi się zdążyli poznać. Rok po ślubie Daisy urodziła córeczkę, która zmarła po 14 dniach. Potem przez 7 lat nie mogła zajść w ciążę. Lekarz twierdził, że Daisy powinna poddać się operacji – doradził jej to londyński specjalista, nie wiadomo jednak jakiej dziedziny. Dla Hochberga to była potwarz. Postanowił zabrać żonę w długą podróż. Wyjechali do Indii, gdzie on polował na tygrysy, ona zaś… ćwiczyła się w jeździe na wrotkach z młodym maharadżą. Potem Daisy urodziła jeszcze trzech synów, ale proszę zauważyć, że dość często na zdjęciach przebrani są w różne takie falbanki, czasem nawet w sukienki. Co prawda, do pewnego wieku wszystkie dzieci były wtedy tak ubierane, ale synowie Daisy chyba zdecydowanie za długo. Księżnej brakowało córki".
Był jeszcze jeden problem. Surowa pruska etykieta zupełnie nie odpowiadała angielskiej arystokratce. Męczył ją brak prywatności, ciągle obecna służba, niemal wojskowe przestrzeganie konwenansów. Nawet rodzinny piknik odbywał  się w obecności 20 służących. Jedna ze służących miała za zadanie tylko uchylać kołdrę księżnej gdy ta kładła się spać. Słynna stała się historia, kiedy w proteście przeciwko  sztywnym zasadom księżna von Pless przybyła do jadalni w sukni zszytej z worków na owies. Nie lubiła zamku w Pszczynie, gdzie zamieszkiwali jej teściowie a ukochała zamek Książ. Bardzo lubiła, ż wzajemnością, teściową Mathilde i "starego księcia" swojego teścia, którego w swych pamiętnikach nazywa "Vater". Dzięki niej przy każdym pokoju gościnnym w zamku Książ powstały łazienki. Sprowadziła ogrodnika z rodzinnego Newlands, aby urządził ogród w stylu angielskim (dzisiaj można podziwiać już tylko namiastkę tego, co zachwycało licznych gości zamku). Ze wspomnień jej współczesnych wynika, że była osobą ciepłą i przyjaźnie nastawioną do otoczenia. Angażowała się mocno w działalność charytatywną, także na rzecz jeńców wojennych podczas obu wojen światowych. Małżeństwo Daisy z księciem pszczyńskim skończyło się rozwodem, krążyły plotki o jej romansie z Cesarzem Wilhelmem II. Czy rzeczywiście miała romans z Cesarzem? Nie wydaje się to prawdziwe. Lubiła jednak kokietować mężczyzn, a jej stosunek do Wilhelma II opisuje fragment jej pamiętnika:

 

"(...) W Berlinie zawsze można było przeżyć jakieś nadzwyczajne ceremonie. Kiedyś leżałam w hotelu chora na grypę, gdy wpadł Hans pieniący się ze wściekłości, bo został przez Cesarza zaproszony do klubu „Biały Jeleń". By uzyskać członkostwo, trzeba było przybrać na krześle pozycję klęczącą i opowiedzieć sprośną historyjkę, po czym Cesarz pasował kandydata na rycerza waląc go po siedzeniu płaską stroną szabli. Insygniami był łańcuch z jelenich zębów zawieszany na szyi. Klnącego przez cały czas Hansa ubraliśmy w czerwony mundur huzarski i wysłaliśmy na ceremonię.
 
Mundury wtedy nosiło się na wszystkie okazje, nikt jednak nie przewyższał w tej sztuce Cesarza. Sławny był przypadek, gdy udał się kiedyś na biesiadę Klubu Automobilistów ubrany w mundur sapera, czym wywołał salwy śmiechu w Berlinie. Na innym bankiecie, w którym nie uczestniczyły oprócz niego żadne głowy koronowane, pojawił się w bryczesach z orderem podwiązki pełnym diamentów i szafirów pod kolanem, Złotym Runem u szyi, obwieszony gdzie się dało swymi pruskimi orderami i w zielonej pelerynie. Gdy przyjeżdżał do nas, otoczony był zawsze wielką świtą, co nie było żadnym problemem, gdyż Książ ma rozmiar miasteczka, a właściwie nim jest, z własnym sądem, więzieniem, administracją cywilną i wojskową itd. Cesarz i jego świta zawsze otrzymywali osobne skrzydło zamku. Do Pszczyny Cesarz przyjeżdżał pociągiem dworskim, a przy wizytach w Książu Hans oczekiwał go we Wrocławiu z galową karetą. Ja czekałam u drzwi, a personel ustawiony był w holu w dwóch rzędach, po jednej stronie kobiety, po drugiej mężczyźni. Cesarz witał się ze wszystkimi i udawał się do swych komnat, które Hans specjalnie dla niego wybudował i udekorował. Obiady Cesarz zawsze spożywał wspólnie z nami o dziesiątej lub jedenastej wieczorem. Wszyscy panowie byli w mundurach, a panie w sukniach wieczorowych i ozdobione całą zawartością rodzinnej skrzynki z klejnotami, z tiarami na głowie. Nienawidziłam tych obiadów ze względu na represywną etykietę. Za każdym razem, gdy Cesarz do kogoś przemówił, czy nawet wszedł do pokoju, wszyscy wstawali, panowie strzelali obcasami, a panie wykonywały dyg dworski. O ile wiem, nikt nigdy nie widział Cesarza w cywilnym ubraniu, może tylko cesarzowa w sypialni, ale nie jestem tego pewna, chyba i na tę okazję zakładał stosowny mundur.
 
