Kamienie Wilhelma

Internetowe wydanie ksiązki Andrzeja Czaplinskiego

Get Adobe Flash player

Cesarskie Łowy. Miejsca i ludzie, z którymi polował

Wielkie pruskie rody były często spokrewnione lub zaprzyjaźnione z rodami królewskimi czy cesarskimi. Gospodarzowi ogromny zaszczyt sprawiało goszczenie książąt i władców Prus oraz Niemiec we własnym majątku. Doskonałą ku temu okazję stanowiły polowania. Szczególnie jeśli dobra rodowe obfitowały w zwierzynę łowną.

 

Sława rogaczy z Prakwic spowodowała, że w 1872 roku, właśnie na polowanie, przybył tu pierwszy członek rodu królewskiego. Był to książę Friedrich Carl von Preussen (prawdopodobnie kuzyn Wilhelma II, zmarły w 1885 r.). Zauroczony łowiskami i wielkością poroży, przyjechał do Prakwic jeszcze trzykrotnie. W sumie ustrzelił około dwudziestu rogaczy, których poroża po jego śmierci powróciły do dworu w Prakwicach i stały się zaczątkiem kolekcji cesarskich trofeów. O jego pobycie zaświadcza najstarszy kamień ustawiony w lasach prakwickich, pochodzący z 1882 r. Wyryty na nim napis głosi, że „Jego Królewska Wysokość Książę Carl Friedrich von Preussen, 30 maja 1882 roku strzelił w tym miejscu kapitalnego rogacza. (niem. S.K.H ( Seine Königliche Hochheit) Prinz Friedrich Carl von Preussen erlegten 30 Mai 1882 einen capitalen Rehbock). Na mapce kamień ten oznaczono numerem jeden.

Seine Königliche Hochheit) Prinz Friedrich Carl von Preussen erlegten 30 Mai 1882 einen capitalen Rehbock


Friedrich Carl von Preussen

Parostki (perukarz) pozyskane w Prakwicach 13 sierpnia 1872 r.

Wieńce byków pozyskanych przez księcia w Puszczy Rominckiej w 1872 r. i 1882 r.

Inne trofea Friedricha Carla von Preussen

Friedrich Carl von Preussen z żoną i dziećmi

Pasją księcia oprócz polowania było rolnictwo a zwłaszcza sadownictwo

Friedrich Carl von Preussen ur. 28 marca 1828 r. w Berlinie, zm. 15 czerwca 1885 r. w Kleinglienicke w Poczdamie, był pruskim księciem i wybitnym dowódcą wojskowym. Pochodził z rodu Hohenzollernów. Zapalony myśliwy i doskonały jeździec. Książę lubił samotne życie, z dala od dworu i wielkiego świata. Większość swego życia spędził w "Jagdschloss Dreilinden", w dworku, który zbudował w 1869 r., w lesie Dreilinden,  gdzie polował i zajmował się rolnictwem.

Dworek w 1875 r.

Jagdschloss 1880 r.
Przed dworkiem myśliwskim stoi kamień pokryty tajemniczymi runami - prawdopodobnie  Wikingów. Fot. z 1939 r.
Kamień runiczny, przed dworkiem myśliwskim w Dreilinden – Książę Friedrich Carl von Preussen odnalazł głaz podczas ekspedycji w Danii niedaleko Hadersleben. Runy (8 znaków)  przetłumaczył  Ernst Friedel. Niestety nie dysponuję tłumaczeniem.
 
W 1859 roku założył Zakon Białego Bardzo Szlachetnego Jelenia - Sancti Huberti. Ustanowił też Order Białego Jelenia ("Der sehr edle Orden vom weißen Hirschen Sancti Huberti"), przyznawany wybitnym myśliwym, członkom rodziny królewskiej.

Orden vom weißen Hirschen Sancti Huberti - Pruski order Sancti Huberti

Na wstążce wyhaftowana dewiza Orderu - VIVE LE ROY SES CHASSEURS (Niech żyje król i jego myśliwi).

 

Miniaturka orderu wykonana z pozłacanego srebra. Jeleń z drobno grawerowanym futrem i krzyżem na czole, zawieszony na jelenim grandlu pod koroną królewską  po obu stronach. Na zielonej wstążce kokardka z guzikiem producenta "J. GODET & SOHN KGL. HOFJUWELIER". Mały rubin symbolizuje kropelkę krwi.

Bardzo Szlachetny Zakon Białego Jelenia Sancti Huberti został założony 3 listopada 1859 r. przez księcia Friedricha Carla von Preussen "aby zapobiec niebezpieczeństwu całkowitego zniknięcia szlachetnego myślistwa, zachowując pradawne statuty, godne pochwały zwyczaje i  prawa". Ta prywatna inicjatywa  księcia była de facto ekskluzywnym, wysoce arystokratycznym klubem myśliwskim. Po śmierci księcia w 1885 r. Zakon na cztery lata został uśpiony.

 

Jednak w 1889 roku Cesarz Wilhelm II przejął nad Zakonem protektorat i w 1909 r. reaktywował order jako Pruską Myśliwską Odznakę Honorową przyznawaną zapalonym myśliwym, kontynuatorom pruskiej tradycji polowań. Odznaka została wyprodukowana przez firmę jubilerską "Sy&Wagner". Jej produkcja została sfinansowana przez parę cesarską ze specjalnego funduszu ufundowanego do tego celu. Odznaczenie miało być przyznane w ilości 26 szt. stanowiącą  symboliczną ilość odpowiadającą dokładnie liczbie żyjących jeszcze nagrodzonych osób początkowego Zakonu, Otrzymało je w sumie 25 szlachciców. Dwudziestaszósta została zarezerwowana dla samego Wilhelma II.

Odznaka była trzystopniowa - złota, srebrna i brązowa

Na fotografii widoczna pod lewą kieszenią Cesarza Pruska Myśliwska Odznaka Honorowa 

O Zakonie "Białego jelenia" wspomina księżniczka pszczyńska Daisy von Pless w swoich pamiętnikach: "... W Berlinie zawsze można było przeżyć jakieś nadzwyczajne ceremonie. Kiedyś leżałam w hotelu chora na grypę, gdy wpadł Hans ( jej mąż książę pszczyński Jan Henryk XV Hochberg - dop. autora) pieniący się ze wściekłości, bo został przez Cesarza zaproszony do klubu „Biały Jeleń". By uzyskać członkostwo, trzeba było przybrać na krześle pozycję klęczącą i opowiedzieć sprośną historyjkę, po czym Cesarz pasował kandydata na rycerza waląc go po siedzeniu płaską stroną szabli. Insygniami był łańcuch z jelenich zębów zawieszany na szyi. Klnącego przez cały czas Hansa ubraliśmy w czerwony mundur huzarski i wysłaliśmy na ceremonię ...".


„15 lutego 1904 r., Pałac Pless, Berlin […]
Dziś wieczorem Cesarz je tu obiad z Vaterem (książę Hans Heinrich XI), to bankiet dla mężczyzn mający coś wspólnego z polowaniem; wydaje mi się, że nazywa się Świętem Białego Jelenia. Idę do Cyrku z Sierstorpffami, hrabią Vico Vossem i dużą grupą, by usunąć się w cień […]”.  (Hans Heinrich XI był Wielkim Mistrzem Orderu Białego Jelenia - dop. autora).

 

Zakon istniał w Niemczech po zakończeniu monarchii do 1930 r. Od tego momentu Zakon został zawieszony. Dopiero 6 maja 1952 r. został przywrócony przez szefa Królewskiego Domu Hohenzollernów, Ludwika Ferdynanda z Prus, 14 czerwca 1955 r. Otrzymał nowy statut i odtąd określa się jako stowarzyszenie.

Jako drugi królewski myśliwy przybył do Prakwic w 1884 r. książę Wilhelm von Preussen - późniejszy Cesarz Niemiec i Król Prus Wilhelm II. W swych wspomnieniach Aleksander Dohna opisuje, że o cesarskich wizytach opowiadał mu służący, a potem dozorca dworu w Prakwicach - Hoffmann. Właśnie w 1884 roku książę strzelił pierwszego kapitalnego rogacza. Uczynił to będąc zaproszonym na polowanie do pobliskiego majątku Lipiec (niem. Lippitz), nie stanowiącym własności Dohnów. Na pamiątkę tego wydarzenia właściciel Lipiec ustawił na granicy ziem prakwickich i lipieckich kamień z wyrytym napisem.

Poszukiwałem wśród pól owego kamienia i prawdopodobnie go odnalazłem. Kamień leżał przewrócony w rumowisku innych głazów ściągniętych z pól przez rolników. Rumowisko znajduje się w wyschniętym bagienku na granicy ziem prakwickich i lipieckich. Niestety upływ czasu zatarł litery i jedynie z wielkim trudem udało mi się odczytać litery S.K.H. Nie zrobiłem fotografii tego kamienia, ponieważ uznałem, że na zdjęciu napis ten byłby słabo widoczny. Jego waga nie pozwalała na to, żeby go odwrócić i zbadać dokładnie. Tym niemniej z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że jest to kamień, o którym wspomina Aleksander von Dohna. Świadczy o tym jego położenie na granicy pól prakwickich i lipieckich oraz litery S.K.H., którymi oznaczano kamienie książęce. Obeliski cesarskie miały trochę inne oznaczenie, ale o tym napiszę w dalszej części niniejszej publikacji. W 2008 roku myśliwy z Niemiec Burkhard Steins - Winsmann, goszczący w naszym kole na tzw. polowaniu dewizowym, pokazał mi starą niemiecką mapę, na której oznaczono pierwotne położenie tego kamienia. Niestety nie ma go już w tym miejscu.

 

Udane polowanie w 1884 roku spowodowało, że Wilhelm von Preussen odwiedzał Prakwice corocznie do 1910 r. W lasach prakwickich do dnia dzisiejszego znajduje się kamień nazywany przez miejscowych myśliwych „Drewnianym”. Kiedy jest obrośnięty mchem, przypomina z daleka pień drzewa. Jest to największy kamienny obelisk pochodzący z 1887 roku, ostatni z odnalezionych kamieni, ustawionych dla Wilhelma jeszcze jako księcia. Napis w języku niemieckim brzmi „S.K.H Prinz Wilhelm von Preussen erlegten hier am.15 Mai 1887 einen capitalen Rehbock”, co znaczy, że rogacz padł z książęcej ręki 15 maja 1887 roku. W 2009 roku odnaleziono jeszcze jeden kamień postawiony dla Wilhelma II jeszcze jako księcia datowany na 16 maja 1887 roku. Ciekawostką jest, że leży na polach wsi Protajny (niem. Protainen) nie będących wówczas w posiadaniu rodziny von Dohna.

Kamień z 1886 roku. Ustawiony jeszcze dla księcia z wyrytą koroną cesarską i datą. Później w ten sposób oznaczano drewniane słupy - pale ustawiane tam gdzie rogacz, którego strzelił Monarcha, nie był kapitalny

Drewniany Kamień - S.K.H Prinz Wilhelm von Preussen erlegten hier am.15 Mai 1887 einen capitalen Rehbock

S.K. Hoheit Prinz von Preussen erlegten am 16 Mai 1887 einen capitalem Rehbock

Rok później, w 1888 r. księcia Wilhelma koronowano na Cesarza Niemiec i Króla Prus - Wilhelma II. Objął on schedę po ojcu Cesarzu Fryderyku III, który panował tylko 99 dni, ponieważ zmarł w 1888 roku, z powodu raka krtani. Cesarz Wilhelm II był wnukiem brytyjskiej królowej Wiktorii, (matka Wilhelma była jej córką). Urodził się 27.01.1859 r. Koronowano go w wieku 29 lat i panował do 9.11.1918 roku. Zmuszony do abdykacji, zbiegł do Holandii, gdzie w miejscowości Doorn zmarł 04.06.1941 r.

Wyjazd na polowanie - Berlin 1886 r. Drugi z lewej następca tronu Wilhelm von Preussen, trzeci Cesarz Fryderyk III

Powróćmy jednak do pasji łowieckich Wilhelma II. Cesarz w początkowym okresie przybywał do Prakwic w otoczeniu świty, która składała się, z:

Friedricha von Ilberga - osobistego lekarza cesarskiego

Grafa Gustava von Kessela - osobistego adiutanta

Kuno Grafa von Moltke (młodszgo) - przybocznego adiutanta

W tym towarzystwie zawsze polowali goście:

Philipp Fürst Eulenburg - przyjaciel Cesarza

Graf Dohna Waldburg (Waldburg - Pribreschny k. Królewca)

Graf Finckenstein - Simnau (Simnau - Szymonowo)

Graf Dohna - Mallmitz (Mallmitz - Małomice)

W okresie późniejszym do orszaku cesarskiego dołączyli:

generał - pułkownik Hans von Plessen - adiutat generalny

adiutant przyboczny Wilhelm von Dommes- (niem. adiutant skrzydłowy)

adiutant przyboczny Friedrich von Gontard- (niem. adiutant skrzydłowy)

doktor Otto von Niedner - osobisty lekarz, który zastąpił dr von F. Ilberga.

 

Warto przedstawić towarzyszy Cesarza, którzy uczestniczyli w polowaniach Wilhelma II. Opiekę lekarską sprawowali lekarze, najpierw dr. Friedrich von Ilberg a następnie dr Otto von Niedner.

Obok  Cesarza w mundurze generała-porucznika dr Friedrich von Ilberg-Generalarzt, kaiserliches Heer Deutschland (generalny lekarz Armii Niemieckiej).

Wilhelm II i dr Otto von Niedner

Dr Otto von Niedner-osobisty lekarz Cesarza Wilhelma II

Wilhelm II zawsze miał kilku adiutantów, z którymi nie rozstawał się nawet na polowaniach. Niektórzy z nich towarzyszyli Cesarzowi nawet na wygnaniu w Doorn.

Hans Georg Hermann von Plessen (26 listopada 1841 r. - 28 stycznia 1929 r.) był pruskim generałem-pułkownikiem (niem. Generaloberst) i Kanonem Brandenburgii, który pełnił funkcję honorową Generalfeldmarschalla w roli komendanta niemieckiego Sztabu Generalnego podczas I Wojny Światowej.


Generał von Plessen sprawował także urząd generalnego adiutanta Jego Królewskiej Mości (niem . SM diensttuender Generaladjutant) u Cesarza Wilhelma II , co czyni go jednym z najbliższych powierników Cesarza. W 1918 r. był najstarszym oficerem służącym w Cesarskiej Armii Niemieckiej. W 1918 r. Von Plessen otrzymał Pour le Mérite , najwyższy order wojskowy Niemiec. Pozostał oddany Kaiserowi aż do upadku monarchii w listopadzie 1918 r.

Wilhelm Ernst Justus von Dommes (15.09.1867 - 15.05.1959).  niemiecki oficer kawalerii, służył przez większość Wielkiej Wojny jako szef sztabu na poziomie korpusu. Był żonaty z księżną Elisabeth von Kanitz. W latach przedwojennych von Dommes funkcjonował przez kilka lat w kwaterze głównej Wielkiego Sztabu Generalnego w Berlinie, najpierw jako adiutant Alfreda von Schlieffena, a następnie pełnił tę samą rolę pod rządami Helmuta von Moltke. Był także zaangażowany jako adiutant skrzydłowy (flügeladjutant) Cesarza Wilhelma II.

Hans Albrecht Heinrich Friedrich von Gontard (urodzony 28 stycznia 1861 r. W Wesel , zm.  20 czerwca 1931 r. w Gut Großwudicke pod Rathenow ) był pruskim generałem porucznikiem. Od 1904 r. Gonhard był pierwszym adiutantem skrzydłowym Cesarza Wilhelma II, a później jego generałem. Gontard został awansowany na generała porucznika 17 lutego 1914 r. Podczas pierwszej wojny światowej awansował na generała adiutanta na służbie, a także pełnił funkcję marszałka dworu.


Po abdykacji monarchy Gontard podążył za nim na wygnanie do Doorn i działał jako nadworny marszałek.

Cesarz otoczony przez swoich przybocznych adiutantów, między innymi von Gontarda, von Dommesa, von Ilsemanna i von Mewesa

W cesarskiej świcie polowali także inni pruscy i niemieccy arystokraci:

Kuno Augustus Friedrich Karl Detlev Graf von Moltke (ur. 13 grudnia 1847 w Neustrelitz, zm. 19 marca 1923 we Wrocławiu) – niemiecki generał, fligeladiutant (adiutant przyboczny) Cesarza Wilhelma II, komendant wojskowy Berlina.


Pochodził z wirtemberskiej linii rodu Moltke. Jego ojciec Friedrich Karl Ludwig von Moltke (1798–1866) był nadwornym koniuszym wielkiego księstwa Mecklenburg-Strelitz. Kuno von Moltke od 1893 r. do 1902 r. był fligeladiutantem Wilhelma II, który radził się go zwłaszcza w kwestiach muzycznych (Moltke był utalentowany muzycznie, skomponował marsz kawaleryjski dla 1. regimentu lejbkirasjerów, Des Großen Kurfürsten Reitermarsch). W 1897 roku przez krótki czas był wojskowym attaché w Wiedniu.

Gustav Emil Bernhard Bodo von Kessel (06.04.1846 - 28.04.1918) miejsce urodzenia: Poczdam. Pruski generał August von Kessel był adiutantem Cesarza Wilhelma II podczas Wielkiej Wojny. Gustav urodził się jako syn generała dywizji Emila von Kessela i jego żony Julie von Canstein. Po studiach w Ritterakademie w Liegnitz wstąpił do wojska w 1864 r.


Okres międzywojenny w Prusach zapewnił von Kesselowi szybką ścieżkę kariery wojskowej, z zadaniami w Wielkim Sztabie Generalnym i w ramach Korpusu Gwardii Berlina. Równolegle von Kessel został przydzielony do pruskiego dworu królewskiego jako adiutant przyszłego Cesarza Fryderyka III. Pozostał na tym stanowisku, po tym, jak Fryderyk III zmarł i został zastąpiony przez Cesarza Wilhelma II. W 1896 r. Von Kessel został mianowany adiutantem Kaisera, pozostając nim aż do swojej śmierci.


Generał von Kessel był żonaty z Friedrike von Esebeck. Mieli jedną córkę, Elisabeth, która stała się znaną artystką. Generał zmarł w Berlinie 28 maja 1918 r., na krótko przed zakończeniem działań wojennych.

Hans Nikolaus Graf von Finck von Finckenstein – Simnau (ur. 1860  w Simnau (Szymonowo) – zm. 1948 r. Treysa (Hessen). Syn Albrechta Karla Georga Graffa  Finck von Fincfestein (1821-1863) i Agnes Auguste Marii von Kuenheim (1833-1915). W latach 1899-1900  kammerjunker (kamerdyner) i kammerherr (szambelan) dworu Księżniczki Viktorii Luise von Preußen – córki Wilhelma II. Towarzyszył Cesarzowi podczas polowań w Prakwicach.

Eberhard z żoną

Eberhard Richard Emil zu Dohna-Schlobitten (ur. 23 grudnia 1875 r. Waldburg; zm. 1957 r. Laubach). Syn Ebercharda Friedricha Grafa zu Dohna Schlobiiten i Elizabeth Gräfin von Kanitz. Mąż Renate Gräfin von Hochberg . Prawdopodobnie towarzyszył Cesarzowi podczas polowania w Prakwicach 4 czerwca 1889 r. (nie mam jednak pewności czy to, czy jego ojciec). Prawdę mówiąc trudno jest się połapać w imionach i nazwiskach pruskiej szlachty. Posiadają kilka imion używanych różnie w różnych opisach i mimo chęci, po przeszło stu latach, trudno wszystkie postacie umiejscowić. Istniało kilka lini poszczególnych rodów, koligacących się ze sobą  a opisy nie zawsze wyjaśniają ich rodowód. Np. widoczna na fotografii żona Eberharda Renata von Hochberg zu Fürstenstein (von Hochberg) pochodzi z innego sławnego  rodu Hochbergów z Książą, córka Hansa Heinricha XIV Bolka Hendricka Grafa von Hochberga i Eleonore, Prinzessin von Schönaich-Carolath. Urodzona w Rohnstock (Roztoka; zm. Lauenburg).

 

Postacie Philipa Fryderyka Alexandra von Eulenburga, cesarskiego ulubieńca i faworyta przedstawiam w innym miejscu jak i Księcia Richarda Wilhelma zu Dohna-Schlobitten właściciela Słobit i Prakwic.

 

W latach 1884 - 1910 każdego roku w maju Cesarz spędzał w Prakwicach kilka dni na polowaniu. W następnych latach, nie polował, mocno zajęty polityką: kryzysami marokańskimi 1905 i 1911, kryzysem bałkańskim 1908-1909, rozbudową floty oraz armii. Polityka „na krawędzi” w sumie doprowadziła do wybuchu I Wojny Światowej.

Skrupulatni biografowie zanotowali nawet ile czasu spędzał Cesarz w ciągu roku na polowaniach, nie tylko w Prakwicach. I tak:

- rok 1895 - 40 dni,

- rok 1896 - 57 dni,

- rok 1897 - 66 dni,

- rok 1898 - 22 dni,

- rok 1899 - 45 dni,

- rok 1900 - 43 dni,

- rok 1901 - 41 dni,

- rok 1902 - 35 dni,

- rok 1903 - 40 dni,

- rok 1904 - 39 dni,

- rok 1905 - 24 dni,

- rok 1906 - 40 dni,

- rok 1907 - 28 dni,

- rok 1908 - 51 dni,

- rok 1910 - 33 dni,

- rok 1911 - 48 dni,

- rok 1912 - 38 dni,

- rok 1913 - 27 dni.

Z zestawienia wynika, że średnio w roku oddawał się swojemu ulubionemu zajęciu czyli polowaniom przez 39 dni. Nie wliczono tutaj czasów dojazdów i odjazdów na miejsca polowań. Właściwie to urlopy spędzał na polowaniach. Nie polował w ogóle od chwili abdykacji aż do swojej śmierci.

 

W 1906 roku Cesarz mocno poróżnił się z Ryszardem Wilhelmem von Dohna. Ochłodziło to stosunki pomiędzy Jego Wysokością a właścicielem Prakwic. Dokładnie nie wiadomo jakie było podłoże tego konfliktu. Wspomina o nim polski malarz Wojciech Kossak: „Ryszard Wilhelm Dohna niekiedy przeciwstawiał się Cesarzowi. W 1906 roku musiało dojść do tak poważnych rozbieżności, że Wilhelm od tego czasu ograniczył przyjazdy na polowania do Prakwic”. O konflikcie pisze też Julian Fałat w swoich "Pamiętnikach". Jako uczestnik jednego z polowań w Rominten, Julian Fałat, zauważył, że Ryszard von Dohna poróżniony był mocno z ulubieńcem Cesarza, Philipem von Eulenburg. Zapewne to było źródłem nieporozumień Wilhelma II i Ryszarda von Dohna. Dzisiaj już wiem, że podłożem konfliktu był skandal obyczajowy zwany aferą Eulenburga. Piszę o tym w innym miejscu.


W 1910 roku, przy okazji manewrów wojskowych (cesarskich), Wilhelm na pewno przebywał w Prakwicach. Dowodem tego jest fotografia. Wiadomo, że polował podczas tej wizyty. Dworskie uniformy łowieckie Cesarza i jego świty, przedstawione poniżej, potwierdzają ten fakt. Warto zwrócić uwagę, że Cesarz, pozując do zdjęć zawsze ukrywał chorą lewą rękę.

Manewry Cesarskie 1910 r. – wizyta Cesarza w Prakwicach (trzeci od lewej).
Cesarz i inni panowie ubrani są w mundury myśliwskie.

Od lewej:  Generał pułkownik Hans Georg Hermann von Plessen (generaladjutant) Cesarza, Wilhelm Ernst Justus von Dommes adiutant skrzydłowy (flügeladjutant) Cesarza, Cesarz Wilhelm II, Generał porucznik Friedrich von Ilberg, generalny lekarz Armii Niemieckiej, Richard Wilhelm zu Dohna-Schlobitten, Generał porucznik Hans Albrecht Heinrich Friedrich von Gontard, adiutant skrzydłowy (flügeladjutant) Cesarza Wilhelma II

Niestety nie potrafię zidentyfikować osoby drugiej licząc od lewej strony. Prawdopodobnie jest to kolejny  adiutant przyboczny Kuno von Moltke

Jak podają źródła historyczne, Wilhelm II w sumie strzelił w Prakwicach około 500 sztuk rogaczy. Spowodował tak znaczny ubytek populacji, że przez następne 20 lat odbudowywano ich stan.

 

Był on fanatykiem polowań nie tylko na rogacze, a właściwie na wszystko. Strzelał nie tylko sztuki o okazałym porożu, ale także te słabe, niczym specjalnie się niewyróżniające. W każdym miejscu, gdzie strzelił rogacza, ustawiano drewniany pal-słup, na którym były wyryte: data pozyskania zwierza, cesarska korona i literka „W”. Do czasu upadku monarchii, słupy te corocznie odnawiano i konserwowano. Tylko w miejscach, gdzie z cesarskiej ręki padł kapitalny rogacz, ustawiano kamienny obelisk z napisem: „S.M. Kaiser u König erlegten hier (tutaj następowała data) einen capitalen Rehbock”. Ile tych kamieni ustawiono? Różne źródła podają różne dane. Prawdopodobnie było ich 100 - 105. Do dziś znajduje się ich dwadzieścia dwa. Są zinwentaryzowane, ponumerowane i naniesione na mapę w miejscach, w których się znajdują.

Łowczy Schmidt 

Łowczy Gustaw Adolf Schmidt. Fotografia wykonana w obecnej leśniczówce leśnictwa "Królewskie" w Starym Mieście.

Rekordowe parostki rogacza z 1903 r.

Zastanawia ogromna pasja Cesarza Wilhelma do polowań. Być może miało na to wpływ jego kalectwo. Cierpiał on bowiem na niedowład lewej ręki i właściwie posługiwał się tylko prawą. Jakby chciał sobie i światu coś udowodnić.

W łowach na terenie Słobit i Prakwic, Wilhelmowi towarzyszył zawsze nadworny łowczy von Dohnów, Gustaw Adolf Schmidt, który pomagał Cesarzowi w oddaniu strzału. Służył mu swoim ramieniem jako podpórką i nastawiał przyrządy celownicze. Jego Wysokość podczas łowów używał broni myśliwskiej z ruchomą szczerbinką, kal. 5,2x34R, zwanej 5,2mm - Kronprinz). Schmidt potem opowiadał, że Cesarzowi z emocji tak silnie chwiała się broń, że musiał zakrywać szczerbinkę aby dostojny myśliwy mógł się uspokoić i odprężyć przed oddaniem strzału. Cesarz nieraz żartobliwie przygadywał Schmidtowi, „że skoro tak dobrze mu wszystko ustawia, to niech też ustawi mu księżyc, żeby lepiej świecił”. Łowczy towarzyszył Cesarzowi w tych wyprawach przez szesnaście lat. Gustaw Adolf Schmidt był jednocześnie leśniczym i mieszkał w Starym Mieście, które wchodziło w skład dóbr von Dohnów. Dzisiaj w tym budynku nadal mieści się siedziba leśnictwa "Królewskie" i mieszka w nim leśniczy i też łowczy  tyle że, nie łowczy nadworny ale łowczy Koła Łowieckiego "Knieja" w Starym Dzierzgoniu, kol. Marian Maślanka.

 

W tym miejscu warto zacytować fragment artykułu pt. "Cesarz II Rzeszy Niemieckiej Wilhelm II w Pasłęku" autorstwa Pana Józefa Włodarskiego (Źródło: „Głos Pasłęka“, nr 6 z 1999 r.):

"W 1897 r. młody 37 letni Cesarz sprawujący od niespełna 9 lat rządy był jeszcze ulubieńcem swoich poddanych, nie popełnił póki co większych gaf, oddawał się z upodobaniem różnym rozrywkom, z których obok rewii wojskowych i ćwiczeń najbardziej cenił sobie myślistwo. Cesarz znał dobrze Prusy Wschodnie jedną z prowincji swego rozległego cesarstwa. Miał tu wielu znajomych i przyjaciół, wśród nich był burgrabia i hrabia Richard zu Dohna, z którym łączyły Cesarza długoletnie węzły przyjaźni. To właściciel majoratu w Słobitach był inicjatorem zaproszenia Wilhelma II do wspaniałego pałacu w Słobitach zwanego też "Atenami północnej Europy" z racji słynnych kolekcji bibliofilskich, starych instrumentów, obrazów, fajek, tabakier etc. Jednak Cesarza i Richarda zu Dohna Schlobitten łączyło myślistwo, a pałac w Słobitach był jedynie etapem w wyprawie do bogatych w zwierzynę lasów dzierzgońskich. Droga do Słobit wiodła przez Pasłęk.  Cesarską nieoficjalną wizytę tak relacjonowała w 1897 r. miejscowa gazeta "Oberländer Volksblatt" (cytuję za Robertem Helwigiem): 24 maja Jego Wysokość Wilhelm II przyjechał ze Śląska w celu odwiedzin swojego przyjaciela Burgrabiego i Hrabiego Richarda zu Dohna Schlobitten w pałacu w Słobitach. Następnego dnia wraz z gościnnym gospodarzem i świtą miał udać się do pałacu myśliwskiego w Prӧkelwitz koło Dzierzgonia, gdzie w tamtejszych lasach, już od wielu lat oddawał się swojej pasji – myślistwu. Przy okazji tej podróży Jego Wysokość po raz czwarty będzie przejeżdżać przez Pasłęk. Mimo, że Cesarz nie życzył sobie oficjalnego przyjęcia, ulice, którymi wjeżdżał Jego Wysokość były udekorowane bramami honorowymi i zielenią, wybrane domy na przedmieściu były bardzo gustownie przybrane. Wśród ogromnej masy ludzi witających Cesarza wyróżniały się korzystnie związki kombatantów, ochotnicza straż pożarna i uczniowie miejscowych szkół. Po południu przed wpół do pierwszej tworzący swoistą straż przednią konni jeźdźcy zameldowali o nadjeżdżającym cesarskim ekwipażu. Cesarz siedział w otwartym powozie, który ciągnął zaprzęg składający się z czwórki wspaniałych koni. Obok Cesarza zajmowali miejsca Richard zu Dohna Schlobitten, jego brat hrabia i burgrabia Eberhard zu Dohna - Waldburg i poseł niemiecki w Wiedniu hrabia Philip zu Eulenburg. Wszyscy z uśmiechniętymi twarzami pozdrawiali wiwatujących pasłęczan. W kierunku powozu rzucano kwiaty i wznoszono okrzyki. Niech żyje Cesarz! Szkoda, że ta chwila uniesienia trwała dla każdego witającego Cesarza tylko kilka sekund, bo tylko tyle czasu starczyło na wzniesienie gromkiego Hura... W trzecim powozie siedział Landrat pasłęcki, który reprezentował wobec cesarskiego Majestatu powiat pasłęcki i miasto Pasłęk.

 

Tyle krótkie doniesienie z 1897 roku, który był datą szczególną w historii miasta obchodzącego wówczas 600-lecie. Od czasów wojny prusko-francuskiej (1870 - 1871) miasto cieszyło się spokojem, nastąpił rozwój gospodarki wspomaganej francuskimi reparacjami wojennymi. Twórcy II Rzeszy Cesarzowi Wilhelmowi II pasłęczanie ufundowali pomnik, który także pełnił funkcje pomnika poświęconego uczestnikom wojny 1870 r. Rodzina cesarska cieszyła się wielką estymą i pasłęczanie na każdym kroku manifestowali swoje do niej przywiązanie. Jak podaje R. Helwig mieszkańcy Pasłęka albo opowiadali się za rodziną Hohenzollernów albo byli apolityczni. Nie był to jeszcze okres wielkich politycznych sporów, życie płynęło powoli regulowane wymogami codzienności, miasto ożywiało się tylko w okresie świąt. Takim świętem była też nawet nieoficjalna, ale za to pełna serdeczności i uwielbienia wizyta Cesarza Wilhelma II."

             

Broń myśliwska Wilhelma II

 

Andreas Gautschi,  opisuje w swojej książce broń myśliwską Jego Wysokości, podając w jakich latach i okresach ewaluowały cesarskie upodobania co do broni myśliwskiej.

 

W latach 1877 do 1879 ulubioną bronią myśliwską Wilhelma była para wielkokalibrowych, 11 mm, kurkowych sztucerów firmy J.P. Sauer & Sohn z Suhlu. Był to prezent ślubny od Naczelnego Łowczego Prus, księcia von Pless. Później Wilhelm II używał 8 mm sztucera, jednak około 1895 roku, nagle zainteresował się kalibrem 6 mm, którym osiągał zaskakujące wyniki. W 1895 roku wspomina Rollfing, „W tym roku kaliber 8 mm nie dawał nigdy przestrzału u jeleni w Romintach i zraniony jeleń dawał niewiele farby. Natomiast w Schorfheide pocisk 6 mm gładko przebijał się na wylot i powodował dużą ranę wylotową i obficie sfarbowany trop. Także w Bückeburg miał Cesarz dobre wyniki z jeleniami ze sztucerem o bardzo długiej lufie. Pocisk posiadał niklowy płaszcz odkryty na 1/5 długości i napędzany był przez 2.55 g małodymnego (bezdymnego) prochu płytkowego. Jelenie padają najczęściej w ogniu lub padają tak szybko, że nawet, poza ogrodzeniami, po krótkim czasie zostają znalezione. Zawsze powstaje sfarbowany trop”. (Zdanie o ogrodzeniach potwierdza fakt, że Wilhelm lubił polować w rewirach ogrodzonych i przydworskich parkach – dop. autora).

 

Julian Fałat będący cesarskim malarzem podczas polowań w Hubertsstock w swoich "Pamiętnikach" tak pisze: "Cesarz polował bardzo chętnie z tak zwanych "hochstände" (przypominających kazalnice, ambona - dop. autora), pobudowanych w najrozmaitszych punktach lasu. Na taki "hochständ", wysłany - jak i prowadzące nań stopnie - mchem, dla stłumienia odgłosów, wchodzi Cesarz z forstmeistrem i ze mną, aby czatować na jelenia, przychodzącego na kartofle o pewnej stałej porze. (...) Cesarz z bronią gotową, opartą o poręcz, obserwuje jelenia, ewentualnie namyśla się nad wyborem - wreszcie zniża głowę do poziomu  luf i strzał pada.(...) Cesarz Wilhelm II był doskonałym strzelcem i najczęściej trafiał zwierzynę pierwszym strzałem: bardzo rzadko zdarzało się, aby musiał strzelać ponownie, już do uciekającego jelenia.(...) Broń Cesarz miał skromną, wyrobu Sauer & Suhl, dobrze ostrzelaną, ale straszliwie ciężką. Dopiero około 1900 roku zaczął używać nowej broni, którą nazywał "die Waffe der Zukunft" (broń przyszłości), była to machina ciężka bardzo, ale ogromnie precyzyjna, o cieśnieniu i jak twierdzili forstmeistrzy - dwu tysięcy atmosfer. Widziałem efekty celności strzału i siły wprost zastraszającej." (...).

Cesarz strzelał z przygotowanych specjalnie dla niego stanowisk, na których w celach bezpieczeństwa zawsze towarzyszył mu strzelec. Na fotografii doskonale widać, że z powodu kalectwa strzelał z jednej ręki.

Cesarz na stanowisku z ubezpieczającym go strzelcem 

Ponieważ Cesarz strzelał z jednej ręki na niektórych stanowiskach strzeleckich montowano mu rodzaj poprzeczki, na której mógł oprzeć broń podczas strzału

Podczas polowań w zagrodzonych zwierzyńcach towarzyszyła Cesarzowi cała świta dworaków

W następnych latach Wilhelm II używał w Romintach i Schorfheide, prawie wyłącznie, 6 mm sztucera o wysokiej prędkości pocisku, wyposażonego w lunetę celowniczą, którego dane balistyczne, strzelał on w punkt w odległościach od 100 do 300 m, przy dalekich strzałach imponowały Cesarzowi. Jedynie jeszcze na polowaniach dworskich, gdzie strzelano na krótkie odległości, używany był kaliber 8 mm. Dotyczyło to przy tym krótkiego karabinka systemu Schlegelmilch produkcji Koenigliche Gewehrfabrik (Królewskiej Fabryki Karabinów) w Spandau. Poza tym, na polowaniach dworskich, Cesarz strzelał niekiedy ze sztucerów o łamanych lufach tego samego kalibru.

 

Jednak po przypadkach opisanych podczas polowania na żubry, dnia 10 grudnia 1901 roku w obwodzie księcia Hansa Heinricha von Pless, w Pszczynie, Jego Wysokość, począwszy od jesieni 1905 roku, ponownie przeszedł na kaliber 8 mm.

Polowanie w dobrach pszczyńskich 1901 r.

Księżna Daisy von Pless w swoich pamiętnikach "Taniec na wulkanie" tak opisuje polowanie w grudniu 1901 r. "W grudniu urządziliśmy przyjęcie w Pszczynie. Wziął w nim udział Cesarz - najważniejszy nasz gość. Był wyjątkowo zadowolony, gdyż udało mu się ustrzelić dwa żubry jedną kulą". Stoi to w sprzeczności z opisem poniżej z tego polowania. Sądzę, że była to historia stworzona przez usłużnych dworaków a prawdziwy jest poniższy opis.

Polowanie na żubry w Pszczynie w 1909 roku

Opis wspomnianego wyżej polowania na żubry w Pszczynie - 10 grudnia 1901 r.:

„Oba żubry - samce, siedmioletni i sześcioletni zostały przewiezione z wielkim trudem, ze swoich ostoi w liczącym 10 000 ha zwierzyńcu pszczyńskim, do dwóch oddzielnych, mocno i trzykrotnie ogrodzonych zagród. Samo polowanie odbywało się w dodatkowo ofladrowanym, spiczasto w kierunku cesarskiego stanowiska pędzeniu tak, że żubry zmuszone były - przy respektowaniu fladr – wyjść Cesarzowi na strzał. Po, niezupełnie zgodnym z programem, przebiegu polowania na pokocie leżały oba byki. Cesarz, mimo odradzania mu tego, użył małego, 6 mm kalibru, o wysokiej prędkości pocisku. Wskutek czego przy jednym żubrze potrzebował czterech strzałów oraz dodatkowo jednego na dostrzelenie, a przy drugim zużył aż siedem pocisków. Sytuacja stała się problematyczna, gdyż jeden z postrzelonych byków, „w pełnym pędzie” przerwał linię naganiaczy, następnie przełamał najbliższe ogrodzenie i gładko przeskoczył dwa następne. Z wielkim trudem oraz dzięki rozwadze doświadczeniu urzędników leśnych można było byka ponownie wcisnąć do pędzenia, tak że polowanie mogło się ponownie rozpocząć. W międzyczasie, wskutek założenia, że pierwszy byk już padł, zwolniono z zagrody także drugiego. Cesarz Wilhelm położył go siedmioma strzałami. Przy oględzinach stwierdzono jednak, że nie był to postrzelony uprzednio żubr i pośpiesznie udano się ponownie na bezpieczne stanowisko, gdyż spotkania z pierwszym, zranionym już bykiem, chciano jednak uniknąć”.

 

Dlaczego Cesarz, począwszy od jesieni 1905 r., także w Romintach i Schorfheide ponownie przeszedł na kaliber 8 mm, nie wiadomo. W każdym razie kilka nieprzyjemnych przypadków, które zawsze mogą mieć miejsce przy strzelaniu grubej zwierzyny małokalibrowymi, bardzo szybkimi pociskami, a także duże uszkodzenia tuszy, mogły spowodować ponowne stosowanie sztucerów 8 mm. Dotyczyło to systemu powtarzalnego Mausera z nowym typem pocisku, posiadającym  na 1/5 długości płaszcz i ostry ołowiany wierzchołek.  Ładunek 3,2 g wojskowego prochu płytkowego. Bardzo szybko ten pocisk został zastąpiony przez tzw. pełnopłaszczowy - spiczasty pocisk typu S. Cesarz do końca kariery łowieckiej używał sztucera 6 mm „tzw. kilometrowego”  wyłącznie do odstrzału rogaczy ewentualnie głuszców.

 

Wilhelm II używał także optyki myśliwskiej. Luneta celownicza firmy Goert „Certar” względnie od Voigtlaendera z Brunszwiku miała ośmiokrotne powiększenie. Na używanie takich przyrządów celowniczych namówił Cesarza  leśniczy von Hoevel, który miał wpływ na wprowadzanie do użytku przez Cesarza celowników optycznych oraz na poprawianie ich jakości. Zdumiewającym jest, że w lunetę zaopatrzony był również krótki sztucer do polowań dworskich.


Cesarz brał stale żywotny udział w rozwoju technicznym broni. W dniu 12 lutego 1897 r. polecił przedstawić sobie w Pałacu Królewskim, w Berlinie, automatyczną śrutówkę systemu Browninga, która wykonana została przez Fabrique Nationale d`Armes de Guere w Herstal. W  dniu 26 marca 1897 r. odwiedził Die Deutsche Versuchsanstalt fuer Handfeuerwaffen (Niemiecki Zakład Badawczy dla Broni Ręcznej w Hallensee) i okazał duże zainteresowanie działalnością tej instytucji, której prezydentem był książę Wiktor von Ratibor. Cesarz z uwagą wysłuchał 1,5 godzinnego referatu, kilkakrotnie go przerywając uwagami o swoich doświadczeniach z producentami broni oraz rusznikarzami i wyraził nadzieję, że także w produkcji broni myśliwskiej, jak i w pozostałej technice, uda się Niemcom wyprzedzić zagranicę. Cesarz mówił, że  niezrozumiałym jest niewielkie zainteresowanie myśliwych działalnością Zakładu Badawczego. On sam na własny użytek dawno już wykorzystuje korzyści płynące z jego działalności oraz że nie będzie nigdy używał broni, której przydatność nie byłaby uprzednio stwierdzona w Hallensee.

 

Z powodu kalectwa Wilhelm II miał trudności ze strzelaniem z normalnej strzelby. Specjalnie dla niego wykonano dubeltówkę, w której rolę języków spustowych pełniły przyciski na szyjce kolby. Strzelba wykonana około 1900 roku przez Johanna Jacoba Reeb, nie miała języków spustowych i kabłąka.

Cesarska strzelba guzikowa (dł. lufy 75 cm, kaliber 16/70). (Fot. Z książki "1000 Handfeuerwaffen")

Na polowaniu 24 i 15 grudnia 1898 r. w Springer Saupark, gdzie Cesarz m.in. strzelił 92 grube dziki, wypróbował po raz pierwszy nowy, samopowtarzalny karabinek Mausera z Obersdorfu o bardzo krótkiej lufie. Z karabinka tego można oddać kolejno 10 strzałów bez odczuwalnego odrzutu i bez odejmowania broni od ramienia. Przy bardzo wysokiej szybkostrzelności Rollfing, w swoim odnośnym sprawozdaniu łowieckim, dał wyraz swego zaniepokojenia, że ta broń, stanowiąca idealną broń kłusowniczą, będzie jeszcze odgrywała pewną rolę „w późniejszych aferach kłusowniczych”. Użytkowanie tej automatycznej broni była szczytowym punktem w łowieckich eksperymentach z bronią Cesarza Wilhelma. Korzystał z tego „Maximkarabinka jeszcze kilka razy, gdy można było strzelać na krótkie odległości, np. w Grunewald lub Wildpark. W późniejszych sprawozdaniach nie mówi się już o „sztucerze dla kłusowników”. Jego Wysokość prawdopodobnie uznał jednak, że „niemyśliwskie” było użycie tej szybkostrzelnej broni na polowaniu. W dzienniku „Berliner Morgenpost” z dnia 17 marca 1899 r. ogłoszono, że pogłoski jakoby Cesarz używał broni całkowicie nowego typu, są błędne.

Fotografia z 1902 r.

Prezentacja sztucera podczas polowania w Letzlingen - od lewej: książę Solms-Baruth, Cesarz Wilhelm II, z prawej nadleśniczy von Lindequist, drugi syn Cesarza - Eitel, generał pułkownik von Plessen, szef gabinetu Cesarza von Valentini (ubrany po cywilnemu) i książę Putbus.(żródło: Bilder der Kaiserzeit - Herzogin Viktoria Luize).

Cesarz Wilhelm II szanując tradycje rodzinne nakazał aby wszystka, będąca w jego dyspozycji, broń myśliwska i sprzęt łowiecki jego przodków, panujących w Brandenburgii i Prusach, zastała wyeksponowana na specjalnej wystawie w ramach Międzynarodowej Wystawy Sportowej w 1907 r.

 

Na polowaniach na zwierzynę drobną, zazwyczaj strzelał z czterech lub pięciu bezkurkowych, dubeltówek z centralnym zapałałem (zapłonem), o osadzie (kolbie) typu niemieckiego, bez policzka, (baki). Dubeltówki wyprodukowane zostały przez Foerster’a w Berlinie, kalibru 20, z różnymi czokami. Stosowany był śrut nr 7, z bezdymnym prochem Rottweil. Ponieważ Cesarz strzelał jedynie jedną ręką, środek ciężkości tych broni przesunięty był bardziej do tyłu, aby uniknąć zmęczenia ramienia. Cesarz miał także korzystać z dubeltówek Anson o kalibrze 20 z różnymi czokami. Strzelby te posiadały tzw. spust guzikowy. Dworski rusznikarz Filip Reeb z Bonn wykonał około tuzina takich dubeltówek ze spustami guzikowymi na zamówienie i na rachunek Urzędu Polowań Dworskich. Kilka broni myśliwskich Cesarza Wilhelma II jest obecnie wystawianych w Deutsches Jagdmuseum (Niemieckim Muzeum Łowiectwa) w Monachium.

Mimo kalectwa, Wilhelm II, jako doskonały strzelec był ceniony i szanowany wśród innych myśliwych. Podczas pobytów w Prakwicach rozkład dnia podporządkowywano rytmom związanym z polowaniem.

Cesarz wstawał wcześnie rano. Około godz. 3:00 – 4:00 jadł śniadanie, które składało się z ciepłego mięsa z przysmażanymi ziemniakami, świeżego ciasta drożdżowego z jabłkami, podpiekanych chrupiących bułeczek i kawy.

Potem jechał do lasu odkrytym powozem w otoczeniu innych myśliwych i łowczego Schmidta. Polował do godziny 8:00-9:00. Przed obiadem spał parę godzin. Posiłek podawano o godz.16:00. Cesarz gustował w prostych, niewyszukanych potrawach. Służba serwowała: zupę, rybę i pieczeń z sałatą oraz kompot. Potem jadano warzywa, słodki deser, paluszki serowe, owoce. Bardzo często podawano raki, które dzielono na mniejsze porcje, ponieważ Cesarz jadł tylko jedną ręką. Odławiano je w Prakwicach, bądź sprowadzano aż z Berlina. Cesarz zawsze miał przy sobie osobisty widelec, który służył mu także jako nóż. Był to rodzaj „niezbędnika”- z jednej strony widelec, a z drugiej ostrze noża. Nigdy z tym „przyrządem” się nie rozstawał.

Po obiedzie ponownie udawał się na polowanie, które trwało do wieczora. Rozkład dnia, (dwa do pięciu rogaczy), otrąbiany był przez strzelców. Na kolację jadł tylko bułkę obłożoną wędliną, drobne ciasteczka i pił herbatę. Przed snem, przez około dwie godziny, gawędził z towarzystwem, bądź czytał, popijając przy tym niskoprocentową, truskawkową nalewkę.

Na spoczynek udawał się około godz. 22:00-22:30. Następne dni pobytu wyglądały niemal identycznie. Nic nie mogło odwieść Cesarza od udania się na łowy. Podczas jednego z pobytów Wilhelm II zachorował, był przeziębiony. Osobisty lekarz dr Ilberg namawiał go, żeby nazajutrz rano nie jechał na polowanie. Cesarz twardo odpowiedział, „że tylko padający deszcz może mu przeszkodzić w polowaniu”. Doktor Ilberg w porozumieniu z gospodarzem dworu użył fortelu. O godz. 2:00 obudzono służbę, która wodą z konewek polewała okno sypialni cesarskiej. Cesarz obudziwszy się, zobaczył padający za oknem deszcz i ponownie poszedł spać. Jednak przy późnym śniadaniu zorientował się, że użyto wobec niego jakiegoś wybiegu i niby to żartobliwie, ale jednak z sarkazmem, rzekł do Ilberga: „Panie doktorze na przyszłość wypraszam sobie robienie takiej pogody”.

Najpiękniejsze trofea, a właściwie ich gipsowe kopie Cesarz podarował właścicielom Prakwic (80 sztuk). Stanowiły one wystrój dworu, wzbudzały zachwyt gości i były powodem dumy Ryszarda Wilhelma von Dohna.

Oryginały poroży prakwickich były ozdobą wnętrz pałacu w Poczdamie. Jednak część została rozkradzion podczas ruchów rewolucyjnych, jakie po zakończeniu I Wojny Światowej ogarnęły Europę, oraz w czasie rewolucji listopadowej (1918) w Poczdamie. Kilkadziesiąt parostków ocalało i WilhelmII zabrał je na wygnanie do Doorn, gzie stanowiły wystrój cesarskiego pałacu.

 

W 2008 roku odwiedził mnie niemiecki fotograf i myśliwy Burkhard Steins – Winsmann, który podarował mi książkę Andreasa Gautschi pt. „Wilhelm II a łowiectwo. Łowiska i polowania ostatniego Cesarza Niemiec” (niem. „ Wilhelm II und das Waidwerk. Jagen und Jagden des letzten Kaisers Deutschlands“. Wiele ciekawych informacji znajduje się w tej książce. Niektóre z nich są odmienne od przytaczanych wcześniej a inne potwierdzają  informacje z innych źródeł. M.in. znajduje się w niej tekst autorstwa Philipa Eulenburga, cesarskiego faworyta pt. „Cesarskie dni w Prakwicach”.

 

Philip Fryderyk Alexander Eulenburg ( ur. 12 lutego 1847 w Königsberg, Prusy; zm. 17 września 1921 w zamku Liebenberg w Löwenberger Land), był politykiem i dyplomatą Cesarstwa Niemieckiego. Był też faworytem Cesarza Wilhelma II. Książę Filip, nazywany "Phili" był ulubieńcem i doradcą Cesarza Wilhelma. Kajzer, spośród ludzi ze swego najbliższego otoczenia, jedynie na Philipa potrafił patrzeć przychylniejszym wzrokiem. Ten zaś darzył go prawdziwe szczerym uczuciem, graniczącym z kultem. Kanclerz Bismarck żartował, że wielbił Cesarza oczyma. Cesarz zaś odwzajemniał się swojemu ulubieńcowi, opisując go jako "promień słońca rozjaśniający ponury dzień". Zimny i autorytarny Cesarz łagodniał w towarzystwie księcia. Nie należał do rzadkości obrazek kiedy to Phili grał na fortepianie, a stojący obok kajzer odwracał mu nuty. Tych dwóch mężczyzn łączyła dziwna, trwająca ćwierć wieku, przyjaźń pełna romantycznej egzaltacji i wzajemnej adoracji. Posądzano ich nawet o związki homoseksualne.

Był jednym z nielicznych, którzy potrafili szczerze rozmawiać z Wilhelmem i tonować jego ekstrawaganckie wypowiedzi. Jedynie on potrafił przemówić do tego lepszego, delikatniejszego i bardziej sentymentalnego księcia. Zrobił w sumie to czego nie udało się zrobić wychowawcom i rodzicom przyszłego Cesarza.


Wilhelm przyjaźnił się z Filipem Eulenburgiem, choć musiał wiedzieć, o opisywanych często w brukowej prasie, homoseksualnych skłonnościach hrabiego. Ich zażyłość była powodem zazdrości wielu wysoko postawionych osobistości życia politycznego ówczesnych Niemiec. Pochlebcy, którzy chcieli wkraść się w łaski Cesarza często zabiegali o przyjaźń i względy Filipa. W 1900 roku Cesarz nadał hrabiemu Eulenbergowi tytuł książęcy i godność jaśnie oświeconego.

Filip Eulenburg

Zamek Liebenberg siedziba rodowa Filipa Eulenburga

Sala myśliwska zamku Liebenberg

Polowanie z Phillipem Eulenburgiem w 1900 r.

Polowanie w dobrach Eulenburgów w Liebenbergu

Afera Eulenburga

"Hrabia Filip Eulenburg był przyjacielem Cesarza Wilhelma II, i tak naprawdę, to chyba jedynym człowiekiem, który miał na niego wpływ. Poznali się na polowaniu w Prakwicach w 1886 r. O bytności Eulenburga na polowaniach cesarskich pisze we wspomnieniach Julian Fałat. "Grono przyjaciół spotykało się również w dobrach Eulenburga, w pałacu Lieibenberg, leżącym na północ od Berlina. Było to tzw. Liebenberg Kreis (Koło Liebenberg), w skład którego wchodzili oprócz Filipa Eulenburga również Richard zu Dohna-Schlobitten, Georg von Hülsen-Haeseler, Kuno Graf von Moltke, Emil Graf von Schlitz, Axel Freiherr Varnbüler. Trudno zaprzeczyć, że kontakty przyjaciół z koła nie miały wpływu na decyzje polityczne Cesarza. Oczywiście nie podobało się to wielu odrzuconym arystokratom i skorzystano z okazji, aby tę dworską kamarylę rozgonić. Doskonałą powodem był proces sądowy redaktora Hardena z grafem von Moltke, który rozpoczął się w 1907 roku. Dostarczył mnóstwo sensacyjnych informacji, udowodnił kontakty homoseksualne Filipa Eulenburga, traktowane jako przestępstwo z art. 175 niemieckiego kodeksu karnego. Była to tzw. nienaturalna rozpusta. Rozpusta naturalna była dozwolona i nikt z tego nie robił żadnych problemów. Eulenburga oskarżono również o krzywoprzysięstwo. Postępowanie zostało zamknięte w 1909 r. z powodu oświadczenia lekarzy, że stan jego zdrowia uniemożliwia dalsze prowadzenie procesu. Jednak skompromitowany arystokrata musiał wycofać się z życia dworskiego i politycznego. Osiadł na stałe w swoim pałacu Liebenburg. Sprawa Eulenburga i Koła Liebenberg była najgłośniejszą aferą epoki wilhelmińskiej i spowodowała duże przetasowania na dworze cesarskim." (być może ta afera była powodem ochłodzenia stosunków Wilhelma II z księciem Dohna). Wybuchła w okresie, w którym Cesarz przestał odwiedzać Słobity i Prakwice - dop. autora).

 

Jako faworyt Cesarza, Philip Eulenburg był oczywiście w świcie cesarskiej podczas polowań. Gazeta Olsztyńska z wielką satysfakcją podawała informacje o polowaniach cesarskich.


„Nr 42 (sobota, 25 maj 1895). W towarzystwie Cesarza niemieckiego, bawiącego obecnie na polowaniu pod Kiszporkiem (Dzierzgoń), znajduje się hr. Filip Eulenburg, ambasador niemiecki z Wiednia. Jest to poeta i muzyk, a wielu obawia się, że na monarchę wielki wpływ wywiera, jak kiedyś poeta i muzyk Wagner na króla bawarskiego".

 

Nic więc dziwnego, że cesarski faworyt z emfazą opisywał pobyty Monarchy w Prakwicach. Oryginalny tekst przyjaciela Wilhelma II pt. "Cesarskie dni w Prakwicach" przetłumaczył kol. Stanisław Łaga i podaję go w całości ponieważ oddaje atmosferę pobytów Wilhelma II w Prakwicach.

Philip Eulenburg

 

Cesarskie dni w Prakwicach
(z notatek Philipa Eulenburga)

4 czerwca 1889

 

„Życie w Prawicach jest wysoce nieskrępowane i wypoczynkowe. Wstaje się wcześnie rano, około godziny 6:00 , by spotkać się z Cesarzem przy śniadaniu w lesie. Piecze się tam ziemniaki w dużym ognisku a następnie, nadziane na patyki, wręczane są Panom przez strzelców. Do tego otrzymuje się kromki chleba z masłem oraz różne wina. Cesarz wyjeżdża do lasu już w nocy, około godziny 2:00, uprzednio zjadłszy befsztyk. Podczas śniadania układamy się swobodnie w zieleni, mówi się o szczegółach podchodu i opowiada wesołe historyjki. Cesarz jest w swawolnym nastroju, śmieje się i przekomarza z wszystkimi, tak że trudno jest przy takim beztroskim stosunku przypomnieć sobie o cesarskiej purpurze.

Cesarskie śniadanie na Szwedzkim Szańcu (fot. Wild und Hund 1908)

Po śniadaniu jedzie się do domu, o ile nie jest przewidziane jeszcze jakieś łowieckie przedsięwzięcie np. przepędzenie szkółki leśnej, w którym my także mamy uczestniczyć. Około godziny 11:00 jesteśmy w Prakwicach, gdzie, w skromnej, wybielonej i udekorowanej setkami parostków jadalni, jemy ciepłe śniadanie. Po śniadaniu Cesarz kładzie się do łóżka aby spać do godziny około 15:00.

 

Pomiędzy godz. 15:00 a 16:00 Cesarz załatwia osobiste sprawy rządowe, które dotarły do mnie z Berlina. W tym czasie jestem stale u niego, referując przychodzące dokumenty i wiadomości i oraz omawiam z nim sprawy służbowe. O godzinie 16:00 ma miejsce obiad. Obowiązuje surdut bez jakiegokolwiek luksusu. Jada się wybornie i dobrze pije. Jednak potrawy podawane są skromnie. Trudno wyobrazić sobie bardziej beztroskie i wygodniejsze stosunki.

 

Po posiłku pije się kawę w ogrodzie, a Cesarz zabawia się poszukiwaniem belemnitów, których mnóstwo znajduje się wśród kamyków piasku (zwłaszcza gdy Eberhard Dohna sporo ich domieszał). Około 16:30 Cesarz ponownie wyjeżdża na podchód, a pozostali jadą na spacer aż do 21:30, gdy Cesarz powraca. Rozbrzmiewa sygnał, gdy powóz Cesarza widoczny jest przed wsią.

Powóz Cesarza przed dworkiem w Prakwicach (fot. Wild und Hund 1906 rok)

Widoczne na zdjęciu "girlandy" z gałązek świerkowych na ścianach dworku były ozdobą przygotowywaną specjalnie na wizyty Cesarza w Prakwicach. Podobnie przyozdabiano pałacyk myśliwski w Hubertusstock.

 

Zapalone zostają dwie duże pochodnie smołowe przed domem. Pod starymi lipami, strzelcy stają w szeregu, a my zbieramy się przed drzwiami gdy wjeżdża wóz podjazdowy. Następnie zdejmowane są rogacze z wozu, układany jest pokot a strzelcy trąbią sygnał „Śmierć sarny” (pisownia oryg.). W języku polskim sygnał nazywa się "Rogacz na rozkładzie", (dop. autora).

Pokot przed dworkiem w Prakwicach. Cesarz odbiera raport od samego księcia Ryszarda Dohna - Schlobitten. (fot. Wild und Hund 1908)

 

Zwykle jest godzina 22:00, gdy wszyscy zbierają się w salonie, gdzie nakryto do kolacji. Kanapki z masłem, truskawki i kruszon. Cesarz zasiada na swoim krześle, ja siadam obok niego i po wesołej rozmowie muszę śpiewać ballady lub Cesarz odczytuje przesłane mu wycinki z gazet i omawia je, tematycznie nawiązując do zawartych w nich informacji.

 

Po 23:00 Cesarz wycofuje się, a ja udaję się do łóżka w moim pokoju na pierwszym piętrze, który dzielę wspólnie z Ryszardem i Eberhardem Dohna. Tak upływa dzień za dniem a ten, niezwyczajny w moim życiu błogi spokój, odczuwam w pełni, podobnie jak mój Pan - jeżeli nie spadnie na mnie wodospad wiadomości politycznych i przykuje mnie do roboczego stołu aż do późnych godzin nocnych”.

 

Także w Prawicach spotykał się Wilhelm II z członkami wschodniopruskich właścicieli innych włości, jak np. z burgrafem Georgem zu Dohna auf Schloss Finkenstein, z grafem Alfredem zu Dohna – Mallmitz lub z grafem Hansem Finck von Finckenstein - Simnau auf Canten.

 

Zdarzały się też niedzielne wycieczki samochodowe ze zgromadzonymi w Prakwicach panami do liczącego sobie ponad pół tysiąca lat, zamku Schöenberg (Szymbark pow. Iława dop. autora), będącego własnością Hrabiego Konrada Finck von Finkenstein.

Cesarz Wilhelm II podczas polowania w Prakwicach

We wspomnianej książce Andreasa Gautschi, są podane informacje, że „do wschodniopruskich Prakwic, w powiecie morąskim okręgu regencyjnym Królewiec, Cesarz przybył po raz pierwszy, już jako książę następca tronu w roku 1885, na polowanie na rogacze jako gość hrabiego Richarda Wilhelma zu Dohna (1807 – 1894) oraz jego syna (1843 – 1916), o tym samym imieniu, często wymienianym w niniejszej książce, a piastującym urząd Zastępcy Wielkiego Łowczego. Dalsze pobyty następowały co roku lub dwa lata aż do 1910 roku. Nieco koryguje to poprzednią informację, że pobyty w Prakwicach odbywały się corocznie. Typowy dla Prakwic, falisty krajobraz morenowy o ciężkiej glebie, pokryty wielkimi łanami zbóż i rozległymi lasami liściastymi, stanowił idealny biotop dla saren. Tutejsze sarny były bardzo silne w tuszy. Przykładowo, jeden z rogaczy, strzelony przez Cesarza w 1894 roku, ważył 52 funty – ok. 24 kg”. Prawdopodobnie chodzi tu o rogacza strzelonego na granicy ziem lipieckich i prakwickich, o którym już wcześniej wspominałem. Andreas Gautschi podaje także dokładne ilości zwierzyny pozyskanej przez monarchę w czasie każdego pobytu w Prakwicach. Jednak są to niepełne dane ponieważ opisują lata 1895 - 1910 a przecież znaleziono w Prakwicach wiele kamieni z wcześniejszymi datami.

 

Polowania Cesarza Wilhelma II w Prakwicach wg Andreasa Gautschi:

 

17 – 24 maja 1895 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 22 rogacze

Kamień z 24 maja 1895 roku

16 – 23 maja 1896 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 28 rogaczy, 1 orlik (orzeł krzykliwy)

24 - 27 maja 1897 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 11 rogaczy

2 – 6 czerwca 1899 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Hrabia Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 13 rogaczy

21 - 25 maja 1901 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książe Ryszard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 20 rogaczy

22 - 26 maja 1903 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 27 rogaczy, 1 kot

Rogacz o masie poroża 620 g - pięknie uperlony, waga tuszy 23 kg.

Kamień z datą strzelenia rogacza - 22 maja 1903 roku

24 maja 1904 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 18 rogaczy

22 - 26 maja 1906 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 12 rogaczy

Kamień z 26 maja 1906 roku

22 - 27 maja 1908 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 31 rogaczy, 1 błotniak stawowy

Kamień z 25 maja 1908 roku

6 – 7 września 1910 r. Prakwice (Prusy Wschodnie)

Właściciel łowiska: Książę Richard zu Dohna – Schlobitten

Rodzaj polowania: z podjazdu

Pokot cesarski: 5 rogaczy

Z tych danych wynika, że Cesarz w Prakwicach strzelił 187 szt. rogaczy, a nie jak podano wcześniej, że około 500. Które dane są prawdziwe nie wiem. Podejrzewam, że  te drugie, czyli 187 szt.,  odnoszą się do tylko kapitalnych rogaczy. Poza tym dane Gautschiego są podane od 1895 r. a Cesarz polował tutaj już w 1885 r.  Liczbą 500 szt. operuje ostatni właściciel dóbr, który wizyty Wilhelma II znał tylko z ustnych przekazów swojego ojca i może dotyczyć wszystkich strzelonych rogaczy. Przecież odkryto kamień, na którym umieszczono informację o tym, że  25 maja 1908 roku Cesarz strzelił czterysetnego rogacza na terenie Prakwic. Również liczba ustawionych kamieni u Gautschiego jest inna. Operuje on liczbą ok. 100-105, podczas gdy Aleksander von Dohna podaje, że było ich około osiemdziesięciu - tyle ile wykonano gipsowych odlewów kapitalnych rogaczy.

W książce Andreasa Gautschi znajduje się wiele wiadomości, które w dosłownym brzmieniu (po przetłumaczeniu), podaję jako ciekawostki potwierdzające, że Wilhelm był doskonałym strzelcem.

…str. 123

 

W dniu 22 maja 1908 r. podczas polowania w Prakwicach Cesarz Wilhelm II, ponieważ „nic poza tym się nie pokazało”, strzelił po mistrzowsku na 200 kroków błotniaka stawowego. Pocisk 6 mm w płaszczu niklowym o ołowianym wierzchołku (a więc półpłaszczowy – dop. tłumacza) prawie całkowicie rozerwał drapieżcę.

… str. 127

 

Podobnie ryzykownie strzelił Monarcha podczas podchodu rogacza w Prakwicach w maju 1901 r. Strzelał kulą 6 mm, na wymierzonych 312 kroków, ze sztucera z lunetą celowniczą. Sztucer bił w punkt, jak wspomniano, na 250 – 300 m, i dla trafienia na dalszą odległość potrzeba było jedynie niewielkiej korekty wysokości, aby oddać pewny strzał.

 

W dniu 22 maja 1903 r. Jego Wysokość odstrzelił, także u Księcia Dohna, siedzącego rogacza: „Pocisk poszedł jednak nieco za krótko i odbił rogaczowi trzy cewki (nogi), tak że musiano go dostrzelić.” Wszystkie odległości strzelania były na tym polowaniu stosunkowo dalekie: 192, 204, 210 kroków. Inny rogacz, którego Cesarz postrzelił na dużą odległość w cewkę, został dobity dopiero po trzech dniach poszukiwania. Dalszy ekstremalnie daleki strzał nastąpił w Prakwicach podczas polowania w dniu 23 maja 1908 r.: „Rogacz który zatrzymał się na wzgórzu i był dobrze widoczny, otrzymał strzał komorowy na 300 kroków”. W dniu 5 września 1910 r. strzelił tamże rogacza, który stanął na widok zbliżającego się wózka podjazdowego, na odległość 320 kroków.

Cesarz Wilhelm II na polowania do Prakwic przybywał pociągiem. Zdarzało się jednak, że przyjazd odbywał się w inny sposób, szczególnie wtedy gdy był jeszcze księciem. Tak było w 1888 roku. Donosiła o tym Gazeta Toruńska nr 129 z 7 czerwca 1888 r. W rubryce Kronika i Rozmaitości napisano (pisownia oryginalna – dop. aut.) „Z pobytu ks. następcy tronu Wilhelma w Prusach Zachodnich donoszą pisma prowincyonalne, że książę przybył w sobotę o godz. ½ 9 rano do Tczewa, zjadł tamże w salonie królewskim dworca kolejowego śniadanie. Około ½ 10 przybył książę do Malborka, na lewym brzegu Nogatu (Kałdowo dop. autora) wysiadł książę ze swym adjutantem majorem Schwerinem, gdzie ich powitali hr. Dohna z Schlobitten, landrat Döring i inspektor robót wodnych Görz. W towarzystwie tych panów udał się książę pieszo tamą nadbrzeżną do stojącego w pogotowiu parowca, na którym przejechał do Jonasdorf, (miejscowość Janówka) gdzie prawa strona niziny Nogatu poniosła ciężkie straty z powodu powodzi wywołanej pęknięciem wału pod Janówką (Jonasdorf), 25 marca 1888 r, w niedzielę palmową. Osiem mil kwadratowych z 77 miejscowościami i ponad 20 000 mieszkańców (tylko w powiatach elbląskim i malborskim, zostało zalanych - dop. aut.) gdzie podczas ostatniej powodzi woda tamę przerwała. Tutaj powitał księcia prezes regencyi gdańskiej Heppe. Po obejrzeniu szkód, kazał książę wręczyć przez swego adjutanta landratowi większą sumę pieniędzy do rozdzielenia jej pomiędzy mniejszych gospodarzy przez powódź poszkodowanych, poczem udał się powozem hr. Dohna w cztery konie zaprzężonym, przez Stare Pole i Kiszpork (Dzierzgoń) do Prökelwitz (Prakwic) na polowanie”.

Wilhelm II i książę Ryszard von Dohna

Jednak aby ułatwić mu przyjazdy do Prakwic pobudowano we wsi małą, ale bardzo urodziwą, stacyjkę kolejową. Powstała ona przy uruchomionej w 1893 roku linii kolejowej Małdyty – Malbork, przebiegającej w pobliżu Prakwic. Trasa ta liczyła 55,514 km i obejmowała następujące stacje: Malbork (niem. Marienburg), Szropy (niem. Schroop), Tropy Igły (niem. Troop-Iggeln), Waplewo Wielkie (niem. GroßWaplitz), Morany (niem. Morainen) – przystanek uruchomiony dopiero w końcówce lat 60, Dzierzgoń (niem. Christburg), Prakwice (niem. Prökelwitz), Myślice (niem. Miswalde), Połowite (niem. Pollwitten), Budwity (niem. Ebenhöh) i Małdyty (niem. Maldeuten).

Była to przepiękna budowla, bardziej przypominająca wyglądem architekturę parkową niż budynek stacji kolejowej. Ponieważ Wilhelm II był miłośnikiem budowli w stylu architektonicznym staronorweskim (w tym stylu zbudowano dwór myśliwski Cesarza w Rominten), drewnianą budowlę wzniesiono pomiędzy 1893 a 1898 rokiem, nawiązując do tego stylu. Drewniany budynek zadaszony był siodłowym, dwuspadowym dachem pokrytym ceramiczną dachówką. Pierwotnie był w kształcie podkowy. Końce były zwrócone frontem w stronę drogi dojazdowej do stacji i miały formę wysuniętych werand-skrzydeł. Wschodnie skrzydło było szersze z wielkim, trójdzielnym oknem. Na dachu zachodniego skrzydła znajdowała się wieżyczka z poligonalnym (okrągłym) dachem, zwieńczonym cebulastą, blaszaną kopułką. Kilkumetrowy maszt umieszczony na wieżyczce był dekorowany flagą cesarską podczas jego wizyt w Prawicach. Od strony torów kolejowych, od północy, pod wieżyczką znajdował się wykusz z dużym, potrójnym oknem.

 

W początkach stacji była tutaj również długa, zadaszona weranda podparta ażurowymi słupami. Około 1910 roku została zabudowana i w ten sposób powstało nowe skrzydło. Zakończenia spadzistych dachów od frontów były ścięte naczółkowo, okna zwieńczone ostrymi łukami (podobnie jak w architekturze neogotyckiej). Ponieważ budowla nawiązywała do stylu staronorweskiego elementy ozdobne snycerki kojarzyły się z kulturą wikingów np. ozdobne osłony rynien zakończono stylizowanymi smoczymi głowami, smocze głowy umieszczono także na wieżyczce. Przykrycia drewnianych konsolek podpierających okapy dachu miały formę listew z trójzębem, a weranda od strony torów oraz skrzydło wschodnie były zwieńczone okazałymi śparogami (śparogi - ozdobne zwieńczenie krokwi szczytowych lub desek przybitych do szczytu dachu dwuspadowego w kształcie baranich rogów, głów zwierzęcych, toporków wystających poza kalenicę.

Budynek dworca nazywano „cesarskim pawilonem powitalnym” (niem. Kaiser-Empfangs Pavillon) lub prościej „pawilonem cesarskim” (niem. Kaiserpavillon). Stacyjkę tę, po upadku monarchii (1918 rok), w całości rozebrano i przeniesiono do miejscowości Budwity, w obecnym woj. warmińsko-mazurskim. Jak podaje w filmie, „Prökelwitz und Schlobbiten” ostatni właściciel Słobit i Prawic, stało się to nie w 1918 roku, ale w 1920 roku. Przeniesiono ją w całości ponieważ konstrukcja stacji była drewniana, a w Prakwicach pozostał tylko pusty plac. Budwity nazywały się wtedy Ebenhoh (nazwa pochodziła od nazwiska właścicieli okolicznych dóbr, rodu von Eben). W 1855 roku właścicielem majątku Budwity został Ferdynand Wilhelm von Eben. Jego syn Johannes von Eben był pruskim generałem, oficerem niemieckiego sztabu generalnego, zasłużonym w pierwszej wojnie światowej, brał udział w wojnie na froncie francuskim, rosyjskim i w Karpatach, posiadał najwyższe odznaczenia niemieckie. Od 14 lutego 1919 r. pozostawał na emeryturze i mieszkał w Budwitach, gdzie zmarł 30 czerwca 1924 roku.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       

 
Kolejne losy budynku stacyjki, to przebudowy, które zmieniły pierwotny wygląd „cesarskiego pawilonu”. Po przeniesieniu  zmieniono formę architektoniczną dworca, a w kolejnych latach (l. 20/30-te XX w.), w ramach modernizacji stacji kolejowej, dobudowano do drewnianego dworca murowaną nastawnię.
 

Budowa stacyjki w Prakwicach związana była także z faktem przeniesienia letniej siedziby Cesarza do Kadyn (niem. Cadinen) k. Elbląga. Z Prakwic do Kadyn Cesarz udawał się pociągiem. Warto przy okazji wspomnieć też o Kadynach. O tej miejscowości, jako posiadłości Wilhelma II, pisze Andreas Gautschi: „Posiadłość Kadyny, położona jest pomiędzy Elblągiem a miasteczkiem Tolkmicko, na północno wschodnim skraju Prus Zachodnich w powiecie elbląskim, gdańskiego okręgu regencyjnego. Od 1814 roku znajdowała się posiadaniu rodziny Birkner. Dwaj ostatni bracia z tej rodziny postanowili, że w przypadku gdy pozostaną bez spadkobierców, przekażą posiadłość władającemu Królowi Prus, jako dziedzictwo. O zamiarze tym zawiadomili Cesarza Wilhelma II pismem skierowanym bezpośrednio do niego. Cesarz ogłosił gotowość przejęcia posiadłości. Za radą Burggrafa Ryszarda zu Dohna – Schlobitten, na początku września 1898 r., zgłosił gotowość do przyjęcia tej oferty. Silnie zaniedbana, wymagająca wysokich inwestycji posiadłość przeszła w tym samym roku do prywatnych włości królewskich (Privatschatulle). „Przy dużych nakładach finansowych, posiadłość świetność powinna odzyskać już około 1899 roku”, pisał Ryszard zu Dohna do Wilhelma II, dodając … „ dobrze zaopatrzonym w zwierzynę łowiskiem dla Najwyższego Myśliwego”. Kierownictwo łowieckie oraz gospodarkę leśną przejął łowczy Dohnów Gustaw Adolf Schmidt. Zatem od 15 grudnia 1898 roku właścicielem Kadyn został Król Prus i Cesarz Niemiec Wilhelm II Hohenzollern.

Okazuje się, że Wilhelmowi II stawiano kamienne obeliski nie tylko czcząc jego łowieckie sukcesy. Ten kamień ustawiono w Kadynach, a wyryty napis w trochę dowolnym tłumaczeniu głosi: "Tędy wkroczył w swoim majestacie Najmiłościwszy Pan po raz pierwszy do Kadyn. 2.6.1899". 

Jednak przejęcie Kadyn wywołało uwagi na cesarskim dworze. Zaufany przyjaciel Wilhelma II Filip hr. Eulenburg z przekąsem mawiał: „Birkner podarował Cesarzowi Kadyny z zobowiązaniem, wypłacania mu corocznie 30 000 Marek oraz przejęcia posiadłości z wszystkimi długami. Wspaniała transakcja dla tego Pana. Ryszard Dohna „zaaranżował” to ze swoim przyjacielem von Etzdorf, aby Cesarza silniej przywiązać do Prus Wschodnich. Lucanus skarżył się wobec mnie, że już teraz powstały niesamowite koszty i to dla jedynie kilkudniowego pobytu podczas roku. Jest to naprawdę szalonym posunięciem wciągać Cesarza w takie sprawy. „Ofiarodawca” śmieje się cichcem w swojej willi, którą nabył w Wiesbaden – w chwili gdy stał się bankrutem.”

 

Wg Valentini (Kaiser und Kabinettschef, 1931, str. 64) Jego Majestat zakupił majątek wielkości około 1000 ha za przejęcie długów hipotecznych, przekraczających ówczesną wartość majątku, oraz wypłacanie dożywotniej renty rocznej w wysokości 15 000 marek”.

 

Początkowo liczący 766 ha, później powiększony do 924 ha las był, podczas przejęcia przez Cesarza, stosunkowo mocno wykorzystany i w większości występowały głównie jedynie młodsze wiekiem drzewostany, które jednak dzięki pięknemu krajobrazowo położeniu w bezpośrednim sąsiedztwie Zalewu Wiślanego i urozmaiconemu krajobrazowi moreny końcowej czyniły z posiadłości szczególny klejnot. Przez wydzierżawienie sąsiednich łowisk znacznie poprawiły się możliwości hodowli zwierzyny. Warunki bytowania saren były szczególnie korzystne, przednie były polowania na kaczki i bytowały tu nawet bażanty. W 1899 roku zamierzano całkowicie wystrzelać występujące tu także daniele tworząc lepsze warunki bytowania dla saren.

Kadyny - studnia

1936 r.

Kadyny - piec w pałacu cesarskim

Park

Cesarski park w Kadynach

Cesarska kaplica w parku

Pałac Wilhelma II w Kadynach. Stan obecny

Kadyny corocznie odwiedzane były przez rodzinę cesarską i tworzyły okazję do przebywania w prywatnej atmosferze, wolnej od dworskiego przymusu. Wilhelm II próbował tam także okazyjnie polować z budki na … wrony. Np. 21 września 1909 roku długo przebywał w budce, jednak strzelił tylko jedną wronę.

Podczas pobytów w Kadynach Cesarz bardzo się interesował stanem gospodarki i maszynami rolniczymi. Cesarz i jego świta ubrani są w ubrania myśliwskie.

Kadyny. Wyjazd Cesarza na polowanie

Jednak pierwsze kadyńskie wrażenia Cesarza nie były najlepsze i nie wystawiają dobrej opinii o dotychczasowych właścicielach majątku. Gazeta Olsztyńska w numerze 68 z 10 czerwca 1898 roku zamieszcza opinię Wilhelma II na temat Kadyn: „Elbinger Zeitung donosi, że Cesarz Wilhelm wyraził się niepochlebnie o pomieszczeniach robotników swoich na dobrach Cadinen, które niedawno przeszły na własność Cesarza. Cesarz powiedział dosłownie: W Cadinen musi się niejedno zmienić, mianowicie pod względem mieszkań robotniczych. Te mieszkania są widocznie jeszcze ogólnem złem tu na wschodzie. Piękna obora w Cadinen jest prawdziwym pałacem w porównaniu do pomieszczeń robotniczych. Trzeba więc postarać się o to, by świńskie chlewy nie były lepsze od mieszkań robotniczych". (por. Moje wędrówki. Jerzy Zaskiewicz).

Dawna zabudowa Kadyn

Kadyny jednak przypadły do gustu zarówno Wilhelmowi II jak i jego małżonce - Auguście Wiktorii. I to do tego stopnia, że stały się letnią rezydencją cesarskiej małżonki. Podniosło to oczywiście bardzo rangę Wysoczyzny Elbląskiej oraz samego Elbląga.

Dwór w 1901 r.

Dwór 1902 r.

1910 r.

1914 r.

1925 r.

Pałac - oranżeria

Wyjazd cesarzowej Wiktorii Augusty z pałacu w Kadynach - 1902 rok

Co dalej działo się w Kadynach? Rozpoczęto całkowitą przebudowę wsi na styl willowy. Wybudowano szkołę, urząd pocztowy i dom opieki społecznej. Jednocześnie trwała przebudowa dworu.

Gorzelnia

Widoczny komin gorzelni

Aleja brzozowa

Kuźnia

Zabudowa willowa w tzw. stylu zakonnym (Ordenstil), według projektów architektów berlińskich

Willa zarządcy Kadyn Rüdigera von Etzdorfa

Szkoła

Dom opieki

Kościół

 

Neogotycki kościół. Budowę - planowaną już w 1907 roku - rozpoczęto w 1913 roku z inicjatywy Cesarza Wilhelma II. 12 lipca 1913 roku położono kamień węgielny pod budowę. Projekt przygotował Arthur Kickton a budowę ukończono w 1916 r. Budowa kościoła przebiegała z dużymi przerwami, spowodowanymi działaniami pierwszej wojny światowej. Cesarz wyraził życzenie, by nowo zbudowany kościół nazwany został Świątynią Pokoju i przyczyniał się do jego ustanowienia na świecie. W kościele chętnie urządzano koncerty organowe, ze względu na doskonałą akustykę. Wszystkie cegły oraz kształtki, użyte do budowy kościoła, powstały w kadyńskiej majolice. W czasie wojny, kościół uległ nieznacznemu uszkodzeniu, a następnie, w 1955 roku został rozebrany. Dziś główny jego ołtarz znajduje się w kościele Św. Mikołaja w Elblągu,

Gospoda Fritza Gottschalka

Wnętrze gospody

Około 1904 roku powstała „Królewska Fabryka Przemysłowa Kadyny” a później w 1905 r. „Królewskie Wytwórnie Majoliki Kadyny”. Rozbudowano cegielnię.

Cegielnia

Fabryka Majoliki

Cesarz przed cegielnią

 

Majolika to ceramika pokryta nieprzezroczystą polewą ołowiowo - cynową o bogatej kolorystyce. Kadyńska Wytwórnia Majoliki powstała w 1905 roku. W początkowym okresie wytwarzano w niej wyroby artystyczne wzorowane na motywach etruskich i greckich oraz kopiowano majolikę włoskiego renesansu. Cesarz był żywo zainteresowany jej funkcjonowaniem - poprzez wydawanie opinii miał wpływ na każdy nowy projekt. Uhonorowaniem rozwoju myśli technicznej oraz wspaniałej stylistyki były dwie nagrody, które otrzymały kadyńskie wyroby na wystawie światowej w Turynie. Po 1918 roku wytwórnia wypracowała swój własny, niepowtarzalny styl określany jako "brg". Skrót pochodził od słów blau-rot-gold i nawiązywał do kolorystyki wyrobów, które były kompozycją czerwieni kadyńskiej (rot) z błękitem kobaltowym (blau) i złotem (gold). W wytwórni pracowali najlepsi niemnieccy rzeźbiarze i ceramicy, m.in.: Karl Begas, Stanislaus Cauer, Reinhold Felderhoff, Else Furst, Johannes Goetz, Paul Heydel, Albrecht H. Hussman, Josef Limburg, Ludwig Manzel, Heinrich Splieth, Cuno von Vechtritz-Steinkirch, August Vogel. Jednak to Cesarz sam decydował, które wzorce mają być produkowane.

Przedmioty powstałe w najlepszym dla wytwórni okresie (lata 30. XX wieku) cieszyły się ogromnym zainteresowaniem i były niegdyś sprzedawane w sklepach firmowych w Elblągu, Krynicy Morskiej, Berlinie, Hamburgu i Stuttgarcie. W tamtym czasie w zakładzie było zatrudnionych 50 pracowników. Dzisiaj wyroby Kadyńskiej Wytwórni Majoliki również mają swoich wielbicieli, którzy zajmują się kolekcjonowaniem wielkiej spuścizny artystycznej kadyńskiego zakładu.

Kadyńska waza do kruszonu, zaprojektowana przez Hansa Hofferichtera - rzezbiarza i wykładowcę w Wyzszej Szkole Pedagogicznej w Elblągu w latach 1931-1933

Filiżanka z kadyńskiej fabryki z herbem Cesarza

Warto w tym miejscu dodać, iż w Kadynach powstała także ceramika architektoniczna, wyroby stanowiące wyposażenie budynków i pałaców. Do dzisiaj można ją oglądać m.in. na stacji metra berlińskiego przy Teodor Heuss Platz oraz w holu zakładu kąpielowego w Wiesbaden. Także kasetonowy strop w holu siedziby NBP w Gdańsku i płaskorzeźba z kogą na jednym z budynków w Tolkmicku (dzisiejsze przedszkole) pochodzi z kadyńskiej Majoliki.

Płaskorzeba z kogą

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                         

Przedszkole w Tolkmicku

Poprzez stosowanie specyficznych metali szlachetnych i kombinacji kolorów (zakład opracował własne receptury farb) wytwórnia wniosła swój wkład do światowej historii ceramiki. Ciężki okres dla zakładu nastąpił po zakończeniu I Wojny Światowej, gdy Cesarz musiał udać się na wygnanie. Wytwórnia, aby "utrzymać się na powierzchni" zmuszona została do rozpoczęcia masowej produkcji. W dużej mierze dzięki determinacji kierującego zakładem Wilhelma Dietricha, kadyńska ceramika nie straciła na jakości. Obok naczyń, serwisów i innych użytkowych przedmiotów, zakład zaczął wytwarzać charakterystyczne figurki zwierząt - koni, byków, łosi, ptaków, psów w kolorze kadyńskiej glinki.

Figurka wzorowana na ulubionym jamniku Cesarza

Do dziś można spotkać tego typu figury. Znajdują się m.in. jako elementy architektoniczne w budynkach stadniny w Kadynach oraz w jednym z domów w Ornecie. Pod koniec lat 30. XX wieku fabryka nawiązała współpracę ze złotnikami z Królewca, w wyniku której powstawały przedmioty łączące ceramikę, srebro i bursztyn. Produkowano m.in. wazy i dzbany ceramiczne zaopatrzone w uchwyt z bursztynu lub srebra, oraz naczynia, których obrzeża były wykładane srebrem. Wytwórnia zakończyła działalność pod koniec II Wojny Światowej. W 1945 roku około 500 mieszkańców Kadyn ratowało się ucieczką w obliczu zbliżającego się rosyjskiego frontu. Próby reaktywowania zakładu podjęte po 1950 roku zakończyły się, niestety, niepowodzeniem.

 

Dla Kadyn rozpoczął się "złoty wiek". Cesarz kilkakrotnie odwiedzał kadyński majątek, przyjeżdżał tutaj na kilkudniowe pobyty w okresie letnim – częściej jednak przebywała tutaj cesarzowa z dziećmi. Wilhelm II zajeżdżał  do Kadyn również, kiedy był w podróży na polowania w Rominten. Docierał tutaj swoją salonką podłączoną do pociągu pospiesznego relacji Berlin-Królewiec lub pociągiem specjalnym, który zatrzymywał się na dworcu w Elblągu, gdzie doczepiano ją do pociągu Kolei Nadzalewowej HUB. Bywało też, że dalszą drogę z Elbląga do Kadyn odbywał  Cesarz samochodem, odwiedzając po drodze miejscowości Wysoczyzny Elbląskiej. Kadyny były też miejscem wypoczynku rodziny cesarskiej. Ze względu na rangę właścicieli i znaczenie majątku, rezydencję kadyńską zaczęto nazywać pałacem, a nawet zamkiem (Schloss). Administratorem kadyńskich dóbr Cesarza w latach 1898-1930 był Rüdiger von Etzdorf, starosta (landrat) powiatu elbląskiego (w latach 1888-1907), właściciel majątku i cegielni w Wogenap (Jagodno).

Za cesarskim powozem Rüdiger von Etzdorf

Rüdiger von Etzdorf - zarządca Kadyn w latach 1898-1930. zginął w wypadku lotniczym nad okolicznymi lasami. W tym miejscu ustawiono kamienny obelisk ku pamięci Rüdigera von Etzdorfa, który zginął 19 marca 1935 roku.

Kamień znajduje się na dnie głębokiego wąwozu, tuż przy strumieniu. Na jego pionowej ścianie wyryta jest inskrypcja: Exellenz v. Etzdorf, Generalbevollmächtigter, Cadinen, 1898-1930. (źródło: Lech Słodownik, Dziennik Elbląski)

Kolej w okolicach Suchacza - 1930 rok

Założycielami Kolei Nadzalewowej (niem. Haffuferbahn, w skrócie HUB), której przypisano regionalne – gospodarcze znaczenie, były władze prowincji wschodniopruskiej i prywatne kolejowe towarzystwo budowlane Lenz & Co. ze Szczecina. Później była to jedyna prywatna linia kolejowa zarządzana przez samodzielną spółkę akcyjną z siedzibą w Królewcu. 
Kolej na odcinku Elbląg Dworzec-Miasto – Frombork została uruchomiona 20.5.1899 r. a dalej, do Braniewa, gdzie łączyła się z Koleją Wschodnią - 7.9.1899 r. Jej trasa liczyła 48,3 km i pociągi pokonywały ją w ciągu 1 godziny i 35 minut.

Stacja główna HUB - Elbląg Stare Miasto

Kolej Nadzalewowa (niem. Haffuferbahn – HUB) – linia kolejowa, która w zamyśle niemieckich projektantów miała połączyć Elbląg z Królewcem. W latach 1897–1899 zbudowano odcinek łączący Elbląg z Braniewem, gdzie Kolej Nadzalewowa łączyła się z Koleją Wschodnią umożliwiając dalszą podróż aż do Królewca. Od momentu powstania Kolej Nadzalewowa stanowiła ważny fragment lokalnej sieci kolejowej w Prusach Wschodnich, łącząc dwa większe miasta (Elbląg i Braniewo). Do 1918 r. na odcinku Elbląg – Kadyny spotkać można było pociąg Cesarza Niemiec, Wilhelma II, który w Kadynach miał swoją letnią rezydencję. Kiedy w grudniu 1899 roku Cesarz Niemiec Wilhelm II zakupił majątek kadyński, życie spokojnej dotąd nadzalewowej miejscowości zmieniło się nie do poznania. Nowości czekały nie tylko mieszkańców, ale też kolej przebiegającą przez włości kajzera. Kolej Nadzalewowa uważana była za jedną z najładniej położonych kolejek w prowincji pruskiej. Atrakcję stanowiły nie tylko tamtejsze urokliwe miasteczka, ale też widoki, jakie można było podziwiać po drodze z okien pociągu.

 

Pociągi Kolei Nadzalewowej nie jeździły z oszołamiającą szybkością, ale było to aprobowane przez pasażerów, którzy mogli podziwiać uroki okolicy. Mówiono, że była to szybkość do 20 km/h i z tego powodu na wagonach znajdowały się napisy: „Blumen, Pilzen pflücken während der Fahrt verboten”! – zabrania się zrywania kwiatów i grzybów podczas jazdy! 
W pobliżu torów kolejowych powstało z czasem wiele obiektów oraz domów prywatnych. Wśród ich właścicieli przyjął się wkrótce zwyczaj, że swe domy zaczęli ozdabiać różnymi wersami, wyrażającymi radość z miejsca zamieszkiwania w tak pięknej okolicy. Jeden z takich napisów zachował się do dzisiaj w Suchaczu, tuż przy przystanku kolejowym, gdzie w obszernej willi mieszkał Otto Frieseler, dyrektor Kolei Nadzalewowej w latach 1919-1945. Napis ten brzmi: Ein glücklich Los ist dem beschieden, der ferne vom Gewühl der Stadt in einem stillen Erdenwinkel ein trautes Heim gefunden hat, czyli „Szczęśliwa dola jest temu wyznaczona, który z dala od miejskiego zgiełku, w zacisznym zakątku ziemi znalazł swój przytulny dom“.

 

W 1938 r. Kolej Nadzalewowa Spółka Akcyjna (Haffuferbahn AG) miała 9 lokomotyw parowych, 20 wagonów osobowych, 3 wagony pocztowe, 111 towarowych a pracę miało 120 robotników. W dni robocze trasę pokonywało tam i z powrotem 5 pociągów parowych – mijanki były tylko w Tolkmicku. Co ciekawe, żadna lokomotywa Kolei Nadzalewowej nie została wyprodukowana w Elblągu, pochodziły one z fabryk „Hohenzollern”, „Henschel,”, „Union” i „Vulkan”.

Lokomotywa (ELNA typ 3, firmy Krauss z Monachium), ostatnia lokomotywa jaką spółka Kolej Nad Zalewem otrzymała w 1922 roku. Właściwie przeznaczona była dla Berlina, wylądowała jednak w Elblągu

Dwie starsze lokomotywy: pierwsza  zbudowana w 1892 r. przez Henschel’a i druga firmy Hohenzollern z Duesseldorf z 1898 roku

Pociąg HUB przed elbląskim browarem z wagonami, będącymi własnością browaru. Po lewej widać otwarty wagon z lodem, którym rozwożono lód do klientów.

Kolej Nadzalewowa miała również swoje autobusy, które obsługiwały chętnych z Rubna Wielkiego, Nabrzeża, Łęcza, Próchnika, Pogrodzia i Tolkmicka. 
Linia obsługiwała ruch osobowy oraz towarowy, przewożąc w latach 30. ponad 400 tys. pasażerów oraz 250 tys. ton towarów.

Przystanek autobusowy w Pęklewie

W okresie międzywojennym na trasie kursowały także pociągi turystyczne Niemieckich Kolei Państwowych. W Tolkmicku podróżni mieli możliwość przesiadki na 9 statków "białej floty" kursujących codziennie do Krynicy Morskiej. Prawie 500 osób zabierał stąd parowiec „Tolkemit” należący do Towarzystwa Żeglugowego F. Schichau. (źródło Lech Słodownik)

Stacja HUB w Tolkmicku, w której był napis. "Kto teraz ma ochotę na przejażdżkę parowcem, może tutaj przesiąść się na „Tolkemit” i za 30 minut być w Krynicy na Mierzei Wiślanej. – Szczęśliwej podróży!"

Statek parowy "Tolkemit" kursujący z Tolkmicka do Krynicy Morskiej

Kolej Nadzalewowa HUB - przystanek w Kadynach

W początkowym okresie istnienia kolei istniały trudności, bowiem jadące pociągi nie zawsze zatrzymywały się w Kadynach. Isniejący tam przystanek był zdaniem cesarskiego dworu należał tylko do Cesarza Wilhelma II. Ostatecznie sprawę roztrzygnął sąd.

 

Doskonale to opisuje Pani Magdalena Pasewicz - Rybacka w artykule pt. "Spór o Kadyny" zamieszczony na stronie internetowej https://haffbahn.com, który za zgodą autorki zamieszczam:

 

"Plany zmieniły się, gdy ostatni z Birknerów, bezdzietny Artur, sprzedał Kadyny Cesarzowi. Wilhelm II urządził tam swoją letnią rezydencję, którą w czasie jego nieobecności zarządzał elbląski landrat, Rüdiger Etzdorf (od 1899 roku von Etzdorf). To właśnie on przysporzył władzom Haffuferbahn najwięcej kłopotów.


W umowie sprzedaży Kadyn Birkner zagwarantował spółce wieczyste użytkowanie ziemi na terenie Kadyn i Kikołów, po której miała biec kolej. Nie sprecyzowano tam jednak kwestii korzystania z przystanku. W związku z tym von Etzdorf przy pierwszej nadarzającej się okazji złożył wniosek o wyłączenie tamtejszego postoju z ruchu publicznego.


Odtąd z przystanku mógł korzystać jedynie Cesarz oraz członkowie jego rodziny przybywający co jakiś czas do majątku. Pozostali podróżni musieli wysiadać w Pęklewie i pieszo udawać się do Kadyn. Z tego też względu przystanek nie był uwzględniany w rozkładach jazdy.


Zarząd Haffuferbahn postanowił natychmiast interweniować u władz centralnych. Jednak dopiero po długich rozmowach udało się wynegocjować pewne ustępstwa. Firma Lenz & Co., największy udziałowiec w spółce HUB A.G., zobowiązała się na własny koszt wybudować prywatną bocznicę do cegielni cesarza. W zamian za to zarząd majątku zgodził się, by podróżni mogli korzystać z przystanku podczas nieobecności rodziny królewskiej w Kadynach. W praktyce oznaczało to niemal cały rok, za wyjątkiem kilkudniowych wizyt panujących. Pod rozkładami pojawiała się niekiedy adnotacja:


„Kadyny posiadają tor przyłączeniowy, który służy wyłącznie do prywatnego użytku królewskiego majestatu z Kadyn”

 

Droga wciąż była jednak uznawana przez zarząd majątku za prywatną. W związku z tym Ernst Hantel, prezes zarządu Haffuferbahn, postanowił wytoczyć kajzerowi proces sądowy. Powołując się na zapisy umowy Birknera, dążył do nadania Kadynom statusu przystanku publicznego. Ponadto zabiegał o upublicznienie całego odcinka drogi od przystanku do kadyńskiej karczmy, by podróżni mogli bez problemów z niej korzystać.”

Wyjazd cesarskiej rodziny z Kadyn - przy drzwiach wejściowych do pociągu widoczny dywan

Dąb Bażyńskiego

Przy wjeździe do Kadyn od strony Elbląga rośnie okazały dąb, zaliczany do jednego z najstarszych w Polsce. Liczy znacznie ponad 700 lat. Jego obwód to ok. 10 metrów, a wysokość ponad 20 m. Przy ziemi znajduje się okazała dziupla, powstała prawdopodobnie ponad 100 lat temu. Na zlecenie Cesarza była tam stróżówka, a drzewa strzegł umundurowany strażnik. W czasach Birknera w dziupli mieściło się 11 żołnierzy.


Dawniej nazywano go 1000-letnim Dębem Niemiec, od końca XIX w. był znany jako Dąb Królewski, a po 1945 r. jako Dąb Kadyny, potem  Dąb Odrodzenia Polski. Obecnie nazywany jest Dębem Bażyńskiego. Obok niego rośnie sześć okazałych dębów, liczących ponad 300 lat. Symbolizują one według legendy sześciu synów księżniczki Kadyny, którzy mieli bronić tego terenu przed Krzyżakami. Obecnie Dąb Bażyńskiego otoczony jest płotkiem, ale niestety drzewo stopniowo umiera.

Przystanek w Pęklewie

W tym miejscu warto zacytować fragmenty innego artykułu Pani Magdaleny Pasewicz - Rybackiej ze strony internetowej https://haffbahn.com pt. "Kłopotliwy czerwony dywan".

 

"Kolej Nadzalewowa z przystankiem w Kadynach była dużym udogodnieniem dla rodziny cesarskiej w trakcie przyjazdu do prowincjonalnej rezydencji. Dzięki połączeniu Haffuferbahn z Koleją Wschodnią możliwe było odbycie podróży bez przesiadek – na Staatsbahnhof w Elblągu dwie lokomotywy HUB przejmowały cesarskie wagony i mknęły przez miasto aż do samych Kadyn. Tym sposobem kajzer i jego rodzina byli jednymi z nielicznych, którym dane było zaznać przejażdżki ulicami Elbląga."

Dworzec w Elblągu gdzie doczepiano cesarskie wagony

Przejazd pociągu przez miasto Elbląg, akwarela z 1936 r. Źródło Pangritz Kurier

Pierwsze 2,5 km od Dworca Wschodniego (dzisiaj Dworzec Główny) do nowego dworca Elbląg-Miasto przy Brandenburgerstraße 22 (obecnie ul. Hoża) przecinało centrum miasta i ten odcinek używany był wyłącznie do transportu towarowego – z wyłączeniem wizyt jadącego do Kadyn Kajzera Wilhelma II. Przejazdy pociągów przez centrum były uciążliwe dla mieszkańców, ale nie dla wszystkich. Otóż uczniowie elbląskich szkół, spóźniający się na lekcje mieli tradycyjną wymówkę, że przyczyną ich spóźnienia był… pociąg. Podobnie tłumaczyli się spóźnialscy mieszkający na Wyspie Spichrzów, że długo czekali na opuszczenie zwodzonych mostów!

 

Na terenie miasta do tej linii kolejowej podłączonych było niegdyś 15 bocznic prowadzących m.in. do stoczni F. Schichau, zakładów F. Komnicka, fabryki cygar, browaru (stacja Angielska Studnia), elektrowni a nawet na teren jednostki wojskowej przy ul. Mazurskiej. Natomiast „po drodze” do Braniewa znajdowało się dalszych 12 bocznic prowadzących do cegielni i zakładów leżących nad Zalewem Wiślanym.

 

Któż z elblążan nie przypomina sobie naszej Kolei Nad Zalewem, którą wiele rodzin wykorzystywało do niezapomnianych wycieczek na wybrzeże Zalewu, szczególnie w okresie kwitnienia czereśni. Któż nie korzystał z ukochanej kolei, gdy chciał szybko dostać się do kąpieliska morskiego Kahlberg (Krynica Morska). Wtedy już dało się zauważyć rozgniewanie na HUB codziennie jadący przez miasto, gdy kolejarz z czerwoną chorągiewką i dzwonkiem szedł przed nim aby umożliwić parowej lokomotywie pierwszeństwo przejazdu. Z uśmiechem wspominamy jeszcze i dzisiaj tego małego elbląskiego bowkę, który do jednego wytwornie odzianego pana spieszącego się przez Carlson Platz na dworzec kolejowy wołał: „Herrchen, loofe Se man, der Zuch fuhr all!” (elbląski dialekt, odpowiednik naszego: panocku, pośpieszcie się, pociąg zaraz odjeżdża). Lub któż nie zna tego epizodu gdy maszynista jadąc trasą nad Zalewem krzyknął do swojego znajomego listonosza, jadącego rowerem: „Jadę wolno, wsiadaj z rowerem, możesz dojechać parę kilometrów!”. A odpowiedź brzmiała: „Nie dzisiaj, mam ekspresowy list.”

 

"O cesarskich wizytach zazwyczaj donosiła lokalna prasa. Gazety nie tylko podawały termin przyjazdu jaśnie państwa, ale też szczegółowo omawiały plan pobytu czy elementy przybywającego ekwipunku. Przykładowo 15 września 1913 roku w „Elbinger Neueste Nachrichten” pisano:


„W niedzielę przed południem przybył z Berlina transport z dobrami cesarskimi, potrzebnymi podczas pobytu w Kadynach, który został przewieziony do Kadyn Koleją Nadzalewową. Część cesarskiego wyposażenia z Berlina, 4 samochody, 5 wozów, konie, służba i szoferzy, znajdują się w drodze i dojadą dziś po południu, aby również niezwłocznie dostać się do Kadyn Koleją Nadzalewową. We wtorek, tj. 16 września, wszystko powinno być gotowe na przyjazd kajzera, który, jak już wcześniej donoszono, przybędzie do Kadyn prawdopodobnie w środę 17 września" (por. Magdalena Pasewicz - Rybacka, pt. "Kłpotliwy czerwony dywan", https://haffbahn.com ).

 

"Dziś o godz. 14.05 Cesarz dotarł do Elbląga, przybył do naszego miasta autem. Elbląg to miejsce na trasie do Kadyn, które były ostatecznym celem podróży Jego Królewskiej Mości. Mieszkańcy naszego miasta bardzo serdecznie przywitali zacnego gościa. Część z zebranych czekała na Niego na ulicy od wielu godzin...


Cesarz przejechał ulicą Warszawską (niem. Berliner Str.), Mostową (niem. Brückstr.), Starym Rynkiem (niem. Alter Markt), następnie przez Bramę Targową obok budynków administracyjnych Schichaua, przez ulicę Królewiecką (niem. Königsbergerstr.), zmierzając dalej w kierunku Kadyn (niem. Cadinen).


Nasz dostojny gość w drodze do Kadyn nie zatrzymywał się. Monarcha pozdrowił bardzo liczną masę ludzi wylegającą na ulicach uprzejmym skinieniem głowy. Władca miał na sobie uniform myśliwski, podobnie jak większość jego towarzyszy, która podążała za nim w trzech autach. Za świtą podążało dwóch mężczyzn w cywilu." (Elbinger Neuste Nachrichten, środa, 17.09.1913 r.)

 

Odnośnie cesarskiej wizyty w Kadynach

 

"Wartę honorową podczas pobytu Cesarza w Kadynach będzie pełnić i tym razem 152 Pułk Piechoty im. Zakonu Niemieckiego (niem. Deutsch Ordens-Infanterie-Regiment Nr. 152). Oficerowie i szeregowi z tego pułku już wczoraj przybyli do Kadyn z manewrów. Jednostka, (Wachkommando), która składa się z żołnierzy obu batalionów, uda się we wtorek pod dowództwem kapitana Heyma z 1. Kompanii oraz dwóch innych oficerów, kapitana Schwendiga i podporucznika von Wussowa, do Tolkmicka (niem. Tolkemit), gdzie zostanie zakwaterowana.


W niedzielę przed południem z Berlina do Elbląga przybył ładunek z asortymentem cesarskim, potrzebnym na czas pobytu Cesarza w Kadynach. Część asortymentu cesarskiego: cztery samochody, pięć wozów, konie, służba i szoferzy już dziś po południu zostali przewiezieni koleją nadzalewową do Kadyn [...]." (Elbinger Neueste Nachrichten, poniedziałek, 15.09.1913 r.)

 

Jeszcze odnośnie wizyty Cesarza


"Na temat wizyty Cesarza w Królewcu (niem. Königsberg) można znaleźć w tamtejszej prasie następujące informacje: w następną niedzielę, 21 września, do Królewca przybędzie Cesarz i będzie brał udział w nabożeństwie w katedrze. Jak podaje rada parafialna, bilety wstępu na nabożeństwo, w którym będzie uczestniczył sam Cesarz, są do nabycia (tylko dla parafian katedry) w czwartek i piątek w godz. 16-18 w katedrze. Bilety te są darmowe. Nabożeństwo uświetni uroczysta akademia. [...].


Z okazji przyjazdu Cesarza do Romnit (niem. Rominten) ruszyły już pierwsze przygotowania na tamtejszym dworcu. Pociąg cesarski na czas pobytu cesarza w Romnitach będzie stał na dworcu Gr. Romniten w specjalnie do tego celu wybudowanej hali." (Elbinger Neueste Nachrichten, wtorek, 16.09.1913 r.)


"Przyjazdy Cesarza odbywały się z honorami godnymi panującego. Na kadyńskim przystanku czekał specjalny urzędnik z królewieckiej spółki kolejowej, ubrany w cylinder i białe rękawiczki, który witał kajzera i jego rodzinę. Jaśnie państwo wysiadali z pociągu i po czerwonym dywanie przechodzili do powozu, który wiózł ich bezpośrednio do dworu. Cesarz był ponoć niezwykle wymagający w kwestii odpowiedniego ustawienia pociągu względem tegoż dywanu. Według jednej z anegdot, kiedy czerwony kobierzec nie leżał dokładnie przed wyjściem z wagonu, kajzer nakazywał wycofanie składu i ponowny, poprawny wjazd na przystanek."

 

„Jak udało nam się dowiedzieć, we wtorek, 19 maja przez nasz dworzec będzie przejeżdżał Cesarz Wilhelm. Cesarz będzie wtedy w drodze do Słobit (niem. Schlobitten), gdzie zapoluje na sarny, a 20 maja uda się wozem przez Pasłęk (niem. Pr. Holland) do Prakwic (niem. Prӧekelwitz).     ("Westpreußische Zeitung", wtorek, 12.05.1891 r.)”


Inna z lokalnych opowieści wspominała o nietypowej sytuacji, jaka miała wydarzyć się w 1905 roku w trakcie wizyty rosyjskiego Cara w Kadynach. Przybywająca wraz z panującym świta była tak liczna, że nie sposób było wszystkich pomieścić w kadyńskim pałacyku. Wobec tego zarządzono, by panie przeniosły się na pokoje, zaś męską część dworu, ku uciesze wszystkich, ulokowano w wagonach cesarskiego pociągu. Ponoć wszyscy goście jeszcze długo wspominali tę wizytę u kajzera." (por. Magdalena Pasewicz - Rybacka, pt. "Kłopotliwy czerwony dywan", https://haffbahn.com ).

 

Trzeba przyznać, że Wilhelm II zrobił dla Kadyn wiele dobrych rzeczy. Również dla łowiectwa. Przede wszystkim zasiedlił tutaj jelenia sika. W 1910 r. jelenia sika – podgatunek chiński ( mandżurski) przywieziono do ośrodka hodowlanego w pobliżu Kadyn, których właścicielem był wówczas Cesarz Wilhelm II. Był to prezent dla Cesarza od Carla Hagenbecka handlarza egzotycznymi zwierzętami oraz właściciela ogrodu zoologicznego pod Hamburgiem (niektóre źródła błędnie podają, że był to prezent od Cesarza Japonii). Pakiet hodowlany, aklimatyzowany wcześniej w Anglii, składający się z sześciu łań i jednego byka zasiedlono w Uroczysku Leśny Spokój. Do 1939 r. liczebność  siki wzrosła do kilkudziesięciu sztuk. Po wypuszczeniu na wolność, sika zadomowił się doskonale w lasach Wysoczyzny Elbląskiej.

Jelenie sika
Dla niego też wybudowano leśniczówkę. Biała Leśniczówka została zbudowana na początku XX wieku. Położona w samym środku lasu na terenie Parku Wysoczyzny Elbląskiej, w odległości 2,5 km od miejscowości Kadyny. Prawdą jest jednak to, że Cesarz przebywał w niej tylko dwa razy - pierwszy raz przez jeden dzień, a drugi przez pół dnia.
Biała Leśniczówka - stan obecny
Po abdykacji Cesarza w 1918 r. majątek kadyński do 1945 r. pozostał w rękach Hohenzollernów. Od zakończenia I Wojny Światowej, budynek pałacu nie był zamieszkany do czasu przybycia tutaj w 1940 roku wnuka Cesarza, księcia Ludwika Ferdynanda (II) von Preußen (Pruski) z żoną Kirą, prawnuczką brytyjskiej królowej Wiktorii oraz z dwoma najstarszymi synami: Fryderykiem Wilhelmem i Michałem.
Kira Kiriłłowna Romanowa (ur. 9 maja 1909 w Paryżu; zm. 8 września 1967 w Saint-Briac-sur-Mer), wielka księżna Rosji.
Kira Kiriłłowna Romanowa była córką wielkiego księcia Cyryla, głowy rodu Romanow, i jego drugiej żony, Wiktorii Melity, księżniczki brytyjskiej. Jej praprababką była królowa Wiktoria, a pradziadkiem car Aleksander II.
Ludwik Ferdynand von Preussen. Fot. z 1930 r.
Ludwik Ferdynand był drugim synem kronprinza Wilhelma, następcy tronu Niemiec i Prus, i jego żony Cecylii Mecklenburg-Schwerin. Był ulubionym wnukiem Cesarza Wilhelma II, który chętnie wysłuchiwał jego opowieści o podróży do Stanów Zjednoczonych i zwierzeń o związku z francuską aktorką, Lili Damitą. Po powrocie do Niemiec młody książę uporządkował swoje życie.
Kira i Ludwik Ferdynand w 1938 roku
Ludwik Ferdynand z żoną Kirą i dziećmi
Pałac wyposażono właściwie od nowa w meble przywiezione z zamku w Coburgu. Książę był namiętnym myśliwym i hodowcą. Tu odbywały się słynne na całe Prusy Wschodnie polowania i pogonie za lisem. Corocznym gościem polowań był wielki łowczy Rzeszy, feldmarszałek Hermann Göring i dygnitarze Rzeszy. W obliczu zbliżającego się zagrożenia, a pewnie też dlatego, że księżna Kira była w ciąży, już w sierpniu 1944 roku książę  ulokował swoją rodzinę w Golzow, posiadłości Hohenzollernów w Brandenburgii. Sam musiał pozostać w Kadynch ponieważ był majorem służby technicznej Luftwaffe na lotnisku w Elblągu i tak pisał w swoich wspomnieniach:
Jako major Luftwaffe
"Wytrwanie na swoim posterunku praktycznie nie miało znaczenia, lecz jako właściciel Cadinen musiałem pozostać; nie chciałem stwarzać wrażenia, że zmykam i wszystko pozostawiam własnemu losowi. Moi obydwaj zarządcy nie chcieli słyszeć o możliwości ewakuacji. (...) Ostatnie czternaście dni w Cadinen w styczniu 1945 roku przebiegały, jakby na ironię, prawie normalnie. Każdy wiedział, że wkrótce spadną nieszczęścia, ale równocześnie szerzył się ów fatalizm, który jest typowy dla podobnych sytuacji. Jak corocznie, urządziłem - jako dziedzic Cadinen - zimowe polowanie z nagonką. Wziąłem także udział  w kuligu na saniach. (...) Nieprzerwany strumień aut, koni, ludzi rozlał się po tak spokojnej wsi. Wszyscy mieli na oku jeden cel - zbawczy Zalew. Z poplątanych wypowiedzi mogliśmy odtworzyć obraz beznadziejnego położenia. Łączność telefoniczna z Elbingiem już nie funkcjonowała. Kolejka nadbrzeżna nad Zalewem przestała chodzić. Sowieckie czołgi wdarły się do Elbinga". (L. Adamczewski, op. cit., s.104.) Dopiero 25 styczniu 1945 roku, tuż przed nadejściem Rosjan, uciekł książę Ludwik Ferdynand saniami przez zamarznięty Zalew Wiślany - była to jedyna droga ucieczki, kolejka nadzalewowa nie kursowała i drogi na zachód były już przecięte przez Rosjan. Większość mieszkańców Kadyn odmówiła opuszczenia rodzinnej miejscowości. "Było dosyć koni i sań - wspominał  książę -  jednak większość mieszkańców wsi odmówiła porzucenia miejscowości rodzinnej i wyrzeczenia się domków, które kiedyś mój dziadek Wilhelm II dla nich zbudował. Uważali, że jest wszystko jedno, czy wpadną w ręce Rosjan, czy też podczas ucieczki umrą z głodu i zimna". Służba łowiecka, strażnicy i leśnicy dokarmiali do końca,  w lasach zwierzynę. Była sroga zima i bez dokarmiania skazana była na padnięcie. Być może, z powodu tego, że mieszkańcy nie opuścili swych domostw Kadyny uniknęły zniszczeń wojennych i są do dzisiaj bardzo ciekawym miejscem na skraju Wysoczyzny Elbląskiej.
Fotografia ślubna z Cesarzem
Ślub odbył się  m.in. w Doorn
Kira była niezwykle piękną kobietą, obdarzoną bardziej niemieckim niż rosyjskim temperamentem. Miała talent do rysunków. Dnia 4 maja 1938 roku wyszła za mąż za Ludwika Ferdynanda, księcia Prus. Uroczystość ślubna odbyła się wedle dwóch obrządków: protestanckiego i prawosławnego, najpierw w Poczdamie, później w Doorn. Kira Kiriłłowna Romanowa wspierała swojego męża w walce z narodowym socjalizmem i ukrywała się wraz z dziećmi przed gestapo aż do ucieczki z Niemiec, możliwej dzięki fałszywym dokumentom. Wyczerpana latami walki i wyrzeczeń zmarła w wieku 57 lat.
Książę Ludwig Ferdynand pretendentem do tronu cesarskiego został, gdy jego starszy brat Wilhelm zawarł małżeństwo morganatyczne (ożenek z osobą niższego stanu - dop. autora). Sam starał się zachować to, co pozostało z dobrego imienia Hohenzollernów.  Do ślubu włożył mundur Luftwaffe, z którego nakazał zdjąć swastyki. Z Kirą doczekał się siedmiorga dzieci. Ludwik był wielkim wrogiem nazizmu. Począwszy od  1950 roku dzielił czas pomiędzy domy w Berlinie i Bremie. Podejmując się misji zagranicznych, usilnie działał na rzecz swojego kraju, mając zawsze przy boku Kirę. Umarł w 1994 roku.
 
Wróćmy jednak do stacyjki i jej losów. Wspomniałem już, że nazywano ją Kaiserpavillon i zachowała się na starych, niemieckich pocztówkach.

Pocztówka ze stemplem datowanym na 25.04.1903 r. 

Po zakończeniu drugiej wojny światowej - w 1945 r. - tory linii kolejowej Małdyty-Malbork zostały zdemontowane przez Armię Czerwoną; w 1949 r. wznowiono połączenia na trasie. Dworzec w Budwitach przeszedł na własność PKP. W budynku zamieszkały wówczas rodziny kolejarskie. W latach 50-tch XX w. przeprowadzono prace remontowo-adaptacyjne przystosowując dworzec do celów mieszkalnych (m.in. budowa komina). W 1999 r. zamknięto linię kolejową, przy której znajdował się dworzec, pełniący od tej pory przez kolejne lata funkcje mieszkalne.

 

W obecnym województwie warmińsko-mazurskim istnieje do dnia dzisiejszego i przez lata służył jako mieszkanie dróżnika kolejowego. Niestety obecnie jest w opłakanym stanie.

Budwity – stan obecny stacyjki

Budwity – lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku

Całe szczęście, że losem stacyjki w Budwitach zainteresowało się Stowarzyszenie na Rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur „Sadyba”, które powstało na początku 2004 roku, z inicjatywy Danuty i Krzysztofa Worobców, mające na celu jasno określony cel. Chce bronić to co zagrożone jest zniszczeniem z powodu ludzkiej niewiedzy, bezmyślności i bardzo często świadomego działania. Przedmiotem troski stowarzyszenia jest mazurski krajobraz wiejski (w tym dworki i pałace) jak i krajobraz miejski. Dzięki staraniom stowarzyszenia "Budynek dawnego dworca kolejowego w Gumiskach Małych (Budwity - Torfownia)" wraz z działką z numerem ewidencyjnym 110/7 obręb 7 Leśnica, o powierzchni 0.1603 ha, został wpisany w dniu 10 kwietnia 2008 r. do Rejestru Zabytków Województwa Warmińsko - Mazurskiego pod numerem A-4507. Miejmy nadzieję, że dzięki temu ocaleje stacyjka mająca bardzo ciekawą historię i będąca perełką architektury. W 2010 r. dowiedziałem się, że stacyjka jest już własnością prywatną i nowy właściciel rozpoczął remont budowli. Jednak w 2012 r. stacyjka przedstawiała opłakany widok. Nic przy niej się nie remontuje, a proces dewastacji przebiega nadal.

Budwity - stan w ruinie

 

Jednak w ostatnich latach coś drgnęło. Obecny właściciel rozpoczął remont dbając o szczegóły. Tak wygląda stacyjka w 2018 r. Wydaje się, że ten piękny budynek z niesamowitą historią został ocalony. Chwała za to jej obecnemu właścicielowi..

Dworzec w Budwitach zlokalizowany jest w sąsiedztwie wybudowań Budwity - Torfownia oraz siedliska Gumniska Małe, po południowej stronie dawnej, nieczynnej obecnie linii kolejowej.

 

Wilhelm II z natury był ruchliwy. Na jachcie „Hohenzollern” spędzał rocznie ponad cztery miesiące. Uwielbiał spacery po parku i lesie. Najwięcej czasu Jego Wysokość poświęcał polowaniom - swej życiowej pasji. Znosił przy tym największe trudy jakim poddaje się człowiek, który całym sobą jest zaangażowany w to, co robi. „Bóg wie, z jaką ochotą hołdowałem szlachetnemu zajęciu - łowiectwu. Zawsze gdy czas bliski, gdy jelenie ryczały w borze, to chciałem chwytać za ulubioną fuzję i iść na łowy!”, pisał z żalem na wygnaniu w Doorn.

Cesarski jacht SMY Hohenzollern

Wilhelm od czasów młodości był opętany manią łowiectwa. Pierwszym ptakiem jakiego ustrzelił był bażant. Gdy miał siedemnaście lat upolował pierwszego jelenia. Protokoły jego łowieckich wyników są zastraszającym świadectwem wprost „morderczej” mentalności myśliwych tamtej epoki. Jednak wówczas wzbudzało to ogólny podziw. W czasie polowania, w rewirze księcia Lichnowskiego Jego Wysokość ustrzelił 1224 bażanty, dziesięć zajęcy i dwie sowy. Czasopismo „Reichsanzeiger” z dumą donosiło, gdy Cesarz ustanawiał kolejne rekordy. W 2012 r. Pan Tomasz Krawczyk przesłał mi zestawienie "sukcesów" łowieckich Cesarza.

 

"Cesarz niemiecki Wilhelm II, w ciągu 30 lat,  podług ostatniej statystycznej tabeli ubił: 1302 jelenie, 66 łań, 1596 danieli-samców, 96 danieli-samic, 2507 dzików, 316 dzików-warchlaków, 798 sarn, 121 kozic, 17 881 zajęcy, 1627 królików, 4 bawoły, 7 łosi, 3 renifery, 3 niedźwiedzie, 3 borsuki, 26 lisów, 1 kunę, 84 głuszce, 24 cietrzewi, 18 891 bażantów, 703 kuropatwy, 25 pardw szkockich, 3 słonki, 56 kaczek dzikich, 826 czapli, 473 różnych zwierząt, 1 wieloryba, 1 szczupaka; razem 47 443 sztuk".

 

Biorąc przeciętną wagę każdego rodzaju zwierzyny, mniej wiecej uczyniłaby suma ubitej zwierzyny 950,091,25 kilogramów, które aż nadto wystarczyłyby do wyżywienia przez jeden dzień 1900,182 osób tj. takiej ilości mieszkańców, jaką obecnie liczy Berlin. (źródło: Łowiec Polski, nr. 23 z 1903r.).

 

Cesarz Wilhelm II do Prakwic przyjeżdżał polować tylko na rogacze. W toku dalszego gromadzenia informacji o „kajzerze” wynikło, że uwielbiał polować nie tylko na tę zwierzynę. Polował właściwie na wszystko i wszędzie. Chętnie, jako koronowaną głowę, zapraszano go na łowy, podczas których ustanawiał niechlubne „rekordy”. Dumnie o tym donosiła ówczesna prasa niemiecka. Mimo niechęci do brytyjskiego tronu lubił polować, zapraszany przez Króla Edwarda VII, na terenie Anglii gdzie "wyżywał" się w strzelaniu do ptactwa. Często popisywał się strzelając z jednej ręki do ptaków z wielu strzelb, które po kolei podawał mu przyboczni strzelcy.

                                                                                                                                                                                                                                                           

 

Na polowaniu w Anglii - dama na zdjęciu to pierwsza żona Cesarza.

Król Edward i cesarska para na polowaniu w Windsorze (fotografia za zbiorów Tomasza Krawczyka)

Hiszpania 1905 r.

Hiszpania - polowanie z udziałem Cesarza Wilhelma II, kronprinza Wilhelma i Króla Hiszpani Alfonsa

Szwecja 1899 r.

W Szwecji też stawiano mu kamienne obeliski w miejscu strzelenia rogacza

W Austri polował w Eckartsau na zaproszenie następcy tronu austro-węgierskiego arcyksięcia Franciszka Ferdynanda - 1908 r.

Austria - przed Schloss Eckartsau

Wilhelm II czterokrotnie polował na Węgrzech w Bellye. Informację o tym i fotografie przekazał mi Pan Tomasz Krawczyk. Bilje (węg. Bellye) to miasto i gmina w regionie Baranja w powiecie Osijek-Baranja, w północno-wschodniej Chorwacji. To jest 8 km na północny wschód od Osijek, na skraju parku przyrody Kopački Rit. Na przełomie XIX i XX wieku Bilje była częścią hrabstwa Baranya w Królestwie Węgier.

Wilhelm II, Izabella von Croy-Dülmen, Cesarz Franciszek Józef, arcyksiążę Fryderyk Habsburg. (Izabella von Croy-Dülmen to jego małżonka).  Za Cesarzem Wilhelmem II stoi hrabia Hanke. Był on szefem kancelarii Cesarza. Kobieta z tyłu to księżna Marie Henrieta Chotek. - zdjęcie wykonane na tarasie pałacyku myśliwskiego. Rok 1897 - Bellye Węgry.

Wilhelm II, Izabella von Croy-Dülmen,  Anna Harlotta Habsburg, arcyksiążę Fryderyk Habsburg. Drugi na prawo od Wilhelma II - kwatermistrz Dokupil, szef rządu Nemegyei Áko, radca dworski Rampelt, baron Prónay, hrabia St. Quentin, szef sztabu generał Löwenfeld, hrabia Allenburg.
1903 r. - Bellye

Z fotografii wynika, że Cesarz na Węgrzech polował na jelenie ale też spotykał się zmieszkańcami

Kaiser i Fürst Max Egon zu Fürstenberg

Wilhelm II i arcyksiążę Franciszek Ferdynand

Wilhelm II, ostatni Cesarz Niemiec i król Prus, sfotografowany w listopadzie 1902 r. w czasie polowania, które król Edward VII zorganizował na jego cześć w swojej wiejskiej rezydencji w Sandringham. Fotografia ukazała się w magazynie Ladies‘ Field 28 marca 1903 r.

W 1902 r., gdy powstała ta fotografia, Cesarz wciąż lubił przyjeżdżać do Anglii, gdzie był goszczony przez rodzinę królewską i arystokrację brytyjską, między innymi przez siostrę Daisy, Shelagh i jej męża, księcia Westminsteru. Jego rozrywki stanowiły regaty, parady wojskowe i polowania. Podczas gdy w Pszczynie na Śląsku polował na grubego zwierza – jelenie i żubry, to Sandrigham w Norfolk było dla niego miejscem odstrzału tysięcy przepiórek, bażantów i zajęcy, doskonale się rozmnażających na tamtejszych piaszczystych glebach.

W czasie tej wizyty Cesarz, za którym „podążali czterej ubrani na jasnoniebiesko myśliwi z rogami i załadowaną bronią", dał pokaz strzelania z jednej ręki, chwytając jedną strzelbę za drugą i oddając strzały z zadziwiającą prędkością, zaś jego torba z bażantami zyskała podziw uczestników polowania. Odwiedziny w Sandringham Wilhelm II uznał za taki sukces, że następnego roku powiedział ojcu królowej Aleksandry, królowi Danii, że w Anglii poczuł się w pełni zaakceptowany „jako członek rodziny“.

Marzeniem Cesarza Wilhelm II było polowanie w Puszczy Białowieskiej na żubry. Białowieza przed I Wojną Światową znajdowala sie na terenie zaboru rosyjskiego i polowanie w niej bylo uzaleznione od Cara Rosji. Cesarz Wilhelm II z natury był gwałtowny i popędliwy, miał ponadto o sobie bardzo wysokie mniemanie, lubił wszystkich pouczać, uciekał się również do intryg. Te cechy charakteru raziły zarówno Cara Aleksandra III, jak i jego syna — Cara Mikołaja II, który przejął od ojca antypatię i nie znosił Cesarza. Rosyjski władca skarżył się w swoich pamiętnikach na listy „nudnego pana Wilhelma”, na które musiał odpowiadać, tracąc czas, który mógłby spożytkować na „ważniejszą robotę”. O słynnym łowisku w Białowieży, wówczas chyba najsłynniejszym w Europie, Cesarz wiele słyszał i z niecierpliwością czekał na łowieckie przeżycie w pradawnym lesie. Oczywiście, najpierw Car musiał go zaprosić. Niestety, ani Aleksander III, który polował w Białowieży tylko raz — w dniach od 21 sierpnia do 3 września 1894 roku, ani też jego syn — Mikołaj II, który urządzał w Puszczy polowania w 1897, 1900, 1903 i 1912 roku, nie wyświadczyli mu tej przyjemności. Generał Aleksander A. Mosołow, naczelnik kancelarii ministra dworu Mikołaja II, w wydanych w 1992 roku w Sankt-Petersburgu wspomnieniach "Pri dworie posledniewo impieratora" (Przy dworze ostatniego imperatora) wspominał, ... prawie po każdym spotkaniu z Cesarzem, Car mówił: „Znowu się on (Wilhelm) wpraszał na polowanie w Puszczy Białowieskiej, jednak udałem, że nie wiem o co mu chodzi”.

Jednak Imperator planował urządzić we wrześniu 1914 roku łowy, na które chciał zaprosić Cesarza Wilhelma II. Przygotowania w Spale rozpoczęto w lipcu 1913 roku. Wydział hofmarszalski zajął się wynajmowaniem podwód, a dyrekcja kolei przygotowała wystrój pawilonu na carskiej rampie kolejowej. Przed pawilonem wyrosła sylwetka żubra, wykonana z kwiatów. Chór cerkiewny wyćwiczył jeden z utworów religijnych Piotra Czajkowskiego. Niestety wybuchła I Wojna Światowa i cały ten trud okazał się daremny. Kuzynowie stali się śmiertelnymi wrogami a dalsze ich losy okazały się tragiczne.

Dopiero w 1915 r. w czasie początkowych sukcesów w I Wojnie Światowej, kiedy wojska niemieckie zajęły Puszczę Bałowieską, Cesarz mógł spełnić swoje marzenie. 

Andreas Gautschi w swojej książce Wilhelm II. und das Waidwerk, wydanej w 2000 roku w Handstedt, podaje na stronie 212, że Cesarz w dniu 12 listopada 1915 roku odbył polowanie w Puszczy Białowieskiej. Upolował jednego żubra. Polowanie odbyło się w rewirze Czerlonka, a więc w okolicach niewielkiej osady puszczańskiej o tej samej nazwie, którą Niemcy założyli właśnie w czasie I Wojny Światowej, a która przetrwała do naszych czasów. Polowanie Cesarza zostało uwiecznione na powyższym zdjęciu.

Wojska niemieckie, wchodzące w skład 12 armii dowodzonej przez gen. Maximiliana von Gallwitza, wkroczyły do Białowieży i Puszczy w dniu 17 sierpnia 1915 roku. Okupacja niemiecka tego terenu trwała do grudnia 1918 roku. Cesarz Wilhelm II, przebywając w Białowieży, prawdopodobnie zatrzymał się w tzw. Domu Świckim, tym samym, w którym później ulokował się okupacyjny Zarząd Wojskowy Puszczy pod kierunkiem majora dr. Georga Eschericha.


Wspomniany już generał A. A. Mosołow w swych wspomnieniach podawał, że przy jednym z zabitych w Białowieży żołnierzy znaleziono rozporządzenie Cesarza o ochronie żubrów. Za zabicie żubra lub innego większego zwierzęcia groziły ostre sankcje, do kary śmierci włącznie. Rzeczywiście, zarządzenie w intencji ochrony żubrów było wydane przez władze niemieckie 25 września 1915 roku. Jednocześnie sprowadzono z Bawarii straż leśną, która miała chronić zwierzynę przed kłusownictwem. Niestety, w styczniu 1916 roku w Puszczy Białowieskiej naliczono już tylko 178 sztuk żubrów. (źródło: Piotr Bajko).

Cesarz Wilhelm II i Car Mikołaj II

Cesarz z Carem Mikołajem II

Puszcza Romincka

Jednak najważniejsza w łowieckiej pasji Cesarza była inna Puszcza - Puszcza Romincka. Cesarz polował w niej na jelenie byki – ustawiano tam, podobne do starodzierzgońskich, kamienne obeliski. Warto zatem napisać kilka słów o Puszczy Rominckiej i polowaniach w niej "kajzera".

 

Puszcza Romincka jest częścią Pojezierza Litewskiego. Zajmuje teren 36 tys. ha, z czego po polskiej stronie znajduje się 15 tys. ha. W części rosyjskiej nazywa się Czerwony Las. Dominującą formacją roślinną w puszczy jest bór świerkowo-sosnowy. Charakter lasu jest zbliżony do lasów północy. Puszcza czasami jest nazywana "polską tajgą". Teren to przykład rzeźby polodowcowej, pełno tu wzgórz, pagórków, rynien, niecek, małych zbiorników wodnych i strumieni. Jako znakomity teren łowiecki Puszcza pojawiła się w kronikach już w XVI wieku. Na mapie Prus Caspara Hanneberga wydanej w 1576 r. w Królewcu zaznaczony został dwór myśliwski nad rzeką Błędzianką, obok którego umieszczono sylwetki dwóch jeleni o imponujących porożach. Jest to jedyna tego typu sygnatura na mapie, a więc dobitnie świadcząca, że łowisko w Puszczy Rominckiej już wówczas budziło emocje i podziw. Cesarz Wilhelm II przybył tu po raz pierwszy w 1890 r. z 9-dniową wizytą. W roku następnym kazał wybudować drewniany zameczek myśliwski w stylu norweskim, w którym każdego roku mieszkał przez 14 dni w okresie godowym jeleni.

Nazwa miejscowości kilkakrotnie się zmieniała. W 1895 roku nazwę Rominty zmieniono na Rominty Wielkie (niem. Groß-Rominten), a nazwę przysiółka Theerbude, znanego od 1763 roku, gdzie znajdował się cesarski pałacyk myśliwski, na Cesarskie Rominty (niem. Kaiserlich Rominten). W 1938 roku nazwę Groß-Rominten zmieniono na Hardteck (w pobliżu istniało również Klein-Hardteck). W 1945 roku, po II Wojnie Światowej, gdy wieś weszła w skład ZSRR, jej nazwę zmieniono na Krasnolesie, choć do 1948 roku nazwy niemiecka i rosyjska były używane równolegle.

 

Aby dojechać do pałacyku trzeba było wcześniej przejechać przez most cesarski (Keiserbrücke) zwany też mostem jeleni Hirschenbrücke nad rzeką Rominty, ponieważ przy wjeździe na most i wyjeździe znajdowały się cztery rzeźby leżących jeleni autorstwa Richarda Friese.

Most cesarski (Keiserbrücke)

Inne mosty, mosty w Stańczykach są niewątpliwie największą atrakcją turystyczną Puszczy Rominckiej. Para ogromnych mostów kolejowych łączy brzegi rynny polodowcowej, dołem której płynie niewielka rzeczka Błędzianka. Mosty zostały zaprojektowane przez włoskich architektów. Swoim wyglądem nawiązują do rzymskich akweduktów, stąd zyskały sobie miano "Akweduktów Północy". Są zabytkiem techniki. Jako pierwszy, w latach 1912-14, zbudowany został most północny, po którym pociągi kursowały do 1944 roku, m.in. pociąg Cesarza Wilhelma II. W latach 1923-26 wzniesiono drugi most. Nie był on jednak nigdy wykorzystany. Po wojnie oddziały Armii Czerwonej tory rozebrały.  Oba mosty są budowlami 5-przęsłowymi o pełnych łukach. Wysokość mostów sięga 36,5 m, długość 190 m, a szerokość każdego z nich wynosi 5,7 m. Czyni to z nich najwyższy tego typu obiekt w Polsce. Fasady mostów zdobione są ażurowymi balustradami oraz wykuszowato wysuniętymi balkonami usytuowanymi na każdym z filarów.

Mosty w Stańczykach – dwa mosty kolejowe z lat 1917–1918 w Stańczykach, w powiecie gołdapskim, wpisane do rejestru zabytków nieruchomych województwa warmińsko-mazurskiego.


Są to elementy nieczynnej infrastruktury linii kolejowej łączącej Gołdap z Żytkiejmami. Czasami nazywane Akweduktami Puszczy Rominckiej.


Mosty należą do najwyższych w Polsce. Konstrukcja jest 5-przęsłowa, długości 180 m, wysokości do 36,5 m. Pod budowlami przepływa rzeka Błędzianka. Historia powstania mostów została stosunkowo niedawno rozwikłana – najpierw wybudowano most południowy (lata 1912-14, ukończony w 1917 r.), a później, w 1918 r. most północny. Obie budowle są względem siebie równoległe, a architektura wyglądem przypomina rzymskie akwedukty w Pont-du-Gard. Wiosną 1917 r. rozpoczęto budowę tzw. trzeciego korytarza transportowego z Chojnic przez Czersk, Smętowo, Kwidzyn, Prabuty, Myślice, Morąg, Ornetę, Lidzbark Warmiński, Bartoszyce, Kętrzyn, Węgorzewo, Gołdap, Pobłędzie, Kalwarię do Olity na Litwie. Większość z wymienionych odcinków wówczas już istniała, więc ta ogromna inwestycja sprowadzała się m.in. do poszerzenia nasypów na całej trasie dla drugiego toru. Ponieważ budowa odcinka Botkuny - Pobłędzie do wybuchu I Wojny Światowej była już dość zaawansowana, więc na tej trasie postanowiono dobudować bliźniacze obiekty mostowe i nowe wiadukty na skrzyżowaniach z drogami kołowymi. Owej inwestycji nie udało się ukończyć do końca I Wojny Światowej i większość odcinków pozostała jednotorowa.

Lata 1915 - 1920

Pociąg Wilhelma II na stacji w Rominten ...

... i na moście w Stańczykach

Stacja kolejowa w Rominten

Na stacji kolejowej wybudowano specjalnie dla Cesarza budynek stacyjny tzw. Kaiserpavillon

Para cesarska przed Kaiserpawilonem

Puszcza Romincka, oprócz przyrodniczego ma również istotne znaczenie historyczne. Od XV wieku była obszarem polowań wielkich mistrzów krzyżackich, potem książąt i królów pruskich. O jej atrakcyjności świadczy również fakt, że na polowania przyjeżdżali tu również myśliwi III Rzeszy, a wśród nich pruski premier i wielki łowczy - Herman Göring. Znamienitych gości przyciągały do puszczy przede wszystkim niezwykłe trofea – bardzo dorodne poroża żyjącego tu jelenia rominckiego. W 1937 roku Zarząd Lasów III Rzeszy uznał Puszczę Romincką za rezerwat łowiecki.

Pomnik byka na fotografii powyżej po II Wojnie Światowej został przeniesiony do miejscowości Sosnovka niedaleko Moskwy

Demontaż i wywózka rominckich jeleni przez Rosjan

Byk strzelony przez Cesarza w Puszczy Rominckiej w 1911 r. o 22 odnogach. (źródło: A. Gautschi "Wilhelm II"

Zatem Puszcza Romincka (Rominten Heide) przez stulecia była rewirem łowieckim władców Prus. W połowie XIX stulecia rozpoczęto w niej planowaną gospodarkę łowiecką. Jeleń romincki stał się światowym symbolem sukcesów myśliwskich.  Co roku polował w Puszczy Cesarz niemiecki Wilhelm II. Ustanowił on Puszczę Romincką cesarskim rewirem łowieckim.

W 1891 roku w Romintach Cesarskich (17 km na płn-wsch. od Gołdapi, obecnie Radużnoje po stronie rosyjskiej) powstały wybudowane w stylu norweskim – cesarski pałac myśliwski Jagdschloss Rominten oraz kaplica św. Huberta. Dwór Wilhelma po II Wojnie Światowej przeniesiono do Kaliningradu.  Obie budowle powstały w Norwegi i w całości przeniesiono je do Rominten.

Pałac myśliwski

Cesarski pałac myśliwski wzniesiono z norweskiego drewna w miejscowości Theerbude, przemianowanej w 1897 r. na "Cesarskie Rominty". Projektowali go, podobnie jak kaplicę św. Huberta - norwescy architekci Munthe i Swerre.

W 1893 r. wybudowano i poświęcono kaplicę św. Huberta, drewniany kościółek w stylu norweskim.

Kaplica św. Huberta

Zdjęcie lotnicze wykonane ze sterowca

 

Jagdschloss w Rominten czyli zamek myśliwski

Widok od strony wjazdu

Domek herbaciany Cesarzowej

Cesarz pojawiał się w Romintach zwykle w ostatnim tygodniu września z niewielką świtą. W ostatnich latach towarzyszyła mu też regularnie Cesarzowa, dla której zbudowano drugi zameczek myśliwski, podobny do zameczku Cesarza.

Skrzydło zameczku wybudowanego dla Cesarzowej w Romintach

Budynki administracji pałacu

Obsługa (administracja) pałacyku mieściła się w położonych nieopodal budynkach  zbudowanych z zachowaniem stylu, w którym zbudowano Jagdschloss Rominten. Chodzi o dragestill – nawiązujący do tradycji wikingów styl architektoniczny, modny w krajach skandynawskich na przełomie XIX i XX wieku. Również z zachowaniem elementów tego stylu zbudowano wiele budynków znajdujących się we wsi – leśniczówki, sanatoria i domy wypoczynkowe.

Budynek poczty

Leśniczówka

Dom wypoczynkowy pracowników poczty

Poczta

Sanatorium dla dzieci

Księżniczka Wiktoria Luiza w oknie pałacu - 1907 rok

Wiktoria Luiza także nosiła myśliwski kordelas - Rominty 1907 r.

Jadalnia w Jagdschloss

Rominten - cesarski gabinet

Brama wjazdowa do posiadłości

Zdjęcie lotnicze całego kompleksu z 1915 r.

Hubertus - Kapelle w Rominten czyli kaplica św. Huberta

Wnętrze kaplicy

W pobliżu postawiono pomnik jelenia, którego pierwowzorem był byk strzelony przez Cesarza 5 października 1909 r. Rosjanie po II Wojnie Światowej przenieśli pomnik do parku w Smoleńsku i stoi tam do dziś.

Transport zdemontowanego pomnika do Smoleńska

Pomnik byka z Rominten w smoleńskim parku
Puszcza Romincka stanowiła łowisko władców Prus Wschodnich już od końca XVI stulecia. Jednak to Wilhelm II był pierwszym Królem Prus,  który tu polował. Do puszczy przyjeżdżał od 1890 r., zawsze w czasie rykowiska. Do wizyty Cesarza starannie przygotowywali się leśnicy. Każdego roku, na przełomie lutego i marca, w poszukiwaniu zrzutów przeczesywali okolice paśników. Za byka łownego uchodził wówczas ten, którego wieniec ważył co najmniej 6 kg. Gdy leśnicy dochodzili do wniosku, że waga poroża jest odpowiednia, prezentowali Cesarzowi zrzuty (Abwurfparade), niekiedy skompletowane z ostatnich kilku lat. Monarcha podczas przeglądu zrzutów decydował, którego z byków mają dla niego otropić. Zwyczaj ten stosował później Herman Goering. (por. Łowiec Polski nr 11/2014 art. Bartosz Marzec).
 
Naturalne jest, że dla „Najwyższego Myśliwego”, który tylko kilka dni może poświęcić łowiectwu, poczynić należy rozmaite przygotowania, by ułatwić podchód. Już w sierpniu wstrzymuje się przewóz drzewa, tak aby był jeszcze czas na wyrównanie rozjechanych dróg. Liczne bagna i trzęsawiska zostały zmeliorowane i zamienione we wspaniałe łąki, na które chętnie wychodzi zwierzyna. Każda łąka otoczona jest w odpowiedniej odległości myśliwską ścieżką, którą przed przybyciem Cesarza oczyszcza się ze wszystkich suchych gałązek. Aby umożliwić podejście zwierzyny z ukrycia, z każdej strony na łąkę prowadzi ścieżka, przesłonięta chrustem.

W Rominten (Rominty) informowano Cesarza tylko o najważniejszych sprawach politycznych, lecz mimo to nie mógł całkowicie uwolnić się od swoich obowiązków zawodowych i nieraz pracował do późnej nocy. Ministrowie i sekretarze stanu stawiali się, by zdać sprawozdanie, nieprzerwanie dźwięczał telegraf, a listonosze stale śpieszyli z poczty do zameczku i z powrotem. Kilka linii telefonicznych łączyło to odcięte od świata miejsce bezpośrednio z Berlinem, tak aby monarcha mógł prowadzić konferencje ze swoimi ministrami. Cesarz uwielbiał długie spacery. W Romintach wędrował zupełnie sam przez park lub schodził do wsi i nawiązywał rozmowę z poczciwymi kmieciami pracującymi na swoich polach. Palił przy tym prawie bez przerwy, ale tylko jasny, lekki tytoń holenderski, którego cena nie przekraczała 1 feniga. Podczas dłuższych polowań używał krótkiej fajki, oryginalnie zdobionej emblematami łowieckimi, a w zameczku sięgał też czasem po papierosy.
Prezentacja zrzutów Abwurfparade
Na czas rykowiska wszyscy pracownicy, włączając w to praktykantów i referendarzy, spieszyli do kniei. Obserwowali niemal każdą linię w kniei i każdy dukt, a nadleśniczy na bieżąco otrzymywał szczegółowe raporty o przemieszczaniu się byków. Jeżeli wymagało tego ukształtowanie terenu, kopano rów, którym monarcha mógł podejść w pobliże areny rykowiska. Na brzegu lasu, między dwoma potężnymi drzewami, stawiano parawan z gałęzi, który miał zapobiec spłoszeniu chmary. Resztki takiego „okopu” widoczne są do dziś w miejscu gdzie stoi głaz upamiętniający strzelenie przez Cesarza … dwutysięcznego byka. ( por. Łowiec Polski nr 11/2014, Bartosz Marzec)
Ambona zbudowana dla Cesarza w Nadleśnictwie Gołdap. Z tej ambory Cesarz strzelił swojego dwutysięcznego byka. Strzelec dochodził do niej wykopanym rowem, a obudowane deskami boki drabiny czyniły go niewidzialnym dla zwierzyny (Łowiec Polski nr 11/2014)
Kamień upamiętniający strzelenie dwutysięcznego byka z ambony
To chyba najbardziej znany głaz postawiony dla Wilhelma II w Puszczy Rominckiej. Położony jest w oddziale 282, po południowej stronie drogi biegnącej pomiędzy oddziałami 201 i 282. Niegdyś przy głazie rosły dwa czerwone dęby, z których do dziś zachował się tylko jeden. Za głazem zobaczymy specyficzne wgłębienie w ziemi, to rów którym Cesarz podchodził do odbudowanych deskami schodów ambony. Na głazie zobaczymy napis który w tłumaczeniu na język polski brzmi mniej więcej tak: "Darz bór! Z tej ambony jego wysokość Cesarz i Król Wilhelm II 28 września 1912 roku upolował swego dwutysięcznego jelenia szlachetnego, kapitalnego czternastaka". Na głazie zobaczymy również ślady po kulach. Według legendy poroże tego jelenia ważyło 7,5 kg. Niestety ambony po tylu latach już nie zobaczymy.
 

Cesarz w Rominten gościł arystokrację całej Europy na corocznych polowaniach. Od 22 września do 2 października 1913 r., Wilhelm II polował w  Rominten po raz ostatni. W ciągu  23 lat łowów w Rominten upolował 327 jeleni. Tam też w miejscach, gdzie upolowano wyjątkowo okazałe egzemplarze, upamiętniano to granitowymi głazami z odpowiednimi napisami. Do dziś zachowało się 15 głazów, z których 6 znajduje się po polskiej stronie puszczy, a dziewięć po stronie rosyjskiej.

 

            awers                                                                                 rewers

Jeden z „głazów Wilhelma”, tzw. Dwustronny, z inskrypcjami na dwu powierzchniach w języku niemieckim, (w tłumaczeniu na polski):
„Stąd Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II 1 października 1904 roku podczas wieczornych podchodów upolował kapitalnego jelenia o 28 odnogach i na pamiątkę tego wydarzenia 3 listopada 1904 roku założył Fundację św. Huberta na rzecz urzędników leśnych Puszczy Rominckiej.”
Napis z drugiej strony brzmi: „Ten kamień postawili swemu najwyższemu myśliwemu Jego Wysokości Cesarzowi Wilhelmowi II z myśliwskim podziękowaniem urzędnicy leśni z Puszczy Rominckiej.” Oddz. 256.


Jeden z „głazów Wilhelma”, tzw. czterodwudziestak (lub Mały), z inskrypcją w j. niemieckim (w tłumaczeniu na polski): „Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II ustrzelił tu 24.9.1900 kapitalnego jelenia o 24. odnogach”. przy linii między oddz. 77 i 136.

Głaz Wilhelma II - W błocie
opis
Hier erlegte Seine Majestät Keiser Wilhelm II, am 23 September 1908 einen kapitalen 20-Ender.
Tutaj Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II upolował 23 września 1908 r. kapitalnego jelenia o dwudziestu odnogach

Głaz Wilhelma II - Pod Dębami

W okolicach miejscowości Żytkiejmy, daleko od szosy przy ledwo widocznej drodze "zrywkowej" znajdziemy głaz "Pod Dębami". Leży on na podmokniętych łąkach i z biegiem czasu przechylił się na lewą stronę, dęby ze względu na podmoknięty teren wyschły, lecz nadal otaczają głaz. Na głazie widnieje napis w języku niemieckim, który brzmi mniej więcej tak: “Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II ustrzelił tutaj 5 października 1903 roku po dwunastokrotnych podchodach kapitalnego jelenia dwudziestaka. Niezrażony Myśliwy ustrzelił tak kilka jeleni.” Poroże tego jelenia było tak piękne że stało się pierwowzorem poroża jednego z jeleni leżących na moście w Romintach (obecnie Rosja). Miejsce jest trudno dostępne, ale warte odwiedzenia.

 

Oprócz Głazów Wilhelma można odnaleźć w puszczy głazy upamiętniające niemieckich pracowników leśnych - nadleśniczych (C.S.W. Reiffa, J. Speck von Sternburga, O. Kahnerta), kamienie przy rzekach z nazwami mostów (Zeidler-Brücke, Leonardt- Brücke), kamień poświęcony córce leśniczego o imieniu Dora , tajemniczy głaz narzutowy z wyrytym imieniem Annita. Przy leśnych drogach i liniach oddziałowych zachowały się dawne, niemieckie słupki oddziałowe z czerwonego granitu, a także kamienne drogowskazy.

Pamięci C.S.W Reiffa

Oberförster Carl Reiff
opis
Hier wurde der Königl. Preuß. Oberförster Carl Fried. Reiff am 19. Juli 1867 von Wildererhand ermorden.
W tym miejscu 19 czerwca 1867 roku został zamordowany przez gang kłusowników nadleśniczy Carl F. Reiff

Pamięci J. Speck von Strenburga

Forstmeister Joseph Speck von Sternburg
Na kamieniu napis:
Forstmeister Joseph Speck von Sternburg 1863-1942
Kamień upamiętniający nadleśniczego Josepha Speck von Sternburg postawiony współcześnie przy Żytkiejmskiej Strudze z inicjatywy Andreasa Gautschi.

Joseph Speck von Sternburg, któremu poświęcono pamiątkowy głaz w Puszczy Rominckiej. Baron Joseph Speck von Sternburg (ur. 1863, zm. 1942), był także nadleśniczym w Puszczy Rominckiej, właścicielem dworu „Vierlinden” w Żytkiejmach i towarzyszył Cesarzowi Wilhelmowi II w Puszczy Rominckiej.

Kajzer w Gołdapi w 1917 r. Za Cesarzem Joseph Speck von Sternburg

Pamięci O. Kahnerta

Oswald Kahnert
opis
An dieser Stelle erschossen Wilddiebe Hilfsförster Oswald Kahnert aus aus Jörkischken am 16. August 1919
Kamień upamiętniający śmierć podleśniczego Oswalda Kahnerta z Jurkiszek, zastrzelonego 16.08.1919 r. przez kłusowników

 

Zeidler Brucke (Most Zeidlera). Głaz przy mostku na Czerwonej Strudze, koło rezerwatu pióropusznika strusiego. Nazwa mostu od nazwiska urzędnika cesarskiego, prawdopodobnie z Rominten

 

Głaz - Leonhardt Brucke (Most Leonhardta)
opis
S.M. Kais. (Seine Majestät Kaiser) Wilhelm II benannte diese Bruecke nach d. Maj. Leonhardt, Kdr. d. Pion. Bat. Nr. 1
Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II nazwał ten most na cześć majora Leonhardta (prawdopodobnie komendanta Pionier-Bataillon Fürst Radziwill (Ostpreußisches) Nr 1 z Królewca

Obelisk Dora - 1913-1926
opis
Dora (1913-1926)
Kamień poświęcony córeczce leśniczego - zmarła właśnie w wieku 13 lat.

Potwierdza to żyjący jeszcze wnuk leśniczego - Dora była jego ciocią.  (info. Jaromir Krajewski). Niektóre źródła mylnie podają, że kamień poświęcony jest psu o imieniu Dora.

Głaz narzutowy z wykutym napisem ANNITA w pobliżu drogi „Kamiennej” biegnącej ze wsi Budwiecie w kierunku granicy państwa. Obwód około 12 m, wysokość około 1,40 m, szerokość około3,2 m i długość około 4,5 m. (fotografie i opisy: https://goldap.org.pl/2014/01/glazy-i-kamienie-w-puszczy-rominckiej

Kamienie Wilhelma po stronie rosyjskiej Puszczy

Pierwszy jeleń Wilhelma II w P. Rominckiej
opis
Hier erlegte Seine Majestät Kaiser und König Wilhelm II am 23 Sept. 1890 den ersten Hirsch in der Romintener Heide einen Zwölfender.
W tym miejscu Jego Wysokość Cesarz i Król Wilhelm II 23 września 1890 roku ustrzelił pierwszego jelenia w Puszczy Rominckiej dwunastaka

Hier erlegte Seine Majestät Kaiser Wilhelm II am 25 Sept. 1896 einen Hirsch von 20 enden.
Tu Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II na 25 września 1896 r. ustrzelił jelenia dwudziestaka

Hier erlegte Seine Majestät Keiser und König Wilhelm II am 25 Sept. 1901 hundertsten Hirsch in der Rominter Heide einen ungeraden Zwölfender
W tym miejscu Jego Wysokość Cesarz i Król Wilhelm II ustrzelił 25 września 1901 r. swego setnego jelenia w Puszczy Rominckiej, nietypowego dwunastaka

Dieser Stelle hier erlegte Seine Majestät der Kaiser und König Wilhelm II am 30 September 1902 am Tage allerhöchste eines 30 jährigen Jägerjubiläums auf der Frühpursche einen Doublette auf zwei starke Hirsche einen zwölfenden und einen zuruckgesertzen ungeraden Zehnenden.
W tym miejscu Jego Cesarska Mość Cesarz i Król Wilhelm II świętując 30 lecie polowań, położył dnia 30 września w 1902 roku, dwa okazałe jelenie, jednego dwunastaka, drugiego dziesiątaka z odrostkami odgiętymi do tyłu

Auf diesem Hirschwechsel erlegte Seine Majestät Keiser Wilhelm II folgende kapitalhirsche:
am 3.10.1903 einer 14 Ender,
          3.10.1905  ’’      16 ’’
          2.10.1907  ’’      16   ’’
          7.10.1908  ’’     14   ’’
W tym miejscu jego wysokość Cesarz Wilhelm II upolował następujące kapitalne jelenie:
3 października 1903 r. (czternastak),
3 października 1905 r. (szesnastak),
2 października 1907 r. (szesnastak),
i 7 października 1908 r. (czternastak)

Hier erlegte Seine Majestät Kaiser Wilhelm II am 30 September 1909 auf von Abendpursche einen KapitalHirsch von 22 enden.
Tutaj Jego Wysokość Cesarz Wilhelm II upolował 30 września 1909 r. na wieczornym polowaniu kapitalnego jelenia o dwudziestu dwu odnogach

Hier erlegten Seine Majestät der Kaiser und König Wilhelm II am 30 September 1912 am Tage allerhöchstseines 40 jährigen Jägerjubiläums das 70846 Stuck Wild einen starken Hirsch von 18 Enden.
Tu 30 września 1912 w dniu jubileuszu 40 lat myślistwa, w których upolował 70846 sztuk zwierzyny, Jego Wysokość Cesarz i Król Wilhelm II ustrzelił okazałego osiemnastaka

Udało się ustalić położenie 15 kamieni Wilhelma (6 po stronie polskiej i 9 po stronie rosyjskiej). Być może nie jest to jeszcze lista zamknięta. Wiele kamieni szczególnie po stronie rosyjskiej zostały odnalezione w ostatnich latach. Po rosyjskiej stronie znajduje się najstarszy z pamiątkowych kamieni, ustawiony niedaleko dawnego dworku myśliwskiego kamień upamiętniający  księcia Fryderyka Karola Pruskiego, który polował w Romintach w latach 1869-1884.

Dem Andenken des Prinzen Friedrich Carl von Preussen. Hier Stand die Försterei Theerbude in welcher dieser edle Waidmann wohnte wenn er zur Pürsche in Rominten weilte, 1869-1884.  
Ku pamięci księcia Fryderyka Karola Pruskiego. Tu stała leśniczówka Theerbude w której mieszkał ten szlachetnie urodzony leśnik gdy przebywał na polowaniu w Romintach w latach 1869-1884.

Byki strzelone przez Friedricha Carla von Preussen w Puszczy Rominckiej w 1872 r. i 1882 r.

Nadleśniczy Dr Paul Richard Barckhausen. Urodzony 10 maja 1902 r. poległy 19 wrzesienia 1939 roku pod Warszawą

Ciekawostką jest to, że fotografię wykonał Lutz Heck, który chciał w Puszczy Rominckiej reaktywować tura          

Dr Paul Richard Barckhausen z ubitym jeleniem

Drogowskaz w Tollmingen Чистые Пруды
Na kamieniu napisy
Na Goldap przez Warnen  3 mile
Na Goldap przez Iszlaudzen 3 mile
Pillupöhnen - 3 mile

            

Wilhelm II strzelał dobrze mimo kalectwa i to nawet na dystans 300 metrów. Chętnie pozował do fotografii przy ubitym zwierzu, często przyjmując pozę zwycięzcy np. z nogą na ubitej sztuce. Upolowane byki malował także wybitny malarz animalista Richard Friese (1854 – 1918).


Cesarz odwdzięczał się za upolowame jelenie. Leśniczy, na którego terenie Cesarz strzelił byka, otrzymywał na pamiątkę gipsowy odlew poroża. Kolejna kopia wieńca, wykonana w drewnie, trafiała do myśliwskiego pałacu w Rominten, natomiast oryginały zawsze wyjeżdżały do Berlina. W 1904 r. Cesarz strzelił ośmiodwudziestaka. Wspaniałego jelenia posiadającego wieniec o 28 odnogach Cesarz upolował podczas polowania w lasach Rominten. Zwierzę ważyło 374 funty, odległośc pomiędzy końcami tyk (rozłoga) wynosiła 1,32 m.  Nadleśniczemu który, podprowadził Cesarza na wspaniały okaz jelenia, Cesarz kazał wypłacić 500 marek nagrody. Prócz tego ofiarował 28 000 marek (po 1000 marek za każdą odnogę wieńca) gminie Rominten na wsparcie dla wdów i sierot.


Jaki był wówczas stan jeleni w Puszczy Rominckiej? W sierpniu 1912 r. na 24 tys. ha lasu doliczono się 1683 sztuk, przy czym stosunek byków do łań wynosił 1,1 : 1. Wiemy też, że podczas rykowiska w 1911 r. Cesarz położył 24 byki, w 1912 r. – 20, a w 1913 r. – 16. Wtedy też po raz ostatni przebywał w Rominten. Rok później wybuchła I Wojna Światowa. Niestety, zdecydowana większość z blisko 300 wieńców zdobytych przez Cesarza w Puszczy Rominckiej spłonęła. Do dziś przetrwało tylko około 20. (por. Łowiec Polski nr 11/2014, Bartosz Marzec)

 

Powszechnie wiadomo, że Cesarz gustował w prostym, żołnierskim jadle. Bywający w Rominten Alfred von Tirpitz, niemiecki admirał, w „Pamiętnikach” wydanych w 1920 r. wspomina, że ulubionym daniem Cesarza był „Rominter Jagdpastete”. W dokładnym tłumaczeniu oznacza to”romincki pasztet myśliwski”, jednakże każda osoba parająca się choć trochę kucharzeniem stwierdzi, że był to rodzaj zapiekanki.


"Była ona przygotowywana w sposób następujący: dwa solone śledzie pozostawiano na noc w mleku, które należało raz wymienić na nowe. Śledzie obierano ze skóry, filetowano i krojono w drobną kostkę. Około trzydziestu bogatych w skrobię ziemniaków ugotowanych w garnku po wystudzeniu cięto na równe plastry. Dwie cebule, 750 gramów szynki wraz z boczkiem krojono w kostkę. Produkty wkładano do blaszanej formy lub do gładkiego, ogniotrwałego gliniaka, przedtem smarując je wewnątrz masłem.
Na dnie naczynia wstępie układano warstwę ziemniaków, następnie szynkę, śledzie i cebulę przekładając to masłem aż do wypełnienia naczynia. Na górze układano warstwę ziemniaków . Polewało się to gęstą śmietaną roztrzepaną z odrobiną pieprzu i soli, i piekło przez godzinę w gorącym piekarniku. W przypadku braku śmietany, użyć można było sosu beszamelowego".


Admirał von Tirpitz był niewątpliwie wielkim politykiem i admirałem, czy daje to nam jednak gwarancję, że dokładnie spisał recepturę? Nie gwarantujemy niezapomnianych walorów smakowych ponieważ nie przetestowaliśmy przepisu, traktując go jako ciekawostkę.

 

Ogromnym wydarzeniem było strzelenie przez Wilhelma II byka z czterdziestoma czterema odnogami na wieńcu jelenia. Świadkiem tego polowania był Julian Fałat, który opisał te polowanie w swoich "Pamiętnikach". Pisownia oryginalna: "Najważniejszym wypadkiem polowania w Rominten było zabicie jelenia, mającego na rogach czterdzieści cztery kończyny (Vierunvierzigender). Stanowiło to wielkie ewenement w świecie myśliwskim i Cesarz kazał wiadomość o tym roztelegrafować na wszystkie strony. Dla mnie to również było przyjemne, gdyż na tę wyprawę towarzyszyłem Cesarzowi wraz z sympatycznym bardzo ekselencją Hollmanem, o którym Cesarz mawiał, że szczęście mu przynosi. Uprzedzeni przez forstmeiera danego rewiru o niezwykłości tego okazu, ujrzeliśmy go z bliska na polance, w późny, bardzo mglisty wieczór; mgła podnosiła sylwetkę jelenia pod jaśniejącym jeszcze niebem. Byłem razem z Cesarzem, podczas gdy Hollman wraz ze strzelcem zostali na krawędzi lasu. Cesarz strzelił na odległość 50 metrów. Jeleń zaznaczył dobrze, ale miał jeszcze dość siły, aby wpaść w zagajnik, ciągnący się na parę kilometrów. Mając dobry wzrok, zauważyłem miejsce, w którym jeleń znikł wśrod drzew, więc aby nie stracić tego punktu z oczu, podążyłem wprost ku niemu. Po drodze wpadłem do rowu z wodą, ale nie wyszedłem z kierunku i w odległości jakichś 15 kroków znalazłem jelenia już nieżywego. Radość była wielka; zaraz wysłano umyślnego do zameczku, aby przygotowali szampana na tę intencję. Kiedy wracaliśmy, Cesarz kazał mi usiąść obok siebie, a widząc, że jestem całkowicie przemoczony, zdjął ze swoich kolan ogromne futro z lisów i kazał mi się nim okryć, sam je poprawiając. Ujęło mnie to bardzo. - Na pamiątkę obdarzył Cesarz ekselencję Hollmana i mnie złotymi spinkami ze swoimi inicjałami". (...).

 

Złom wręczany na kordelasie bądź  kapeluszu był zwyczajem znanym z XIX – wiecznych opisów autorstwa Juliana Fałata, towarzyszącego Cesarzowi Wilhelmowi II w polowaniach w Hubertusstock i Rominten.


Po jednym z wyjazdów w łowisko mistrz pędzla napisał: "Po strzale zbliżamy się wszyscy do zabitego jelenia. Cesarz zwykle pierwszy ogląda skutki strzału i ocenia jelenia, czy zasługuje na „ein kapitalhirsch”. Forsmeisterster obcina tymczasem gałązkę świerku lub dębiny i salutując, podaje ją na kordelasie Cesarzowi, który zatyka tę oznakę zwycięstwa za wstążkę kapelusza."

 

Warto przedstawić kilka fotografii z cesarskich polowań w Puszczy Rominckiej, zwłaszcza zdjęcia ogromnych poroży byków strzelanych przez Wilhelma II. Są one unikatowe i pochodzą z książki Andresa Gautschi pt. "Wilhelm II. und das Waidwerk".

 

Cesarz z bykiem, którego strzelił 28 września 1898 r. Poroże miało 44 odnogi. Obok przyboczny strzelec Josef Roffinger

 
 

Byk posiadał na obu tykach 44 odnogi - czyli był czterodwudziestakiem

Kamień upamiętniający to wydarzenie znajduje się po rosyjskiej stronie Puszczy

An dieser Stelle erlegte Seine Majestät Kaiser Wilhelm II einen Hirsch von ungerade 44 enden auf von Abendpursch am 27 Sept. 1898.
W tym miejscu Jego Cesarska Mość Cesarz Wilhelm II na wieczornym polowaniu położył jelenia z 44 odrostkami 27 września 1898 r.

Pocztówka upamiętniająca strzelenie byka o 44 odnogach

Fotografia byka, który nazywał się "Pascha" i padł z cesarskiej ręki 29 października 1910 r. Poniżej kamień upamiętniajacy to wydarzenie.

 1910-09-29 Pascha
opis
Waidmannsheil. Hier erlegte Seine Majestat der Keiser und König Wilhelm II. den Pascha, einen kapitalen Hirsch von 24 Enden am 29. September 1910.
Darz Bór! Tu Jego Wysokość Cesarz i Król Wilhelm II dnia 29 września 1910 upolował Paszę, kapitalnego jelenia o 24 odnogach 
Tabela przedstawiająca rozwój wieńca, na podstawie zrzutów, byka Pascha.
Z dołu tabeli najpiękniejsze wieńce strzelonych byków rominckich
Byka Pascha (Pasza) namalował Richard Friese
Rominten 1896 r.
Rominty 1913 r.
Rominten 1896 r.

Rominten 30 września 1912 r.

Cesarz z księciem zu Dohna - Schlobitten

Fotografie z polowania w 1906 r. w Rominten

Abwurfparade – prezentacja zrzutow jeleni

Pierwotnie fotografię podpisałem jako Parade Hirchs - prezentacja wieńców jeleni. Tymczasem Pan Alexander Jakubietz w emailu skierowanym do mnie zwrócł mi uwagę, że jest to prezentacja zrzutów jeleni czyli Abwurfparade. Wg Pana Alexandra "Zwyczaj zbierania zrzutow jeleni jest praktykowany w Niemczech do dzisiaj dla pokazania rozwoju osobnika i przy okazji pochwalenie się potęgą łowiska. Przywłaszczenie sobie zrzutu jelenia w Niemczech jest traktowane jako kradzież i jest karalne". Dziękuję za wyjaśnienie pojęcia i sceny fotograficznej, a mój błąd wynikał z nieznajomości języka niemieckiego. Rzeczywiście po dokładniejszym przyjrzeniu się fotografii widać, że są to zrzuty jelenie.

Rominten 5 października 1909 r.

Rominten 1911 r.

Rominten - wyjazd Cesarza na polowanie. Na koźle obok woźnicy Forstmeister Joseph Freiherr von Speck zu Sternburg

Forstmeister Joseph Freiherr von Speck zu Sternburg był w Rominten nadleśniczym w latach 1893 - 1924. Jego życie opisał Andreas Gautschi, niestety w języku niemieckim, w książce "Joseph Freiherr Speck von Sternburg".

Nadleśniczy Joseph Freiherr von Speck zu Sternburg z żoną Anną

Obszerne, bo liczące blisko 700 stron wydawnictwo zostało bogato zilustrowane. Znalazły się tu liczne reprodukcje grafiki i malarstwa myśliwskiego, fotografie, a w części obejmującej I Wojnę Światową również mapy. Książka obejmuje ponad 80 lat historii terenów, na których mieszkamy, niestety dostępna jest tylko w języku niemieckim.                                                                                                                                                

Joseph Freiherr Speck von Sternburg. Ein treuer Diener Wilhelms II (Baron Joseph Speck von Sternburg. Wierny sługa Wilhelma II). Nadleśniczy Nadleśnictwa Rominten, którego siedziba mieściła się w Żytkiejmach i obejmowała teren Puszczy Rominckiej.

Głaz z inskrypcją „Forstmeister Joseph Fchr. Speck v. Sternburg 1865–1942” upamiętniający nadleśniczego z Żytkiejm

Nadleśnictwo Rominten miało swoją siedzibę w miejscowości Żytkiejmy.

Żytkiejmy nadleśnictwo

Żytkiejmy to duża wieś sołecka o cechach miasteczka. Jest ona położona na północnym krańcu Polski, zaledwie 0,5 km od granicy z Rosją (Obwodem Kaliningradzkim). Miejscowość usytuowana jest na przedpolu Parku Krajobrazowego Puszczy Rominckiej. Administracyjnie przynależy do województwa warmińsko-mazurskiego, powiatu gołdapskiego, gminy Dubeninki.


Do 1945 roku wieś znajdowała się w granicach Prus Wschodnich. Niemiecka nazwa miejscowości to: „Schittkehmen”, a później „Wehrkirchen”.

Żytkiejmu: dworzec, szpital Joannitów, nadleśnictwo i sklep w centum wsi

Nadleśnictwo i szpital Zakonu Joannitów

W latach 1905-1906 został tu zbudowany szpital Zakonu Joannitów. Pracowało w nim 8 lekarzy i 3 położne. Budynek posiadał charakterystyczne detale nawiązujące do „architektury wikingów” (zwieńczenia dachów w kształcie dziobów łodzi, tzw. drakkarów). Prawdopodobnie wzór wzięty został z budowanej kilkanaście lat wcześniej cesarskiej rezydencji w Jagdhaus Rominten. Opiekunem tego szpitala był  Joseph Speck von Sternburg, któremu poświęcono pamiątkowy głaz w Puszczy Rominckiej. Baron Joseph Speck von Sternburg (ur. 1863, zm. 1942), był także nadleśniczym w Puszczy Rominckiej, właścicielem dworu „Vierlinden” w Żytkiejmach i towarzyszył Cesarzowi Wilhelmowi II w polowaniach w Puszczy Rominckiej

W centrum, przy ulicy prowadzącej ku północy, do dzisiaj stoi jeszcze budynek słynnego hotelu „Świętego Huberta” („Heilige Hubert”). W latach 1935-1939 mieściła się tu siedziba niemieckiego ośrodka szkolenia dywersantów i agentów hitlerowskich. Ośrodek ukierunkowany był przede wszystkim na prowadzenie działalności szpiegowskiej i dywersyjnej na terenie Białostocczyzny i Suwalszczyzny. Poza szkoleniem ludzi, przerzucano stąd przez granicę broń, radiostacje i materiały propagandowe. Placówką kierował SS Hauptsturmführer – Herman Dylba.

Hotel Hubertus w Żytkiejmach

Na północ od wsi, przy dawnej granicy z Rosją znajdowal się cmentarz z okresu I Wojny Światowej, z mogiłami żołnierzy rosyjskich i niemieckich: 35 grobów żołnierzy niemieckich, 5 rosyjskich oficerskich i 1 zbiorowy żołnierzy rosyjskich.

Żytkiejmy cmentarz - denkmal

W 1869 roku wprowadzono nowe zmiany administracji leśnej Puszczy Rominckiej. Z nadleśnictwa Warnen wydzielono nadleśnictwo Gołdap, a z Nassawen - nadleśnictwo Żytkiejmy. Szybkie i znaczące zmiany w gospodarowaniu puszczą, stały się zasługą Cesarza Wilhelma II, który był wielkim miłośnikiem polowań i szczególnie upodobał sobie te tereny.

Wieńce jeleni strzelonych przez Wilhelma ii w Puszczy Rominckiej - od lewej: 1904 r., 1890 r.; w środku 1890 r., 1898 r.; z prawej 1896 r., 1901 r.

Polowanie w 1904 r.

Łoś strzelony przez Cesarza w nadleśnictwie Nemonien - dzisiejsze Gołovkino

Leśniczówka

Dokarmianie jeleni w Romintach

Romincki jeleń

Księżniczka Wiktoria Luiza - Rominty 1907 r. Wiktoria Luiza była bardzo lubiana przez ojca. Często brała udział w jego wyjazdach do Romint, Kadyn i na Korfu.

Rominty 1910 r

Już wtedy chwytano rysie i próbowamo je rozmnażać

Polowania w Puszczy Rominckiej Hermanna Göringa

Podobnie jak w Prakwicach, od 1933 roku, polowania w Puszczy Rominckiej rozpoczął premier Prus Herman Göring. Były to początkowo wizyty na dwa do trzech tygodni w czasie rykowiska. Gdy po ataku hitlerowskich Niemiec na ZSRR sztab Luftwaffe przeniósł się do Gołdapi i Göring miał bliżej, każdą wolną chwilę spędzał w kniei.

 

Rominckie jelenie

W latach 30. XX wieku - 1936 r., w epoce Trzeciej Rzeszy, tereny łowieckie w Romintach wzbudziły zainteresowanie Hermanna Göringa. Po nieudanej próbie zajęcia cesarskiego pałacu w Romintach (Wilhelm II nie wyraził zgody) kazał wybudować dla siebie drewniany dwór myśliwski, nazywany Reichsjägerhof Rominten, Jägerhof Rominten lub Emmyhall (od imienia drugiej żony Göringa, Emmy Göring), zaprojektowany przez niemieckiego architekta Friedricha Hetzelta (1903–1986), mający imitować starogermańską siedzibę książęcą, położony na wysokim brzegu rzeki Rominty. Znajdował się on ok. 2 km na północ od dawnej rezydencji cesarskiej. Budowę rozpoczęto w 1935 roku i obiekt oddano do użytku 26 września 1936 roku.

Reichsjägerhof Rominten

Aby ułatwić Göringowi dojazd do rezydencji, wybudowano przeznaczoną specjalnie dla niego niewielką stację kolejową w miejscowości Eichkamp (przed 1938 rokiem Schackummen, obecnie Jemieljanowka), w odległości ok. 10 km na północny-wschód od Romint, gdzie dojeżdżał swoim pociągiem specjalnym "Azja" (niem. Sonderzug "Asien"), przemianowanym 1 lutego 1943 roku na "Pomorze I" (niem. Sonderzug "Pommern I"). Właściwie Herman Göring miał do dyspozycji dwa pociągi: Asien oraz od 1 lutego 1943 roku Pommern I. Sztab Luftwaffe przebywający w pobliżu miejsca pobytu marszałka Göringa dysponował pociągiem specjalnym Robinson (od 1 lutego 1943 roku Pommern II). Pociągi specjalne, stale gotowe do wyjazdu, stacjonowały pod parą na dwóch stacjach kolejowych: Eichkamp oraz Kumiecie Wielkie. Po śmierci Wilhelma w 1941 r. Göring jednak zmusił  spadkobierców Cesarza by mu  sprzedali  cesarski dworek myśliwski - (żródło: Tomasz Krawczyk).

Stacja Kumiecie: 19.08.1943; pociąg specjalny „Pommern-I” lub „Pommern-II” przy charakterystycznym, drewnianym peronie stacji; w dali widoczny maszt z flagą opuszczoną do połowy z powodu śmierci gen. Hansa Jeschonka (fot.: Eitel Lange).

 

Jego osobisty pociąg poprzedzał pociąg - pilot złożony z normalnych wagonów, a także platformy do transportu samochodów; następnie jechał własny pociąg Göringa z otwartymi platformami na każdym końcu, na których ustawione były działa przeciwlotnicze. Wagon, w którym podróżował Göring, miał dwie sypialnie, gabinet i luksusową toaletę, był też połączony bezpośrednio z następnym wagonem, przeznaczonym na pokój dzienny z aparaturą do wyświetlania filmów. Trzeci wagon zawierał stanowisko dowodzenia Göringa i pokój operacyjny, a w czwartym znajdowała się jadalnia. Inne wagony były dołączone dla wygody gości i starszych oficerów. Pociągi zazwyczaj stacjonowały tam, gdzie łatwo je było przetoczyć do tunelu w przypadku nalotu.