Nie chcę przy tym insynuować, że Wilhelm II był nudnym gościem; wprost przeciwnie, był czarujący. W książce "Taniec na wulkanie" pisze jednak "W rzeczywistości jest tak przewrażliwiony, jak angielska guwernantka czy socjalistyczny lider. Miał zwyczaj obgadywania przyjaciół za ich lecami".

 

I dalej zapis w pamiętniku: "To procedura jego wizyty była tak nużąca: dla mnie, która miałam prywatne kontakty z brytyjską rodziną królewską, ten ceremoniał był czymś z innej planety, ale goście niemieccy chyba to uwielbiali, gdyż natura Niemców, a jeszcze bardziej Prusaków, wymaga bycia poddanymi, i pocą się z zachwytu gdy mogą strzelać obcasami i całować dłoń!

 

Krytykując ubiór Cesarza pisała: "Złoty wełniany szal oplatał jego szyję, a order św. Huberta, czy jak to się tam nazywa, zwisał gdzieś na nim. [ ... ] Z wielkim łańcuchem św. Huberta (noszącym napis w języku francuskim: Vive le Roy et ses chasses!) Cesarz nie rozstawał się nawet na polowaniu.


Lewą rękę Cesarz zawsze ukrywał w specjalnie skonstruowanej kieszeni. Mówiono o niej, że była uschnięta, ale widziałam ją i nie zgadza się to z prawdą: była zupełnie zdrowa, ale nigdy nie urosła - była ramieniem siedmioletniego dziecka. Cesarz w związku z tym nie mógł używać zwykłego widelca i noża, lecz zawsze woził ze sobą specjalnie skonstruowane sztućce. Stara mądrość mówi, że dusza i ciało muszą być w harmonii: jeśli ciało symetrii nie posiada, brak jej jest także duszy. Często myślałam, że Cesarz posiadł wiele cech charakteru, które odpowiadały jego defektowi fizycznemu: nigdy nie dojrzały!
Niemiłą cechą Wilhelma II było plotkowanie za plecami przyjaciół. O nas opowiadał, że bawimy się w chowanego na czworakach przy zgaszonym świetle, że ja kiedyś w czasie zabawy wykłułam oko mojej matce, która od tego czasu była prawie ślepa, i że moją ulubioną rozrywką było zjeżdżanie po schodach na Książu na srebrnej tacy, wszystko kompletne nonsensy. Zwykł to opowiadać ludziom, który już po paru godzinach donosili to mnie.
Największą jego słabością było przekonanie, które jest cechą wielu ludzi - uważał się za większego człowieka niż nim był naprawdę. Poradzić mu cokolwiek było bardzo trudne, gdyż uważał się za wielki autorytet w większości dziedzin. Z wielkim trudem szmuglowałam do niego wycinki z gazet na aktualne tematy polityczne. Było to ważne, gdyż jedyną gazetą, do której miał dostęp był specjalny przegląd prasy światowej przygotowany przez jego sekretarzy i drukowany złotą farbą, co było nieestetyczne i trudne do odczytania. 


Po odsunięciu Bismarcka od władzy Wilhelm II otoczył się niekompetentnymi ludźmi, głównie z tego powodu, że był zbyt słaby, by móc spojrzeć prawdzie w oczy i wolał kłamstwo i pochlebstwo. W historii będzie zapisany jako bezwolny pasażer czółna, które fala czasem wynosiła w górę, nie przeczuwający tego, że fala zatopi jego, jego dynastię i państwo i wszystko co reprezentował, cały dawny świat, monarchię rosyjską i habsburską, i wyłoni z siebie to niepojęte zło, które pod mianem bolszewizmu zaleje świat".

 

Księżna Daisy z dziećmi

Ponieważ żyła w otoczeniu myśliwych sama także brała udział w polowaniach, lecz nie była to jej ulubiona rozrywka. W swoich pamiętnikach wydanych drukiem w 2013 r. pt. "Lepiej przemilczeć" wspoina te polowania:

 

11 września 1907. Promnice.

 

"Po południu byłam z Hansem (mąż Jan Henryk XV Hochberg dop. autora) na polowaniu. Staliśmy za sztuczną ścianą, zbudowaną z jodeł z otworami strzelniczymi. Broń Hansa jest oczywiście wyposażona w teleskop (luneta dop. autora). Mając takie urządzenie, nikt chyba nie spudłuje. Jak Hans sam ironicznie zauważył, jest to "salonowe urządzenie". Zgadzam się, że nie jest to żaden sport, skoro jedyną umiejętnością myśliwego jest trafienie w z góry wybranego jelenia! Zabicie go na tak płaskim, jak tutejszy, teren, zza postawionej ściany, bez wcześniejszego tropienia i tylko dla zdobycia głowy do kolekcji, jest doprawdy zajęciem godnym starego, kulawego gentelmana. Prawdę mówiąc, polowania na jelenie w Niemczech są niczym innym, tylko próżną rywalizacją. Każdy właściciel lasów dąży do ustrzelenia jak największego samca, by wygrać puchar Cesarza. Moim zdaniem, polowania na sarny w Książu dostarczają więcej sportowych emocji, bo przynajmniej trzeba za nimi chodzić po górach i strzelać do nich zza prawdziwych krzaków lub drzew".

 

20 grudnia 1908 r. Książ.