 

Przed wybuchem II Wojny Światowej gośćmi rezydencji byli m.in. Car Bułgarii Borys III, polski ambasador Józef Lipski i brytyjski ambasador sir Neville Henderson. Rominty odwiedził również Adolf Hitler. Niektóre źródła podają, że na początku lutego 1940 roku w dworze Göringa w Rominatch spotkali się Heinrich Himmler - Reichsführer SS, i Ławrientij Beria - szef NKWD; prowadzili tam tajne rozmowy na temat współpracy Gestapo i NKWD w eksterminacji społeczeństwa polskiego i zwalczaniu polskiego ruchu oporu. W spotkaniu tym uczestniczył gauleiter Prus Wschodnich Erich Koch.


W drugiej połowie 1940 roku Göring koordynował z Romint działania niemieckiego lotnictwa w czasie bitwy o Anglię W 1941 roku, po ataku Niemiec na ZSRR, Rominty stały się jego kwaterą główną na froncie wschodnim; dwór był wyposażony w bunkier zabezpieczający przed atakiem z powietrza, zbudowany w 1940 roku. Była to jedna z części systemu niemieckich kwater dowódczych współpracujących z kwaterą główną Hitlera w Wilczym Szańcu koło Kętrzyna, rozlokowanych w Prusach Wschodnich. W odległości ok. 14 km na południowy-zachód od rezydencji Göringa, w lesie Kumiecie koło jeziora Gołdap, znajdowała się kwatera główna dowództwa Luftwaffe o nazwie "Robinson" (niem. Oberbefehlshaber der Luftwaffe-Hauptquartier).


W latach 1936–1942 ochroną rezydencji Göringa zajmował się Batalion Wartowniczy Pułku "General Göring" (niem. Wach-Bataillon des Regiment General Göring). W 1942 roku został on przekształcony w Pułk Wartowniczy "Hermann Göring" (niem. Wachregiment Hermann Göring), a w kwietniu 1944 roku w Pułk Przyboczny "Hermann Göring" (niem. Begleit-Regiment Hermann Göring). Była to jednostka naziemna Luftwaffe o sile jednego batalionu, wyposażona w broń przeciwlotniczą, składająca się z grenadierów pancernych. 24 września 1944 roku Pułk Przyboczny "Hermann Göring" został rozformowany i na jego bazie utworzono 4 Pułk Pancerno-Spadochronowy "Hermann Göring" (niem. Fallschirm-Panzergrenadier-Regiment 4 Hermann Göring), o sile 2 batalionów, który w listopadzie 1944 roku przemianowano na 1 Pułk Pancerno-Spadochronowy "Hermann Göring" (niem. Fallschirm-Panzergrenadier-Regiment 1 Hermann Göring) i powiększono do 3 batalionów.


1 sierpnia 1944 roku, w związku ze zbliżaniem się frontu, Göring wydał rozkaz podjęcia przygotowań do zniszczenia dworu myśliwskiego w Romintach i dawnego pałacyku Wilhelma II. Po raz ostatni przebywał w dworze 16 października 1944 roku; według niemieckich historyków Volkera Knopfa i Stefana Martensa rezydencja została podpalona i zniszczona w dniu 20 października 1944 roku (tzw. "Akcja Ogień Świętojański", niem. Aktion "Johannisfeuer", obejmująca również zniszczenie kwatery "Robinson"). Pałacyk Wilhelma II nie został zniszczony, podobnie jak dom nadleśniczego przy rezydencji Göringa.


W nocy z 21 na 22 października 1944 roku wieś Rominty została zdobyta przez oddziały 18 Gwardyjskiej Dywizji Strzeleckiej Armii Czerwonej, wchodzącej w skład 11 Armii Gwardii (3 Front Białoruski).

Przejazd jednostek Armii Czerwonej przez Rominty w dniu 5 stycznia 1945 roku, rysunek G. Fiłatowa w zbiorach Muzeum Historii Sztuki w Kaliningradzie

Ze źródeł rosyjskich wynika, że przed nadejściem regularnych oddziałów Armii Czerwonej rezydencję Göringa opanowali zwiadowcy radzieckiej specjalnej grupy dywersyjno-wywiadowczej "Maksim", podlegającej 3 Oddziałowi (dywersyjnemu) Zarządu Wywiadu 3 Frontu Białoruskiego, przerzuconej 17 sierpnia 1944 roku na tyły linii niemieckich w Prusach Wschodnich. 27 października 1944 roku radziecki dziennik "Krasnaja Zwiezda", oficjalny organ Ministerstwa Obrony ZSRR, pisał, że rezydencja Göringa została zdobyta przez wojska radzieckie w stanie nienaruszonym. Rosyjskie źródła podają, że 2 listopada 1944 roku zwiadowcy radzieccy działający w Puszczy Romnickiej zameldowali przez radio, że odnaleźli rezydencję Göringa, i poinformowali, że "najbardziej wartościowe rzeczy wywieziono, wyłączono telefony i zdjęto ochronę". Później linia frontu ustabilizowała się i aż do rozpoczęcia przez Armię Czerwoną operacji wschodniopruskiej w styczniu 1945 roku przebiegała w odległości ok. 5 kilometrów na zachód od wsi Rominty. Według niektórych źródeł rosyjskich rezydencja Göringa nie została spalona i rozlokował się w niej sztab radziecki. Faktem jest, że obiekt uległ całkowitemu zniszczeniu i kto to zrobił nie wiadomo.

Ruiny Jagerhof

Historia budowli

Jagerhof w budowie - 1935 r.

Makieta obiektu

Wieniec "Matadora" wyeksponowany na dziedzińcu

Gabinet Göringa

W 1938 roku Puszczę przekształcono w państwowy rewir łowiecki. W tym okresie liczebność i jakość rominckich jeleni osiągnęły najwyższy poziom (około 1500 sztuk), a ustrzelony byk "Matador" miał poroże rekordowe w skali światowej. W puszczy prowadzono prace nad odtworzeniem populacji tura. Warto przybliżyć tę historię ponieważ jest mało znana. Materiał powstał na podstawie artykułu pt. Bydło Hecka autorstwa Piotra Gulińskiego i Ewy Salamończyk (Przegląd Hodowlany nr 2/2016) oraz Piotra Bajko pt. "Bawoły" w Puszczy Białowieskiej (31 sierpnia 2016 by czasopis.pl).

 

Tur swoją siłą, wielkością i "trudnym charakterem" imponował już starożytnym, a jego zabicie uznawano za akt odwagi. Tura upamiętniają nie tylko malowidła naskalne we Francji, ale i folklor Teutonów, czyli jednego z ludów germańskich. Nic dziwnego, że Hitler zafascynowany germańska mitologią i próbami stworzenia rasy panów postanowił wskrzesić dzikiego przodka bydła. Zadania tego mieli podjąć się na jego rozkaz bracia Lutz i Heinz Heck – znani zoolodzy, a zarazem dyrektorzy największych niemieckich ogrodów zoologicznych. W efekcie kojarzenia różnych ras bydła, po kilku latach powstało zwierzę „turopodobne” znane dzisiaj jako bydło Hecka. O ile jednak rasa ta wyglądem przypomina tura, o tyle genetycznie ze swoim dzikim przodkiem ma mało wspólnego. Bydło to jest dziś ozdobą kilkunastu safari parków i prywatnych hodowli w całej Europie.

Z lewej Heinz Heck, z prawej Lutz Heck. W środku ich ojciec Ludwig

W 1920 roku niemieccy zoologowie, bracia Heinz i Lutz Heck, rozpoczęli próby odtworzenia tura. Obydwaj byli dyrektorami ogrodów zoologicznych – Lutz w Berlinie, Heinz w Monachium, a ich ojciec prowadził badania na żubrach. Zwłaszcza Lutz Heck był pod wielkim urokiem romantycznych mitów zawierających opisy walk wielkich bestii z bohaterami germańskimi. Zabiegał o przychylność Göringa, jednego z twórców i głównych postaci III Rzeszy, jako najlepszego kandydata na mecenasa i sponsora programu odtworzenia tura. Bracia Heck pracowali oddzielnie, jeden w Berlinie, drugi w Monachium. Tylko program realizowany w Monachium przetrwał II Wojnę Światową. Gdy w 1933 roku w Niemczech władzę przejmowali poplecznicy Hitlera Lutz Heck błyskawicznie związał swój los i swój projekt odtworzenia tura z partią nazistowską. Potężne, pierwotne zwierzę, które słynęło z dzikiego i agresywnego usposobienia błyskawicznie zawładnęło wyobraźnią wielkiego łowczego Rzeszy, Hermana Göringa. Jako jeden z najwyżej postawionych dworzan Adolfa Hitlera uczynił z myślistwa niemal narodowy sport, wplótł je do ideologii rasowej, propagował na każdym kroku. A cóż lepiej pasowało do zmitologizowanej wersji pierwotnych aryjskich myśliwych niż potężny i agresywny tur? Wielu naukowców oczywiście podśmiewało się z doświadczeń Hecków. Jednak po dojściu nazistów do władzy (1933 r.) patronat nad tymi eksperymentami objął marszałek Hermann Göring, naczelny łowczy III Rzeszy. Prace nad odtworzeniem tura nabrały przyspieszenia, finansowane były ze specjalnego funduszu SS. Nazistowski aparat władzy dopatrywał się w "odtworzonym turze" symbolu germańskiej siły. Göring szykował się już do polowań na "tura". Kilkakrotnie zapraszał Lutza Hecka na łowy do Puszczy Rominckiej.

Z prawej Lutz Heck na polowaniu z Göringiem

Projekt odtworzenia tura oparty był na założeniu, że gatunek nie wyginął tak długo, jak długo żyją wszystkie jego geny, a geny tura są nadal obecne w populacjach różnych ras bydła. Na drodze krzyżowania i selekcji bracia Heck chcieli otrzymać zwierzę posiadające wszystkie pierwotne cechy typowe dla tura. Miał to być zrekonstruowany fenotypowo wizerunek dzikiego gatunku, także pod względem behawioru. Poprzez krzyżowanie szeregu prymitywnych ras europejskich udało się wytworzyć zwierzęta nazywane „bydłem Hecka”, „odtworzonym turem” lub ”krowami Hitlera”. W eksperymencie, łącznie na różnych jego etapach, udział wzięło 15 ras bydła pochodzących z Hiszpanii, Francji, Korsyki, Węgier i Wielkiej Brytanii. W 1932 roku urodził się pierwszy buhaj tej rasy, o imieniu Glachi.

Zwolennicy bydła Hecka uważają, że rezultaty uzyskane w ośrodku w Berlinie i w Monachium były identyczne. W rzeczywistości wyhodowane bydło nie było do siebie podobne. W zasadzie wyglądem przypominało tury z czasów paleolitu, miało olbrzymie rogi i dymorfizm płciowy w umaszczeniu, ale było mniejsze i niższe w kłębie. Miało też niewiele wspólnego z pradawnym, wymarłym królem puszczy. Było chorowite, miało kruche kości, brak mu było siły i umiejętności przetrwania – wymagało karmienia przez człowieka. To należało zmienić. Jesienią 1938 roku stado przewieziono do pruskiego rezerwatu leśnego Rominten, należącego do Göringa, i wypuszczono na wolność. Z relacji mieszkańców wiadomo, że zwierzęta były bardzo agresywne, atakowały ludzi przychodzących do lasu. Podobno Göringa najbardziej drażnił fakt, że przeszkadzały w dokarmianiu jeleni. Lutz Heck wziął się też za żubry, które wydały mu się nieco zdegenerowane. Postanowił dodać im nieco witalności poprzez krzyżowanie z bizonami. Nad żubrem zawisło poważne niebezpieczeństwo. Po pewnym czasie okazało się, że uzyskane w Schorfheide krzyżówki nie wyglądają ani jak żubry, ani jak bizony. Heck oddzielił więc samice krzyżówek i jeszcze raz krzyżował je z samcami żubrów. W końcu stado żubrów i krzyżówek urosło do 200 sztuk. Heck, choć nie było do tego żadnych powodów, triumfował, twierdził że "pragermańskie zwierzę" zostało odtworzone.

Bydło Hecka

Wystawa łowiecka Berlin 1937 r. Makieta Puszczy Białowieskiej. Pierwszy z lewej Lutz Heck. Pierwszy z prawej Hermann Göring

W styczniu 1942 roku Lutz i Heinz Heckowie przyjechali do Białowieży, gdzie zainteresowali się prowadzoną tutaj od 1936 roku przez prof. Tadeusza Vetulaniego regeneracją tarpana leśnego. W rezultacie tej wizyty, do Niemiec wywieziono w latach 1942-1944 aż 32 koniki, które trafiły do ogrodów zoologicznych w Berlinie, Monachium i Królewcu. W 1942 roku, po zajęciu przez Niemców wschodnich obszarów Europy, "pseudotury" przetransportowano z Puszczy Rominckiej i wypuszczono na wolność w Puszczy Białowieskiej. W zamysłach hitlerowców Puszcza Białowieska, po połączeniu z Puszczą Augustowską i Puszczą Knyszyńską, miała stanowić największy na świecie naturalny obszar leśny. Puszcza miała być całkowicie dzika i pierwotna – wstęp do niej mieli mieć tylko nazistowscy myśliwi. Dlatego właśnie po zajęciu Polski znalazła się w granicach Rzeszy, a nie w Generalnym Gubernatorstwie. Dzikie bydło błyskawicznie zaadaptowało się do nowych warunków. Zwierzęta przetrzymywały bez dokarmiania mroźne zimy. Liczne było także potomstwo, pojawiające się w kolejnych latach. Niestety nie zachowały się żadne fotografie przedstawiające bydło Hecka w Puszczy Białowieskiej. Zatem do Puszczy Białowieskiej, uważanej przez nazistów za "najlepiej zachowany starogermański las", przywieziono w 1942 roku pierwszą partię fałszywych turów. Później trafiały tutaj prawdopodobnie kolejne sztuki, zarówno samce jak i samice. Zwierzęta te trzymały się głównie północnej części Puszczy. Dobrze się czuły w puszczańskim środowisku. Miały pod dostatkiem soczystej trawy. Wychodziły często na łąki, które nie były koszone, gdyż większość okolicznych wsi została wcześniej przez Niemców spacyfikowana.

Uważa się, że Sowieci wybili po wojnie całe stado, kończąc nazistowski wysiłek wskrzeszenia tura, choć okoliczni mieszkańcy jeszcze w 1946 roku widywali pojedyncze sztuki tego bydła. Pod koniec wojny utracono kontrolę nad bydłem Hecka. Pomimo braku jakiejkolwiek opieki, potrafiło ono jednak samodzielnie przetrwać. Mieszkańcy Puszczy Białowieskiej nie bardzo wiedzieli, co to są za zwierzęta. Ktoś rzucił nazwę "bawół", inni ją podchwycili i tak już zostało. O "bydle Hecka" w owym czasie na tym terenie nikt nie wspominał. Nic też nie wiedziano o eksperymentach dokonywanych przez braci Hecków. Ci, którzy podczas okupacji pracowali w administracji leśnej, mówili tylko tyle, że zwierzęta te przysłał do Puszczy Göring. Tutejsi mieszkańcy zaczęli kłusować na "bawoły" już pod koniec okupacji niemieckiej. Zwierzęta nie były płochliwe, na widok człowieka nie uciekały, tak jak np. jelenie. Broń kłusownicy przechowywali w lesie owiniętą w jakąś szmatę w dziupli w drzewie. Mięso tego dziwnego zwierzęcia było podobno bardzo smaczne. Solono je i przechowywano w drewnianych beczułkach, nazywanych na tym terenie "raszkami". Obecnie, w Holandii znajduje się ok. 600 sztuk bydła Hecka, niewielkie stada utrzymywane są w pobliżu Berlina, Jeny i Auerbach na terenie Niemiec, a także we Francji, Anglii i innych krajach. W Polsce znajduje się jedno stado w Dobrosułowie w woj. lubuskim. Stado to liczy 45 sztuk, a zostało zakupione przez właścicieli w Niemczech.

Podczas II wojny światowej Heck wziął udział w grabieży warszawskiego ZOO, najcenniejsze okazy zwierząt zabierając do niemieckich ogrodów zoologicznych. Był członkiem SS i zagorzałym nazistą. Zmarł  6 kwietnia 1983 r. w Wiesbaden.

Warszawskie ZOO, które, gdyby nie wybuchła wojna, byłoby w 1940 roku gospodarzem kongresu Międzynarodowego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych, poważnie ucierpiało nie tylko od bombardowania, ale i od wywiezienia rzadkich okazów do ogrodów zoologicznych w Niemczech. Heck szybko wysłał słoniczkę Tuzinkę do Królewca, wielbłądy i lamy do Hanoweru, hipopotamy do Norymbergi, konie Przewalskiego do Wiednia, a rysie i zebry do Schorfheide. Podczas pierwszej zimy okupacji, pomimo obietnic Hecka, kilku gestapowców nie powstrzymało się przed grasowaniem na terenie ZOO i polowaniem na resztki zwierzyny.

Tur uznawany był za symbol germańskiej potęgi, nawiązywał do czasów starożytnych, w których Germanię pokrywały ciemne puszcze. Jego postura, siła i dzikość imponowały nazistom. Misja odtworzenia tura polegała na przywołaniu go do życia nie za pomocą sklonowania próbek zachowanych sprzed lat, ale dzięki genetycznym krzyżówkom istniejących jego krewnych, czyli bydła. W rezultacie Lutz Heck uzyskał stado zwierząt bardzo podobnych wyglądem do dawnych turów. Bydło Hecka wyglądało jak tury, ale w gruncie rzeczy genetycznie nie różniło się od pastwiskowych krów. Jednak zewnętrzne podobieństwo daje wyobrażenie jak wyglądało to mityczne zwierzę. Bydło Hecka miało w kłębie wysokość (buhaje) 1,6 metra a tury 2 metry. Już to prównanie uzmysławia nam moc turów.

.

Bydło Hecka

Tur (Bos primigenius) był jednym z największych zwierząt jakie kiedykolwiek zamieszkiwały Europę. Jego wygląd i biologię odtworzono częściowo dzięki bogatej dokumentacji historycznej, zapiskom starożytnym i średniowiecznym, rysunkom oraz analizie materiałów kostnych z wykopalisk. Cechował go wyraźny dymorfizm płciowy: samce były znacznie większe od samic i miały silnie rozwinięte rogi. Dorosły samiec osiągał do 3 metrów długości i 2 metrów wysokości, ważył 800-1000 kg. Miał muskularny kark i dość masywny przód ciała. Duże, ostro zakończone rogi rosły na boki i ku przodowi, a ich czarne końce były lekko zawinięte do góry. Samiec tura prawdopodobnie był czarny, a po jego grzbiecie biegła jasna pręga. Na głowie miał coś, co przypominało rudą czuprynkę.

Porównanie zrekonstruowanego wyglądu tura (na górze) i bydła Hecka (na dole). Choć bydło Hecka jest nieco mniejsze, ale równie silne i muskularne jak tury. Jak widać bracia Heck rozminęli się dość mocno z oryginałem.

 

Herman Göring, dowódca Luftwaffe, Łowczy III Rzeszy, od 1940 roku Marszałek III Rzeszy znany był z wystawnego trybu życia, Herman Göring, urządzał tutaj prawdziwe uczty. Przede wszystkim jednak polował. Strzelił tutaj legendarnego byka „Matadora”. Za jego czasów Puszcza była właściwie tylko do dyspozycji Göringa. Polował w niej nawet na dwa dni przed wejściem wojsk radzieckich.

W aranżowaniu wnętrza brał udział sam Goring

 

Przygotowanie do przyjęcia w Reichsjagerhof

 

Narada z udziałem Goringa

Oto kilka fotografii z polowań Hermanna Göringa w Rominten. Pełno w nich symboliki faszystowskiej, jakże obco wyglądającej na polowaniu.

Abwurfparade – prezentacja zrzutow jeleni

Podczas prezentacji zrzutów od lewej:Walter Frevert, Hermann Göring i nadłowczy Ulrich Scherping – specjalny pełnomocnik Hermanna Goeringa. W czasie okupacji niemieckiej kierował Zarządem Państwowego Obszaru Łowieckiego, którego siedziba mieściła się w Białowieży

Wiernymi towarzyszami łowów Göringa byli Walter Frevert (1897–1962), ostatni niemiecki nadleśniczy Puszczy Romnickiej oraz nadłowczy Ulrich Scherping.

Walter Frevert

Na przedwiośniu leśnicy wędrowali kilometrami, by znaleźć zrzucane przez jelenia poroża. Na ich podstawie Göring razem z przybocznym łowczym Walterem Frevertem oceniali, czy jesienią, w czasie rykowiska, konkretny byk będzie miał poroże nadające się na trofeum Łowczego Rzeszy. Oberforstmeister Walter Frevert był wybitnym znawcą w tej dziedzinie. W pamięci Polaków zapisał się jednak  jako zajadły nazista i zbrodniarz hitlerowski.

Walter Frevert (pierwszy z lewej) na polowaniu w Puszczy Białowieskiej

'

Walter Frevert 1959 r.

Z Walterem Fevertem związana jest taka oto historia - Gertruda Frevert była pierwszą żoną nadleśniczego Waltera Freverta. Zastrzeliła się z pistoletu męża. Przyczyna banalna  - zazdrość. Jej mąż w tym czasie miał romans z pewną młodziutką wdową. Gertruda pochowana została w pięknym miejscu – na zalesionym wzniesieniu niedaleko od leśnictwa Nassawen, którego szefem przez okres kilku lat był jej niewierny mąż. Sam Frevert był postacią niejednoznaczną. Był cenionym leśnikiem ale jednocześnie ulubieńcem Goeringa.

Urlich Scherping

Nadłowczy Ulrich Scherping – specjalny pełnomocnik Hermanna Goeringa. W czasie okupacji niemieckiej kierował Zarządem Państwowego Obszaru Łowieckiego, którego siedziba mieściła się w Białowieży. Nazista - członek NSDAP.                                                        

 

Jak już wspomniałem Hermann Göring strzelił, 22 września 1942 r., właśnie w Rominten byka "Matadora", który wówczas był rekordem świata w punktacji CIC. Był to dwudwudziestak o wadze wieńca 11,6 kg., obwód róży 27,7 cm. i długości tyki 113,7 cm.

Z "Matadorem"

Hans-Ludwig Loeffke (1906–1974) – leśniczy i oficer, który w 1958 r.  założył i prowadził „Wschodniopruskie Muzeum Myśliwskie – Dziczyzna, Las i Konie”  w Lüneburgu („Ostpreußische Jagdmuseum – Wild, Wald und Pferde“), prezentuje „Matadora”.

"Matador"

                                                    Matador - obraz namalował Gerhard Loebenberg                                                         

W ten sposób opisywano na czerepie byki strzelone przez Marszałka Rzeszy. "Matadora" ...

... i "Odina"

Wieniec byka "Odina"

Srebrny kubek upamiętniający strzelenie byka o imieniu "Gigant"

Byk "Gigant"

Z żoną Emmą podziwia strzelone byki

Od lewej: Hermann Göring i leśnicy - Remanowski, Barckhausen i Schade

Sceny z polowań "Grubego Hermanna"

Łowczy Rzeszy polował z ekspresem kalibru 8 x 75R oraz repetierem systemu Mauser 98 kalibru 9,3 x 70 Magnum, wykonanym przez berlińskiego rusznikarza Ludwiga Schiwy`eg.

Strzelał tylko do byków obustronnie koronnych. Za łowne uważano wówczas wieńce o wadze powyżej 7 kg. Selekty łaskawie pozostawiał swoim gościom. Jak mocno przeżywali polowania Göringa podprowadzający opowiada historia opisana przez Pana Bartosza Marzec w Łowcu Polskim nr 14/2014 r. Opowiada jeden z podprowadzających Helmut Ziebell:

 

"Byka o imieniu Starangolis, dwudwudziestaka, otropiono w uroczysku Dziki Kąt, pośrodku leśnej uprawy. Ziebell, który był podprowadzającm wszedł z feldmarszałkiem do środka młodnika, a Wili Schade - leśniczy i asystent Göringa do spraw łowieckich, pozostał na skrzyżowaniu śródleśnych dróg. Kiedy buchnął drugi strzał, Schade padł na dukt. "Przecież dziś rano przystrzelałem broń" - krzyczał. Obawiał się, że Göring spudłował, a gniew niefortunnego strzelca skupi się na nim. Tymczasem feldmarszałek dostrzelił byka i z młodnika wyszedł w doskonałym humorze. Nic dziwnego bo wieniec ważył 9 kg., obwód róż wynosił 27,3 cm, a długość tyk - 98,5 cm. [ ... ]

 

Göringowi wydawało się, że jest wszechwładny. Jako Łowczy Rzeszy osobiście zatwierdzał prawo łowieckie, a później je łamał. Nie dbał np. o to, że sezon łowiecki na jelenie byki kończy się 31 stycznia i 9 lutego 1936 r., nieopodal Warnen w Puszczy Rominckiej (obecnie Oserki w obwodzie kaliningrackim), strzelił wspaniałego byka o imieniu Raufbold (Zabijaka) - dwudziastaka nieregularnego o masie wieńca 8 kg., obwód róży 25,3 cm, długość tyki 109, 7 cm. Na pamiątkę polowania kazał wykonać pomnik byka. Zadanie to zlecił znamemu rzeźbiarzowi Johannesowi Darsowowi.

Efekt jego pracy mogli zobaczyć odwiedzający Międzynarodową Wystawę Łowiecką w Berlinie, w 1937 r. Ponadnaturalnej wysokości posąg stanął przed głównym wejściem do pawilonu wystawowego. Po zakończeniu wystawy rzeźba znalazła się na terenie rezydencji feldmarszałka Carinhall".

Wejście do pawilonu wystawowego

 

Przy ułożonym pokocie

Byk Matador - filmuje Ulrich Schultz z firmy DEFA

Przywóz jelenia 1935 r. - Rominten

Otwarcie Międzynarodowej Wystawy Łowieckiej - Berlin 1937 r. Polskie stoisko.

Hala Hermanna Göringa

Międzynarodowa Wystawa Łowiecka - Berlin 1937. H. Goring ogląda polskie trofeum - wieniec jelenia karpackiego...

... i makietę Puszczy Białowieskiej

Ostatnim bykiem, na którego zasadzał się Göring w puszczy był czterodwudziestak  "Leutnant". Był październik 1944 r. Za swoją ostoję byk obrał sobie rejon miejscowości Hajnówka. Podczas rykowiska przemierzał ok. 20 km. Otropiono go i tym razem Hermann Göring "wykładanego" byka spudłował. Chyba feldmarszałka bardziej zajęło nasłuchiwanie nadchodzącego frontu. Następnego dnia byk jednak padł z ręki nadleśniczego Waltera Freverta. Wieniec ważył 10,1 kg. Trofea Hermanna Göringa przetrwały wojnę. Kilka z nich znajduje się w zbiorach Niemieckiego Muzeum Łowiectwa i Rybołóstwa w Monachium, ale ze zrozumiałych względów nie są eksponowane.

Byka "Leutanta" strzelił Walter Frevert

Jednak „Matador” i dwa inne byki: „Augustus” i „Odin” powróciły na muzealne sale w Monachium gdzie wyeksponowano je (pomimo protestów niektórych środowisk antynazistowskich) z innymi trofeami.

Wystawa byków Göringa w Muzeum Łowiectwa i Rybołówstwa

Byk "Augustus"

"Matador" wyeksponowany w Muzeum

Byki Göringa. Od lewej: "Augustus", "Matador" i "Odin"

Carinhall

Dworek, rezydencja marszałka III Rzeszy Hermanna Göringa, położona na północny wschód od Berlina w lasach Schorfheide. Nazwa tej luksusowej budowli wzięła się od imienia pierwszej, przedwcześnie zmarłej żony marszałka – Carin (z domu Fock. Na temat willi krążyły wśród ludzi odwiedzających posiadłość istne legendy. Nie były one bezpodstawne – potężny kompleks budynków krył w sobie kilkanaście sypialni, pokojów dla gości i szereg nowinek technicznych. W posiadłości wybudowano podziemne mauzoleum, do którego złożono, sprowadzone ze Szwecji, doczesne szczątki pierwszej żony Göringa.

 

Opis posiadłości wg Rogera Manvella i Heinricha Fraenkela pt. „GÖRING” - przełożyła Iwona Chlewińska Wydawnictwo Dolnośląskie:

 

"Chcąc go niejako nagrodzić i uczynić jego ulubiony sport łowiectwo częścią jego obowiązków zawodowych,  Hitler pozwolił mu w maju 1933 r. zostać Łowczym Rzeszy, a także  Zwierzchnikiem Niemieckich Lasów, a w 1934 r. stworzono specjalne ministerstwo dla tego stanowiska. Jako Łowczy Rzeszy Göring zaprojektował  dla siebie specjalny mundur z ulubionymi bufiastymi rękawami, na który  zakładał przepasany pasem bezrękawnik z miękkiej skóry.  Göring łączył różne formy władzy sprawowanej przez poszczególne  landy nad lasami i zwierzyną. Rozległe lasy Niemiec są ważne dla ich go¬ spodarki, a on zainicjował szereg korzystnych reform w leśnictwie. Jego miłość do wsi wyrażała się w projektach ponownego zalesiania, irygacji i zachowania terenów naturalnego piękna. Wprowadził prawa ochrony  dzikiego życia i zachowania takich wymierających gatunków, jak łoś, żubr, dzik, dziki łabędź, sokół i orzeł. Wtedy właśnie niezwykle zainteresował się Schorfheide - wielkim obszarem lasu i torfowisk, nawilżanym przez jeziora, który rozciągał się od północy Berlina do ówczesnej granicy z Polską i wybrzeża Bałtyku; na nowo wypełnił go dziką zwierzyną i postanowił kupić ten teren dla siebie. Odwiedzał także Puszczę Romnicką przy wschodniej granicy Niemiec. Sprowadził żubry i łosie ze Szwecji, Polski i Kanady, mając w planie eksperymenty, które nie zawsze były udane. W ich wyniku chciał ożywić hodowlę tych zwierząt. W lipcu 1934 r. zaostrzył niemieckie ustawy o ochronie zwierzyny, zakazując odstrzału ponad ściśle określoną liczbę, a nawet wtedy zgodę otrzymywali tylko ci, którzy udowodnili, że wiedzą, jak trzymać strzelbę. Wszystkim myśliwym musiał towarzyszyć retriever, aby każde zranione zwierzę mogło zostać odnalezione i zabite. Göring zakazał wiwisekcji zwierząt i wszystkich form kłusownictwa, polowania na koniu i używania wnyków, pułapek z drutu, sztucznych świateł lub trucizny wobec zwierząt. „Ten, kto torturuje zwierzę, rani uczucia narodu niemieckiego" - powiedział W 1933 r. zaczął planować swój wielki dom wiejski - Carinhall. Jako drugi człowiek po Hitlerze w nazistowskich Niemczech, jako premier  Prus, Łowczy Rzeszy i Zwierzchnik Niemieckich Lasów czuł, że ma prawo do najpiękniejszego terenu, jaki można było znaleźć w rozsądnej odległości od Berlina. Wybrał obszar w Schorfheide, gdzie w pobliżu jeziora Wackersee znajdował się niemiecki cesarski drewniany domek myśliwski.

Setki tysięcy akrów będących parkiem narodowym miały stać się miejscem dla planowanego przez niego domu i dla polowań, które postanowił  urządzać dla swych strzelających towarzyszy.

Carinhall - makieta

Schorfheide było pagórkowate i zalesione, a jego wrzosowiska i torfowiska porastały sosny, dęby i buki. Jesienią krzaki jałowca nadawały scenerii odcień złoto-brązowy, podczas gdy głóg, berberysy i żarnowiec kolorowały krajobraz, przecięty otoczonymi sitowiem bagnami i małymi jeziorami z brzegami porośniętymi sosnami i jodłami. Dzięcioły stukały w drzewa, a dzikie łabędzie z małymi przelatywały nad taflą jeziora. Göring uczynił z Schorfheide sanktuarium dla zwierzyny płowej, jelenia, łosia i dzikich koni, a następnie zaczął planować dom, który, unieśmiertelniając pamięć jego żony, byłby również odbiciem jego żywej osobowości.

Carinhall miał być wyjątkowy wśród pomników zbudowanych przez książęta i milionerów w wyrazie ich dumy. Hitler, Göring i Goebbels, wszyscy byli architektami amatorami, którzy dzięki sukcesowi politycznemu mogli dać upust upodobaniom do architektury, wyposażenia wnętrz i umeblowania. Lecz ze wszystkich budowli stworzonych podczas reżimu nazistowskiego Carinhall był najbardziej niezwykły, znacznie powiększany i wzbogacany przez lata, stał się symbolem wielu marzeń jego budowniczego. Göring, wspomagany przez dwóch młodych architektów - Helzelta i Tucha z Pruskiego Państwowego Wydziału Architektury, próbował uwiecznić w kamieniu, drewnie, glinie i strzesze swoje ambicje, uczucia, wspomnienia i próżność. Sam zaprojektował każdy detal, łącznie z klamkami; nazwał go swoim Waldhof, a rezultat był monumentalną osobliwością, swego rodzaju starożytnym niemieckim wielkopańskim dworem, wyposażonym we wszystkie luksusy i łączącym masywną prostotę z pokazem bogactwa i władzy. Jak ujął to Gritzbach: „Hermann Göring rozrysował plan i konstrukcję na liniach wyrażających jego własną siłę i upartą osobowość". Rozrastając się z roku na rok, dom stopniowo przekształcał się w rezydencję o niezwykłych rozmiarach i wyglądzie. Wielka aleja drzew prowadziła do rezydencji przykrytej spadzistym dachem, otaczającej z trzech stron duży dziedziniec z rabatami kwiatowymi, stawem z liliami i fontanną, nad którą górował pomnik konia z nagim jeźdźcem. Krużganki, których dach opierał się na grubych dębowych belkach i kolumnach, znajdowały się wokół dziedzińca. Wspaniałe bramy importowane z południa zostały zaś wkomponowane w ciężkie drewno i kamień głównej struktury architektonicznej, do której użyte zostały bloki różnokolorowego granitu. Sam budynek zaprojektowano tak, żeby każde okno wychodziło albo na jezioro, albo na las. Ten dom ze spadzistym mansardowym dachem, obrzuconymi żwirem, białymi ścianami i szarymi kamiennymi obwódkami, miał symbolizować niemiecką tradycję architektoniczną. Centralna fasada była w stylu gotyckim, a kiedy Göring został marszałkiem Rzeszy, jego herb - wyciągnięta pięść trzymająca maczugę - wyrzeźbiono na frontonie nad gankiem. Oprócz pierwszego głównego dziedzińca był także czworokątny dziedziniec podzielony na ciąg trawników z przystrzyżonym żywopłotem i statuami z brązu, przedstawiającymi Apolla, Artemidę i Ceres. Kolejny dziedziniec był zamknięty pnącymi roślinami, a kopia Porcellino z Florencji stała na wpół ukryta między krzewami róż.

W centralnej części budynku znajdował się szeroki na około sto pięćdziesiąt stóp hol wejściowy, w którym Göring prezentował zbiory. Był dumny ze swojego centrum, gdzie płynęły prezenty w postaci dzieł sztuki oraz inne skarby, które właśnie zaczynał kupować albo dostawać - obrazy starych mistrzów flamandzkich i niezwykle podziwianego niemieckiego artysty Lucasa Cranacha oraz gobeliny. Bliźniacze klatki schodowe z błyszczącymi białymi poręczami prowadziły z holu wejściowego na piętro. Wśród innych głównych pokoi znajdowała się sala zgromadzeń w średniowiecznym stylu, centrum pracy zawodowej z wielkimi belkami i granitowym kominkiem, główna biblioteka, rząd, w którym przyjmował gości, oraz pokój z mapą, gdzie pod portretami Fryderyka Wielkiego i Napoleona odbywały się zebrania sztabowe. Później pojawiła się także duża sala bankietowa z kolumnami z czerwonego marmuru pochodzącego z Werony. Stół przykrywano jedwabiem, krzesła były białe ze skórzanymi obiciami, zasłony wyszywane złotą nicią w literę H z wieńcem laurowym. Ściany pokrywała tkanina przedstawiająca alegoryczne postaci Młodości, Zdrowia i Radości; u sufitu wisiały wielkie kryształowe żyrandole. Okna wyposażone w mechanizm elektryczny otwierały się, ukazując bezkresny widok na ogrody i las. Na zewnątrz, na tarasie goście obsługiwani byli przez lokai w butach do jazdy konnej i zielonych kurtkach lub przez dziewczęta w butach ze skóry kozłowej i zielonych kurtkach i spódnicach. Główny salon miał dwa przedpokoje, tzw. Pokój Złoty i Pokój Srebrny, w których Göring wystawiał na pokaz swoje bajeczne prezenty. Schody na wyższe piętro ozdabiały pamiątki i trofea z polowań Göringa. W wielkiej attyce zainstalował model kolejki, a do zabawy z nią zapraszał wielu dystyngowanych gości. Pokój miał osiemdziesiąt, a prosty tor koleki sześćdziesiąt stóp długości. Pociągami kierowano z panelu kontrolnego, umieszczonego obok dużego, czerwonego fotela.

Göring miał także mały, odizolowany pokój do pracy z zabytkowymi tyrolskimi meblami i z dostępem do prywatnej biblioteki, w której trzymał najcenniejsze dla niego książki, a między nimi dzieła na temat historii nordyckiej, historyczne i topograficzne tomy o Niemczech, studia z nauk militarnych i lotnictwa oraz książki o sztuce, podróżach i odkryciach. Latem pracował w całkowicie prywatnej loggii, która pozwalała mu siedzieć na powietrzu i patrzeć na jezioro.

Carinhall miał również suterenę, w której znajdowała się sala gimnastyczna, słabo oświetlony basen ozdobiony rzeźbami i pokój zabaw. W sali gimnastycznej Göring mógł ćwiczyć strzelanie, celując do poruszających się przedstawień zwierząt wyświetlanych na ścianie; w pokoju zabaw znajdował się zasilany prądem system modeli samolotów i kolei żelaznych na mapie. Nocą sala gimnastyczna stawała się kinem, w którym siedziała służba. Każdy miał wyznaczone miejsce, jakby był to kościół pana na włościach. Pokoje gościnne dla gości i personelu oraz pokoje dla służby były wygodne i dobrze urządzone; Göring chciał uchodzić za modelowego pracodawcę.


Carinhall, jak opisywało go wielu gości, był wynikiem nieustannych zmian i rozbudowy, które ciągnęły się do pierwszych lat wojny. Początkowo budynek był znacznie mniejszy, przypominał raczej wyszukany domek myśliwski, ukończony przez armię budowniczych w ciągu dziesięciu miesięcy. Naprzeciw, na brzegu jeziora, Göring zbudował mauzoleum z brandenburskiego granitu. Miał zamiar pochować w nim ciało żony, której grób w Lóvoe w Szwecji został, jak twierdził, sprofanowany przez szwedzkich antynazistów. Göring na grobie Carin położył nową płytę nagrobkową ozdobioną swastyką, a podczas wizyty w Szwecji złożył wieniec w kształcie swastyki. Usunęli go szwedzcy antynaziści, pozostawiając kartkę informującą, że „Niemiec, Göring" popełnił akt wandalizmu i nie powinien wykorzystywać grobu swojej żony jako środka propagandy. Nowa krypta została zbudowana pod ziemią, prowadziły do niej schody. Göring zamówił obszerną cynową trumnę w firmie Svensk Tenn, której luksusowe wystawy z meblami i wyrobami metalowymi przyciągnęły jego uwagę, kiedy był w Sztokholmie, i nie mógł sobie pozwolić na takie ozdoby. Cynowa trumna została zaprojektowana w takim rozmiarze, żeby oprócz Carin mogła ewentualnie pomieścić również jego ciało.

Carin Göring - pierwsza żona Hermanna Göringa

Cynowa trumna jego pierwszej żony Carin

Podobnie jak z całego Carinhall, Göring był dumny z krypty, która stała się stałym punktem wycieczek jego gości. Na jednym z pierwszych przyjęć zorganizowanych przez Göringa w nowym domu, 10 czerwca 1934 r., było blisko czterdzieści osób, w tym ambasadorzy Anglii i Ameryki. Nowy ambasador brytyjski Sir Erie Phipps wysłał Sir Johnowi Simonowi długi, ironiczny opis tego spotkania. Göring późno przybył na miejsce w lesie, w którym zebrali się goście; przyjechał szybkim samochodem wyścigowym, ubrany w „strój lotnika z elastycznej gumy, w wysokie buty i z dużym nożem myśliwskim za pasem". Najpierw przez mikrofon wygłosił wykład na temat niemieckiegoado leśnictwa. Następnie próbował nakłonić jednego ze swych byków do pokrycia kilku krów, lecz była to porażka; byk „wyszedł ze swojej przegrody z największą niechęcią i po kilku dość smutnych spojrzeniach na krowy, próbował do niej wrócić". Potem Göring zniknął, każąc swoim gościom jechać samochodami przez lasy do Carinhall, gdzie ponownie ich przyjął ich ubrany teraz w białe buty do tenisa, białe drelichowe spodnie, białą flanelową koszulę i zieloną kurtkę skórzaną, z wielkim nożem myśliwskim za pasem i oprowadził po domu: cały czas trzymał, długi, przypominający harpun „przyrząd". Emmy Sonnemann była tam i pełniła honory domu podczas doskonałego posiłku; Göring przedstawił ją jaką osobistą sekretarkę.


Opowiadając tę historię w swoim pamiętniku, ambasador Dodd napisał, że Göring – którego określił jako „wielkiego, grubego, dowcipnego człowieka, uwielbiającego ponad wszystko wystawność i ostentację" - oprowadził ich później po posiadłości „i na każdym kroku manifestował swoją próżność, często powodując, że goście spoglądali na siebie z rozbawieniem". W końcu zostali zaprowadzeni do krypty, „najbardziej wyszukanej budowli tego rodzaju, jaką kiedykolwiek widziałem". Göring „był dumny z tego wspaniałego grobowca swojej pierwszej żony, w którym, jak twierdził - pewnego dnia zostaną złożone jego szczątki". Dodd dodawał, że on i Phipps „znudzili się tym osobliwym popisem" i pospieszyli z powrotem do Berlina.

 

Kilka dni później, 19 czerwca, zwłoki Carin przetransportowane w sarkofagu, na którym widniały herby rodziny Göringów i Flocków, zostały pochowane w krypcie z makabryczną pompą. Po prostej mszy w Lóvoe przykryta flagą ze swastyką trumna została wstawiona do ozdobionego roślinami i wypełnionego kwiatami wagonu kolejowego. Do wieńca z białych róż od Göringa przyczepiona była kartka „Dla mojej jedynej Carin". Strzeżona przez oddział nazistów trumna pojechała promem do Sussnitz, a następnie koleją przez miasteczka północnych Prus, które na czas przejazdu zostały postawione w stan żałoby, aż ostatecznie dotarła do Eberswalde, gdzie została położona na samochodzie i zawieziona drogą do Carinhall. Umundurowani członkowie partii stali wzdłuż drogi, a orkiestra wojskowa grała Marsz żałobny Zygfryda ze Zmierzchu bogów. Hitler też tam był.

Kondukt żałobny Carin

Lecz tak dokładnie zaplanowana ceremonia została nagle przerwana. Himmler przyjechał spóźniony, blady i roztrzęsiony. Twierdził, że przeprowadzono zamach na jego życie i że kula roztrzaskała szybę jego samochodu. On sam nie był ranny i nie słyszał odgłosu strzału. Pogrzeb został przerwany na kilka minut, gdy Himmler opowiadał szeptem swoją historię Hitlerowi i Göringowi. Następnie, kiedy zabrzmiały rogi myśliwskie i trąbki, a sarkofag został spuszczony do krypty, w której stało sześć zapalonych świec. Kiedy karawaniarze wyszli, Göring i Hitler zeszli po schodach, żeby złożyć Carin milczący hołd."

Ponowny pochówek Carin z udziałem Adolfa Hitlera w kryppcie

Dawanie i otrzymywanie prezentów stało się częścią renesansowego rytuału życia Göringa. Otrzymywał znacznie więcej, niż dawał, lecz nie był skąpy w rozdawaniu niezliczonych prezentów swoim pracownikom przy takich okazjach jak Boże Narodzenie. Pakowano i wysyłano setki prezentów, a jeszcze więcej wręczano osobiście na spotkaniach organizowanych w Carinhall. Rozdawano na przykład srebrne ołówki, a nawet, w dowód szczególnej życzliwości, piękną strzelbę dla sportowca. Lecz kiedy kończyło się Boże Narodzenie, przchodził styczeń, czyli okres dostawania prezentów, i ci, którzy chcieli zachować jego przychylność, wysyłali mu drogie prezenty urodzinowe, które wybierali intuicyjnie lub informując się, czego pragnie marszałek. Setki prezentów, niektóre z nich bardzo cenne, stanowiły co roku znaczny dodatek do kolekcji sztuki Göringa. Przykładami mogą tu być holenderskie nadrzeczne krajobrazy pędzla Salomona van Ruysdaela, sprezentowane przez przemysłowca dr. Friedricha Fricka, o wartości 80 000 marek; XVI-wieczny francuski gobelin przekazany przez dr Plancka z Kolonii, wyceniany na 45 000 marek; krajobraz zimowy Jana van Goyena sprezentowany przez marszanda Aloisa Miedla, który załatwił wiele prac dla Göringa, lecz ten obraz o wartości 80 000 marek dał mu w prezencie. Przypadkiem, który szczególnie zdenerwował Goebbelsa w środku jego osobistej kampanii na rzecz wojny totalnej, była skierowana do niego w styczniu 1944 r. przez burmistrza Berlina prośba o sugestię, co miasto powinno dać Göringowi w tym roku; w latach ubiegłych, według zapisków Semmlera o gniewnych komentarzach Goebbelsa, adiutant Gӧringa dzwonił do władz miasta i doradzał w kwestii odpowiedniego prezentu dla Göringa - może powinien to być Van Dyke za 250 000 marek? Goebbels czuł, że 25 000 marek byłoby bardziej odpowiednią kwotą, lecz co ciekawe nawet on zaakceptował fakt, że miasto powinno dać Göringowi jakiś prezent. Zapiski w rzeczywistości pokazują, że w 1942 r. Berlin dał Göringowi obraz Tintoretta wyceniany na 220 000 marek, lecz w 1944 r. władze miejskie przyjęły radę Goebbelsa i dały mu obraz ze szkoły Antonio Moro, który kosztował jedynie 25 000 marek.

Carinhall - od lewej Emmy Göring, Benito Mussolini i Hermann Göring

Słynący z zamiłowania do luksusu Göring dbał, aby posiadłość wzbudzała podziw. Ogromny basen z podgrzewaną wodą, kręgielnia, zajmująca kilkaset metrów kwadratowych, makieta kolejowa z domkami, tunelami i górami – to wszystko miało służyć Göringowi aż do późnych lat starości.

Słynna kolejka, którą marszałek się szczycił przed gośćmi

Ciekawostką może być też fakt, że to właśnie w rezydencji marszałka zamontowano jedną z pierwszych wówczas produkowanych zmywarek do naczyń firmy AEG. Nie sposób zliczyć też dzieł sztuki (rzeźb, figur i starodruków), które zostały zrabowane, bądź też nabyte przez marszałka w różnych miejscach Europy.


Po śmierci Göringa Carinhall miało być przekształcone na muzeum, które nie tylko uświetniałoby osiągnięcia Tysiącletniej Rzeszy, ale i samego gospodarza tych terenów. Odpowiednie plany opracowywano jeszcze w styczniu 1945 roku. Stało się inaczej – historia przewidziała zupełnie inne miejsce dla Carinhallu i ludzi z nim związanych. 20 kwietnia 1945 r. Göring Carinhall opuścił po raz ostatni. W momencie zbliżania się Armii Czerwonej (2 Front Białoruski, 2 Armia Uderzeniowa) Göring nakazał 28 kwietnia 1945 roku wysadzić budynki w powietrze oraz ukryć zwłoki Carin w pobliskim lesie. Żołnierze sowieccy, szukając skarbów, odnaleźli i zbezcześcili nowy grób Carin. Ostatecznie, przy pomocy miejscowego leśnika i berlińskiego pastora pochodzącego ze Szwecji, odszukano szczątki i w 1951 r. powróciły do ojczyzny.

 

Hermann Göring Puszczy Białwieskiej i jeg związki z Prezyentem Ignacym Mścickim.

 

W połowie lat 30-tych H. Göring, z polecenia Hitlera zaczął nawiązywać kontakty z najwyższymi osobistościami II RP, szukając wśród nich sojuszników we wspólnym działaniu przeciwko Rosji. Zaproszenie H. Göringa do Polski na reprezentacyjne polowanie zasugerował rządowi polskiemu po raz pierwszy wiosną 1934 roku Józef Lipski, ambasador Polski w Berlinie. Ponieważ było już po sezonie łowieckim, postanowiono odłożyć tę sprawę do następnego roku. Przyjazd H. Göringa do Polski w końcu lutego 1935 roku wywołał w Korpusie Dyplomatycznym Warszawy duże poruszenie i zainteresowanie. Gość noszący obok wielu funkcji i tytułów także tytuł wielkiego łowczego III Rzeszy, wyraził życzenie zapolowania na wilki i rysie w Puszczy Białowieskiej. Nie było to proste, gdyż zima tego roku nie była specjalnie śnieżna.


H. Göring przyjechał do Białowieży na drugą turę polowania reprezentacyjnego, która odbyła się w dniach 28-29 stycznia 1935 roku (pierwsza – kilka dni wcześniej). Obok premiera Prus polował wówczas m.in. prezydent RP Ignacy Mościcki, marszałek Senatu Władysław Raczkiewicz, dyrektor Lasów Państwowych Adam Loret, generałowie Kazimierz Sosnkowski i Kazimierz Fabrycy, kilku posłów i ministrów – krajowych i zagranicznych.

Polowanie w 1935 roku. Prezydent Ignacy Mościcki w rozmowie z Hermannem Göringiem

W trakcie polowania H. Göring przedstawił generałom Sosnkowskiemu i Fabrycemu propozycję przystąpienia do przygotowywanego paktu antykominternowskiego. Roztaczał też przed nimi obraz wielkich korzyści, jakie Polska mogłaby uzyskać przez zajęcie Ukrainy aż po Morze Czarne. Ofertę swą powtórzył później w trakcie audiencji u marszałka Józefa Piłsudskiego. Marszałek propozycji jednak nie przyjął, trzymał się bowiem swojej doktryny zachowania równowagi pomiędzy obu ościennymi mocarstwami.


Swego pierwszego polowania w Białowieży H. Göring raczej nie mógł zaliczyć do udanych. Upolował tylko 2 dziki, ranił też ponoć jednego wilka. Pozostał w puszczy jeszcze na jeden dzień, by dobić postrzelonego drapieżnika, ale to mu się nie udało. Stefan Charczun, ówczesny łowczy Puszczy Białowieskiej, dostrzelił dla Göringa tego wilka, ale tak naprawdę był to zupełnie inny osobnik. „Wilk Göringa” został następnie odprawiony do Berlina specjalnym samolotem. Polski Związek Stowarzyszeń Łowieckich, w osobach prezesa gen. K. Sosnkowskiego i wiceprezesa gen. K. Fabrycy, postanowił niejako „zrekompensować” H. Göringowi tę porażkę łowiecką i nadał mu najwyższe odznaczenie łowieckie „Złom”.

Pokot po polowaniu w lutym 1935 r.

W dniu 1 lutego 1935 r. tak oto "Dziennik Białostocki" relacjonował wizytę dostojnych myśliwych w Białowieży. "Po powrocie uczestników polowania z puszczy ułożono na pomoście przed pałacem myśliwskim wszystkie trofea. Dookoła ułożonej zwierzyny zapalono 8 kagańców. Karpina nasycona benzyną oświetliła cały dziedziniec pałacowy, roztaczając olbrzymią łunę nad Białowieżą. O godz. 18.30 wyszedł z pałacu p. prezydent Rzeczypospolitej wraz z gośćmi. Siedmiu trębaczy zagrało na waltorniach “Honor panów myśliwych", następnie łowczy Charczun złożył ogólny raport z przebiegu polowania. W dalszym ciągu nastąpiła oryginalna część ceremonii. Mianowicie trębacze grali melodie łowieckie na cześć ubitych dzików, rysiów, rogaczy. Wreszcie na zakończenie odegrano “Pożegnanie panów myśliwych". (źródło: Lasy: Goering i prezydent polowali w Puszczy Białowieskiej, Alicja Zielińska, 14 maja 2011).

 

Po raz drugi H. Göring gościł w Białowieży w lutym 1936 roku. Reprezentacyjne polowanie odbyło się w trzech turach, w dniach 14-15, 17-18 i 20-22 lutego, przy śnieżnej i mroźnej pogodzie. H. Göring uczestniczył tylko w trzeciej turze (przez prasę określaną jako polowanie prywatne), już bez udziału prezydenta I. Mościckiego. H. Göring ponownie ustrzelił tylko 2 dziki. Chciał też za wszelką cenę upolować rysia, ale to mu się nie udało.  Niemiecki gość był podejmowany śniadaniem przez ministra J. Becka oraz Józefa Potockiego z MSZ, na których podzielił się swymi wrażeniami z polowania w Puszczy. Złożył także wizyty prezydentowi RP i premierowi Kościałkowskiemu. Podczas rozmów akcentował szczególnie wolę i chęć Niemców do dalszego rozwoju stosunków z Polską, nie ukrywał też antysowieckiego nastawienia, ani niemieckich zamiarów w kwestii remilitaryzacji Nadrenii.

Göring, ubrany w grubą szubę, z olbrzymim, pochodzącym chyba z czasów Nibelungów, kordelasem u boku, jadł dużo, pił dużo, interesował się orderami – „ten mam, tego nie mam, a ten, to ciekawy egzemplarz, jeszcze go nie widziałem” – i dowcipkował.

Pokot po polowaniu w 1936 r.

Stała się też rzecz niewiarygodna! Prezydent I. Mościcki odznaczył wówczas H. Göringa Orderem Orła Białego – najwyższym odznaczeniem honorowym Rzeczypospolitej, przyznawanym za znamienite zasługi zarówno cywilne jak i wojskowe. Ten jakże kuriozalny dzisiaj fakt został starannie wymazany z historii. Nazwiska Göringa – jak pisze znany polski dziennikarz, felietonista, eseista i pisarz Aleksander Jerzy Wieczorkowski – nie znajdziemy zatem na liście kawalerów tego orderu, ani w jego szczegółowej biografii. Nie ma też o tym ani słowa w encyklopediach.

Göring przyjeżdżał  do Białowieży głównie by polować na rysie. Tyle, że z rysiami jakoś mu nie wychodziło. Polowanie na tego drapieżnika wymaga zachowania wszelkich środków ostrożności, a Göring na stanowisku palił i głośno rozmawiał. Trzeba więc było ambicje myśliwskie gościa zadowalać dzikami, często… podstawionymi.

W 1937 roku Hermann Göring wziął udział w pierwszej turze polowania reprezentacyjnego w Białowieży, która odbyła się w dniach 17-20 lutego. Obok prezydenta I. Mościckiego i premiera Prus wziął w nim udział m.in. marszałek Edward Rydz-Śmigły, minister spraw wojskowych gen. Tadeusz Kasprzycki, minister Michał Mościcki, dyrektor kancelarii wojskowej gen. Kazimierz Schally, komendant główny Policji Państwowej gen. Józef Zamorski-Kordian, szef protokołu dyplomatycznego dyrektor hr. Karol Romer, generałowie Kazimierz Fabrycy, Kazimierz Sosnkowski i Stanisław Skwarczyński, ambasador RP w Niemczech Józef Lipski. H. Göring polował tylko 17 lutego. Zgodnie z jego życzeniem polowano w tym dniu wyłącznie na drapieżniki (rysie, wilki). Premierowi Prus udało się ustrzelić 3 wilki i 2 dziki. Wilki zostały wcześniej osaczone na terenie nadleśnictwa Hajnówka. Po posiłku auta przewiozły myśliwych do nadleśnictwa Gródek. Rysie wyszły jednak nie na Göringa, a na towarzyszącego mu łowczego Ulricha Scherpinga, który ubił 1 sztukę. Jeszcze tego samego dnia Göring udał się w towarzystwie gen. Kazimierza Fabrycego na Polesie. W trakcie polowania w Białowieży prezydent został obdarowany przez wielkiego łowczego Rzeszy posokowcem hanowerskim, ułożonym do tropienia. Podróż z Berlina do Warszawy odbył w osobnym przedziale w towarzystwie opiekuna łowczego Freverta.

Posokowiec hanowerski - prezent od Göringa. Pies ten zdobył jesienią 1936 roku na próbach na Węgrzech drugą nagrodę. Prezydent polecił przewieźć psa do Białowieży.

Posokowiec hanowerski – dar Göringa

Wśród osób zapraszanych przez prezydenta RP Ignacego Mościckiego na reprezentacyjne polowania, organizowane w latach trzydziestych w Puszczy Białowieskiej, był ówczesny premier Prus – Hermann Göring. Przyjeżdżał on do Białowieży czterokrotnie – w 1935, 1936, 1937 i 1938 roku.


W 1937 roku Göring przywiózł ze sobą, w podarunku dla głowy polskiego państwa, posokowca hanowerskiego, ułożonego do tropienia. Hodowla posokowców było jedną z pasji wielkiego łowczego Rzeszy. W 1934 roku Göring wydał zarządzenie, by każde nadleśnictwo, względnie łowisko o stałym stanie oraz etacie odstrzału jeleni, posiadało przynajmniej jednego posokowca. Inżynier Leon Ossowski napisał w „Łowcu Polskim” – nr 16 z 1935 roku, że z tego właśnie powodu sprowadzenie posokowca z Niemiec do Polski było w owym czasie bardzo utrudnione z powodu zarówno popytu na nie w samych Niemczech, jak też bardzo wysokiej ceny.


Premier Prus przywiózł posokowca do Warszawy. „Kurier Bydgoski” – nr 39 z 1937 roku tak relacjonował ten fakt: „Gen. Göring przybył z Berlina na dworzec wschodni w towarzystwie sekretarza stanu Körnera oraz dwóch adiutantów, Menthego i Scherpinga. Z dworca wschodniego, gdzie przedsięwzięto szczególne środki bezpieczeństwa, gen. Göring pojechał do ambasady niemieckiej, a następnie przybył na zamek, ażeby wpisać się do księgi audiencjonalnej i złożyć prezydentowi w podarunku psa, specjalnie hodowanego i rzadkiej rasy (z wykręconymi nogami). Następnie Göring złożył wizytę premierowi Składkowskiemu. O godz. 13 był na śniadaniu u wiceministra spraw zagranicznych Szembeka, a o godz. 19 przyjęty był przez marszałka Śmigłego-Rydza. (…) Do Białowieży premier Göring wyjechał w nocy”.


Podarowany prezydentowi posokowiec („Wahrtoo vom Feuerstein” nr 873), był psem wysokowartościowym. Jesienią 1936 roku zdobył on podczas prób na Węgrzech II nagrodę i był tam najlepszym posokowcem hanowerskim, pochodzącym z Niemiec. Prezydent zdecydował, że czworonożny prezent zostanie przewieziony do Białowieży i oddany pod opiekę oddziałowi łowiectwa tutejszej Dyrekcji Lasów Państwowych. Osobiście zaopiekował się nim szef działu – inspektor, następnie łowczy Maksymilian Doubrawski, wielki miłośnik tej rasy psów. W „Łowcu Polskim” – nr 3 z 1939 roku możemy zobaczyć go na zdjęciu, z trójką posokowców własnej hodowli.

Inspektor Maksymilian Doubrawski ze swoimi posokowcami. (Źródło: "Łowiec Polski" nr 3/1939 r.)

Maksymilian Doubrawski organizował polowania reprezentacyjne w Puszczy Białowieskiej w latach 1936-1939. On też składał prezydentowi RP Ignacemu Mościckiemu raporty o wyniku polowania podczas uroczystych przeglądów zwierzyny, urządzanych przed pałacem w Białowieży. Mieszkając i pracując w Białowieży, prowadził hodowlę posokowców, które były oczkiem w jego głowie.  Opiekował się hodowlą łosi w Puszczy Białowieskiej. Osobiście sprowadzał je z Ordynacji Dawidgródeckiej. Organizował i nadzorował prowadzone tutaj od 1936 roku prace nad regeneracją tarpana leśnego. Czuwał także nad przebiegiem prac związanych z restytucją żubra oraz ponownym wprowadzeniem do Puszczy niedźwiedzia.


Podarowany posokowiec podczas polowania reprezentacyjnego w 1937 roku nie był użyty. Wykorzystano go natomiast w następnym roku, gdy w Puszczy polował regent Węgier Miklos Horthy. Pies miał wytropić postrzelonego przez regenta rysia. Wspomniany już inż. L. Ossowski wypomniał organizatorom tego polowania na łamach poznańskiego czasopisma „Myśliwy” – nr 4 z 1938 roku, że pies został użyty niewłaściwie, ponieważ tego typu psów nie można wykorzystywać do tropienia postrzelonego rysia. Inżynier twierdził, iż: „Prawidłowym (…) tropem dla posokowca jest trop jelenia, daniela, dzika i łosia. Dobry posokowiec, prowadzony wyłącznie na tych tropach, będzie mistrzem w pracy tej”.


Posokowiec Göringa trzymany był w Białowieży w pomieszczeniach dla psów myśliwskich, które ulokowano na wschodnim obrzeżu parku pałacowego (obecnie teren ten zajmuje Instytut Biologii Ssaków PAN). Nieoczekiwanie stał się on atrakcją turystyczną dla licznych grup turystów odwiedzających Białowieżę. Ludzie dowiedzieli się o psie z prasy. Szczególne zainteresowanie nim wykazywali turyści niemieccy. Andrzej Kłyszyński na łamach „Kuriera Bydgoskiego” – nr 204 z 1937 roku scharakteryzował psa następująco: „Rzeczywiście – jest to niezwykły okaz: średniego wzrostu ale za to niezwykle silnej budowy, o oczach nabiegłych krwią. Wygląd jego nie budzi zaufania wśród przybyłych gości, zarówno krajowych i zagranicznych i dlatego też wszyscy omijają go z daleka”.


Z tym omijaniem to jednak nie do końca prawda. Pies w rzeczywistości nie sprawiał jakiegoś odstraszającego wrażenia. Strażnikowi łowieckiemu, który bezpośrednio opiekował się psami myśliwskimi DLP, dość często przychodziło prezentować „dar Göringa” zainteresowanym nim osobom. Szczególną ciekawość psem wykazywali myśliwi. Jak często i czy w ogóle posokowiec był wykorzystywany podczas łowów, nie tylko prezydenckich – nie wiadomo. Nic nie wiadomo również o losach psa po wybuchu II Wojny Światowej. (Oprac. Piotr Bajko)

Hermann Goring i Prezydent Ignacy Mościcki

Oczywiście i tym razem nie obyło się bez rozmów politycznych. Göring przeprowadził je z marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym, premierem Sławojem Składkowskim i wiceministrem spraw zagranicznych Janem Szembekiem.   W dniu 3 listopada 1937 roku H. Göring otworzył w Berlinie Międzynarodową Wystawę Łowiecką, której był współorganizatorem. W polskim pawilonie można było zobaczyć m.in. mapę plastyczną Białowieży oraz wypchanego żubra. W hali zawierającej wyłącznie trofea Göringa prezentowano 2 wilki, które ustrzelił w Polsce.

Premier Prus Hermann Goring (pierwszy z lewej), prezydent RP Ignacy Mościcki (trzeci z lewej), gen. Kazimierz Sosnkowski (drugi z prawej) i myśliwi przy upolowanych przez premiera wilkach w Puszczy Białowieskiej

Po raz czwarty marszałek H. Göring polował w Białowieży w 1938 roku. Wziął udział w drugiej turze polowania, która odbyła się w dniach 24-25 lutego, przy dość wysokiej już temperaturze, która w dzień dochodziła do +5°C. Uczestnikami tego polowania byli: prezydent I. Mościcki, ministrowie Paul Körner i Friedrich Alpers, ambasadorowie Hans Adolf von Moltke i Józef Lipski oraz inni. H. Göringowi tym razem udało się upolować 13 dzików i 1 lisa. W przeddzień wyjazdu do Białowieży Göring odbył w Warszawie rozmowy z marszałkiem E. Śmigłym-Rydzem, premierem S. Składkowskim i ministrem J. Beckiem. Ponoć tego ostatniego rozmówcę miał wtajemniczyć co do planów Niemiec wobec Czechosłowacji i złożyć ofertę współdziałania. W Białowieży Göring obiecał, w podzięce za zaproszenia na polowania, podarować prezydentowi Mościckiemu samochód myśliwski. Słowa dotrzymał, samochód marki Mercedes-Benz został dostarczony prezydentowi przez delegację niemiecką w dniu 27 sierpnia 1938 roku.   H. Göring zrozumiawszy, że jego starania wciągnięcia Polski do paktu antykominternowskiego nie przyniosą pożądanego skutku, nie skorzystał z polskiego zaproszenia do przyjazdu na kolejne polowanie w lutym 1939 roku. Zastąpił go tym razem inny bliski współpracownik – Heinrich Himmler. Pół roku później wybuchła II Wojna Światowa. Opis polowania z udziałem Heinricha Himmlera autorstwa Pana Pitora Bajko: "Himmler i jego białowieskie trofea".


"Część Puszczy Białowieskiej w okresie międzywojennym traktowana była jako reprezentacyjne łowisko prezydenta RP - Ignacego Mościckiego. Pierwsze zimowe polowanie reprezentacyjne odbyło się tutaj w styczniu 1930 roku, dwa ostatnie - w lutym 1939 roku. Te ostatnie nie należały już do tak okazałych, jak poprzednie. W powietrzu krążyły zwiastuny nadciągającej wojny. Himmler pod wpływem  opowieści Göringa nabrał chęci na polowanie w białowieskich ostępach. Przedstawiciel polskiego MSZ - Jan Meysztowicz, po latach twierdził, że jego życzenie w Warszawie nie wzbudziło entuzjazmu, odmówić jednak nie wypadało. Oficjalnie H. Himmlera zaprosił do Polski gen. Józef Kordian-Zamorski, komendant główny Policji Państwowej. Himmler przybył do Warszawy 18 lutego 1939 r. Na dworcu gościa witano z udziałem kompanii honorowej Szkoły Policji w Golędzinowie. Obecny był także ambasador Niemiec w Polsce, hrabia Hans A. von Moltke. Generał J. Kordian-Zamorski towarzyszył H. Himmlerowi także w Białowieży. Z ramienia MSZ szefowi niemieckiej policji asystował radca Adam Kurnatowski, który jednak musiał opuścić gościa z powodu śmierci swego ojca. W całej tej grupie dominowała spora liczba umundurowanych esesmanów. Jak wspominał J. Meysztowicz, polowanie przebiegało ono planowo i było pod każdym względem udane. Nie uszło jednak uwagi zarówno polskich, jak i niemieckich myśliwych, że w nagance wystąpili wprawdzie jak zwykle okoliczni chłopi, ale niektórym spod ich kożuchów wyglądały czarne buty wojskowego typu i granatowe spodnie. W czasie polowania zabito 20 dzików, spośród których dwa ustrzelił szef policji III Rzeszy. Podczas urządzonego przed pałacem carskim w Białowieży przeglądu zdobyczy, uczestnicy polowania wysłuchali odegranego na trąbkach myśliwskiego sygnału „Na śmierć dzika”.

Heinrich Himmler i gen. Józef Kordian-Zamorski, komendant główny Policji Państwowej

gen. Józef Kordian-Zamorski, komendant główny Policji Państwowej na polowaniu

Bardzo późnym wieczorem, a właściwie już po północy H. Himmler w towarzystwie gen. J. Kordiana-Zamorskiego, dyrektora lasów państwowych w Białowieży inż. Karola Nejmana i grupy oficerów SS, zwiedził muzeum przyrodnicze Parku Narodowego. Gości oprowadzał znający dobrze język niemiecki leśniczy Parku Roman Jasiński. Wizytę tę zapamiętał on jako dość przykrą ze względu na przytłaczającą sztywność H. Himmlera, człowieka o zimnych, martwych oczach i twarzy bez wyrazu, a także sprawiających niemiłe wrażenie nie spuszczających oka ze swego pana, dygnitarzy SS, jak psy gończe gotowych na każde jego skinienie. Goście wywarli na leśniczym tak nieprzyjemne wrażenie, że „zapomniał” im dać do podpisu księgę pamiątkową Parku Narodowego. Smaczku wizycie niemieckiego gościa w Białowieży nadaje jeszcze jeden fakt, o którym wspomina R. Jasiński w swych książkach „Wrzesień pod Alpami” i „Pieśń Puszczy”. Grupa niemieckich oficerów zaskoczona bardzo bogatym zestawem wędlin, które można było kupić w bufecie kasyna, mieszczącego się w budynku zajmowanym obecnie przez Ośrodek Edukacji Przyrodniczej BPN, zapytała leśniczego, czy to jest tylko na pokaz. Leśniczy zaprowadził wówczas oficerów do pierwszego lepszego sklepiku rzeźniczego w Białowieży. Oszołomieni wyborem towaru, wykupili oni prawie cały jego zapas. Rzeźnik nie posiadał się z radości. Nazajutrz wczesnym ranem, przed odjazdem specjalnego pociągu, widziano ich, jak w konspiracji przed szefem, przemykali do wagonów z pakunkami z wędliną i kiełbasami. Fotografował to wszystko z ukrycia Jakub Szapiro – korespondent białostockiego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, ale - niestety - artykuł ze zdjęciami nie przeszedł przez cenzurę. Po wyjeździe Heinrich Himmlera z Białowieży, zawitał do niej włoski minister spraw zagranicznych Galeazzo Ciano z żoną Eddą".

Galeazzo Ciano z żoną Eddą

Prezydent Ignacy Mościcki i Miklós Horthy

Miklós Horthy de Nagybánya - węgierski admirał, regent Królestwa Węgier w latach 1920-1944, uczestnik polowania reprezentacyjnego w Puszczy Białowieskiej w lutym 1938 roku. Opis wizyty i polowania:


"W Polsce przebywał z oficjalną wizytą w dniach 5-9 lutego 1938 roku. Zatrzymał się najpierw w Krakowie, a 6 lutego udał się w towarzystwie prezydenta Ignacego Mościckiego i marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego do Warszawy, następnie do Białowieży. Prezydent i regent podróżowali osobnymi pociągami. Węgierski pociąg dotarł do Białowieży o godz. 21. Miasteczko powitało dostojnego gościa z należnym szacunkiem. Cała rampa kolejowa była udekorowana polskimi i węgierskimi sztandarami, a także girlandami z gałązek świerkowych, wśród których paliły się kolorowe lampki – białe, czerwone i zielone. Także trasa przejazdu do pałacu była okazale udekorowana. Nad wejściem do pałacu umieszczono tarczę z herbami Polski i Węgier, a po jej obu bokach wisiały sztandary. Całość oświetlały lampki o barwach narodowych obydwu państw. Przywódcy Polski i Węgier oraz najwyżsi państwowi dostojnicy spędzili wieczór w pokojach reprezentacyjnych Prezydenta RP. Na spoczynek udano się o godz. 23.00.

7 lutego, o godz. 7 rano, gości zbudziły dźwięki sygnału myśliwskiego. Godzinę później zabrzmiał kolejny sygnał – tym razem wyjazdu na polowanie. Podstawionymi samochodami uczestnicy polowania udali się do Nadleśnictwa Narewkowskiego, gdzie wyznaczono 15 stanowisk łowieckich. W tym dniu polowali: prezydent I. Mościcki, marszałek E. Rydz-Śmigły, regent M. Horthy wraz ze swym synem Ettelem, książę duński Axel, poseł węgierski w Warszawie Andre de Hory, gen. K. Sosnkowski, gen. Kazimierz Schally i inni.

 

Polowanie odbyło się z naganką, przy słonecznej pogodzie, lekkim mrozie i cienkiej warstwie śniegu. Pierwsze pędzenie zwierzyny (tzw. miot) zakończyło się pomyślnym sukcesem. Regent Węgier ustrzelił 5 dzików, zaś książę Axel wspaniałego odyńca. Poza tym padło jeszcze kilkanaście dzików. Drugi miot odbył się po śniadaniu i nie należał już do udanych. Ustrzelono zaledwie kilka dzików. Podczas ostatniego miotu naganka napędziła pod linię myśliwych wraz z dzikami także wilki. Marszałek Rydz-Śmigły zabił wspaniałego samca – basiora. Pierwszego dnia polowania padło ogółem 29 dzików i 1 wilk.

 

Uczestnicy polowania powrócili do pałacu o godz. 17. Tego dnia regent i inni goście zwiedzili jeszcze muzeum puszczańskie. Oprowadzał w języku francuskim kierownik Parku Narodowego dr Jan J. Karpiński.

 

Po kolacji, o godz. 21, odbyła się uroczystość wręczenia przez prezydenta I. Mościckiego Regentowi Węgier M. Horthy’emu odznaki myśliwskiej św. Huberta (tzw. „spalskiej”). Następnie gen. K. Sosnkowski, w asyście inż. H. Knothego, wręczył dostojnemu gościowi odznakę i dyplom członka honorowego Polskiego Związku Łowieckiego. Z kolei dyrektor Lasów Państwowych w Białowieży inż. Karol Nejman przekazał M. Horthy’emu pamiątkowy album zwierający 50 zdjęć puszczańskiej przyrody, wykonanych przez J.J. Karpińskiego. Album ten został umieszczony w klonowym ozdobnym pudle, rzeźbionym ręcznie w warsztatach przemysłu ludowego przy Parku Narodowym."

Pawilon myśliwski – dar prezydenta RP dla regenta Węgier Miklosa Horthy’ego. Przed wysyłką prezentowany był w Saskim Ogrodzie w Warszawie (Źródło: „Ilustracja Polska” nr 38/1938).

Każdego dnia polowania, przed południem, zarządzano przerwę, podczas której dostojnych myśliwych podejmowano w puszczy śniadaniem. Już zawczasu w ustalone miejsce, które sąsiadowało z terenem polowania, zwożono stoły i ławy. Sprowadzeni ze stolicy kucharze podawali na nich gorący bigos i różne przekąski. Posiłek odbywał się pod gołym niebem. Nie zawsze przy odpowiedniej pogodzie – zdarzało się bowiem, że w tym czasie padał gęsty śnieg lub panował duży mróz. Z tego powodu Dyrekcja Lasów Państwowych w Białowieży postanowiła w końcu, że śniadania będą organizowane w przenośnym pawilonie myśliwskim.


Po raz pierwszy taki pawilon wykorzystany został w zimie 1937 roku, podczas polowania, w którym uczestniczył premier Prus Hermann Göring. Pawilon myśliwski był ustawiany w Puszczy także podczas polowania regenta Węgier Miklosa Horthy’ego w 1938 roku i ministra spraw zagranicznych Włoch hrabiego Galeazzo Ciano oraz jego małżonki Eddy w 1939 roku.


Projekt pawilonu opracowano w dziale łowiectwa Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży, pod kierunkiem inspektora Maksymiliana Doubrawskiego, który w tym okresie zajmował się organizacją reprezentacyjnych polowań. Wykonawcą pawilonu były podległe DLP Zakłady Drzewne w Hajnówce.


Pawilon wykonano na szkielecie z cienkiej kantówki. Dawał się on łatwo rozbierać i przewozić. Każdego dnia polowania pawilon montowano w pobliżu miejsca łowów. Poszczególne części łączono za pomocą śrub. Do przewozu elementów wykorzystywano specjalną ciężarówkę, z odpowiednio przystosowaną platformą.


Instalacja ogrzewająca pawilon składała się z dwóch małych szamotowych piecyków. Pawilon był widny (miał 12 okien), wygodny, ciepły i przytulny. Pomalowany na kolor seledynowy, harmonizował z otoczeniem i miał bardzo estetyczny wygląd. Cały budynek ważył około 8 ton. Wymiary sali: 23 na 5 m.


W 1938 roku Zakłady Drzewne w Hajnówce wykonały jeszcze jeden pawilon myśliwski, który prezydent RP Ignacy Mościcki przekazał w darze regentowi Węgier Miklosowi Horthy’emu. Przed wysłaniem do Węgier, pawilon można było oglądać w Warszawie – w pobliżu strzelnicy w Saskim Ogrodzie. (Oprac. Piotr Bajko)

                                                                           

Białowieża początkowo znalazła się pod okupacją radziecką, a po napaści Niemiec na ZSRR w czerwcu 1941 roku, zawładnął nią okupant niemiecki. Na życzenie Hermanna Göringa Puszcza Białowieska, obok Puszcz – Świsłockiej, Szereszewskiej i Różańskiej, weszła do tzw. Reichsjägdgebietu, czyli Państwowego Obszaru Łowieckiego, podporządkowanego bezpośrednio centralnym władzom Rzeszy. W Białowieży utworzono jego zarząd, którym kierował specjalny pełnomocnik Göringa – nadłowczy Ulrich Scherping. Puszcza miała stanowić dla naczelnego nadleśnego i głównego łowczego III Rzeszy atrakcyjny rewir łowiecki. Już w 1941 roku, z inspiracji Göringa, przeprowadzono akcję oczyszczania terenu Puszczy Białowieskiej. Niemcy wysiedlali mieszkańców wsi położonych w głębi i na obrzeżach Puszczy, a ich zabudowania palili. Wokół Puszczy miała powstać strefa niezamieszkana. Ludność była wywożona do wsi i osiedli leżących kilkadziesiąt kilometrów poza Puszczą.  W pierwszych latach powojennych po Białowieży krążyła wieść, że Hermann Göring odwiedził tę miejscowość także podczas II Wojny Światowej, w sierpniu 1943 roku. Według nieoficjalnych i niepotwierdzonych źródeł miał on 16 sierpnia ustrzelić żubrzycę „Bisertę”, przywiezioną do Białowieży w 1929 roku. Brakowało jednakże naocznych świadków. O tych słuchach chodzących po Białowieży wspomina prof. Tadeusz Vetulani w artykule zamieszczonym na łamach czasopisma „Ziemia” (Nr 5/1946 r.) i Tadeusz Szczęsny w dwumiesięczniku „Chrońmy Przyrodę Ojczystą” (Nr 1-2/1946 r.). O wizycie naczelnego dowódcy Luftwaffe w Białowieży pisał też Aleksander Omiljanowicz w swej, głośnej w latach 70-tych, powieści szpiegowskiej „Duch Białowieży” (Lublin 1971). Czy była to tylko fikcja literacka? Wydaje się, że tak. Andreas Gautschi, jeden z biografów Göringa, który dość skrzętnie przebadał dokumenty w archiwach niemieckich, przygotowując rozprawę doktorską o Göringu jako wielkim łowczym III Rzeszy, nie znalazł potwierdzenia tej wizyty. Nie znajdziemy zatem takiej wzmianki również w jego książce pt. „Der Reichsjägermeister. Fakten und Legenden um Hermann Göring”, wydanej w 1999 roku w Niemczech, a opartej właśnie na rozprawie doktorskiej, którą autor obronił dwa lata wcześniej. (Oprac. Piotr Bajko) http://www.encyklopedia.puszcza-bialowieska.eu

 

O przedwojennych wizytach Göringa w Białowieży długo jeszcze pamiętali i opowiadali po wojnie ci mieszkańcy, którzy z racji swej pracy stykali się bezpośrednio z hitlerowskim dygnitarzem. Należał do nich m.in. strażnik łowiecki Jan Potoka, który uczestniczył w obsłudze większości polowań reprezentacyjnych. W 1938 roku Göring w podzięce za udane podprowadzenie na dzika zaprosił Potokę do wspólnego zdjęcia przy trofeum. Ten nie zdawał sobie wtedy sprawy, jaką rolę odegra ta fotografia w jego dalszym życiu. Raz je uratowała, a drugim razem omalże zgubiła. W listopadzie 1942 roku Potoka został aresztowany przez Niemców, czekała go śmierć. Na szczęście przypomniał sobie o fotografii z Göringiem. Postanowił ją wykorzystać. Żona zaniosła zdjęcie niemieckiemu łowczemu Wagnerowi, ten obejrzał je, gdzieś zatelefonował i po kilku dniach Potoka został zwolniony. Niestety, tuż po wyzwoleniu jeden z członków rodziny żony Potoki, sądzący się z nim o dom, postanowił wykorzystać zdjęcie jako dowód współpracy Potoki z władzami niemieckimi. Sąd wojenny skazał Jana Potokę na dziesięć lat ciężkich łagrów sowieckich. Po powrocie do Polski Potoka pracował do końca życia w Białowieskim Parku Narodowym. Jako przewodnik często opowiadał turystom o swych „związkach” z Göringiem.

Łowczy Puszczy Białowieskiej Stefan Charczun

Łowczy Stefan Charczun był jedną z najbardziej znanych i rozpoznawanych osób w międzywojennej Białowieży. Znano go również daleko poza białowieskimi opłotkami. Jego charakterystyczna sylwetka pojawiała się w kronikach filmowych, relacjonujących przebieg prezydenckich polowań reprezentacyjnych w Puszczy Białowieskiej, których organizacją się zajmował. Starszy niewysoki pan o sprężystej sylwetce, z siwymi włosami i takąż brodą – świetnie prezentował się również na zdjęciach, ilustrujących zamieszczane w różnych gazetach i czasopismach sprawozdania z białowieskich łowów.

 

Łowczemu Stefanowi Charczunowi Göring podarował na pamiątkę swego pierwszego polowania w 1935 roku kordelas z wygrawerowanym na nim napisem: „Wielkiemu Łowczemu Puszczy Białowieskiej – Wielki Łowczy III Rzeszy – Hermann Göring”. Wykonał też z Charczunem zdjęcie. Ciekawostkę tę opisał Jarosław Abramow-Newerly w opowiadaniu „Sztylet Göringa”. Jednak Andrzej Brosz z Gedajtów twierdzi, że historia ta jest trochę inna, niż ją pisarz przedstawił. Z opowiadań babci Zofii Charczunowej wie, że z pochwy sztyletu odłupali oni najpierw umieszczone na niej ozdoby w postaci żołędzi, a gdy do Polski wkroczyli Rosjanie, ze strachu wyrzucili sztylet do wody. Z kolei jeden z wnuków łowczego (por. Janusz Dynowski) był świadkiem, jak dziadek na kilka dni przed wybuchem wojny oddał ten prezent na Fundusz Obrony Narodowej. Był on wprawdzie pozłacany, ale brzydki. Stefan Charczun mieszkał w tym czasie w Kiercach na Wołyniu. Po wejściu do miasta Niemców, zjawiła się u Charczuna delegacja przysłana przez Göringa. Göring chciał, by Charczun objął stanowisko łowczego w Puszczy Białowieskiej. Ten jednakże wymówił się chorobą i podeszłym wiekiem. Potomkowie łowczego pielęgnują opowieść rodzinną o dostrzeleniu przez dziadka wilka, którego polujący w 1935 roku w Białowieży Hermann Goering tylko postrzelił. Z Göringiem zetknął się także leśniczy Zbigniew Szczerbicki. Dowodził on częścią nagonki podczas jednego z polowań reprezentacyjnych. W 1987 roku wspominał na łamach kieleckiego „Słowa Ludu”, że był świadkiem, jak specjalny kurier przywiózł do Polski buławę marszałkowską, nadaną Göringowi przez Hitlera. Według słów leśniczego, podczas polowania Göring mieszkał w specjalnej, opancerzonej salonce, która stała na bocznicy kolejowej, zbudowanej jeszcze dla Cara.

 

Interesujące wspomnienia o swym słynnym dziadku przekazał mi - pisze Piotr Bajko -  także Zbigniew Charczun, który przez cały rok szkolny 1933/1934 mieszkał u niego w Białowieży, uczęszczając do miejscowej szkoły powszechnej. Tak po latach wspomina tamten okres:


„Obszerny parterowy dom dziadka Stefana znajdował się przy samym rozgałęzieniu dróg biegnących do Hajnówki, na Grudki i do centrum Białowieży. Na dziedziniec posiadłości dziadków wjeżdżało się przez bramę w wysokim, zbitym ze szczelnie przylegających do siebie sztachet, płocie. Podwórze było ograniczone budynkiem mieszkalnym i zabudowaniami gospodarskimi. Mieszkanie składało się z pięciu pokoi w amfiladzie i kuchni. Miało trzy wejścia: frontowe od strony ulicy, kuchenne z podwórka i boczne z ogrodu przez dużą oszkloną werandę.


Tak jak centralną postacią w rodzinie był dziadek, tak też i jego gabinet zajmował ważne miejsce w domu. Przy oknie wychodzącym na dziedziniec stało masywne biurko, a na nim lampa z seledynowym przezroczystym kloszem, urzekająca wieczorem swym światłem, oraz telefon z korbką. Przy ścianie naprzeciwko okna znajdowała się kozetka. Odpoczywał na niej czasem adiunkt Jan Richter, pomocnik łowczego – wysoki rudy Niemiec, który sypiał z otwartymi oczami. Nad kanapą była rozpięta skóra rysia upolowanego przez dziadka. Na podłodze leżały skóry dzikich zwierząt. Od czasu do czasu pojawiali się w gabinecie strażnicy łowieccy.


Niecodziennym wydarzeniem było zawsze polowanie w Puszczy Białowieskiej prezydenta RP Ignacego Mościckiego z gośćmi. Poprzedzała je wytężona praca służby łowieckiej. Widocznym znakiem przygotowań były zwoje sznurów z przymocowanymi do nich chorągiewkami – kolorowymi szmatkami (tzw. fladry). Otaczało się nimi część lasu, aby zatrzymać w niej otropioną zwierzynę. W dniu polowania przed naszym domem, szosą prowadzącą do Hajnówki, przejeżdżała kolumna samochodów. Pojazd prezydenta wyróżniał się tym, że poruszał się na sześciu kołach. Po zakończeniu polowania odbywał się wieczorem przed pałacem uroczysty przegląd ustrzelonej zwierzyny. Ułożona była ona na oświetlonym kagańcami placu. Schodami prowadzącymi z pałacu schodził w otoczeniu gości prezydent, któremu dziadek składał raport z wyników polowania. Grała potem założona przez dziadka orkiestra, a błyski magnezji oświetlały uczestników polowania”. (źródło: Piotr Bajko, Jeszcze słychać echo Charczunowej sygnałówki).

 

Dla wielu czytelników może to być zaskoczeniem, ale Göring zapisał się także w historii parafii prawosławnej w Białowieży. Białowieska cerkiew 1 września 1939 roku została zbombardowana przez podległe mu lotnictwo. Ówczesny proboszcz Klaudiusz Puszkarski podczas okupacji niemieckiej zaczął czynić starania o odbudowę poważnie uszkodzonej świątyni. Gdy ze starostwa otrzymał odmowną odpowiedź, wysłał delegację do Berlina, do samego Hermanna Göringa. Pojechał starosta cerkiewny Jan Smoktunowicz i parafianin Aleksy Wołkowycki oraz duchowny spoza Białowieży. Parafianie włożyli na tę okazję zgrzebne ubrania lniane, na nogi zaś postoły (łapcie z łyka). Zezwolenia na odbudowę wprawdzie z Berlina nie przywieźli, ale ich wizyta nie była daremna, ponieważ gdy o. Puszkarski powtórnie zwrócił się do starosty, otrzymał zgodę od razu. Wyświęcenie odbudowanej świątyni odbyło się w październiku 1943 roku.

Transport upolowanej zwierzyny w Puszczy Białowieskiej

Upolowaną zwierzynę zgodnie z etyką myśliwską wywożono z Puszczy z głową zwróconą w jej kierunku, żeby w ostatniej chwili ją zapamiętała na zawsze. Z aparatem fotograficznym Wlodzimierz Puchalski

Pobyty Göringa w Białowieży długo jeszcze po wojnie wspominali wozacy, którzy dowozili na swych saniach wysoko postawionych myśliwych na stanowiska łowieckie. Jeden z nich, nieżyjący już Michał Bajko z Zastawy, twierdził, że Göring był dość hojny, dawał wozakowi na piwo 10 zł, gdy tymczasem prezydent Mościcki tylko 5 zł. Mówił też, że hitlerowski dygnitarz jako jedyny z gości, podobnie jak prezydent Mościcki, nie losował stanowiska łowieckiego. (por. Piotr Bajko, Polityczne łowy Göringa, 19 luty 2016 r.)

 

Jak Göring  podarował mercedesa prezydentowi Mościckiemu?

 

Biografowie piszą. że była między nimi zażyłość wynikająca ze wspólnych pasji. Jest takie powiedzenie myśliwskie, że "strzelba łączy". Leśnicy mówią też, że "lufa wszędzie zaprowadzi". Patrząc na zdjęcia z tego okresu, można odnieść wrażenie, że dobrze się czuli w swoim towarzystwie. Prezydent chętnie rozmawia z Göringiem, a nawet uśmiecha się, w przeciwieństwie do oficjalnych zachowań w obecności innych dyplomatów zapraszanych na polowania.

Poza myślistwem łączyło ich też zamiłowanie do automobilizmu. W zbiorze pamiątek po Ignacym i Marii Mościckich przechowywanych w Archiwum Jasnogórskim oo Paulinów w Częstochowie można zobaczyć fotografie Prezydenta korzystającego z takich samochodów, jak CWS-2, Buick, Cadillac.

Samchód Rolls Royce Prezydenta I. Mościckiego ...

Rolls Royce był za ciężki do wyjazdów w teren i nie miał dwóch napędów na koła

 

Jak się odbyło przekazanie samochodu podarowanego przez Göringa?

 

Berlin obdarowywał prominentów i głowy państw prezentami. Były to dzieła sztuki, wyroby regionalne, ale również samochody kosztujące od 20 tys. do 35 tys. marek. W przypadku Prezydenta Mościckiego była inna płaszczyzna porozumienia, bardziej osobista, prywatna, więc Göring nie chciał tego robić oficjalnie. Prezydent również wolał, aby wydarzeniu nie nadawać rozgłosu. Sprawą zajął się adiutant Göringa Peter Menthe, zaufany człowiek do specjalnych poruczeń, który uczestniczył z nim w polowaniach w Polsce. W kilka miesięcy fabryka przygotowała pojazd na specjalne rządowe zamówienie, a 27 sierpnia samochód został dostarczony. Chciano, by wiadomość ta pozostała w kręgu tylko wtajemniczonych.

Sierpień 1938 r. Ignacy Mościcki (drugi z lewej) ogląda podarowanego mu przez Göringa  mercedesa. (fot. Fot. Muzeum klasztoru na Jasnej Górze)

W tajemnicy też trzymana była marka samochodu. W biografiach Mościckiego informacji o mercedesie, lub w ogóle o samochodzie myśliwskim od Goeringa, próżno szukać. A dzienniki adiutanta Prezydenta, Józefa Hartmana, który prowadził je przez sześć lat służby, spaliły się podczas zbombardowania przez Niemców Zamku Królewskiego w 1939 r. Z zebranych dokumentów wynika, że od początku sprawie niemieckiego prezentu starano się nadać znamiona niepełnej informacji, z klauzulą: najściślej tajne. Z zachowanych do dzisiaj siedmiu informacji o przekazaniu samochodu prezydentowi, tylko w jednym pojawia się marka, w pozostałych używa się określenia: samochód myśliwski. Początkowo sądzono że, był to Hrch 901 4x4. Obecnie tych samochodów już się nie produkuje, spuściznę po marce przejęło Audi. Ale Audi infrmuje, że takiego zamówienia w 1938 r. koncern nie realizował. A Heino Neuber z Muzeum w Zwickau napisał, że model Horcha 901 4x4, nie mógł być samochodem myśliwskim, bo była to wyłącznie produkcja dla wojska. W Archiwum Akt Nowych w Warszawie znaleziono dwa ważne dokumenty, potwierdzające fakt motoryzacyjnego prezentu od Hermanna Göringa. Pierwszym był list wysłany z ambasady polskiej w Berlinie do polskiego MSZ, że samochód jest gotowy, i że "przyrzeczenie Göringa z białowieskiej kniei będzie spełnione”. Drugim było pismo szefa gabinetu wojskowego prezydenta RP do Ministerstwa Skarbu z prośbą o zwolnienie z opłat celnych samochodu myśliwskiego ofiarowanego panu Prezydentowi RP przez premiera Rzeszy Niemieckiej. I tu generał Schally podaje markę wozu: Mercedens-Benz. Pobyt w Archiwum przynosi jeszcze jedno cenne odkrycie. To osobisty list Prezydenta Mościckiego do Göringa. Prezydent odmownie dziękuje za zaproszenie na polowanie i szczerze dziękuje za podarowany samochód, który "sprawdza się wyśmienicie i dostarcza mi poprzez swoje precyzyjnie i praktyczne wykonanie dużo radości.” W tamtych czasach terenowymi samochodami były dwa mercedesy: jeden duży, sześciokołowy, bardzo elegancki Mercedes-Benz G4. Wyprodukowano ich tylko 57 egzemplarzy, do dzisiaj pozostały trzy. Drugi, skromniejszy to model G5. W lutym Nils Beckkamann z koncernu Mercedes-Benz w Stuttgarcie przysłał maila, że według niego samochodem myśliwskim podarowanym przez Göringa Mościckiemu był Mercedens-Benz G5. Na jednym ze zdjęć z 1938 r., które dołączył, był model z plakietką PL. Mercedes-Benz model G5 o numerze rejestracyjnym BPR-065 był podarwany Prezydentwi I. Mościckiemu przez Hermanna Göringa. (źródło: Autor: Alicja Zielińska/ Kurier Poranny).

 

Informacja z „Dziennika Białostockiego” z 1 lutego 1935 r.: Polowanie reprezentacyjne w Białowieży. Wspaniałe trofea myśliwych. Pisownia oryginalna.

 

"W dniu onegdajszym powrócił do Warszawy z wielkiego polowania w Białowieży P. Prezydent Rzplitej wraz z towarzyszącemi mu osobami. Reprezentacyjne łowy w najpiękniejszym zakątku Polski zostały ukończone. Ostatni, wtorkowy, dzień łowów obfitował w szereg sensacyj. Ogółem na rozkładzie było: 42 dziki, 4 rysie, 7 lisów, 1 rogacz i 9 zajęcy. Z tego P. Prezydent Rzplitej upolował 1 dzika i jednego kozła. Syn P. Prezydenta Rzplitej, Józef Mościcki dwa lisy, a premjer Prus p. Göring położył dwa dziki i jednego postrzelił.


Pierwszego dzika zastrzelił w puszczy na daleką odległość w następujących okolicznościach. W poniedziałek podczas polowania, dzik wyszedł z puszczy na P. Prezydenta Rzplitej. P. Prezydent, z którego z lewej strony stał premjer Göring nie strzelił, oddając jako gospodarz ten zaszczyt premjerowi Göringowi, który strzelił i położył dzika trafiając go w komorę.


Po powrocie uczestników polowania z puszczy ułożono na pomoście przed pałacem myśliwskim wszystkie trofea. Dookoła ułożonej zwierzyny zapalono 8 kagańców. Karpina nasycona benzyną, oświetliła cały dziedziniec pałacowy roztaczając olbrzymią łunę nad Białowieżą (...). Uczestnicy polowania oglądali jeszcze swe trofea, poczem Pan Prezydent wraz z otoczeniem wrócił do pałacu, natomiast premjer Göring w olbrzymiem futrze z kołnierzem z wydry i wielkiej czapie z szarych karakułów, pozostał jeszcze przez dłuższy czas na miejscu rozprawiając żywo o polowaniu”.


O polowaniach napisał w diariuszu dyplomata i wiceminister spraw zagranicznych w II RP Jan Szembek, że „stały się już zwykłym sposobem organizowania politycznych spotkań polsko-niemieckich”. Powód był i ten, że głównym niemieckim rozmówcą był Hermann Göring, piastujący w Rzeszy również urząd łowczego, sam zapalony myśliwy.


"Göring przyjeżdżał do Polski na polowania kilkakrotnie. W samej tylko Białowieży uczestniczył w trzech reprezentacyjnych – z udziałem prezydenta Ignacego Mościckiego – łowach. Prezydent wraz z zaproszonymi gośćmi z upodobaniem celebrował duże polowania z myśliwskim rytuałem. Czuł się dobrze w roli gospodarza, a niemiecki dygnitarz na każdym uroczystym polowaniu w Polsce doznawał satysfakcji z niezapomnianych przeżyć, tym większej, że łowy zawsze kończyły się jego osobistym sukcesem myśliwskim i miały niepowtarzalną oprawę w śnieżnej scenerii puszczy".


Jak dostarczono samochód myśliwski?


W świecie dyplomacji powszechna jest praktyka obdarowywania oficjalnych gości. Zagraniczni goście z Berlina otrzymywali jednak cenne prezenty różniące się od tych, które zwykły ofiarowywać inne rządy europejskie. Nie chodziło już tylko o dzieła sztuki, wyroby regionalne czy porcelanę, ale również o samochody kosztujące do 35 tys. marek. Mercedesa takiej wartości otrzymali między innymi: Paweł – regent Jugosławii, Faruk I – król Egiptu, Zoglu I – król Albanii (biały kabriolet w prezencie ślubnym), Francisko Bahamonde Franco – generał, dyktator Hiszpanii, Carl Mannerheim – marszałek Finlandii, Ghazi I – król Iraku.


Do grona wybrańców dołączyć miał prezydent Polski, który już i tak korzystał ze środków transportu dodających mu splendoru. W dyspozycji Ignacego Mościckiego znajdowała się bowiem kolumna samochodów, złożona z 4–6 limuzyn i kilkunastu innych aut, oraz wagon kolejowy – salonka. W zbiorze pamiątek po Ignacym i Marii Mościckich, przechowywanym w Archiwum Jasnogórskim oo. Paulinów w Częstochowie, można zobaczyć fotografie prezydenta w takich samochodach jak CWS-2, Buick i Cadillac.


O prestiżu, jakim przed II Wojną Światową cieszył się rządowy samochód, może świadczyć anegdota wspominana przez Antoniego Słonimskiego: „Panował wówczas straszny snobizm na Piłsudskiego. Kiedy marszałek przed prezentacją szopki w Belwederze przysłał po Skamandrytów swój służbowy samochód (znanego w całej Warszawie Packarda), Tuwim, zajmując w nim miejsce, westchnął z dumą: Ach, gdyby teraz tak przejechać jakiegoś znajomego”.


Już w trakcie białowieskiego polowania w 1937 r. Göring podarował głowie państwa polskiego posokowca hanowerskiego, ułożonego do tropienia. Rok później zapowiedział kolejny podarunek. Tym razem miałby on umożliwiać spełnienie powszechnie znanych pasji prezydenta: myślistwa i automobilizmu, a więc samochód myśliwski. Jaki? Otóż Mercedes-Benz od 1928 r. zaprzestał produkcji ciężkich, niekształtnych podwozi i konstruował modele szybkich aut, wyposażonych w potężne silniki. Celem firmy było tworzenie luksusowych samochodów dla bogatych klientów. Fabryka cieszyła się przychylnością rządu. Dygnitarze niemieccy cenili markę za komfort i linię.


Sprawą podarunku zajął się Peter Menthe – od września 1934 r. do maja 1945 r. adiutant Hermanna Göringa – pełniący również funkcję oberjägermeistra w urzędzie leśnym i łowieckim Rzeszy (Jagd und Forstreferent des Reichsforst). Zaufany człowiek do specjalnych poruczeń.


W kilka miesięcy fabryka przygotowała pojazd na specjalne rządowe zamówienie. 27 sierpnia 1938 r. kpt. Menthe dostarczył samochód myśliwski dla prezydenta Ignacego Mościckiego. Polska Agencja Telegraficzna odnotowała ten fakt. Jednak nienadanie temu wydarzeniu reprezentacyjnej rangi i udział w nim personelu co najwyżej średniego szczebla ambasady niemieckiej i polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych sugerują, że chciano, aby o prezencie wiedział jedynie krąg wtajemniczonych.


Po kilku dniach polski prezydent w osobistym, odręcznym liście podziękował Wielkiemu Łowczemu Rzeszy za: „precyzyjnie i praktycznie wykonany” prezent, przy okazji odmówił jednak udziału w polowaniu na byki, na które zapraszał Göring. Samochód dostarczony z zagranicy wymagał oclenia. W dokumentach podatkowych wszystko musiało być dokładnie i konkretnie opisane. Szef Gabinetu Wojskowego prezydenta RP wymieniał nazwę marki otrzymanego samochodu w piśmie skierowanym w październiku 1938 r. do Ministerstwa Skarbu w sprawie zwolnienia z opłat celnych: Mercedes-Benz.


Das Auto, nr rejestracyjny BPR-065


Na archiwalnych zdjęciach widać, że prezydent, oddając się swojej pasji, nie oszczędzał limuzyn. Zarówno Cadillakiem jak i Rolls-Roycem bez zahamowań wjeżdżał w leśne ostępy. Na stanowiska strzeleckie myśliwi rozwożeni byli zaprzęgami.


Göring chyba musiał dojść do wniosku, że prezydentowi – towarzyszowi łowów przydałby się samochód terenowy, którego konstrukcja dawałaby gwarancję przemieszczania się w leśnym terenie nie mniejszą niż zaprzęgi, ale zawsze lepszą i bezpieczniejszą niż limuzyny. W latach 30. produkowano dwa modele Mercedesów nadające się do jazdy terenowej i celów myśliwskich, oznaczone symbolami G4 i G5. Sześciokołowy Mercedes-Benz G4 to była prawdziwa terenowa limuzyna. Okazały, reprezentacyjny, do dzisiaj imponuje wyglądem i parametrami podawanymi przez fabrykę, która w latach 1934–39 wyprodukowała 57 sztuk. Do czasów współczesnych zachowały się jedynie trzy oryginalne egzemplarze modelu G4, własność hiszpańskiej rodziny królewskiej. Model G5 był mniejszy i nie wyglądał okazale jak na prezent dla głowy państwa.


A jednak – według dr. Nilsa Beckmanna z Brand Communications Mercedes-Benz w Stuttgarcie, wypowiadającego się w prowadzonej z autorem tego tekstu korespondencji – samochodem myśliwskim podarowanym prezydentowi Ignacemu Mościckiemu przez Hermanna Göringa był właśnie Mercedes-Benz G5. Produkcję tego modelu rozpoczęto w 1937 r., był więc nowością na rynku (w porównaniu z produkowanym już od czterech lat modelem G4).


Do swojego listu dr Nils Beckmann dołączył kilka zdjęć modelu G5. Na tych archiwalnych fotografiach – jak można przypuszczać, zleconych przez fabrykę (w lśniącej karoserii odbija się sylwetka fotografa i aparatu na statywie) – widać dokładnie wygląd i detale wyposażenia wnętrza samochodu myśliwskiego. Jedno z tych zdjęć jest niezwykle intrygujące. Przedstawia prezentowany myśliwski Mercedes-Benz G5 od strony bagażnika, do prawej strony tylnego zderzaka przymocowana jest owalna plakietka ze znakiem PL. Czyżby to był właśnie samochód dla prezydenta Mościckiego?

Dziś już wiadomo, że przypuszczenia dr. Nilsa Beckmanna były słuszne. Kilka miesięcy później odkrycie dokonane w Archiwum Jasnogórskim oo. Paulinów w Częstochowie potwierdziło jednoznacznie dotychczasowe przypuszczenia. W zbiorze pamiątek po Ignacym i Marii Mościckich zachowały się dwie fotografie, na których prezydent Mościcki, przebywając w pałacu w Spale, wsiada do samochodu. Jest nim bez żadnej wątpliwości, porównując ze zdjęciami nadesłanymi ze Stuttgartu, Mercedes-Benz model G5 o numerze rejestracyjnym BPR-065.


Czy prezydent Mościcki skorzystał z prezentu?


W liście z podziękowaniami za prezent do Hermanna Göringa prezydent Mościcki napisał: „Korzystam z tej okazji, aby podziękować Panu za wspaniały samochód myśliwski. Proszę mi wierzyć, że bardzo szczególnie doceniam tę uprzejmość ze strony drogiego towarzysza łowów. To mistrzowskie dzieło niemieckiego przemysłu samochodowego sprawdza się tutaj wyśmienicie i dostarcza mi dzięki precyzyjnemu i praktycznemu wykonaniu dużo radości”.


Samochód sprawdzał się znakomicie, ale gdzie? W drugiej połowie listopada 1938 r. prezydent polował w lasach Komory Cieszyńskiej, nie wiadomo jednak, czy korzystał z podarowanego samochodu. W połowie stycznia 1939 r. pojechał na kilka dni do Białowieży, ale nie ma informacji, że był na polowaniu. Jeszcze w styczniu 1939 r. wyjechał wagonem salonowym na bażanty i jelenie do nadleśnictwa Jasne Pole pod Krotoszynem.


Na polowanie do Białowieży, organizowane w lutym 1939 r. z okazji pobytu włoskiego ministra spraw zagranicznych Galeazzo Ciano, prezydent Mościcki z powodu choroby nie pojechał (delegował tam ministra Becka). Włoski gość podróżował do Białowieży nocnym pociągiem. Na zdjęciach z tego wydarzenia nie widać samochodów, ale – jak to często bywało – zaprzęgi konne. Natomiast ze wspomnień Jana Meysztowicza, pracownika polskiego MSZ, towarzyszącego ministrowi Ciano, dowiadujemy się, że goście na polowanie wyjechali pojazdami i podwodami.


Czy zatem prezydent nie używał myśliwskiego Mercedesa? Wszystko na to wskazuje. Raczej niewygodny w podróżowaniu, zwłaszcza dla głowy państwa, terenowy Mercedes myśliwski w dalsze trasy mógłby być przewożony pociągiem. Kancelaria prezydenta miała opracowaną procedurę transportu limuzyny prezydenckiej, ponieważ w czerwcu 1938 r., udając się kolejową salonką na kurację do Włoch, prezydent zabrał ze sobą samochód Buick, przewożony w składzie pociągu na specjalnej platformie.


Nie bez znaczenia mógł być też fakt, że ówczesna prasa o każdym wyjeździe prezydenta na polowania pisała co najmniej notatki, często wręcz pierwszostronicowe relacje z łowów, a czasem fotoreportaże w dodatkach ilustrowanych. Otoczenie prezydenta być może nie chciało, aby – biorąc pod uwagę europejskie wydarzenia społeczno-polityczne – fotografowano głowę państwa w samochodzie otrzymanym od dostojnika Rzeszy Niemieckiej.


Informacji o Mercedesie lub w ogóle samochodzie myśliwskim od Hermanna Göringa próżno by szukać w biografiach prezydenta Mościckiego. Nie znaleźli ich również autorzy dwóch niemieckich publikacji, opisujący funkcjonowanie niemieckiej dyplomacji w latach 30. minionego wieku. Niepowetowaną stratą było spalenie się, w czasie bombardowania Zamku Królewskiego we wrześniu 1939 r., skrupulatnie prowadzonych przez 6 lat służby dzienników adiutanta prezydenta Mościckiego – Józefa Hartmana. Wojciech Świętosławski, profesor chemii i uczeń prof. Mościckiego, powołując się na notatki Hartmana, podaje, że prezydent Mościcki we wrześniu 1939 r. przejeżdżał przez Warszawę, w drodze ze Spały do Falenicy, opustoszałymi Alejami Jerozolimskimi – Cadillakiem.


Trwająca osiem miesięcy praca ówczesnych niemieckich i polskich dyplomatów, mająca doprowadzić do przekazania samochodu myśliwskiego prezydentowi II RP, opisana jest w zachowanych do dzisiaj siedmiu informacjach: dwóch notatkach prasowych i pięciu oficjalnych dokumentach. Tylko w jednym z nich pojawiła się marka samochodu, w pozostałych widnieje określenie: samochód myśliwski. Z zebranych dokumentów wynika, że od początku starano się nadać sprawie samochodu myśliwskiego – prezentu od Göringa – znamiona niepełnej informacji. Szczęśliwie zachowały się dwa wspomniane zdjęcia ze zbiorów prywatnych państwa Mościckich.

Mercedes-Benz G5, samochód produkowany w latach 1937–41; miał silnik benzynowy 4-cylindrowy o pojemności 2006 cc, chłodzony wodą, zbiornik paliwa 50 l, hamulce hydrauliczne, napęd na 4 koła z niezależnym zawieszeniem, 5-biegową skrzynią biegów; zużycie paliwa 18 l/100 km (jazda po szosie) i 27 l/100 km (jazda terenowa). Prędkość maks. 85 km/h po szosie i 30 km z napędem na 4 koła. Długość ok. 4 m, szerokość powyżej 1,5 m, wysokość niecałe 2 m. Waga ponad 2 t. Wyprodukowano 378 egzemplarzy w wielu wersjach, do najbardziej popularnych należały: bergwacht, colonial car, jagdwagen (myśliwski) i wojskowy. W opisie modelu podano, że samochód był łatwo dostosowywany do potrzeb użytkowników. Mogło nim jechać 4–5 pasażerów.

Mercedes Benz G5 w wersji myśliwskiej - jagdwagen

Główni uczestnicy wydarzenia i ich losy


Hermann Göring, feldmarszałek Luftwaffe, w roku podarowania samochodu myśliwskiego miał 45 lat. W październiku 1946 r. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze skazał go na śmierć za zbrodnie wojenne. Przed wykonaniem egzekucji popełnił samobójstwo zażywając truciznę.
Peter Menthe, adiutant Göringa, w roku dostarczenia samochodu miał 50 lat. W czasie II wojny światowej uzyskał stopień majora Luftwaffe. W 1941 r. był szefem baterii przeciwlotniczej w Poznaniu. W latach 1942–43 stacjonował w Norwegii. Zmarł na gruźlicę w lipcu 1945 r. w Hamburgu.
Rudolf von Scheliha, pierwszy sekretarz ambasady niemieckiej w Warszawie w latach 1932–39, w roku dostarczenia samochodu miał 41 lat. Od 1939 do 1942 r. był tajnym radcą w niemieckim MSZ. Podczas II wojny światowej pomagał ludziom prześladowanym przez gestapo. W grudniu 1942 r. został aresztowany. Skazany za zdradę stanu na śmierć. Wyrok wykonano 22 grudnia 1942 r. w więzieniu Plötzensee.
Leopold hr. Koziebrodzki, radca MSZ, w roku dostarczenia samochodu miał 32 lata. Po wybuchu II wojny światowej przedostał się do Francji. Po wojnie pracował jako przewodnik wycieczek. Wyemigrował do USA. Był tam profesorem wykładowcą prawa na uniwersytecie.

Ignacy Mościcki (ur. 1 grudnia 1867 w Mierzanowie, zm. 2 października 1946 w Versoix) – polski chemik, polityk, w latach 1926–1939 prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Naukowiec, wynalazca, budowniczy polskiego przemysłu chemicznego.

Był zapalonym myśliwym, współzałożycielem Polskiego Związku Łowieckiego i inicjatorem obchodów w Polsce dnia św. Huberta, patrona myśliwych. Najchętniej polował w okolicach Spały, w Karpatach Wschodnich, w lasach niedaleko Wilna lub w Puszczy Białowieskiej. Jego polowania z udziałem członków rządu, posłów i przyjaciół miały wspaniałą oprawę. Po ich zakończeniu rozkładano pokot przy płonących pochodniach. Trębacz odgrywał pożegonne upolowanej zwierzynie oraz hołd królowi polowania. Jeżeli ktoś nie przestrzegał zasad, więcej nie był zapraszany.


On sam zaczął polować we wczesnej młodości. Poza strzelaniem, ćwiczył wtedy jazdę konno i władanie  szablą. Jednak pasji łowieckiej mógł oddać się do woli dopiero, gdy został prezydentem. Znany był z tego, że miał pewną rękę i celne oko. Na słynnych polowaniach dla obcych dyplomatów najczęściej bywał królem polowania. Uczestniczyli w nim m.in. ambasador USA John Cudahy, minister lotnictwa Rzeszy i premiera Prus Hermann Goering, minister spraw zagranicznych Włoch Galeazzo Ciano i regent Węgier Miklos Horthy. Reprezentacyjne polowania w Puszczy Białowieskiej lub w Komorze Cieszyńskiej były nie tylko rozrywką ale i areną wielkiej polityki, dlatego relacjonowała je szeroko prasa krajowa, a czasem nawet zagraniczna.

Polowanie reprezentacyjne w lasach Komory Cieszyńskiej w listopadzie 1932 r.

Grupa uczestników polowania przy upolowanej zdobyczy. Widoczni m.in.: prezydent RP Ignacy Mościcki, radca w MSZ Michał Mościcki, szef Gabinetu Wojskowego Prezydenta RP płk Jan Głogowski, gen. Kazimierz Sosnkowski, gen. Edward Rydz - Śmigły, poseł i minister pełnomocny Czechosłowacji w Polsce Vaclav Girsa, minister spraw zagranicznych August Zaleski, poseł niemiecki w Polsce Hans Adolf von Moltke, ambasador brytyjski w Polsce William Erskine, dyrektor Protokołu Dyplomatycznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Karol Romer, wiceminister skarbu Tadeusz Lechnicki, ambasador Włoch w Polsce Giuseppe Bastianini, wiceminister reform rolnych Wacław Karwacki, minister sprawiedliwości Czesław Michałowski, Wielki Łowczy Koronny inż. Herman Knothe. Myśliwy 1. z prawej trzyma automatyczną strzelbę śrutową Browning A-5.

Polowanie reprezentacyjne w lasach Komory Cieszyńskiej, Stalowa Wola listopad 1936 roku

Uczestnicy polowania przy upolowanych zającach. Widoczni m.in.: prezydent RP Ignacy Mościcki (na pierwszym planie, w skórzanym płaszczu), gen. Kazimierz Sosnkowski, inspektor lasów Buczacki, ambasador USA przy rządzie RP Anthony Drexel - Biddle, gen. Kazimierz Piotr Schally, minister opieki społecznej Marian Zyndram Kościałkowski, poseł nadzwyczajny i minister pełnomocny Czechosłowacji w Polsce Juraj Slavik, ambasador brytyjski Howard Kennard, poseł nadzwyczajny i minister pełnomocny Węgier w Polsce Andreas de Hory, ambasador Niemiec w Polsce Hans Adolf von Moltke, dyrektor Protokołu Dyplomatycznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Karol Romer, Wysoki Komisarz Ligi Narodów w Gdańsku Karl Burckhard.

Polowanie w Komorze Cieszyńskiej

W lasach Komory Cieszyńskiej odbyło się doroczne reprezentacyjne polowanie wydane przez P. Prezydenta Rzplitej dla członków rządu i dyplomacji. Podczas trzydniowych łowów padło przeszło 900 zajecy i bażantów, z czego przeszło 100 sztuk ustrzelił P. Prezydent Mościcki.

Prezydent Ignacy Mościcki w towarzystwie premiera Janusza Jędrzejewicza (na prawo od prezydenta), ministra Bronisława Nakoniecznikow-Klukowskiego (na prawo za prezydentem, w okularach i kapeluszu), swojego adiutanta kpt. Zygmunta Gużewskiego (na lewo za prezydentem (w kaszkiecie i szaliku) oraz swojego syna Józefa (w głębi z lewej, w kapeluszu i szaliku) na polowaniu w Komorze Cieszyńskiej

 

Przytoczę jeszcze jeden artykuł autorstwa Marka Chylińskiego, który znalazłem w Internecie, traktujący o wydarzeniach opisanych powyżej:

 

"W lasach Komory Cieszyńskiej od tygodni trwały przygotowania do polowania reprezentacyjnego z udziałem Prezydenta, najważniejszych ministrów i generałów sanacyjnego rządu. Starannie wybrano naganiaczy, skrzydłowych i dziesiętników. Na rozstajach ustawiono samochody i bryczki, mające dowozić strzelców na stanowiska. Poza jeleniem i dzikiem tutejsze lasy słynęły z głuszca i jarząbka.


Pierwszy Myśliwy Rzeczpospolitej, Profesor Mościcki, w kniei prezentował się znakomicie. Wysoki, z sumiastym wąsem i mlecznobiałymi włosami, w oliwkowej kurtce angielskiego kroju, był równie dystyngowany jak w służbowym fraku. Dla przyjaciół i najważniejszych gości „Ignaś”, był szarmanckim, dowcipnym kompanem, który dbał o staropolską oprawę łowów. Honorowy gość oraz najstarszy wiekiem myśliwy mógł zawsze liczyć, że sam Prezydent ustąpi mu pierwszeństwa w strzale. Biegle mówił po niemiecku, francusku, angielsku. Konstytucja kwietniowa z 1935 r. znacznie poszerzyła jego władzę. Niemal żaden demokratycznie wybierany przywódca europejski nie mógł się z Mościckim równać przywilejami i prerogatywami. W sezonie uczestniczył w co najmniej sześciu łowach urządzanych z pełnym ceremoniałem. Zazwyczaj to on zostawał królem polowania.

Prezydent Ignacy Mościcki siedzący wśród leśników z całej Polski podczas uroczystości św. Huberta w Spale. Fotografia z 5 listopada 1933 roku

Warto przypomnieć, że uroczyste obchody patrona myśliwych – Spalskie Święta Hubertowskie – zainicjował Prezydent II Rzeczpospolitej, prof. Ignacy Mościcki. Pierwsze prezydenckie polowanie odbyło się w Spale w 1927 roku. W okresie międzywojennym Hubertusy w Spale gromadziły elity polityczne i arystokrację II Rzeczypospolitej. To dzięki niemu Spała stała się królestwem łowów i miejscem kultywowania tradycji św. Huberta, czyli patrona leśników i myśliwych.

Prezydent Ignacy Mościcki w Spale

Hubertus Spalski 1932 rok

Spalska Odznaka Hubertowska ustanowiona przez Prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego w 1930 r,

W ten sposób prezentowano upolowaną zwierzynę podczas prezydenckich polowań w Białowieży

Pierwsze prezydenckie polowanie reprezentacyjne w Białowieży odbyło się w dniach 12-15 stycznia 1930 roku. Prezydentowi towarzyszyli m.in. wojewoda białostocki Karol Kirst i gen. Kazimierz Sosnkowski. Prezydent ponownie zawitał do Białowieży w dniach 10-14 kwietnia 1930 roku, by zapolować na głuszce. Głowie państwa towarzyszyli: minister rolnictwa Leon Janta-Połczyński i dyrektor Lasów Państwowych Adam Loret. Mościcki upolował piękny okaz głuszca. Z polowania był bardzo zadowolony. Świadczy o tym m.in. fakt podarowania przez niego Stefanowi Charczunowi – łowczemu Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży, pamiątkowej srebrnej papierośnicy.

Polowanie reprezentacyjne w Białowieży

Prezydent z upolowanym niedźwiedziem ...

... oraz łosiem

Prezydent Ignacy Mościcki z drugą żoną Marią

POLISH HUNTING


Puszcza Nadnotecka, huculskie połoniny, Śląsk, Iwacewicze, polowania urządzane przez dyrektora Lasów Państwowych z dyskretną pomocą warszawskiego MSZ dla koronowanych głów, premierów, ministrów i ambasadorów, cieszyły się zasłużoną sławą wśród elit od Lizbony po Berlin. Wilki, rysie, łosie. Łowy błotne i na białej stopie, polowania pod pieśnią gdy tokuje  głuszec. Zastępca Hitlera Hermann Göring, Wielki Łowczy III Rzeszy, przyjeżdżał do Białowieży cztery razy. Mimo potężnej tuszy, skłonności do używek i luksusu, w kniei uchodził za wybornego strzelca i znawcę łowieckiego obyczaju. W czasie polowań w Polsce bezskutecznie próbuje namówić generała Sosnkowskiego do przyłączenia się Warszawy do paktu przeciwko Moskwie. „Państwo polskie może sięgać od Gdyni do Odessy” – kusi towarzyszy myśliwych z polskiego rządu. Szef dyplomacji Józef Beck, choć sam woli salony i zakulisowe rozmowy niż wędrówki z fuzją, doskonale wie, że las jest stokroć lepszym miejscem do rokowań niż sala konferencyjna. Między myśliwymi tworzy się więź, odchodzą w niepamięć urazy, różnice zdań. Triumfator, który położy rysia albo odyńca może liczyć na poklask całej kamaryli. Ceremoniał przewiduje dekorowanie strzelca „złomem”, wyróżnienie przy pokocie, aplauz również damskiego towarzystwa.

Prezydent Ignacy Mościcki podczas polowania

Poluje niemal cała elita III RP. Zapalonymi myśliwymi byli marszałek Senatu Władysław Raczkiewicz, dyrektor Lasów Państwowych Adam Loret, najwyżsi dowódcy armii - Kazimierz Sosnkowski i Kazimierz Fabrycy. Mogli godzinami rozmawiać o broni, skuteczność strzału, poszukiwaniach ranionej zwierzyny i własnych trofeach. Noszono za nimi angielskie dubeltówki „Vickers” oraz francuskie „Pirlety”. W lasach pszczyńskich, lublinieckich i wiślańskich na jelenie używano Springerów, Manlicherów albo Mauzerów z lunetą. Minister spraw zagranicznych osobiście sugerował, kogo warto zaprosić na jelenie, a kogo na głuszce. W Berlinie, Wiedniu, Madrycie polowania w Białowieży czy na Śląsku Cieszyńskim, uchodziły za szczyt łowieckiego szyku i elegancji. Konkursy strzeleckie, pokazy trofeów, biegi z przeszkodami. Polacy potrafili dbać o ceremoniał, nawet bardziej niż Habsburgowie, którzy gospodarowali na tych terenach blisko sto lat. Kiedy w 1838 r. książę Karol Ludwik Habsburg nabył Państwo Żywieckie, planował nie tylko nowe kuźnie, fryszarnie żelaza i browary. Dobra, które włączył do Komory Cieszyńskiej stanowiły potężne łowieckie imperium, sięgające od Mosonmagyaróvár i Bellye  na węgierskiej nizinie, przez Židlochovice na Morawach i odległe Klachau-Wörschach w Austrii. Doskonałe tereny rozciągały się pomiędzy resztkami puszczy karpackiej, pod Baranią, Kubalonką, Czantorią. W czasie zbiorowych polowań jednorazowy „rozkład” sięgał tu kilkuset upolowanych dzików, zwierzyny płowej i ptactwa.


JAGDGAU OBERSCHLESIEN


Göring uwielbiał polowania na wilki i rysie. Kiedy wreszcie udało mu się ustrzelić w polskiej puszczy kilka dorodnych drapieżników, w podziękowaniu złożył w fabryce w Stuttgarcie zamówienie na terenowego Mercedesa G 5, którego zamierzał ofiarować prezydentowi Mościckiemu. Była to skromniejsza wersja wielkiego sześciokołowego G 4, którego używał sam Führer. Samochód trafił do Mościckiego, lecz w miarę jak pogarszały się stosunki polsko niemieckie, wielkoduszny prezent hitlerowców stawał się coraz bardziej kłopotliwy. Mimo, że terenowy wóz nadawałby się idealnie do polowań na górskich stromiznach i beskidzkich bezdrożach, brakuje dowodów, że Prezydent sprowadził go kiedykolwiek do rządowych garaży do zameczku na Zadni Groń. W ostatnim przed wojną polowaniu dla zagranicznych gości, w lutym 1939 roku, Niemcy mimo zaproszenia z Warszawy, nie wzięli udziału.


Za to sam Göring, już po napaści na Polskę, przyjeżdża w Beskidy. Dowódca Luftwaffe nocował w obszernym dworku, który należał do Brunona Konczakowskiego. Pochodzący z zamożnej rodziny cieszyńskich kupców Konczakowski kupił w Brennej ładnie położoną na południowym stoku Czupla, góralską chałupę. Na jej miejscu, na kamiennej podmurówce, wzniósł dom w stylu tyrolskim. Piętro i poddasze wykonano z limby i modrzewia. Drewno sprowadzono aż z Tyrolu. Göring mógł się poczuć jak w domu.

Dworek Brunona Konczakowskiego

Prawdopodobnie pod wpływem uroku tutejszych terenów łowieckich, pod koniec listopada 1941 roku Wielki Łowczy Rzeszy, decyduje o utworzeniu nowego górnośląskiego obwodu łowieckiego. Zwierzchnikiem obwodu zostaje Fritz Bracht, katowicki gauleiter i nadprezydent. Ten były ogrodnik, który w partii zrobił błyskotliwą karierę, sceny z polowań widywał dotąd co najwyżej na tanich oleodrukach. Teraz, jak każdy kacyk i parweniusz, odkrywa w sobie łowiecką pasję. Kupuje kompletny strój, broń i tak wyposażony oczekuje przybycia szychy z Berlina, ministra finansów Ludwiga Schwerin von Krosigka. Łowy są całkiem udane. Odstrzelono kilka dorodnych kozłów, które skrupulatni urzędnicy zapisują na konta myśliwych. Nazajutrz naziści wyruszają do… KL Auchwitz. Obóz koncentracyjny, do którego trafiają transporty z więźniami z całej Europy, znajduje się pod oficjalną jurysdykcją hitlerowskiego zarządcy Górnego Śląska.


W CESARSKIM ŁÓŻKU


Mirosław Węcki, autor monografii poświęconej gauleiterowi ustalił, że pierwsze zebranie organizacyjne nowego sztabu łowieckiego odbyło się w zameczku myśliwskim książąt pszczyńskich w Promnicach. Szefem sztabu został nadleśniczy Rache, a wśród członków znaleźli się książę Hochenlohe –Ingelfingen z Koszęcina, prezydent Rejencji Opolskiej Schmidt oraz prezes Deutsche Banku z Katowic Richard Gdynia.


Śląska arystokracja, nie potrafi ukryć pogardy wobec ludzi takich jak Bracht, karierowiczów, którzy dzięki partii dochrapali się pieniędzy i stanowisk. Łowczy Okręgowy z Wrocławia von Reibniz kpi, że być może czeladnik ogrodniczy Bracht, oczekując w książęcych lasach na rykowisko jeleni, sypia w promnickim zameczku w łóżku, z którego ongiś korzystał sam Cesarz Wilhelm II".
 
Jak świat światem dyplomacja i łowy podążały obok siebie. W kniei i na polnych łowiskach, w cesarskim łożu w Promnicach, w „leśniczówce Göringa” w Brennej, w prezydenckim pałacyku na Zadnim Groniu, polują i zasypiają w znoju kolejne pokolenia dzielnych łowców od Świętego Huberta".

 

Przedstawienie sukcesów łowieckich Hermanna Göringa mie jest w żadnym wymiarze gloryfikowaniem postaci tego zbrodniarza. Opisuję tą postać tylko z powodów łowieckich i historycznych. Po prostu była i polowała. Trzeba jednak oddać Göringowi, że jako zapalony myśliwy wprowadził w Niemczech pierwsze nowoczesne prawo łowieckie oraz humanitarne ustawodawstwo chroniące przyrodę. W lipcu 1934 r. zaostrzył niemieckie ustawy o ochronie zwierzyny, zakazując odstrzału ponad ściśle określoną liczbę, a nawet wtedy zgodę otrzymywali tylko ci, którzy udowodnili, że wiedzą, jak trzymać strzelbę. Wszystkim myśliwym musiał towarzyszyć retriever, aby każde zranione zwierzę mogło zostać odnalezione i zabite. Göring zakazał wiwisekcji zwierząt i wszystkich form kłusownictwa, polowania na koniu i używania wnyków, pułapek z drutu, sztucznych świateł lub trucizny wobec zwierząt. Hermann Göring właściwie poruszał się ścieżkami łowieckimi Cesarza Wilhelma II. Dobrze, że nie kazał sobie stawiać kamieni. Jednak kult Wilhelma II był w Niemczech większy, a rominckie kamienie kajzera zachowały się do dziś i nawet napisy (po stronie polskiej) zostały poprawione złotą farbą. Tego akurat nie pochwalam, wolę je w naturze, tak jak je wykuto przed laty.

Kamień z Puszczy Rominckiej z 1912 r., postawiony na pamiątkę strzelenia dwutysięcznego byka w karierze łowieckiej Cesarza. Fakt strzelenia tego byka uczczono także stosownym napisem na sztucerze Cesarza.

Kolejny kamień w Puszczy z 1903 r. Fot. R. Simoni

 

Powracamy zatem do cesarskich polowań. Wilhelm II bardzo lubił łowy w prywatnych zwierzyńcach. Podczas polowania w 1885 roku, koło Skierniewic i Lubochni w zaborze rosyjskim, podczas 10 dni ubito około 400 sztuk zwierzyny grubej, głównie dzików i danieli. Wilhelm II polował tam w towarzystwie dwóch monarchów: Rosji i Austro-Węgier: Cara Mikołaja II i Cesarza Franciszka Józefa I.

 

Filmik z polowania Wilhelma II w ogrodzonym zwierzyńcu

 

 

 Przyjazd Cesarza na polowanie - scena z filmiku

Strzał do byka - scena z filmiku

Oglądanie trofeum - scena z filmiku

Polowanie z Carem Mikołajem II w 1910 r.

 

Polowania u Christiana Krafta von Hohenlohe - Oehringen

 

Christian Kraft von Hohenlohe - Oehringen

Christian Kraft, Fürst zu Hohenlohe-Öhringen, Herzog von Ujest (ur. 21 III 1848 -  Öhringen, Niemcy – zm. 14 V 1926, Somogyszob, Węgry, poch. 22 V 1926 w Jaworzynie Spiskiej). Książę niemiecki, generał-major, właściciel rozległych dóbr na Śląsku (wtedy pruskim) i w głębi Węgier oraz w Tatrach (w ich części węgierskiej, potem słowackiej).


Urodzony w 1848 r. książę Chrystian otrzymał staranne wykształcenie - po renomowanej akademii rycerskiej w Legnicy skończył studia prawnicze na uniwersytecie w Bonn. Potem - wzorem ówczesnej młodzieży z arystokratycznych rodzin - przeszedł przez kolejne szczeble kariery wojskowej, której uwieńczeniem był stopień generała, nadany w czasie wojny francusko-pruskiej z lat 1870-1871. Swoistym wyróżnieniem było też przyznanie mu statusu honorowego członka zakonu joannitów.

Zamek w Sławęcicach

Własnością księcia pozostały blisko 42 tys. ha ziemi oraz pakiet większościowy spółki Zakłady Hohenlohe. W 1908 r. jego majątek oszacowano na ponad 150 mln marek.

W Sławięcicach stanął trzypiętrowy pałac w stylu włoskiego baroku otoczony parkiem angielskim z rzadkimi gatunkami drzew i krzewów

Hrabia żył tak, jak lubił (stać go było na to - dop. autora). Urządzał bale i wystawne polowania, a wszyscy znaczący w regionie arystokraci podlizywali mu się i intrygowali za jego plecami. Zielenieli wprost z zazdrości, gdy aż przez dwa lata z rzędu, w grudniu 1901 r. i 1902 r., Cesarz Wilhelm II był gościem honorowym urządzanych z wielką oprawą polowań. Trzeci raz Wilhelm II gościł w Sławięcicach w grudniu 1906 r. Sława urządzanych z rozmachem bankietów dotarła również do Moskwy i skusiła Cara Mikołaja II, który nie omieszkał złożyć wizyty księciu Hohenlohe i napić się sławięcickiej gorzałki.


Po I Wojnie Światowej, aby uniknąć wpłacenia specjalnego podatku, przekazał 15% akcji Hohenlohe Werke A.G. polsko-francuskiej spółce Skarboferm.


W swoich dobrach jaworzyńsko-lendackich, do własnych celów myśliwskich utworzył wielki zwierzyniec, obejmujący prawie całe Tatry Jaworzyńskie tzw.  Zwierzyniec Jaworzyński. W zwierzyńcu tym i na inych swoich terenach tatrzańskich urządzał częste polowania, a także na sąsiednich terenach, na których dzierżawił prawo do polowań, np. w Kiezmarskiej Dolinie.  Sam książę, w ciągu przeszło 40 lat, upolował tysiąc kozic, napędzanych mu pod strzał przez góralskich naganiaczy. W Hawraniej Dolinie upamiętniono to pomnikiem (duża stojąca kamienna płyta) z wykutym przez jurgowskiego górala napisem po polsku: "Najjaśniejszy Książę Christian Kraft Hohenlohe na tem miesci zastrczelił dnia 5ego Septembra 1924 r. tysiącego capa." - pisownia oryginalna. Na swoim terenie tatrzańskim stopniowo ograniczał pasterstwo, zwłaszcza owcze, ale nie zniósł go całkowicie.

 

Christian Kraft von Hohenlohe - Oehringen poluje na terenie Zwierzyńca Jaworzyńskiego

Zwierzyniec Jaworzyński lub zwierzyniec Hohenlohego. Po zakupie dóbr jaworzyńsko-lendackich w 1879 r. Christian Hohenlohe utworzył na ich terenie w swych prywatnych celach myśliwskich wielki zwierzyniec obejmujący prawie całe Tatry Jaworzyńskie (ok. 2000 morgów). Zwierzyniec ten został otoczony wysokim płotem i strzegli go liczni strażnicy, częściowo sprowadzeni z Tyrolu, a przez polskich górali zwani jegrami.


Poza rodzimą fauną (jak kozice, sarny, niedźwiedzie, rysie itd.) Hohenlohe hodował w swym tatrzańskim. zwierzyńcu także zwierzęta sprowadzane, np. jelenie z Kaukazu, Siedmiogrodu i Ameryki, koziorożce z Kaukazu i Alp, żubry z Kaukazu, bizony z Ameryki.


Zwierzyna była w zimie dokarmiana, ale w obrębie zwierzyńca żyła na swobodzie osiągając najwyższe pogłowie w 1912 r. Na ogrodzonym obszarze żyło wtedy ok. 600 kozic, 1200 jeleni, 150 koziorożców, 21 bizonów i żubrów, 30 niedźwiedzi. Po 1912 r., z powodu trudności finansowych, Hohenlohe zmniejszył liczbę strażników i stan zwierzyny, wzmogło się kłusownictwo (m.in. górali podhalańskich), ale liczba zwierzyny była nadal pokaźna. Na terenie tego zwierzyńca Hohenlohe zbudował liczne drogi leśne oraz myśliwskie ścieżki i domki. Urządzał tu często polowania.

Polowanie na niedźwiedzie w Zwierzyńcu Jaworzyńskim

Polowanie w Zwierzyńcu Jaworzyńskim i książę z ubitym bizonem

Hohenlohe zabronił turystom wstępu na ten obszar. Dopiero po licznych protestach turystów w prasie i interwencji węgierskich władz państwowych Hohenlohe zezwolił przechodzić przez zwierzyniec, ale jedynie trzema znakowanymi szlakami: przez Polski Grzebień, Lodową Przełęcz i Przełęcz pod Kopą, natomiast gospodę w Jaworzynie Spiskiej i Schronisko Salamona na Polanie pod Wysoką zamknął dla turystów. Na poruszanie się poza owymi dozwolonymi szlakami w celach taterniczych  czy naukowych trzeba było uzyskać od dyrektora dóbr w Jaworzynie Spiskiej specjalne pozwolenie (z Polaków otrzymał je bodaj jedynie Walery Goetel, geolog i taternik), ale polscy taternicy o to przeważnie nawet się nie starali, tylko unikali strażników. Po śmierci Hohenlohego w 1926 r. jego dobra tatrzańskie odziedziczył jego bratanek, książę August Hohenlohe, który w 1936 r. sprzedał dobra jaworzyńsko-lendackie (z owym zwierzyńcem) państwu czechosłowackiemu.

Christian Kraft z żoną Otylią  Lubraniec - Dąmbską z domu Brauns

Jak donosił „Łowiec Wielkopolski”, w trakcie jednego z polowań w śląskich Sławęcicach Cesarz strzelił w trakcie sześciogodzinnego polowania 1001 sztuk zwierzyny. Cesarz przyjeżdżał do Sławięcic na polowania trzykrotnie. Był tam 10 grudnia 1901 roku, 3 grudnia 1902 r. i jeden raz w 1906 r. Okoliczne lasy, pełne zwierzyny, słynne były na całą Europę.

 

Ostatnio na portalu lokalna24.pl znalazłem fragment tekstu podpisanego inicjałami AR dotyczącego wizyt Wilhelma II w Sławęcicach. Link do portalu przesłał mi Pan Tomasz Krawczyk. Oto fragment tego artykułu "(...) w 1897 roku posiadłość Sławięcice, obejmująca w owym czasie 41587 hektarów gruntów ornych, łąk i lasów, odziedziczył Christian Kraft von Hohenlohe-Oehringen. Jako najstarszy syn księcia Hugona zu Hohenlohe-Öhringen i Pauliny von Fürstenberg, ukończył akademię rycerską w Legnicy, a później studiował prawo w Bonn. Walczył w wojnie z Francją w latach 1870/1871 i awansował na stopień generała-majora w kawalerii. Został też honorowym kawalerem w zakonie joannitów. Za czasów rządów Christiana Sławięcice stały się centrum rolniczym i leśniczym na Górnym Śląsku. Okoliczne lasy kusiły największych myśliwych w państwie pruskim. Dzięki staraniom Krafta odżyły przyjazne stosunki rodu Hohenlohe-Oehringen z dworem cesarskim. Wcześniej, przez blisko sto lat, były one dość oziębłe po niepowodzeniach militarnych Friedricha Augusta von Hohenlohe-Oehringen podczas walk z wojskami napoleońskimi w latach 1806-1807. Na zaproszenie księcia Christiana Sławięcice trzykrotnie odwiedził Cesarz Wilhelm II Hohenzollern. Gościł on w posiadłości w grudniu 1901 oraz 1902 roku, a także cztery lata później w 1906 r. Król Prus nie tylko odpoczywał i bawił się na zamku, ale jako rasowy myśliwy, uczestniczył w specjalnie organizowanych dla niego polowaniach – głównie na jelenie. Przyjazdy Wilhelma do Sławięcic zawsze miały doniosła oprawę. Cesarz przyjeżdżał tu specjalnym pociągiem. Na stacji witał go książę Kraft odświętnie ubrany w mundur gwardzisty pułku ułanów. Towarzyszyli mu bracia – Hans wystrojony w mundur badeńskiego oficera artylerii oraz Max w stroju gwardzisty pułku ułanów. Trzykilometrowemu przejazdowi ze stacji kolejowej do posiadłości towarzyszył szpaler zapalonych pochodni w rękach żołnierzy i członków organizacji kombatanckich. Na pewno było to widowiskowe powitanie znakomitego gościa. W bankiecie powitalnym, odbywającym się w pałacu, uczestniczyli przedstawiciele największych i najbogatszych śląskich rodów – Solm-Baruth, Donnersmark, Lichnowski, Welczek, a także przedstawiciele administracji państwowej i znaczniejsi duchowni".

Sławęcice 1902 r. Wizyta Wilhelma II u Christiana Kraft von Hohenlohe - Oehringen (żródło: Tomasz Krawczyk)

Łowiec Polski - 1902 r.

Z końcem XIX stulecia stworzono zasady racjonalnej gospodarki leśnej, w celu ograniczenia dewastacji i nadmiernej eksploatacji. Właścicielami tych lasów były dwa najzamożniejsze rody górnośląskie. Obszar leśny w obrębie gmin Świerklaniec, Tarnowskie Góry i Miasteczko stanowił własność księcia Henckel von Donnersmarck ze Świerklańca, zaś lasy dzisiejszej gminy Tworóg, Kalety aż po Koszęcin, Boronów i Woźniki, należały do przedstawicieli rodu Hohenlohe ze Sławięcic i Koszęcina. Lasy te obfitowały w dziką zwierzynę, toteż odbywały się tu wielkie polowania.


Częstym gościem śląskich magnatów był Cesarz Wilhelm II. Wielokrotnie uczestniczył w polowaniach u księcia Hohenlohe w Sławięcicach, u księcia Hochberga w Pszczynie, hrabiego Renarda w Strzelcach czy hrabiego Thiele-Wincklera w Mosznej. Kilkakrotnie gościł także w Świerklańcu. Szczególnie rozpisywano się o cesarskim polowaniu w 1904 r.

 

Cesarz przybył 26 listopada specjalnym pociągiem do Radzionkowa, a następnie udał się do Świerklańca. W dniu następnym odbyło się polowanie w lasach między Świerklańcem a Miasteczkiem Śląskim. Jeśli wierzyć ówczesnej prasie, Cesarz zastrzelił 945 sztuk zwierzyny!

 

Skoro Cesarz upodobał sobie polowania w górnośląskich lasach, należało wykazywać troskę o pogłowie zwierzyny. Niestety, wielkim zmartwieniem właścicieli lasów była plaga kłusownictwa. We włościach Donnersmarcków, za zabicie kłusownika leśniczy otrzymywał premię w wysokości 10 marek. W równie bezwzględny sposób rozprawiano się z kłusownikami w dobrach księcia Hohenlohe. Mimo to, szczególną sławę zyskał sobie kłusownik z Tworoga, Karol Sobczyk zwany Rabsikiem. Znakomity strzelec, doskonale obeznany w terenie, szczęśliwie uchodził kolejnym obławom. Zarząd Dóbr Książęcych w Koszęcinie, wyznaczył nagrodę w wysokości 500 marek za ujęcie Sobczyka. W styczniu 1895 r. z powodu silnych mrozów Sobczyk szukał schronienia u znajomego gospodarza w Nowej Wsi, ten jednak skuszony nagrodą zadenuncjował go.


Nocą 20 stycznia żandarm Fieber z Tworoga, wraz z kilkoma miejscowymi leśnikami zorganizował obławę. Otoczyli dom, wzywając Sobczyka do poddania się. Ten jednak ani myślał kapitulować. Z okna poddasza padły dwa celne strzały. Na miejscu zginęli żandarm Fieber i leśnik Broll. Pozostali uczestnicy obławy uciekli, a Sobczyk jak zwykle zapadł się pod ziemię. Nie na długo wprawdzie, w marcu zastrzelił donosiciela. Sprawa stała się niesłychanie głośna. Cała prasa w cesarstwie rozpisywała się o wydarzeniach w Nowej Wsi. Sędzia sądu krajowego w Bytomiu rozesłał list gończy, książe Karl Gottfried zu Hohenlohe Ingelfingen wyznaczył za ujęcie zabójcy niewiarygodną nagrodę - 5 tysięcy marek!

 

Próba ucieczki do Rosji nie powiodła się. Sobczyka ujęto i wyrokiem sądu w Bytomiu ścięto 8 stycznia 1896r. na dziedzińcu bytomskiego więzienia. Ale na tym nie koniec. Czas jakiś po śmierci Sobczyka, sprawą zajął się kontrwywiad wojskowy. Z raportu sporządzonego na podstawie przesłuchań uczestników wydarzeń w Nowej Wsi wynikało , że strzały oddane przez Sobczyka nastąpiły w bardzo krótkim odstępie czasu. Siła rażenia pocisków była tak duża, że przeszły na wylot ciał ofiar. Pocisków nie odnaleziono . Wiele zatem wskazywało, że kłusownik strzelał z karabinu wojskowego. W czasie śledztwa Sobczyk nie wydał nikogo, ani też nie wskazał miejsca ukrycia broni. W tym okresie armia niemiecka wyposażona była w doskonałe, powtarzalne karabiny kalibru 7,92 mm, konstrukcji niemieckich inżynierów Wilhelma i Paula Mauserów. Karabiny te cieszyły się znakomitą opinią, nic zatem dziwnego, że zamawiały je różne armie. W 1893 roku Hiszpania, zagrożona w swych koloniach ekspansją Stanów Zjednoczonych, przystąpiła do generalnej modernizacji sił zbrojnych. Broń strzelecką i artylerię zamówiono w Niemczech. Na potrzeby hiszpańskie opracowano nowy, udoskonalony karabin (Mauser wz 1893) z pięcionabojowym magazynkiem. Całej tej transakcji patronował międzynarodowy handlarz bronią i aferzysta Bazyli Zacharow. I jak to zwykle z Zacharowem bywało, nie obeszło się bez skandalu.

 

Pewna część karabinów po prostu nie dotarła do Hiszpanii. Wywiad niemiecki od razu powiązał ten fakt z informacjami strony rosyjskiej, iż z Niemiec, a zwłaszcza przez śląską granicę dociera broń dla rosyjskich organizacji rewolucyjnych oraz do polskich ugrupowań niepodległościowych. Rosjanie interweniowali zresztą nie po raz pierwszy. W czasie powstania styczniowego w 1863 r.  wręcz żądali uszczelnienia granicy, zwłaszcza na odcinku rzeki Brynicy, gdyż przenikali tam ochotnicy, broń i zaopatrzenie dla oddziałów powstańczych. O fakcie, że mieszkańcy przygranicznych wiosek Bibieli i Brynicy trudnili się przemytem, władze niemieckie wiedziały doskonale. Jednak śledztwo nie zdołało ustalić, by ktokolwiek z mieszkańców organizował poważną kontrabandę. Najwyżej mogli służyć za odpowiednim wynagrodzeniem, jako przewodnicy. Nie ustalono też, czy Sobczyk miał powiązania z przemytnikami i czy rzeczywiście posiadał karabin Mauser wz 1893. Tę tajemnicę zabrał ze sobą do grobu. (źródło: Weronika Silczak).

 

Polowania Wilhelma II u śląskich magnatów von Donnersmarck

 

Najznakomitsze rody Niemiec usilnie starały się o możliwość zaproszenia tak znakomitego gościa do swoich posiadłości. Taka wizyta niebywale podnosiła prestiż pałacu, w którym władca raczył przybywać i gospodarza, który go gościł. Przy okazji zaś była okazją do zebrania grona największych osobistości danej prowincji i, być może, zyskania przychylności Cesarza dla planowanych interesów.
 
Dynamicznie rozwijający się przemysł na Śląsku wywindował w drugiej połowie XIX wieku tę prowincję do miana jednego z centrów gospodarczych Niemiec. Tutejsi magnaci przemysłowi  majątkiem wkrótce zaczęli dościgać największe pruskie rody szlacheckie, jednak stara arystokracja wciąż lekceważącym okiem patrzyła na „nowobogackich prowincjuszy”. Ci nie odpuszczali, starając się zadomowić w najlepszych salonach Berlina. Najpotężniejsi magnaci wymogli w końcu na samym Cesarzu, aby raczył odwiedzić ich śląskie posiadłości. Wilhelm II gościł więc u Hohbergów w Pszczynie, Henckel-Donnersmarcków w Świerklańcu, Renardów w Strzelcach Opolskich, czy Franken-Sierstorpfów w Żyrowej. Najbardziej upodobał sobie jednak polowania u hrabiego Franza Huberta von Thiele-Wincklera w Mosznej, gdzie przebywał aż cztery razy w latach 1901–1912.

 

Panami ziem wokół Bytomia i Tarnowskich Gór zostali w pierwszej połowie XVII w. przedstawiciele rodu Henckel von Donnersmarck. Bogactwa naturalne i umiejętne nimi zarządzanie sprawiły, że Donnersmarckowie stali się magnatami przemysłowymi. Zaliczani do grona najbogatszych rodzin Europy, Donnersmarckowie inwestowali swój kapitał w różne dochodowe przedsięwzięcia na całym kontynencie. Świerklaniec i Nakło pozostawały w ich rękach aż do 1945 r.

Zamek w Reptach zwany Starym Zamkiem

Właścicielem Rept był Karol Łazarz Henckel von Donnersmarck (1772-1864), baron i hrabia cesarstwa niemieckiego, który postanowił przekształcić cały teren Rept w Tier Garten (zwierzyniec) przeznaczony do polowań. Dookoła lasu postawiono mur z kamienia wapiennego. W 1840 roku na wschodnim krańcu zbudowano zameczek myśliwski (Jagdschloss). Środkową część lasu wycięto, aby ułatwić polowania.

Zameczek myśliwski (Jagdschloss)

Z inicjatywy syna Karola Łazarza, Guidona, w centralnej części założenia wybudowano w latach 1893–1898 nowy, okazały pałac w stylu neorenesansu niemieckiego, zwierzyniec natomiast przekształcony został w park w stylu angielskim. Autorem projektu był bawarski architekt Gabriel von Seidl, pod którego kierunkiem w tym samym czasie powstał budynek Bawarskiego Muzeum Narodowego w Monachium.

W maju 1895 roku rozpoczęła się budowa usytuowanej na północ od pałacu masztalni. Prowadzonymi przy niej pracami kierował architekt Adolf Seiffhart, również pochodzący z Monachium.

Masztalnia

Park w stylu angielskim założony wokół pałacu. Na początku XX wieku pałac został rozbudowany od południowego zachodu. Powstała duża sala balowa, nad której wnętrzem prace trwały do 1910 roku. Wykonawcą była założona w 1867 roku firma Martina Kimbla z Wrocławia.

Wnętrze gabinetu książęcego w pałacu w Reptach - fotografia z ok. 1908 roku

Po śmierci Guidona w 1916 roku pałac odziedziczył jego młodszy syn, Kraft. W 1922 roku wytyczono nową granicę niemiecko-polską, która przebiegała obrzeżami repeckiego parku. Znalazł się on wraz z pałacem po stronie polskiej.


W czasie II Wojny Światowej w pałacu urządzono lazaret dla żołnierzy Wehrmachtu. W 1945 roku, pod koniec wojny, pałac został spalony, a przez kolejne lata ulegał dewastacji i niszczeniu przez warunki atmosferyczne. Mimo ekspertyz wskazujących ruiny jako nadające się do odbudowania oraz sporządzenia planów odbudowy, 3 czerwca 1966 roku pozostałości pałacu zostały wysadzone w powietrze.

Polowanie w Reptach z udziałem Wilhelma II

Guido Henckel von Donnersmarck

Fascynująca jest historia rodu ale też historia wielkiej miłości Guido Henckela von Donnersmarck i budowy w Świerklańcu „Małego Wersalu”. (źródło: Dariusz Pietrucha "Mały Wersal" w Świerklańcu).

 

Femme fatale paryskich salonów


W latach 50. XIX w. Guido Henckel von Donnersmarck przebywał w Paryżu. Tam poznał markizę Blanche de Paiva. Urodziła się w 1819 r. w Moskwie w rodzinie ubogiego, żydowskiego krawca jako Esther (wg. innych źródeł Teresa Paulina) Lachmann. Tak naprawdę nazywała się Teresa Paulina Blanche Lachmann i prawdopodobnie pochodziła ze Śląska. Urodziła się w 1819 r. w żydowskiej rodzinie. Niektórzy twierdzą, że w Nysie. Historia jej życia to prawdziwa esencja Europy w czasach ponapoleońskich. Co na jej temat jest prawdą, a co wymysłem plotkarzy tamtych czasów lub nawet jej samej, nie wiadomo. Była jedną z tych kobiet, które lubią wymyślać legendy na własny temat. Wiadomo, że była niezwykle piękną dziewczyną, która żyjąc w biedzie, marzyła o sławie i bogactwie. Podobno jej ojcem był Natan Lachmann, krawiec, który w poszukiwaniu lepszego życia wyjechał z rodziną z Nysy do Wrocławia. Gdy nie odnalazł tam tego, czego szukał, rodzina wróciła do Nysy.

Markiza La Paiva

Teresa, wówczas 16 latka, zasmakowała jednak życia w wielkim mieście, rychło więc uciekła do Wrocławia. Związała się z młodym czeladnikiem krawieckim, i wspólnie podjęli decyzję o wyjeździe do Moskwy. Jej partner znalazł zatrudnienie w zakładzie krawieckim niejakiego Vilaina (lub Villoinga). Po jakimś czasie Vilain "odbił" swojemu pracownikowi dziewczynę i w 1836 r. ożenił się z Teresą. Wkrótce urodził im się syn. Niebawem Teresa poznaje koncertującego w Moskwie austriackiego pianistę Henri Herza. Romans przerywa jego wyjazd do Francji. Rychło wyjeżdża tam i Teresa. Bynajmniej nie do niego. Zamieszkuje w Paryżu, krótko w Ems, by znowu powrócić do stolicy Francji. Czerpie z życia pełnymi garściami. Po jakimś czasie spotyka Herza i ponownie się z nim związuje. Dzięki jego funduszom otwiera salon, w którym pojawia się ówczesna śmietanka artystyczna i intelektualna Paryża, m.in. pisarz Theophil Gautier, Ryszard Wagner, czy nawet Julius Verne.

     

Blanche de Paiva

Tadeusz Boy-Żeleński pisał: są dziś tylko dwa salony (w Paryżu), w których bywa literatura: salon księżniczki Matyldy i salon pani Païva.


Wzbudzała zachwyt u jednych, innych szokowała. Osoba ponad przeciętna, władająca kilkoma językami, błyskotliwa, doskonale grająca na fortepianie.  Potrafiąca prowadzić konwersacje zarówno na temat sztuki jak i polityki. Słowem: doskonała towarzyszka. Według Dzienników braci Edmonda i Jules’a Goncourtów była najsłynniejszą kurtyzaną swoich czasów. Obdarzona niezwykłą urodą, z burzą rudych loków bardzo szybko zwróciła na siebie uwagę we francuskiej stolicy.


Goście są oczarowani niezwykłą urodą gospodyni. W tym czasie Herz koncertuje w Ameryce zdobywając coraz większą popularność. Nieobecność pianisty wykorzystuje jego rodzina. Oskarżając Teresę o trwonienie majątku Hertza, wyrzuca ją z domu. Pozbawiona środków do życia, znajduje zatrudnienie u niejakiego Girardino. Tam zwraca na nią uwagę Charles Worth, znany projektant strojów, który angażuje ją jako modelkę. Ma nie tylko prezentować stroje szyte dla dam z innego, bogatego świata - dla Teresy nieosiągalnego - ma zachęcić je do ich kupna. Kolejną szansą w jej życiu staje się brytyjski lord Edward Stanley, który ściągnął ją do Londynu. Na krótko jednak.

Wraca do Paryża z kolejnym mężczyzną, księciem Gramont Antoine Agenorem i znacznym majątkiem. Zakupuje rezydencję na Placu Saint Georges, która staje się miejscem spotkań elity paryskiej. W 1849 r. umiera jej mąż Vilain. Podczas kolejnej wyprawy, w Baden-Baden, poznaje portugalskiego arystokratę markiza Albino Francesco de Paiva. Mąż jednak nie cieszył się zbytnimi względami u małżonki. Po dwóch latach markiz wrócił do Portugalii, a żona płaciła mu 200 dolarów miesięcznie na pocieszenie.

 

Historię można by już uznać za zakończoną. Biedna dziewczyna znalazła księcia z bajki i stała się bogatą księżniczką. W tym momencie następuje gwałtowny zwrot akcji. Na scenę wkracza młody i przystojny hrabia. Milioner, najbogatszy człowiek ówczesnej Europy - Guido Henckel von Donnersmarck. Guido oszalał na punkcie Blanche. Była od niego o 11 lat starsza. Hrabia zakochał się i od razu poprosił ją o rękę. "Nie mogę ci jej dać" – odpowiedziała podobno markiza. "Byłam mężatką trzykrotnie". "Nie szkodzi, poczekam" – podobno brzmiała odpowiedź hrabiego.

 

Zakochany w markizie, zaproponował jej małżeństwo, jednak było ono niemożliwe aż do sierpnia 1871, kiedy to Therese Blanche i Albino Francesco de Paiva Araujo uzyskali rozwód. 28 października tego samego roku markiza wzięła ślub z Guido Henckel von Donnersmarck. Markiz Albino de Paiva nie potrafił się z tym pogodzić i 9 listopada 1872 roku zastrzelił się w Paryżu.

Guido Jerzy Fryderyk Erdmann Henryk Adalbert Henckel von Donnersmarck auf Gföhl und Vesendorf (ur. 10 sierpnia 1830 r. we Wrocławiu, zm. 19 grudnia 1916 r. wBerlinie) — górnośląski hrabia węgierskiego pochodzenia, 13. Wolny Pan Stanowy Bytomia, potentat przemysłowy, od 1901 pruski książę.

Jeszcze przed ślubem wybudował dla niej w Paryżu pałac przy Avenue des Champs-Èlysées, zatrudniając do tego słynnego architekta Pierre Manguina.  Po czasie przenieśli się do zakupionego przez Guido zamku Pontchartrain (niedaleko Rambouillet), gdzie zjeżdżała się arystokratyczna i artystyczna elita. Była to jedna z najwspanialszych posiadłości we Francji (pałac miał tyle okien ile dni w roku) oraz na jego zlecenie wybudowano ekskluzywny dom przy Polach Elizejskich (pod nr 25) w Paryżu. Pałac wzbudzał wielkie emocje w ówczesnym świecie. Do jego budowy oraz wykończenia zatrudniono najlepszych mistrzów swojej epoki. Nie oszczędzano na niczym. W pałacu znajdowały się wspaniałe schody, których każdy stopień był wykonany z malachitu wartego 20 tys. funtów. Łóżko w sypialni kosztowało 100 tys. franków. Markiza kazała w łazienkach zamontować 3 kurki: na ciepłą i zimną wodę oraz na szampana, w którym uwielbiała się kąpać. Kurki wykonane były ze złota ozdobionego drogimi kamieniami.

Pierwsza z prawej Blanche

Ponownie otworzyła towarzyski salon w Paryżu zapraszając najświetniejsze osobistości ze świata polityki i sztuki (gościem był m.in. francuski minister wojny Leon Gambetta). Liczyła, iż w ten sposób załagodzi narastającą wrogość wobec Guido i doprowadzi do pogodzenia się Francuzów z Niemcami. Była jednak żoną znienawidzonego Guido, a jemu Francja nie chciała wybaczyć. Ostatnią próbą Blanche była chęć doprowadzenia do spotkania Gambetty z Bismarckiem.


Liczyła, że dwaj tak ważni politycy będą w stanie coś zmienić we wzajemnych francusko-pruskich stosunkach. Do spotkania nie doszło, gdyż zrezygnował Gambetta. Dla Francuzów Guido stawał się persona non grata. Ostatecznie zasugerowano mu, by wyjechał z Paryża. I tak też się stało. Przeprowadzili się na Śląsk do posiadłości hrabiego w Świerklańcu. W 1870 roku, Guido wywiózł La Paivę do Świerklańca, bojąc się o jej życie (była przez Francuzów posądzana o szpiegostwo). Przeżyła z nim 28 lat, w tym 13 lat w związku małżeńskim, aż do śmierci.

 

"Mały Wersal"


Górny Śląsk nie przypominał Paryża, a Świerklaniec był miejscem cichym i spokojnym. Kamienny XIII-wieczny zamek, w którym zamieszkali, nie gwarantował paryskich warunków do jakich Blanche miała okazję przywyknąć. Wokół podmokły teren powodujący reumatyzm i wszechobecne komary. Pokochała jednak to miejsce, choć zapewne zdarzało się jej narzekać na nudę. Wówczas zakochany w swojej żonie Guido podejmuje karkołomną decyzję. Na tyłach Starego Zamku (niem. Alte Schloss) postanawia wybudować dla niej nowy, wspaniały pałac (niem. Neue Schloss) w stylu Ludwika XIII zwany "Małym Wersalem".

Stary zamek w Świerklańcu

Nowy zamek tzw. Mały Wersal

Mały Wersal

 

Od tego pomysłu nie odwiódł go nawet podmokły teren. Kazał go…osuszyć. Wbito więc w ziemię 2 tys. dębowych pali, każdy o długości 10 m. Projekt pałacu nawiązywał do Wersalu (choć niektóre źródła mówią że miał być kopią nieistniejącego dziś pałacu Tuileries w Paryżu).


Zaprojektował go wybitny francuski architekt Hector Lefuel (1810-1880), nadworny architekt Napoleona III, jeden z twórców Luwru. Sława cesarskiego architekta przyniosła mu zlecenie budowy pałacu w Świerklańcu. Do fazy projektowania przystąpił jeszcze w 1868 roku, czyli przed wybuchem wojny francusko-pruskiej. Budowa została zakończona w 1876 roku. Podstawowym środkiem wyrazu zewnętrznej elewacji świerklanieckiego pałacu, stało się zastosowanie dwubarwnego wątku muru, w którym czerwona cegła lica ścian kontrastowała z bielą obramowań narożników i okiennych otworów. W projekcie Lefuel zastosował różnorodność kształtów pałacu.


Efekt dynamizmu osiągnięto przez sylwetkę dachu i brył kształtujących fasady, które symetrycznie cofały się i występowały w formie ryzalitów. Świerklaniecki pałac został zaprojektowany jako kompleks składający się z korpusu głównego z ryzalitem środkowym, przekrytym wypiętrzonym do góry dachem. Każdy z członów kompleksu odznaczał się wyrafinowanymi proporcjami, wyeksponowanymi dodatkowo za pomocą tarasu, idealnie wpisującego pałac w jego parkowe otoczenie. Całość budowli była utrzymana w stylu francuskiego neorenesansu. Korpus budowli na osi północ-południe miał 92 m długości. W narożach pałacu, od strony ogrodu, wzniesiono dwa kolejne ryzality, a od strony podjazdu dwa płytkie skrzydła z alkierzami, które tworzyły wewnętrzny dziedziniec.

Dowód miłości Guida do Blanche - Nowy Pałac (Neue Schloss) zwany Małym Wersalem - rekonstrukcja. Źródło A. Kuzio-Podrucki, M. Ogiński, Rezydencje śląskiej szlachty. Bytom, Piekary Śląskie, powiat lubliniecki.jpg

Niestety, do dzisiaj udało się odnaleźć iewiele fotografii wnętrz pałacu. Istniała tam m.in. Sala Czerwona udekorowana dziełami znanych malarzy, ale najbardziej reprezentacyjna była trzyczęściowa sala balowa z emporami, gobelinami, mozaikami i okładzinami z malachitu. W pałacu znajdowały się 34 bogato wyposażone komnaty, 6 odrębnych apartamentów z ekskluzywnymi łazienkami (złocona armatura, włoskie i hiszpańskie kafelki, marmurowe okładziny i kryształowe lustra), nowoczesne systemy ogrzewania i wentylacji. Pałacowa biblioteka słynęła z dzieł wybitnych autorów, m.in. Droysen, Schlosser, Goethe i Schiller. Urządzeniem wystroju wnętrz w Neue Schloss zajmowała się francuska firma Dom Christofle.


Ich dziełem jest m.in. wielki kominek z postacią Diany, autorstwa rzeźbiarza Ernesta Eugéne’a Hiolle’go, a także balustrada z pełnoplastyczną rzeźbą pawia z żelaza i złoconego brązu. Pracowali tu również wybitni francuscy artyści. Niestety nie ocalało żadne zdjęcie ich dzieł, a elementy pałacowego wyposażenia zostały rozkradzione w trakcie wojny lub zaraz po niej.

Gabinet księcia Guido Henckel von Donnersmarck w Świerklanieckim pałacu

Salon Myśliwski w Małym Wersalu

Duży Salon w pałacu w Świerklańcu

Korytarz pałacowy

Pałac zachwycał. Wokół niego powstał wspaniały park i dziedziniec bogato i gustownie zdobiony. Obok sporych rozmiarów staw z wysepką na środku. Na pałacowym dziedzińcu umieszczono cztery rzeźby autorstwa Emmanuela Fremieta. Wykonane na zlecenie Guido rzeźby są dowodem zafascynowania tematyką zwierząt i imponują dynamizmem ukazania swoich postaci.

Na uwagę zasługuje fakt, iż świerklaniecki park jest jedynym miejscem skupiającym tak wiele rzeźb tego sławnego francuskiego rzeźbiarza. Jego dzieła znajdują się tam do dzisiaj, choć niewiele osób zdaje sobie sprawę, kto jest ich twórcą. W centralnym miejscu dziedzińca stoi fontanna będąca kopią paryskiej z Obserwatorium Astronomicznego

Częstym gościem w Świerklańcu był Cesarz Wilhelm II (w 1900, 1904, 1906 i 1910 r.), który co prawda nie przepadał za Guido, jednakże ten był bardzo poważany w kręgach politycznych cesarstwa. Guido stał się prawdziwym śląskim potentatem przemysłowym. Był właścicielem hut "Donnersmarck" (Zabrze), "Bethlen-Falva" i "Deutschland" (Świętochłowice), huty cynku "Guidotto" w Chwałowicach, kopalń "Schlesien" (Chropaczów), "Donnersmarck" (Chwałowice), "Karsten-Centrum" (Bytom), "Andaluzja" (Piekary Śląskie) i fabryki celulozy w Kaletach. Był także założycielem pierwszej na Śląsku spółki akcyjnej "Śląskie Kopalnie i Cynkownie" z siedzibą w Lipinach. Wsparł finansowo budowę katolickich kościołów w Reptach, Mikulczycach, Wieszowej, Kamieniu, Starych Tarnowicach, Świerklańcu, Zabrzu i Tarnowskich Górach, choć sam był protestantem. 2,5 miliona marek przeznaczył na istniejącą do dzisiaj fundację "Fürst-Donnersmarck-Stiftung" wspierającą edukację jego urzędników, pracowników oraz ich dzieci. Był szanowany i podziwiany. Miał swoje rezydencje w Paryżu, Berlinie, Rottach-Egern, Reptach oraz Świerklańcu, gdzie był piastowski zamek i nowy pałac zwany „Małym Wersalem”.

Biała dama ze Świerklańca

Blanche Henckel von Donnersmarck

Ogromną miłośniczką wspaniałych klejnotów była markiza de Paiva, pierwsza żona Guido Henckel von Donnersmarck. Zaopatrywała się w biżuterię w założonej w 1780 r. firmie jubilerskiej Chaumet, zlokalizowanej w Paryżu na placu Vendome pod nr 12. Klientami tej firmy były koronowane głowy z całej Europy. Znany jest piękny diadem wykonany w firmie Chaumet dla markizy de Paiva. Jednak zdecydowana większość znanych, należących do Niej klejnotów pochodzi z firmy jubilerskiej Boucheron.  Co ciekawe, zachowały się w archiwach firmy zapiski świadczące o poszczególnych transakcjach. W okresie między 1878 a 1883 r. markiza de Paiva 30 razy odwiedziła jubilera, zamawiając wspaniałe klejnoty. W archiwach zachował się zapis o jej wizycie w dniu 27 października 1882 r., kiedy to zakupiła: 1 perłę za 60 000 franków, 2 szmaragdy 144 karatowe za 14 256 franków, 1 szmaragd 59 karatowy za 4 974 franków, 2 rubiny 10 karatowe  za 17 540 franków, dwa  inne rubiny 12 karatowe za 8 050 franków,  1 szafir 43 karatowy za  23 000 franków i 23 perły za 30 107 franków. Markiza wydała tego dnia 157 957 złotych franków. W wymienionych wyżej latach Markiza de Paiva – hrabina Donnersmarck wydawała rocznie u Buocherona 100 000 franków na swoją biżuterię. Jednym z ważniejszych zakupów była wspaniała obręcz zawierająca kilkaset diamentów, zaprezentowana w 1878 r. na Światowej Wystawie. Ostatnia wizyta u Boucherona miała miejsce 14 marca 1883 roku, podczas której markiza oświadczyła, że za kilka tygodni wyjeżdżają do Świerklańca i już tutaj nie wrócą, a podróż jest długa i  jej biżuteria potrzebuje największego komfortu. Frederic Boucheron bez dyskusji zaoferował wykonanie trzech pudeł z narożnikami stalowymi i zamkami, jednego na biżuterię z pereł, drugiego na diamenty i trzeciego na pozostałe klejnoty z szafirów, rubinów i szmaragdów. Ponadto wykonał torbę z marokańskiej skóry na skrzynki z biżuterią. I z tym cennym skarbem markiza udała się na stałe na Śląsk, do swojej pięknej posiadłości w Świerklańcu, wybudowanej dla niej przez jej męża hrabiego (późniejszego księcia) Guido Henckel von Donnersmarck. Większość biżuterii po śmierci markizy otrzymała druga żona księcia – Katarzyna Slepcov, a później ich spadkobiercy. Przez wiele lat ten wspaniały skarb pozostawał w ukryciu,  w ostatnich latach w najlepszych domach aukcyjnych pojawiają się elementy biżuterii Paivy i osiągają zawrotne ceny.

Słynna tiara (diadem) Blanche

Przepiękny pałac w Świerklańcu, otoczony parkiem stanowił nową siedzibę rodu Donnersmarck. Stał się miejscem spotkań towarzyskich. Niestety, wilgotny klimat Świerklańca nie służył Blance. Chorowała na reumatyzm, a to z kolei spowodowało kłopoty z sercem. Zmarła jednak na skutek wypadku w 1884 roku. Podczas konnej przejażdżki szal zaplątał się w gałęzie drzew i udusił ją. Została pochowana w rodzinnym mauzoleum Donnersmarcków w Świerklańcu. Jednak zanim to nastąpiło Guido Henckel von Donnersmarck, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią ukochanej żony, zakonserwował (podobno) jej zwłoki i umieścił w jednej z komnat. Dopiero jego druga żona Katarzyna Slepcov kazała przenieść zwłoki do mauzoleum.

Stare Mauzoleum Donnersmarcków - ostatnią pochowaną tam osobą była markiza de Paiva czyli Blanka Donnersmarck - ukochana pierwsza żona późniejszego księcia Guido

Niestety, w 1945 roku mauzoleum zostało splądrowane, doczesne szczątki markizy okrutnie sprofanowano. Rozrzucone wokół mauzoleum kości zostały skrupulatnie pozbierane przez księdza ze Świerklańca i powtórnie pochowane na starym cmentarzu ewangelickim w lesie na granicy Świerklańca i Chechła. Cmentarz ten jest aktualnie haniebnie zaniedbany i nie wiadomo gdzie spoczywają „resztki” tej przewspaniałej kobiety.


O śmierci markizy de Paiva, żony hrabiego Guido Henckel von Donnersmarck donosiły gazety na całym świecie. Już 24 stycznia 1884 roku w Paryżu "La vie parisienne" doniosła, że „księżna Donnersmarck (to błąd autorów – zmarła jako Hrabina - zanim jej mąż w 1901 roku otrzymał tytuł Księcia), znana bardziej jako markiza de Paiva zmarła w rezydencji Neudeck (Świerklaniec) we wtorek wieczorem, o godzinie 16:00". W obszernym artykule przypomniano życiorys zmarłej. Świerklaniec zapisał się na stałe w historii XIX wieku. Blanche Henckel von Donnersmarck zmarła w 1884 roku, mając ok. 67 lat. Nie ma już dzisiaj śladu po niej. Miejsce, gdzie spoczęło ciało Blanche też już nie istnieje. Zmarła w  1884 roku, nie zostawiając Guidonowi potomstwa. W 1885 roku Rosalie Coleman (z d. Pareut, 1835–1915) urodziła mu nieślubnego syna - Oda Deodatusa I (1885-1926).


Podobno w 1945 r. zmumifikowane zwłoki markizy de Paiva (Guido po jej śmierci nakazał mumifikację) wywleczono z krypty i oparto o uszkodzoną kratę broniącą wejścia. Wokół walały się drobne przedmioty, kiedyś należące do niej. Potem jej resztki rozwleczono po parku, a ktoś z litości zakopał gdzieś to, co z niej pozostało. Ale pamięć o tej niecodziennej kobiecie przetrwała. Narodziły się też legendy o "Białej damie ze Świerklańca". Podobno Blanche była pierwowzorem dla postaci Nany w powieści Emila Zoli, a także panny Mimi w "Cyganerii" Pucciniego. Jej portret malował sam Eugene Delacroix czy też Franz von Lenbach. Hrabina Blanche Henckel von Donnesmarck była również wielbicielką klejnotów, na które nie szczędziła pieniędzy. 27 października 1882 r. zakupiła klejnoty za sumę 157 957 franków w złocie. W jej szkatule znajdowała się biżuteria należąca niegdyś do koronowanych głów. W dniu ślubu z hrabią miała na sobie diamentowe kolczyki, kosztujące łącznie 300 tys. dolarów.

 

Po śmierci markizy de Paiva Guido Henckel von Donnersmarck ożenił się ponownie w 1887 r. Jego wybranką została   Katarzyna Slepcow.

Guido ponownie się ożenił. Drugą żoną (1887) była Katarzyna Slepcow (1862-1929), pochodząca z Rosji szlachcianka, z którą miał dwóch synów. Guidotto (1888-1959) był 2. księciem von Donnersmarck, a hrabia Kraft (1890-1977) 16. wolnym panem stanowym Bytomia.

 

Z lewej hrabia Kraft, z prawej książę Guidotto - ostatni właściciel Świerklańca

Hrabia Kraft Henckel von Donnersmarck (ur. 12 marca 1890 r., zm. 1 września 1977 r.) – ostatni pan Rept i Starych Tarnowic, najstarszych dzielnic dzisiejszych Tarnowskich Gór. Był także jedynym panem rezydencji pałacowej w Reptach.


Po śmierci ojca w 1916 r. wspólnie z bratem księciem Guidottem zarządzali odziedziczoną fortuną. Zgodnie z wolą ojca, jego osobistym majątkiem stał się fideikomis repecko-tarnowicki.


Jego rezydencją był pałac w Reptach wybudowany w latach 1893-1896 wg projektu bawarskiego architekta Gabriela von Seidla w stylu neorenesansu niemieckiego.


W 1945 r. Kraft, jak i reszta rodziny, stracił swój pałac i śląską fortunę. Przeniósł się do Bawarii. Później mieszkał także w Berlinie Zachodnim. Od tamtejszego Uniwersytetu Technicznego uzyskał godność Honorowego Senatora. W 1959 r. po swym starszym bracie, księciu Guidotto odziedziczył tytularną godność 16. wolnego pana stanowego Bytomia.


Pałac w Reptach spłonął w 1945 r. Zachowane mury coraz bardziej niszczały, by ostatecznie zniknąć. Na jego miejscu w l. 70. XX w. wybudowano kompleks obecnego Górnośląskiego Centrum Rehabilitacji. Z całego zespołu pałacowo-parkowego przetrwał tylko park i mocno przebudowana masztalarnia.  Hrabia Kraft zmarł w Rottach-Egern. Został pochowany na tamtejszym cmentarzu obok brata i jego żony.

 

Guidotto Henckel von Donnersmarck (ur. 23 maja 1888, zm. 23 grudnia 1959) – niemiecki magnat ziemski i przemysłowy, hrabia Henckel, 2. książę von Donnersmarck, ostatni pan Świerklańca, tytularny pan Tarnowskich Gór. Do końca życia był kawalerem.


W lutym 1909 r. ożenił się ze starszą o cztery lata bawarską księżniczką Anną zu Sayn-Wittgenstein-Berleburg. Rodzina panny młodej należała do najlepszej niemieckiej arystokracji. Wywodzili się z rodu hrabiów von Sponheim i książąt Karyntii. Swymi początkami sięgają XI w.


Książę z rodziną zamieszkali w Rottach-Egern w bawarskich Alpach, niedaleko granicy z Austrią. Guidotto zmarł pod koniec 1959 r. Jego żona, Anna zmarła niecałe sześć lat później. Pałac w Świerklańcu  został splądrowany i podpalony w 1945 r. i ostatecznie zniszczony w czasach PRL.