 

"Przyjechałam tutaj wczoraj z Pszczyny. Polowania tam były pomyślne i radosnr (...) Miałam okazję strzelić żubra. Siedzieliśmy wszyscy w małych, zbudowanych kryjówkach, do których weszliśmy po drabinach (ambony dop. autora), ukrytych w gąszczu ostrokrzewów. Trzy żubry podeszły blisko mnie i Lichnowskiego, ale specjalnie wtedy zakaszlałam, żeby je spłoszyć. Żal mi było mojego brata Jerzego i Potockiego, którzy pragnęli trofeum, ale nie zastrzelili żadnego. Za to Hrabia Tiele, Betka i Salm zabili po jednym. Jeżeli wiedziałabym, że Betka zamierzała wtedy oddać strzał, nie płoszyłabym ich. Hans powiedział, że nie miałby nic przeciwko temu jakbym wtedy jednago zabiła. Ale nic to, bo za to trafiłam trzy dzikie świnie, co jest dla mnie większą satysfakcją, bo strzela się do nich w ruchu. Strzelaliśmy też do bażantów, niektóre z nich nawet dość wysoko się wanosiły. Pomimo głębokiego śniegu, pogoda była łagodna".

 

11 maja 1909 r. Pszczyna.

 

"Właśnie wróciłam z "ekspedycji na polowanie", na którą wybrałam się sama. Wiem, że powinnam traktować to poważnie, ale nie mogę. Hans zajęty był cały dzień z Regierungsrat (urzędnik rządowy), Hanzel (synek) leżał przeziębiony w łózku. Dlatego, o trzeciej, zdecydowałam się jechać powozem na odstrzałIł! Relitz - Hansa Leibjäger - usadowił się z pistoletem i strzelbą na kożle, a ja na małym siedzeniu w środku, gdzie stał również mały kij z flagą na końcu do trzymania się podczas strzałów w pełnym pędzie, ale z tego jeszcze się nie śmiałam. Siedziałam sobie z nogami wsadzonymi do futrzanego worka, bo było zimno i kiedy wyjechaliśmy z parku na starą, dobrze mi znaną drogę do Promnic, zaczęłam czytać gazetę Daily Mail, gdzie trafiłam na kilka interesujących wieści (...) Skończyłam przeglądanie gazety akurat kiedy wjechaliśmy w las. Tam Bäcker, bardzo miły człowiek i tak samo jak Relitz, ubrany w piękny, zielony uniform Jagd'a (ale bez nowych rękawiczek) poprowadził nas do odludnego miejsca gdzie wysiadłam z powozu. Bäcker szedł pierwszy, za nim ja, a za mną Relitz z dwoma strzelbami na jednym ramieniu, składanym krzesłem w ręce i z zarzuconym na drugim ramieniu, moim płaszczem i - nie wiadomo dlaczego - workiem na nogi. Doszliśmy do bagnistej, ale ślicznej łąki, gdzie stała mała zielona budka, w której Bäcker zamknął mnie z Relitzem, workiem na nogi, strzelbami, składanym krzesłem oraz laskami i poszedł sobie, życząc nam na odchodnym "Weidmannsbeil" (Dobrego sportu). Próbowałam stanąć, ale nie mogłam, bo dach z gałezi jodły był za niski i kiedy się ruszyłam, prysznic małych brązowych igiełek spadał na mój kapelusz i szyję. Ewentualnie jakoć się usadowiliśmy i zobaczyliśmy pięć cietrzewi. Nie trafiłam żadnego pierwszym strzałem, bo nie mogłam trzymać się pewnie na nogach. Musiałam się położyć, żeby umieścić strzelbę w jednej z "dziur" i trzymać nogi szeroko rozkraczone. Oczywiście, szczęśliwy pan cietrzew i pani cietwierzowa odfrunęli. Kolejni zjawili się za jakiś piętnaście minut i wtedy ustrzeliłam jednego. Kiedy pół godziny później podjeżdżaliśmy pod pałac, Relitz wyciągnął przy bramie srebrną trąbkę. Powiedziałam mu: "Proszę nie dąć, przecież nic nie odstrzeliliśmy", on odpowiedział "Ach, Durchlautch, eins genug" (Ależ Wasza Wysokość, wystarczy, że jeden został zabity( i zadął. Gdy pojazd przekroczył przedsionek, czekał już tam na nas wyprostowany na baczność, jak z kamienia, nasz piękny wartownik w dwurożnym kapeluszu z laską a z pałacu wysypali się służący, Hannussek i dwaj kamerdynerzy. Hannussek, który pomógł mi wysiąść, ledwo powstrzymywał uśmiech, bo tak samo jak ja, zauważył absurdalność całej sytuacji. Nie mogłam dłużej wytrzymać i wbiegłam do domu, krztusząc się za śmiechu. Wciąż się z tego śmieję i nic na to nie poradzę, tyle zamieszania z powodu biednego, małego cietrzewia, leżącego smętnie na kożle pod nogami Relitza".

 