Portret Katarzyny Slepcov

Katarzyna Slepcov - druga żona księcia Guido Henckel von Donnersmarck - Pani na Świerklańcu (w starszym wieku zamieszkała w pałacu w Kozłowej Górze) - zapamiętana przez mieszkańców Świerklańca jako osoba o bardzo dobrym sercu, chętnie niosąca pomoc ubogim, chorym i cierpiącym.

Pałac Kozłowa Góra - po śmierci męża zamieszkała w nim Katarzyna Slepcov

„Slovenski narod” w dniu 7 grudnia 1907r. donosił:
 
„Najdrogocenniejszą kolię na całym świecie ma żona niemieckiego księcia Henckel von Donnersmarck. Książę Donnersmarck jest najbogatszym niemieckim arystokratą, który ma wiele przedsiębiorstw przemysłowych. Jego żoną jest Rosjanka, Katarzyna z domu Slepcov. Wspomniana kolia jest zestawiona z trzech części pochodzących z różnych okresów. Jeden naszyjnik należał kiedyś do Królowej Marii, siostry zmarłej austriackiej Cesarzowej Elżbiety ( Sissi),  drugi naszyjnik nosiła onegdaj żona pierwszego hiszpańskiego granda, trzeci natomiast był własnością Cesarzowej Eugenii.  Z powodu tych historycznych uwarunkowań wartość tej kolii jest trzykrotnie wyższa niż wartość samych klejnotów. Była Cesarzowa Niemiec miała kolię z 32 pereł o wartości 800 000 marek." Co do klejnotów, to większość z nich Katarzyna odziedziczyła po Paivie, która była wielką miłośniczką biżuterii. Perły Cesarzowej Eugenii otrzymała jako dar od zakochanego Guido w noc poślubną.

Zielone szmaragdy w tiarze Katarzyny

W nocy z 6 na 7 listopada 1917 r. wybuchła w Piotrogrodzie (Petersburgu) Wielka Socjalistyczna Rewolucja Październikowa. Pomimo dystansu dzielącego Górny Śląsk i Rosję, również Donnersmarckowie zetknęli się z tymi dramatycznymi wydarzeniami. Druga żona księcia Guido - Rosjanka Katarzyna Slepcow zaangażowała się w pomoc uciekającym przed bolszewikami Białym Rosjanom, udzielając im tymczasowego azylu w świerklanieckim pałacu.

Guido Henckel von Donnersmarck i Katharina Slepcow przed zamkiem w Reptach

Guido i Katarzyna w Reptach

Zamek Repty

Smutny los spotkał pałac w Świerklańcu. Przetrwał obie wojny światowe, ale niestety nie przetrwał spotkania z Armią Czerwoną i szabrownikami. Rok 1945 położył kres ponad 300 - letniej obecności Donnersmarcków na Śląsku. Zamek i pałac zostały splądrowane i podpalone w 1945 roku i ostatecznie zniszczone w czasach PRL. Nadający się budulec uzyskany z ruin oraz marmury i kamienne bloki posłużyły do budowy Pałacu Kultury Zagłębia w latach 1951-1958. W 1962 bez wiedzy ówczesnego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków wysadzono resztki ruin zamku. Z zespołu pałacowego do dzisiaj ocalały baseny, tarasy i fontanny, Pałac Kawalera oraz kościół z grobowcami rodziny. Autorem rzeźb na tarasie, które ocalały do dziś, był Emanuel Fremiet. Dwie pochodzące z parku pałacowego rzeźby lwów znajdują się w Zabrzu (zdobią wejście do parku przy ulicy 3 Maja), natomiast brama do pałacu zdobi dziś wejście do ogrodu zoologicznego w chorzowskim parku rozrywki. 

 

Pałac Kawalera powstał w latach 1903-1906 jako reprezentacyjna rezydencja dla gości Guido. Jednym z pierwszych był sam Cesarz Wilhelm II Hohenzollern. Cesarz Wilhelm II (polował w 1900, 1904, 1906 i 1910 r.), który co prawda nie przepadał za Guido, jednakże ten był bardzo poważany w kręgach politycznych cesarstwa.

Pałac Kawalera

Rezydencja rodu Donnersmarcków została wybudowana specjalnie dla Wilhelma II, który przyjeżdżał do Świerklańca na polowania. Budowlę wzniesiono w parku świerklanieckim w pobliżu nieistniejącego już pałacu zwanego "Małym Wersalem" lub "Śląskim Wersalem". Obiekt w stylu francuskiego neobaroku został zaprojektowany przez Ernesta von Ihne. Wewnątrz znajdowały się amerykańskie wanny Royal, podłogi z dębowego parkietu, posadzki z marmuru, oraz doskonale działające centralne ogrzewanie. Na frontonie pałacu wyryto napis: "Memento vivere" (Pamiętaj o życiu), napis miał zachęcać do zabawy. Rezydencję rodu Henckel von Donnersmarck otacza 185-hektarowy park w stylu francuskim. Ernst von Ihne stworzył budowlę na planie zbliżonym do kwadratu z ryzalitami na osiach elewacji. Ze względu na podmokły teren pałac postawiono na ołowianej płycie.

 

W innej części parku stoi przepiękny kościół wraz z mauzoleum. Jest kopią znajdującego się niegdyś w Berlinie kościoła St. George’s Anglican Church w kompleksie pałacowym Monbijou - zniszczonych w trakcie alianckich nalotów. Projektantem obydwu był urodzony w Pszczynie Julius Carl Raschdorff, ulubiony architekt Cesarza Niemiec. Świerklaniecki kościół, jako świątynia ewangelicka, został założony na planie prostokąta i zorientowany na kierunku wsch.-zach., gdzie umieszczono wejście główne. Od strony północnej dostawiono zakrystię, od południowej boczną kruchtę. Wnętrze kaplicy ukształtowane zostało tradycyjnie dla świątyń ewangelickich, czyli bez podziału na nawy i prezbiterium.

Do północnej ściany przylega neogotycki krużganek założony na planie litery "L", który łączy bryłę kościoła z mauzoleum Donnersmarcków. Zostało ono założone na planie krzyża i jest budowlą dwukondygnacyjną. W podziemnej części powstała krypta grobowa z 19 komorami grobowymi wykonanymi z betonu. Co ciekawe, podłoga była wykonana w taki sposób, by możliwy był pochówek w ziemi. Stało się tak z powodu drugiej żony księcia Guido, Rosjanki Katarzyny von Slepcow, która jako greko-katoliczka, zgodnie z zasadami swojej wiary, zobowiązana była do takiej formy wiecznego spoczynku. Na szczycie dachu mauzoleum znajduje się przepiękna figura anioła prawdy i pokoju.

Pogrzeb Księcia von Donnersmarck w parkowym kościele-mauzoleum - grudzień 1916 r.

Księżna spoczywa w Mauzoleum przy Kościele w Parku w Świerklańcu, gdzie pochowana została jako druga (po księciu Guido) i ostatnia Osoba. Księżna zmarła 10.02.1929 r. w wieku 67 lat w pałacu w Kozłowej Górze, w którym mieszkała po śmierci swojego męża.

Pogrzeb księżnej Katarzyny Slepcov, drugiej żony księcia Guido H.v Donnersmarck w 1929 r.

Hrabia zapraszał do swojej posiadłości na polowania znakomitych gości. Przebywał tu czterokrotnie Cesarz Wilhelm II. W parku posadzono drzewa i rośliny sprowadzane z całego świata. Rosną tu między innymi: buki japońskie, tulipanowce, chojna kanadyjska, różne odmiany dębów, buków, kasztanowców oraz sosny wejmutki, platanowce oraz wiele innych. Guido jako przyjaciel Alfreda Kruppa i Ottona von Bismarcka posiadał także spore wpływy polityczne. Po Alfredzie Kruppie był najbogatszym człowiekiem w ówczesnych Niemczech. Cesarz niemiecki Wilhelm II, 18 stycznia 1901 r., nadał mu dziedziczną godność pruskiego księcia von Donnersmarck (Primogenitur) z tytułem "Książęca Mość". Gościł tu także syn Cesarza Wilhelma II, kronprinz Wilhelm z żoną Cecylią.

Polowanie z udziałem księcia Wilhelma, następcy tronu Prus i Niemiec. Ilustracja z czasopisma „Sport im Bild” z 1914 r.

Następca tronu Wilhelm i Księżniczka Cecylia z księciem Guido Henckel von Donnersmarck w Świerklańcu, grudzień 1906 r.

 

Kronprinz Wilhelm i książę Guido Henckel von Donnersmarck

Guido Henckel von Donnersmarck

Wiemy czym podejmował Cesarza Wilhelma II gospodarz Świerklańca podczas uczt - tekst pochodzi ze strony internetowej www.kliczkow.com.pl/uploads/ZastolemwKliczkowie.pdf:

Zamek w Świerklańcu

 "Najwykwintniej, by nie rzec - po cesarsku, jadał Wilhelm II na Śląsku podczas odwiedzin księcia Guido Henckela von Donnersmarcka w Świerklańcu, u którego był częstym gościem i którego bardzo cenił - jednego z największych magnatów przemysłowych w Niemczech, właściciela wielu kopalń, hut i stalowni na Górnym Śląsku, posiadającego też liczne inwestycje w Zagłębiu Ruhry, we Francji, na Sardynii, w Karyntii, na Morawach i w Królestwie Polskim na ziemiach zaboru rosyjskiego. Książę hołdował kuchni francuskiej, co znalazło odzwierciedlenie na stole podczas przyjęcia wydanego z okazji przyjazdu Cesarza w listopadzie 1910 roku. W karcie dań znalazły się tego dnia: consomme a la Souvaroff, pączki a la Magador, karp na niebiesko, polędwica wołowa po włosku, filet z bażanta a la Montignano, kaczka pieczona na ruszcie, sałatka orientalna, zielone szparagi po parysku, ananas a la Palermo, rożki z ciasta francuskiego a la Rubino. Menu o tyle wykwintne, iż nawet dziś nie sposób odnaleźć w dawnych książkach kucharskich receptur na wszystkie wymienione specjały. Książę von Donnersmarck nie przejmował się najpewniej przywiązaniem Cesarza do swoiście pojętej prostoty na talerzu. Dodajmy jednak - zielone szparagi po parysku oraz ananas a la Palermo były głębokim ukłonem księcia w stronę Jego Wysokości".

Jedna z ciekawszych fotografii wykonana przez tarnogórskiego fotografa Otto Reiche przed pałacem w Świerklańcu - na zdjęciu właściciel Małego Wersalu Guido Henckel von Donnersmarck i jego znamienity gość Cesarz Wilhelm II.

Powitanie Cesarza Wilhelma II przez księcia Gwidona Henckel von Donnersmarck na starym dworcu w Radzionkowie. Cyframi oznaczeni: 1) Cesarz Wilhelm II Hohenzollern, 2) książę Gwidon Henckel von Donnersmarck, 3) marszałek dworu, hrabia Eulenburg, 4) starosta tarnogórski von Schwerin, 5) książę Krystian Kraft Hohenlohe, 6) hrabia Cuno Moltke, 7) książę von Schönburg, 8) tajny radca dworu Schwerin, 9) hrabia Wollff-Metternich, 10) hrabia Görtz-Schlitz, 11) generał von Scholl. Mamy opis tej wizyty:

 

"Wilhelm II uwielbiał polowania i m.in. z tych powodów odwiedzał śląskich arystokratów, którzy swym bogactwem niejednokrotnie mu dorównywali. Jedna z takich wizyt miała miejsce jesienią 1900 r., gdy zawitał do hrabiego Guido Henckel von Donnersmarcka ze Świerklańca. Upolowaną zwierzynę liczono w setki, a nawet tysiące. Dokładnie dwa miesiące później Cesarz nadał tytuł księcia świerklanieckiemu gospodarzowi hrabiemu Guido. Gdy Wilhelm przyjechał 26 listopada 1904 r. zamieszkał w dopiero co wybudowanym Domu Kawalera, niewielkim pałacyku położonym tuż obok Małego Wersalu. Był tam pierwszym gościem. Plan kolejnej wizyty w 1906 r. opisała ówczesna Gazeta Katolicka: W sobotę 1 - go grudnia br. przyjedzie Cesarz pociągiem osobnym w nocy na dworzec radzionkowski, gdzie zostanie przyjętym przez księcia Donnersmarcka i zaprowadzonym do pałacu w Świerklańcu. Tam odbędzie się w niedzielę 2 - go grudnia nabożeństwo, które będzie odprawiał superintendent Bojanowski z Tarnowskich Gór. Następnie odbędzie się uczta familijna, przechadzki, itd. W poniedziałek o godz. 3/4 8 rozpoczyna się polowanie. We wtorek 4 - go grudnia nastąpi po śniadaniu wyjazd Cesarza osobnym pociągiem z dworca radzionkowskiego."

Przed pałacem w 1910 roku w trakcie cesarskiej wizyty

Wracając do tematu polowań w lasach wokół Świerklańca pocztówka z przełomu wieku XIX i XX

Pałac w Świerklańcu oraz zaprzęg księcia na pocztówce z początku XX wieku

Ostatni raz Cesarz przebywał w Świerklańcu 24-26 listopada 1910 r. Wówczas celem wizyty było odsłonięcie pomnika Króla Fryderyka II Wielkiego w pobliskim Bytomiu oraz oczywiście polowanie.

Grafika, przedstawiająca wizytę Cesarza Wilhelma II Hohenzollerna w Świerklańcu (Cesarz i Książę Guido widoczni są z lewej strony).

 

Podczas polowań w dobrach księcia Guido przestrzegano tradycji i zwyczajów łowieckich. m.in. honorowano szczęśliwego strzelca i ubitą zwierzynę gałązką złomu. Stanisław Cenker (leśnik, myśliwy, śląski działacz polonijny dop. autora) relacjonował:


"(...) Zgodnie z łowieckim zwyczajem podszedłem do kępy świerczyny, uciąłem dwie gałęzie. I jedną z nich złożyłem na jeleniej komorze, w miejscu wlotu kuli. Drugi złom świerczyny, po lekkim zanurzeniu w farbie jelenia wręczyłem przepisowo na kordelasie uszczęśliwionemu myśliwemu. Pułkownik zdjął swój myśliwski kapelusz i odebrał symboliczny złom jako wyraz gratulacji".

Służby leśne Donnersmarcków dbały o zwierzynę łowną w swoich lasach. Na załączonej pocztówce akcja dokarmiania dzików w lesie w okolicach miasteczka (tzw. Tylina)

Takie jelenie strzelano w łowiskach księcia

 Wilhelm II był lubiany przez jednych, a nienawidzony przez drugich. Bywał na Śląsku często i zawsze polował. Uchodził za kobieciarza. Często się to powtarza w przekazach o jego wizytach. Pokazywany był jako myśliwy, odwiedzający zamki i pałace. Bywał u księcia Donnersmarcka w Świerklańcu i Reptach, u książąt pszczyńskich: Hochberga XI i XV, u hrabiego von Tiele-Wincklera w Mosznej. Mówiono o nim, że był "kobieciarzem" - tak pisze o nim Gabriela Horzela-Szubińska na http://www.montes.pl . Nie wiem czy był kobieciarzem. Prawdę mówiąc nic na to nie wskazuje - dop. autora.

Polowania u Tiele-Wincklerów w Reptach i Mosznej

Zamek  w Mosznej

Moszna położona jest na szlaku komunikacyjnym łączącym Prudnik z Krapkowicami. Nazwa wioski pochodzi prawdopodobnie od nazwiska Moschin, rodziny przybyłej do parafii Łącznik w XIV wieku. Jak głosi legenda, Moszna w średniowieczu należała do Zakonu Templariuszy

 

Najstarsze informacje o wsi pochodzą z XIV wieku. W drugiej połowie XVII stulecia majątek był własnością rodziny von Skall. W 1695 roku Urszula Maria von Skall (z domu von Reiswitz) spisała testament, w którym na spadkobiercę wyznaczyła syna Wilhelma Leopolda. Hrabina zmarła w 1725 roku a majątek przeszedł w ręce kuzyna - hrabiego Georga Wilhelma von Reiswitz, marszałka dworu Fryderyka Wielkiego. Barokowy pałac powstał prawdopodobnie w drugiej połowie XVIII wieku. Była to wówczas niewielka budowla pozbawiona skrzydeł bocznych. Po śmierci Georga w 1764 roku, kolejnym panem na włościach został jego syn, Heinrich Wenzel. W 1771 roku z nieznanych bliżej powodów rodzina von Reiswitz musiała rozstać się z Moszną. Po licytacji nowym właścicielem został Henryk Leopold von Seherr-Thoss. W rękach rodziny majątek pozostał do 1854 roku, kiedy hrabia Karol odsprzedał go Henrykowi von Erdmansdorf. W 1866 roku Mosznę zakupił śląski potentat przemysłowy Hubert von Tiele-Winckler.

Hubert Gustaw Wiktor von Tiele-Winckler (ur. 8 czerwca 1823 roku w Kominkach koło Reszla, zm. 12 września 1893 roku w Partenkirchen) – niemiecki szlachcic, właściciel dóbr katowickich.

Franz von Winckler - teść Huberta, właściciel m.in. pałacu w Miechowicach

Franz Winckler, urodził się w niezamożnej rodzinie zarządcy majątku ziemskiego, miał ośmioro rodzeństwa. Uczęszczał do szkół w Kłodzku, Nysie oraz szkoły górniczej w Tarnowskich Górach. W tarnowickiej szkole poznał Friedricha Wilhelma Grundmana. Pracował jako górnik w kopalniach węgla kamiennego w Zabrzu i Królewskiej Hucie. Był sztygarem w kopalni Maria w Miechowicach (obecnie dzielnica Bytomia), której po pewnym czasie zostaje zarządcą. Po śmierci właściciela – Franza Aresina zostaje zarządcą jego całych dóbr.

 

Już jako współwłaściciel (poślubił wdowę po Franzu Aresinie) powiększa je poprzez zakup dóbr rycerskich Bogucice-Katowice z osadami Karbowa i Brynów (1839, od Karla F. Lehmanna) oraz Ordynacji Dóbr Mysłowickich po Mieroszewskich (1841, od rządu pruskiego). Przedsiębiorca w Katowicach ustanawia zarząd swoich dóbr a zarządcą Katowic swojego przyjaciela Friedricha Grundmana, który wraz z Richardem Holtzem przyczynili się do rozwoju Katowic i nadania im praw miejskich.

 

Zgromadził duży majątek, między innymi był właścicielem lub współwłaścicielem 69 kopalń węgla kamiennego, 14 kopalń rud, wielu hut cynku i żelaza. Za swoje zasługi dla rozwoju regionu w 1840 został mu nadany przez Króla Prus tytuł szlachecki.

Nieistniejący pomnik Franza von Wincklera w Katowicach

Był dwukrotnie żonaty, po raz pierwszy z Alwiną Kalide, siostrą śląskiego rzeźbiarza Theodora Erdmanna Kalide oraz po jej śmierci z Marią Aresin, wdową po Franzu Aresinie. Jego córka z pierwszego małżeństwa – Valeska razem ze swoim mężem Hubertem von Tiele kontynuowała dzieło swojego ojca. Wnuczką Franza von Wincklera była Ewa von Thiele-Winckler, zwana Matką Ewą, zakonnicą i zasłużoną dla Śląska działaczką socjalną.

Pałac w Miechowicach

W 1854 roku żoną Huberta Tiele została Waleska von Winckler – córka Franza von Wincklera, właściciela m.in. Miechowic i Katowic. Dzięki temu uzyskał prawo używania nazwiska i herbu żony (połączenie nazwisk i herbów von Tiele-Winckler według nadania ks. von Mecklemburg-Schwerin z 6 grudnia 1854 r. Od 1863 roku był właścicielem Kujaw k. Prudnika; od 1866 roku – miejscowości Moszna. W 1892 roku wielki książę meklemburski Fryderyk Wilhelm zatwierdził utworzenie przez Huberta majoratu, w którego skład weszły 33 górnośląskie posiadłości ziemskie. Po śmierci żony ożenił się powtórnie 14 marca 1883 r. z Różą von der Schulenberg. Umarł w Partenkirchen, pochowano go w Miechowicach (obecnie dzielnica Bytomia), następnie grób przeniesiono do Mosznej. Hubert był teściem pruskiego ministra i starosty katowickiego Hansa Hermanna von Berlepscha.

 

Valeska Franciszka Charlotta Florentyna Maria Luiza von Winckler (ur. 26 sierpnia 1829 roku w Miechowicach, zm. 18 maja 1881 roku w Berlinie) — górnośląska szlachcianka wywodząca się z klasy robotniczej. Prapraprababcia księcia Schaumburg-Lippe Aleksandra.

Valeska von Tiele-Winckler

Nazwisko Tiele-Winckler jest wynikiem połączenia dwóch rodzin - von Tiele oraz Winckler. Porucznik Hubert Gustaw von Tiele w 1854 roku poślubił Valeskę Winckler, córkę Marii i Franza Winckler, jedyną spadkobierczynię ogromnego majątku.


Dziwne imię Valeska wywodzi się od czeskiego określenia "zlatovláska", czyli złotowłosa, które w języku niemieckim przybrało właśnie tę formę. Valeska, córka niegdysiejszego górnika, stanie się jedną z najbogatszych panien na wydaniu w Europie. Jest nastolatką, gdy jej ojciec Franz Winkler dostaje tytuł szlachecki za wybitne pomnażanie majątku. Córka odziedziczy po nim i Marii, która umiera w kilka lat po Franzu Wincklerze, dziesiątki kopalń węgla, galmanu, rud żelaza i hut. Bajeczny majątek.

Hubert von Tiele

Valeska ma legendarne powodzenie. Wybiera jednak przystojnego pruskiego oficera Huberta von Tiele, którego błyskawicznie poślubia. Mają dziewięcioro dzieci:


1. Franziska  ( 29.10.1855 - 02.05.1927 ).
2. Franz-Hubert ( 10.03.1857 - 14.12.1922 ) - pochowany ma cmentarzu w Mosznej.
3. Walther ( 09.10.1858 - 07.02.1909 ).
4. Günther ( 14.03.1860 - 18.06.1918 ).
5. Helene ( 27.09.1861 - 26.04.1933 ).
6. Hildegard ( 03.10.1863 - 19.02.1940 ).
7. Hans-Werner ( 28.02.1865 - 20.10.1914 ).
8. Eva ( 31.10.1866 - 21.06.1930 ).
9. Klara ( 05.11.1868 - 27.09.1946 ).

 

Uroda Valeski szybko więdnie z powodu nieustannych ciąż. Tymczasem Hubert poświęca się pracy i tak jak teść pomnaża majątek. Zwiększył go pięciokrotnie, ale Valeska już nie cieszy się bogactwem. Bardzo pomaga biednym i chorym, sama choruje. Umiera w wieku 50 lat. Wskutek ciężkiej choroby Valeska zmarła 18 marca 1880 roku w Berlinie.

Hubert trzy lata później ożenił się po raz drugi. Jego wybranką została Róża von Schullenburg, młodsza o prawie 25 lat.  Z hrabianką Różą von der Schullenburg  miał jeszcze jednego syna Rabana (ur. 28.10.1887 r., zm.   23.04.1936 r.). Małżeństwo przetrwało dziesięć lat, bowiem 12 września 1893 roku w Partenkirchen zmarł Hubert.

Hubert von Tiele-Winkler i jego dwie żony

Hubert zmarł 2.09.1893 r. w Partenkirchen i został pochowany w Miechowicach. W 1907 r. jego szczątki przeniesiono do Mosznej (wraz ze szczątkami jego pierwszej żony Valeski). Oboje spoczęli obok grobu Rose (zmarła w 1930 r.). Był pierwszym właścicielem tej miejscowości z rodu von Tiele-Winckler. W 1892 roku Hubert podpisał akt utworzenia majoratu, potwierdzony w Poczdamie przez Króla.

Nieistniejący już pomnik Huberta von Tiele-Wincler w parku w Mosznej, którego był założycielem

 

Portret Huberta von Tiele-Wincklera

Po jego śmierci majątek przeszedł w ręce najstarszego z synów, czyli Franza Huberta. Przed wybuchem I Wojny Światowej majątek rodziny Tiele-Winckler stawiał go na siódmym miejscu wśród najbogatszych rodzin w Cesarstwie Niemieckim.

Franz Hubert Peter von Tiele-Winckler - syn Huberta 

Franz Hubert Peter von Tiele-Winckler - syn Huberta i Valeski. Urodzony 10.03.1857 r. w Miechowicach. Jego małżonką została Marka Jelka, z d. von Lepel (1857-1942).

Marka Jelka, z domu von Lepel

Franz Hubert ożenił się latem 1886 roku z Jelką von Lepel. Po ślubie i powrocie z Chorwacji młoda para zamieszkała w pałacu w Miechowicach. W Prudniku Franzowi zaproponowano urząd starosty (1886-92). Trzy lata później Cesarz Wilhelm II nadał właścicielowi Mosznej tytuł hrabiego. Wtedy wówczas zmienił się także herb rodziny von Tiele-Winckler z 1854 roku. Do starszej wersji dodano trzymacze w postaci złotych lwów oraz koronę nad tarczą. Pod herbem widniała wstęga, na której umieszczono napis „FEST UND GETREU”, co w tłumaczeniu oznaczało MOCNY I WIERNY.

 

Jelka Marka Clementine Georgine von Tiele-Winckler (von Lepel), Gräfin – urodzona 20 czerwca 1857 r., zm. 5 września 1942 r. Córka Friedricha Wilhelma Karla von Lepel i Jelka /Helene von Lepel. Żona hrabiego Franza Huberta Petera von Tiele-Winckler. Matka:


1. Jelka ( 12.07.1887 - 08.01.1922 ) - pochowana na cmentarzu w Mosznej.
2. Huberta ( 14.04.1889 - 19.06.1974 ).
3. Claus-Hubert ( 27.01.1892 - 14.11.1938 ) - pochowany na cmentarzu w Mosznej.
4. Valeska ( 18.02.1893 - 15.06.1949 ).
5. Peter ( 18.11.1894 - 24.11.1894 ) - pochowany na cmentarzu w Mosznej.

 

Dzieci Jelki i Franza Huberta von Tiele-Winckler

Jelka z synem

Rodzina Franza Huberta von Tiele-Winckler - obraz Bartłomieja Trzosa

Decydującym argumentem do rozbudowy pałacu w Mosznej był pożar, który wybuchł w nocy z 2 na 3 czerwca 1896 roku. Uszkodzeniu uległy dachy, wnętrza oraz część ścian budynku. Rodzina zamieszkała tymczasem w rezydencji w Miechowicach a w Mosznej rozpoczęła się wielka przebudowa. Prace, jak się później okazało, podzielono na dwa etapy. Pierwszym z nich był remont ocalałego budynku oraz budowa całkowicie od podstaw skrzydła wschodniego razem z palmiarnią. Jak pokazało kilkanaście lat budowy obiekt stał się niezwykle zróżnicowanym architektonicznie pomnikiem fantazji hrabiego von Tiele-Winckler. Pierwsza rozbudowa trwała od 1896 do 1900 roku. W starym budynku pozostawiono jedynie główny hall wejściowy. Po lewej i prawej stronie mieściły się korytarze do bocznych skrzydeł pałacu.

Nowe skrzydło po prawej stronie założenia otrzymało reprezentacyjny wygląd, w którym dominowały wieże, wieżyczki, wykusze i liczne detale architektoniczne. Po dziś dzień jest to najbardziej eksponowana część pałacu, której wygląd nasuwa nam dawne opowieści o niemal bajkowej rezydencji.

Ukończenie pierwszej części prac miało miejsce w 1900 roku. Jak twierdzili złośliwi, chęć szybkiego zakończenia prac nie była spowodowana brakiem miejsca zamieszkania, lecz chęcią pokazania się Cesarzowi Wilhelmowi II, o którego względy Franz Hubert szczególnie zabiegał. Publiczne okazanie łaski przez władcę oraz chęć osobistego goszczenia Cesarza w swoich dobrach była tak wielka, że hrabia nie skąpił pieniędzy na szybkie ukończenie budowy. W 1904 roku spełniło się jedno z marzeń hrabiego Tiele-Winckler. Po trzydniowej wizycie i polowaniu w Strzelcach u hrabiego Mortimera von Tschirschky – Renard, Cesarz pojawił się w Mosznej.


Około 1911 roku rozpoczął się drugi etap rozbudowy pałacu, który trwał do 1913 roku. Między 27 a 29 września 1911 roku hrabia Franz Hubert po raz drugi gościł Wilhelma II i w tym czasie trwały prace przy budowie zachodniego skrzydła. Ostatnia część rozbudowy zaowocowała wspaniałym budynkiem nawiązującym do niemieckiego renesansu. Wydaje się, że powstał on z myślą o poszerzeniu ilości pokoi gościnnych, przede wszystkim dla licznej rodziny przybywającej na zjazdy jak i polowania oraz dla okazałej świty cesarskiej, gdyż sympatia okazywana przez władcę hrabiemu von Tiele-Winckler była powszechnie znana. Część mieszkalna starego i nowego budynku zostały połączone ze sobą w sposób, który ujednolicił i zatarł granice między nimi. Różnica poziomów widoczna na zewnątrz została zatarta poprzez niewysokie schody na korytarzach. Oprócz apartamentów gościnnych w części tej znalazła się sala myśliwska, cesarska oraz pokój biały i czarny. Dla służby przydzielono parter i trzecie piętro oraz pomieszczenia w północnej część na wszystkich kondygnacjach.

Park i pałac w Mosznej

W 1922 roku hrabia wybrał się w podróż po Egipcie i Szwajcarii. Celem wyprawy była próba poprawienia stanu swego zdrowia. Niestety, Franz Hubert nie powrócił już żywy na Śląsk. Wielki budowniczy rezydencji w Mosznej zmarł 14 grudnia 1922 roku w szwajcarskiej Lucernie. Pogrzeb odbył się w Mosznej i tu, na cmentarzu rodowym spoczęły zwłoki hrabiego. Jelka, żona Franza Huberta przeżyła męża o dwadzieścia lat i zmarła w 1942 roku.

Franz Hubert von Tiele-Winckler

Zdjęcie cmentarza sprzed 1930 r. Samotne groby Huberta i Valeski von Tiele - Winckler

Cmentarz w Mosznej - widok współczesny

Ciekawostką architektoniczną jest również fakt, że w rezydencji w Mosznej znajduje się dokładnie 365 pomieszczeń, a ponadto 99 wież i wieżyczek, symbolizujących posiadaną przez Franza Huberta liczbę majątków. Wokół pałacu utworzono rozległy park, współcześnie należący do najcenniejszych przyrodniczo kompleksów tego typu w regionie.


Na początku XX wieku w ogrodzie badacze natknęli się na pozostałości dwóch średniowiecznych grodzisk, a w późniejszych latach fragment drewnianej palisady. Odkrycie to traktuje się jako potwierdzenie hipotezy, że kilka stuleci wcześniej w tym miejscu znajdowała się siedziba Templariuszy.

 

Głównym spadkobiercą był jedyny syn Klaus Hubert i to on został właścicielem Mosznej. Ze względu na brak dzieci, a co za tym idzie brak swojego spadkobiercy w 1932 roku adoptował kuzyna Hansa Wernera von Tiele-Winckler. Schorowany hrabia umarł 14 listopada 1938 roku w Mosznej, gdzie został pochowany na rodowym cmentarzu. Ostatnim więc właścicielem pałacu w Mosznej i spadkobiercą wielkiej fortuny był Klaus Hubert (Peter), najstarszy syn Franza Huberta i Jelki, urodzony 27.01.1892 roku. Nie był zainteresowany pomnażaniem majątku, a raczej jego trwonieniem. Zmarł bezpotomnie w 1938 r., choć był trzykrotnie żonaty. Pochowano go w Mosznej. Żony Klausa:


1. 1919/1924 - Alexandra Bally (08.09.1896 - 21.01.1968).
2. 1924/1929 - Marissa Freiin  von Wolff (23.09.1902 - 18.01.1975).
3. 1933/1938 - Marie Anna von Quistorp (28.06.1894 - 26.02.1977).

Klaus Hubert Peter von Tiele-Winckler

Spadkobiercą fortuny Wincklerów był Klaus Peter, syn Franciszka i Jelki, hulaka i lubieżnik, który w wieku 30 lat odziedziczył cały majątek po zmarłym w 1922 r. Franciszku. Klaus miał trzy żony i niezliczoną liczbę kochanek. Specjalnie ku swawolom wystawił w parku drewniany pawilon. Jak mówią legendy, przynajmniej dwie z goszczących w nim panien popełniły samobójstwo. Pierwsza była ubogą, wiejską dziewczyną, która zaszła z hrabią w ciążę. Winckler nie chciał jednak uznać dziecka. Załamana kobieta, wyśmiana przez całą wieś, powiesiła się na dębie koło pałacu. Druga (podobno guwernantka dzieci ojca) również była w ciąży i w rozpaczy rzuciła się z jednej z wież.

 

Trudno powiedzieć, ile prawdy jest w tych opowieściach, ponieważ Klaus von Tiele-Winckler był prawdopodobnie bezpłodny. Zmarł w 1938 r. na syfilis, zostawiając po sobie złe wspomnienia. Rodzinny majątek prawie przegrał w karty, zadłużył, posprzedawał, co się sprzedać dało.

W ostatnich miesiącach II Wojny Światowej rodzina uciekła przed frontem w głąb Niemiec.


Pozostanie na zawsze zagadką, jak to się stało, że pałac nie został zniszczony przez Armię Radziecką w 1945 roku. „Wyzwoliciele” ziem polskich pozostawiali za sobą w zgliszczach niemal każdą rezydencję należącą do niemieckiej szlachty. Można uznać to naprawdę za cud, iż taki sam los nie spotkał siedziby rodziny Tiele-Winckler. W 1972 roku w pałacu urządzono Wojewódzki Ośrodek – Profilaktyczno Sanatoryjny, który w XXI wieku został przeniesiony do nowo powstałych budynków w dalszej części parku. Dziś w pałacowych murach można zamieszkać, gdyż mieści się tu również hotel. Corocznie park przyciąga dziesiątki tysięcy zwiedzających, którzy podziwiają kwitnące azalie i rododendrony. (źródło: Marek Gaworski).

 

W 1945 roku rodzina von Tiele Winckler ewakuowała się z pałacu, który stał się łupem Armii Czerwonej. Z tego okresu pochodzą największe zdewastowania i zniszczenia. Rosjanie wywieźli też wyposażenie i dzieła sztuki znajdujące się w pałacu.


Pałac w Mosznej słynął  z zasobności w dzieła sztuki, gromadzone z niezwykłym znawstwem i starannością  przez protoplastę rodu, hrabiego Huberta von Tiele Winckler'a oraz uzupełniane przez jego następców. Wojna sprawiła, że prawie całe wyposażenie pałacu, łącznie z galerią sztuki, "zniknęło", tuż po przejściu rosyjskiego frontu - relacje jednego ze świadków, jednak szokują i trochę inaczej przedstawiają grabież dóbr hrabiowskich.


Dawny pracownik Stadniny Koni w Mosznej,  który wiele lat temu wyjechał do Niemiec i w 2009 roku  odwiedził Moszną, stwierdził, że większość wyposażenia pałacu została zabrana  przez mieszkańców okolicznych wiosek, tuż po przejściu frontu. Widział, jako dziecko, całe rzędy furmanek, które ustawiały się w kolejce pod pałacem, by załadować i wywieźć hrabiowski dobytek. Twierdził również, że niewiele pozostało Rosjanom, którzy nieco później zajęli się  dalszym opróżnianiem pałacowych wnętrz. Wyjaśnił przy okazji historię groźnego pożaru, który został wzniecony przez szabrowników. Pożar miał miejsce w hrabiowskim archiwum rodzinnym, zlokalizowanym w jednym z pomieszczeń piwnicznych, zablokowanych potężnymi stalowymi drzwiami, niemożliwymi do sforsowania. Dlatego też szabrownicy postanowili przebić się przez sufit, gdyż solidny sposób  zabezpieczenia sugerował, że natrafią tam na jakieś niezwykłe skarby.


Na skarby o wartości historycznej, w postaci dokumentów, natrafili z pewnością, lecz nie takie walory spodziewali się tam znaleźć. Miejsce z dokumentami było wielokrotnie plądrowane, aż w końcu zostało bezmyślnie podpalone. Pożar wzniecił, wg słów tego świadka, syn jednego z pierwszych nauczycieli, którzy tuż po wojnie zjawili się w Mosznej. Wspomniał również, że pałac pełnił w pewnym okresie również rolę ośrodka kolonijnego dla dzieci i w tym czasie brązowy odlew pomnika hrabiego Huberta (z końca alei lipowej) leżał w kącie pałacowego holu i często bywał przez dzieci traktowany  jako przeszkoda na sprawnościowej "ścieżce zdrowia". Zabrany więc został z tego miejsca dopiero kilka lat po wojnie i była nawet szansa go uratować, jednakże  zabrakło zainteresowanych.


Okazuje się np. że ksiądz proboszcz w Racławiczkach, o nazwisku BOREK, zagroził mieszkańcom wioski niedopuszczeniem  dzieci do, pierwszej po wojnie, uroczystości Pierwszej Komunii Świętej, jeśli nie zwrócą Kościołowi rzeczy, które zabrali z pałacu w Mosznej. Zagrabione przedmioty parafianie furmankami zwozili na plebanię, skąd proboszcz wyekspediował je, innymi zaprzęgami, w niewiadomym kierunku. Niewykluczone, że jego intencją było zebranie wartościowych przedmiotów i zabezpieczenie ich przed szabrownikami i zniszczeniem, poprzez rozlokowanie po okolicznych parafiach ( ...  ale to już są tylko domysły). 

          
Z pałacowych wnętrz pozrywano przy tej okazji barwne wykładziny ścienne, z których miejscowe wieśniaczki, np.  z pobliskich Chrzelic, szyły sobie m.in.  barwne, dekoracyjne dodatki strojów ludowych ( tzw. jup ).


Jako materiał izolacyjny na strychu jednego z mieszkańców, znaleziono grubą i gęsto plecioną matę  (ryżową, sizalową), która stanowiła kiedyś wyposażenie hrabiowskiej stajni - rozwijana była w przejściach, na posadzkach, by tłumić tupot końskich kopyt oraz zabezpieczyć je przed poślizgiem.

Huberta von Tiele-Wincklera stać było na zakup posiadłości w Mosznej, natomiast jego syna, Franza, na pełne i doskonale przemyślane zagospodarowanie posiadanych dóbr oraz rozbudowę do imponujących rozmiarów istniejącego dotychczas w Mosznej, skromnego, barokowego pałacyku. Interwencja i pomoc w budowie  "legendarnego diabła" była tutaj na pewno zbędna, tym bardziej, że Franz von Tiele-Winckler, jako pragmatyczny protestant, oprócz wiary w Boga, zachował również nieograniczoną wiarę w twórczy potencjał ludzkiego umysłu oraz siłę sprawczą własnych rąk.

Zachowane zdjęcie biura Franza Huberta Tiele-Wincklera

Epizod afrykański w historii rodu von Tiele-Wincklerów został kilkakrotnie odnotowany, lecz nigdy nie miał on nic wspólnego z nabyciem kopalni złota. Hubert von Tiele-Winckler miał 9. dzieci z pierwszą żoną, Valeską orazjedno dziecko, Rabana, z drugą żoną, Różą von Schulenburg. Raban von Tiele-Winckler był zainteresowany Afryką, więc sprzedał odziedziczone dobra i przeniósł się do Tanganiki (umiera podczas jednej z podróży na kanale Sueskim w 1936 r.). Do Afryki wyjeżdża również jego żona, baronowa Gustawa z córką Moniką (uprawia plantacje w okolicy Gór Usambara) oraz syn Raab-Hubertus (kupuje hotel "Meru" w Arusha). Wątek afrykański możemy również dostrzec w życiorysie Klausa-Huberta, syna Franza von Tiele-Winckler, którego ślub z trzecią żoną (Marią Anną von Quistorp ) miał miejsce w Tugennon-Hill, Lumbawa, Afryka Wschodnia (Tanzania)  w 1933 r. Interesy afrykańskie von Tiele-Wincklerów związane były z rolnictwem oraz hotelarstwem.


W pałacu w Mosznej na pewno nic nie straszy, natomiast "białą damę" wymyślił, zatrudniony w pałacu ( lata 70. ub.w. ) pałacowy stróż i palacz C.O. z pobliskich Kujaw (p. Strzoda), który, wracając z pracy rowerem, po nocnej zmianie, bardzo często jechał zygzakiem, co zawsze tłumaczył tym, że jest to efekt głębokich przeżyć po nocnym spotkaniu ze szklaną, zamkową ... "białą damą".

 

Franz Hubert, syn Huberta von Tiele - Winckler,  był pomysłodawcą i budowniczym zamku, wzniesionego po tym, jak w 1896 roku częściowo spłonął barokowy pałac. Niektórzy historycy uważają, że Franz Hubert, ówczesny właściciel zamku, a zarazem pomysłodawca niekonwencjonalnego projektu, rozmachem przedsięwzięcia i oryginalną architekturą chciał zaimponować Cesarzowi Wilhelmowi II. Jeśli istotnie taki był jego cel, udało mu się go osiągnąć. Władca Prus był nie tylko pod wielkim wrażeniem budowli, ale także gościł w Mosznej czterokrotnie przy okazji polowania.

Łowiec Polski - 1902 r.

 

W tym miejscu zacytuję obszerne fragmenty artykułu "Zamek pod patronatem diabła" Joanny Banik:

 

"Unikalny klimat Mosznej zapewne zrobił ogromne wrażenie na Hubercie, gdyż postanowił zmienić ją w pyszną siedzibę rodu. Z planów nic jednak nie wyszło. Nie dość, że pałacyku nie udało się rozbudować, to jeszcze spustoszył go pożar, który wybuchł w niezwykle tajemniczych okolicznościach w nocy 2/3 czerwca 1896 r. Zgliszcza przypadły w sukcesji najstarszemu synowi Huberta - Franciszkowi, który wkrótce zmienił je w architektoniczną bajkę. Szatańska firma budowlana Hubert i Valeska mieli ośmioro dzieci: czworo synów, tj. wspomnianego już Franciszka Huberta oraz Hansa Wernera i dwóch o nieznanych imionach, a także cztery córki - Helenę, Hildegardę, Klarę i Ewę. Ta ostatnia została zakonnicą i założyła w Miechowicach przytułek miłosierdzia dla ubogich, na który przeznaczyła swój spadek po matce. Najstarszy z rodu, wspomniany już Franciszek odziedziczył cały niepodzielny majątek ziemski wraz z kopalniami, a Cesarz nadał mu tytuł hrabiowski. Moszna natomiast miała stać się siedzibą rodu, miejscem dorocznych zjazdów familijnych. W tym celu w 1896 r. zaczął powstawać bajeczny budynek z dwoma skrzydłami i oranżerią.


Moszna - sień pałacowa

U góry widoczne gobeliny

Moszna - pokój hrabiego zwany Pokojem Pana

Jedna z najbardziej znanych serii gobelinów powstałych na podstawie projektów słynnego niderlandzkiego artysty Bernarda van Orley (znanego także pod imieniem Barend) pod koniec XIX wieku trafiła do zbiorów hrabiów Tiele-Winckler i była eksponowana w pałacu w Mosznej. Dziś jest chlubą Muzeów Królewskich w Brukseli.

 

Wykonany w warsztacie Willema De Kampeneere cykl tapiserii poświęcony biblijnym dziejom Jakuba i jego rodziny był ozdobą rzymskiego pałacu należącego do kardynała Lorenzo Campeggi (1474-1539), legata papieskiego na dworze Henryka VIII. Po powrocie z Anglii w 1527 roku w uznaniu zasług miał on otrzymać Palazzo d'Inghilterra i zapewne do jego dekoracji została zamówiona seria gobelinów. Po śmierci watykańskiego dyplomaty gobeliny trafiły do siedziby rodu Malvezzi-Campeggi w Bolonii przy via Zamboni 22, dziś mieszczącego Wydział Prawa tamtejszego Uniwersytetu.

 

Między 1898 a 1900 rokiem gobeliny zakupił hrabia Tiele-Winkler z Mosznej. Miały odtąd dekorować wnętrza przebudowanego pałacu. Ich duże rozmiary nie pozwoliły na ekspozycję cyklu w jednej sali. Kilka z nich dekorowało sień witając odwiedzających rezydencję. Pozostałe zawieszono w innych pomieszczeniach, w tym w tzw. Pokoju Pana. Na licznych archiwalnych fotografiach można rozpoznać poszczególne sceny cyklu, na który składało się dziesięć gobelinów:

 

1. Pobłogosławienie Jakuba przez Izaaka

2. Jakub opuszcza dom rodzinny. Drabina Jakubowa

3. Jakub wita się z Labanem po spotkaniu Racheli

4. Jakub i Laban dzielą trzodę

5. Jakub potajemnie wyrusza do Kanaanu

6. Laban zawiera przymierze z Jakubem

7. Ezaw przebacza Jakubowi

8. Sceny z historii Diny, córki Jakuba

9. Zakrwawiony płaszcz Józefa

10. Jakub odnajduje Józefa w Egipcie

 

W 1917 roku gobeliny zostały przeniesione do szwajcarskiej rezydencji rodziny Tiele-Winckler w Meggen, skąd w 1950 roku zostały zakupione przez rząd beligijski. Dziś znajdują się w Musées Royaux d'Art et d'Histoire w Brukseli. 

Niektóre z gobelinów

 Syn Franza Huberta, Klaus-Peter w okresie międzywojennym przehulał część fortuny przodków. Umierając bezdzietny, usynowił swojego kuzyna, którego syn miał dziedziczyć majątek i tytuł hrabiowski. Jego rodzina mieszkała do końca wojny w Zamku Moszna, uchodząc do Niemiec przed nadchodzącą Armią Czerwoną.

 

Moszna otworzyła wręcz Śląskie tournée monarchy. To właśnie tu, na specjalnie w tym celu zbudowanej stacji przy bramie zamku, zatrzymał się 4 grudnia 1901 roku cesarski pociąg z 12 luksusowymi salonkami. Hrabia Franz Hubert powitał najdostojniejszego gościa, by zaraz wraz z nim udać się powozem do pałacu. Tam oczekiwali już pozostali goście – wybrani arystokraci z okolicy. Nazajutrz o godzinie 9:00, przy pięknej słonecznej pogodzie i lekkim mrozie, odtrąbiono rozpoczęcie polowania. Do godziny 15:30 szesnastu myśliwych ustrzeliło 6 256 bażantów, 159 zajęcy oraz 16 sztuk innej zwierzyny, w tym sam Cesarz 927 bażantów i 12 zajęcy. Wieczorem Wilhelm II, wraz z pozostałymi strzelcami, stojąc na zamkowym balkonie odebrali pokot, rozłożony na rozświetlonym pochodniami podjeździe, następnie udali się na uroczystą kolację. 6 grudnia, o godzinie 14:30 Cesarska Mość zasiadł ponownie w swej salonce i pociąg ruszył w dalszą podróż – do Świerklańca, gdzie oczekiwał już książę Guido Henckel von Donnersmarck.

 

11  pędzeń w ciągu 5,5 godziny (efektywnego polowania), 1017 cesarskich strzałów w czasie 330 minut, daje statystycznie 3,08  a  więc  ponad 3 strzały na minutę, czyli oddawanie (niezwykle celnych) strzałów średnio co ... 20 sekund.


Pobyty Wilhelma II w Mosznej - Wolne tłumaczenie z czasopisma WILD UND HUND  -  Moschen,  Erich Reisch. Opracowano na podstawie informacji p. Rozwity Malec z Mosznej (pisownia oryginalna.

 

Są opisy jak to na pięknie udekorowanej stacyjce, niedaleko bramy gladiatorów witał go Franz Hubert von Thiele–Winkler i jak obaj w wytwornym powozie, jechali długą i prostą aleją, pośród wiwatującego tłumu, aż na zamkowy dziedziniec. Od tej pory wszystko podporządkowane tu było tylko polowaniu. W tym celu - na przykład - wybudowano niewielki drewniany budynek, w którym każdego ranka Cesarz jadał śniadania. Na ten czas tworzył się swoisty rytuał. Każde spotkanie przy stole to była cześć spektaklu. Zawsze rano, gdzieś około dziewiątej cisza odchodziła w zapomnienie; w jednej chwili rozbrzmiały trąbki i rogi. Sygnaliści grali na powitanie, a przed zamkiem powoli gromadzili się uczestnicy polowania. Najpierw ciszę wypełniał zgiełk coraz głośniejszych rozmów, a potem myśliwi wraz ze swoimi pomocnikami ruszali, w stronę wcześniej przygotowanych stanowisk strzeleckich. Wraz z odchodzącymi - na polanę przed zamkiem powracała cisza, przerywana od czasu do czasu, ujadaniem co bardziej zajadłych psów. Dopiero po sygnałach dla naganki, dało się słyszeć dochodzące z rożnych stron pojedyncze strzały, które zlewały się chwilami w kanonady. Po każdym polowaniu - wieczorem - Cesarz i hrabia wychodzili na balkon i w świetle palących się pochodni, dokonywali odbioru raportu z polowania. Zawsze było to tak, że sprawozdanie - donośnym głosem - odczytywał miejscowy łowczy. I tak dzień po dniu. Cesarz uwielbiał polowania i uwielbiał te spektakle.

 

1901 rok


Kolejność polowań, dla których Jego Wysokość przybył na Śląsk i które przyobiecał śląskim magnatom, otwiera MOSZNA - posiadłość harbiego von Thiele Wincklera. Cesarz przybył do Mosznej 4. grudnia, wieczorem, pociągiem o godz. 6.35, który zatrzymał się na stacji, specjalnie na tę okoliczność przygotowanej - przy zamku. Tu najważniejszego gościa polowania wita hrabia Franz Hubert von Thiele Wincker i natychmiast udaje się powozem z eskortą do zamku, oddalonego o 5 minut drogi, trasą, w całości oświetloną palącymi się pochodniami. W zamku miało miejsce powitanie z resztą zaproszonych gości. Następnego dnia, rano o godz. 9.00 odtrąbiono rozpoczęcie polowania na bażanty. Dzień był słoneczny, niebo przeźroczyste, wiał lekki wiatr, przy temperaturze minus 3 st.C. W trakcie polowania odbyło się 11 pędzeń, przy udziale 16. myśliwych - strzelców. Szesnastu myśliwych ustrzeliło 6 256 bażantów, 159 zajęcy oraz 16 sztuk innej zwierzyny - w sumie 6 431 sztuk zwierzyny. Biorący udział w polowaniu Cesarz strzelał wyłącznie do bażantów - kogutów i odstrzelił ich 927 sztuk, ponadto 12 zajęcy - w sumie 939 sztuk. Jego pomocnik zabrał ze sobą tylko 1017 sztuk naboi, co daje  wynik 94,37% (powinno być: 92,33% ) oddanych celnych strzałów. Przy kalibrze  broni (20), jakiej używał Cesarz, było to znakomite osiagnięcie, wskazujące na sprawność Cesarza. Pomiędzy szóstym i siódmym pędzeniem, udano się do zamku na śniadanie. Polowanie trwało do godziny 15.30, po czym wrócono do zamku, który był oświetlony pochodniami tak, jak poprzedniego dnia. Przy podjeździe do zamku wyłożono dziczyznę  (pokot) - Jego Wysokość Cesarz oraz pozostali zaproszeni goście, przed kolacją, z balkonu, odebrali pokot, po czym udano się na uroczystą kolację. Następnego dnia, tj. 6. grudnia, po południu,o godz. 2.30, Cesarz wyruszył w dalszą podróż, do hrabiego Henckel von Donnersmarck  (Neudeck - Świerklaniec).

 

1904 rok


Po trzydniowej wizycie i polowaniu w Strzelcach Opolskich, u hrabiego Martimera von Tschirschky - Renard, Cesarz pojawił się w Mosznej. Pobyt u hrabiego von Thiele Winckler'a trwał od 3 do 4 grudnia. W polowaniu, oprócz gospodarza i Cesarza Wilhelma II ze świtą, brali udział także m.in. hrabia generał von Holenau, hrabia von Moltke, właściciel Strzelec - hrabia von Tschirschky oraz książę von Donnersmarck. Cesarz ofiarował Franz - Hubert'owi von Thiele Winckler'owi wiele prezentów i drobiazgów, m.in. swoje zdjęcie z autografem i dedykacją, upamiętniającą  jego wizytę w Mosznej.

 

1911 rok

 

W dniach od 27 do 29 września, hrabia Franz Hubert von Thiele Winckler w swoim pałacu ponownie gości Cesarza Wilhelma II. W polowaniu wzięli udział, m.in. hrabia von Seherr Thoss z Dobrej, hrabia von Puclerz Korfantowa, hrabia Gunter von Thiele Winckler z Meklemburgii, książę von Trachenberg i major von Coprivi. Specjalny pociąg, którym podróżował Cesarz wraz z osobami towarzyszącymi, zatrzymał się w Mosznej na specjalnie przygotowanej na tę okazję i wspaniale udekorowanej stacji, gdzie Wilhelma II przywitał hrabia Frantz Hubert von Thiele Winckler, ubrany w odświetny, kompletny strój myśliwski  (długa marynarka wraz z kapeluszem, udekorowanym trofeum - kępką jeleniego włosia,  tzw. "Hirschfonger"). Cesarz również ubrany był w dworski strój myśliwski, a jego kapelusz, przyozdobiony piórami głuszca. Z wagonu, jak zwykle,  jako pierwsze wybiegły dwa czerwone, krótkowłose charty. Cesarz zasiadł w powozie, zaprzężonym we wspaniałe konie, który zawiózł ich prostą jak sznurek aleją, do zamku. Po obydwu stronach drogi, stały dzieci szkolne z nauczycielami, tworząc szpaler. W tym polowaniu, oprócz Cesarza, wzięło udział również pięciu zaproszonych gości, których listę z wybranymi nazwiskami, należało obowiazkowo przedłożyć w Berlinie, na parę tygodni przed polowaniem. W dniu polowania, wcześnie rano, zaczynało się przeganianie bażantów z pól i tych części lasu, które nie będą objęte polowaniem, w miejsca gdzie przejdzie nagonka podczas polowania. Tych "uciekinierów" wypłaszalii naganiacze małymi, kolorowymi chorągiewkami. Naganiaczami i kierował "Fasanenmeister" Reisch i  była to najważniejsza część przygotowań, od której zależał wynik polowania. Dla samego Reisch'a było to bardzo odpowiedzialne zadanie, z kolei naganiacze byli ludźmi doświadczonymi i godnymi zaufania i byli kierowani do tej pracy przez administrację leśną (Forstbeamtem). Około godziny dziewiatej przyjechali (myśliwi) goście polowania. Po sygnale (na powitanie), odegranym przez brać myśliwską na trąbkach - rogach, ruszyli strzelcy wraz ze swoimi pomocnikami oraz osoby niosące amunicję, do starannie przygotowanych stanowisk strzeleckich, schronień - parasoli. Szczególnie był piekny ten, gdzie stał Cesarz - istne dzieło sztuki. Przy tym stanowisku miał swoje miejsce również hrabiowski pomocnik do spraw polowań (Leibjager) o nazwisku Nordhausen, który był odpowiedzialny za liczenie zestrzelonych bażantów. Cesarz posługiwał się strzelbą o kalibrze 20 oraz stosował do niej żółte naboje marki WOLF. Strzelał wyłacznie z prawej ręki, jedną serię po drugiej. Hrabia Thiele Winckler, jako gospodarz, nie brał w tych dniach udziału w polowaniach. Pojedynczy naganiacze, prowadzeni byli przez cały czas sygnałem z rogu i poruszali się dokładnie "jak po sznurku". Śniadanie było przygotowane w jednym, specjalnie do tego celu zbudowanym, bardzo ładnym drewnianym budynku. Wieczorem, po każdym dniu polowania, obok zamku, wyłożona była "cenna" dziczyzna. Przy oświetleniu z  pochodni, wychodził hrabia z Jego Wysokością Cesarzem na balkon i patrząc z podziwem na upolowaną zwierzynę, odbierali pokot. Wynik polowania odczytywał podniesionym głosem, pełniący funkcję łowczego,  Wildmeister  Gnerlich - strzelono dwa do trzech tysięcy sztuk zwierzyny drobnej, z czego większą część (ilość), stanowiły bażanty. Sam Cesarz, w ciagu dwóch dni,  ustrzelił 1007  bażantów. Jednak oprócz tych zliczonych bażantów wyłożonych do pokotu, nie doliczono tych, które pozostały w lesie nie pozbierane. Takie cesarskie polowania były zawsze bardzo emocjonujące i kosztowne. Tak brzmiały pożegnalne, słowa Jego Wysokości Cesarza, przed odjazdem pociągu  "Mój kochany Thiele, u Ciebie podoba mi się zawsze, jest nadzwyczaj dobrze, dlatego, że wszystko tak łatwo przebiega", którymi gospodarz mógł być nawet nieco (przyjemnie) zaskoczony i wzruszony. Po dniach polowań miejscowi myśliwi z dobrymi psami powtórnie przeszukiwali opolowany wcześniej teren. Niektóre postrzelone i już padłe bażanty przynosiły psy, natomiast część jeszcze żywych postrzałków dostrzeliwano. Wynik samego przeszukania terenu, po takich polowaniach, bywał o wiele wyższy niż efekty obecnie prowadzonych tu polowań przez związek łowiecki. Takie rewiry do polowań jak w Mosznej i innych śląskich posiadłościach, nie napełniały  się zwierzyną naturalnie i efekty polowań, które "rzucały na kolana", nie powstawały samoistnie, lecz były owocem bardzo wytężonej i intensywnej hodowli, pracy i pięlegnacji ... ale to już odrębna historia. (por. WILD UND HUND, Moschen, Erich Reisch; PAŁAC W MOSZNEJ, Marek Gaworski - tekst skompletowała i przetłumaczyła p. Rozwita Malec z Mosznej).

 

W innym polowaniu, które miało miejsce w Mosznej w dniu 5 grudnia 1911 r. brał również udział minister von Podbielski.

 

1912 rok


Kolejny raz, Cesarz Wilhelma II, zawitał do Mosznej 14. listopada . Cesarz przyjechał specjalnym pociągiem, zszedł po dostawionych schodkach i czerwonym dywanie. Po oficjalnym przywitaniu z gospodarzem, obydwaj zasiedli w powozie i przez bramę z gladiatorami przyjechali do pałacu. Tu nastąpiło powitanie z małżonką hrabiego oraz z resztą zaproszonych gości. W polowaniu, oprócz naganiaczy i służących, brało udział około 12. uczestników, m.in. Książę  Raciborski oraz hrabiowie, specjalnie zaproszeni przez hrabiego Franz'a Hubert'a von Thiele Winckler'a. Ogółem ustrzelono 2839 sztuk zwierzyny, z czego, oczywiści  największa część przypadła na samego Cesarza - ok. 600 sztuk. Wynikało to z faktu, że naganiacze oraz leśnicy, niemalże podtykali władcy zwierzynę wprost pod lufę. Po polowaniu, zadowolony Ceszarz, opuścił pałac 15 listopada.

 

Śląskie rody magnackie zabiegały o względy panujących wtedy w Prusach Cesarzy i zapraszały gości z Berlina na reprezentacyjne polowania. Jedno z takich polowań opisuje w swoich wspomnieniach Walter Rocholl, późniejszy nadleśniczy w Kreuzburger - Hütte (Zagwiździe). Będąc uczniem ostatniej klasy gimnazjum, w 1912 roku brał udział w jednym z takich cesarskich polowań w majątku Moszna, jako uczestnik naganki. Polowanie na zwierzynę drobną trwało 2 dni. Dla gości ze stolicy przygotowano naziemne stanowiska wzdłuż remiz śródpolnych. Były one zbudowane z drewna, kryte chrustem i sięgały do połowy wysokości dorosłego człowieka. Stanowisko Cesarza było nieco wyższe, tak, że Wilhelm II mógł opierać dubeltówkę o brzeg stanowiska prawie na wysokości oczu. Wiązało się to z jego kalectwem, od dzieciństwa miał niewładną, krótką lewą rękę i posługiwał się tylko prawą. Opierając broń wysoko, łatwiej było mu ją podnieść do oddania strzału. Broń cesarska, tak kulowa jak i śrutowa była skonstruowana specjalnie dla niego. Miała krótszą kolbę i była lekka - śrutowa w kalibrze 20. Cesarz miał do dyspozycji trzy takie strzelby z eżektorami. Na stanowisku przeładowywał je i podawał władcy jego strzelec przyboczny (niem. leibjäger). Wilhelm II używał naboi rottweiler z żółtą łuską. Ponieważ ze względu na kalectwo strzelał tylko w lewą stronę, stanowisko sąsiada z lewej było oddalone dwukrotnie dalej jak z prawej. Młody Walter Rocholl miał za zadanie stać z tyłu cesarskiego stanowiska i liczyć oddane przez Cesarza strzały oraz ilość trafionej zwierzyny.


W pierwszym pędzeniu Wilhelm II oddał 80 strzałów, z czego 70 było trafnych, a w drugim pędzeniu na 85 strzałów, celnych było 78. Były to głównie koguty bażanta. Zające i króliki uchodziły przed cesarskim stanowiskiem nie strzelane na pozycje sąsiadów z prawej. Biorąc pod uwagę, że Cesarz był jednoręczny, skuteczność strzałów była zadziwiająca i wynosiła ok. 90 procent. Wyniki te nie wzięły się tak całkiem przypadkowo. Przed stanowiskiem cesarskim przygotowano sztuczny młodnik i w pierwszej fazie pędzenia bażanty cieknąc, chowały się tam i były skoncentrowane w większej liczbie. Wynik tego 2 - dniowego polowania w majątku Moszna był imponujący. W 10 strzelb strzelono 3500 bażantów kogutów, 480 kur bażanta, 120 zajęcy i 70 królików. Cesarz upolował 670 sztuk zwierzyny, bez kur bażanta, których nigdy nie strzelał. Uroczysty pokot w świetle pochodni odtrąbiła miejscowa służba leśna na dziedzińcu zamku, a Wilhelm II odebrał go z balkonu. Jednym z bohaterów tego polowania był hrabia Dankelmann. Miał opinię najlepszego śląskiego strzelca i na 55 strzałów oddanych w jednym pędzeniu, ani razu nie spudłował. Jak możliwe były wtedy takie pokoty? Scenariusz tych reprezentacyjnych polowań był we wszystkich śląskich majątkach magnackich taki sam. Śląscy magnaci mieli po kilka bażantarni, gdzie hodowano te ptaki specjalnie do polowań. Na polach pozakładane były długie zadrzewione remizy i laski śródpolne, chroniące zarazem uprawy przed zimnymi wiatrami. W remizach były liczne podsypy dla zwierzyny drobnej. Bażanty wypuszczano z wolier dużo wcześniej, partiami i rozchodziły się po polach. oczywiście zadaniem służby leśnej w tych prywatnych majątkach była bezwzględna eliminacja wszelkich drapieżników. W dniu polowania gęsta naganka przeczesywała pola i koncentrowała zwierzynę drobną w tych polnych zadrzewieniach z bogatym podszytem. Gdy myśliwi zostali rozprowadzeni na stanowiska, naganka ruszała bardzo wolno, by zwierzyny nie płoszyć gwałtownie. w chwili gdy linia naganki zbliżyła się do pierwszych stanowisk myśliwskich, na sygnał zatrzymywała się. Dalej szli bardzo wolno pojedynczy naganiacze, by bażanty zrywały się możliwie pojedynczo, a nie całymi grupami, Rocholl pisze bukietami. Myśliwy i strzelec na stanowisku musieli być bardzo zgrani. konieczne były minimum dwie strzelby. Paski z broni musiały być zdjęte, bo przeszkadzały przy wymianie strzelb. Strzelby wielostrzałowe były zabronione. w pewnej odległości od stanowisk myśliwych - z tyłu stała druga linia służby leśnej z psami, której zadaniem było wyłapywanie lub dostrzeliwanie postrzałków.

 

Na stanowisku towarzyszyło mu dwóch ludzi - strzelec przyboczny (niem. leibjäger) i z lewej Josef Rolling. Ten miał ciekawe stanowisko - po niemiecku nazywało się Büchsenspanner. Wyraz ten nie ma odpowiednika w języku polskim, a oznacza napinającego karabin (sztucer). Podczas polowań przeładowywał jednorękiemu władcy sztucer - stąd nazwa. (źrodło: Jerzy Szołtys, Kultura Łowiecka, Nr 79/).2016).

Cesarz Wilhelm II jako ten, który nadal rodzinie tytuł szlachecki, był tutaj traktowany z najwyższymi honorami. Historia głosi, iż podcza polowań Cesarz strzelał setki sztuk zwierzyny, co nawet dla wytrawnego strzelca było liczbą nieprawdopodobną. Tajemnica kryła się w sprytnym zabiegu zastosowanym przez wdzięcznego właściciela dóbr – zatrudnił on naganiacza, który miał sprawić, aby zwierzyna wbiegała wprost pod strzelbę Cesarza.

Polowanie w Mosznej

Fotografie z albumu Franza Huberta von Tiele-Winckler

 

 

Polowania u książąt von Ratibor w Rudach Śląskich

 

Wiktor I Maurycy von Ratibor (właśc. Viktor I Moritz Karl, 1. Herzog von Ratibor und 1. Fürst von Corvey, Prinz zu Hohenlohe-Schillingsfürst; ur. 10 lutego 1818 r. w Langenburg, zm. 30 stycznia 1893 w Rudach r.) - książę Raciborza i książę Corvey. Wiktor Maurycy I stał się właścicielem dóbr raciborskich i corveyowskich w wieku 16 lat. W tym czasie nie było wcale pewne czy spadek po landgrafie Wiktorze pozostanie przy spadkobiercy. Proces o te dobra wszczął rząd Hesji, ale w 1837 roku wycofał pozew. Przez pewien czas zarządzał więc nimi jego ojciec Franciszek Józef. On sam zaś zajął się studiami w Getyndze, Bonn i Heidelbergu. Za pełnoletniego uznano go w 1840 roku, kiedy to złożył hołd Królowi Fryderykowi Wilhelmowi IV. Otrzymał wówczas godność książęcą Herzog von Ratibor und Fürst von Corvey. Zarówno on, jak i jego pierworodni mogli też nosić tytuł Wasza Książęca Mość (Seine Durchlaucht). Jako że Wiktor I. był drugim księciem raciborskim o tym imieniu, więc wszyscy jego potomkowie również je przyjmowali.


Książę zasiadał w 1847 roku w Kurii Panów w Sejmie Zjednoczeniowym, w 1849 roku w pruskiej drugiej Kamerze, a w 1850 roku w parlamencie Unii w Erfurcie. Od 1854 roku był dziedzicznym członkiem, zaś od 1877 roku prezydentem pruskiej Izby Panów. W latach 1867-1890 reprezentował w Reichstagu Partię Wolnokonserwatywną Okręgu Wrocławskiego. Swego czasu poświęcił się także karierze wojskowej. Doszedł nawet do honorowego stopnia generała kawalerii a la suite. Odznaczono go Krzyżem Wielkim Suwerennego Zakonu Rycerzy Maltańskich.

 

W 1845 roku Wiktor I. ożenił się z księżniczką Amalią von Fürstenberg, córką księcia Karola Egona II von Fürstenberg (1796–1854). Para uczyniła z Rud swą główną siedzibę. Wioska stała się znanym centrum towarzyskim odwiedzanym chętnie przez europejskie elity. Książęta dbali także o mieszkańców wsi. Po epidemii z lat 1847-1849 książę przeznaczył część pałacu dla sierot. Spośród dzieci najbardziej znani byli Maksymilian von Ratibor, Karol von Ratibor i oczywiście Wiktor II von Ratibor, następca Wiktora I. W sumie Wiktor I i Amalia mieli dziesięcioro dzieci:


•    Amalię (ur. 3 października 1846; zm. 25 sierpnia 1847)
•    Wiktora (ur. 6 września 1847; zm. 9 sierpnia 1923)
•    Franciszka Karola (ur. 6 kwietnia 1849; zm. 27 maja 1925)
•    Elżbietę (ur. 27 lutego 1851; zm. 5 października 1928)
•    Egona (ur. 4 stycznia 1853; zm. 10 lutego 1896)
•    Marię Teresę (ur. 27 czerwca 1854; zm. 29 maja 1928)
•    Maksymiliana (ur. 9 lutego 1856; zm. 12 stycznia 1924)
•    Ernsta Emanuela (ur. 10 listopada 1857; zm. 25 lutego 1891)
•    Karola Egona (ur. 7 lipca 1860; zm. 11 kwietnia 1931)
•    Małgorzatę (ur. 3 lutego 1863; zm. 4 czerwca 1940)


Niestety urodzona 3 października 1846 roku, na zamku w Raciborzu  córka Amalia Wiktora zmarła w wieku 1,5 lat. Magistrat miejski polecił wybić z tej okazji medal patronacki. Chrzest pierwszego dziecka odbył się w Rudach. Wiktor Amadeusz II predestynowany został do objęcia majątku. Jego bracia: Franciszek, Egon, Maksymilian, Ernest i Karol otrzymali gruntowne wykształcenie i poświęcali się karierze dyplomatycznej albo wojskowej.

 

Książę Wiktor Maurycy I był także filantropem. W latach szalejącej na Górnym Śląsku zarazy (1847-1848) sprowadził do Rud lekarza Juliusza Rogera. Ten przyjaciel śląskiego ludu uprosił u księcia budowę szpitali w Rudach, Rybniku, Lyskach i modernizację szpitala bonifratrów w Pilchowicach. Książę nie ukrywał swojej pobożności oraz przywiązania do katolicyzmu na protestanckim dworze cesarskim, chociaż w tym względzie bliżej było mu do stylu życia „oświeconego władcy”, niż do „klęczącego cystersa”. Był przez wiele lat przewodniczącym Śląskiego Związku Kawalerów Maltańskich, a w dobrach rudzkich założył orkiestrę, powołał do życia kilka szkół, przywiózł z Paryża figurę maryjną, stojącą przy wjeździe do sanktuarium, wreszcie patronował wydaniu książki o rudzkich cystersach dzieła młodego doktoranta, a zarazem opiekuna jego starszych synów – Augusta Potthasta.

Rudy Śląskie - opactwo cystersów - siedziba rodu na Górnym Śląsku

Początki opactwa i klasztoru rudzkiego zakonu cystersów wiążą się z okresem lat 1252—1258. Pierwotne uposażenie klasztoru rudzkiego nie było duże. Około 1260 r. składało się nań siedem wsi oraz pewne, nie skolonizowane jeszcze tereny. Podstawą działalności rudzkich cystersów początkowo było rolnictwo, hodowla bydła i trzody Opactwo rozwijało warzywnictwo, sadownictwo, bartnictwo i leśnictwo, zajęło się również produkcją wełny owczej i pszczelarstwem. Produkowano wosk, miód pitny i likier; istotna była również gospodarka leśna i hodowla ryb w sztucznych stawach. Na terenie klasztoru i w dobrach klasztornych były winnice, kuźnie, smolarnie jak również klasztorna huta szkła, gdzie w latach 1712 – 1740 produkowano szkło okienne, karafki, zwierciadła, dzbanki, butelki, naczynia i perełki, a wyroby eksportowano w głąb Austrii. Ponadto Klasztor posiadał własne kopalnie rudy, które były czynne jeszcze w 1756 r. Opaci rudzcy stracili swoje uprawnienia dopiero po przejęciu większości Śląska przez Prusy. Wiktor I von Hohenlohe-Waldenburg-Schillingsfiirst, książę raciborski, zaczął przebudowywać klasztor na siedzibę magnacką. Zmiany dotyczyły bardziej otoczenia niż samej bryły klasztoru. Wyburzona została większość budynków gospodarczych. Wytyczono i założono park. 

Corvey - siedziba rodu w Niemczech

Wiktor I obrał opactwo na swoją główną rezydencję i nie miał bynajmniej zamiaru burzyć cysterskiej klauzury, a na jej miejscu wznosić nowej budowli wedle modnej podówczas klasycystycznej modły. Zdecydował, że wiekowe założenie zostanie zaadaptowane na okazały pałac książęcy w ulubionym przez niego neogotyckim duchu. W 1859 r. wytrawny niemiecki architekt Karl Lüdecke (1826-1894) skreślił pierwsze rysunki pomiarowe opisujące zamierzoną przebudowę. W 1863 r. architekt przedstawił projekty nowych aranżacji wnętrz oraz ujednolicenia w duchu neogotyku detali architektonicznych elewacji. Swoje zamiary zrealizował jednak tylko częściowo. Nie doszło np. do adaptacji piętra jednego ze skrzydeł na salę balową, nad którym miała się wznosić dodatkowa wieża. Według opisu z tych lat rudzki pałac magnacki liczył 120 sal, halsów, gabinetów, pokojów gościnnych z łazienkami, buduarów itp. Dobra te pozostały przy tym rodzie do 1945 r.

Orkiestra założona przez księcia Wiktora I von Ratibor

Wnętrza urządzono w myśliwskim rycie. Ściany zdobiły trofea, mające łowy za główny temat rysunki (m.in. bezcenne grafiki Johanna Eliasa Ridingera) oraz wypchane okazałe sztuki zwierzyny, w tym ostatni upolowany w tutejszych lasach niedźwiedź. W 1912 r., na łamach niemieckiego czasopisma „Wild und Hund”, nie kryto zachwytu po wizycie w Rudach: "Wewnętrzny charakter pałacu dostosował się do otaczającego krajobrazu i lasu. W domu przodującego myśliwego i łowcy zbiory jego trofeów są rozkoszą dla serca i oczu każdego znającego się na rzeczy myśliwego. Upolowana zwierzyna ukazuje się tam w wielkich bogactwie, na korytarzu i w komnatach pałacu. Jest bardzo stylowo uporządkowana, daleka od jakiejś przesady. Licznie spotykamy srebrne szyldy oraz brązowe, srebrne i złote medale będące perłą niejednej dawnej wystawy. Trofea i egzemplarze zwierząt są z własnych, śląskich i austro-węgierskich rewirów łowieckich. Nie występują egzemplarze egzotyczne. Prawdziwy myśliwy, który ma okazję zobaczyć pałac, z pewnością nie przepuści tej okazji. Na środku korytarza sęp rozpościera swe skrzydła, obok wisi nadzwyczajna głowa kozła".

Najlepsze trofea księcia znajdują się w hallu. Poza niedużym niedźwiedziem, którego książę upolował przed kilku laty w Krainie, jest tutaj największy jeleń upolowany w księstwie w 1902 r. To szesnastak, który na berlińskiej wystawie poroży w 1903 r. został odznaczony medalem. Dalej znajduje się szereg najsilniejszych jeleni węgierskich. Za hallem znajduje się rząd pokoi, w których Jego Majestat (Wilhelm II) zamieszkuje przy każdorazowym pobycie w Rudach. Korytarz ma w całości około pięćdziesiąt metrów długości. Jest bogato wyposażony w łopaty łosia, wieńce jeleni i parostki saren. Obraz uzupełnia kilka starych, bardzo pięknych szaf i skrzyń oraz głowa i futro żubra, którego książę upolował u księcia pszczyńskiego.


Otoczenie pałacu zagospodarowano na park z ogrodem i zwierzyńcem. "Thiergarten" (historyczna nazwa widoczna już tylko na starych mapach) to XIX-wieczny ogrodzony zwierzyniec książąt von Ratibor, urządzony w części lasów raciborskich między Jankowicami, Rudą Kozielską a Kuźnią Raciborską. Familia hodowała tu dorodne sztuki leśnej zwierzyny, które potem odstrzeliwali jej zacni goście. Mieszkańców obowiązywał zakaz wstępu. W 1886 r. podziw nad efektem tych prac wyrażał Konstanty Damrot. Porównał park do ogrodów cysterskich w Oliwie, pisząc: " ... nie dozwalają już następnym gospodarzom i panom zetrzeć z nich charakterystycznej cechy, a takową stanowią przecudne drzewa, cieniste ganki, obszerne murawy i wody, umiejętnie wciągnięte do ogólnego planu".

Kolejny interesujący opis pałacu wyszedł spod pióra Janusza Meissnera, autora książki „Jak dziś pamiętam”: "Jest to wielkie gmaszysko zbudowane w czworobok dokoła obszernego wewnętrznego dziedzińca. Ma tylko dwie kondygnacje, ale liczy ponad 120 sal, holów, gabinetów, pokojów gościnnych z łazienkami, buduarów itp., a prócz tego w facjatach odpowiednią ilość pomieszczeń dla służby, na książęcą garderobę, na broń myśliwską, na pościel, bieliznę itd. Kuchnie, spiżarnie, pralnie i inne urządzenia gospodarcze znajdują się w suterenach. Książęce apartamenty mieszkalne, olbrzymia jadalnia i salony reprezentacyjne umeblowane są z magnackim, pruskim brakiem dobrego smaku. Wszystko jest kolossal - ciężkie, solidne i przeważnie bardzo brzydkie. Wyjątek stanowią dywany: perskie, tureckie, chińskie a także bogata kolekcja trofeów myśliwskich: poroża jeleni, danieli i kozłów oraz szable i fajki dzików".

W dobrach książęcych znajduje się Góra Wiktorii, upamiętniająca wizytę w dobrach księcia raciborskiego księżnej Wiktorii, późniejszej Cesarzowej Niemiec. Prawdopodobnie góra pamięta czasy cysterskie. Nazywano ją Galgenberg, czyli Golgota. Być może w okresie Wielkiego Postu odbywały się tu cysterskie obrzędy, m.in. drogi krzyżowe. Niewykluczone, że było to szczególne miejsce odosobnienia i skupienia. Latem 1866 r., na polecenie księcia raciborskiego Wiktora I, zwieziono tu kamienie. Związane to było z zapowiadaną wizytą pruskiej następczyni tronu. Księżna Wiktoria, córka Królowej Anglii Wiktorii i księcia saskiego Alberta, miała wówczas 26 lat. Od sześciu lat była żoną Fryderyka, pruskiego następcy tronu, od 1888 r., póżniejszego  Cesarza Fryderyka III Wilhelma. Rok 1866 był dla niej tyle szczególny, co i tragiczny. Wraz z mężem, wskutek przywiązania do ideałów demokracji i liberalizmu, popadła w niełaski teścia, wówczas jeszcze Króla Wilhelma I, tradycjonalisty, zwolennika silnych rządów, które w Prusach wcielał w życie osławiony kanclerz Otto von Bismarck. Była nielubiana przez reakcyjne pruskie junkierstwo. Przez biografów określana jako inteligenta i oczytana. Prawdziwie zakochana we Fryderyku, co na królewskich dworach w całej Europie było ewenementem. 3 lipca 1866 r. Prusacy pokonali pod Sadową Austriaków, zyskując hegemonię wśród państw niemieckich. Król Wilhelm I i żelazny kanclerz triumfowali. Wcześniej, bo 18 kwietnia, zmarł dwuletni książę Zygmunt, trzeci syn Wiktorii i Fryderyka. "O, jakże kochałam to maleństwo, od momentu narodzin znaczyło dla mnie więcej niż wszyscy jego bracia i siostry. Był mądry, znacznie mądrzejszy niż jego rodzeństwo, i myślałam, że będzie taki jak Papa. Fritz i ja ubóstwialiśmy go" - pisała do swojej matki, królowej Angli.

Księżna przyjechała do Rud 19 października 1866 r. Na pewno była pogrążona w smutku po śmierci syna. Wypoczynek w Rudach miał jej pomóc zapomnieć o tragicznym wydarzeniu. Z pewnością spacerowała po parku przypałacowym i uroczysku, gdzie książęta raciborscy organizowali pikniki. 27 października na wzgórzu pokrytym już kamieniami posadziła lipę. Drzewo to rośnie do dziś. Wokół niego ułożony jest krąg kamieni. Na jednym z nich znajduje się pamiątkowa inskrypcja.

Lipa w kamiennym kręgu

Książęcy dwór w Rudach łączyły zażyłe stosunki z dworem królewskim a potem cesarskim. W Rudach, w 1866 r., gościł następca tronu Fryderyk Wilhelm, mąż Wiktorii. Na początku XX w. dwukrotnie na polowania przyjeżdżał tu syn Fryderyka, wspomniany Cesarz Wilhelm II. Z pewnością odwiedził miejsce w Buku, gdzie znajdowała się lipa zasadzona przez jego matkę Wiktorię.

 

Wizytę Cesarza Wilhelma II w Rudach doskonale opisuje Grzegorz Wawoczny  w swojej książce: „Rudy. Magiczne miejsce”. Tak opisuje autor ową wizytę:


"Pod koniec listopada 1906 r. Cesarz Wilhelm II wraz z świtą przyjechał salonkami na raciborski dworzec. Tu czekały na niego automobile. Nimi to cesarska mość udała się do Rud. Zadbano, by automobilem nie trzęsło. Na polecenie księcia wszystkie drogi i ścieżki w jego dominiach doprowadzono do najlepszego stanu. Nawieziono tony żwiru, naprawiono mosty i przejścia między stawami. Raciborski dworzec jak i drogi wiodące do cysterskiej wioski były udekorowane.


Wizyta monarchy była wielkim wydarzeniem dla miejscowej ludności. Dla niektórych była to okazja by go obejrzeć. Cesarz początkowo nie życzył sobie tłumów podczas wjazdu do Rud. Po licznych prośbach zmienił jednak swoje stanowisko i zgodził się na ustawienie w szyku Powiatowego Związku Wojaków z Rybnika jak również stowarzyszeń i dziatwy szkolnej z Rud oraz utworzenie w Raciborzu szpaleru przez Powiatowy Związek Wojaków a także przez stowarzyszenia, cechy i szkoły raciborskie".


Najwięcej roboty miał książę raciborskie Wiktor Amadeusz i jego świta. Chodziło przecież o honor rodziny. Organizowane dla monarchy polowanie musiało być lepsze od wszystkich innych, w których uczestniczył. Sukces był gwarantowany, jeśli Cesarz ustrzeli więcej ptactwa niż gdzie indziej. Co więc zrobiono? Ano zdecydowano ponownie napełnić wodą stawy rybne, choć były już przygotowane do okresu zimowego. Jak zwykle zamierzano je napełnić dopiero wiosną następnego roku. Taki zabieg miał jednak swój sens. Dzięki niemu bażanty nie mogły się ukryć w – niedostępnej dla myśliwych- trzcinie porastającej gęsto pusty staw. Jednocześnie Cesarzowi oszczędzono brodzenia w szlamie pokrywającym dno. Ten gest kosztował księcia Wiktora Amadeusza sporo pieniędzy i kłótni ze swym zarządcą stawów, który przestrzegał, że działania te zakłócą gospodarkę rybną. Ponad wszystko liczyła się jednak tylko satysfakcja Cesarza.


Zabiegiem koniecznym było również wzmocnienie populacji ptactwa. Mnożeniem bażantów zajął się książęcy radca komory i leśny Schmidt. U barona von Reibnitza w Łanach, w powiecie kozielskim, zakupił, po 4,10 marki za sztukę, 350 bardzo silnych i zdrowych bażantów. Kolejne 200 chciano zakupić w Mosznej, ale dziedzic tamtejszego majątku zażądał za jednego ptaka aż 6 marek. Od zakupu więc odstąpiono. Sto bażantów udało się odłowić w remizach koło leśniczówki Brzeźnica i w remizie Cycon. Kolejnych 320 złapano w remizach: adamowickiej i raszczyckiej, Lipinia, koło zamku w Łubowicach oraz koło Ligoty i Ostrowa Łubowickiego. Kolejnych trzysta ptaków przywieziono z Brzezinki w powiecie gliwickim. Efekt był oszałamiający. Przed uzupełnieniem w Łężczoku było od 2 do 2,2 tys. Bażantów. Po działaniach Schmidta ich liczba wzrosła do ponad 3 tys."

Fotografie z polowań w Rudach

Fotografie z polowań książąt raciborskich

Polowanie Karla von Ratibor

'

 Victor von Ratibor

Wizyta koronowanych głów to nie jedyne ciekawe epizody z historii uroczyska Buk i domku "Agathenhütte", niezwykle często pokazywanego na pocztówkach z przełomu XIX i XX w. Przed II Wojną Światową hitlerowcy zorganizowali tu ośrodek szkoleniowy dla Hitlerjugend. Po wybuchu wojny był tu obóz dla jeńców alianckich, m.in. wziętych do niewoli podczas desantu na Krecie. Obóz ten, jako tzw. reprezentacyjny, wizytowały organizacje międzynarodowe. Jeńcy cieszyli się tu dużymi swobodami. Zamieszkiwali w domku myśliwskim Agathenhütte.

To było ulubione miejsce wypoczynku rodziny ksiażąt von Ratibor, którzy stale rezydowali w pałacu w Rudach (dawny klasztor cystersów). Mieli tu leśniczówkę Agathenhütte i staw zasilany wodą przez leśny potok.

W lasach rudzkich jest dużo kamiennych obelisków. Niektóre z nich są niewątpliwie związane z wydarzeniami myśliwskimi ale do końca nie jest wiadome czego dokładnie dotyczą.

Kamień w okolicach Rud. Napis to pozdrowienie myśliwskie - nasze Darz Bór
Położono go przy drodze do lasu w kierunku Zwonowic. Tak mogła być oznaczona droga dla książęcych gości - myśliwych udających się na polowanie.,

Pod koroną napis wskazujący na to, że kamień dotyczy księcia  Wiktora I. Natomiast data nie wiadomo jakie wydarzenie upamiętnia.

Ze źródeł historycznych wiadomo, że Wiktor I kupił w 1852 roku od barona Salomona Mayera von Rotschilda, bankiera żydowskiego i pana na Szylerzowicach, majątek Łubowice, w skład którego wchodziło 200 ha gruntów, pałace Eichendorffów oraz założenie parkowe. Wartość transakcji wyniosła 50 tys. talarów. W 1865 roku książę nabył Brzeźnicę koło Łubowic oraz Brzezinkę w powiecie gliwickim. Do gospodarki rolnej swoich dóbr wprowadził nowoczesne metody upraw i nawożenia. Sadzono nowe odmiany roślin. Na polach kopano rowy melioracyjne. Czy jednak to wydarzenie upamiętnia kamień? Osobiście wątpię.

Z napisu wynika, że książę Victor von Ratibor, 1 pażdziernika 1892 roku strzelił w tym miejscu jelenia

Napis oznacza, że jest to historyczny dom spotkań myśliwych na wzniesieniu Firsten, a może miejsce spotkań?

Kamień upamiętniający upolowanie ostatniego niedźwiedzia w tej okolicy. Zdarzenie miało miejsce 1 grudnia 1771 roku, a misiek ważył 4,5 cetnara czyli około 230 kg.

Jeżeli to prawda to dzik ważył ok. 280 kg.

Ten kamienny krzyż w środku lasu upamiętnia nieszczęśliwe wydarzenie, kiedy to ksiażę raciborski podczas polowania zastrzelil swojego stangreta Fabiana Hytrka, który wyszedł po księcia ale akurat znalazł się w miejscu gdzie spodziewano się dzika. Nieszczęście miało miejsce w lutym 1927 roku.

 

Informację o kamieniach i ich opisy zaczerpnąłem ze stron internetowych i czy są prawdziwe do końca nie wiem. (źródło: eksploratorzy.com.pl oraz http://jestemadrian.pl/lasy-rudzkie/ )

 

.