Z odnalezionego dopiero niedawno aktu zgonu wynika, że księżna Daisy zmarła w nędzy dzień po swoich 70. urodzinach, 29 czerwca 1943 roku, o godzinie 19:30 w wałbrzyskiej willi na Friedlanderstrasse 43. Została pochowana w mauzoleum Hochbergów na terenie książańskiego parku, odprowadzana na miejsce ostatniego spoczynku przez służbę, dawnych urzędników dworskich, górników, licznie zgromadzoną ludność pamiętającą jej zasługi dla najbiedniejszych.
Później wszystko jest już zagadką i tajemnicą. Ponieważ zgodnie z ostatnią wolą księżna została pochowana ze swoimi słynnymi perłami, uwielbiająca ją służba bała się, że grób zostanie zbezczeszczony przez złodziei cmentarnych. Dlatego trumna ze szczątkami księżnej była kilkakrotnie przenoszona w różne miejsca. Prawdopodobnie tuż przed tym, gdy do Wałbrzycha zbliżyły się wojska Armii Czerwonej w 1945 roku, służba księżnej przeniosła jej dębowo-ołowianą trumnę do parku, do nieoznakowanego grobu. Rosjanie wiedząc o bogactwie Hochbergów zniszczyli groby w mauzoleum i sprofanowali trumny w poszukiwaniu kosztowności, podobno zniszczyli też pewien grób poza mauzoleum, gdyż zwrócili uwagę na przepiękne kwiaty na nim rosnące. Czy znaleźli tam trumnę Daisy i ukradli perły? Prawdopodobnie nie, gdyż tej ilości i jakości perły w końcu pojawiłyby się na rynku biżuterii. Czy pereł w grobowcu nie było? Czy w takim razie ktoś je zabrał z ostatniego domu, w którym przebywała i umarła księżna?
Kochający ją ludzie, dawna służba, ogrodnicy i pokojówki, z narażeniem życia postanawiają ponownie przenieść z Książa doczesne szczątki ukochanej księżnej i pochować ją w bezpiecznym miejscu. Wybierają cichy cmentarz ewangelicki w Szczawienku (Nieder Salzbrunn), gdzie znajduje się upatrzony wcześniej pusty grób pewnego kupca. Kim była dla nich księżna Daisy za życia, że tak się troszczą o nią nawet po jej śmierci? Pamięć o pięknej księżnej, najpiękniejszej kobiecie Europy, filantropki, pacyfistki, bohaterskiej antyfaszystki i reformatorce społecznej pozostaje żywa i stanowi wspólne dziedzictwo Dolnego i Górnego Śląska. W 2012 roku powstaje Fundacja im. Księżnej Daisy von Pless (http://www.facebook.com/FundacjaDaisy), której jednym z fundatorów jest Zamek Książ i Urząd Miasta Wałbrzycha, a rok 2013 jest ogłoszony Rokiem Księżnej Daisy z powodu przypadających w tym czasie: 140. rocznicy jej urodzin i 70. rocznicy śmierci. Pszczyna ma w Rynku ławeczkę z rzeźbą siedzącej księżnej, a wałbrzyska willa, w której zmarła, ma być przekształcona w multimedialne muzeum poświęcone jej pamięci.

Ostatnie wspólne zdjęcie rodziny von Pless

Ówczesny świat znał Daisy von Pless jako typową angielską piękność, złotowłosą, ze wspaniałą cerą, świetną figurą i wielkim urokiem osobistym. Umiała pięknie się poruszać, jeździć na koniu, polować, strzelać, żeglować, śpiewać, grać i tańczyć, wszystko doskonale. Odznaczała się poza tym wysoką inteligencją i wielkim poczuciem humoru, co odzwierciedla się na kartach wspomnień. Nie bała się nigdy powiedzieć prawdy, o sobie, swojej rodzinie czy przyjaciołach, ale nigdy nie zniża się do powtarzania skandalicznych plotek. (Prawdę mówiąc jestem zafascynowany jej postacią i tragicznymi losmi - dop. autora).

 

Ze wspomnień Daisy von Pless: "Gdy przybyłam do Pszczyny, zobaczyłam tam wielki biały pałac, który mój teść wybudował w 1870 roku na miejscu starszego zamku. Styl był pseudofrancuski, powszechny w Niemczech w tamtych czasach, a w środku stała masa ciężkich pozłoconych mebli, które uważano za francuskie, podczas gdy były niezręcznymi niemieckimi imitacjami. Pałac otaczał wielohektarowy park z. tarasami, ogrodami i dość banalnymi posągami. Masa przepychu i luksusu, bez odrobiny komfortu i wygody, bez ani jednej łazienki poza moją osobistą, urządzoną dla mnie przez męża, ze ścianami pokrytymi złotą mozaiką (została później przeniesiona na Książ). Cała służba i wszyscy urzędnicy zgotowali mi powitanie odziani w swe liberie i mundury. I w Pszczynie, i na Książu personel był zorganizowany na modłę wojskową i codziennie odbywał rodzaj musztry. Służące nosiły śląski strój ludowy w kolorach ciemnoczerwonym i srebrnym. Lokaje paradowali na schodach w niebieskich kurtkach, białych pończochach i białych rękawiczkach, co mi się wydawało niegustowne. Ich potworna ilość dziwiła mnie i przerażała. Podobały mi się tylko pokojówki w krótkich szkarłatnych spódniczkach, białych fartuszkach i czepkach i z włosami zaplecionymi w warkocz - wydawały mi się zabawne.
Ceremoniał był dla mnie przeraźliwie nużący. Nie znałam niemieckiego i nie umiałam wyrazić swych życzeń. Jeśli chciałam przejść z jednego pokoju do drugiego, musiałam zadzwonić dzwonkiem, służący otwierał drzwi, a przede mną szedł cały czas lokaj. Pragnęłam tylko znaleźć spokojny kąt, by tam usiąść i czekać aż przyjdzie poczta z Anglii. Gdy tylko nauczyłam się trochę niemieckiego, wyjaśniłam służbie, że owe ceremonie uważam za niepotrzebne, że sama potrafię otworzyć drzwi i położyć się do łóżka. Wywołało to głębokie niezadowolenie mojego męża, który uznał to za ingerencję w obowiązki służby i konflikt na ten temat trwał do końca małżeństwa" (...) Teść kochał Pszczynę, która mi nigdy nie odpowiadała.

 

Nie ma już w Książu księżnej Marii Teresy Olivii, zwanej Daisy – Stokrotką, skoligaconej z brytyjskim high society. Wzięła z sobą do grobu tajemnicę legendarnych pereł, które wraz z jej doczesnymi szczątkami ukryto w nieznanym miejscu. Dzisiaj bardziej żywa jest pamięć o Stokrotce niż o jej mężu – Janie Henryku XV von Hochberg o przyznanym mu przez Cesarza Wilhelma II tytule arcyksięcia von Pless. Nie żyją też synowie magnata o imionach przekazywanych wiekową tradycją: Henryk, Konrad, Bolko. (...) Małżonek księżnej Daisy – Jan Henryk, obejmując w posiadanie renesansowy zamek, był piętnastym z kolei dziedzicem tego imienia. W bajkowej scenerii podejmowano tu nie lada gości: Cesarza Wilhelma II, Franciszka Józefa I, cara Mikołaja II. Daisy, córka pułkownika armii królewskiej, zubożałego arystokraty Cornvallisa Westa, brała ślub w londyńskiej katedrze, a weselne przyjęcie wyprawiono w pałacu rosyjskiej księżnej Dołgoruki, zaprzyjaźnionej z rodziną panny młodej. Ogólny zachwyt gości, także i przyszłego króla Jerzego z małżonką, wzbudził ślubny podarek niemieckiego teścia dla angielskiej synowej – złota korona, szczodrze wysadzana prawdziwymi brylantami.

 

Opuszczając rodzinny kraj, Daisy była pełna nadziei na szczęśliwy związek z Janem Henrykiem. Złudne marzenia! Wkrótce napisze z goryczą: „Kochał mnie jak piękny mebel, a naprawdę to kochał tylko konie, wyścigi, polowania i Cesarza Wilhelma II”.

Ona – pełna fantazji, otwarta na dziejące się wokół wydarzenia, interesująca się literaturą, sztuką, polityką, a on – w drodze do kariery dyplomaty, polityka, schlebiający uniżenie możnym tego świata. Z próżności obsypywał żonę kosztowną biżuterią, nie żałując pieniędzy na oprawę, na wspaniałe toalety; niech błyszczy na przyjęciach, na balach, niech ściąga spojrzenia znaczących osobistości. Angielce nie imponowały zaszczyty płynące z niemieckich dworów, śmieszył ją pałacowy ceremoniał. Poziomem intelektualnym, talentami artystycznymi przewyższała środowisko. Irytował ją sam Cesarz Niemiec. Bystra obserwatorka w autobiograficznym dziele „Taniec na wulkanie” stwierdzi, że: „Nie był to mędrzec. Pochlebstwami i przymilaniem się można go było zaprowadzić wszędzie, nawet w najbardziej głupią sprawę, a co gorsza – w wojnę. A gdybym była stara, brzydka i zaniedbana, nie rozmawiałby ze mną, tak jak to czyni podczas wizyt, ale odesłałby mnie zapewne – tak jak swoje rodaczki – do kuchni, do wychowywania dzieci i na pacierze do kościoła”.

Z małżonkiem Janem Henrykiem łączyła ją głównie pasja do podróży. Bywali często w Paryżu, w Rzymie, wyprawiali się na egzotyczne lądy, pływali motorowym jachtem po dalekich morzach. Młodej księżnej czas mijał nie tylko na wojażach, lecz także na rodzeniu dzieci. Powiła ich czworo; pierworodna córeczka zmarła w niemowlęctwie. Potem przyszło na świat trzech synów: w 1900 roku – Henryk, pięć lat później – Aleksander, a w 1910 roku – Bolko, przyczyna wielkich strapień matki pod koniec życia. Przed pierwszą wojną światową Daisy jest młodą jeszcze, bo niespełna czterdziestoletnią kobietą i nie staje się przez potrójne macierzyństwo dostojną matroną, przestrzegającą sztywno zasad dworskiej etykiety. Te lata spędza głównie we wspaniałym zamczysku w Pszczynie i w ulubionej siedzibie w Książu. -  http://historia.focus.pl 

 

Zamek w Pszczynie

Jedno z pałacowych wnętrz

Podczas I Wojny Światowej książę Jan Henryk XV udostępnił swój zamek w Pszczynie na kwaterę główną Wilhelma II. Podczas pobytu w Pszczynie organizowano dla Monarchy polowania.

Salon cesarski w Pszczynie

Cesarz z marszałkiem Hindenburgiem w Pszczynie. W latach 1914 - 1917 mieściły się tutaj: sztab wojsk niemieckich i Kwatera Główna Wilhelma II

W 1916 r. w Pszczynie znajdowała się kwatera główna, której głównym gościem był Cesarz Wilhelm II i aby urozmaicić mu czas oraz oderwać od obowiązków są organizowane polowania w tym na żubry. Cesarz według opisów nie był skory do uczestnictwa w polowaniach (trudno w to uwierzyć dop. autora). Dopiero gdy mu wytłumaczono, że odstrzał i tak musi być zrealizowany a mięso z ubitej zwierzyny będzie przekazane dla ludności cywilnej, w tym do szpitali, zgodził się wziąć udział w polowaniach. W sumie odbyło się ich 10, w których pozyskano 1 żubra

Cesarz i Jan Henryk XV Hochberg przed Bramą Wybrańców

Cesarz i Cesarzowa przed Kwaterą Główną w Pszczynie

Kajzer z generałami

Odkąd w maju 1915 r. pałac w Pszczynie stał się główną kwaterą Cesarza Wilhelma II, jego bramę przekroczyło wielu niemieckich polityków i dygnitarzy wojennych. Jednym z nich był as niemieckiego lotnictwa, baron Manfred von Richthofen (1892 – 1918) zwany Czerwonym Baronem, który wezwany został do sztabu w maju 1917 r.

Manfred von Richthofen, “Czerwony Baron”, gościł w Pszczynie w maju 1917 r.

Przedstawmy opis tego wydarzenia opublikowany w czasopiśmie "Epoka":

Z ponad pięćdziesięcioma zwycięstwami na swoim koncie, von Richthofen był już wtedy bohaterem narodowym. Przezwany "Czerwonym Baronem" z powodu koloru swojego samolotu, był równie znany i szanowany po przeciwnej stronie frontu.