Łężczok 1906 r. Cesarz na polowaniu

Cesarskie polowania na Łężczoku

Łężczok  – dziś wodny rezerwat przyrody w województwie śląskim, w powiecie raciborskim położony pomiędzy Raciborzem, Nędzą, Zawadą Książęcą i Babicami.


W 1783 roku cystersi postawili przy drodze przebiegającej przez las dworek myśliwski. W 1810 roku w związku z kasacją zakonu cystersów ich majątek przeszedł w ręce landgrafa heskiego Amadeusza z Hesji-Rotenburga, a następnie w ręce książąt pruskich Hohenlohe-Waldenburg-Schillingsfürst, a właściwie siostrzeńca żony Amadeusza, Wiktora Maurycego von Hohenlohe-Waldenburg-Schillingsfürst. Nowi właściciele dokonali przebudowy stawów i lasów poprzez wprowadzenie monokultury świerkowej oraz założyli hodowlę bażantów w celach łowieckich. Kiedy te tereny były w posiadaniu rodu Hohenlohe prowadzone były tutaj badania, m.in. przez niemieckiego lekarza, badacza kultury i przyrody Juliusza Rogera oraz przyrodnika Emila Fieka. W 1906 i 1910 roku na tych terenach uczestniczył w polowaniach Cesarz niemiecki Wilhelm II wraz z księciem raciborskim, Wiktorem II. W 1922 roku szczególne walory przyrodnicze tych terenów spowodowały wpisanie ich do rejestru pomników przyrody.

 

O ogromnych rozkładach polowań na Śląsku i swoistej "wpadce" Cesarza podczas polowania na Łężczoku, na Śląsku mówi artykuł Grzegorza Wawocznego zamieszczony na stronie interntowej http://www.goraciborz.pl

 

"Przez górnośląskie polowanie Cesarz Wilhelm najadł się wielkiego wstydu. A wszystko za sprawą wścibskiego dziennikarza. Do zdarzenia doszło w Łężczoku, dzisiejszym rezerwacie leśno-stawowym. Cesarz nader często zaglądał na Górny Śląsk, gdzie dojeżdżał specjalnym składem kolejowym złożonym z czterech białych luksusowo wyposażonych wagonów. Odwiedził m.in.: Jankowice niedaleko Pszczyny (strzelał do żubrów), Świerklaniec, Rudy, Żyrową, Sławięcice i Strzelce Opolskie. Z tej ostatniej miejscowości pochodzi datowany na 1904 r. taki oto opis wielkiego łowczego: "Wilhelm II, z jedną ręką krótszą i nieruchomą, zwisającą jak proteza, z wąsami sterczącymi ku górze na kształt sztyletów, ubrany był w mundur cesarskiego gajowego, po którym spływała zielonkawa peleryna”. Ubitą na Górnym Śląsku zwierzynę (rogacze, zające, ptactwo łowne) liczono w setkach a nawet tysiącach sztuk. Jedną z wizyt u księcia von Ratibor w Rudach Cesarz jednak na długo zapamiętał i to nie z racji kolejnych sukcesów.


Rezydujący stale w pocysterskim opactwie w Rudach książę Wiktor von Ratibor, monarchista i konserwatysta, cieszył się dobrymi koneksjami w Berlinie. Jego brat Chlodwig był kanclerzem Niemiec, co otwierało drzwi na najważniejsze salony, gdzie zresztą Wiktor regularnie gościł, pielęgnując swoje kontakty i znajomości. Dowodem dobrych relacji z Cesarzem było przyjęcie przez kajzera zaproszenia do odwiedzenia pałacu w Rudach. Nie mogło się, rzecz jasna, obyć bez polowania. Na strzelanie obrano Łężczok, pocysterskie stawy hodowlane w starorzeczu Odry pod Raciborzem. Przyjazd kajzera zapowiedziano na końcówkę listopada 1906 r.

 

Cesarz Wilhelma II, pod koniec listopada 1906 r. wraz ze świtą przyjechał salonkami na raciborski dworzec. Wizyta monarchy była wielkim wydarzeniem dla ludności. Wiązała się z podjęciem wielu ważnych przedsięwzięć. Najwięcej roboty miał książę raciborski Wiktor Amadeusz i jego świta. Chodziło o zorganizowanie polowania, które miało przynieść naturalnie ogromny sukces. Stawką był honor rodziny książąt raciborskich. Starannie zatem dobierano kadrę, która miała towarzyszyć Cesarzowi. Zgodnie z poleceniem księcia dwudziestu tragarzy nabojów mówiło głównie po niemiecku, nieźle się prezentowało i prawie każdy był żołnierzem. Ostatecznie polowanie trwało od godz. 9:00 do około godz. 15:00. Po strzelaniu jego Cesarska Mość czekał na wyniki przy wielkim ognisku. Po przygotowaniu pokotu czyli ułożeniu upolowanej zwierzyny według jej łowieckiej hierarchii, już w obecności Cesarza i jego świty, naczelnik Urzędu Leśnego odczytał wyniki polowania, najpierw Cesarza,  a później reszty. Po odegraniu sygnału "Koniec polowania" monarcha odjechał automobilami do Rud, słysząc zapewne w oddali odgrywany przez strzelców "Marsz myśliwski". Wyniki polowania były wyśmienite. Absolutnym mistrzem okazał się, oczywiście, sam Cesarz Wilhelm II. W ciągu około pięciu godzin efektywnego strzelania jego ofiarą padło 738 bażantów, 3 głuszce, po jednym zającu i sójce. Cesarz trafiał więc celnie 2,5 razy na minutę. Jako że nie wszystkie strzały były zapewne celne, więc musiał zużyć ponad tysiąc naboi. Był to z pewnością wielki wysiłek (zważywszy na Jego kalectwo – dop. autora). Warto dodać, że tych kilka ustrzelonych głuszców było na Łężczoku towarem importowanym. Podobnie jak azjatycki bażant złocisty odstąpiony przez barona von Reibnitza. Tego pięknego ptaka nie udało się jednak nikomu upolować.


Przed polowaniem książęca administracja miała pełne ręce roboty. Największym problemem był brak wody w stawach. Zgodnie z regułami gospodarki rybackiej spuszczano ją jesienią. Obawiano się jednak, że kajzer nie będzie kontent brodząc w szlamie i wodząc lufą za ptactwem kryjącym się w gęstej trzcinie. Książę zdecydował więc, że stawy zostaną ponownie napełnione, co zresztą okupił awanturą z ich zarządcą, który tłumaczył, iż jest to kosztowny i mało rozsądny krok, grożący stratami w hodowli. Dla księcia liczyła się jednak satysfakcja kajzera, a ta dalej stała pod znakiem zapytania, bo na Łężczoku było zbyt mało bażantów. Kazano je więc odłowić w innych rewirach książęcego dominium, a część nawet dokupiono. Zabiegiem koniecznym było również wzmocnienie populacji ptactwa. Mnożeniem bażantów zajął się książęcy radca komory i leśny Schmidt. U barona von Reibnitza w Łanach, w powiecie kozielskim, zakupił, po 4,10 marki za sztukę, 350 bardzo silnych i zdrowych bażantów. Kolejne 200 chciano zakupić w Mosznej, ale dziedzic tamtejszego majątku zażądał za jednego ptaka aż 6 marek. Od zakupu więc odstąpiono. Sto bażantów udało się odłowić w remizach koło leśniczówki Brzeźnica i w remizie Cycon. Kolejnych 320 złapano w remizach: adamowickiej i raszczyckiej, Lipinia, koło zamku w Łubowicach oraz koło Ligoty i Ostrowa Łubowickiego. Kolejnych trzysta ptaków przywieziono z Brzezinki w powiecie gliwickim. Efekt był oszałamiający. Przed uzupełnieniem w Łężczoku było od 2 do 2,2 tys. bażantów. Po działaniach Schmidta ich liczba wzrosła do ponad 3 tys. Ostatecznie pod ostrzał Wilhelma wystawiono 3 tysiące ptaków.


Strzelanie było udane, bo cztery lata później, dokładnie 28 listopada 1910 r., Cesarz ponownie zawitał na Łężczok, a książę jak zwykle stanął na głowie, by szacowny gość dał upust swojej chuci jak należy. Po kilku godzinnej jatce rozpalono na grobli ognisko, przy którym Cesarz i jego świta spoglądali na rozkład pokotu. Po tym jak naczelnik książęcego urzędu leśnego odczytał wyniki, najpierw Cesarza a potem innych szlachetnie urodzonych myśliwych, całe towarzystwo wsiadło w automobile i odjechało na bal do Rud".

 

Prinz Victor II von Ratibor

Polowanie z 1910 r. nie wyróżniłoby się spośród innych łowów monarchy, gdyby nie pewien incydent. Wilhelm wiedział, że podążają za nim reporterzy, pozował do zdjęć, chętnie dzielił się wrażeniami ze strzelania, a jego urzędnicy dbali, by notatki zawierały wiarygodne dane o liczbie ustrzelonych rogaczy czy ptactwa. Wyniki z Łężczoka budziły zachwyt. Łowczych podzielono na trzy grupy. W pierwszej był książę Wiktor, jego dwóch synów i krewni. Ustrzelili raptem sto bażantów, co nie dziwi, bo jako gospodarzom nie wypadało więcej. Członkom cesarskiej świty zapisano na koncie 529 sztuk ptactwa. Więcej, bo ponad tysiąc dwieście bażantów, ustrzelili górnośląscy arystokraci. Najcelniej strzelał Henckel von Donnersmarck.


Jednakże krótko po wyjeździe monarchy z Rud, w czasopiśmie „Das Waidwerk in Wort und Bild” („Myślistwo w słowach i obrazach”), ukazała się relacja z polowań na Śląsku. Okazało się, że jej autor nie miał zamiaru wpisać się w ton dworskiej propagandy sukcesu. Ujawnił, iż podczas polowania w Łężczoku jeden z książęcych leśnych urzędników pochwalił się mu, że w Sławięcicach bażanty trzymano w koszach i jak tylko Cesarz zajął stanowisko natychmiast je wypuszczono. Dzięki temu Wilhelm miał znacznie ułatwione zadanie.

Po publikacji wybuchł skandal, bo kajzer stał się obiektem kpin. Książę Wiktor II popadł w niełaskę. Bezskutecznie szukał służącego, który rozmawiał bez upoważnienia z dziennikarzem. Zapowiedziano także, że na kolejne polowania fotoreporterzy nie będą zapraszani. Cóż z tego, skoro Wilhelm II omijał już rewiry Wiktora von Ratibor."

 

Wiktor II  Amadeusz von Ratibor jego żona Maria Breunner-Enkevoirth (ur. 23 sierpnia 1856 w Grafenegg, zm. 25 czerwca 1929 w Rudach) — austriacka hrabianka, księżna raciborska

Wiktor II Amadeusz von Ratibor i Maria von Breunner-Enkevoirth - portret ślubny

19 czerwca 1877 r. książę ożenił się w Wiedniu z hrabianką Marią, jedynym dzieckiem podkomorzego hr. Augusta von Breunner-Enckevoerta i hr. Agaty Széchényi von Sárvár-Felsövidék. Z małżeństwa z Marią miał dwoje dzieci- syna Wiktora III Augusta (1879-1945) i corkę  Agatę (1888-1960) i z innego związku syna Hansa Konstantyna.

 

Wiktor II  Amadeusz von Ratibor  (ur. 6 września 1847 r. w Rudach – zm. 9 sierpnia 1923 r. w Corvey) był najstarszym synem księcia Wiktora Maurycego i księżniczki Amalii von Fürstenberg. Naukę rozpoczął w 1861 r. pod kierunkiem ks. Hermana Schaffera, późniejszego proboszcza raciborskiej fary, autora licznych publikacji o historii Raciborza. W 1863 r. wstąpił do gimnazjum w Nysie, gdzie w 1865 r. uzyskał maturę. Następnie pod opieką nauczyciela odbył studia prawnicze w Berlinie, Bonn i Getyndze, gdzie uzyskał dyplom doktora obojga praw. Jesienią 1869 r. wstąpił do pułku huzarów gwardii  w Poczdamie, z którym to brał udział w wojnie francusko – pruskiej 1870 - 71 roku. Odznaczony został Krzyżem Żelaznym II klasy. Przez trzy lata, począwszy od 1873 r. pracował w Ambasadzie Niemiec w Wiedniu. Od  1877 r. miał prawo noszenia munduru swej jednostki, nie będąc w czynnej służbie wojskowej. Książę Wiktor był człowiekiem aktywnym. Należał do zakonu rycerzy maltańskich. Posiadał stopień podporucznika a później rotmistrza pułku huzarów. Za dzielność i męstwo w wojnie prusko-francuskiej (1870-1871) odznaczono go Krzyżem Żelaznym. Niedługo potem awansował do stopnia generała majora. Obok wojskowej, zdecydował się również na karierę dyplomatyczną. Był między innymi członkiem niemieckiej ambasady w Wiedniu. Po śmierci ojca 30 stycznia 1893 r. Wiktor Amadeusz II został księciem raciborskim. W 1913 r. przyznano mu tytuł honorowego obywatela Wrocławia. Podejmował wiele działań na rzecz Górnego Śląska. Był członkiem Rady Powiatu rybnickiego oraz deputowanym do rady powiatów: raciborskiego, gliwickiego i oleskiego. W 1891 r. objął posadę w administracji prowincjonalnej. Od 1893 r. był członkiem sejmiku prowincjonalnego. Od 1897 r. wybierany był na kolejne kadencje przez jego członków na przewodniczącego wspomnianego gremium. Książę Wiktor II rządził w czasie I wojny światowej, powstań śląskich i plebiscytu. Stan ziemskiego posiadania generalnie się nie zmienił. Rosła jedynie liczba książęcych urzędników. Książę Wiktor w odróżnieniu od swego następcy i najstarszego syna Wiktora III Augusta przejawiał dość znaczną aktywność polityczną, społeczną i gospodarczą. Dzięki małżeństwu książę raciborski pozyskał ogromne majątki ziemskie, lasy i słynne winnice. Książę był dobrym gospodarzem. Podstawą jego gospodarki był przemysł rolno-spożywczy, drzewny i produkcja materiałów budowlanych. Książę Wiktor II zmarł 9 sierpnia 1923 r. w Corvey po 30 latach władania księstwem w wieku 76 lat. Szczególne wysoko oceniana była praca księcia w Niemieckim Związku Łowieckim, (Allgemeine Deutsche Jagdschutzverein), któremu przewodniczył od roku 1895. Z okazji 70 rocznicy urodzin członkowie Związku podarowali księciu ilustrowane czasopismo pamiątkowe, w którym zamieszczono sceny z polowania w lasach książęcych. Jubilat otrzymał też zaszczytny tytuł „Jäger der Heimat” (dzisiaj moglibyśmy ów tytuł przetłumaczyć jako Myśliwy Małej Ojczyzny - Śląska). W piśmie skierowanym na ręce jubilata, podkreślano też jego zaangażowanie dla tzw. „zielonej sprawy”, w tym głównie dla ochrony lasów i zwierzyny. Allgemeine Deutsche Jagdschutzverein podejmował bowiem, jako jeden  z pierwszych związków łowieckich (myśliwskich) na świecie, różnorodne działania, w tym również badania naukowe, związane z ochroną przyrody i ekologią. Artykuł w Anzeigerze kończyły życzenia skierowane na ręce księcia Wiktora, nawiązujące do jego zamiłowania naturą: „Möge der grüne Wald auch fürderhin den Herzog so erhalten, Jahrzehnte noch!” (Niechaj te zielone puszcze, które książę tak umiłował, zachowają go jeszcze dziesiątki lat w zdrowiu). W listopadzie 1906 roku oraz w 1910 roku dobra książęce odwiedził Cesarz niemiecki Wilhelm II Hohenzollern.

Polowanie w 1910 r.

Książę Wiktor II zmarł 9 sierpnia 1923 r. w Corvey po 30 latach władania księstwem w wieku 76 lat

Książę Wiktor III August Maria von Ratibor (właśc. Viktor III. August Maria, 3. Herzog von Ratibor und 3. Fürst von Corvey, Prinz zu Hohenlohe-Schillingfürst-Breunner-Enkervoith, auf Grafenegg-Neuaigen, Asparn, Niederösterreich, auf Kieferstädtel und Zembowitz, Oberschlesien); ur. 2 lutego 1879 r. w Rudach, zm. 11 listopada 1945 r. w Corvey) – został po śmierci ojca księcia Wiktora II Amadeusza von Ratibor 9 sierpnia 1923 r. III księciem raciborskim.

Książę Wiktor III z żoną Elżbietą Oettingen-Oettingen und Oettingen-Spielberg

Z małżeństwa księcia Wiktora III i ks. Elżbiety wywodziło się pięcioro dzieci, wszyscy urodzeni w Rudach. Jako trzeci urodził się 12 lutego 1916 r. Wiktor IV Albrecht von Ratibor – książę następca (Erbprinz). Jako dowódca plutonu czołgów zginął 18 września 1939 r. w Puszczy Kampinoskiej. Ostatnim, piątym dzieckiem ks. Wiktora III i ks. Elżbiety, był Franciszek I Albrecht von Ratibor (imiona dziadka po kądzieli) Maksymilian, ur. 23 października 1920 r. Ponieważ nie miał on szans na odziedziczenie czegokolwiek z majątków górnośląskich i westfalskich, na mocy układu adopcyjnego, zawartego 6 lipca 1926 r. w Budapeszcie, a potwierdzonego 13 stycznia 1927 r. w Raciborzu, został on adoptowany przez swoją ciotkę – ks. Klementynę von Metternich-Sándor (1870–1963), bezdzietną właścicielkę olbrzymich majętności na Węgrzech i w Austrii, w tym słynnych austriackich winnic "Metternich".

 

W 1945 r. rodzina książęca opuściła Rudy i udała się do swojej siedziby westfalskiej w Corvey. Tam ks. Wiktor III August zmarł 11 listopada 1945 r. Jego żona Elżbieta zmarła 2 maja 1976 roku w swojej rodowej siedzibie w Oettingen.

 

W styczniu 1945 r. budynki podpalone zostały przez sowieckich żołnierzy. Pożar zniszczył rezydencję książęcą.

 

Polowanie w Strzelcach Opolskich u hrabiego Mortimera Tschirschky-Renarda

 

Pierwszy z prawej hrabia Mortimer Tschirschky-Renard

Cesarz Wilhelm II (z lewej) wraz z hrabią Mortimer’em von Tschryschky –Renard

Mortimer von Tschirschky został właścicielem pałacu w Strzelcach Opolskich po swoim dziadku - Andreasie von Renard, gdyż jego synowie, Hippolith i Johannes przedwcześnie zakończyli swój żywot. Mortimer urodził się 14 września 1844 roku w pałacu w Kobierzycach koło Wrocławia, był synem Marii i Bernarda Tschirschkiego – Reichell. Miał siostrę Eufemię Marię, żonę Ryszarda von Eulenburg oraz brata Hipolita, który zmarł mając lat siedem.

 

Z uwagi na wielkość otrzymanego po dziadku Andreasie majątku, władze pruskie zezwoliły dnia 18 czerwca 1877 roku baronowi honorowaniem się tytułem hrabiego i dołączenie do swojego nazwiska – Renard. Mortimer pełnił także obowiązki przewodniczącego sejmu prowincjonalnego, był również członkiem Izby Panów. Władze Strzelec przyznały mu tytuł honorowego obywatela miasta.

 

Tschirschky posiadał znaczną część udziałów w spółce Gwarectwo Hrabiego Renarda, mającej pozwolenie działania na terenie państwa rosyjskiego. Należały do niego dobra strzeleckie oraz majątek Krzyżowice, łącznie 17 000 hektarów. Po swoim swoim dziadku odziedziczył także upodobanie do polowań. Osobiście w Strzelcach nie mieszkał, tylko w swojej rodowej siedzibie odziedziczonej po ojcu w Krzyżowicach. Do Strzelec przyjeżdżał jedynie na czas polowań, więc oprócz doprowadzenia do pałacu wody oraz wybudowania wielu łazienek i toalet niczego w nim nie zmienił. Dla swoich gości wybudował niewielką willę w stylu myśliwskiego pałacyku, tuż obok zamku. Nastały czasy, kiedy to każdy szanujące się właściciel dużych dóbr ziemskich zabiegał o względy Cesarza Wilhelma II. Ten władca lubił umilać sobie czas polowaniami. W 1890 roku przybył po raz pierwszy do Strzelec na osobiste zaproszenie hrabiego Mortimera.

 

Mortimer von Tschirschky – Renard zmarł 18 marca 1908 roku we wrocławskim szpitalu mając 64 lata. Po mszy odprawionej w kościele św. Magdaleny hrabia został pochowany w rodzinnym grobowcu Tschirschkych w Domosławiu, koło Wrocławia. Mortimer nie był żonaty i nie pozostawił po sobie potomka, więc strzeleckie dobra przeszły na kolejnego wnuka Andreasa von Renard, na hrabiego Karla von Brühl.

Zamek w Strzelcach Opolskich

Zanim przyjdziemy do polowań Wilhelma II w Strzelcach Opolskich należy przedstawić postać dziadka hrabiego Mortimer’a von Tschryschky – Renarda, dzięki któremu powstał ogromny majątek w Strzelcach Opolskich, i dzięki któremu hrabia Mortimer von Tschryschky –Renard go odziedziczył.

Hrabia Andreas von Renard  - urodził się 12 stycznia 1795 roku jako syn Johannesa Baptysty II i Aloysy hrabiny Gaschin w czeskiej Opawie, i tam też uczęszczał do szkoły. Kiedy miał  4 lata zmarł jego ojciec, w wieku lat ośmiu odeszła jego matka. Wówczas opiekę nad ich dziećmi przejęła babka – hrabina Charlotta Gaschin. Andreas miał jeszcze jednego brata, Johannesa, który również przedwcześnie zmarł w wieku lat dziewiętnastu.

 

Studiował w Londynie i służył w austriackiej armii. Był nawet cesarsko-królewskim szambelanem na wiedeńskim dworze, a było to w 1819 roku. Został spadkobiercą miasta Strzelce oraz sporej ilości ziem na Śląsku już jako czteroletnie dziecko – po śmierci dziadka. Jednak dopiero w 1815 r. uzyskał prawo do samodzielnego sprawowania władzy, tuż po ukończeniu lat uprawniających go do objęcia majątku. Ożenił się w 1825 roku z Euphemią Anną von Rudziński. Z tego związku Renard miał dwie córki: Eufemię Barbarę (zmarła w niedługim czasie po swoim urodzeniu w 1827 r.) i Ludmiłę Gabrielę Marię (ur. 1830) oraz dwóch synów: Jana (ur. 1829) i Hipolita (ur.1831).

 

Ze względu na wielkość posiadanych ziem, Renard zdobył ogromy szacunek szlachty śląskiej. Obdarzono go wieloma tytułami, a w 1820 roku hrabiego przyjęto także do Zakonu Rycerzy Maltańskich na Śląsku.

 

Andreas Maria Renard powiększał swoje dobra o coraz to nowsze tereny, był bardzo dobrym gospodarzem. Uważał, że nie można się znęcać ani bić poddanych, ponieważ nie przyniesie to błogosławieństwa. Człowiek nie może być traktowany jak kanalia, natura sprzeciwia się takiemu traktowaniu. Stwierdził,  że każdego podwładnego należy traktować jak swojego przyjaciela, a wówczas przyniesie to odpowiednie rezultaty. Swoim postępowaniem oraz rozsądnym zarządzaniem gospodarką sam doprowadził do rozkwitu Strzelec Opolskich i okolic. W 1826 roku zainstalował młyn zbożowe m. in. w Zawadzkim, a w 1833 – pudlingarnię w Żędowicach. Zlikwidował bezrobocie, przygotował różne prace dla ludzi z miasta i rolników, zaczął budować kopalnie, huty, kolej oraz zamki. W 1842 roku rozbudował torfiarnię w Łaziskach, gdzie wytwarzano 77% całej produkcji torfu na Śląsku.


Był właścicielem jedenastu gorzelni, kamieniołomów, piaskowca, wapienników, browaru. Rozwinął na Śląsku przemysł metalowy. Na terenie ziemi strzeleckiej unowocześnił huty w Kolonowskim, Żędowicach i Fosowskim. W 1836 założył hutę w Zawadzkim. W 1851 roku kupił największy zakład hutniczy na Śląsku, hutę Pokój w Bytomiu. Rozbudował ją, wprowadzając najnowocześniejsze technologie. Po jakimś czasie stał się największym producentem surówki na Górnym Śląsku. Następną inwestycją Renarda było wybudowanie własnej drogi między Opolem, Strzelcami a Pyskowicami w 1835 r.

 

Hrabia inwestował w górnictwo, w nowo zakupionych dobrach sieleckich oraz w kolej warszawsko – wiedeńską. W jego rękach znajdowało się wówczas 41% akcji. Renard z myślą o potomkach przekształcił swoje majątki w majorat. Stało się to 14 marca 1857 roku i zgodnie z tym cały jego majątek przechodził na  najstarszego syna lub najbliższego krewnego. Dobra Renarda to nie tylko kopalnie i zakłady przemysłowe, ale także spora ilość zamków i pałaców. Oprócz zamku w Strzelcach, który stanowił jego główną siedzibę, w rękach hrabiego znajdowały się m. in. pałace w Wielowsi, Sielcach, Czechowicah, Biskupicach, Twarogu, Świbiu oraz Kravare w Czechach.


Wielką pasją hrabiego były konie. W 1825 roku założył stadninę w Olszowej. W bardzo krótkim czasie konie z jego hodowli stały się najpopularniejszymi w Europie. Hodował konie pełnej krwi angielskiej oraz konie pociągowe. Do hrabiego Renarda należały również tereny leśne obfitujące w zwierzynę łowną i niezliczone ptactwo. W związku ze swoim zamiłowaniem do łowiectwa w 1856 r. hrabia wybudował dla swoich gości pałac myśliwski w Kątach, koło Zawadzkiego. Pałac ten jest jednym z niewielu pozostałych zabytków tej specyficznej architektury. Moda na budowle typowo myśliwskie przyszła z Anglii, tak jak modne wówczas założenia ogrodowe. Zwykle nie pełniły one funkcji mieszkalnych, a były używane tylko podczas trwających polowań.

Pałac myśliwski w Kątach

 Również strzelecki park, po którym i dziś możemy spacerować, powstał dzięki wspaniałomyślności hrabiego. To właśnie dzięki studiom w Anglii zapoznał się z modnymi wówczas w Europie parkami krajobrazowymi, które zwykle otaczały zamki i pałace magnatów. Początkowo w jego strzeleckiej posiadłości była jedynie aleja włoskich topoli, która prowadziła z pałacu do bramy na Suchych Łanach. Renard wysłał swojego ogrodnika Schmidta do Anglii, aby ten zapoznał się z tamtejszymi parkami. Po jego powrocie opracowano plany, a następnie w 1832 roku rozpoczęto prace związane z urządzeniem parku, które trwały prawie 30 lat.  Najstarszą częścią tego parku jest tzw. park mały.

 

Na teren parku sprowadzono drzewa z różnych okolic i lasów hrabstwa, m. in. z powiatu lublinieckiego. Sadzono je w miejscach najbardziej reprezentatywnych, np. przed południową częścią zamku, jak i również na obrzeżach parku, aby goście od razu mogli podziwiać ich naturalne piękno. Rosły tu również prawie trzystuletnie cisy. Wśród wielu innych okazów można było znaleźć białą topolę, daglezję, klony, choiny kanadyjskie, dęby błotne, magnolie, forsycje, drzewo tulipanowe, buki czerwone i graby, czy platany i ostrokrzewy cierniste. Koszt urządzenia tego parku wyniósł 200.000 marek, co na owe czasy było kwotą bardzo wysoką.

 

Za rządów Renarda również dobra zamkowe z roku na rok zaczynały pięknieć i nabierać nowych kształtów. Hrabia rozpoczął remont oraz przebudowę zamku w 1840 roku. Powiększono zachodnie skrzydło, w którym rozmieszczono wiele pokoi. Na piętrze znajdował się jego główny gabinet. Prowadzono praca adaptacyjne starszych części posiadłości. Rozpoczęto budowę zamkowej wieży, która stanowiła odrębną część połączoną jednak z zamkiem na wysokości parteru i pierwszego piętra. Jest to obecnie najlepiej zachowana część z pozostałych w parku ruin rezydencji Renarda.

 

W 1840 rozpoczęto remont i przebudowę zamku. Powiększono zachodnie skrzydło, położono nowy tynk, wybudowano wieżę zamkową. Przy zachodnim skrzydle wzniesiono dużą stajnię, tzw. masztalarnię. Trafiały do niej konie pełnej krwi angielskiej hodowane w Olszowej. Hrabia zlecił także urządzenie parku w stylu angielskim. Wybudowano w nim oranżerię, ananasarnię, bażanciarnię, neoklasycystyczną świątynię nawiązującą architektonicznie do starożytnej Grecji, wieżę Ischl. Planowane było wzniesienie zamku myśliwskiego inspirowanego architekturą średniowiecza. Do majątku należał także okazały budynek Dyrekcji Dóbr Hrabiowskich i tzw. czworaki dworskie.

Budynek Dyrekcji Dóbr Hrabiowskich

Wieża Ischl

Wieża Ischl została wzniesiona w 1840 roku przez hrabiego Renarda w pobliżu strzeleckiego parku (z parku do wieży prowadzi około 2-kilometrowa aleja z kasztanami). Neogotycka, czterokondygnacyjna wieża została wybudowana na wzór wieży Kolowrat w austriackim mieście Ischl w celu upamiętnienia siostry hrabiego Renarda – Margarethe von Kolowrat zamieszkałej w Austrii. Na szczycie znajdował się taras widokowy z balustradą oraz niewielką wieżyczką, skąd roztaczał się widok m.in. na Strzelce Opolskie i Górę św. Anny. Wieża była miejscem dumania, by w późniejszym okresie stać się punktem obserwacyjnym i łowieckim.

Bażanciarnia i pałac w Strzelcach Opolskich

Przebudowy były na tyle gruntowne, że przez długi czas architektura zamku uchodziła za XIX wieczne dzieło. W lecie 1841 roku rozpoczęto także prace nad wieżą Ischl, której ruiny do dnia dzisiejszego znajdują w tzw. dużym parku. Wieża miała być prezentem dla żony Euphemii. W tym samym czasie, nieopodal dzisiejszych ruin murów miasta rozpoczęto budowę kaplicy – mauzoleum Renardów. W 1853 roku umiera żona hrabiego - Euphemia, w 1855 r. po ciężkim postrzale w głowę podczas polowania w czarnocińskim lesie umiera najmłodszy syn Hipolit, a w 1874 r. na skutek zakażenia krwi po operacji ucha umiera najstarszy syn Jan.

 

Mauzoleum Renardów

Pomnik pamieci Hippolita hr Renarda

Pomnik w rezerwacie przyrody „Grafik” w Czarnocinie. Został on ustawiony w miejscu śmiertelnego postrzału w głowę syna strzeleckiego hrabiego Andrzeja Renarda – Hippolita. Nieszczęśliwe wydarzenie miało miejsce 7 października 1855 roku podczas polowania w tamtejszym lesie. Na kamiennym pomniku z krzyżem w jego górnej części został wykuty napis „Filio”, co znaczy „Synowi”.

 

Ród Renardów doświadczały ciągłe nieszczęścia. W 1855 r. doszło do tragedii podczas polowania w lesie Czarnocińskim. 7 października syn Andreasa Renarda - Hippolith Maria Graf Renard (ur. w 1831 r.) odbywał tam polowanie z dwoma przy-jaciółmi - Grafem Saurma-Jeltsch i Hugonem Grafem Henckel Donnersmarck. Ten drugi był ojcem żony Hippolitha – Laury, z którą ożenił się kilka miesięcy wcześniej. Zabawę rozpoczęto od pokazu dopiero co zakupionego ogiera pełnej krwi – Testatora, a potem towarzystwo udało się do lasu, by polować na słonki. Już podczas pierwszego zaganiania tych ptaków doszło do tragedii. Według jednej relacji Hippolith oddał stojącemu za nim strzelcowi nabitą strzelbę (druga wersja mówi, że zawiesił strzelbę na szyi) i przyklęknął przy swojej żony Laurze, która siedziała przy nim na krzesełku myśliwskim. Nagle padł strzał. Graf Hippolith trafiony w tył głowy padł na ziemię, pół godziny leżał nieprzytomny. Potem odzyskał świadomość, jednak stracił wzrok. Ojciec, Andreas (Andrzej) Renard, sprowadził z Wrocławia najlepszych medyków, którzy po pierwszych oględzinach rannego stwierdzili, że musi umrzeć. Stało się to po jedenastu dniach od wypadku, 18 października 1855 r. o godzinie 6 rano. Rozpoczęto dochodzenie wyjaśniające okoliczności wypadku. Szybko jednak je zamknięto stwierdzeniem, że hrabia powiesił sobie strzelbę na szyję i postrzelił się przypadkiem sam. Gdyby ustalono inny przebieg wypadków, młoda wdowa mogłaby zostać oskarżona o przyczynienie się do śmierci męża. W miejscu tragicznego wypadku Andreas Renard wystawił kamienny pomnik z napisem „Filio”, co oznacza „Synowi”. W pobliżu pomnika ustawiono także ławki. Miejsce od tego czasu było nazywane „Hyppolithplatz”. Pomnik istnieje do dziś, a teren ten obecnie jest rezerwatem przyrody o nazwie „Grafik” (między Leśnicą a Czarnocinem). Johannes Gabriel Maria Andreas Graf Renard (Jan Renard) był starszym synem Andreasa i Eufemii i bratem Hippolitha. W 1874 r. zrezygnował z dalszego posłowania, by zająć się ogromnym majątkiem. Tego samego roku, po operacji wrzodu ucha, przeprowadzonej przez profesora Billrotha, zmarł niespodziewanie w wieku 45 lat. Zabalsamowane zwłoki przetransportowano do rodzinnego zamku. Śmierć syna przybiła wiekowego Andreasa Renarda, Po ośmiu miesiącach od śmierci Jana umiera Andrzej po otrzymaniu sakramentów świętych na zamku strzeleckim 21 listopada 1874 r. w wieku 79 lat. Był ostatnim przedstawicielem męskiej linii hrabiowskich Renardów. Po jego śmierci w 1874 r. dobra strzeleckie przejął jego wnuk, baron Mortimer von Tschirschky-Renard.


Osamotniony i stroskany Andreas Renard umiera 21 listopada 1874 roku w swoim zamku w Strzelcach Opolskich, mając prawie 80 lat. Na nim kończy się hrabiowska linia Renardów.


Po jego śmierci nastąpił podział majątku. Grób wraz z pamiątkową tablicą hrabiego Andreasa M. Renarda znajduje się na cmentarzu miejskim w Strzelcach Opolskich.

Grob hrabiego Andreasa Renarda

Warto jeszcze wsp[omnieć o zameczku myśliwskich Renardów w Czarnocinie.

Przedwojenna pocztówka z Czarnocina, nazywanego niegdyś Górnośląską Szwajcarią. Na głównym planie widzimy charakterystyczny dla tego miejsca krajobraz, a w prawym górnym rogu – myśliwski pałacyk. Został on zbudowany ok. 1856 lub 1857 roku przez Andrzeja M. Renarda. Nie pełnił funkcji mieszkalnych, ale był używany tylko w czasie trwających polowań. Służył przeważnie do wieczornych spotkań, w trakcie których prezentowano upolowaną zwierzynę

Palac myśliwski Renarda w Czarnocinie. Hrabia Andreas Renard zabawiał tutaj swoich gości w czasie przerw na polowaniach w czarnocińskim lesie.

Czarnocin - leśna kaplica oraz pałacyk myśliwski hrabiów Renard

W XIX wieku pan na dobrach, hrabia Andrzej Renard, wybudował niewielki zamek myśliwski, skąd udawał się na polowania w okolicznych lasach. W 1905 r. majątek w Czarnocinie liczący 508 ha dzierżawił od Mortimera von Tschirschky-Renard, Pan Bürde. Siedem lat później posiadłość powiększoną do 777,5 ha, wchodzącą w skład fideikomisu Wielkie Strzelce, należącego do Karla von Brühl-Renard, dzierżawił Ernst Bürde (ten sam co w 1905 r.). Ernsta Bürde jako dzierżawcę wymienia jeszcze księga z 1921 r. Następni właściciele strzeleckiego majątku najprawdopodobniej majątek czarnociński liczący 791,5 ha dalej dzierżawili. Józef Daniel (1930 r., od Jerzy von Schliessen-Renard) i Grzegorz Robrecht (1937 r., od Wolfganga zu Castell-Castell). Po drugiej wojnie światowej wraz z resztą dóbr strzeleckich posiadłość w Czarnocinie została znacjonalizowana.

Czarnocin - Śląska Szwajcaria

Kolejnymi właścicielami zamku w Strzelcach Opolskich byli wnukowie Andrzeja Renarda: Mortimer von Tschirschky, następnie Karl von Brühl - Renard i Georg von Schlieffen. Ten ostatni, z powodu braku możliwości dziedziczenia ziemi strzeleckiej przez swoje córki, po długich perypetiach zrzekł się jej na rzecz siostrzeńca Wolfganga zu Castell-Castell.

Karl von Brühl-Renard (ur.1853 r., zm. 1923 r.)

 Georg von Schlieffen (ur. 11.04.1914 r., zm. 21.09.2007 r.)

Hrabia Wolfgang od razu po wprowadzeniu się do zamku, w 1932, zmodernizował nową posiadłość. Udoskonalił system kanalizacyjny i doprowadził łazienki i toalety do standardów europejskich. Żona hrabiego Sybilla von Reuß, pozostawiając wygodne życie wśród bogatej austriackiej szlachty, uznawała przeprowadzkę do strzeleckiego zamku za wygnanie. Upust swoim emocjom dawała poprzez pisanie pamiętników, przedstawiając życie w zamku i mieście w niekorzystnym świetle. Jednak dzięki jej relacjom znany jest wygląd niektórych sal zamku. Korytarze prowadziły przez całą długość zamku i były raczej ciemne, a schody na głównej klatce bardzo strome. Pokoje nosiły nazwy od dominującego koloru w danym pomieszczeniu. Można było wyróżnić między innymi pokój drewniany, kasztanowy, salon czerwony, niebieski i biały. W jednej z jadalni na ścianach wisiały skóropodobne tapety i wielkie lustra w pozłacanych ramach. Na meblach znajdowały się posrebrzane bażanty.

 

Hrabia Wolfgang zu Castell-Castell i jego żona hrabina Sybilla von Reuß

Hrabina Sybilla, księżniczka von Reuss z mężem - hrabią Wolfgangiem zu Castell - Castell przed przejażdżką konną na tle pałacu w Strzelcach Opolskich; lata dwudzieste XX wieku

Wolfgang zu Castell-Castell zmarł w 1940 roku po ciężkiej chorobie. Został pochowany w strzeleckim parku.

Grób hrabiego Wolfganga zu Castell-Castell

Ostatnim hrabią na strzeleckich włościach był najstarszy syn zmarłego, osiemnastoletni Prosper Castell-Castell. Wraz z matką Sybillą i bratem Lutzem mieszkali jeszcze w zamku przez pięć lat. Przetrwał on do 21 stycznia 1945, kiedy to do miasta wkroczyły radzieckie oddziały. Opuszczając Strzelce, podpalili miasto i zamek.

Prosper Castell-Castell - ostatni właściciel majątku i zamku w Strzelcach Opolskich

 

Przygotowania do przybycia Cesarza Wilhelma II na polowania.

 

W Strzelcach Wilhelm II przebywał w dniach: 25 – 27 listopada 1890 roku, 4 – 5 listopada 1896 r., 8 – 10 listopada 1897 r., 16 – 18 listopada 1900 r., 1 – 3 grudnia 1902 r. oraz 22 -24 listopada 1904 roku. Ta ostatnia, z 1904 roku została bardzo obszernie opisana przez gazetę "Oberschlesien".


Gdy któryś z grafów (hrabiów) zamierzał zaprosić do siebie Cesarza, nie robił tego na prostej, bezpośredniej drodze. Taki magnat próbował przez znanego sobie urzędnika sondować u marszałka dworu czy i kiedy Cesarz byłby zainteresowany polowaniem. Jeżeli Jego Wysokość nie dał do zrozumienia, że to zaproszenie mu nie odpowiada, do zapraszającego przyjeżdżali urzędnicy, których było obowiązkiem sprawdzenie na miejscu, czy teren jest właściwy oraz czy występuje tam odpowiednia ilość zwierzyny.

 

Po wydaniu pozytywnej oceny na powyższe zagadnienia, następnymi, którzy przyjeżdżali do pałacu grafa byli urzędnicy kryminalni. Do ich obowiązku należało sprawdzenie, czy pałac i okolicę da się odpowiednio zabezpieczyć dla odwiedzin dostojnego gościa. Następnie pojawiali się urzędnicy marszałka dworu, którzy sprawdzali pomieszczenia, czy sypialnia, gabinet pracy, łazienka i salon są odpowiednie dla Cesarza. W pobliżu musiały się znajdować także pokoje dla lokai i służby dostojnego gościa. Pałac musiał mieć także połączenie ze stolicą Berlinem, maszyneria rządowa nie mogła być odcięta od szefa. Część ważnych urzędników państwowych wyższego szczebla z kręgu szlachty, podróżowała wraz ze swoimi lokajami i dla nich również potrzebne były pokoje. Kto zapraszał do siebie Cesarza musiał posiadać sporo pomieszczeń w swoim pałacu lub zamku.


Sporządzano szkic całego terenu łowieckiego, na którym zaznaczano miejsca wszystkich myśliwych biorących udział w polowaniu, a szczególnie Cesarza. Jeżeli Berlin przyjął i tę propozycję, można było wysłać oficjalne zaproszenie, dodając do niego listę gości. Cesarz miał prawo, z którego nawet często korzystał, wymienić lub wykreślić z listy niektórych gości. Należało Cesarzowi podać również, kto ma być jego sąsiadem z lewej i prawej strony w czasie polowania. Miejsca te uważane były za wyjątkowo zaszczytne.

 

Na sam koniec zjawiali się urzędnicy, którzy sprawdzali przydatność koni i wszelakich wozów, które zostaną oddane w czasie wizyty do dyspozycji Cesarza. Jeżeli tej komisji one nie odpowiadały, to dostarczano wozy lub konie bezpośrednio z Berlina. Dopiero kiedy wszystkie te komisje dochodziły do wniosku, że całość jest przygotowana optymalnie na przyjęcie dostojnego gościa, C esarz wyrażał zgodę na zaproszenie.

 

W międzyczasie szef kuchni pałacu (bądź zamku) zapraszającego grafa dowiadywał się w Berlinie, jakie potrawy należą do ulubionych przez Cesarza i jak należy je przygotować. Następnie Hofmeister (mistrz ceremonii) zdobywał informacje, jakie specjalne życzenia posiada Cesarz; trzeba było wiedzieć czy łóżko chce mieć ustawione w kierunku światła, jaki kolor pościeli lubi, które cygara i wina faworyzuje.

 

Tuż przed samym polowaniem należało uporządkować miejsca strzeleckie i ustawić ambonę, splecioną z gałęzi świerkowych, która musiała być odpowiedniej wielkości i szerokości. Również po jej bokach stawiano odpowiednie ściany z plecionych gałęzi świerkowych. U przedniej ściany ustawiano specjalnie przygotowaną gałąź z rozwidleniem tworzącym literę V. Obowiązkowo musiała być z drewna bukowego, aby skóra nie ocierała się za szybko. Zakopywano ją w ziemię i wymierzano dokładnie wysokość wystającą. Na niej Cesarz opierał swoją strzelbę. Podłoże musiało być wysypane żużlem, a na kilka godzin przed polowaniem wysypywano na to jeszcze mączkę trocinową, by od ziemi nie ciągnęło chłodem. Drogi pomiędzy poszczególnymi stanowiskami strzeleckimi wyłożone były gałęziami świerkowymi. Jednak z uwagi na słabe występowanie drzew świerkowych w okolicy, sprowadzano je specjalnymi wagonami kolejowymi z Reisengebirgen (Karkonosze).

 

Na zakończenie polowania w pałacu planowano organizować dużą uroczystość, która rozpoczynała się z nastaniem zmierzchu. Wnętrze głównego dziedzińca oświetlone było pochodniami, na środku placu leżały myśliwskie trofea, jakie zostały ustrzelone w danym dniu: zające, bażanty, sarny, lisy, króliki. Myśliwi ubrani w piękne ciemnozielone mundury rozpoczynali uroczystość dźwiękami muzyki ze swoich trąbek. Przez główne drzwi na dziedziniec wchodzili dostojni goście, panie w długich wieczorowych sukniach, okryte futrami z norek, panowie w białych koszulach i smokingach. Grano na trąbkach myśliwskich a do tego śpiewał chór dziecięcy z miejscowej szkoły.

Polowanie w 1904 r.

Polowanie Cesarza w 1904 r.:

 

"Cesarz przyjechał do Strzelec 22 listopada o godzinie 18 swoim pociągiem. Po zatrzymaniu się pociągu podstawiono specjalne schodki dla Cesarza i rozłożono czerwony dywan. Wilhelmowi II towarzyszyli m.in.: szwagier Mortimera, marszałek dworu hrabia Eulenbug, hrabia general Holenau, hrabia von Moltke ("ojciec pruskiego militaryzmu", właściciel majątku w Krzyżowej) oraz wielu innych gości.


Oficjalne przywitanie nastąpiło przy grającej orkiestrze, a rozpoczął je hrabia Mortimer. Cesarz osobiście przywitał się z miejskimi urzędnikami, burmistrzem Gundrumem, starostą von Alten oraz dyrektorem majątku Dietericim. W drodze do pałacu przejechał przez przyozdobioną bramę powitalną, a mieszkańcy Strzelec przy oświetleniu z magnezium (pyl magnezowy, używany także w fotografii) pokazali osiem żywych obrazów, przedstawiających rożne sceny. Przy posiadłości Mortimera nastąpiły kolejne powitania, z hrabiną von Eulenburg, baronową von Veltheim oraz leśniczym strzeleckich lasów – Sebarthem. O godzinie 19:00 rozpoczęło się przyjęcie, w którym uczestniczyli także m.in.: książę von Donnersmarck, habiowie von Eulenburg, szambelan Theodor von Zawadzky, hrabia von Strachwitz z Izbicka, baron von Veltheim, a także starosta von Alten, dyrektor Dieterici oraz świta Cesarza.

 

Następnego dnia zła pogoda nie sprzyjała polowaniu, więc dzień ten poświęcono na rozmowy o polityce w Europie, a w międzyczasie Wilhelm II wykonywał swoje czynności związane z zarządzaniem.


Dopiero 24 listopada można było rozpocząć polowanie. Hrabia Mortimer a ten dzień przygotował dla Cesarza niespodziankę. W parku, nieopodal wieży Ischl na Wilhelma II czekał wykonany z czerwonego marmuru pamiątkowy kamień, na którym wyryto cesarską koronę, a pod nią napis: "Cesarz i Król Wilhelm II położył w tym miejscu 2 grudnia 1902 roku swoją 50.000 sztukę białego bażanta".

Kamień, który został ufundowany na pamiątkę pobytu Cesarza Wilhelma II w Strzelcach i położenia 50.000 sztuki białego bażanta. Dawniej znajdował się on nieopodal wieży Ischl (zdjęcie górne z 1933 roku), dziś zabezpieczony znajduje się w rękach prywatnych (zdjęcie współczesne z 2007 roku.)

To ustrzelone wówczas trofeum zostało później wypchane i umieszczone w szklanym kredensie niebieskiego salonu strzeleckiego pałacu. Moment ten nie obył się bez serdecznych podziękowań oraz poklepywaniu po ramieniu, co przyjęto w towarzystwie hrabiego z nieukrywaną satysfakcją. Następnie ruszono do Księżego Lasu na uroczyste śniadanie, w trakcie którego Wilhelm II wręczył hrabiemu odznaczenie – Order Korony I klasy. Po śniadaniu rozpoczęło się polowanie. Cesarzowi wypuszczono pod strzelbę ptaki z ukrycia, więc w krótkim czasie osobiście zabił większą część z 1200 bażantów, jakie padły tego dnia. Cesarz Wilhelm II był wybornym strzelcem, pomimo niedowładu jaki posiadał w lewej ręce. Z tego względu zawsze asystowały mu dwie osoby, które ładowały strzelbę. Jeżeli się zdarzyło, że zwierzyna nie za bardzo podchodziła pod strzelbę Jego Wysokości, to wówczas przy podliczaniu dodawano do rachunku Cesarza kilka zastrzelonych zajęcy, saren czy bażantów więcej. Polowanie zakończyło się około godziny 13:30.


Następnie cała świta cesarska, wraz z hrabią Mortimerem udała się na przyjęcie oraz polowanie do Mosznej, do hrabiego von Thiele – Winckler, aby kolejnego dnia ruszyć do pałacu w Świerklańcu na zaproszenie śląskiego magnata, księcia Guida von Henckel Donnersmarck".

Restauracja w Księżym Lesie, którą w trakcie swej wizyty w 1904 r. odwiedził Cesarz Wilhelm II

Cesarz Wilhelm II wraz z hrabią Mortimer’em von Tschryschky –Renard przejeżdża przez Suche Łany na śniadanie do Księżego Lasu. Na czas jego pobytu ulice miasta zostały przyozdobione, jak np. widoczną na zdjęciu specjalnie przygotowaną dla niego bramą. Zdjęcie z 24 listopada 1904 roku.

 

Cesarz w Strzelcach Opolskich strzelił białego bażanta i z tej okazji postawiono mu kamień. Historię opisuję jeszcze raz tym razem na podstawie artykułu Pana Romualda Kubika, na który natknąłem się w Internecie.

 

Fragment wspomnianego artykułu pt. Tajemnica cesarskiego kamienia.

 

"... Jest rok 1904. W posiadłości hrabiego Mortimera gości Cesarz Wilhelm II. Takie wizyty były niebywałym zaszczytem i dla gospodarza oznaczały najwyższy prestiż. Hrabia Mortimer wywodził się z rodu Tschirsky-Reichell. Mortimer był baronem, lecz ponieważ jego majątek był ogromny, władze Prus zezwoliły mu na używanie tytułu hrabiowskiego. Zezwolono także, by używał nazwiska Renard, co było dużą nobilitacją. Pozycję hrabiego Mortimera podkreślały także cesarskie wizyty, które miały miejsce czterokrotnie. Oprócz roku 1904 Wilhelm II gościł w Strzelcach Opolskich także w roku 1890, 1896, 1897 i 1902. I to właśnie z tą ostatnią łączy się historia tajemniczego obelisku. Podczas polowania w 1902 roku Wilhelm II ustrzelił swoją 50-tysięczną sztukę. Był to jeden z białych bażantów, które na potrzeby zapalonych myśliwych hodowano w hrabiowskich dobrach. Tak ogromna liczba ustrzelonych przez Cesarza zwierząt nie powinna dziwić. Polowania były ulubioną rozrywką panujących głów, a ilość zwierzyny w szlacheckich majątkach była ogromna. Każde z upolowanych przez koronowaną głowę zwierząt musiało być szczegółowo odnotowane, skoro udało się tak precyzyjnie określić ich ilość. Bycie Cesarzem naprawdę musiało być przyjemnym zajęciem. Podczas wizyty cesarskiej w 1904 roku hrabia sprawił swojemu władcy miłą niespodziankę. Cesarz przybył do Strzelec 22 listopada specjalnym pociągiem. O godz. 6 rano wjechał do miasta przez wykonaną w tym celu bramę powitalną. W jego świcie przebywał m.in. Hrabia von Moltke, który wsławił się jako twórca pruskiego militaryzmu. Rzecz jasna, właściciel majątku nie szczędził pieniędzy i starań, by jak najgodniej przyjąć dostojnego gościa. Odbyło się na przykład przedstawienie teatralne, które oświetlane było za pomocą magnezji. Polowanie rozpoczęło się rankiem 24 listopada.

To właśnie wtedy hrabia Moltimer odsłonił kamień upamiętniający 50-tysięczną zwierzynę, jaką Cesarz upolował dwa lata wcześniej w strzeleckich lasach. Sprawił mu tym, jak opisują kroniki, „miłą niespodziankę”. Cesarz w ramach wdzięczności wręczył mu podczas śniadania Order Korony I klasy. Dworskie zwyczaje tamtych lat mogą wydać się dziś nieco dziwaczne lub nawet śmieszne, lecz bez wątpienia takie gesty miały na początku XX wieku ogromne znaczenie. Pomnik przetrwał aż do 1945 roku. Potem kamień przepadł. Jego dalsza historia była dramatyczna. Jeden z mieszkańców Strzelec, który z zamiłowania tępił na tym terenie wszystkie ślady języka niemieckiego, wywiózł go prawdopodobnie z parku i wrzucił do przydrożnego rowu. Kamień na oko ważył z tonę, więc poprawiacz historii musiał być naprawdę zaangażowany w swoją życiową misję. Cesarski pomnik zniknął z oczu strzelczan".

 

Jako ciekawostkę możemy podać, że podróżując śladami Cesarza Wilhelma II w Strzelcach gościł także Hans Lutsch – niemiecki historyk sztuki i konserwator zabytków. Lutsch w swoich książkach zawarł opisy bogatych wnętrz i przedmiotów znanych śląskich pałaców, zamków i kościołów.  Jak ciekawe i piękne przedmioty znajdowały się wewnątrz strzeleckiego pałacu, przybliża nam opis z jego książki:

 

MEBLE:

- wielka szafa z bogatą konstrukcją architektoniczną z motywami północno – niemieckimi z 1587 roku, kolorową intarsją, z mieszczańskiej posiadłości,
- barokowe ramy do luster i obrazów,
- małe meble rokokowe (zegary),
- szafa z 1781 roku z płyciznami ze scenami sielankowymi,
- dwie szafy w japońskim stylu z XVIII wieku,
NACZYNIA, DZBANY:
- siegburskie naczynie do picia z 1574 roku,
- dwie kufy,
- dwa dzbany z bolesławskiej ceramiki z nałożoną plastyczną ornamentyką – podwójnym orłem,
- dzbanek z porcelany Bottgera,
- miśnieńska porcelana, np.; dwie delikatne żardynierki,
- delfickie wazy,
- naczynia staro japońskie,
SZKŁA:
-dzbanek ze szkła kulkowego,
- szklanki emaliowane z herbami z 1669 i 1670 roku,
- puchar wysokości 55 cm z szlifowanym herbem Colonnów i inne naczynia szlifowane,
- malowane szklanki z 1716 i 1720 roku,
- puchar z bogatym malarstwem pod szkłem,
- szesnaście małych obrazków oprawionych pod szkłem,
NACZYNIA METALOWE:
- sztućce podróżne ze złoconego brązu z XVI wieku,
- brązowy, pozłacany zegar podróżny, bogato zdobiony w formie renesansowej,
- dzbanek ze srebra ażurowego z 1630 roku,
- naczynia z cyny, takie jak: dwa puchary z 1634 i 1666 roku,
- siedem pucharów powitalnych od związku rzemieślników z lat 1702, 1744, 1803, 1805, 1820, 1821,
- mosiężne misy z 1698 roku (z wrocławskim znakiem W),
- srebrny puchar wiwatowy mistrza i czeladnika,
- szlagier z mosiądzu z Kotlarni (okręg Kędzierzyn) z 1727 roku,
- róg myśliwski wykuty w srebrze z XVIII wieku,
PRZEDMIOTY Z KOŚCI SŁONIOWEJ:
- tłoczony puchar,
- łyżka podróżna z rzeźbą przedstawiającą Ukrzyżowanego oraz Adama i Ewę, z około VXII wieku,
- pięć eliptycznych płaskorzeźb Karola IX, Ludwika XIV, Klodwika II, Childerico i Henryka IV, wyrzeźbionych w kości słoniowej na podstawie marmurowej,
- bursztynowy róg na proch.

 

W pałacu znajdowały się także stare rodzinne portrety malowane farbą olejną i pastelami z końca XVII wieku, trzy modelowane we wosku małe płaskorzeźby, dwie sceny w emalii limuzeńskiej średnicy 11 cm, z XVI wieku. Z obrazów olejnych na płótnie warte wymienienia są: "Gra w warcaby" i "Stara kobieta", autorstwa holenderskich mistrzów oraz "Fryderyk Wielki jako starzec".

 

Wizyta cesarska z 1904 roku była ostatnią jego wizytą w Strzelcach Opolskich. Dziesięć lat później wybuchła I Wojna Światowa, zwana Wielką Wojną, po zakończeniu której tytuł cesarski przestał mieć jakiekolwiek znaczenie polityczne. Strzeleccy wydawcy kartek pocztowych, chcąc upamiętnić wizyty Cesarza Wilhelma II wypuścili kilka okazjonalnych pocztówek, które przetrwały do dzisiejszych czasów.

Na polowania do miejscowych lasów przyjeżdżał także nazistowski zbrodniarz i jeden z twórców III Rzeszy - Hermann Göring. Upatrzył on sobie kompleks leśny pod Zawadzkiem, który przecina Mała Panew. W tym miejscu, za czasów hrabiego Renarda wybudowano zamek myśliwski „Conti” (dzisiaj Kąty). Tereny wyznaczone wtedy do polowania miały aż 5 tys. hektarów. Göring był tutaj kilkukrotnie. Przylatywał samolotem wraz z całą świtą, a lądował na betonowej drodze prowadzącej od Strzelec do Gliwic (dzisiejsza autostrada A4). Na czas przylotu dowódcy Luftwaffe, ruch na trasie był wstrzymywany. Po lądowaniu Göring był przewożony w eskorcie aut i motocykli w kierunku Zawadzkiego. Spędzał tutaj po dwa, trzy dni. Poza nim pojawiali się tutaj także ministrowie i wysocy pruscy dostojnicy.

Zamek myśliwski Kąty

Obszar nad rzeką Mała Panew aż do końca XVIII wieku był puszczą o wielowiekowym drzewostanie, który pamiętał jeszcze czasy polowań Piastów Śląskich. W latach sześćdziesiątych hrabia Andrzej Renard (założyciel fryszerskiej huty w Zawadzkiem (1836), spadkobierca Filipa Collony, dzięki któremu powstały wioski sąsiadujące z Zawadzkiem) założył na tych terenach rezerwat zwierzyny leśnej. Swą powierzchnią obejmował on wówczas 4 850 ha kompleksu leśnego. W rezerwacie tym, w kolonii Kąty nad małą Panwią wybudował również hrabia Renard w roku 1859 zamek myśliwski noszący wówczas kilka zamiennych nazw: „Conti’, „Conty” czy „Kunten”. Właśnie od tej ostatniej wywodzi się obecna nazwa – „Kąty”. Później posiadłość ta ze względów gospodarczych często zmieniała właścicieli, jednak na wzmiankę zasługuje hrabia Tiele-Winckler przybyły z Pszczyny – właściciel zamku w Mosznej, który w roku 1910 nabył dobra leśne wraz z budynkiem od poprzedniego właściciela. Nowy nabywca uznawał posiadłość za miniaturkę zamku w Mosznej, przywiózł stamtąd rododendrony, które od frontu zdobiły teren przyzamkowy. Dziś ponad stupięćdziesięcioletnie rośliny wprawiają w zachwyt niejednego odwiedzającego to miejsce. W przeszłości odbywały się tam polowania, po których wystawiane były uczty, bale, na które przybywali nawet książęta pruscy. Głównym organizatorem tych wydarzeń kulturalnych, w których udział brała cała śmietanka możnych, był, oczywiście, hrabia Winckler. Istnieje także przy-puszczenie, iż w dworku w Kątach przebywali niemieccy bajkopisarze bracia Grimm. Miała powstać tam również bajka „O chytrym lisie”, której opis nawiązuje do terenów, na których wyszła ona spod pióra braci. W czasie wojny zameczek był w posiadaniu Niemców i często odwiedzany przez Hermana Goeringa. Gdy na okoliczne tereny weszła armia radziecka, wiele cennych rzeczy znajdujących się w „Zameczku” zostało skradzionych. Po wojnie wszedł on w posiadanie Nadleśnictwa Zawadzkie.

W latach 20-tych ubiegłego wieku Strzelce odwiedził także Paul von Hindenburg - niemiecki feldmarszałek, który był w tamtych czasach niezwykle popularny wśród ludności. Zanim Adolf Hitler ogłosił się führerem, Hindenburg dwukrotnie był wybrany na urząd prezydenta. Zyskał on popularność jeszcze w 1914 r. dzięki zwycięstwie w bitwie pod Tannenbergiem. Jako dowódca, rozgromił tam armię Imperium Rosyjskiego. Na jego cześć władze Zabrza zdecydowały się przemianować nazwę miasta na Hindenburg O.-S. (skrót od Oberschlesien).


W czasie swojej prezydentury Paul von Hindenburg chciał odwdzięczyć się mieszkańcom Zabrza i postanowił ich odwiedzić. Trasa przejazdu wiodła przez Strzelce, gdzie był tłumnie powitany przez mieszkańców. Ta chwila została uwieczniona na fotografii - jej autor jest jednak nieznany.

Przyjazd Hindenburga do Strzelec Opolskich

Wiadomości i fotografie Strzelec Opolskich pochodzą ze strony intrmetowej https://www.facebook.com/zamekstrzelceopolskie

 

Żyrowa - jedyne polowanie Cesarza

 

Johann von Francken –Sierstorpff

Polowanie w dobrach księcia Lichnowsky'ego. Czwarty od lewej Johann von Francken – Sierstorpff

W latach 1447-1629 Żyrowa była własnością rodziny Żyrowskich. Majątek otrzymali oni z nadania Cesarza Fryderyka III za zasługi na wojnie z Turkami. Jerzy Żyrowski, który przeszedł na protestantyzm, został skazany za branie udziału w bitwie pod Białą Górą (1620), a jego majątek skonfiskowano i sprzedano. Kolejnym właścicielem był hrabia Melchior Ferdynand von Gaschin. W 1631 roku kupił dobra żyrowskie i zainicjował rozbudowę rezydencji. Została ona zakończona w 1644 r. (herb na wsch. elewacji skrzydła głównego). W 1781 roku przeprowadzono renowację pałacu połączoną z przebudową. Zmieniono wówczas dach czterospadowy na mansardowy, zatynkowano sgraffita i dobudowano krużganek do skrzydła południowego. Z tego okresu pochodzi część zabudowy dziedzińca folwarcznego.

W 2. poł. XIX wieku kolejnymi właścicielami byli: Fryderyk Karol von Hatzfeld-Schoenstein, August von Nostitz, bracia von Goedecke, Edward Guradze. W 1899 r. pałac kupił hrabia Johann von Francken-Siestorpf, który na pocz. XX w. przeprowadził gruntowny remont pałacu. Ok. 1928 roku na zach. od budynku założono ogród wodny. Ostatnim właścicielem był Edwin hrabia von Francken-Sierstorpf. W czasie II Wojny Światowej w pałacu urządzono szpital dla żołnierzy. Obecnie obiekt znajduje się w rękach prywatnych.

Johann von Francken – Sierstorpff (1858-1917) otrzymał Żyrową, żeniąc się właśnie z bogatą Amerykanką, Mary Knowlton. Już wkrótce pałac stał się ośrodkiem rozrywek śląskiej arystokracji. Johann – jako królewski szambelan i rycerz zakonu maltańskiego otrzymał Żelazny Krzyż Zasługi II Klasy. W 1911 roku przyjechał do Żyrowej Cesarz Wilhelm II na polowanie oraz w odwiedziny do hrabiego Sierstorpffa - swego kolegi ze studiów w Bonn. Rozbudowa rezydencji, dokonana w latach 1904-1907 dodała manierystycznej rezydencji jeszcze większego splendoru w towarzyskim świecie. Mary wyposażyła wówczas pałac w stylowe meble i dzieła sztuki.

Żyrowa - gabinet hrabiego

Manierystyczno-barokowy pałac w Żyrowej był prezentem ślubnym ojca hrabiny Mary von Francken-Sierstorpff. Foto: http://www.dolnyslask.org.pl

Tak opisuje swoją znajomość z Francken-Sierstorpffami Daisy von Pless w swoich „Pamiętnikach”:


Hrabia Johannes von Francken-Sierstorpff i jego żona Maria (nazywana także Mae lub Mayą) byli częstymi gośćmi na przyjęciach w Książu – bardziej chyba z wyboru Hansa, niż Daisy, która nie miała o nich najlepszego zdania. Hrabiego, nazywanego przez przyjaciół „Sturmem”, uważała za plotkarza i „głośnego, grubego niemieckiego snoba”, a hrabinę określiła kiedyś jako „Amerykankę, żądną sukcesu towarzyskiego i małpującą wszystkie moje stroje”.

Wizyta w Żyrowej. Przy sterze Hans Heinrich von Pless, siedzą Graf Johannes i Grafina Mary Sierstorpff

Hrabina von Francken-Sierstorpff pochodziła rzeczywiście z nowojorskiego Brooklynu. Była jedyną córką Edwina F. Knowltona, producenta wyrobów ze słomy. Nie był on bogaty na skalę amerykańskich potentatów finansowych, ale ciężką pracą dorobił się jako takiego majątku. Mae poznała swojego przyszłego męża na balu w Newport. Ich wesele odbyło się w jej rodzinnym mieście 26 kwietnia 1892 r. W prezencie ślubnym dostała od ojca zespół pałacowy w Żyrowej. Edwin F. Knowlton popełnił samobójstwo w 1898 r, zapisując córce dożywotnie użytkowanie funduszu powierniczego wartości 1 200 000 dolarów.

 

Kajzer znał dobrze hrabiego Johannesa von Francken-Sierstorpffa z czasów nauki na uniwersytecie w Bonn, gdzie obydwoje byli członkami elitarnego bractwa studenckiego, Borrusia Corps. Wypadł on jednak z jego łask z powodu późniejszej skłonności do hazardu, czego Cesarz absolutnie nie tolerował. Z tej samej przyczyny zraził się do hrabiny, która, wkrótce po przyjeździe do Niemiec, wygrała pokaźną sumę w karty z jego szwagrem, księciem Ernestem Guntherem von Schleswig-Holstein.

 

Choć przyjmowani na dworze, odsuwani byli od intymnych spotkań. Jeszcze w 1903 r., księżna von Pless opisywała rozpacz Marii, która – „jak wiem będzie wypłakiwała się całą noc Sturmowi” – bo podczas regaty w Kilonii nie została zaproszona ani na lunch na pokładzie cesarskiego jachtu „Hohenzollern”, ani na obiad wydawany przez bratową Wilhelma II, księżną Henrykową Pruską.

 

Decyzja przyjazdu kajzera do Żyrowej, była więc publiczną nobilitacją gospodarzy. Mae była przeszczęśliwa, a wraz z nią cała prasa zza oceanu, która entuzjastycznie zamieszczała sprawozdania z przygotowań do i z przebiegu pierwszej cesarskiej wizyty pod dachem Amerykanki.

 

Sierstorpffowie starannie się do niej przygotowali. Aby przypadkiem nie zabrakło ptactwa do odstrzału, hrabia sprowadził z Czech 5 000 dodatkowych bażantów, pomimo wielkiej ich ilości na własnych polach. Zarządził też budowę nowej elektrowni, która zasilić miała tysiące świateł wspaniałej iluminacji. Hrabina zaś zaplanowała dla zacnego gościa tradycyjny obiad na Święto Dziękczynienia (Thanksgiving) i podała mu do spróbowania słodkie ziemniaki i pieczonego indyka z sosem żurawinowym oraz, na deser, kruche babeczki z dżemem („mince pies”) czyli babeczki z nadzieniem bakaliowym.

 

Cesarz spędził w Żyrowej dwa dni, od 30 listopada do 1 grudnia, po czym – wraz z księciem i księżną von Pless – wyjechał na kolejne polowanie, tym razem na grubego zwierza do Pszczyny.

 

Jak to było w zwyczaju pruskiego dworu przed wizytą Cesarza jakiś zaufany dworak robił rekonesans i sprawdzał stan przygotowań do wizyty.

 

W 1910 roku żyrowski pałac odwiedził Grossherzog (Wielki Książę) Franz Friedrich Ferdinand von Mecklenburg - Strehlitz, drugi w hierarchi po Cesarzu w państwie. Miała to być próba generalna przed przyjazdem Cesarza Wilhelma II w następnym roku. W Żyrowej przygotowano wszystko na powitanie tak dostojnego gościa. Zamek został wypucowany; służba otrzymała nowe ubrania, pięciu leśniczych codziennie trenowało grę na trąbkach myśliwskich. Wielki Książę, a następnie i Cesarz, mieli uczestniczyć w polowaniu. W buczynie rozsypano na długości jednego kilometra - na blaszanych beczkach - bengalski proch, który miał być zapalony w chwili, gdy Wielki Książę zbliżać się będzie do Żyrowej. Przed wejściem do parku ustawiono 60 rakiet, a tuż i przed willą, która miała być jego rezydencją, powieszono olbrzymi transparent składający się z trzech liter FFF, inicjałów Wielkiego Księcia. Na stacji kolejowej w Zdzieszowicach czekał zaprzęg z czterech siwych rumaków. Pociąg pośpieszny  z Berlina, który nigdy się tam nie zatrzymywał, w tym dniu miał zrobić postój. Pech chciał, że pociąg spóźnił się a całą godzinę , a przez przypadek, drogą do Żyrowej jechał baron von Falkenhausen. Kiedy ludzie w buczynie zobaczyli światła na drodze, byli pewni, że to Wielki Książę jedzie. Zapalili więc bengalskie ognie. Cała buczyna stanęła w sztucznych ogniach. Kiedy Wielki Książę kilka minut później podjechał pod stojącą w parku willę, zapalono przygotowanych 60 rakiet. Zrobiło się jasno, a przestraszone konie galopem skierowały się w stronę krzaków. Tylko szybkiemu refleksowi koniuszego (był nim wówczas pan Heinze),  zdołał utrzymać konie w cuglach, można zawdzięczać, że Wielkiemu Księciu nic się nie stało. Mimo tej przygody, dostojny gość dobrze ocenił przygotowania Żyrowskiego pałacu, gdyż w grudniu 1911 roku, Żyrowę odwiedza Cesarz, czyli Kaiser Wilhelm II, który razem z właścicielem pałacu, hrabią von Sierstorpff, studiował w Bonn.

 

Cesarz spędził w Żyrowej dwa dni, od 30 listopada do 1 grudnia 1911 r.. Polowanie było udane, a Cesarz na pamiątkę swojego pobytu w Żyrowej, posadził dąb szypułkowy naprzeciw kaplicy z 1800 r. zwanej "Studzionką", który stoi do dnia dzisiejszego.

Dąb zasadzony przez Wilhelma II w Żyrowej

Kapliczka "Studzionka"

Tak ważna okazja musiała oczywiście zostać uwieczniona na zdjęciu, które później rozpowszechniono wydaniem karty pocztowej. Jedną z nich, którą reprodukuję poniżej, ma w swoich zbiorach organizacja “Dolny Śląsk”.

Goście na polowaniu w Żyrowej 30 listopada – 01 grudnia 1911 r. Od lewej do prawej: książę Karl Max Lichnowski, baron von Jasisch, księżna Lichnowska, książę Hans Heinrich von Pless, hrabia Johannes von Francken-Sierstorpff, hrabia Strachwitz, dr Niedner, księżna Daisy von Pless, Leo von Caprivi, książę von Ratibor, hrabia Edwin von Francken-Sierstorpff, hrabina Mary von Francken-Sierstorpff, hrabia Platen, Cesarz Wilhelm II, hrabia Wojciech von Francken-Sierstorpff, hrabia Jan Klemens von Francken-Sierstorpff oraz czterech niezidentyfikowanych gentlemenów. Foto: http://www.dolnyslask.org.pl.

Kiedy, w kwietniu 1917 r., Ameryka przystąpiła do działań wojennych, rząd USA zainteresował się majątkiem niemieckim ulokowanym w tamtejszych bankach. W listopadzie 1918 r. podjęto decyzję zarekwirowania mienia tych obywateli amerykańskich, którzy poprzez związek małżeński weszli w rodziny niemieckie lub austriackie. Na liście tych osób znalazła się także hrabina von Francken Sierstorpff. Zabrano jej olbrzymi fundusz powierniczy założony dla niej przez ojca, jak również obligacje wartości 3 600 dolarów, 21 457 dolarów w gotówce i polisę ubezpieczeniową na 10 000 dolarów. Hrabia Johannes von Francken-Sierstorpff zmarł w 1917 r. Hrabina Maria przeżyła go o 12 lat.

 

W 1928 roku umiera amerykańska hrabina Mary von Franeken - Sierstorpff. Mimo prośby, urząd biskupa we Wrocławiu nie zezwolił na pochówek w specjalnie przygotowanym pod ołtarzem w miejscowym kościele - grobowcu, ponieważ nie była katoliczką. Hrabina została pochowana na zewnątrz kościoła, a przygotowany grobowiec zasypano. Nowy grobowiec wybudowano w bocznej kaplicy, w której zostali pochowani Graf Johann i jego poległy syn Lutz. Grafina Mary na ponowną prośbę i zgodę samego biskupa Bertram - pochowana została w kaplicy. W rewanżu, Graf wyraził zgodę na przepisanie gruntów na których stał kościół i plebania, na własność kościoła katolickiego w Żyrowej.

 

Kiedy do władzy dochodzi Hitler, syn hrabiego Klemens, mieszkający od śmierci hrabiny w pałacu, opuścił Żyrowę, udając się do Ameryki. Najprawdopodobniej powodem wyjazdu było to, że ówczesne władze chciały by hrabia transferował posiadane dolary do Niemiec. Widząc sytuację w Niemczech - nie chciał tego zrobić. Wkrótce po nim, Żyrowę opuszcza żona hrabiego Klemensa., Elżbieta von Francken-Sierstorpff.

Elżbieta von Francken- Sierstorpff z dziećmi

Do majątku hrabiny Elżbiety- żony Klemensa należał również nieczynny kamieniołom pod Górą Św. Anny, gdzie później powstał istniejący do dziś amfiteatr. Do końca I Wojny Światowej z kamieniołomu zwanego Kuhtal (Krowiok) wydobywano wapienie, transportowane następnie wąskotorówką do Zdzieszowic. Władze niemieckie w 1943 r. zmusiły hrabinę Elżbietę do oddania im go choć istnieje również wersja jakoby dobrowolnie przekazała go NSDAP.

 

Ostatnim właścicielem pałacu w Żyrowej był Edwin hrabia von Francken-Sierstorpf, syn Klemensa i Elżbiety. W posiadaniu rodziny Francken - Sierstorpff pałac pozostawał do 1945 r. W czasie II Wojny Światowej w żyrowskim pałacu znajdowało się archiwum wojskowe III Rzeszy, dlatego był on dobrze strzeżony i nie ucierpiał na skutek działań wojennych. Kiedy wojska rosyjskie wkroczyły do Żyrowej, zamierzali również wejść do pałacu. Ówczesny zarządca pan Stanusch nie dał im kluczy, wiec go zastrzelono. Wnętrze pałacu zostało zrabowane i zdewastowane.

 

Bliżej nieznany kamień w leśnictwie Okrąglica

 

Okrąglica, także zwyczajowo Rychlinek (do roku 1945 niem. Schnellförthel) – osada w Polsce położona w Borach Dolnośląskich w województwie dolnośląskim, w powiecie zgorzeleckim, w gminie Węgliniec. Teren, na którym położone jest leśnictwo Okrąglica znajduje się w północnej części obszaru zajmowanego przez Nadleśnictwo Ruszów, na granicy województw dolnośląskiego i lubuskiego. Powierzchnia leśnictwa wynosi 1965,99 ha, co czyni je jednym z większych leśnictw znajdujących się w obrębie Polana.

Wilhelm książę Prus upolował  23 kwietnia 1879 roku swojego pierwszego głuszca. Miejsce w pobliżu dawnej kopalni gliny na Rychlinku

Las niedaleko od Ruszowa. Pamiątkowy głaz upamiętniający udane polowanie księcia Wilhelma II (późniejszego Cesarza). Widnieje na nim napis "Tutaj książę Wilhelm II - 23 kwietnia 1879 roku, upolował pierwszego głuszca”.

Kamień upamiętniający upolowanie przez Cesarza głuszca w Rychlinku na Dolnym Śląsku z dnia 23 kwietnia 1879 r. (źródło: ruszowianin.bloog.pl)

Na razie nie znalazłem więcej informacji o tym polowaniu i kto zaprosił Cesarza na to polowanie

 W 2017 r. Pan Aleksander Pitura przesłał mi aktualne zdjęcie tego kamienia - bardzo dziękuję

 

Polowania w Kliczkowie u rodziny Solms - Baruth

 

Kliczków (niem. Klitschdorf) – wieś w Polsce położona w województwie dolnośląskim, w powiecie bolesławieckim, w gminie Osiecznica. Większość źródeł historycznych podaje rok 1297 jako czas powstania zamku w Kliczkowie. Zamek stanowił jedną z kilku warowni granicznych wybudowanych przez księcia Bolka I Surowego na pd.-zach. granicy Księstwa Świdnicko-Jaworskiego, mających za zadanie obronę księstwa przed najazdem czeskim. Został zbudowany na wysokiej skarpie Kwisy otoczonej mokradłami prawdopodobnie jako budowla murowano-drewniana. Po upadku niezależności Księstwa Świdnicko – Jaworskiego w latach 90-tych XIV w. zamek stracił swoje znaczenie obronne, przekształcając się w kompleks zamkowo-folwarczny zarządzany przez kolejnych lenników Króla czeskiego. Pierwszym rodem na trwale związanym z kliczkowskim zamkiem była rodzina Rechenbergów władająca posiadłościami przez prawie 300 lat.

Mikołaj von Rechenberg uważany jest za założyciela kliczkowskiej linii rodu. Jednymi z najbardziej znanych przedstawicieli rodziny Rechenbergów byli Kacprowie – Średni i Młodszy (przydomki nadano aby, odróżnić historycznie ojca i syna). Kacper Średni prawdopodobnie zapoczątkował przebudowę zamku na renesansowy dwór oraz ufundował wspaniały ołtarz w kościele pw. Trzech Króli w Kliczkowie. Jego syn Kacper Młodszy pełnił godność szambelana i radcy cesarskiego z tytułem barona. O pozycji właściciela świadczy wizyta na zamku Króla Macieja Korwina w 1611  roku. Gmach był już wtedy po rozbudowie, miał dwie sale balowe, kaplicę, dwadzieścia pięknych komnat, a także salę dworską, którą zbudowano na najwyższej kondygnacji, czym nawiązano do dawnych tradycji warowni książęcych. Charakterystyczne były dwa dziedzińce i szereg wkomponowanych w zespół dworski zabudowań pomocniczych, wśród nich stajnie, słodownia i browar. W tym czasie Kliczków otrzymał prawa miejskie i targowe.

Litografia A. Nothnangela z teki A. Dunckera

Można przypuszczać, że już w tym okresie zakończono prace przy częściowej przebudowie renesansowego dworu o czym świadczy opis zamku z połowy XVII w. znaleziony w aktach państwowego archiwum we Wrocławiu. Po okresie zniszczeń wojny trzydziestoletniej i szeregu sporach spadkowych, majątek wraz zamkiem przeszedł na dwa pokolenia w ręce rodziny von Schellendorf (do 1703 r.). Następnie posiadłość odziedziczył baron Hans Wolfgang Wenzel von Frankenberg, gubernator i wicekanclerz na dworze Cesarza Leopolda. Za jego panowania zamek, a szczególnie jego otoczenie uległo zmianom – posadzono aleje lipowe, zbudowano fontanny oraz ścieżki spacerowe. Zmianie uległ charakter elewacji południowej budynku głównego, postawiono również nowy przejazd bramny, zwany odtąd Lwią Bramą. W okresie zarządzania majątkiem przez synów barona – Filipa,  później Maksymiliana w zamku gościło wielu znamienitych gości świeckich i kościelnych. W 1747 r. dobra kliczkowskie sprzedano rodzinie von Promnitz, właścicielom olbrzymich majątków w Pszczynie, Żarach, Borowej i Nowogrożcu.

Elewacja południowa zamku

Lwia Brama

Po dwudziestu latach ciągłych zmian dziedziców Kliczkowa posiadłość przejął Jan Christian hrabia zu Solms – Baruth, który ożenił się z owdowiałą hrabiną Promnitz, a następnie jego syn Jan Henryk Fryderyk hrabia zu Solms i Tecklenburg. W tym okresie okolice zostały zniszczone przez kwaterujące w rejonie wojska napoleońskie. W pierwszej połowie XIX w. ma miejsce udokumentowana przebudowa renesansowego dworu w Kliczkowie. Zmienił się charakter i wystrój wielu sal zamkowych, dobudowano neogotycka wieżę (wieża Jenny), funkcje folwarczne przeniesiono do zabudowań poza zamkiem.

Na początku XIX stulecia dokonano przebudowy renesansowego dworu, która wzbogaciła jego bryłę o neogotycką wieżę i nową ujeżdżalnię, a także częściowo zmieniła wystrój wnętrz. Obecny wygląd i układ przestrzenny pałac uzyskał dzięki inicjatywie hrabiego Fryderyka zu Solms-Baruth, honorującego się od 1906 roku tytułem książęcym, z uwagi na ponad 40-letni okres sprawowania rządów na Kliczkowie zwanego przez współczesnych mu Starym Księciem. Hrabia  otrzymał majątek na mocy testamentu rodzinnego w 1887 roku, by kilka lat później ożenić się z Luizą von Hochberg z Książa,  córką księcia pszczyńskiego, otwierając sobie w ten sposób drogę do przyszłych tytułów książęcych.

Ida Luiza von Hochberg i Fryderyk zu Solms-Baruth

Wkrótce hrabia zlecił przebudowę zamku dwóm berlińskim architektom: Heinrichowi Kayserowi oraz Karlowi von Grossheim, dzięki których talentom i pracy powstało imponujące założenie nawiązujące w formie do słynnych zamków nad Loarą. Zakres przeprowadzonych zmian był bardzo szeroki i obejmował m.in. dostawienie do istniejącej bryły nowych wież i szczytów, wzbogacenie elewacji o stylowe portale, ułożenie galerii komunikacyjnych oraz niemal całkowitą modyfikację wystroju wnętrz. Otoczenie pałacu zaprojektował od nowa Edward Petzold, zakładając 80. hektarowy park w stylu angielskim, rodowym mauzoleum i cmentarz dla ulubionych koni księcia.

Sala balowa w zamku

Hol w zamku

Zamkowe tarasy

Ogrody książęce w Kliczkowie

Kaplica grobowa - rodowe mauzoleum

Friedrich II: Hermann Johann Georg von Solms, II książę Solms-Baruth

Friedrich II: Hermann Johann Georg von Solms, II książę Solms-Baruth (urodzony 24 czerwca 1853 r. w Berlinie, zmarły 31 grudnia 1920 r. w Kliczkowie)  był politykiem, pułkownikiem i właścicielem cywilnego państwa Baruth. W pruskim pałacu służył w otoczeniu Cesarza Wilhelma II, od 1899 do 1918 roku jako Oberstkämmerer (High Chamberlain), najwyższy rangą urzędnik sądowy w służbie Jego Królewskiej Mości. Był jednocześnie oddelegowany  do Wielkiego Sztabu Generalnego, służąc jako nadzorujący Komisarz Cesarskiego Wolontariatu pracowników służby zdrowia w terenie. Książę Solms-Baruth był dodatkowo członkiem Herrenhaus czyli Pruskiej Izby Lordów  i działał jako Oberstjägermeister Kaisera pełniąc obowiązki Wielkiego Mistrza Polowania. Książę Fryderyk II był synem księcia Fryderyka I zu Solms-Baruth i jego żony Rosy hrabiny Telka von Szek.  Jego żoną była Louise Hrabina Hochberg.

 

Rodzice Fryderyka  II. -  Fryderyk I. zu Solms-Baruth i jego żona Rosa hrabina Telka von Szek

Ida Luise, zwana w rodzinie Lulu, była córką księcia Hansa Heinricha XI  von Pless i Marie baronówny von Kleist.

Była ulubioną szwagierką księżnej Daisy von Pless (1863-1938).

Z księciem Friedricham II zu Solms-Baruth miała pięcioro dzieci:

- Rosę Marie (ur. 8 czerwca 1884 r. w Kliczkowie; zm. 12 czerwca 1945 r. w Tylsen),
- Friedricha Hermanna (ur. 25 marca 1886 r. w Kliczkowie; zm. 12 września 1951 r. w Windhuk - Namibia),
- Hermanna Franza (ur. 11 października 1888 r. w Kliczkowie; zm. 7 maja 1961 r.  w Eckart bei Werfen),
- Hansa Georga ( ur. 3 kwietnia 1893 r. w Kliczkowie; zm. 9 październia 1972 r. w  Salzburgu),
- Johanna Georga Ottona ( zm. 15 maja 1896 r.  w  Kliczkowie; zm.  9 listopada 1973 r. w Bremen).


"Lulu' weszła do rodziny,  z którą Hochbergów łączyło zamiłowanie do polowań, stąd częste  wzajemnie zaproszenia na łowy.  Pod koniec lipca na jej urodziny (29 lipca)  zjeżdżała do Kliczkowa cała rodzina Hochbergów. Od 1903 roku podróżowano autem. Pierwszy samochód, luksusowy „Benz-Manlicher”, książę von Pless kupił sobie w prezencie na siedemdziesiąte urodziny.

Zdjęcie przed pałacem w Kliczkowie - zjazd rodzinny na urodziny księżnej "Lulu"

Wzajemne kontakty między kliczkowską rodziną Solms – Baruth a książęcą rodziną Daisy von Pless z Książa były bardzo częste i bliskie. Księżna Lulu weszła do rodziny, z którą Hochbergów łączyło zamiłowanie do polowań oraz konnych przejażdżek (obie rodziny posiadały własne stadniny), a te z kolei przekładały się na ich częste i wzajemnie wizyty i zaproszenia na łowy.  I tak zawsze już pod koniec lipca (przynajmniej do 1920 roku),  na urodziny księżnej Lulu  zjeżdżała do Kliczkowa cała rodzina Hochbergów von Pless, a od 1903 roku, przy okazji, bolesławianie i mieszkańcy okolicznych wiosek mogli podziwiać nawet książęcą rodzinę von Pless, jadącą w odwiedziny do szwagrostwa w Kliczkowie wielkim i pierwszym „na Książu” samochodzie Benz – Manlicher, jaki teść Daisy sprawił sobie na swe siedemdziesiąte urodziny. O bliskich rodzinnych powiązaniach, o intensywności kontaktów rodów von Hochberg i von Solms – Baruth świadczyć może tablica pamiątkowa ufundowana zapewne przez Księżną Wdowę Idę Louisę zu Solms – Baruth księżną von Hochberg, a poświęconą jej ojcu - Hansowi Heinrichowi XI, Grafowi von Hochberg, Fürstowi von Pless, Freiherrowi von Fuerstenstein.