Zaszczycony takim gościem, książę Jan Henryk XV von Pless zaofiarował mu polowanie na żubra – rozrywkę iście królewską, zarezerwowaną do tej pory tylko dla wybrańców. Jak wynika z jego pamiętnika, Manfred von Richthofen docenił bardzo tą unikalną ofertę, świadomy faktu że "za kilkadziesiąt lat nie będzie już żubrów" na ziemi.
W Pszczynie zjawił się ponownie po południu 26 maja 1917 r. i od razu ze stacji został przewieziony do lasu. Ustawiono go na "podwyższeniu", z którego strzelał do żubrów sam kajser.  Po dość długim oczekiwaniu, zobaczył nagle wśród drzew "czarnego olbrzyma" biegnącego w jego kierunku. Podniecony, przygotował się do strzału, lecz go nie oddał, czekając aż podejdzie jeszcze bliżej. Ale żubr zniknął w gęstwinie, pozostawiając po sobie przez chwilę odgłosy tupotu i chruczenia oraz wrażenie, które Czerwony Baron tak opisał: "kiedy ten byk się zbliżał, doznałem tego samego odczucia rozgorączkowania, jakie nachodzi mnie gdy będąc w samolocie zauważam w oddali angielskiego pilota, w kierunku którego muszę jeszcze lecieć kolejnych pięć minut by go dosięgnąć".

Wkrótce  przybiegł drugi, równie wielki, żubr, do którego Manfred von Richthofen strzelił z odległości osiemdziesięciu jardów, ale nie udało mu się go trafić ani w bark, ani w serce. Pamiętał jednak radę udzieloną mu wcześniej przez Hindenburga: "Musisz wziąć ze sobą dużo naboji (…), bo ta bestia nie umiera łatwo. Jej serce leży głeboko i zazwyczaj się w nie nie dosięga".  Dopiero trzecia kula zatrzymała żubra, który padł pięćdziesiąt jardów od Czerwonego Barona i umarł po pięciu minutach.
W drodze powrotnej z polowania Manfred von Richthofen przystanął w Promnicach, gdzie Hans oprowadził go po zameczku myśliwskim. Do Pszczyny dotarli przed zmierzchem.

 

A oto inny opis tego polowania asa lotnictwa przesłany mi przez Pana Andrzeja Brandysa:

 

„Żubr to zwierzę, które w języku miejscowym określane jest jako tur, prawdziwe tury wyginęły. Żubr jest jego najbliższym krewnym. Na ziemi są jeszcze tylko dwa miejsca i to jest Pszczyna i carski rezerwat w Puszczy Białowieskiej. A więc dzięki dobroci księcia dostałem pozwolenie zastrzelenia tak rzadkiego zwierzęcia. Mniej więcej za życia jednego pokolenia, zwierzęta te wyginą, ponieważ zostaną wybite. Przyjechałem do Pszczyny po południu 26 maja i musiałem z dworca zaraz dalej jechać, żeby jeszcze tego samego wieczora żubra ustrzelić. Jechaliśmy słynną drogą, przez olbrzymi park księcia. Po około godzinie wysiedliśmy i mieliśmy jeszcze pół godziny, aby dojść do mojego stanowiska, podczas gdy naganiacze byli już rozstawieni, aby na dany znak, rozpocząć nagonkę. Czekałem na ambonie, na której - jak mi główny zarządca lasu powiedział - cesarz uprzednio stał. Długo wszyscy czekaliśmy, aż nagle zobaczyłem w wysokich drzewach, ogromne czarne cielsko, które zbliżało się wprost na mnie. To był potężny byk, stanął w odległości 250 kroków. Niestety znajdował się za daleko do strzału. Dlatego wolałem czekać aż bliżej podejdzie. Musiał chyba znowu wyczuć naganiaczy, gdyż nagle wykonał nagły zwrot i zaczął biec z takim pędem, jakiego po takim zwierzu nikt by się nie spodziewał. Poczym zniknął za grupą gęstych świerków. Słyszałem jeszcze jego parskanie i tupanie, lecz nie mogłem go już zobaczyć. Czy był to widok zwierzęcia, do którego nie byłem przywykły - w każdym razie w chwili, gdy ten żubr się zbliżał ogarniało mnie to samo uczucie, ta sama gorączka myśliwska, która mnie chwyta jak w samolocie siedzę i widzę Anglika.
Nie trwało to długo, gdy pojawił się drugi żubr - równie potężny. Ten dla odmiany ułatwił mi sprawę. Zatrzymał się na odległość stu kroków. Pierwszy strzał ugodził żubra w bok.
 
Pamiętam jak sam Hindenburg powiedział mi miesiąc wcześniej żebym zabrał ze sobą odpowiednio dużo naboi. Serce jest umieszczone u takiego żubra bardzo głęboko dlatego przeważnie się chybia. I to się zgadzało. Oddałem kolejne strzały: drugi i trzeci. Żubr dalej stoi, ale jest mocno ranny. Chwilę później zwierzę padło. Polowanie zostało zakończone. Wszystkie trzy kule siedziały w pobliżu serca. Potem pojechaliśmy do pięknego domku myśliwskiego w Promnicach. Krótko przed zmrokiem wróciliśmy do Pszczyny ".

Zameczek myśliwski w Promnicach (Promnitz)

Promnice widok współczesny

Jeśli chcemy zobaczyć, jak wyglądał budowniczy zameczku, spójrzmy na postać patrona myśliwych, św. Huberta, którego figura w towarzystwie jelenia stoi od 1864 roku na zamkowym dziedzińcu. Jest ona dziełem rzeźbiarza Jana Jandy, który stworzył ją na zamówienie rodziny Hochbergów. Twarzy świętego nadano rysy Jana Henryka XI. Stoi ubrany w tunikę, przez plecy ma narzuconą skórę z niedźwiedzia, a na ramieniu torba myśliwska i łuk.