"Tablicę pozbawioną mosiężnego medalionu odnaleziono podczas rozbiórki okolicznego młyna… gdzie się pierwotnie znajdowała? Najprawdopodobniej w nieistniejącym już parkowym mauzoleum wybudowanym w 1877 roku w południowej części zamkowego parku. Dzisiaj tablicę oglądać można  przytwierdzoną do wewnętrznej strony kościelnego muru w Kliczkowie – tuż przy bramie wejściowej. Natomiast samego mauzoleum, kaplicy grobowej nikt już nie zobaczy. Została zdewastowana i ograbiona ze wszystkiego co cenne (niech ktoś zgadnie przez kogo?), a były tam groby członków rodziny von Solms (ostatni pochówek w 1943 r.) w tym potężny wykonany z karraryjskiego marmuru sarkofag księcia Jana Krystiana Henryka Hermanna II hrabiego zu Solms-Teklenburg. Zdewastowaną i ograbioną kaplicę grobową ostatecznie rozebrano w latach 70-tych". (źrodło: https://bobrzanie.pl/2015/02/05/kliczkow-nieznany/

Tablica pamiątkowa ufundowana przez Księżną Wdowę Idę Louisę zu Solms – Baruth księżną von Hochberg, a poświęconą jej ojcu - Hansowi Heinrichowi XI, Grafowi von Hochberg, Fürstowi von Pless, Freiherrowi von Fuerstenstein.
Opis:
Płyta pamiątkowa Hansa Heinricha XI Herzoga von Hochberg, urodzonego 10 września 1833 roku w Berlinie a zmarłego 14 sierpnia 1907 roku w Dreźnie na zamku Albrechtsberg. Panią na zamku w Kliczkowie 10 września 1881 roku została Ida Luise von Hochberg, córka Hansa Heinricha XI, która w Książu poślubiła Friedricha Hermanna Johanna Georga hr. zu Solms–Baruth z Kliczkowa, królewsko–pruskiego rotmistrza i rycerza zakonu Joannitów.
Na płycie znajdował się podobno herb rodowy.

Kliczków był popularnym miejsce spotkań i rozrywek elity arystokracji niemieckiej.  Książę Friedrich był znanym myśliwym i wielkim opiekunem zwierząt. Na organizowane przez niego polowania wielokrotnie przyjeżdżali do Kliczkowa członkowie dworu, wśród nich sam Cesarz Wilhelm II (w 1890 r., 1897 r., 1906 r. i 1911 r.) i pruski następca tronu. Cesarskie polowania upamiętniają pomniki w lasach, m.in. zachowany obok leśniczówki Marianówka, gdzie odbyło się ostatnie polowanie Cesarza w 1911 r.

Leśniczy i łowczy Herrmann Brackenwagen -  rozmawia ze Starym Księciem - Friedrichem II. Solms-Baruth. H. Brackenwagen (1862 -1933) jako leśniczy był odpowiedzialny za park przy zamku. Jako łowczy towarzyszył księciu podczas podróży na polowania, np. do Rosji na wilki, w Alpy na koziorożce, albo nad Morze Północne na foki. Był także podczas polowań Cesarza i następcy tronu kronprinza Wilhelma.

Kronprinz z żoną Cecylią w Kliczkowie

Do 1945 r. w przedniej części budynku (z porożami) mieszkali, sekretarz nadleśnictwa Lutter, pracownik głównej administracji. W tylnej częci, zamkowy kucharz Schindler. Wcześniej mieszkał w tym budynku leśniczy (na foto w środku) Herrmann Brakenwagen z żoną Marie (pierwsza z lewej), dziadkowie ze strony matki Frau Elise Engelmann z domu Knieschke. Z prawej, kuzynka matki pani Elise, Meta Menzel, przyjechała ze Szczecina w odwiedziny. Na porożach ktoś zarobił. Pierwszy po wojnie leśniczy z Kliczkowa zeznał, że dwa Sztudebakery załadowane rogami pojechały w kierunku Warszawy.

Przed leśniczówką. Siedzi, pierwszy z lewej łowczy (Wildmeister) Apelt , żona i dzieci obok.
Na małym zdjęciu: łowczy Apelt z rodziną na spacerze w alejce przy folwarku

Dawna leśniczówka, do 1945 r. urzędował i mieszkał w nim nadleśniczy (Oberförster) Habermann junior (senior na foto z lew. str.). Ten dom jak i budynek lekarza dr. Fiehna stojący po drugiej str. mostu, zostały zniszczone przez wysadzenie przęsła ( ) mostu (po stronie Wehrau) przez Niemców w lutym 1945 r. Zniszczyła je chyba fala uderzeniowa - domy stały w pewnej odległości od mostu. Widok leśniczówki od szczytu, foto prawy górny róg

Friedrich III Hermann zu Solms-Baruth

 

Friedrich III. Hermann Heinrich Christian Johann książe zu Solms-Baruth z żoną księżniczkę Adelheid von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Gluecksburg

Friedrich III Hermann Heinrich Christian Johann książe zu Solms-Baruth był drugim z pięciorga dzieci księcia Fridricha II zu Solms – Baruth (1853 – 1920) i hrabiny Idy Louisy (Lulu) z domu von Hochberg, baronowej von Fuerstenstein  z domu książąt von Pless (1863–1938). Urodził się wczesną wiosną 25 marca 1886 roku na zamku Kliczków. 1 sierpnia 1914 roku w poczdamskim Friedenskirche ożenił się z księżniczkę Adelheid von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Gluecksburg,  przez co stał się powinowatym – szwagrem min. księcia von Sachsen-Coburg und Gothaa, a poprzez dom Schleswig-Holstein-Sonderburg-Gluecksburg stał się jednocześnie spokrewnionym ze zmarłą wdową po ostatnim Cesarzu Niemiec, Wilhelmie II, Cesarzową i Królową Prus – księżną Augustą Viktorią Friederiką Luisą Feodorą Jenny von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Augustenburg.

Książęca rodzina mieszkająca w zamku do 1945 r. Od lewej: hrabianka Lika (1916-1989), książę Friedrich III (ur.1886 w Kliczkowie, zm. w Windhoek / Namibia 1951 r.), mały hrabia Friedrich IV (1926 - 2006), hrabianka Kalma (1929), księżna Adelheid (z domu) von Schleswig - Holstein - Sonderburg- Glücksburg (1889-1964), hrabianka Rosi (1925-1983) i hrabianka Feo (1920-2006), przyszła olimpijka, startowała w skoku wzwyż na olimpiadzie w 1952 r. w reprezentacji Austrii jako Feodora Schenk. Zdobyła brązowy medal (1,64 m) na mistrzostwach Europy w 1938 r.

Książęce rodzeństwo, od lewej: Lika (Friederike Luise) z pieskiem, Rosi (Rose), Feo (Feodora), Kalma (Caroline Mathilde) i Friedrich.
Ze zbioru Frau Parusel z Nürnberg

Feodora Hedwig Luise Victoria Alexandra Marie Gräfin zu Solms - (ur. 5 kwietnia 1920 r. w Baruth/Mark, zm. 23 marca 2006 r. w Wiedniu) – niemiecka arystokratka, w młodości lekkoatletka, specjalistka skoku wzwyż, medalistka mistrzostw Europy z 1938 r.

 

Była córką Friedricha zu Solms-Baruth, księcia Solms-Baruth, właściciela zamku w Kliczkowie, późniejszego współpracownika Kręgu z Krzyżowej. W 1942 r. poślubiła Gerta Schenka, austriackiego przemysłowca, a po jego śmierci w 1951 r. wyszła za mąż w 1961 r. za Karla Adolfa księcia von Auersperg.

 

Startując w reprezentacji Niemiec zdobyła brązowy medal w skoku wzwyż na mistrzostwach Europy w 1938 r. w Wiedniu, przegrywając jedynie Węgierką Ibolyą Csák i Holenderką Nelly van Balen Blanken. Pierwotnie w konkursie zwyciężyła Dora Ratjen z Niemiec, lecz została zdyskwalifikowana, gdy wyszło na jaw, że jest mężczyzną. Zu Solms ustanowiła w tym konkursie swój rekord życiowy wynikiem 1,64 m, którego nie poprawiła do końca kariery.

 

Reprezentując Austrię zajęła 6. miejsce w skoku wzwyż na igrzyskach olimpijskich w 1952 r. w Helsinkach. Była mistrzynią Niemiec w skoku wzwyż w 1939 r. oraz wicemistrzynią w 1938, 1940, 1941 i 1942 roku, a także mistrzynią Austrii w tej konkurencji w 1948, 1951 i 1952 roku.

Prinz Friedrich zu Solms-Baruth i princesse Adelheid zu Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg

W 1914 r. książę poślubił księżniczkę Adelheid von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Gluecksburg, Ślub odbył się w dniu kiedy Cesarz Wilhelm II wypowiedział I Wojnę Światową. W wyniku ogłoszonej mobilizacji jego ojciec trafił na front, a gdy wrócił opowiadał o okropnościach jakie spotkały nie tylko jego. Po dojściu nazistów do władzy hrabia daleki od polityki skupiał się na swoim majątku i wychowywaniu dzieci.  Mimo, że trzymał się od polityki z dala był przekonywany do nowego porządku, z którym się nie zgadzał. W tamtym czasie jego dobra sąsiadowały z pruskim poligonem w Świętoszowie, gdzie utworzono obóz dla jeńców sowieckich.

 

Poligon w Świętoszowie

 

Za sprawą rodziny von Dohna w 1898 r. pomiędzy Żaganiem a Świętoszowem zaczął powstawać poligon, który dynamicznie rozwijał się aż do końca I Wojny Światowej – w 1905 r. zajmował powierzchnię 5 tys. ha. Teren poligonu Świętoszów jest położony w województwie dolnośląskim, powiecie bolesławieckim w granicach gmin Bolesławiec oraz Osiecznica. Założony na potrzeby niemieckiej armii (tworzenie rozpoczęto od 1898). Pierwsze jednostki szkoliły się na nim już kilka lat później. W czasach I i II Wojny Światowej szkolono tutaj jednostki wojskowe przed wysłaniem na front.


Po dojściu nazistów do władzy w 1933 r. powiększono teren poligonu do tego stopnia, że w czasie II Wojny Światowej należał on do największych na terenie III Rzeszy. W latach 40. na terenie poligonu, przeznaczonego od początku istnienia do szkolenia oddziałów artylerii, piechoty, saperów i strzelców, ćwiczyło od 60 do 70 tysięcy żołnierzy Wehrmachtu (wojsk lądowych i Luftwaffe), Waffen-SS oraz Abwehry. Jak to zwykle bywa nie obeszło się bez katastrof w czasie ćwiczeń wojskowych.

Niewątpliwie do największych, a przynajmniej najbardziej głośnych katastrof, związanych ze świętoszowskim poligonem, należało błyskawiczne zniszczenie trzynastu samolotów Junkers Ju 87 „Stuka” (Sturzkampffl  ugzeug), zwanych sztukasami, i śmierć dwudziestu sześciu doświadczonych lotników Luftwaffe. Cechą charakterystyczną tego bombowca nurkującego były mocno „złamane” skrzydła i montowane w początkowym okresie wojny syreny akustyczne, nazywane dla ogłuszającego dźwięku trąbami jerychońskimi. Podczas wchodzenia maszyny w lot nurkowy włączano je, a ich przeraźliwe wycie zwiększało panikę wśród atakowanych kolumn. Zrzucane bomby miały natomiast kartonowe rurki, wydające narastający w trakcie spadania przenikliwy świst. Junkersy Ju 87 wyposażano w automat, wyprowadzający bombowiec z głębokiego lotu nurkowego po ewentualnym zasłabnięciu pilota, co zdarzało się stosunkowo często, stanowiąc konsekwencję występujących wtedy znacznych przeciążeń.


Niemal dwa tygodnie przed napaścią hitlerowskich Niemiec na Polskę, 15 sierpnia 1939 roku, nic nie zapowiadało mającej nastąpić tego dnia katastrofy. Pokazu precyzyjnego bombardowania niewielkiego celu, umieszczonego na świętoszowskim poligonie, miały dokonać z lotu nurkowego załogi cottbuskiego dywizjonu. Co prawda pogoda tego feralnego dla Niemców dnia była kiepska, bowiem nad lasami porastającymi teren ćwiczeń zawisły pasma mgły, jednak ostatecznie postanowiono przeprowadzić zaplanowany manewr. Dywizjon junkersów musiał wykonać bombardowanie zwartą formacją. Do pokazu użyto ćwiczebnych betonowych bomb, posiadających specjalne gniazda, w których zainstalowano świece dymne. Po uwolnieniu tych cementowych „cygar” z zaczepów samolotu powstające za nimi smugi pozwalały na ocenę skuteczności ataku.


Na wieży obserwacyjnej pojawili się wysocy rangą niemieccy oficerowie Luftwaffe, generałowie Wolfram von Richthofen, Hugo Sperrle i Bruno Loerzer. Dywizjonem dowodził kapitan Walter Sigel, doświadczony pilot, wielokrotnie wcześniej wykonujący podobne ćwiczenie. Wkrótce nadlatujące nad cel maszyny przeszły do lotu nurkowego i z ogłuszającym rykiem błyskawicznie runęły w dół. Śledzący pokaz oficerowie z przerażeniem stwierdzili nagle, że junkersy niebezpiecznie zbliżają się do porastających teren krzewów i dopiero tuż nad nimi usiłują wyjść z nurkowania. Udało się to tylko jednemu pilotowi – samemu kapitanowi Sigelowi, którego bombowiec nad samą ziemią wyszedł z szaleńczego lotu, pozostałe maszyny, jedna za drugą wbijały się w glebę, skąd natychmiast wzniosły się słupy dymu. Po katastrofie szukano przyczyn wypadku. Zwołany sąd wojenny oczyścił z zarzutów dowódcę dywizjonu. Uznano, że jego błąd spowodowała mgła, a życie kapitana Sigela ocaliło jego doświadczenie. Nie zdążyli jednak podobnego manewru wykonać pozostali lotnicy, ginąc w roztrzaskanych szczątkach prowadzonych bombowców.

Książę (pierwszy z lewej) z grupą leśników ogląda miejsce katastrofy samolotu Junkers. Trzeci od lewej nadleśniczy Habermann

Książę Friedrich Solms - Baruth (z lewej, za nim nadleśniczy Haberman) z grupą leśników odwiedza miejsce katastrofy

Tymczasowy pomnik w miejscu katastrofy z betonowych ćwiczebnych bomb, które rzucały Stukasy. Nie zachował się. Sowieci rozjechali go czołgami. Foto ze zbiorów Frau Parusel.

Kliczkowskie dobra hrabiego Friedricha graniczyły z jednym z największych poligonów (utworzony w 1898) w Prusach na Żagańskich Wrzosowiskach w Neuhammer (Świętoszów), a po przejęciu władzy przez nazistów największy w Niemczech.


Podobnie jak podczas I Wojny Światowej na terenie poligonu utworzono obóz dla jeńców rosyjskich, tak w czasie II Wojny Światowej na poligonie funkcjonował Stammlager 308 w którym od lipca 1941 roku więziono jeńców sowieckich (przypuszcza się, że przez Stalag przewinęło się ponad 180 tys. jeńców z czego ponad 50 tys. straciło życie). Do jesieni jeńcy przebywali stłoczeni na odkrytym terenie, byli głodzeni, do tego stopnia, że żywili się nawet trawą, zdarzały się przypadki ludożerstwa (zwłoki jeńców),  i z czasem dopiero zaczęli budować ziemianki przykrywane gałęziami. Warunki bytowe i wyżywienie były gorsze, niż pobyt w średniowiecznej wieży głodowej. Jesienią 1941 roku zaczęto budować drewniane baraki i część jeńców została do nich przeniesiona. Trudne warunki egzystencji, niedostateczne wyżywienie, brak opieki medycznej i ciężka praca powodowały dużą śmiertelność wśród jeńców. Wybuchały epidemie tyfusu i czerwonki.


Sowieccy jeńcy zmuszani byli do prac leśnych na rzecz SS i Wehrmachtu. Jesienią 1941 roku SS utworzyło, bez zgody i wiedzy hrabiego, niewielki, osiemdziesięcioosobow podobóz zlokalizowany już w dobrach należących do kliczkowskiego majątku. Informacja o tym podobozie szybko dotarła do książęcych leśniczych, a tym samym do wiadomości Hrabiego. Tym bardziej, że oprócz samej wiadomości o utworzeniu podobozu Hrabia dowiedział się o tragicznych warunkach w jakich przetrzymywani są pozbawieni ochrony Konwencji Genewskiej sowieccy jeńcy, o ich dręczeniu, pracy ponad siły, głodzeniu  pozbawianiu picia i rozstrzeliwaniu.


Pewnego wieczoru, za wiedzą Hrabiego, dwoje ludzi – robotnik leśny i miejscowy rzeźnik Heinrich Hirche podkradli się do owego podobozu i przerzucili za druty, za zgodą trzech przekupionych wcześniej mięsem z dziczyzny strażników SS, worki z chlebem, mięsem i kartoflami. 

   
Jakież było zdziwienie rzeźnika i owego robotnika leśnego, gdy następnego dnia do Kliczkowa zajechali esesmani i zaczęli ich szukać. Robotnik leśny nie ufał zbytnio przekupionym esesmanom i mając złe przeczucia zniknął, natomiast bardziej ufny rzeźnik Hirche myśląc, że sprawa została dzień wcześniej ułożona, pozostał w Kliczkowie i w konsekwencji swej nieostrożności został bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, przed własnym domem rozstrzelany.


Gdy tylko Hrabia dowiedział się o rozstrzelaniu rzeźnika, a pierwszą osobą, która Go o tym poinformowała był nauczyciel jazdy konnej z pałacowej stadniny – Herr Piotrowski, niezwłocznie pojechał do powiatowej siedziby NSDAP w Bolesławcu, gdzie w kategoryczny sposób zaprotestował przed Kreisleiterem Fritzem Lehmannem. Hrabia poinformował Kreisleitera, że uda się do Berlina i osobiście zaprotestuje przed szefem SS i policji Heinrichem Himmlerem przeciw mordowi na Heinrichu Hirche oraz przeciw obecności w jego włościach obozu jenieckiego, w którym nie przestrzega się zasad Konwencji Genewskiej, w której głodzi się na śmierć i zabija jeńców. Hrabia głośno i tonem nie znoszącym sprzeciwu zakomunikował Kreisleiterowi Lehmannowi, że nie będzie tolerował podobnych zachowań w swoich dobrach.


To zdarzenie stało się początkiem tragedii Hrabiego. Bolesławiecki Kreisleiter Fritz Lehmann niezwłocznie poinformował swego przełożonego i znajomego Gauleitera Karla Hanke o zdarzeniu. Hanke ze swej strony parę dni później pojawił się na kliczkowskim zamku i podjął próbę przekonania hrabiego Friedricha co do stosowności i konieczności twardego postępowania SS i NSDAP wobec wrogów państwa.


Jednakże ta, niepierwsza już próba skłonienia Hrabiego do wstąpienia w szeregi nazistowskiej partii spowodowała jedynie wybuch złości hrabiego Solms. Oświadczył On Hankemu, że kategorycznie żąda usunięcia owego obozu z terenu jego lasów, i dopilnowania, aby sowieccy jeńcy otrzymywali wystarczające racje żywnościowe zgodnie z genewską konwencją.


 „Auf meinen Besitzungen, Verehrter Herr Hanke, bin immer noch ich Herr und Patron“„Weder SS noch NSDAP koennen hierher kommen und einfach Leute erschiessen. Ausserdem werde ich mich diesbezueglich an den Praesidenten des Deutschen Roten Kreuzes, meinen Schwager wenden und den Zwischenfall melden!“ („ W moich posiadłościach, szanowny Panie Hanke, ciągle ja jestem panem i opiekunem” „Ani SS ani NSDAP nie mogą tu przychodzić i tak po prostu rozstrzeliwać ludzi. Ponadto w tym względzie zwrócę się do prezydenta Niemieckiego Czerwonego Krzyża, mojego szwagra i zamelduję mu o zdarzeniu!”).

 

Dla Hankego, byłego młynarza z Lubania odpowiedź hrabiego Solms –Baruth na jego kolejne już od roku 1933 „oświadczyny” była niczym policzek, była zniewagą jakiej Gauleiter nigdy nie zapomniał.


W konsekwencji nielegalny podobóz zlikwidowano, a sam obóz Stammlager 308 zamieniono na bazę szkoleniową dla jednostek militarnych, podporządkowanych wojskowym władzom niemieckim, złożoych głównie z Rosjan i Ukraińców, którzy zgodzili się współpracować z III Rzeszą. Powstały tu bataliony: „Nachtigall” („Słowik”), 14 Ochotnicza Dywizja Waffen SS Galizien.


W międzyczasie w hrabiowskich dobrach w Brandenburgii w okolicach Wuensdorfu dowództwo Wehrmachtu usilnie starało się wydziedziczyć bez odszkodowania właścicieli z ich leśnego majątku Tylko dzięki przebiegłości zarządu nadleśnictwa i trikom prawnym adwokatów udało się hrabiemu von Solms -Baruth zachować brandenburskie włości.


Od tego momentu oraz od egzekucji rzeźnika Hirche w Kliczkowie hrabia Friedrich III zu Solms- Baruth pozostawał w kręgu zainteresowania NSDAP i samego Heinricha Himmlera, a bolesławiecki Kreisleiter Fritz Lehmann zamieszkały przy ulicy Friedrich Naumann Ring 8 ( ul. Zwycięstwa) objął hrabiego stałą inwigilacją i natarczywą „perswazją” mającą skłonić go do wstąpienia w szeregi NSDAP.

 

W 1944 roku problemy hrabiego z bolesławiecką NSDAP i Gestapo nasiliły się. Powszechne poczucie nadchodzącej klęski faszystowskich Niemiec (choć jeszcze nie na Dolnym Śląsku) potęgowały represje i powodowały przykręcanie śruby państwowej kontroli i cenzury. Graf Friedrich III Solms – Baruth od dłuższego już czasu był stale śledzony i podsłuchiwany. Regularnie wzywany bywał na „rozmowy” na Friedrichstrasse 10 w Bolesławcu do powiatowej siedziby NSDAP i do siedziby tajnej policji państwowej Gestapo. Przez cały czas inwigilowania hrabiego udawało się mu mimo wszystko wywieść szpicli w pole, aż do momentu gdy ktoś doniósł, że graf sieje defetyzm nie wierząc w ostateczne zwycięstwo


Hrabia Friedrich był wielokrotnie przesłuchiwany w Bolesławcu, stając w obliczu zarzutów o sianie wrogiej propagandy (choć Gestapo nie posiadało twardych dowodów przeciwko niemu) w konsekwencji, pod groźbą stanięcia przed Volksgerichtshof’em (Trybunał Ludowy) i orzeczenia kary śmierci został zmuszony do opuszczenia zamku Kliczków i podpisania dokumentu przekazującego swój cały majątek, w skład którego wchodziły cztery rezydencje i ponad 17 000 ha ziemi, Heinrichowi Himmlerowi.


Friedrich III po podpisaniu wymuszonego dokumentu udał się do swej rodowej rezydencji w podberlińskim Baruth, którego zarządu też został pozbawiony. Później, na specjalny rozkaz szefa SS Heinricha Himmlera pozbawiony został także prawa przekraczania progu i tej posiadłości.


W dzień po nieudanym zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu, 21 lipca 1944 roku Hrabiego aresztowano i przewieziono na przesłuchania do siedziby berlińskiej Gestapo przy Prinz – Albrecht – Strasse 8. Po długich, nieprzerwanych, wielonocnych przesłuchaniach Hrabia załamał się i został przewieziony do  więzienia Gestapo w Poczdamie. Przesłuchania  poczdamskiej katowni trwały blisko siedem miesięcy.


Rozpoczęło się przygotowywanie aktu oskarżenia przeciwko Friedrichowi III Solms – Baruth do Trybunału Ludowego. I tu… do procesu nie dochodzi – oficjalnie z powodu słabych, bądź niewystarczających dowodów winy Hrabiego.


Zbliżał się nieubłagany dla nazistów koniec wojny, dzięki pomocy wielu ustosunkowanych przyjaciół oraz szeregu prawnych – adwokackich trików i szczęśliwym zbiegom okoliczności hrabia Solms – Baruth zostaje zwolniony z poczdamskiego więzienia.


W tym miejscu warto zastanowić się nad ewentualną rolą i protekcją wysoko ustosunkowanego znajomego, byłego dyplomaty, charge d’affaires w Warszawie, ambasadora w Moskwie, Tokio i wysokim rangą pracowniku ambasady Niemiec w Londynie aż do wybuchu wojny. Mowa tu o weimarskim i hitlerowskim dyplomacie, dziedzicu Grodźca – Herbercie von Dirksenie. Ten dyplomata, acz służył hitlerowskiemu reżimowi, acz był członkiem NSDAP, to jednak nie był fanatycznym członkiem Ruchu. Zachowywał wyważony stosunek i ogląd sytuacji politycznej. Dwukrotnie spotykał się z przedstawicielami opozycji antyhitlerowskiej, był zorientowany  w planach von Moltkego, proponowano mu nawet objęcie stanowiska ministra spraw zagranicznych w nowym rządzie Niemiec. Von Dirksen wiele wiedział i jeszcze więcej mógł załatwić. Czy pomógł uwolnić znajomego – hrabiego Friedricha III zu Solms – Baruth?


Zresztą trzeba przyznać, że opatrzność czuwała na Grafem niezmiennie. Komiliton Grafa hrabia Helmuth James von Moltke został aresztowany i stracony już w styczniu 1944 roku w więzieniu w Ploetzensee, a przyjaciel Peter Graf Yorck von Wartenburg po lipcowym zamachu na Hitlera został powieszony 8 sierpnia w tymże samym więzieniu Berlin – Ploetzensee i to na wyraźny rozkaz Fuehrera.


Z Poczdamu, z więzienia zdruzgotany psychicznie i materialnie Hrabia wyjechał z żoną i dziećmi do rodziny w Saksonii, a potem do domu szwagra, księcia Friedricha von Schleswig-Holstein do dóbr Vogelsang. Stamtąd udali się do Szwecji, gdzie byli gośćmi następczyni tronu szwedzkiego, księżniczki Sibylli (z domu Saxe-Coburg-Gotha) w Sztokholmie, skąd ostatecznie zdecydowali się wyemigrować do Namibii w południowej Afryce, gdzie jeszcze przed wojną był kupił podupadłą farmę.

Farma

Farma w Południowo-Zachodniej Afryce. Jedyne, co pozostało Friedrichowi Hermannowi, to kawałek ziemi w Południowo-Zachodniej Afryce to Farma Dabib, o obszarze około 500 km2, położona na północny wschód od Marientalu.

 

Mariental jest miastem o 10.000 mieszkańców w południowo-centralnej Namibii, leżącym o 232 km (144 mil) na północ od Keetmanshoop i 274 km (170 mil) na południowy wschód od Windhoek. Leży na wysokości 1,090 metrów (3.580 stóp). Miasto i okolice położone są w gorącym, suchym regionie.

 

Hrabia nabył gospodarstwo w 1937 roku, za namową rolnika Alberta Voigta, aby zabezpieczyć się przed możliwością katastrofalnej wojny w Europie, którą już wtedy przewidywał. Friedrich Hermann dotarł do Dabiba, w środku Kalahari, z żoną i synem w 1948 roku.

Friedrich Hermann Fürst zu Solms-Baruth w Namibii

Książę z żoną w Namibii

Zatrzymanie i tortury zostawiły ślad na Friedrichu Hermannie. Poważnie chory, musiał przejść operację w 1951 roku, której nie przeżył. Przed wyjazdem do szpitala w Windhoek odwiedził swoje ulubione miejsce na wzgórzu pod drzewem pasterza, aby się pożegnać. W tamtym miejscu, nazywanym  ”Solmscher Posten” jego śmiertelne szczątki zostały pochowane i wzniesiono w tym miejscu zwykły drewniany krzyż.

Książę Fryderyk - wnuk hrabiego Friedricha III zu Solms – Baruth, książę Friedrich Eduard Philip Theodor Nikodemus V zu Solms-Baruth   przy grobie dziadka w Kalahari

Później postawiono przed drewnianym krzyżem pamiątkowy kamieniem, który pokazuje się gościom na wycieczkach przyrodniczych - obecnie ten teren leży w rezerwacie przyrody.

 

Na kamieniu obok imienia i nazwiska wyryto maksymę  księcia, który przeciwstawił się nazistom. Na podstawie poezji Johanna Wolfganga von Goethe brzmi ona: „Bo byłem człowiekiem, a to znaczy być wojownikiem”.

Grób księcia

Jego jedyny syn, książę Friedrich IV zu Solms-Baruth rozpoczął walkę o restytucję podstępnie wywłaszczonego majątku. Zjednoczenie Niemiec, wchłonięcie Niemieckiej Republiki Demokratycznej, w granicach której ten majątek się znajdował, otworzyło przed nim nowe prawne możliwości. Co prawda w 2003 r. książę Friedrich IV odzyskał 3 658 hektarów ziemi na terenie Branderburgii i Saksoni-Anhalt, oraz 8 mln marek jako odszkodowanie za mienie pozostawione na wschodzie Niemiec.

Książe Friedrich IV zu Solms-Baruth z portretem ojca

Z kolei  wnuk hrabiego Friedricha III zu Solms – Baruth, książę Friedrich Eduard Philip Theodor Nikodemus V zu Solms-Baruth  prowadzi nadal sądową walkę o odzyskanie pozostałej części rodowego majątku.

Friedrich III zu Solms-Baruth i jego wnuk

Książę Friedrich III Solms – Baruth nigdy nie odwiedził swej ojczyzny – Dolnego Sląska, Brandenburgii, Kliczkowa. Zmarł 12 września 1951 roku w Windhoek w Południowej Afryce.

 

Z zamku kliczkowskiego wywieziono część jego wyposażenia i zbiorów, co odbyło się pod nadzorem Gestapo również w nocy. Pozostało jednak sporo nakryć kryształowych, księgozbiory i inne cenne przedmioty. Tuż po wojnie kryształowe wazony służyły jako ustawiane na ogrodzeniu cele, do których strzelali pijani oficerowie sowieccy, urządzający sobie zawody.

 

Hrabia był przeciwnikiem nazizmu i chciał powrotu do Monarchwi. Zalożył nawet w Kliczkowie jednostkę paramilitarną Stahlhlem.

Lokalna grupa Stahlhelm z Kliczkowa

Następca tronu wita się z żołnierzami Stalhelm w Kliczkowie. Z prawej książę Friedrich Solms - Baruth.

Kliczków położony w środku Puszczy Bolesławieckiej był celem wycieczek i wielce pożądanym miejscem weekendowych  i dłuższych odwiedzin składanych przez mniej lub bardziej skoligaconą niemiecką arystokrację. Na zamku organizowano wielkie bale jak i ceremonie weselne dla zaprzyjaźnionych rodzin szlacheckich. Książę Friedrich był, podobnie jak i ojciec, zapalonym myśliwym i wielkim Tierfreundem - miłośnikiem zwierząt. Jedno jest pewne. To głównie możnym tamtego świata służyły różne domki i wzniesione w okolicznych lasach czatownie. Patrząc na najstarsze mapy ziemi osiecznickiej, widzimy na nich rozsiane po kniei gajówki i ekskluzywne „chaty” myśliwskie, wyposażeniem zupełnie nieprzypominające wiejskich, skromnych domostw. Na tych samych planach wyrysowywano też skrupulatnie paśniki. Część z nich, zwłaszcza tych wzniesionych daleko od ludzkich sadyb, podbudowywano trwałymi, piaskowcowymi bądź ceglanymi piwnicami, służącymi do gromadzenia i przechowywania karmy.

Kliczkowskie jelenie

Warto wspomnieć także o innym kliczkowskim pomiku. Na Wielką Woję wysyłano okolicznych mieszkańców, którzy często ginęli na niej. Stawiano im pomniki, które potem ulegały zniszczeniu przez sowietów po II Wojnie Światowej lub przez napływową polską ludność.

 

Każde miasto i wieś w Niemczech wysyłało na fronty I Wojny Światowej młodych mężczyzn, często nie rozumiejących celu i sensu toczonych przez siebie walk. We wszystkich niemal wsiach i miastach, po nastaniu pokoju stawiano pomniki utrwalające dla potomnych nazwiska tych, którym nie udało się wrócić.


W Kliczkowie pomnik odsłonięto w 1923 roku. Stał on w centrum wciętej w skarpę malowniczej wnęki terenowej, przy drodze biegnącej górną krawędzią doliny Kwisy w kierunku nieistniejącego dziś mostu wiszącego, gdzie obecnie rzekę przegradza zapora i zabudowania nowej elektrowni wodnej. Wykonano go z dużego głazu, oszlifowanego z jednej strony, na której to płaszczyźnie umieszczono nazwiska siedemnastu żołnierzy pochodzących z tej niewielkiej wsi, poległych na różnych frontach. Zachowało się zdjęcie tego monumentu, dzięki któremu znamy też nazwiska na nim umieszone. Są to: E. Doring   9.9.14, M. Nüfsler   10.11, M. Gnaden  8.3.15, W. Kensch 14.8, R. Flanz 8.15.16, H.Höhn 22.5.17, E. Kiesch 10.7 ,M. Günther 31.8 ,E. Kicke 27.10. 17, E. Tschachne 22.11 ,F. Nanck 22.12 ,K. Milde 20. 3.18 ,F. Wrabetz 25.4 ,E. Müller 29.4 ,M. Schubert 23.10 ,A. Flanz 1.11 ,P. Nitschke 17.9.16.

Według niektórych mieszkańców, przybyłych do Kliczkowa już po 1945 roku, nieruszany przez kilkadziesiąt lat od zakończenia ostatniej wojny kamień ten został ostatecznie zrzucony do wykopanego dołu i zasypany przez spychacz warstwą ziemi. W miejscu tego szczególnego „pochówku” ma podobno spoczywać nadal.

Budynek zamku przetrwał II Wojnę Światową niemal bez szwanku, jednak wyposażenie wnętrz zostało splądrowane przez żołnierzy radzieckich. W 1971 roku zamek nabyła Politechnika Wrocławska, po czym podjęła bezskuteczne próby jego uratowania. Po przełomie politycznym budynek przejęła jedna z wrocławskich firm i rozbudowała go do postaci luksusowego centrum konferencyjno-rekreacyjnego, którego otwarcie miało miejsce w 1999 roku. Zamek Kliczków należy do najstarszych obiektów tego typu na Dolnym Śląsku. Historia tego zamku miała swój początek w XIII wieku. Zamek wzniesiono wówczas jako gród graniczny i tę warowną funkcję zachował aż do początków XIX wieku. W tym okresie zamek został przebudowany w stylu romantycznym. Obecnie w zamku mieści się ekskluzywny hotel. Poza tym zamek posiada park miniatur, nad którym modelarze pracowali przez siedem miesięcy.

  

Zamek Kliczków - stan obecny

O bogactwie i znaczeniu tutejszych książąt świadczy fakt kilkakrotnych wizyt Cesarza niemieckiego Wilhelma II, który przyjeżdżał przede wszystkim na organizowane tutaj wielkie polowania. Miejscowy dziedzic i Wilhelm II byli ze sobą skoligaceni przez swoje żony – księżniczki pszczyńskie. Zachował się szczegółowy opis cesarskiego polowania z 1911 roku.

Fotografia z polowania w Kliczkowie z udziałem Wilhelma 

Warto zacytować opis polowania w Kliczkowie nad Kwisą na Dolnym Śląsku. W czasach Wilhelma Kliczków był w posiadaniu książęcej rodziny Solms-Baruth, która uczyniła z zamku jedno z najbardziej ulubionych miejsc dla myśliwych – arystokratów z całych Prus. Opis polowania zamieścił Łowiec Polski w sierpniu 2007 roku (artykuł Mariusza Olczaka).

 

„Wilhelm II przyjechał na stację w Osiecznicy 4 sierpnia 1911 roku. Po krótkim powitaniu w towarzystwie księcia zu Solms – Baruth wsiadł do samochodu i z miejsca wyruszył na polowanie do rewiru łowieckiego Stary Gaj, leżącego na północ od Czernej, nieopodal Zagajnika. Taki pośpiech spowodowany był napiętym terminarzem, który pozwalał jedynie na dwudniowy pobyt w Kliczkowie.

 

Teren polowania wybrany był nieprzypadkowo, gdyż właśnie w momencie przybycia Cesarza miejscowy leśniczy zameldował księciu o sześciu jeleniach widzianych w tym rejonie poprzedniego wieczora oraz rankiem. Po zajęciu przez Cesarza miejsca na jednym ze stosów drewna polowanie rozpoczął książę Friedrich, Hermann, Johann, Georg zu Solms-Baruth. Pomoc stanowiło 10 pomocników leśnych oraz 30 naganiaczy kierowanych przez łowczego. W niedługim czasie pojawiły się cztery jelenie, a wśród nich największy sześcioletni byk wapiti z 22 odnogami w porożu. Do niego też oddał Cesarz celny strzał z 200 kroków. Poroże ważyło 15 funtów, sam byk blisko 400 funtów, przy długości 2,16 m i wysokości 1,29 m. Następne dwa strzału do jeleni były niecelne. Dopiero strzał w szyję ze 130 kroków dosięgnął największego z chmary. Zatrzymały go jednak dopiero dalsze strzały – strzał ze 150 kroków w łopatkę położył byka. Miał 2,38 m długości, 1,32 m wysokości i wagę niemal 500 funtów, przy 14 – funtowym porożu.

 

Po tych strzałach zebrano wszystkie ustrzelone okazy, a następnie przerwano polowanie. Sam Cesarz wsiadł do samochodu i udał się wraz z księciem do pobliskiego rewiru łowieckiego i leżącej w jego centrum leśniczówki Hermanówka, ulokowanej na najwyższym w okolicy wzniesieniu o wysokości 235 m. Wilhelm II wszedł na szczyt stojącej tu czterokondygnacyjnej wieży obserwacyjnej, skąd podziwiał rozciągające się wokół bory. Stąd Cesarz udał się samochodem do zamku w Kliczkowie. Dopiero tutaj został powitany przez księżną zu Solms-Baruth, jej rodzinę oraz cały swój dwór i świtę, która w międzyczasie dotarła do zamku. Upolowane zwierzęta zawieszono na, zachowanym do dzisiaj, zadaszonym stojaku myśliwskim, stojącym na dziedzińcu zamkowym.

 

Nie był to jednak koniec polowania. Po odpoczynku, około godziny 19:00 Cesarz wsiadł ponownie do samochodu i udał się do leśniczówki Marianówka. Usadowił się na skraju liczącej 200 kroków łąki, poprzecinanej niewielkimi rowami odwadniającymi, do których przychodziła zwierzyna. W krótkim czasie pojawiły się jelenie. Ze 185 kroków Cesarz ustrzelił czternastaka, który po strzale w łopatkę ranny podążył za stadem, gdzie z 250 kroków został ponownie trafiony i powalony. Był długi na 2 m, wysoki na 1,26 m, przy wadze ciała ponad 350 funtów oraz 8,5 funtowym porożu.

 

W 2017 roku natknąłem się w internecie na tekst (w formacie PDF) autorstwa Grzegorza Sobela z przedmową P. Bikonta pt. "Za stołem w Kliczkowie. W sercu kuchni Borów Dolnośląskich", którym znajdują się m.in. opisy wizyt i polowań Cesarza Wilhelma II w Kliczkowie. Obszene fragmenty cytuję w zachowyjąc oryginalną pisownię. Dodatkową ciekawą informacją cytowanych tekstów są opisy uczt, którymi podejmowano Cesarza:

 

"Zamiłowanie Wilhelma II do polowań było powszechnie znane tak na dworach niemieckich jak i europejskich. Liczne biografie Cesarza, zwłaszcza zaś współczesne mu relacje zamieszczane w prasie codziennej i wielu czasopismach, kreślą łowiectwo jako pierwszą pasję życia ostatniego monarchy Rzeszy Niemieckiej. Wilhelm II zwykł mawiać: „Oprócz własnych trafień najbardziej cieszą pudła innych". A oko miał naprawdę wyborne - 20 września 1898 roku w wieku 39 lat położył tysięcznego jelenia (dwudziestaka) w lasach pod Schorfheide w Brandenburgii - 70 km na północ od Berlina. Cztery lata później Dworski Urząd Łowczy podał w nocie prasowej, iż z ręki Cesarza padło już 47 443 sztuk dziczyzny (w tym dzikiego ptactwa). Ceniący wysoko owe cesarskie hobby Friedrich II zu Solms-Baruth trzymał w ręku, rzec można - asa pikoweg. Ponawiając Jego Wysokości zaproszenia do odwiedzin w Kliczkowie, gdyż okoliczne lasy obfitowały w zwierzynę łowną, której hodowla w tutejszych dobrach stała co najmniej od połowy XIX wieku na najwyższym poziomie. Cesarz nie kazał na siebie długo czekać i już dwa lata po koronacji (15.06.1888) zawitał po raz pierwszy do zamku nad Kwisą.


Wilhelm II bawił w Kliczkowie pięć razy - w 1890, 1896, 1898, 1906 i 1911 roku - a pierwsza wizyta wypadła dość niespodziewanie. Krótko przed zaplanowanymi w dniach 10-20 września 1890 roku manewrami wojskowymi pod Legnicą zapanowało na zamku jak i w pobliskim Bolesławcu wielkie poruszenie, gdy lokalna prasa podała 31 sierpnia niesprawdzoną jeszcze informację, że Cesarz wyraził zamiar odwiedzin hrabiego zu Solms-Baruth zaraz po zakończeniu manewrów. Stosowne pismo zapowiadające dwudniową wizytę zostało przesłane na zamek przez marszałka dworu dopiero 11 września, ale należący do wąskiego grona śląskich przyjaciół monarchy pan na Kliczkowie nie czuł z tego tytułu żadnej urazy. Wilhelm II przybył na dworzec w Bolesławcu w sobotę 20 września kilka minut po 21:00 w towarzystwie dwóch adiutantów majora Albrechta von Zitzewitza (1848-1917) i barona Alberta von Seckendorffa (1849-1921), marszałka dworu barona Moritza von Lynckera (1853-1932), sekretarza dworu Detlofa von Schwerina (1869-1940) oraz osobistego lekarza dra Rudolfa von Leutholda (1832-1905). Wprawdzie odrzucił konieczność oficjalnego powitania przez miejscowe władze, lecz budynek dworca został uroczyście udekorowany, ulice rozświetlały iluminacje, a przedstawiciele bolesławieckich cechów, lokalnych związków i towarzystw stawili się licznie, by z honorami powitać szacownego gościa. Wjazd pociągu witało bicie dzwonów w mieście. Droga do Kliczkowa była pełna tłumów wiwatujących na cześć monarchy. Co 50 kroków stał człowiek z pochodnią. Przed zamkiem oczekiwało Cesarza 100 członków związku weteranów Queisthal trzymających płonące pochodnie. Na zamkowym maszcie powiewał czerwony sztandar cesarski.


Po przyjeździe Cesarz zjadł obiad wraz z gospodarzami zamku i udał się na spoczynek. W niedzielę po porannej mszy w Tomisławie hrabia wraz z żoną podjął Cesarza i towarzyszące mu osoby drugim śniadaniem punktualnie o 13:00, które zgodnie z dworskim zwyczajem zostało zorganizowane na tę okazję w formie dejeuner dinatoire (forma bankietu - dop. autora). Do stołu zasiedli jeszcze hrabia Friedrich Georg von Asseburg z żoną (krewni rodziny Solms-Baruth), książę pszczyński Jan Henryk XI von Hochberg oraz starosta bolesławiecki Conrad von Rosenstiel (łącznie 12 nakryć). Wczesnym popołudniem Cesarz udał się w towarzystwie hrabiego na krótki spacer po zamkowym parku, po czym przyjął zaproszenie hrabiny Idy Luizy na przejażdżkę lekkim wozem zaprzężonym w dwa konie. Hrabina powoziła sama. Późnym popołudniem Wilhelm II polował wraz z hrabią w lasach pod Osiecznicą (źródła nie donoszą o jego wynikach). Obiad wypadł po ósmej wieczorem w wąskim gronie osób mu towarzyszących. W poniedziałek 2 września Cesarz udał się wczesnym rankiem tuż po 5:00 ponownie na polowanie pod Osiecznicę. Znany z celnego oka upolował tego dnia po jednym dwudwudziestaku, szesnastaku, czternastaku, dwa dziesiątaki i kilka mniejszych jeleni oraz dwa daniele. Wszystkie zwierzyny powalił klasycznym strzałem w komorę (Bluttschuss), dając tym dowód swoim najwyższym umiejętnościom łowieckim. Podczas polowania w położonej przy drodze do Parowej leśniczówce zwanej Marianówką (Marienhaus) zorganizowano w południe śniadanie. Zaplanowany na 17:00 obiad rodzinny został przesunięty aż o dwie godziny z powodu przedłużających się łowów. Podczas biesiady, której towarzyszyła swobodna rozmowa, Wilhelm II dziękował za wspaniałą gościnę, spokój i porządek panujący na zamku. Obiecał ponowną wizytę w Kliczkowie, czym wyraził wobec gospodarzy swoje szczególne uznanie. Gdy opuszczał zamek, na dziedzińcu płonęły pochodnie, a dworscy myśliwi zagrali fanfary na rogach myśliwskich".


Program kulinarny pierwszej wizyty Wilhelma II w Kliczkowie to dwa dość późne obiady w wąskim gronie (sobota, niedziela), śniadanie w formie dejeuner dinatoire (niedziela), śniadanie podczas polowania (niedziela) oraz obiad rodzinny (poniedziałek) jako biesiada pożegnalna wydana na cześć Cesarza przez księcia zu Solms-Baruth i jego żonę. Na szerszą uwagę zasługują trzy ostatnie spotkania przy stole. Dejeuner dinatoire, zwane w literaturze przedmiotu „dużym śniadaniem" lub „wczesnym obiadem", przypominało w istocie obiad, przy czym było podawane w porze drugiego śniadania, czasem też dużo później. Jego menu było znacznie lżejsze od klasycznego obiadu, często bez zupy, z większą ilością ciepłych i zimnych przekąsek, przede wszystkim zaś bez mięs duszonych i klasycznych pieczeni podawanych z kluskami lub puree ziemniaczanym. Obowiązywała obsługa przy stole, na którym nie mogło zabraknąć przed każdym z biesiadników ręcznie wypisanych kart dań. W kulturze stołu dworskiego określone ściśle porą dnia posiłki nie były często przestrzegane - śniadanie wypadało nierzadko w południe, a obiad zastępował późną porą kolację. Obyczaje dworskie (różna pora wstawania), ożywione życie towarzyskie (bale, koncerty, polowania, częste wyjazdy) zmieniały ustalony wcześniej porządek dnia, co w Kliczkowie miało miejsce zwykle podczas wizyt bliższej i dalszej rodziny jak i znamienitych gości. Jeśli klasyczne śniadanie wypadało z grafika, pierwszym posiłkiem było wówczas dejeuner dinatoire, które w latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku przeniknęło do gastronomii dużych miast i na mieszczańskie stoły. Klasycznym przykładem wczesnego obiadu gastronomii Wrocławia jest dejeuner dinatoire wydane w sławnym Ogrodzie Zimowym (Wintergarten) Josepha Krolla podczas wizyty w stolicy Śląska króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV 16 września 1841 roku.
 
W tym czasie w kanonie kulinarnym wczesnych obiadów dworskich wymieniano takie specjały, jak: bulion z pasztecikami rzymskimi, krucha pieczeń wołowa po królewsku, łosoś reński ze sklarowanym masłem, pasztet z kuraków, auszpik z homara, pularda pieczona, karczochy faszerowane, seler po angielsku, paluszki serowe zapiekane w cieście francuskim. Dejeuner dinatoire kończył zwykle słodki deser i kawa, podawano także wina. Znane ze źródeł menu dworskie wczesnych obiadów końca XIX wieku polecały niezliczone potrawy niemal wszystkich kuchni europejskich, a także kuchni wschodniej, meksykańskiej i amerykańskiej. Z ciekawszych naszym zdaniem specjałów i słodkich przysmaków - które były najpewniej znane kliczkowskim kucharzom - wymieńmy: krem a la Dauphine z kasztanami, zupę a la Vefour, zupę królowej, krokiety z piersi kurczaka z sosem monglas, sandwich a la Windsor, krem szwajcarski, pstrąga faszerowanego a la Conde, łososia pieczonego z kremem, indyczkę a la Godard, grillowane kotlety baranie, filety sarnie a la marechal, gulasz z zająca, zimny pasztet z kapłona, kotlet z jelonka na zimno, faszerowane ogórki, karczochy a la Barrigoule, ryż po maltańsku, szarlotkę paryską oraz krem bawarski z czekoladą. Choć źródła nie wspominają o tym, kucharze hrabiego zu Solms-Baruth pochodzili co najmniej z najlepszych szkół niemieckich, inaczej pan Kliczkowa nie porywałby się na goszczenie Cesarza...


Posiłki organizowane podczas rozpoczynanych wczesnym rankiem polowań wypadały z reguły w południe w porze drugiego śniadania. Sławne Jagdfriihstiick były nieodłącznym atrybutem kultury łowieckiej tak na Śląsku jak i w całych Niemczech. Inną formułą myśliwskiej biesiady były pikniki przygotowywane zwykle po zakończeniu polowania. Śniadanie w Marienhaus było ukłonem w stronę Jego Wysokości - Wilhelm II uwielbiał długie polowania, lecz w żadnym wypadku nie - będąc głodnym. Menu myśliwskich śniadań nie należało jednak do wyszukanych. Na stole lądowały zwykle zimne pieczenie, wędliny i pieczone ptactwo. Jesienią i zimą nie mogło zabraknąć wszelkich grzańców i ciepłych ponczów, zaś w cieplejszych porach roku pilsnerów i lekkich win. Obowiązkowe były także ciasta i kawa.


Obiady rodzinne - zwane „Familiendiener" - były w kulturze dworskiej szczególną formą goszczenia ważnych osobistości. W przeciwieństwie do pozostałych posiłków w czasie wizyty Wilhelma II na zamku w Kliczkowie, tym razem były obecne przy stole także dzieci hrabiego (z trójki wówczas żyjących sześcioletnia Rosa Marie i czteroletni Friedrich Hermann), a także jego najbliżsi współpracownicy - sekretarz i zarządca majątku (łącznie 16 nakryć). Swobodną atmosferę podkreślały liczne anegdoty opowiadane przez Cesarza, chętnie przytaczane przez niego historie rodzinne, wydarzenia na dworze berlińskim, relacje z dopiero co zakończonych manewrów woskowych, zwłaszcza zaś jego zainteresowanie sprawami zamku i majątku kliczkowskiego jak również osobistymi sprawami członków rodziny. Tematy wielkiej polityki były nie na miejscu tym bardziej, że Cesarz traktował wizytę w Kliczkowie jako czas odpoczynku po trudach ostatnich dni spędzonych na manewrach wojskowych. Podczas obiadu obowiązywała indywidualna obsługa przy stole, a potrawy podawano pojedynczo zgodnie z kolejnością wymienioną w karcie dań. W tym obowiązywała ścisła etykieta stołu francuskiego, w związku z czym karty dań były na dworach niemieckich wypisywanew języku Moliera, choć sam Cesarz zarządził od wstąpienia na tron w 1888 roku, by na dworze poczdamskim wykładać na stół karty wypisane po niemiecku. Obiady tej rangi - zważywszy na osobę najważniejszego z gości - wymagały wyszukanej oprawy kulinarnej. Dominowały wówczas potrawy o uznanej już marce na stołach dworskich, a do każdego z dań - od zupy poczynając - serwowano odpowiednio dobrane wina. Kuchnia zamku kliczkowskiego słynęła z wysokiego poziomu co najmniej od drugiej połowy XVIII wieku - pierwsza wizyta Cesarza stanowiła więc nie lada wyzwanie dla kucharzy hrabiego. Uznanie, z jakim Wilhelm II wyrażał się o gościnności gospodarzy (wspominały o tym wszystkie relacje prasowe), pozwala przypuszczać, iż komplementował również smaki stołu. Zupa Celestyny, paszteciki a la Mazarin, turbot w sosie dyplomaty lub pstrąg w sosie Bearnaise, frykando z sarniny z sałatką z czerwonej porzeczki, comber z daniela a la Cumberland, pieczone jarząbki z sałatką, polędwica wołowa z zielonym groszkiem, karczochy a la italienne, przysmak florencki, poncz szwarcwaldzki i bomba Hohenzollernów wraz z kawą, masłem i serami na zakończenie biesiady były bez wątpienia na miarę możliwości kliczkowskich kucharzy.


Kolejna długo wyczekiwana wizyta Wilhelma II w zamku nad Kwisą wypadła w 1896 roku. Cesarz przyobiecał hrabiemu Fryderykowi odwiedziny już dużo wcześniej, lecz pan na Kliczkowie nie był jedynym oczekującym... Tym razem gość z Berlina przybył z krótką jednodniową wizytą, którą traktował zapewne jako chwilę wytchnienia po spotkaniu z Carem Mikołajem II (1868-1918) we Wrocławiu (Car bawił w stolicy Śląska w dniach 4-7 września 1896 roku). Z tej okazji hrabia został zaproszony przez Cesarza do Wrocławia i już 4 września wieczorem brał udział w wielkiej biesiadzie wydanej w pałacu królewskim, na którą przygotowano 260 nakryć. W menu nalazły się: zupa indyjska, troć pieczona, garnirowana pieczeń wołowa, filety sarnie po włosku, kurczaki elsaskie, owoce, sałatka, karczochy faszerowane szpikiem, mus jabłkowy, paluszki serowe, lody, deser. Następnego dnia po odebraniu parady wojskowej na Gondowie Cesarz podjął gości obiadem, a Fryderyk II znalazł się pośród 325 zaproszonych gości. Również 6 września zasiadł do stołu podczas obiadu wydanego przez Wilhelma II na cześć Cara Mikołaja II. Tym razem przygotowano jedynie 170 nakryć. Wilhelm II przybył do Kliczkowa w sobotę 12 września, wysiadając o 14:15 na dworcu w Zebrzydowej, gdzie powitał go gospodarz zamku kliczkowskiego. Cesarzowi towarzyszyli marszałek dworu von Lyncker,dwaj adiutanci - nadporucznik hrabia Helmuth Johannes Ludwik von Moltke (1848-1916) i nadporucznik Alfred von Loewenfeld (1848-1927) - a także lekarz osobisty dr Friedrich von Ilberg (1858-1916) oraz dwóch sekretarzy dworu hrabia Friedrich von Schwerin-Stolpe  i Gerharda Taege. W połowie drogi między Tomisławem a Osiecznicą Cesarz udał się wraz z hrabią na polowanie - ustrzelił jednego osiemnastaka z 250 kroków, nadto dwa łosie i jednego rogacza. O 19:30 cesarz został powitany na zamku przez hrabinę z rodziną, a pół godziny później zasiadł do stołu na obiad. Przygotowano 11 nakryć. Oprócz Cesarza w biesiadzie uczestniczyli Fryderyk II z małżonką, książę Hochberg von Pless z księżną Daisy, hrabina von Asseburg, hrabina Martha zu Solms-Sonnenwalde, von Lyncker, von Moltke, von Loewenfeld i dr Ilberg. O 23:25 Wilhelm II odjechał z dworca w Zebrzydowie w kierunku Poczdamu.


Najdłuższe odwiedziny Cesarza w zamku nad Kwisą wypadły w 1898 roku - od soboty do wtorku w dniach 23-26 kwietnia. Wilhelm II odwołał wcześniej zaplanowaną wizytę w Weimarze, a przyjazd do Kliczkowa traktował jako swego rodzaju krótki urlop. Hrabia zu Solms-Baruth przygotował z tej okazji polowanie na głuszce - kilka dni przed łowami wypuszczono do lasów w porze tokowania ptaków - 70 sztuk z dworskiej hodowli. Wiadomość o przybyciu monarchy nadeszła niespełna trzy tygodnie wcześniej przed wyznaczona datą. Podjęte w pośpiechu przygotowania gościny o mały włos nie skończyły się wielką katastrofą. Któryś z dworskich pracowników zaprószył ogień w jednym z pomieszczeń gospodarczych na zamku. Bliżej nieokreślony aparat spirytusowy - o jakim mowa w relacji prasowej - wypadł mu z ręki i w szybkim czasie płomienie zajęły kilka mebli. „Ogień stłumiono na szczęście w zarodku" - donosił wydawany w Bolesławcu „Niederschlesiescher Courier", dodając: „Inaczej szkody byłyby nie do opisania". A wizyta cesarska najpewniej odwołana... Z okazji odwiedzin odremontowano cesarskie pokoje, sprowadzono nowe meble, a tapety zamówiono u najlepszych paryskich fabrykantów.


Cesarz przybył w sobotę o 23:20 na dworzec w Zebrzydowej, gdzie został powitany przez władze Bolesławca, hrabiego zu Solms-Baruth oraz barona Kuno von Boenigk z Zebrzydowej wraz z rodziną. Towarzyszyło mu 8 osób w tym 2 adiutantów - generał major Friedrich von Scholl (1846-1928) oraz major Max von Boehn (1850-1921). Na zamku zameldował się około północy i po dwóch kwadransach zasiadł do stołu na obiad wraz z gospodarzami i towarzyszącymi mu osobami (11 nakryć). Dopiero w tym czasie zaciągnięto na maszt zamkowy czerwony cesarski sztandar. Po porannej niedzielnej mszy w Tomisławiu, którą odprawił pastor Kurzke, Cesarz udał się na godzinny spacer z hrabią Fryderykiem w połowie drogi na zamek. Hrabia oprowadził Jego Wysokość po okolicy, opowiadając o szkodach, jakie w kliczkowskich dobrach poczyniła zeszłoroczna powódź. Wilhelm II przystanął na dłuższą chwilę na moście nad Kwisą, wspominając dwie poprzednie wizyty w Kliczkowie. O 14:00 podano do stołu obiad, do którego prócz szacownego gościa zasiedli jeszcze hrabia z małżonką, książę pszczyński von Hochberg, hrabia Solms-Sonnenwalde oraz starosta bolesławiecki Rosenstiel (6 nakryć). Późnym popołudniem udał się w gronie towarzyszących mu osób na spacer po parku. Licząca jedynie 5 nakryć kolacja rozpoczęła się o 21:00, po czym Cesarz udał się do sypialni, by zebrać siły przed zaplanowanym od wczesnego ranka następnego dnia polowaniem. W poniedziałek polował od godziny 4:45 rano. Towarzyszył mu hrabia, z którym o 8:00 zjadł na zamku małe śniadanie. Następnie udał się do swojej sypialni, gdzie odpoczywał do godzin popołudniowych. O 16:00 gospodarze zamku podjęli Cesarza i towarzyszące mu osoby drugim śniadaniem w formie dejeuner dinatoire. Dwie godziny później polował ponownie w pobliskich lasach w towarzystwie hrabiego, księcia pszczyńskiego oraz hrabiego Solms-Sonnenwalde. Po zapadnięciu zmroku drogę przez las oświetlały - gdy było to konieczne - dwie lampy zasilane akumulatorami, które dwóch ludzi dźwigało w skrzynkach na plecach. Uczestnicy polowania powrócili na zamek dopiero po 23:00. Kolacja wypadła kwadrans przed północą i liczyła tylko 5 nakryć. Również we wtorek z rana wyprawiono się na polowanie, a przed południem zorganizowano na leśnej polance Jagdfriihstiick. O 16:00 hrabina zaprosiła Cesarza i jego adiutantów na obiad rodzinny, który wypadł podobnie jak podczas pierwszej wizyty Wilhelma II w Kliczkowie. Przygotowano 12 nakryć. Dwie godziny później Cesarz polował po raz kolejny w lesie pod Osiecznicą. Podczas czterech polowań ustrzelił 13 głuszców i dwa rogacze. Kilka minut po 22:00 opuścił zamek w Kliczkowie, odjeżdżając z dworca w Zebrzydowej punktualnie o 23.:00.


Na kolejne cesarskie odwiedziny przyszło czekać panom na Kliczkowie aż osiem długich lat. 4 grudnia 1906 roku Wilhelm II przybył ze stolicy Śląska do zamku nad Kwisą we wtorkowy wieczór z dwudniową wizytą, w programie której zaplanowano polowanie. Wizyta ta była niejako rekompensatą Cesarza za jego nieobecność na uroczystościach srebrnych godów kliczkowskiej pary. Jeszcze o 13:30 Cesarz jadł tradycyjnie obiad w kasynie oficerskim garnizonu kirasjerów we Wrocławiu, w którym od 1869 roku stacjonował Pierwszy Śląski Pułk Kirasjerów Gwardii „Wielki Elektor" (Leib-Kurassier-Regiment „Grofier Kurfurts"). W menu obiadu znalazły się: rosół, Schlesischer Himmelreich, pieczone trocie, comber barani, lody i paluszki serowe. Na dworcu w Bolesławcu szacownego gościa powitali kilka minut po 17:00 książę zu Solms-Baruth wraz z najstarszym synem Fryderykiem Hermannem ubranym w mundur kirasjerów gwardyjskich oraz starosta Rosenstiel. Cesarz odjechał spod dworca automobilem marki Fiat. Drogę do Kliczkowa oświetlali po obu stronach - podczas padającego deszczu - członkowie związków kombatanckich, gimnastycznych i rowerowych, trzymając pochodnie w rękach, krzycząc na cześć mijającego ich Cesarza: „Der Kaiser lebe hoch!" („Niech żyje Cesarz"). Zaraz po przybyciu na zamek Wilhelm II udał się na krótkie polowanie wraz z gospodarzem kliczkowskiego zamku. Ów fakt dowodzi nie tyle samego zamiłowania Jego Wysokości do łowiectwa, ile uznania dla obfitujących w zwierzynę łowną lasów Fryderyka II zu Solms-Baruth. Tego dnia obiad w gronie gospodarzy zamku wypadł po godzinie 20:00. Przy stole obecni byli, prócz Cesarza i osób mu towarzyszących, czterej synowie księcia - Fryderyk Hermann, Hermann Franz, Hans Georg i Johann-Georg Otto (łącznie 17 nakryć). Po obiedzie Wilhelm II udał się szybko do swojej sypialni po nieoczekiwanym ataku migreny. Następnego dnia polował od godziny 9:00 w lasach pod Osiecznicą wraz z księciem zu Solms-Baruth, hrabią Philippem zu Eulenburg (1847-1921), baronem Martinem Ruckerem von Jenisch (1861-1924), baronem Gustavem von Senden-Bibran (1847-1909), adiutantem von Freieberg oraz osobistym lekarzem dr Otto von Niednerem. Źródła nie informują, by jadł cokolwiek z samego rana na zamku - co nie jest oczywiści wykluczone - wiadomo natomiast, iż służby księcia przygotowały około południa obfity Jagdfruhstuck. Wilhelm II upolował łącznie we wtorkowy wieczór i kilku środowych nagonkach dziewięć jeleni, dwa łosie i jedną sarnę. Pośród jeleni znalazło się po jednym osiemnastaku, szesnastaku i dwunastaku oraz sześć czternastaków. Polowanie wypadło dłużej, niż przewidywano. Jeszcze w lesie Cesarz poinformował księcia, iż nie powróci już na zamek i po 16:00 udał się kierunku Bolesławca, prosząc przed pożegnaniem o złożenie księżniczce Luizie wyrazów szacunku i podziękowań za gościnę.
 
4 sierpnia 1911 roku Wilhelm II przybył do Kliczkowa po raz piąty. Na dworcu w Osiecznicy został powitany kilka minut po ósmej rano przez księcia zu Solms-Baruth i jego najstarszego syna oraz starostę bolesławieckiego Hansa von Hoffmanna. Cesarzowi towarzyszyli - marszałek dworu von Lyncker, generał pułkownik Hans Georg von Plessen (1841-1929) i major Wilhelm Ernst von Dommes (1867-1959) jako    adiutanci,    generał Oskar von Chelius (1859-1923), lekarz osobisty dr Niedner oraz pruski poseł w Bawarii Karl Georg von Treutler (1858-1933) - bliski zaufany Cesarza zwany szarą eminencją. Wprost z dworca w Osiecznicy Cesarz udał się w towarzystwie księcia na polowanie do rewiru łowieckiego Stary Gaj. Teren polowania został wybrany nieprzypadkowo - czytamy w centralnym niemieckim piśmie myśliwskim „Wild und Hund", które od strony łowów relacjonowało w szczegółach wizytę Wilhelma II w Kliczkowie - gdyż wczesnym rankiem   leśniczy   dworski Rahn widział w tym rejonie sześć jeleni, o czym zameldował księciu zu Solms-Baruth. Cesarz zajął stanowisko na jednym ze stosów drewna, skąd ustrzelił sześcioletniego byka wapiti dwudwudziestaka z odległości 200 kroków. Byk ważył blisko 400 funtów. Podczas jednej z kolejnych nagonek położył dwoma strzałami ważącego 480 funtów szesnastaka. W drodze na zamek Wilhelm II wstąpił jeszcze po drodze do leśniczówki zwanej Hermanówka (Hermannberg) znajdującej się na najwyższym w okolicy wzniesieniu, by podziwiać przez klika chwil okoliczne bory ze znajdującej się tu czterokondygnacyjnej wieży obserwacyjnej. Około południa został powitany na zamku przez księżną Luizę wraz z rodziną. Na maszcie powiewał jak zwykle czerwony sztandar, a upolowana zwierzyna zawisła na zadaszonym stojaku myśliwskim na zamkowym dziedzińcu.

O 14:00 podjęto Cesarza i towarzyszące mu osoby tradycyjnym o tej porze śniadaniem w formie dejeuner dinatoire przygotowanym na 16 nakryć. Przed godziną 19:00 Wilhelm II udał się ponownie na łowy, stacjonując opodal leśniczówki Marianówki na skraju liczącej 200 kroków łąki, gdzie położył dwoma strzałami ważącego ponad 350 funtów czternastaka. Przygotowana w piątkowy wieczór na 16 nakryć kolacja wypadła po dziewiątej wieczorem. Do stołu zasiedli, prócz gospodarzy, Cesarza i towarzyszących mu osób, dyrektor administracyjny dóbr kliczkowskich Ernst Jung oraz nadleśniczy Friedrich Habermann. Następnego dnia Cesarz polował w rewirze łowieckim w pobliżu Poświętnego już przed piątą rano. Strzelając z ambony, trafił ważącego ponad 300 funtów czternastaka. Podczas jednej z kolejnych nagonek ustrzelił jeszcze kozła sarny, a wracając na zamek, trafił jelonka wprost z samochodu. Przed 9:00 Cesarz zjadł z księciem śniadanie, po czym udał się na odpoczynek. Tego dnia podano do stołu jeszcze dwukrotnie - o 14:00 drugie śniadanie, a o 20:00 pożegnalną kolację, na którą przygotowano 14 nakryć. Cesarz odjechał z dworca w Osiecznicy o 22:40. Gdy opuszczał rozświetlony ogniami bengalskimi zamek, grupa myśliwych oddała ośmiokrotną salwę.

 

Podczas wizyt Wilhelma II na zamku w Kliczkowie program kulinarny dejeuner dinatoire, obiadów i kolacji był zgodnie z dworską regułą proporcjonalny do liczby gości zasiadających do stołu i odzwierciedlał charakter spotkania. Owa reguła nie wyrażała jednak proporcji liczbowo - jeśli któryś z posiłków był przygotowywany dla 4-8 osób, liczba potraw w karcie dań nie przekraczała 5-6 pozycji. Jeśli zaś do stołu zasiadało kilkanaście osób, a czas trwania biesiady nie był skrócony innymi okolicznościami, karta dań liczyła wówczas 7-8 pozycji, a czasem więcej. Duża liczba potraw w kartach dań nie oznaczała, iż w czasach Wilhelma II biesiadnicy potrafili zjeść dużo więcej niż dziś. Kolejno serwowane dania nie były przesadnie duże - tylko do pieczeni, które kończyły główną część biesiady, podawano kluski, puree ziemniaczane lub makarony. Pozostałym towarzyszyły zwykle sosy, masło lub lekkie dodatki w niedużej ilości jako element kompozycji. Ostanie dekady XIX wieku i początek następnego stulecia to dominacja nie tylko na dworach niemieckich, ale i całej Europy serwisu rosyjskiego. Zgodnie z nim gotowe do konsumpcji potrawy, tak pod względem wielkości jak i temperatury, były podawane podczas obiadów i kolacji pojedynczo, zgodnie z kolejnością ustaloną w karcie dań. Każdego z biesiadujących gości obsługiwał jeden służący. Gdy kolejną potrawę kończył ostatni z biesiadujących, słudzy zbierali talerze ze stołów, podając następną potrawę. Również podczas pierwszych wczesnych śniadań wypadających między 8.00 a 10.00 obowiązywała obsługa przy stole, gdyż podawane były ciepłe potrawy. Schemat karty dań obejmował zupę, przystawkę, rybę, mięso, pieczeń z sałatką, słodki przysmak, owoce - masło - sery, deser z kawą, przy czym stosownie do pory i charakteru biesiady niektóre z elementów tego zestawu mogły wypaść, inne zaś mogły zostać zwielokrotnione. Zupa i pieczeń były jednakże filarami w karcie dań każdego obiadu, o ile nie wypadał on późną wieczorną porą. Istniała zasadnicza różnica między słodkim przysmakiem podawanym po pieczeni, a deserem. Pod pierwszym pojęciem figurowały torty, lody, kremy, sorbety, budynie, sałatki owocowe czy nawet słodkie potrawy ryżowe, pod drugim zaś różnego rodzaju słodkie i słone wypieki, które były dodatkiem do kawy. Do słodkich przysmaków podawano zazwyczaj słodkie wina. Przed deserem kończącym obiad podawano często masło i sery, czym nawiązywano do zwyczajów francuskich. Dejeuner dinatoire był w kulturze stołu dworskiego posiłkiem łączącym cechy późnego śniadania z wczesnym obiadem, po którym główny obiad - zwany diener - wypadał dość późno. Wówczas nie podawano już kolacji. Menu dużego śniadania składało się z potraw ciepłych i zimnych. Pierwsze podawali do stołu służący pojedynczo, drugie - zimne przekąski - albo czekały już na stole na biesiadników, albo też były podawane naraz po ciepłej strawie. Dopiero po nich podawano potrawy słodkie i desery. Menu kolacji zasadniczo nie różniło się od obiadu - nie podawano z reguły pieczeni, a serwowane porcje były nieznacznie mniejsze. W trakcie biesiady nie podawano win do każdej z potraw, jeśli jednak konwersacje miały się nieznacznie przedłużyć, serwowano wówczas osobne wina.


Co zatem jadał Wilhelm II na zamku w Kliczkowie podczas czterech kolejnych wizyt? Czy kucharze zamkowi zdołali spełnić oczekiwania Jego Wysokości względem stołu, a co najważniejsze - wypaść dobrze w oczach gospodarza? Dokładne menu żadnego ze śniadań, dejeuner dinatoire, obiadów i kolacji nie jest znane. Źródła wymieniają jedynie porę i rodzaj posiłków, liczbę przygotowanych nakryć oraz gości zasiadających do stołu, przy czym nie zawsze wszystkich. O upodobaniach kulinarnych Cesarza wiadomo, iż cenił kuchnię francuską, angielską, rosyjską i włoską. Co najważniejsze jednak, w sferze kulinarnej cechował go swoiście pojęty konserwatyzm wyrażający się pewnego rodzaju potrzebą prostoty i skromności na talerzu, oczywiście w wymiarze cesarskiego podniebienia. (...) Ciekawostką była biegunowo odległa do pasji myślistwa „sympatia" Wilhelma II do potraw z dziczyzny. Sarnina, mięsa z dzika i jelenia pojawiały się niezwykle rzadko w kartach dań cesarskich biesiad nawet tam, gdzie gospodarze podejmowali go myśliwskim obiadem lub kolacją.


Wizyty Wilhelma II w Kliczkowie były zawsze związane z jego największą życiową pasją - myślistwem. Książę Friedrich zu Solms-Baruth dokładał wszelkich starań, by Cesarz opuszczał jego lasy w pełni zadowolony. Podczas wszystkich polowań Cesarz ustrzelił co najmniej dziewiętnaście jeleni o ustalonych rozmiarach poroża - w tym dwa dwudziestaki, dwa osiemnastaki, trzy szesnastaki, dziewięć czternastaków, jednego dwunastaka i dwa dziesiątaki - oraz kilka mniejszych jeleni, nadto cztery łosie, cztery kozły sarny, dwa daniele, jedną sarnę, trzynaście głuszców i jednego jelonka (cielaka jelenia). Nie mniej starań czyniła żona księcia Ida Luiza i szef zamkowej kuchni, by monarcha również od stołu wstawał zawsze zadowolony. Cztery kolejne wizyty - w 1896, 1898, 1906 i 1911 roku - przyniosły łącznie 5 obiadów (w tym 1 rodzinny), 4 kolacje, 2 wczesne śniadania, 1 drugie śniadanie, 2 dejeuner dinatoire oraz 2 Jagdfruhstuck. Biesiady na zamku w Kliczkowie z okazji wizyt Cesarza nigdy nie były duże, co wynikało z charakteru odwiedzin Wilhelma II i liczby gości. Dwa pierwsze wczesne śniadania Cesarz jadał z księciem Fryderykiem, z kolei Jagdfruhstuck wypadało wspólnie ze wszystkimi uczestnikami polowań. W dejeuner dinatoire, obiadach i kolacjach uczestniczyli zwykle gospodarze zamku nad Kwisą oraz Cesarz i towarzyszące mu osoby, nadto bliżsi i dalsi krewni, którzy przebywali właśnie na zamku lub przybywali do Kliczkowa z okazji przyjazdu Cesarza. Dzieci książęcej pary oraz pracownicy majątku byli obecni przy stole najczęściej podczas obiadów rodzinnych. Mile widzianym gościem był także starosta bolesławiecki. Późna pora początku niektórych obiadów - jeden rozpoczął się po północy - nie była czymś szczególnym w kulturze stołu dworskiego. Formułę biesiady określało nie tylko menu przewidziane w karcie dań, ale przede wszystkim charakter spotkania przy stole oraz osoby przy nim zasiadające. Jeśli w godzinach wieczornych wypadała kolacja, był to z reguły krótszy posiłek -  tak w wymiarze czasowym jak i kulinarnym - podczas którego znacznie mniej rozmawiano. Charakter wizyt Wilhelma II w Kliczkowie wykluczał organizowanie kolacji w formie modnego na przełomie XIX i XX wieku klasycznego souper. Późne obiady, rozpoczynane nawet po północy, trwały co najmniej godzinę; kolacje nie przekraczały zwykle 45 minut. Konwersacje podczas obiadów były obok oprawy kulinarnej istotą spotkania przy stole. Nie do pomyślenia było jedzenie w milczeniu. Zważywszy na rangę gościa, to Cesarz nadawał ton rozmowie". (Przedstawione teksty są tylko fragmentami dużej całości, która znajduje się na stronie internetowej www.kliczkow.com.pl/uploads/ZastolemwKliczkowie.pdf)

 

Nawet w dni powszednie obiady były wystawne, a mężczyźni stawiali się ze szpadą u boku i w białych rękawiczkach. Serwowano 6 do 8 dań, nawet gdy nie byli podejmowani żadni goście. Posiłki jadała rodzina wraz z dworem, na który składali się: ochmistrzyni, dwie panny dworskie, kawaler dworski, łowczy oraz preceptor (nauczyciel) pańskich dzieci. Na obiad zwoływał trębacz, naczynia były wnoszone przez służących strojnych w kapelusze, a na stole ustawiał je otwierający ich pochód furier. Podczas obiadu posilającym się umilały czas „szumne korowody, które z szacunkiem podziwiano” - były to zapewne następujące po sobie krótkie występy muzyczne, taneczne, recytacja wierszy. Poobiednią kawę wypijano na stojąco, a następnie dwór wycofywał się w głębokich ukłonach.

 

Z odwiedzin Cesarza w latach 1890, 1897, 1906 i 1911 zachował się do dzisiaj w Kliczkowskim lesie pomnik z 1906 r., postawiony na pamiątkę polowania z udziałem monarchy. Głaz o wysokości ponad 1,5 m ma częściowo widoczny napis, z którego dowiadujemy się, że Monarcha ustrzelił tu dużego byka o porożu złożonym z 18 odnóg, drugiego o 16 odnogach, sześć byków o 14 odnogach i pomniejsze samice oraz inne zwierzęta”. Na wieczór powrócono do zamku, skąd następnego dnia o godzinie 4:15 Cesarz w towarzystwie księcia wyjechał do rewiru położonego w pobliżu Poświętnego. Polował z ambony, w pobliżu granicznego płotu. Równo o 5:30 Wilhelm II trafił z około 100 kroków kulą w łopatkę czternastaka, który krótko potem padł. Miał 2,10 m długości, 1,27 m wysokości, ponad 300 funtów wagi ciała i 12 funtów poroża. Później ustrzelił jeszcze kozła, a w drodze powrotnej nieopodal Osiecznicy, strzelając z samochodu, trafił niewielkiego jelenia. Do zamku powrócili o 8 rano". 

 

"Monument ma postać dużego, półtorametrowego głazu z wyrytym na nim napisem okolicznościowym, który w dużej części został poważnie zniszczony. Można się jednak zorientować, że cesarz strzelił wtedy dużego byka o porożu posiadającym osiemnaście odnóg, kolejnego o wieńcu mającym ich szesnaście i sześć następnych samców o rogach z czternastoma odnogami. Ponadto padło kilka pomniejszych byków i łań oraz innych zwierząt. O wszystkich trofeach Cesarza i Króla Wilhelma II – jak rozpoczynał się napis na pomniku –  informował niewątpliwie wcześniej cały jego tekst, którego mizerna pozostałość w roku 1999 wyglądała następująco :


Strecke/ SM des Kaisers u. Königs  Wilhelm II ………..5.12.1906/1 Hirsch von 18 Enden/ ……. 16/6 ……..14/1…….2/1 Rotter/ 2 Dart…sch…ufl er.


O tym, że odwiedziny wybitnych osobistości w Kliczkowie interesowały ówczesną prasę, można się przekonać, oglądając zachowany egzemplarz periodyku Schlesien z roku 1912. Zamieszczono w nim zarówno obszerną notatkę informującą o pobycie następcy tronu w zamku, jak i zdjęcie z tej wizyty. Przedstawia ono karocę zaprzężoną w dwa konie i stojącego na niej, goszczącego w warowni młodego sukcesora, dalej dostrzegamy jego żonę, księżnę Solms-Baruth – oraz ich gospodarza, miejscowego księcia Solms-Baruth, odzianego w dość groteskowy dla dzisiejszych myśliwych strój nemroda, składający się z kurtki, kapelusza z obowiązkowym piórkiem i krótkich spodni. Ubiór uzupełniały podkolanówki i trzewiki.

Fakt bywania koronowanych głów na polowaniach w kliczkowskich dobrach znalazł także odzwierciedlenie w obszernym, bardzo poważnym wydawnictwie fachowym z 1899 roku, wydanym w Berlinie w drukarni Paula Pareva, noszącym tytuł Zwierzyna płowa. Księgę tę, niezwykle starannie oprawioną w wytłaczaną, zdobioną złoceniami i barwnym rysunkiem jelenia okładkę, opatrzono również wieloma ilustracjami.


Na jej dwudziestej stronie opisano myśliwskie trofea wcześniejszego władcy Niemiec, zdobyte w trakcie pobytu u Solms-Barutha. Do Kliczkowa zajeżdżali również inni arystokraci, co skrzętnie odnotowywano w annałach z epoki. Wiadomym więc jest, że 3 kwietnia 1732 roku przywitano na dziedzińcu zamkowym księcia lotaryńskiego, przybywającego od strony Bolesławca w doborowym towarzystwie hrabiego von Kufsteina. W zapiskach nie podano pełnego wyglądu książęcego orszaku, ale niewątpliwie w jego poczet wchodziła liczna służba i wóz ze stosownymi bagażami dostojnych gości.


Ich odwiedziny – o czym zresztą wspomniano w dokumencie – spowodowane były przede wszystkim rozpoczęciem toków głuszca i organizacją wystawnych polowań na tego ptaka. Zapewne przez zamek i tereny łowieckie przewinęło się znacznie więcej posiadaczy błękitnej krwi, jednak nie tak ważnych, jak osoba monarchy czy księcia lotaryńskiego.


Niejakie pojęcie o takich wizytach, dają nam odnalezione fragmenty Dziennika z Kliczkowa, będącego kronikarskim odzwierciedleniem codziennych zajęć stałych mieszkańców zamku, a także  odwiedzających jego mury gości – poza najczęściej zamieszczanym opisem wspólnych posiłków, spotkań przy kawie bądź nawet przytaczaniem drobnych ploteczek poczesne miejsce zajmują wspomnienia o organizowanych nadzwyczaj często polowaniach. Niestety, ocalony fragment tej ciekawej lektury obejmuje jedynie czas od początków grudnia 1873 roku, do 18 marca roku 1784.


I tak we wtorek 2 grudnia 1873 roku wspomniano o darowaniu przez niejakiego Fryderyka von Gesselna bażantów doktorowi Zumpe, sprawującemu zapewne stale opiekę nad zdrowiem rodziny ówczesnego właściciela zamku, hrabiego Jana Krystiana Henryka Hermanna zu Solms-Teklenburg. Po sutym, wytwornym śniadaniu goszczący u niego w Kliczkowie mężczyźni udali się na polowanie, w trakcie którego ustrzelili dziewięć dzików. Następna wzmianka o łowieckich wyczynach gości pochodzi z 14 stycznia 1874 roku, na samotne spotkanie ze zwierzyną wyruszył wtedy do okolicznych lasów starosta, jako trofea przywożąc dziesięć zajęcy i jednego jelenia. Z kolei 22 stycznia odbyło się małe polowanie na zające, przy okazji którego zabito dwa dzikie króliki. W notatce z 27 stycznia podano natomiast, iż jeden z gości, doktor Hartel zastrzelił  dzika w tak zwanym ogrodzie myśliwskim przy Piaszczystej Górze. 3 lutego tegoż samego roku w łowach uczestniczyli dwaj myśliwi z Ameryki, nie podano jednak w „Dzienniku” ich imion ani nazwisk. W trakcie pędzenia podczaszy z posiadanej broni uśmiercił grasującego w okolicy, czarnego psa. Już 16 lutego wspomniany wcześniej doktor Zumpe popisał się ubiciem dużego, rudego jelenia. Następny „łowiecki” wpis dotyczy 25 lutego. W tym dniu syn starosty Eberharda jadąc konno, zdołał położyć ogromnego odyńca. Dość nietypowe wydarzenie miało miejsce 2 marca, kiedy to jeden ze strażników leśnych zastrzelił orła przedniego. Osiem dni później odnotowano kolejne trofea doktora Hartela – niewielkiego, dwuletniego dzika, podarowanego następnie jako prezent pani von Kotze z Ławszowej. Wreszcie 17 marca ów zawołany strzelec ponownie przywiózł z łowów dwa dziki. Ostatni ocalony fragment „Dziennika” kończy się na dniu 18 marca 1874 roku, ale zapewne w nieznanych nam częściach również wiele pisano o polowaniach i osobach w nich uczestniczących". (źródlo: Joanna Sawicka, Zdzisław Abramowicz, Osiecznica - Zielona Gmina"

 

W 2011 r. Tadeusz Berestecki z Bolesławca przesłał mi fotografie kamienia, o którym jest mowa w opisie Mariusza Olczaka. Niestety kamień został uszkodzony - rozbity na kilka części. Pan Tadeusz zamierza nawet go skleić. Ciekawostką jest to, że kamienie z Kliczkowa mają oryginalne napisy. Najpierw wykuwano jakby koło i w nim umieszczano napis. Jedną z osobliwości zamku w Kliczkowie jest cmentarz koni. Zachowały się do dziś dwa kamienie z podobnie rytymi napisami na cześć koni i psów. Jeden z kamieni na cmentarzu, pochodzący z 1938 roku, postawiono ku pamięci konia Juno. 

Fotografie przesłane przez Tadeusza Beresteckiego

Na wschód od zamku, na polanie znajdują się pozostałości cmentarza koni utworzonego przez tutejszych dziedziców. Do obecnych czasów przetrwały dwa nagrobki.


Pierwszy to nagrobek klaczy imieniem Juno - był to koń wyścigowy księcia zu Solms-Baruth. Odczytanie drugiego nagrobka nie jest już możliwe. Wiadomo jednak iż należał (jak głosi zachowany napis) do "starego księcia" zu Solms-Baruth. W latach 50-tych XX wieku znajdowało się tu jeszcze kilka nagrobków. Były to sporych rozmiarów głazy, w środku których umieszczono owalne tablice z wykutym napisem. Wcześniej pochowano tu było także sporo psów, należących jak można przypuszczać do mieszkańców zamku. Jest to jeden z nielicznych cmentarzy koni w Europie.

 

Koń miał na imię Juno, odszedł w 1938 r. Jego właściciel, hrabia Henryk zu Solms-Baruth, nie mógł się pogodzić ze śmiercią ukochanego rumaka, więc wystawił mu nagrobek.

Niedawno odsłonięto nowy pomnik. Fundacja Pro Culturae Bono postarała się, by upamiętnić uwielbianą na zamku klacz rycerską Zacateca. Jej pomnik stanął między starymi nagrobkami.

 

Warto też napisać o Folwarku Książęcym.

 

Historia Folwarku Książęcego nierozerwalnie wiąże się z myślistwem. Bogate w zwierzynę łowną okalające majątek bory hipnotyzowały miłośników leśnej przygody i skłaniały do gremialnych odwiedzin Zamku Kliczków. Na przełomie XVIII i XIX wieku, gdy funkcje gospodarcze powoli opuszczały zamkowe mury, rolę zaplecza przejęły pobliskie zabudowania folwarczne. To tutaj stacjonowały liczne grupy myśliwych wraz z niezbędnym ekwipunkiem. W folwarku przechowywane były także psy przywożone specjalnie na polowania. W XX wieku, nieopodal kościoła pw. Trzech Króli, właściciele majątku wytyczyli rozległe podwórze pod kątem przygotowań do myśliwskich eskapad.

Folwark - stan obecny

W pobliskich zabudowaniach zamieszkiwali niegdyś: lekarz odpowiedzialny za zdrowie rodziny dziedzica, dyrektor administracyjny zamku odpowiadający za jego wyposażenie, służba oraz dworski łowczy odpowiedzialny za przygotowanie do polowań. W folwarku trzymano także trzodę: krowy, świnie i woły. Folwark Książęcy do dziś zachował swój niepowtarzalny, myśliwski charakter, o czym wciąż ochoczo zaświadczają m.in. Hala Biesiadna na dziedzińcu głównym, pokój kominkowy, suszarnia grzybów i owoców oraz kuchnia letnia. Wciąż możecie Państwo poczuć tu ducha myśliwskiej historii.


Folwark Książęcy to perełka architektury w kompleksie Zamku Kliczków. Odnajdziecie w nim Państwo unikatowe rozwiązania techniczne jak mansardowy dach położony na domu lekarza, misterną technikę szachulcową (mur pruski) zastosowaną z kunsztem przy budowie okolicznych zabudowań a także klasycystyczne dostojeństwo i harmonię. Folwark Książęcy to prawdziwa uczta dla koneserów dawnej architektury!

 

W Kliczkowie podobnie jak w Prakwicach, ustawiano różne kamienne obeliski. Zachował się kamień postawiony na pamiątkę upolowania ostatniego jelenia przez panującego podówczas w Kliczkowie księcia Friedricha zu Solms - Baruth. Był on władcą Kliczkowa ponad 40 lat. Kamień pochodzi z września 1920 r., a w grudniu tego samego roku książę zmarł. Inny, charakterystyczny dla Kliczkowa, kamień ustawiono dla hrabiego Otto Karola Konstantego zu Solms-Sonnenwalde. Był on szwagrem wspomnianego księcia. Fotografie i informacje pochodzą także od Tadeusza Beresteckiego.