 

Manfred von Richthofen po wizycie,  zapisał w swoim dzienniku: "Posiadłość księcia von Pless nie jest zwyczajnym rezerwatem. Ciągnie się na milionie arów i żyją na niej dostojne jelenie, których nie widział jeszcze żaden człowiek. Nawet leśnicy ich nie znają. Czasami są odstrzeliwane. Ktoś może błąkać się po tym lesie tygodniami i nie spotkać żubra. Są takie okresy w roku, że w ogóle nie można go znaleźć. Żubry lubią ciszę i potrafią ukryć się dobrze  w gąszczu gigantycznej puszczy".
Jego przepowiednia, że "za kilkadziesiąt lat nie będzie żubrów" na ziemi, nieomal sprawdziła się znacznie wcześniej. Już podczas swojego pobytu w Pszczynie wiedział o losie żubrów w Białowieży, pisząc z odrobiną ironii: "Puszcza białowieska ucierpiała okropnie podczas działań wojennych. Wiele wspaniałych żubrów, które powinny były być łowione przez Cara i innych monarchów, zostało zjedzonych przez niemieckich muszkieterów".
W 1918 r. w lasach pszczyńskich było wciąż ponad 70 żubrów. Jednakże zawierucha powojenna na Górnym Śląsku, w tym kłusownictwo i beztroskie polowania stacjonujących tam oficerów sił alianckich, zdziesiątkowała ich pogłowie do pięciu sztuk w 1921 r. i tylko trzech w 1924 r. Gdyby nie determinacja zoologa Jana Sztolcmana, który odbudował ich populację rozmnażając ocalałe żubry Hochbergów z okazami z ogrodów zoologicznych, ani w Pszczynie, ani w Białowieży już by ich nie było.

 

Wracając na naszego bohatera to Wilhelm II, jak jego przodkowie, lubił polowania w zagrodzonych zwierzyńcach. Budzą one niesmak wśród współczesnych myśliwych, ale podówczas w Niemczech taki sposób polowania nie wzbudzał kontrowersji.

 

Wilhelm II zawsze ukrywał niesprawną rękę

W biografii łowieckiej Cesarza istotne były polowania w Hubertusstock. W swych „Pamiętnikach” Julian Fałat bardzo dokładnie opisuje łowy w tym słynnym obwodzie Cesarza Wilhelma II. Oto fragmenty tych opisów: 

„(...) Polowania odbywały się rocznie zawsze tym samym trybem, tak że, opis jednego z nich da pojęcie o wszystkich. Wyjazd z zameczka następował o szóstej albo siódmej rano. Po obfitym mięsnym śniadaniu zajmujemy miejsca w specjalnie na ten cel skonstruowanym wozie "pirschwagen" (wózek do polowań z podchodem), mieszczącym sześć osób, na koźle, obok furmana, siedzi "forstaufseher" (gajowy) tego rewiru, w którym znajduje się jeleń, przeznaczony do upolowania, a obserwowany już od wielu tygodni, o znanej wielkości rogów i znanych przyzwyczajeniach. (...).  Przybywszy w dany rewir, jedzie się stępa, aby móc łatwiej wypatrzeć jelenia i nie spłoszyć go. Najczęściej forstaufseher (gajowy) z kozła wskazuje pierwszy dyskretnie palcem kierunek, w którym odkrył jelenia wśród paproci; jeżeli jeleń jest płochliwy, to Cesarz sam wyskakuje z powozu z podaną mu strzelbą – zaś powóz, którego jeleń nie spuszcza z oka, jedzie dalej stępa. Cesarz ma więc możność zbliżenia się do jelenia na odległość strzału. Forstmeister (nadleśniczy) i leibjager (nadworny strzelec przyboczny) z powozu śledzą z wielką uwagą zachowanie się jelenia przed strzałem i po strzale. Cesarz Wilhelm był doskonałym strzelcem  i najczęściej trafiał zwierzynę pierwszym strzałem; bardzo rzadko zdarzało się aby musiał strzelać ponownie, już do uciekającego jelenia. Cesarz zwykle pierwszy ogląda skutki strzału  i ocenia jelenia, czy zasługuje na tytuł „ein kapitalhirsch” (byka o kapitalnym wieńcu). Forstmeister obcina tymczasem gałązkę świerku lub dębiny  i salutując, podaje ją na kordelasie Cesarzowi, który zatyka tę oznakę zwycięstwa za wstążkę u kapelusza. Leibjäger dobiera się do zębów trzonowych jelenia, zwanych „grandeln”(grandle)  – po rogach – najcenniejsze trofeum myśliwego. Po krótkiej dyskusji na temat podejścia i zachowania jelenia i po opowiedzeniu jego historii (każdy jeleń ma bowiem swoją historię) przez fostaufshera, Cesarz zajmuje miejsce w powozie, aby z kolei zacząć polowanie na innego jelenia. Po drugim lub trzecim jeleniu, zwykle około dziewiątej, Cesarz każe podać „butterschnitty” (kanapki), które wszyscy jemy z apetytem, popijając doskonałym winem mozelskim, najchętniej pijanym przez Cesarza. (...) W miarę oddalania się od zameczku forstmeister kieruje polowaniem, tak aby Cesarz najpóźniej o pierwszej godzinie wrócił na obiad do Huberusstock, a w drodze powrotnej mógł zabić jeszcze jednego jelenia. (...) W bardzo odległych rewirach, Cesarz polował przez cały dzień nie wracając do Hubertusstock. Na obiad, przywożony w skonstruowanych specjalnie wozach, przybywała zwyle i Cesarzowa ze świtą; na ten cel były przeznaczone altany, nieraz dość obszerne, o wyglądzie malowniczym i dostosowanym do pejzażu. Jedna z nich, nad jeziorem Glasow, była tak urocza, że zawsze z żalem ją opuszczałem. Niewielkie, ukryte w lasach jeziorko, było widocznie ulubione przez jelenie, które często podczas naszego śniadania przybywały tam, aby wytarzać się w błocie. (...) Oprócz "kazalnic" (rodzaj myśliwskich ambon) było wiele - szczególnie na brzegach zagajników - ukrytych stanowisk, dostępnych przez ścieżki wśród gęstwiny, czasem nawet przez podziemne ganki, które prowadziły do ulubionych przez zwierzynę miejsc pobytu lub starć. Taki ganek kończył się zwykle rodzajem altany prawie zupełnie ukrytej w ziemi, mającej tylko małe otwory jako strzelnice. (...) Cesarz nigdy nie polował w niedzielę." (...).

W czasie swojego łowieckiego życia Wilhelm II strzelił ogromne ilości zwierzyny. Zostało to skrupulatnie odnotowane w zapiskach, przez Jego dworską kamarylę.

Całkowity pokot Cesarza Wilhelma II. Lata 1872 – 1918.
78 330 szt. strzelonej zwierzyny
(wg. A. Gautschi)

Żubry

8 szt.

Dziki (grube)

3252 szt.

Perliczki

2 szt.

Łosie - łopatacze

12 szt.

Dziki (słabe)

316 szt.

Słonki

5 szt.

Renifery

8 szt.

Głuszce

108 szt.

Bekasy

2 szt.

Jelenie byki

2133 szt.

Cietrzewie

25 szt.

Kaczki

170 szt.

Jelenie łanie

98 szt.

Pardwy

95 szt.

Czaple/kormorany

826 szt.

Daniele byki

1848 szt.

Dzikie indyki

3 szt.

Niedźwiedzie

3 szt.

Daniele łanie

99 szt.

Zające

18025 szt.

Lisy

739 szt.

Kozice

121 szt.

Króliki

3178 szt.

Borsuki

6 szt.

Muflony

3 szt.

Bażanty

44086 szt.

Tumak (kuna leśna)

1 szt.

Rogacze

955 szt.

Kuropatwy

963 szt.

Różne (drapieżniki)

526 szt.

 

Zabijanie setek tysięcy zwierząt, czy to jest jeszcze sport? Czy Cesarz chciał udowodnić, że jest najlepszym strzelcem? Twierdzę, że w ten sposób tłumił kompleksy wynikające z kalectwa a i taki model łowiectwa obowiązywał wówczas w Niemczech.

Wracając do Prakwic fakt polowań królów w prakwickich lasach był zapewne powodem, że leśnictwo do dziś nazywa się KRÓLEWSKIE.

Nic nie pozostało ze świetności dworu w Prakwicach, dzisiaj są to tylko smutne ruiny i resztki okazałego kiedyś parku. Zachował się także staw usytuowany przed dworem dwadzieścia dwa kamienie upamiętniające łowy panującego przez trzydzieści lat Cesarza Niemiec i Króla Prus - Wilhelma II.

Jako ciekawostkę podam tylko, że sława rogaczy z Prakwic ściągnęła na polowanie w 1934 roku ówczesnego premiera Prus - Hermanna Göringa (strzelił trzy rogacze), który przybył na nie ze świtą o wiele większą niż czynił to Wilhelm II i wymagał większej obsługi niż Cesarz. Widać to zresztą na fotografii, jak prężono się przed późniejszym zbrodniarzem wojennym. Na polowanie zaprosił go ówczesny właściciel Słobit i Prakwic Aleksander zu Dohna.

Hermann Göring na polowaniu w Prawicach
Hermann Göring w Prakwicach

Göring był w tym czasie premierem rządu pruskiego i znany był dosyć powszechnie jego wystawny tryb życia, toteż w Prakwicach przedsięwzięto wszelkie środki, by uprzyjemnić mu pobyt. Co się tyczy picia i jedzenia, to adiutant Menthe przekazał w liście do Prakwic, datowanym 15.V.1934 r. polecenie: „napoje i trunki - jasne piwo, szampan, wódki - maltańska, gorzka, malinówka i wiśniówka, w żadnym wypadku likiery, ewentualnie duńska lub szwedzka żytnia lub wódki białe; potrawki - szparagi, pieczarki, smardze, białe mięso, młode kartofle, dużo owoców, chętnie je raki i co nieco kawioru”. Aleksander przywiózł Göringa z lotniska wojskowego w Królewie k/Malborka wraz ze służącym i wieloma bagażami, wśród których był jego mundur lotniczy z Pour le Mérite na kołnierzyku (Pour le Mérite - fr. "Za Zasługi" - najwyższy pruski i niemiecki order wojskowy). Göring spał  w tym samym pokoju co niegdyś kajzer. Był w świetnym nastroju, który jeszcze mu się poprawił, gdy następnego ranka upolował okazałego rogacza. Po polowaniu przebrał się w białe spodnie i takiż pulower. Wszystkie jego spodnie, także myśliwskie, miały lampasy.

Aleksander zu Dohna (w okularach) z Göringiem (ubrany na biało

Z Prakwic pojechał do Słobit, gdzie obejrzał wystawny pałac i spotkał się z robotnikami majątku Dohnów. Wieczorem, po powrocie do Prakwic, ponownie upolował rogacza, a następnego dnia odleciał do Berlina.