Kamień księcia

Napis z kamienia w tłumaczeniu: "Przy ostatnim jeleniu – stwierdza się że, F. H. J. G. książę S.B. położył w tym miejscu 10 grudnia 1920 roku wspaniałego jelenia z rogami o 14 końcach, swojego 1348 i (zarazem) ostatniego". Na miniaturze wizerunek księcia.

 
"Szczególnie  ciekawy, a może nawet przez swoją inskrypcję jeszcze bardziej interesujący, jest głaz w pobliżu dawnej wsi Poświętne, której domostwa w przeważającej części zostały starte z powierzchni ziemi. Ich miejsce od kilkudziesięciu lat zarasta las. Na przewróconym obecnie kamieniu, w wykutym owalnym umieszczono informację, że właśnie tam 11 września 1886 roku arystokrata trojga imion: Otto Carl Constantin zu Solms-Sonnerwaldt również uśmiercił królewskiego przedstawiciela płowej zwierzyny. Jednak nie to jest w tym wypadku najważniejsze.

Co prawda i tu znajduje się informacja, że był to ostatni jeleń utytułowanego myśliwego, ale co innego jest intrygujące. Oto w najniższej części medalionu umieszczono datę urodzin: 11 czerwca 1816 roku oraz dzień zgonu: 27 października 1886 roku.

Niewątpliwie dotyczą one samego Ottona Carla. Od 11 września – a więc dnia położenia byka – do chwili zgonu jego pogromcy – a więc dnia 27 października 1886 roku minęło półtora miesiąca. To zapewne wyjaśnia, dlaczego był to ostatni samiec, strzelony przez arystokratę. Zdarzało się jednak w historii łowów i tak, że rozbudzony pożądaniem byk jelenia, dążąc do wyładowania swojej agresji potrafił zaatakować człowieka, który stanął na jego drodze. Może i w tym wypadku doszło do podobnej konfrontacji, zakończonej śmiercią zwierzęcia, ale także znacznym poturbowaniem nemroda przez rozjuszonego jelenia? Zapewne gdzieś w rodzinnych zapiskach Solms-Baruthów była pełniejsza informacja na ten temat. A może graf Otto – bo taki tytuł został wyryty na wspomnianym monumencie – zmarł z zupełnie innych powodów, niemających żadnego związku z odbytym pod Poświętnym polowaniem? Tak czy inaczej, pogromca byka niezbyt długo po jego uśmierceniu sam też odszedł do krainy wiecznych łowów..."  (źródlo: Joanna Sawicka, Zdzisław Abramowicz, Osiecznica - Zielona Gmina")
 
 
 

Kamień hrabiego

Historia rodu Solms linii Barut,. szczególnie pokolenia żyjącego w okresie nazistowskich Niemiec, jest godna pochylenia głowy, ponieważ hrabiowie nie dość, że okazali się być odważnymi przeciwnikami hitlerowskiego reżimu, to jeszcze przyzwoitymi i uczciwymi ludźmi.

 

Wracamy jednak do Cesarza. Polował na zaproszenia, ale i u siebie. Wówczas w  Niemczech było gdzie polować. Bardzo często przebywał w pięknym dworku myśliwskim "Hubertusstock", położonym pod Berlinem na terenie rezerwatu przyrody Chorin Schorfheide, około 10 minut spacerem od malowniczego jeziora Werbellinsee.

 

Polowania w Hubertusstock

 

W biografii łowieckiej Cesarza istotne były polowania w Hubertusstock. W swych „Pamiętnikach” Julian Fałat bardzo dokładnie opisuje łowy w tym słynnym obwodzie Cesarza Wilhelma II. Oto fragmenty tych opisów:

 

„(...) Polowania odbywały się rocznie zawsze tym samym trybem, tak że, opis jednego z nich da pojęcie o wszystkich. Wyjazd z zameczka następował o szóstej albo siódmej rano. Po obfitym mięsnym śniadaniu zajmujemy miejsca w specjalnie na ten cel skonstruowanym wozie "pirschwagen" (wózek do polowań z podchodem), mieszczącym sześć osób, na koźle, obok furmana, siedzi "forstaufseher" (gajowy) tego rewiru, w którym znajduje się jeleń, przeznaczony do upolowania, a obserwowany już od wielu tygodni, o znanej wielkości rogów i znanych przyzwyczajeniach. (...).  Przybywszy w dany rewir, jedzie się stępa, aby móc łatwiej wypatrzeć jelenia i nie spłoszyć go. Najczęściej forstaufseher (gajowy) z kozła wskazuje pierwszy dyskretnie palcem kierunek, w którym odkrył jelenia wśród paproci; jeżeli jeleń jest płochliwy, to Cesarz sam wyskakuje z powozu z podaną mu strzelbą – zaś powóz, którego jeleń nie spuszcza z oka, jedzie dalej stępa. Cesarz ma więc możność zbliżenia się do jelenia na odległość strzału. Forstmeister (nadleśniczy) i leibjager (nadworny strzelec przyboczny) z powozu śledzą z wielką uwagą zachowanie się jelenia przed strzałem i po strzale. Cesarz Wilhelm był doskonałym strzelcem  i najczęściej trafiał zwierzynę pierwszym strzałem; bardzo rzadko zdarzało się aby musiał strzelać ponownie, już do uciekającego jelenia. Cesarz zwykle pierwszy ogląda skutki strzału  i ocenia jelenia, czy zasługuje na tytuł „ein kapitalhirsch” (byka o kapitalnym wieńcu). Forstmeister obcina tymczasem gałązkę świerku lub dębiny  i salutując, podaje ją na kordelasie Cesarzowi, który zatyka tę oznakę zwycięstwa za wstążkę u kapelusza. Leibjäger dobiera się do zębów trzonowych jelenia, zwanych „grandeln”(grandle)  – po rogach – najcenniejsze trofeum myśliwego. Po krótkiej dyskusji na temat podejścia i zachowania jelenia i po opowiedzeniu jego historii (każdy jeleń ma bowiem swoją historię) przez fostaufshera, Cesarz zajmuje miejsce w powozie, aby z kolei zacząć polowanie na innego jelenia. Po drugim lub trzecim jeleniu, zwykle około dziewiątej, Cesarz każe podać „butterschnitty” (kanapki), które wszyscy jemy z apetytem, popijając doskonałym winem mozelskim, najchętniej pijanym przez Cesarza. (...) W miarę oddalania się od zameczku forstmeister kieruje polowaniem, tak aby Cesarz najpóźniej o pierwszej godzinie wrócił na obiad do Huberusstock, a w drodze powrotnej mógł zabić jeszcze jednego jelenia. (...) W bardzo odległych rewirach, Cesarz polował przez cały dzień nie wracając do Hubertusstock. Na obiad, przywożony w skonstruowanych specjalnie wozach, przybywała zwykle i Cesarzowa ze świtą; na ten cel były przeznaczone altany, nieraz dość obszerne, o wyglądzie malowniczym i dostosowanym do pejzażu. Jedna z nich, nad jeziorem Glasow, była tak urocza, że zawsze z żalem ją opuszczałem. Niewielkie, ukryte w lasach jeziorko, było widocznie ulubione przez jelenie, które często podczas naszego śniadania przybywały tam, aby wytarzać się w błocie. (...) Oprócz "kazalnic" (rodzaj myśliwskich ambon) było wiele - szczególnie na brzegach zagajników - ukrytych stanowisk, dostępnych przez ścieżki wśród gęstwiny, czasem nawet przez podziemne ganki, które prowadziły do ulubionych przez zwierzynę miejsc pobytu lub starć. Taki ganek kończył się zwykle rodzajem altany prawie zupełnie ukrytej w ziemi, mającej tylko małe otwory jako strzelnice. (...) Cesarz nigdy nie polował w niedzielę." (...).

Hubertusstock

Cesarz Wilhelm I w Hubertusstock

Tak opisywał zameczek myśliwski w Hubertusstock Julian Fałat: (...) "Pałacyk myśliwski wygląda jak domek z pudełka szwajcarskich zabawek. Parter murowany, pięterko drewniane z biegnącym wokoło balkonem, z płaskim dachem i mocno wystającymi okapami, sprawia wrażenie, jakby domek i otaczające go dęby, sztucznie zrobione, ustawiono po prostu na trawniku; nie ma bowiem dróżek, klombów ani kwiatów, jakie zwykle widuje się w otoczeniu podobnych rezydencji. (...) Żadnego ogrodzenia nie ma, tak że jelenie mają dostęp aż do progów pałacyku . (...) Z trawnika, zasłanego jesienią szeleszczącymi liśćmi, można od razu wejść do salonu - i stać jedną nogą na trawie, którą przed chwilą skubały jelenie." (...).

 

Pałac myśliwski otoczony był dębami posadzonymi jak w parku. Otaczały one pałacyk jak i inne budynki na przestrzeni paruset morgów. Cesarz polował w Huberusstock głównia na jelenie byki podczas rykowiska. Cały rewir był tak urządzony, żeby polowania odbywały się dla Cesarza z jak najmniejszym trudem. Podczas pobytów myśliwych obowiązywał strój myśliwski, nawet podczas posiłków. O ile sam pałacyk nie wskazywał na monarszą siedzibę o tyle w oficynach i przeległych budynkach funkcjonowała ogromna maszyneria całej armii dworaków. Począwszy od pierwszych dygnitarzy po marszałka dworu, a skończywszy na ostatnim posługaczu; całe mnóstwo "jägrów" lokajów, kucharzy, masztalerzy, kurierów, telegrafistów, szyfrantów, pocztylionów, żandarmów itp. Förstmeierzy i oberförstmeierzy, wszystko byli wojskowi, przyzwaczajeni do subordyności i punktualności. 

Zameczek myśliwski w Hubertusstock

Zameczek w Hubertusstock

Hubertusstock na starych pocztówkach

Hubertusstock - cesarski gabinet

 
Hubertusstock 1901 r.
Polowanie w Hubertusstock
Hubertusstock 1913 r.
Kamień upamiętniający strzelenie setnego jelenia byka przez Cesarza w Hubertusstock
W Hubertusstock Cesarz odbywał też pierwsze jazdy samochodem. Próbowano ten nowy pojazd przytosować do polowań. Po kilku próbach powrócono jednak do wózka podjazdowego zaprzężonego w konie.

Wracając do Juliana Fałata warto także zacytować opis jeszcze jednego polowania z udziałem malarza w Hubertusstock.

 

„Jednym z pierwszych polowań o wysokim znaczeniu politycznym wydanym przez Cesarza Wilhelma II było, polowanie z podchodu, polowanie jesienne w 1889 r. w Schorfheide (Hubertusstock). Gośćmi byli Car Aleksander III i jego syn Wielki Książę Jerzy. Spokojne sosnowe lasy Marchii były pełne rosyjskich tajnych agentów, którzy najpierw musieli zostać „usunięci”, ponieważ ich obecność, w pełnym tego słowa znaczeniu, uniemożliwiała wykonanie polowania. Dla postronnych obserwatorów, jakim był polski malarz Julian Fałat, dała się zauważyć bardzo chłodna i sztywna atmosfera łowów. Car Aleksander III nosił szkocką czapkę z dwoma wstążkami, które przy najlżejszym powiewie wiatru się poruszały. Skłoniło to Cesarza Wilhelma do ironicznej uwagi. Szepnął Fałatowi „ Z tymi chorągiewkami trudno będzie mu podejść zwierza”. Obecność Polaka Fałata wywołała w kręgach dworskich pewne skrupuły, a Książę von Pless oraz baron von Heintze, byli zaniepokojeni, czy obecność Juliana Fałata nie będzie niemiła Carowi, który kneblował usta Polakom (jakby Niemcy ich nie kneblowali - dop. autora). Jednak Urząd Marszałka Dworu nakazał tuż przed przyjazdem Rosjan wysłać telegram: ”Na najwyższy rozkaz Wilhelma, malarz Fałat ma pozostać w Hubertusstock”. Jedynie aparat fotograficzny Fałata został otwarty przez carską tajną służbę i naturalnie, zostały zniszczone wszystkie filmy".

 

Polowanie wywołało wielkie poruszenie w Huberusstock. Zaangażowano do jego organizacji "Hof - Jagd - Amt" czyli Dworski Urząd Łowczy. Car Aleksander III strzelił trzy jelenie, jego syn Jerzy jednego. Wilhelm II został obdarowany przez Cara trójką koni w zaprzęgu zwanym "Trojką". Dopiero po jego wyjeździe wyszło na jaw, że srebrne okucia i sprzączki uprzęży zostały podmienione przez rosyjskich (czynowników) urzędników państwowych, na miedziane.

 

Polowania w Grunewald

Polowanie w 1897 r.

Polowanie 19 grudnia 1901 r.

Polował w Grunewald gdzie także był pałac myśliwski

Pałac Myśliwski w Grunewald (Jagdschloss Grunewald) jest najstarszym zachowanym w Berlinie pałacem Hohenzollernów. Książę elektor Joachim II Brandenburski zlecił jego budowę w 1542 r. Za panowania Fryderyka I (1657-1713) budowla zmieniła swoją sylwetkę - z założenia obronnego z fosą, wieżyczkami i renesansowymi szczytami powstał reprezentacyjny, biały pałac z mansardowym dachem. Przednia część pałacu z reliefem i sześciokątną wieżą schodową zdradzają jednak, że budowla powstała w XVI stuleciu. Pałac służył Hohenzollernom jeszcze do 1918 r. jako myśliwska rezydencja. O ich łowieckiej pasji świadczy historyczna broń i poroża, które wystawiono naprzeciw w magazynie sprzętu łowieckiego. Myślistwo dworskie jest również motywem wielu obrazów i przedmiotów rzemiosła artystycznego w pałacu. Na piętrze można podziwiać portrety władców z dynastii Hohenzollernów od XVI do XIX w. Szczególnie polowania "par force" w Grunewald cieszyly siępopularnością.

Znaczek pocztowy z 1910 r.

Zamek myśliwski w Grunewald

Zamek myśliwski w 1899 r. Uczestnicy polowania "par force"

Grunewald - 1910 r.

Księżniczka Wiktoria Luiza, córka kajzera, podczas przejażdżki w Grunewald - 1910 r.

Grunewald 1897 r. - wyjazd na polowanie

Grunewald - 1901 r.

Grunewald 1900 r.

Polowanie w Grunewald

Badając czasy Wilhelma II przewija się dużo wątków mowiących o seksualnych wyczynach Jego świty. W innym miejscu opisałem tzw. aferę Eulenburga. Z zamkiem w Grunewald związana jest taka historia:

 

ORGIA, KTÓRA WSTRZĄSNĘŁA ŚWIATEM


Upadek dynastii Hohenzollernów rozpoczął się od zbiorowej orgii czy też seansu seksu grupowego w styczniu 1891 roku. W gorącej imprezie w stylu rzymskiego cesarza Nerona wziął udział kwiat arystokracji pruskiej, w tym siostra kajzera Wilhelma II. W zamku myśliwskim Grunewald w Berlinie hrabiny, baronowie i książęta testowali jedną pozycję miłosną po drugiej. Potem tajemniczy szantażysta wysyłał kompromitujące listy. Doszło do absurdalnych procesów sądowych, pojedynków i pogrzebu jednego z uczestników swawolnej zabawy. Gigantyczny skandal wstrząsnął tronem Wilhelma II. „System osobistych rządów” niemieckiego Cesarza doznał poważnego uszczerbku. Akta na temat tych wydarzeń przetrwały w teczce z policyjnego śledztwa, którą historycy odkryli w 1996 roku w Tajnym Pruskim Archiwum Państwowym w Berlinie. Jednak badacz Tobias Bringmann nie ośmielił się zacytować treści listów - jak to określił - „ze względu na przyzwoitość”. 14 lat później Wolfgang Wippermann, autor książki „Skandal im Jagdschloss Grunewald”, okazał się mniej pruderyjny i opublikował dokumenty, w których mowa o „pozycji 69”, seksie oralnym, homoseksualnym i „pieprzeniu”.


SWINGERSI W ZAMKU GRUNEWALD


Malowniczy renesansowy zamek Grunewald znajduje się w zachodniej części Berlina. W styczniu 1891 r. grupa 15 wysoko urodzonych osób obojga płci urządziła sobie kulig. Z zamku Grunewald od wieków korzystali urządzający łowy władcy Brandenburgii, potem Prus. Położenie na obrzeżach stolicy stanowiło jego wielki atut. Uczestnicy szalonej sanny postanowili następnie zabawić się w zamku myśliwskim. Zaprosiła ich 31-letnia Charlotte, najstarsza siostra Cesarza Wilhelma II, wnuczka brytyjskiej królowej Wiktorii i małżonka nieśmiałego księcia Bernharda von Sachsen-Meiningen. Charlotte miała opinię skandalistki w rodzie Hohenzollernów. Jej zamiłowanie do intryg i plotek oraz liczne pozamałżeńskie romanse były powszechnie znane. W imprezie uczestniczył także szwagier Wilhelma II, książę Ernst Günther von Schleswig-Holstein-Sonderburg-Augustenburg, w kręgach dworskich znany jako „książę Gach”, ponieważ odwiedzanie domów uciech stanowiło jego prawdziwą pasję. Pewnej nocy Ernst Günther zgubił w łożu córy Koryntu najwyższe odznaczenie pruskie - Order Czarnego Orła. Jako że w Prusach porządek musi być, obowiązkowa panna lekkich obyczajów odniosła odznaczenie na policję. Progi zamku Grunewald przekroczyli także książę Friedrich Karl von Hessen, który w przyszłości poślubi siostrę Cesarza Margarete, rosyjski dyplomata baron Ludwig Knorrig, mistrzowie ceremonii na cesarskim dworze: Leberecht von Kotze i baron Karl Ernst von Schrader. Wśród imprezowiczów znalazła się również osobliwa para - Friedrich Graf von Hohenau i wyższa odeń o głowę małżonka Charlotte. Graf był homoseksualistą i na dworze zwano go szyderczo Loloki, czyli „Mała Lotka”. Uczestnicy przyjęcia tańczyli i pili bez opamiętania, potem suknie i stroje jeździeckie opadły na podłogę. Rozpoczęła się orgia, podczas której nagie ciała splatały się w najbardziej fantastycznych konfiguracjach. Podobno inicjatywa wyszła od dam, panowie zaś oddawali się z entuzjazmem także homoseksualnej miłości. Około północy wyczerpani burzą zmysłów imprezowicze rozjechali się do domów.


LISTY Z SZYDERSTWEM I JADEM


Już następnego dnia zrozumieli, że mają poważny kłopot. Otrzymali bowiem szydercze i złośliwe listy opisujące szczegółowo ich erotyczne wyczyny. Stało się jasne, że autor to jeden z uczestników seksparty w zamku Grunewald, bowiem doskonale wiedział o wszystkim i znał wszelkie sekrety cesarskiego dworu. Listy nadchodziły jeszcze w następnych miesiącach - aż do 1894 roku. W policyjnych aktach zachowało się ich 246. Nadawca niekiedy dołączał zdjęcia pornograficzne, w których wycięte głowy modeli zastępował twarzami wyszydzanych arystokratów. Policyjna teczka została „oczyszczona” z tych zdjęć przez nieznanych sprawców. Zachowała się tylko jedna fotografia, przedstawiająca parę dżentelmenów oddających się rozkoszom seksu oralnego. Autor (czy też autorka listów) oskarżył Alidę von Schrader, małżonkę mistrza ceremonii, o liczne lesbijskie romanse. Chętnie demaskował też różne dworskie afery, zdrady małżeńskie i skandale. Oskarżył księcia Ariberta von Anhalt o miłosne przygody z mężczyznami (w 1894 roku książę został Przewodniczącym Komitetu Niemieckiego Uczestnictwa w pierwszych igrzyskach olimpijskich w Atenach). Zarzuty były zresztą zgodne z prawdą. W 1900 roku Marie Luise, wnuczka brytyjskiej królowej Wiktorii i żona Ariberta, z hukiem zażądała unieważnienia małżeństwa z powodu notorycznego homoseksualizmu męża - i mimo sprzeciwu Cesarza dopięła swego. W listach wysyłanych przez tajemniczego intryganta mowa była nawet o amorach Wilhelma II! Najbardziej złośliwy anonim znęcał się nad hrabiną von Hohenau i jej małżonkiem. W listach można przeczytać, że Charlotte von Hohenau to „notoryczna gęś" i „napęczniała od jadu ropucha", z „impertynenckim nosem i wystającymi zębami", które nie pasują do jej „klasycznej piękności". To pożerająca mężczyzn nimfomanka, która ośmieliła się pokazać na dworze „z całkowicie odsłoniętym biustem", i nie spocznie, dopóki ze wszystkimi książętami nie przejdzie na ty, i - jeśli to tylko możliwe - nie nawiąże z nimi „relacji płciowych". Jest tak lubieżna, że „bez żadnej zachęty sama podnosi spódnicę". Dom hrabiów von Hohenau przy berlińskiej Yorckstrasse jest „burdelem", który tym różni się od innych domów uciech, że „to nie mężczyzna kobietę, lecz mężczyźni pieprzą się między sobą, a kobiety czynią to między sobą także". Tak jadowite zniewagi świadczyły o osobistej nienawiści czy urazie. Sprawy nie udało się zachować w tajemnicy, bowiem listy trafiały także do innych dygnitarzy z dworskich kręgów. A podkreślić wypada, że dwór Wilhelma II stanowił prawdziwe państwo w państwie. Cesarzowi służyło 3500 osób, w tym 2320 urzędników. Samych mistrzów ceremonii było aż 11. Na utrzymanie dworu przeznaczano jedną piątą całego budżetu Rzeszy. Wilhelm II był monarchą konstytucyjnym, potrafił wszakże przejąć niemal osobiste rządy, które autor monumentalnej biografii Cesarza John C.G. Röhl określa jako neoabsolutyzm.


Zblazowani arystokraci pruscy nie zadawali sobie trudu otwierania korespondencji. Czyniła to służba, która przynosiła otwarte już listy wraz ze śniadaniem. Oczywiście ciekawscy lokaje czytali korespondencję, zwłaszcza taką, w której spostrzegli „nieprzyzwoite obrazki". Wkrótce o skandalu huczał cały Berlin.


KOMPLIKOWANIE NORMALNYCH STOSUNKÓW


W zdominowanej przez Prusy Rzeszy panowała obyczajowa protestancka pruderia. Wilhelm II deklarował bluźnierczo: „Wstąpił we mnie Bóg, bo jestem niemieckim Cesarzem". Kajzer nie przestrzegał wszakże skrupulatnie szóstego przykazania. Wiadomo, że miał ognisty romans z kurtyzaną ze Strasburga znaną jako Miss Love. W jej rękach pozostały miłosne listy Cesarza, w których Wilhelm II, jak zapewniała Miss Love, „daje wyraz swym bardzo osobliwym skłonnościom komplikowania normalnego stosunku, np. przez krępowanie ramion". Władze Rzeszy nie bez trudu wykupiły kompromitującą monarchę korespondencję za 25 tysięcy marek. Sekretarz stanu Herbert von Bismarck pisał o „ciążowej sprawie Cesarza w Wiedniu, której ukręcono łeb poprzez wypłatę 5 tysięcy talarów". Ale mężczyznom uchodziło wiele. Zbiorowe wizyty arystokratów w domach uciech po wspólnym alkoholowym wieczorze uważano za chwalebną manifestację męskiej krzepy. Herbert von Bismarck, syn Żelaznego Kanclerza, systematycznie odwiedzał przybytki pod czerwoną latarnią także podczas wizyt zagranicznych. Pruskie damy obowiązywała natomiast skromność i wstrzemięźliwość, przynajmniej na pokaz. Panie, które jak hrabina Charlotte von Hohenau wzorem mężczyzn bez skrupułów oddawały się zmysłowym rozkoszom, uchodziły za chore psychicznie. Homoseksualizm męski był wręcz kamieniem obrazy i czynem zakazanym przez prawo, podlegającym karze. Dlatego orgia w zamku Grunewald, podczas której doszło do seksu grupowego i aktów homoseksualnych z udziałem członków społecznej elity, wywołała gigantyczny skandal. Adresaci listów nie mieli innego wyjścia i zgłosili się na policję. Wcześniej starannie zaczernili najbardziej „jadowite" fragmenty złośliwych pism. W maju 1892 roku śledztwo wszczął doświadczony komisarz policji Eugen von Tausch. Stosował kontrowersyjne metody, jak przekupywanie świadków i obserwacja skrzynek pocztowych. Komisarz miał powody do podejrzeń, że „brudne listy" wysyła Ernst Günther von Schleswig-Holstein. Ale „książę Gach", ufny w poparcie siostry - cesarzowej, przepędził detektywów ze swego domu. Grafolog nazwiskiem Langenbruch dokonał analizy pisma i doszedł do wniosku, że listy napisała „osoba o chorobliwie kobiecym charakterze i próżnym, wymuskanym wyglądzie". Mogło to wskazywać na Charlotte von Sachsen-Meiningen, ale nikt nie ośmielił się oskarżyć siostry Cesarza. „Książę Gach", baron von Schrader, hrabiostwo von Hohenau i inni zabawili się w prywatnych detektywów i doszli do wniosku, że winowajcą jest mistrz ceremonii, rotmistrz w stanie spoczynku Leberecht von Kotze. Ten dygnitarz, wielki dandys, lubił ubierać się modnie. Pewnego razu zaszokował arystokratyczne towarzystwo, gdy na polowaniu pojawił się w zielonym krawacie. Uprawiający groteskowy kult męskości arystokraci pruscy uważali go z tej przyczyny za zniewieściałego błazna

.
PODEJRZANY MISTRZ CEREMONII


Cesarz Wilhelm II lubił swego mistrza ceremonii, który zbierał dla monarchy pikantne plotki z dworu, ale łatwo dał się przekonać, że to von Kotze wysyła listy, i 17 czerwca 1892 roku rozkazał go aresztować. Kajzer nie miał takiego prawa, niemniej rozkaz wykonano. Sprawa została przekazana sądowi wojskowemu, co także było sprzeczne z prawem. Ale szydercze listy wysyłano nadal; co więcej, ich nadawca zagroził, że jeżeli mistrz ceremonii nie zostanie zwolniony, „to on rozpęta taki skandal, że tron zadrży wraz ze swymi wszystkimi zmurszałymi podporami”. 5 lipca 1892 roku von Kotze został zwolniony z więzienia. Odpowiedzialność za całą nielegalną procedurę wzięli na siebie najwyższy podkomorzy dworu książę Hermann zu Stolberg-Wernigerode oraz przewodniczący sądu wojskowego generał Alexander von Pape. Wilhelm II, który w rzeczywistości ponosił całą winę, bez zmrużenia powieką dymisje przyjął. Co więcej, nie zgodził się na rehabilitację Leberechta von Kotze, lecz polecił dowódcy III Korpusu Armijnego księciu Friedrichowi von Hohenzollern-Sigmaringen objęcie przewodnictwa sądu wojskowego. Przeprowadzono drobiazgowe i kosztowne dochodzenie, ale żadnych dowodów winy von Kotzego nie znaleziono. Adwokat podejrzanego Fritz Friedmann szerzył pogłoski, że prawdziwym winowajcą jest inny mistrz ceremonii: baron Karl von Schrader. Leberecht von Kotze jako oskarżony nie mógł się pojedynkować. Jego kuzyn Dietrich von Kotze wyzwał więc Schradera  na pojedynek, który odbył się 21 stycznia 1895 roku, cztery lata po nieszczęsnej imprezie na zamku. Wymiana strzałów zakończyła się bezkrwawo, co zdarzało się bardzo rzadko. Pojedynki były formalnie zakazane, ale arystokraci wciąż stawali naprzeciwko siebie z bronią w ręku w obronie swego honoru. Wiedzieli, że Cesarz akceptuje pojedynki i ich uczestników czekają najwyżej łagodne wyroki. Homoseksualizm męski był zakazany przez prawo. Dlatego orgia w zamku Grunewald, podczas której doszło do seksu grupowego i aktów homoseksualnych, wywołała skandal.


ŚMIERĆ NA POJEDYNKU

 

W marcu 1895 roku sąd wojskowy uniewinnił mistrza ceremonii. Mimo próśb kilku dygnitarzy, Wilhelm II zatwierdził ten wyrok. Co więcej, zmusił „księcia Gacha” Ariberta von Anhalt i hrabiego von Hohenau, aby przeprosili Leberechta von Kotze. Złożenia przeprosin odmówili baron von Schrader, najwyższy marszałek dworu Karl Egon IV zu Fürstenberg oraz marszałek dworu Cesarzowej Hugo von Reischach. Rozsierdzony von Kotze wyzwał na pojedynek wszystkich trzech. To nawet dla „honorowych” Prusaków było za wiele. Umówiono się zatem, że wyzywający stoczy pojedynek tylko z jednym z nich. Na przeciwnika mistrza ceremonii został wybrany marszałek von Reischach. Adwersarze stanęli naprzeciwko siebie w Wielką Sobotę 13 kwietnia 1895 roku w pobliżu dworca Halensee. Mężczyźni strzelali raz za razem. Ósma kula trafiła w udo von Kotzego. Wilhelm II nie zganił arystokratów za złamanie prawa, lecz w dowód uznania przysłał rannemu do szpitala osobisty prezent - wielkanocne jajko.


Skandal na tym się nie zakończył. Zacietrzewiony von Schrader wyzwał swego osobistego wroga jeszcze raz. Zamiast pojednać przeciwników, Cesarz przywrócił von Kotzemu zdolność honorową (którą stracił, odmawiając kolejnego pojedynku), zatem umożliwił mu stawienie się na ubitej ziemi. Ustalono srogie warunki oznaczające niemal pewną śmierć. Przeciwnicy mieli posługiwać się bardzo celnymi pistoletami wojskowymi (a nie archaicznymi pojedynkowymi) i strzelać, zbliżając się do siebie aż do odległości zaledwie dziesięciu kroków. Spragnieni krwawego spektaklu gapie zbierali się w parkach i laskach sposobnych do pojedynków. Aby uniknąć tłumów, przeciwnicy spotkali się w niespodziewanym miejscu: w Ravensbergu pod Poczdamem, do tego w Wielki Piątek 1896 roku. Wielki Piątek jest dla protestantów najświętszym dniem. Pojedynek w takim terminie uznano niemal za bluźnierstwo. Baron von Schrader nie doczekał Wielkanocy. Ugodzony kulą w podbrzusze skonał następnego dnia. Von Kotze został skazany tylko na dwa lata i trzy miesiące więzienia, a karę odbywał w komfortowych warunkach w twierdzy kłodzkiej. Miał do dyspozycji ordynansa, który przynosił do więzienia szampana i różnorakie smakołyki. Po kilku miesiącach Cesarz ułaskawił swego mistrza ceremonii, który podczas pojedynku popisał się „męskim animuszem".


ZGNIŁA MONARCHIA


Afera rozpętała się z nową siłą. Powszechnie krytykowano kajzera za to, że zezwolił na łamanie prawa. W kwietniu 1896 roku odbyła się w tej sprawie nadzwyczajna debata w Reichstagu, która zmieniła się w piętnowanie osobistych rządów Wilhelma II. Przywódca SPD August Bebel drwił bezlitośnie: „Jeśli panowie z tak zwanych klas wyższych rozbijają sobie wzajemnie głowy lub ustrzeliwują się z pistoletów, to w gruncie rzeczy niewiele mamy przeciwko temu. Im bardziej intensywnie oddają się procesowi samozniszczenia, tym lepiej dla nas". Gazeta „Berliner Tageblatt" w satyrycznym dodatku przedstawiła „nowe prawo pojedynkowe", zgodnie z którym „po pojedynku, który zakończy się śmiercią, zwycięzca ma prawo zerwać skalp poległego przeciwnika i przyczepić go do łańcuszka od zegarka jako brelok. Dziesięć skalpów daje prawo do otrzymania dóbr ziemskich przynoszących dochód". Liberalna prasa pisała, że w sprawie Leberechta von Kotze wymiar sprawiedliwości zmienił się w farsę, w proces inkwizycyjny jak z mroków średniowiecza, zaś monarchia Hohenzollernów „nosi już piętno zgnilizny". Nawet organ konserwatystów „Reichsbote" stwierdził, że skandal „bardziej zdruzgotał w tym kraju rojalizm, niż ideowa wieloletnia praca wiernych zwolenników monarchii jest w stanie odbudować". W wyniku afery autorytet cesarstwa poważnie ucierpiał, a system osobistych rządów Wilhelma II szybko tracił zwolenników. Także pojedynki i groteskowe demonstrowanie męskości i honoru zaczęły wychodzić z mody.


Do dziś nie ma pewności, kto był autorem jadowitych listów. Historyk John Röhl przypuszcza, że wysyłał je szwagier kajzera Ernst Günther von Schleswig, „książę Gach”, przy pomocy kilku zaprzyjaźnionych prostytutek. Według innej, bardziej prawdopodobnej hipotezy, całą intrygę uknuła siostra Cesarza Charlotte von Sachsen-Meiningen. Być może z rozmysłem urządziła przyjęcie na zamku Grunewald, aby wciągnąć swych gości w pułapkę. Motyw? Zamiłowanie do skandali, a zwłaszcza nienawiść wobec hrabiny Charlotty von Hohenau, której Hohenzollernówna zazdrościła licznych podbojów miłosnych. Siostra Cesarza czuła dla hrabiny bezgraniczną pogardę, ponieważ ta, z domu von Decken, nie pochodziła z najwyższej arystokracji. Być może analizy grafologiczne, porównanie pisma Charlotte von Sachsen-Meiningen z szyderczymi listami, pozwoli wyjaśnić tajemnicę.


Swawolna, cierpiąca na porfirię siostra Cesarza po długim leczeniu psychiatrycznym zmarła w uzdrowisku Baden-Baden w 1919 roku. Rok później były mistrz ceremonii cesarskiego dworu Leberecht von Kotze zakończył życie w swej posiadłości w Karkonoszach. Wilhelm, były Cesarz niemiecki, przebywał już wtedy na wygnaniu w Holandii po przegranej wojnie. (Źródło: historia.focus)'

 

Cóż, pruderia pruskiej szlachty była tylko na pokaz. W rzeczywistości nie stronili od uciech wszelakich. Sam Wilhelm II był posądzany o homoseksualizm czy liczne romanse. Przede wszystkim jednak polował.

Bywał i polował w Jagdschloss Stern

Jagdschloss Stern

W latach 1730-32 zbudowano na zlecenie Króla Fryderyka Wilhelma I Pruskiego przed bramami Poczdamu pałacyk myśliwski. Swoją nazwę „Stern“ (gwiazda) pałacyk zawdzięcza pierwotnym 16 przesiekom, wyrąbanym w lesie dla polowań z naganką, które w tym miejscu krzyżowały się w kształcie gwiazdy. Pałacyk, zbudowany w stylu holenderskiego domu mieszczańskiego, zachował się w swoim niemal oryginalnym stanie do dziś. Obok wyłożonej boazerią sali pełnej obrazów, przedstawiających Króla podczas polowań, jest jeszcze tylko komnata sypialna, pokój adiutanta i wyłożona białymi kafelkami kuchnia. O pałacyk, który jest otwarty dla zwiedzających w ramach imprez specjalnych od kwietnia do września, troszczy się stowarzyszenie „Förderverein Jagdschloss Stern-Parforceheide“.


Do pałacowego założenia należy poza tym Dom Kasztelana, stajnia i dalsze pomieszczenia gospodarcze, które powstały w okresie budowy pałacyku i są stopniowo remontowane przez stowarzyszenie.

Pałacyk myśliwski z lewej, z prawej Dom Kasztelana

Niewiele wiemy o pobytach Wilhelma II w Jagdschloss Stern. Jedyna dostępna fotografia w Internecie po wpisaniu hasła "Jagdschloss Stern" to fotografia Wilhelma II z 1883 r., jeszcze jako księcia z biwaku w lesie otaczającym pałacyk myśliwski.

Skromne warunki pałacyku myśliwskiego Stern zapewne odstraszały kaisera, który nawet na polowaniach lubił otaczać się wielką świtą dworaków.

Obszar leśny koło Jagdschloss Stern i jedna z przesiek

Dom Kasztelana

Poczdam (niem. Potsdam) jest miastem niemieckim landzie z Brandenburgii. Poczdam był rezydencją pruskich Królów i niemieckiego Kaisera aż do 1918 roku. „Król – żołnierz” czyli Fryderyk Wilhelm I kazał wznieść domek myśliwski Stern na na skraju dzisiejszej dzielnicy Babelsberg.


Poczdam, stolica Brandenburgii, jest znany przede wszystkim ze swojej historycznej spuścizny jako dawne miasto rezydencjalne Prus z licznymi i unikatowymi pałacami i parkami. Sława i chwała Prus, tradycja jako miasto wielkich budowniczych i uczonych, miejsce konferencji, która zapoczątkowała zimną wojnę – Poczdam to kultura i historia w zapierającym dech w piersiach wymiarze.


Przed 300 laty miasto garnizonowe Poczdam przeobraziło się w jedno z najokazalszych miast-rezydencji Europy. Pruscy królowie, a zwłaszcza Fryderyk Wilhelm I i jego syn Fryderyk II Wielki, urzeczywistnili w Poczdamie i jego okolicach swoje barokowe marzenie. Ich następcy dodali do obrazu miasta wspaniałe monumenty klasycyzmu.


 

Polowania w Letzlingen

 

Pałacyk Myśliwski Letzlingen (niem. Jagdschloss Letzlingen) – neogotycki pałacyk na południu powiatu Altmarkkreis Salzwedel w kraju związkowym Saksonia-Anhalt. Obiekt znajduje się na terenie wrzosowiska Colbitz-Letzlinger Heide, uważanego za jedno z największych wrzosowisk Europy Środkowej.


Pałacyk wzniesiono w 1843 r. na zlecenie króla Prus Wilhelma IV. Plany budowli w stylu gotyku tudorowskiego sporządzili Friedrich August Stüler i Ludwig Ferdinand Hesse. Do XVI w. w miejscu obecnego pałacyku stał domek myśliwski. W latach 1559-62 książę Brandenburgii Jan Jerzy Hohenzollern wybudował zamek myśliwski, zwany Hirschburgiem. Budowlę zaprojektował budowniczy Cunz. Centralną pozycję zajmowała część mieszkalna, którą okalał mur wzmocniony wieżami otoczony fosą. Jan Jerzy Hohenzollern często pomieszkiwał w zamku. W 1577 r. świętował tu zaślubiny z Elżbietą, córką księcia Joachim Ernesta von Anhalt-Zerbs.


Kolejni władcy z dynastii Hohenzollernów preferowali inne siedziby, a zamek popadł w ruinę. Został ponownie odkryty przez Wilhelma IV w 1840 roku. Na bazie dawnej budowli wzniesiono neogotycki pałacyk w stylu tudorowskim według planów Friedricha Augusta Stülera. W 1843-44 roku Stüler dokonał przebudowy korpusu pałacyku. Czterokondygnacyjna część mieszkalna została wzniesiona na planie kwadratu. Okrągła wieża mieszcząca klatkę schodową góruje nad budowlą.


Najprawdopodobniej w latach 1851-53 przeprowadzono przebudowę jadalni i kuchni według planów Stülera. Prace nadzorował brat architekta, inspektor budowlany Karl Askan Stüler oraz magdeburski radca budowlany Karol Albert Rosenthal.


Ponadto Stüler zaprojektował neogotycki kościół przypałacowy, wzniesiony pod kierownictwem Rosenthala. Kamień węgielny pod budowę świątyni położono w 1857 r.; prace rozpoczęto w 1859 r. a ukończono w 1861 – roku śmierci Wilhelma IV. W uroczystości poświęcenia kościoła wziął udział panujący brat Wilhelma IV Wilhelm I Hohenzollern (Cesarz Niemiec od 1871 r.). W 1868 r. wzniesiono jeszcze Kastellanhaus według projektu Ludwiga Ferdinanda Hessego.


W pałacyku gościli na polowaniach m.in. Cesarz Austrii Franciszek Józef I, kanclerze Rzeszy: Otto von Bismarck, Theobald von Bethmann-Hollweg i Bernhard von Bülow. Ostatnie polowanie urządzono w listopadzie 1912 za panowania Cesarza Wilhelma II Hohenzollerna.


Po I Wojnie Światowej i upadku monarchii, pałacyk przeszedł na własność rządu pruskiego. W 1922 w budynku zaczęła działać prywatna szkoła z internatem Freie Schul- und Werkgemeinschaft założona przez Bernharda Uffrechta i jego żonę Ini. W kwietniu 1933 szkoła została zamknięta przez nazistów, którzy w pałacyku zorganizowali szkołę dla przywódców SA. Podczas II wojny światowej w budynku mieścił się lazaret, a następnie oddział szpitala z Gardelegen (1945-1991).


Po zjednoczeniu Niemiec pałacyk przeszedł w ręce Fundacji Pałaców, Zamków i Ogrodów Saksonii-Anhalt (niem. Stiftung Schlösser, Burgen und Gärten des Landes Sachsen-Anhalt), dzisiejszej Fundacji Katedr i Pałaców w Saksonii-Anhalt (niem. Stiftung Dome und Schlösser in Sachsen-Anhalt). Obiekt został poddany gruntownej renowacji w latach 1997-2001.

Pałac myśliwski w Letzlingen

Jedno z wnętrz pałacowych (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Pokój myśliwski

Fot. nadesłana przez T. Krawczyka

Polowanie w Letzlingen (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Letzlingen 1889 r. (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Przerwa w polowaniu w grudniu 1897 r. - w namiocie spożywano śniadanie. (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Polowanie w Letzlingen w 1897 r.  (fot. nadesłana przez T. Krawczyka)

Polowanie na lisy w Letzlingen

W Letzlingen

Z arcyksięciem Franciszkiem Ferdynandem

Z księciem Adolfem zu Schamburg - Lippe 1912 r.

 

 Fotografie z polowania w Letzlingen 1912 r.

 

Jak widać polowanie odbyło się w ogrodzonym zwierzyńcu na "wykładaną" zwierzynę

Służba ciągnie upolowane daniele na pokot

Przy grubych odyńcach

W rozstawionych namiotach serwowano posiłek

Przy strzelonych danielach

Oglądanie pokotu

Ogrom strzelonej zwierzyny gonionej na rzeź w ogrodzeniu

Na fotografiach doskonale widać, że Cesarz i świta byli elegancko ubrani. Cóż ...  naciskali tylko na język spustowy. "Cysorz to ma klawe życie" - piosenka Tadeusza Chyły sprawdziła się w tym przypadku znakomicie.

 

Polowania w Bückeburg

 

Odbywał łowy w Schaumburg-Lippe - istniejącym w latach 1643-1918 na terenie obecnej Dolnej Saksonii niewielkim księstwie niemieckim, ze stolicą w Bückeburgu. W latach 1643 -1918 Bückeburg był stolicą hrabstwa a następnie księstwa Schaumburg-Lippe. Siedzibą władców księstwa był miejscowy zamek.

Bückeburg to miasto w Dolnej Saksonii, w Niemczech, na granicy z Nadrenią Północną-Westfalią. Znajduje się w dzielnicy Schaumburg, w pobliżu północnych stoków grzbietu Weserbergland. Bückeburg był niegdyś stolicą maleńkiego księstwa Schaumburg-Lippe. Pałac Bückeburg (Schloss Bückeburg) był rezydencją książąt Schaumburg-Lippe. Chociaż rodzina książęca oddała władzę polityczną w 1918 roku, nadal tam mieszka.

Książę Georg zu Szamburg - Lieppe

Bückeburg 1912 r.

Przyjazd ekipy cesarskiej na polowanie

Bückeburg

Bückeburg 1902

 

Łowy w Schönbuch

 

Schönbuch - miejscowość i gmina w Niemczech, w kraju związkowym Badenia-Wirtembergia, w rejencji Stuttgart, w regionie Stuttgart, w powiecie Böblingen. Schönbuch to prawie całkowicie zalesiony teren na południowy zachód od Stuttgartu i część południowo-niemieckiego krajobrazu skarpy (niem. Südwestdeutsches Schichtstufenland). W 1972 r. Strefa centralna Schönbuch stała się pierwszym parkiem przyrody w Badenii-Wirtembergii .

Schönbuch - 1893  r. Pośrodku z mufką Cesarz Wilhelm II, a obok niego ze sztucerem król Witembergii jego imiennik Wilhelm II

Z powyższą fotografią a właściwie z polowaniem uwidocznionym na fotografii związana jest taka oto historia:

 

Można by pomyśleć, że dwa ubite jelenie są lepsze niż opuszczanie domu z pustymi rękami. Ale Cesarz Wilhelm II nie zgodził się: kiedy przybył do Schönbuch w listopadzie 1893 r. na polowanie i mógł upolować tylko dwa jelenie drugiego dnia polowań, nie był entuzjastyczny. Nie tylko, że nie przybył na przygotowany bankiet ale odjechał. Nie podobało mu się również to, że został sfotografowany z mizernym łupem myśliwskim. Władca Hohenzollernów nie był zadowolony z polowania w Schönbuch ze względu na małą liczbę strzelonej zwierzyny i organizację polowania.

 

"7 i 8 listopada 1893 roku będą pamiętnymi dniami w kronikach myśliwskich Schönbuch." Tymi słowami Oberförster Konrad Münst rozpoczyna swój raport na temat "Kaiserjagd" w Schönbuch. Ponieważ przez te dwa dni nie tylko król Witembergii Wilhelm II przybył do obszaru Entringen, aby polować w swoim lesie. Zaprosił także gości honorowych do Schönbuch. Przede wszystkim swego imiennika Wilhelma II, Cesarza niemieckiego i Króla Prus. Zaprosił także przyjaciela Cesarza, dyplomatę Philippa Friedricha Alexandra, księcia Eulenburga, pruskiego feldmarszałka Wilhelma Gustava Karla Bernharda von Hahnke, jego oberhofa i marszałka Ludwiga Traugotta Botho Grafa zu Eulenburga i Detleva Wilhelma Augusta Freiherra von Platona. Ten ostatni był w latach 1891 a 1904 r. głównym mistrzem myśliwskim Cesarza i jako taki miał bezpośredni kontakt z Konradem Münstem w przygotowaniach polowania w Schönbuch. 

 

Jak zakładał Oberförster Konrad Münst, dni łowieckie w listopadzie 1893 roku naprawdę przeszły do ​​historii - choć trochę inaczej, niż myślał wcześniej. Ogłoszenie, że Cesarz jest w Schönbuch zmusiło odpowiedzialnych do zmartwienia. Pomimo całej radości z wysokiej wizyty w Berlinie, sceptyczny był również fakt, czy będzie zadowolony z oczekiwanego wyniku polowania. "Każdy, kto słyszy o wielkich odległościach, jakie Imperator zwykle ma na swoim terenie łowieckim, i zna zasoby, którymi poluje, nie wydaje się, aby obawy te były bezpodstawne" - napisał Konrad Münst. Powinien mieć rację. Ponieważ tego dnia 7 listopada mężczyźni mogli przebyć tylko niewielką odległość. Przede wszystkim nie było łatwo polować w rejonie Schönbuch z faktu, że zwierzyna żyje na wolności a nie w zagrodzonym lesie.

 

Ale pogoda nie dopisała myśliwym. Konrad Münst pisze o "ostrym wschodnim wietrze, który w znacznym stopniu wpłynął na wynik polowania". W wyniku wiatru strzelcy nie usłyszeli zbliżającej się nagonki i jelenie całą chmarą ominęły ludzi. W sumie łowcy celebryci zdołali ubić tylko 14 z nich.

 

Sytuacja jeszcze się pogorszyła następnego dnia, kiedy poszli na polowanie w miejskim lesie Herrenberg, który nadal był częścią dzielnicy Hildrizhausen i doświadczyli jeszcze większej katastrofy. Cesarz strzelił jedynie dwa mizerne byki. I jak relacjonowali naoczni świadkowie, było to dalekie od "zwycięskiej życzliwości" Cesarza i "najlepszego wrażenia", które powinien był wziąć od Schönbucha.

 

Na przykład Hansjörg Dinkelaker, były dyrektor leśny Herrenberg, wie od swojego pradziadka, że ​​kajzer zareagował "najbardziej oburzająco" na umiarkowany wynik polowania w dwa dni w Schönbuch. Jako mistrz leśnictwa w Weil im Schönbuch pradziadek stanął razem z Cesarzem Wilhelmem II na stanowisku obydwaj czekali na napędzaną zwierzynę. Później, w 1907 r., wzniesiono tutaj "Kaiserstand" - kamienny pomnik z piaskowca. Hansjörg Dinkelaker wie z rodzinnych opowieści o "nędznej złej pogodzie", jaka panowała w dniu 8 listopada 1893 roku - a nawet więcej: "W Breitenholz przygotowano bankiet, ale Cesarz zostawił go” - powiedział pradziadek.

 

Drugą oznaką niezadowolenia Cesarza było zdjęcie wykonane przez stronę myśliwską. Wykonano więc drugie zdjęcie bez zwierząt. Dla tych dwóch zwierząt - tak w oczach Cesarza prawdopodobnie za małe fantazyjne ofiary - bezceremonialnie usunięto na bok.

Obraz myśliwych bez zwierząt zawieszono się w zamkowym muzeum w Bebenenhausen przypomina o dniu "pamiętnych dni w kronikach myśliwskich Schönbuch".

Schönbuch

 

Kolekcja kopii cesarskich trofeów na zamku Schönbuch

 

Cesarz u księcia Alberta I

 

Jednym z ważniejszych wątków polowań Wilhelma II są łowy w Pszczynie i Książu u Jana Henryka XI von Hochberg Pless a później u Jana Henryka XV von Hochberg.

 

Informacje i fotografie do tej części mojej publikacji, głównie zaczerpnąłem, ze stron internetowych Zamku Książ i Zamku w Pszynie oraz Fundacji Księżnej Daisy von Pless w Wałbrzychu, a w szczególności z tekstów Pana Mateusza Mykytyszyna, prezesa Fundacji Księżnej Daisy von Pless, który jest wielkim znawcą tematu.

 

Hochbergowie przez siedemset lat mieszkali na Śląsku. Już  w XIII wieku należeli do czołowych możnych rodów księstwa świdnicko-jaworskim. W XV wieku ród podzielił się na linie: szlachecką z Dobrocina  (niem. Güttmannsdorf  koło Dzierżoniowa), hrabiowską z Książa (Fürstenstein) koło Wałbrzycha i Roztoki (Rohnstock). Ich korzeni należy szukać w odległej przeszłości - na przełomie XIII i XIV wieku, a nawet wcześniej.

 

Wampir Hochbergów - legenda

 

Dokumenty opisujące sprawę wampira z Rybnicy Leśnej w powiecie wałbrzyskim przez ponad 200 lat spoczywały w archiwum Hochbergów w Zamku Książ. Według zachowanego świadectwa właściciel zamku, jak i okolicznych miast i wsi, hrabia Konrad Ernest Maksymilian von Hochberg w 1709 roku osobiście nadzorował przekłuwanie piersi upiora osikowym kołkiem.

Hrabia Konrad Ernest Maksymilian von Hochberg

Liczące kilkadziesiąt metrów półek z aktami pamiętającymi jeszcze czasy późnego średniowiecza, książańskie archiwum Hochbergów po zakończeniu II Wojny śŚwiatowej trafiło do Wrocławia. Dziś stanowi własność Archiwum Państwowego przy ul. Pomorskiej. Wśród setek tysięcy dokumentów dotyczących panowania rodu Hochbergów w najpiękniejszym dolnośląskich zamku (lata 1509- 1943) wiele dotyczy także czterech prywatnych miast (Wałbrzych, Boguszów, Świebodzice, Mieroszów, Szczawno-Zdrój) oraz 35 wsi, których byli właścicielami. Jedną z nich była mała górska wioska Reimswaldau, dziś znana jako Rybnica Leśna (gmina Mieroszów), popularny ośrodek sportów zimowych ze schroniskiem Andrzejówka. To właśnie w położonej w Górach Kamiennych Rybnicy w 1709 roku zaczął straszyć upiór, co potwierdzają zachowane do dziś dokumenty z hrabiowskiej kancelarii.


Według lokalnej ludności był nim niejaki Georg Eichner, który prowadził spokojne życie, ale jedynie do momentu w którym zmienił wyznani z katolickiego na protestanckie. Kiedy zmarł w 1709 roku, bardzo szybko zaczął wstawać z grobu, straszyć sąsiadów i okaleczać zwierzęta domowe. Dobrego imienia zmarłego męża próbowała bronić wdowa po Georgu Eichnerze, która długo zaprzeczała, że to on jest wampirem. Ostatecznie jednak przystała na ekshumację, która miała ujawnić jaki jest stan zachowania ciała rzekomego potwora. Przerażenia całą sprawa nie krył sołtys Rybnicy, który zwrócił się o zgodę na otwarcie grobu do właściciela wioski, hrabiego Konrada Ernesta Maksymiliana von Hochberga z Książa (1682-1752).


Dramatyczny list na ten temat dotarł do zamku 26 czerwca. Sąd Hochbergów (w tamtym czasie dzierżyli w swoich dobrach także władzę sądowniczą) przystał na prośbę sołtysa. W lipcu przybył zatem do Reimswaldau sam hrabia wraz z doświadczonym grabarzem-egzorcystą z Głuszycy, który komisyjnie dokonał otworzenia grobu Georga Eichnera. Kiedy uchylono wieko trumny, grabarz stwierdził zupełnie normalny stan zwłok, za wyjątkiem serca, wątroby, jelit i lewego kolana, które pozostawały świeże jak u żywych. Uznał, że w tych częściach ciała zamieszkało zło.


Przeniesienie ciała Georga Eichnera na odległy, stary cmentarz poza wsią niewiele pomogło. Spokój trwał jedynie dwa tygodnie, po których wampir powrócił do dręczenia mieszkańców Rybnicy. Pod postacią czarnego psa, a czasami wielkiej wiewiórki napadał i molestował seksualnie kobiety. Wiele takich przypadków zostało opisanych w długim liście, który mieszkańcy skierowali do proboszcza w Boguszowie z prośbą o ponowną interwencję u hrabiego. Konrad Ernest Maksymilian von Hochberg (to od jego trzeciego imienia pochodzi nazwa słynnej Sali Maksymiliana w Zamku Książ) zdecydował o wysłaniu na miejsce ośmiu strażników, którzy dzień i noc mieli pilnować domu i grobu Eichnera. Hrabiowscy strażnicy zeznawali potem, że z domu Georga dochodziły upiorne dźwięki, a nad ich głowami przelatywał wielokrotnie przerażający, czarny ptak.


Hrabiowski sąd, proboszcz z Boguszowa i Generalny Wikariat z Wrocławia postanowili sięgnąć po bardziej radykalne środki w rozwiązaniu problemu. We wrześniu ponownie wykopano trumnę i wyniesiono ją przez dziurę w cmentarnym murze. Wampirowi odcięto głowę, serce przekłuto osikowym kołkiem, a całe zwłoki spalono razem z trumną. Wyłom w murze został zamurowany, a do pustego grobu Eichnera wrzucono kamienie. Makabrycznej operacji przyglądał się osobiście hrabia Ernest Maksymilian von Hochberg, dla którego z Książa przywieziono w tym celu złocone krzesło i ciepłe pledy. Zastosowane tym razem bardziej radykalne środki okazały się skuteczne.


Na drugi dzień wzniesiony na cmentarzu mur runął, jednak miejscowi uznali, ze był to już ostatni pokaz złowrogiej mocy wampira, który przestał w końcu straszyć mieszkańców Rybnicy. Do dziś istnieje za to cmentarz okalający pochodzący z 1608 roku, urokliwy drewniany kościółek.

 "Zamierzchłe początki związane są głównie z Dolnym Śląskiem" - mówi dr Arkadiusz Kuzio-Podrucki, historyk zajmujący się badaniem dziejów śląskiej arystokracji. "Majątki Książ i Roztoka były w rękach rodziny prawie przez 400 lat. Co ciekawe i ważne - występowały trzy obowiązujące i równoprawne wersje nazwiska: Hoberg, Hohberg i Hochberg - związane z jej głównymi liniami".


Trzecia linia rodu - najliczniejsza i najbardziej rozrośnięta - jest nam najbliższa. To właśnie Hochbergowie z Pszczyny, ale przede wszystkim z Książa i Roztoki. Za jej założyciela można uznać Konrada I - prawnuka owego Konrada, który walczył pod Grunwaldem. Właśnie po pradziadku dostał to piękne i dźwięczne imię. Konrad I został właścicielem dóbr Roztoka, a w 1509 roku otrzymał w zastaw zamek Książ. Jednak dobra książańskie dopiero bez mała 100 lat później zostały na dobre przy rodzinie - w 1605 roku otrzymał je na własność Konrad III.

Pałac w Roztoce

Jego bratanek, Hans Henryk I, otrzymał dziedziczne tytuły: w 1650 r. czeskiego barona, a w 1666 r. czeskiego hrabiego. „To pierwsza najważniejsza postać z tej linii rodu” - mówi Arkadiusz Kuzio-Podrucki.  „Na tyle rozbudował majątek wokół Książa i Roztoki, że jego imię stało się dynastycznym i w każdym pokoleniu jest odtąd Hans Henryk oznaczony kolejnym numerem.” Współcześnie jest już np. Hans Henryk XXII urodzony w 1992 roku, potomek linii z Książa.


Syn Hansa Henryka I - Hans Henryk II - w 1683 roku został dziedzicznym hrabią cesarstwa, zaś jego wnukowie - Hans Henryk III i Konrad Ernest Maksymilian - dożyli czasów wojen śląskich (1740-1745). Jako luteranie przeszli na stronę pruskich Hohenzollernów. Hans Henryk III otrzymał od nowego suwerena, Króla Prus, najwyższe odznaczenie - został kawalerem  pruskiego Orderu Orła Czarnego.


Znów musiało upłynąć sporo lat, aby rodzina wspięła się na nowy, wyższy poziom w hierarchii społecznej, w czym zawsze pomagały przemyślane związki małżeńskie. Bo dla każdego rodu ważne są nie tylko zasługi na polach bitewnych i odznaczenia za męstwo. Istotne są także towarzyskie koligacje, a nade wszystko prestiżowe małżeństwa, dzięki którym wielkie pieniądze, majątki ziemskie, szlacheckie tytuły i koneksje łączą się z innymi tego typu dobrami, zwłaszcza liczącymi się na forum europejskim.


Za pierwszy najlepszy mariaż w tej linii Hochbergów uznawane jest małżeństwo prawnuka Hansa Henryka III, hrabiego Henryka VI, który ożenił się z księżniczką Anną Emilią von Anhalt-Köthen-Pless. To dzięki niej odziedziczył Księstwo Pszczyńskie. Było to w I połowie XIX wieku, w ciężkich czasach rewolucji francuskiej, wojen napoleońskich, a potem Wiosny Ludów, które poważnie nadszarpnęły wielkość rodowej fortuny.

Księstwo Pszczyńskie

"Majątek hrabiego wyceniono wówczas na ponad 430 tys. talarów. Jego długi sięgały sumy prawie 0,5 mln talarów. Praktycznie oznaczało to bankructwo. Aby ratować sytuację, część dóbr sprzedano (...). Ostatnie lata życia hrabia Hans Henryk VI spędził bez faktycznego wpływu na majątek. W 1831 r. dobra przejął syn Hans Henryk X. Hrabia Hans Henryk VI zmarł w r. 1833". ("Katowickie dziedzictwo", Arkadiusz Kuzio-Podrucki, Barbara Szmatloch, Katowice 2014).


Uważny czytelnik z pewnością zauważy pozorny brak konsekwencji w numerowaniu kolejnych Hansów Henryków w rodzinie Hochbergów. Dlaczego potomek Hansa Henryka VI jest Hansem Henrykiem X? To tylko pozorny defekt, bo wcześniejsi Hansowie Henrykowie po prostu zmarli - w niemowlęctwie lub w dzieciństwie. Pisze o tym Jerzy Polak w swojej monografii "Poczet panów i książąt pszczyńskich. Od Fryderyka Erdmanna Anhalta do Jana Henryka XV Hochberga" część II, Pszczyna 2007.

Hans Heinrich X (Jan Henryk) hrabia Hochberg - portret z 1846 r.

Jan Henryk (Hans Heinrich) X hrabia Hochberg (Reichs-graf von Hochberg) otrzymał rodowe imię, stosowane od XVII wieku, przy czym towarzysząca mu numeracja oznaczała kolejność urodzeń synów o tym samym imieniu w rodzie. (...) Był czwartym dzieckiem Jana Henryka VI (1768-1833) i Anny Emilii księżniczki von Anhalt-Köthen-Pless (1770-1830), którzy pobrali się 20 maja 1791 r. Małżeństwo to, jak już wspomniano, zadecydowało o późniejszych losach rodu. Jan Henryk X był wielką nadzieją swoich rodziców i jedynym męskim spadkobiercą swojego ojca, ponieważ dwaj starsi bracia zmarli zaraz po urodzeniu (Jan Henryk VIII urodził się w sylwestra 1795 r. i zmarł w Nowy Rok, Jan Henryk IX w 1802 r.). Miał prócz nich jeszcze dwie siostry: starszą Luizę (1804-1851) i młodszą Charlottę, która była jego bliźniaczką (1806-1882)". Od Hansa Henryka X zaczynają się nowe dzieje rodziny Hochbergów, podobnie jak Księstwa Pszczyńskiego. Hochbergowie należeli wówczas do najpotężniejszych i najstarszych rodów niemieckich. W ich żyłach płynęła krew Piastów śląskich, co było rodzinnym powodem do dumy. Było rodzinną tradycją, by w każdym pokoleniu jeden z synów nosił imię Bolko. Czuli się Niemcami. Można powiedzieć Gente Polonus Natione Germanus.


"W momencie przejmowania Księstwa Pszczyńskiego rodzina ta należała do grupy bogatej, chociaż niezbyt wysoko utytułowanej arystokracji śląskiej, bardzo lojalnej wobec dynastii Hohenzollernów. Teraz rozpoczynała nowy etap swojej historii związany z ogromnym wywyższeniem rodu, kiedy jego przedstawiciele mieli stanąć blisko tronu Królów Prus i Cesarzy niemieckich. Podwaliny tej kariery położył Jan Henryk X hrabia von Hochberg" - pisze Jerzy Polak w "Poczcie panów i książąt pszczyńskich".


Dziedziczny tytuł księcia Pszczyny otrzymał w 1848 r., choć stosowny dokument został wydany dopiero w 1850 r. Cztery lata później Król powołał go do Izby Panów - wyższej izby pruskiego parlamentu. Na inauguracyjnym posiedzeniu Izby Hans Henryk X został jej pierwszym przewodniczącym. "Nie były to ostatnie zaszczyty, jakie spotkały jego rodzinę" - mówi dr Kuzio-Podrucki.  Drugim księciem Pszczyny został Hans Henryk XI. W 1881 r. Cesarz Wilhelm I nadał prawo używania tytułu książęcego "Prinz" tylko pierworodnemu synowi księcia Pszczyny. Pozostali Hochbergowie - z Książa i Roztoki - nadal pozostawali hrabiami. W 1905 roku Cesarz Wilhelm II nadał Hansowi Henrykowi XI - ale tylko dożywotnio - najwyższy tytuł książęcy: "Herzog von Pless".

Hans Henryk XI von Hochberg - Pless

Herzog von Pless, Hans Henryk XI

Za czasów kolejnych Hansów Henryków - od XI do XV - ich majątek urósł do niebotycznych rozmiarów, stając się czwartym największym w cesarstwie niemieckim, a zapewne i w całej Europie. Przed fortuną Hochbergów były tylko te należące do Kruppów, Donnersmarcków ze Świerklańca i księcia Hohenlohe-Oehringen ze Sławięcic. Najważniejszymi częściami tej fortuny były m.in. kopalnia w Murckach, browar w Tychach, kopalnie w rejonie Wałbrzycha i olbrzymie majątki ziemskie. 100 lat temu majątek księcia Hansa Henryka XV szacowano na 95 milionów cesarskich marek. Rocznie przynosił ponad 1 milion marek zysku. Na całym Śląsku bogatszy był tylko książę Guido von Donnersmarck.

 

Ród Hochbergów jest notowany w śląskich dokumentach od 1290 r. Nazwisko przedstawicieli różnych linii rodu pojawia się w trzech wersjach: Hoberg, Hohberg i Hochberg. 15 października 1850 r. Hans Henryk X, hrabia von Hochberg i baron na Książu, otrzymał pruski tytuł książęcy "Fürst von Pless", czyli "Książę Pszczyński", co uprawniało go do używania zwrotu: "Jaśnie Wielmożny Książę". 10 grudnia 1855 roku w Charlottenburgu wydano dyplom określający książęcy herb.

Hans Henryk XI Fürst von Pless

Jan Henryk XI Hochberg przyszedł na świat 10 września 1833 r. w Berlinie. Był synem Jana Henryka X Hochberga i Idy von Stechow. Jako nastolatek zaczął karierę w armii pruskiej, gdzie zaprzyjaźnił się z następcą tronu, Fryderykiem Wilhelmem. Szybko jednak przyszło mu rozstać się z wojskiem, gdyż po śmierci ojca – w 1855 r. – musiał zająć się zarządzaniem rodzinnymi dobrami.

 

Maria von Kleist (1828 - 1883) pierwsza żona Henryka XI

Dzieci: Hans Heinrich XV – (1861-1938), Ida Luise – (1863-1938), Konrad Eduard – (1867-1934), Friedrich Maximilian – (1868-1921).

 

Księżna Maria von Pless, hrabina von Hochberg i baronowa na Książu (1828-1883), z domu hrabianka von Kleist pierwsza żona Hansa Heinricha XI, matka Hansa Heinricha XV i teściowa Daisy, której nigdy nie miała okazji poznać. Zmarła 8 lat przed ślubem swojego najstarszego syna i jako pierwsza przedstawicielka rodziny Hochbergów spoczęła w Mauzoleum na Topolowej Górce w Książu.

 

W 1857 r. ożenił się z córką hrabiego Edwarda von Kleist, Marią. Wraz z nią wyruszył w podróż po Europie oraz do krajów Orientu, gdzie książę m.in. polował na słonie i skąd przywiózł do Pszczyny czarnoskórego niewolnika Suelima. Po latach udał się nawet na łowy do Indii. Jak wielu jego przodków był rycerzem Zakonu Joannitów, którym ufundował szpital w Pszczynie. Po przejęciu władzy na ziemi pszczyńskiej starał się modernizować i rozwijać górnictwo węgla kamiennego, które przynosiło mu spore dochody. Inwestował też w hutnictwo (które potem, w latach 70. i 80. mocno podupadnie w związku z kryzysem gospodarczym) oraz trasy kolejowe. Podobnie czynił w Książu i okolicach, sprowadzając licznych fachowców z Niemiec. Swoim górnikom zaczął zapewniać opiekę zdrowotną, a np. w Murckach powstała kolonia domów dla pracowników. Najważniejszymi gałęziami były jednak wciąż leśnictwo i rolnictwo. To ostatnie książę również modernizował, wzorując się na trendach zachodnich (nawozy sztuczne, mechanizacja). Rozbudował też tyski browar (pod koniec XIX będzie największy na Śląsku), założył fabrykę celulozy w Czułowie oraz postawił na powiększanie powierzchni swych ziem dokupując do nich kolejne wioski i miejscowości (chociażby Górne Bojszowy). Za jego czasów ostatecznie zlikwidowana została pańszczyzna.

Pszczyna była główną siedzibą rodową Hochbergów za panowania drugiego księcia z rodu Hochbergów, noszącego ten tytuł czyli Jana Henryka XI. Dziś mieści się tu wspaniałe Muzeum Zamkowe w Pszczynie.

Książęce przyjęcie w Pszczynie. Fot. Luis Hardouin

Pod koniec XIX stulecia jeden z najbogatszych ludzi Europy, rezydujący głównie na zamku w Pszczynie Jan Henryk XI, książę von Pless, hrabia von Hochberg i baron na Książu postanowił zabezpieczyć swoich synów. Każdemu z nich zapisał lub zakupił imponujący zamek. Wszystkie leżą dziś w Polsce, ale ich przeznaczenie jest dziś zgoła inne niż niegdysiejszy los wielkopańskich rezydencji.

Zamek Książ - najważniejsza i największa siedziba rodowa pozostawałą w rękach Hochbergów w latach 1509-1943. Za życia ksiecia Jana Henryka XI był siedzibą jego syna i dziedzica księcia Jana Henryka XV i jego angielskiej żony Daisy. Po śmierci starego księcia w 1907 roku, jego następca zdecydował, że będzie to jego permanenta rezydencja. Szerzej o tym piszemy w innym miejscu, na razie skupiając się na młodszych potomkach Jana Henryka XI.

 

Hrabia Konrad Eduard von Hochberg, drugi w kolejności syn ksiecia Jana Henryka XI w 1893 roku otrzymał od ojca zamek w Dąbrowie (niem. Dambrau) obok Niemodlina.

Zamek w Dąbrowie

Zamek w Dąbrowie stanowi przykład jednej z nielicznych na Opolszczyźnie rezydencji w stylu renesansowym z dekoracyjnymi elementami obronnymi.

Fundatorem wybudowanego w latach 1615-1617 zamku w Dąbrowie był Joachim von Tschetschau-Mettich, przedstawiciel starego śląskiego rodu wywodzącego się z Czech. Po 125 latach, późnorenesansowy, trójskrzydłowy zamek stał się własnością Franciszka Jana Larischa, który administrował zamkiem od 1740 do 1769 roku. W 1788 r. rodzina Ziegler-Klipphausen przejęła budowlę i założyła w 1805 r. park z oranżeriami, bażanciarnią oraz stawami hodowlanymi. W 1878 r. zamek został sprzedany księciu Alfredowi von Hatzfeld-Wildenburg - właścicielowi rezydencji Schoenstein w Nadrenii. Od 1893 r. zamek pozostawał w rękach rodu Hochbergów, książąt pszczyńskich. To oni, w latach 1894-1897 dokonali gruntownej przebudowy, nadając zamkowi dzisiejszy kształt architektoniczny. Wówczas, po pd. stronie wzniesiono zabudowania folwarczne. W 1920 r. Anna von Hochberg zawarła związek małżeński z dziedzicem Ciepielowic, doktorem praw Hermannem zu Solms-Baruth, który był ostatnim właścicielem dąbrowskiej rezydencji. Po dojściu Adolfa Hitlera do władzy rodzina Baruth otrzymała nakaz eksmisji z Dąbrowy. Przez kilka lat obiekt był niezamieszkały, dopiero przed wybuchem II wojny światowej NSDAP urządziła w nim szkołę dla nauczycielek. W czasie wojny w zamku mieścił się punkt reperacji mundurów niemieckiej armii. W 1945 r. mieścił się w nim sztab wojskowy I Frontu Ukraińskiego oraz lazaret. Po wojnie, latach 1948-1975 obiektem dysponował Wojskowy Ośrodek Szkolenia Rolniczego. Wtedy rozpoczęto remont zamku. Po przejęciu budynku przez Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Opolu zorganizowano w nim sale wykładowe, czytelnię oraz pokoje noclegowe. Obecny właściciel - Uniwersytet Opolski planuje stworzyć w zamku Centrum Biznesowe.

Zamek położony jest w pd.-wsch. części Dąbrowy i w pd.-zach. części parku. Na południe od zamku znajduje się podwórze folwarczne.Dwukondygnacyjny, murowany z cegły i otynkowany zamek jest obiektem czteroskrzydłowym z prostokątnym dziedzińcem otoczonym krużgankami. Nakryty został dachem dwuspadowym z lukarnami, facjatami i XIX-wiecznymi szczytami. Pięciokondygnacyjna wieża bramna, usytuowana pośrodku skrzydła pd. zwieńczona została baniastym hełmem z latarnią.

Zewnętrzne elewacje pn. i zach. są siedmioosiowe, wsch. sześcioosiowa, a pd. jedenastoosiowa. Rytm otworów okiennych od strony dziedzińca jest nieregularny. Na ścianach widoczne są pozostałości sgraffitowej dekoracji z motywami roślinnymi z 1. poł. XVII wieku. Znajdujące się od strony dziedzińca: portal główny, szczyty i facjaty są neorenesansowe i pochodzą z kon. XIX wieku. W narożniku zach., na dziedzińcu znajduje się wieloboczna wieżyczka, w której umieszczona została klatka schodowa. W narożniku pn.-wsch. wybudowano drewnianą loggię.

W przyziemiu pd. skrzydła układ wnętrz jest dwutraktowy, z sienią przejazdową pod wieżą. Sień nakryta sklepieniem kolebkowo-żebrowym. Skrzydła wsch. i pn. są jednotraktowe, zach. jednotraktowe z korytarzem od dziedzińca. Większość pomieszczeń przykrywają sklepienia kolebkowe, kolebkowe z lunetami bądź kolebkowo-krzyżowe, ozdobione późnorenesansową dekoracją stiukową. Pierwotne wyposażenie zamku nie zachowało się.

28 grudnia 1892 r. 59 letni książę Hans Heinrich XI (1833–1907) kupił od książąt von Hatzfeld dominium Dąbrowa koło Opola na Górnym Śląsku. W skład tych posiadłości wchodził m.in. zespół pałacowy w Dąbrowie i folwark w pobliskich Sokolnikach. Właścicielem tych dóbr został, pozbawiony szans na objęcie majątków w Pszczynie i Książu, Conrad Eduard hrabia Rzeszy von Hochberg. Hrabia Konrad, zwany pieszczotliwie Conny, urodził się 21 marca 1867 r. jako trzecie dziecko księcia Hansa Heinricha XI i Marie baronówny von Kleist (1828–1883). Hrabia po uzyskaniu starannego wykształcenia, zrobił karierę w wojsku. Często podróżował i częściej niż w Dąbrowie bawił za granicą. Mimo to majątek kwitł, a o dobry interes właściciela dbał rządca Oskar Scholz.

27 letni Konrad w 1894 r. wyłożył bajońskie sumy na gruntowną rozbudowę i przebudowę rezydencji w Dąbrowie w stylu neorenesansowym. Prace trwały trzy lata (1894–1897) i jeszcze dziś, jeśli dobrze się wytęży wzrok, można dostrzec inicjały fundatora i datownik znajdujące się na kominie w północno-wschodnim skrzydle. Przebudowano również skrzydło północne, od południowego-wschodu dodano ryzalit z okrągłą basztą, a skrzydło zachodnie przedłużono o narożnik północno-zachodni z okrągłą wieżą. Nowi gospodarze zażyczyli sobie również przedłużyć o narożnik skrzydło zachodnie, a do skrzydła północno-zachodniego dodano owalną wieżę nakrytą ośmiobocznym hełmem o cebulastych formach. Pałac upiększyły jeszcze neorenesansowe szczyty, facjaty i stylowe skręcone kominy. Oryginalności obiektowi dodał umieszczony w elewacji północnej portyk z tarasem. Po stronie południowej, gdzie znajdowała się niegdyś droga do majątku stanęły zabudowania folwarczne wybudowane na planie zbliżonym do podkowy. Pałac otoczył mur z bramą wjazdową od południowego-zachodu, od południa oficyna i zabudowania gospodarcze, a od północnego-wschodu park założony w XVII w., przekształcony na krajobrazowy w XIX w. z zaakcentowaną wschodnią osią widokową. Taki obraz rezydencji Hochbergów do dziś pozostał w zasadzie nie zmieniony.


Na dziedzińcu wyłożonym żwirem, stał postument, a na nim kamienny wazon, w którym sadzono kwiaty. Z dziedzińca prowadziły trzy wejścia. Na parterze skrzydła zachodniego i wschodniego znajdowały się pomieszczenia gospodarcze, w których mieszkała służba. Na parterze, na wschód od korytarza przy wejściu głównym znajdowała się również reprezentacyjna komnata z oryginalnym kominkiem. Na pierwszym piętrze, o którego prowadzą dwubiegunowe, drewniane schody, znajdowały się sale reprezentacyjne gospodarzy. Jedną z nich jest komnata usytuowana w narożniku północno-wschodnim. Pomieszczenie kryte było sufitem kasetonowym, we wnętrzu którego umieszczono plafon wykonany na płótnie farbami olejnymi. Przedstawia on postać muzy tragedii Melpomeny, która prawą ręką podtrzymuje grubą księgę, a lewą opierając się na tragicznej masce starca, ujmuje lirę. U jej boków unoszą się dwa putta trzymające tablicę z inskrypcją „Numine Afflatur”, co oznacza „Boskim natchnieniem owiana”. W komnacie znajduje się również kominek udekorowany herbem Hochbergów, którzy byli wówczas trzecim najbogatszym rodem na Śląsku (posiadali m.in. pałace w Pszczynie, Promnicach oraz pałac w Książu). Wyprzedzali ich tylko cesarki ród Hohenzollernów i książęta Hohenlohe ze Sławięcic.

 

Sympatie Konrada, który dużo podróżował, zaczęły grawitować w stronę Anglii i jej zwyczajów. Gdy, w 1907 r., zmarł mu ojciec, chętnie odstąpił jego wdowie, a swojej macosze, Matyldzie z domu Dohna-Schlobitten, dominium w Dąbrowie, by przenieść się do nabytej w tym samym roku posiadłości w Anglii.


Była nią Croydon Estate, z obszernym domem wiktoriańskim Croydon Hall, w Minehead, w hrabstwie Somerset. Prostą, nieciekawą architekturę tego domu urozmaicił, dodając wykuszowe okna od strony ogrodowej i półkolisty portyk przed głównym wejściem. Na otaczających go gruntach założył warzywniak i piękny włoski ogród z posągami i ozdobami wodnymi, takimi jak małe stawy z liliami i kanały wyłożone niebieskimi mozaikami. Dużym nakładem zmodernizował całą rezydencję, doprowadzając do niej elektryczność z oddzielnej prądnicy i nowoczesną kanalizację. Stojący obok budynek, w którym przez siedem lat urządzał zabawy dla służby, zamierzał przekształcić na prywatną kaplicę.

Posiadłość Croydon Estate

Z lokalnymi mieszkańcami nie zdążył się głęboko zaprzyjaźnić, ale był wobec nich uprzejmy, często przystając po drodze, by kurtuazyjnie zamienić parę słów. Uznawany był przez nich za niegroźnego i sympatycznego ekscentryka.

Ogród włoski

Hrabiemu Konradowi von Hochberg nie było jednak dane cieszyć się długo eleganckim i sielankowym stylem życia, jaki sobie stworzył na angielskiej prowincji. Latem 1914 r. wiedział już, że wojna z Niemcami jest nieunikniona.  Jako obywatel wrogiego kraju, musiał opuścić Wielką Brytanię, by uniknąć wstydliwej deportacji. 3 sierpnia 1914 r. opuścił Anglię, nie wiedząc że straci cały tutejszy majątek i już nigdy do niej nie wróci.


W świetle nagłego zniknięcia niemieckiego hrabiego, miejscowa ludność zaczęła kwestionować powody jego pobytu w Minehead i „przypominać“ sobie różne dziwne sytuacje, które wytłumaczyć mógł tylko jeden fakt – że był on szpiegiem i sympatykiem ruchu, dla którego ukuto później nazwę „Piątej Kolumny”!


Zwrócono uwagę, że przebudowany przez niego dom, który miał spełniać funkcję dworku myśliwskiego nigdy nie gościł polowań i natychmiast zauważono jego strategiczną pozycję na wysokim, trudno dostępnym wzgórzu nad Kanałem Brystolskim. Wszystkie okna tego budynku wychodziły na morze, więc każdy przepływający statek lub przelatujący samolot był z nich widziany. W otaczającym go ogrodzie był olbrzymi dół, wykopany niby na szambo, ale tak głęboki, że pomieściłby zwłoki całej populacji okolic. Z wydobytej ziemi postawiono wokół „dziwne pagórki“, które obsadzone zostały krzewami. Posiadłość była pilnowana dniem i nocą przez strażników z groźnymi psami, a większość służby przywieziono z Niemiec. Jakież to tajemnice miał kryć ten dom, że dla wyciszenia,  przestrzeń pomiędzy kondygnacjami wypełniona została pokładami wodorostów?


W dodatku, zauważono kiedyś, że z sąsiedniego budynku, również zamieszkałego przez ludzi o niemieckim nazwisku, wysyłane były świetlne sygnały i całą noc kursowały między nim a miasteczkiem tajemnicze samochody.


Niebawem wszystko się wyjaśniło. Sygnały świetlne okazały się kołyszącymi na wietrze latarniami, wystawionymi dla odstraszenia lisów skradających się do młodych jagniąt. Kursujące nocą samochody przewoziły lekarzy do chorych pacjentów, a policję wezwał sąsiad, kiedy zauważył że obcy mu mężczyźni wyprowadzają ze stajni konie hrabiego. Wkrótce i oni zostali uniewinnieni, po przedstawieniu listu od hrabiego von Hochberga, pozwalającego im zarekwirować konie na poczet niezapłaconych uposażeń.


Będąc w Berlinie, Conny skontaktował się szybko ze swoją szwagierką Daisy, już wtedy wyszkoloną sanitariuszką, i zaczął uczestniczyć z jej koleżankami w lekcjach pierwszej pomocy.


Hrabia Konrad był jedynym mężczyzną na kursie pielęgniarskim prowadzonym w sierpniu 1914 r. w Bethanien Krankenhaus. O jego późniejszej, jeśli miała miejsce, służbie sanitarnej nic jednak nie wiadomo.


W czasie wojny mieszkał w Szwajcarii, dokąd zaprosił księżną Daisy w 1916 r. Zmarł 12 sierpnia 1934 r. w Berlinie. Pogrzeb odbył się, podobno, w rytuale kościoła anglikańskiego, z angielskimi tylko hymnami religijnymi i kazaniem wygłoszonym w tymże języku. (źródło: https://daisypless.wordpress.com ).

Mathilda Urszula zu Dohna-Schlobitten

W 1908 r. pałac w Dąbrowie posiadała już księżna pszczyńska Mathilda Urszula zu Dohna-Schlobitten (1861–1943), wdowa po zmarłym 14 sierpnia 1907 r. w Albrechtsbergu koło Drezna księciu Hansie Heinrichu XI. W 1921 r. właścicielem dominium Dąbrowa był doktor praw Hermann hrabia zu Solms-Baruth. Nowy gospodarz od 29 marca 1913 r. był mężem 25-letniej Anny hrabiny von Hochberg – córki (z drugiego małżeństwa) księcia pszczyńskiego Hansa Heinricha XI i młodszej o 28 lat księżnej Mathildy Urszuli. Hrabia Hermann wraz z rodziną zamieszkał w rezydencji w pobliskich Ciepielowicach, jednak zarząd dóbr dominium nadal znajdował się w Dąbrowie.


Hrabia Baruth dużo podróżował. Był też posłem do Reichstagu oraz w Republice Weimarskiej i czynnym działaczem partii Centrum. Aktywnie angażował się w walkę polityczną przeciw uzyskującej coraz większe wpływy NSDAP. Gdy w 1933 r. kanclerzem Rzeszy został Adolf Hitler, Baruth musiał uciekać przed faszystowskimi władzami i schronił się w Anglii. Przez jakiś czas Dąbrowa była w rękach członków rodu. O losach jego żony piszemy trochę dalej. Ze skąpych informacji wiemy, że 24 maja 1934 r. w Dąbrowie zmarł brat Anny – hrabia Wilhelm Bolko Emanuel, syn księcia Hansa Heinricha XV (1861–1938) i jego drugiej żony Clothilde de Silva y Gonzáles de Candamo (1898–1978).


W 1937 r. obszar dominium wynosił 3270 ha. Istniał już młyn i cegielnia. W latach 1930–1936 rozbudowano miejscowość Sokolniki, osiedlając tam nowych mieszkańców. Najprawdopodobniej pod koniec lat 30. XX w. nastąpiło przejęcie dominium w Dąbrowie przez państwo niemieckie, a losy całej rodziny antynazistowskich Hochbergów przybrały dramatyczny obrót. W 1939 r. wszystkie lasy i liczne folwarki Hochbergów (299 966 ha) przejął za długi Górnośląski Urząd Ziemski. Zadłużenie całego majątku wynosiło ponad 60 mln złotych. Członkowie książęcego rodu rozproszyli się po świecie, a na odzyskanie dóbr nie mają żadnych szans. Na pocieszenie został im jedynie książęcy tytuł. W 2003 r. ostatnim z rodu księciem von Pless był mieszkający w Monachium wnuk Daisy Bolko von Hochberg, honorowy prezes Towarzystwa Miłośników Zamku Książ-Fürstenstein.


We wrześniu 1939 r. w pałacu w Dąbrowie zorganizowano punkt etapowy dla żołnierzy niemieckich z XIV korpusu 10 armii generała W. von Reichenau, która od południowego zachodu uderzyła na Polskę. W czasie II Wojny Światowej w rezydencji urządzono szkołę dla nauczycielek oraz punkt reperacji i szycia mundurów wojskowych. Podobno, w przepięknych salonach z gustem urządzonych przez bogatych Hochbergów, bawili się również przyjeżdżający na urlopy niemieccy oficerowie. W budynkach gospodarczych pracowali robotnicy przymusowi oraz jugosłowiańscy i radzieccy jeńcy wojenni. Podobno w wieży znajdującej się przy pawilonie od strony wschodniej, Niemcy urządzili karcer. Była tam też szubienica, na której wieszano ujętych w czasie ucieczki jeńców radzieckich. Na przełomie 1944/1945 pałac zamienił się w punkt sanitarny. Prawdopodobnie stacjonowały tu również oddziały niemieckiej Grupy Armii „Mitte”. Przygotowując się do starcia z nadciągającym frontem, pięknie zadbane tereny otaczające obiekt, oddziały Volkstrummu i najęci robotnicy przymusowi zamienili w pasmo rowów obronnych i zasieków. W czasie walk obiekt ucierpiał – uszkodzony został dach i mury, a wiele sprzętów rozbito, w tym m.in. kamienny wazon na dziedzińcu.


W marcu 1945 r., po zajęciu miejscowości przez wojska radzieckie, w pałacu zlokalizowano sztab wojskowy I Frontu Ukraińskiego, a część pomieszczeń przeznaczono na szpital frontowy. Rozgrabiono i rozszabrowano to, co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Po wycofaniu się Armii Czerwonej w 1946 r. w pałacu zainstalował się oddział PUR, a w dawnych arystokratycznych salonach koczowali repatrianci ze Wschodu. Po likwidacji PUR-u pałac nie miał gospodarza i był łatwym celem dla szabrowników i poszukiwaczy skarbów. Zrabowano m.in. żyrandole, mosiężne klamki, bibeloty, świeczniki. Z okien wyjęto też cenne wówczas szyby. Piękna rezydencja Hochbergów zamieniała się w ruinę. W 1948 r. w utworzono w niej Państwowy Ośrodek Maszynowy (POM). Piękne komnaty zamieniono na magazyny. Czego nie zniszczono w czasie zawieruchy wojennej dopełnił komunizm. W 1958 r. pałac oddano do dyspozycji Wojewódzkiego Ośrodka Szkolenia Rolniczego. W latach 60. ubiegłego stulecia w dawnych pomieszczeniach folwarcznych powstało Przedsiębiorstwo Sprzętowo-Transportowe mające swoją główną siedzibę w Opolu. W latach 80. XX w. w dawnej części folwarcznej utworzono zakłady remontowe Wojewódzkiej Komendy Policji, a od 1995 r. teren ten pełnił funkcję bazy materiałowo-technicznej Wojewódzkiej Komendy Policji.


W 1975 r. pałac wraz z parkiem przejęła Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Opolu, która w 1995 r. otrzymała status uniwersytetu. Początkowo zapał uczelni do uratowania zabytku był ogromny. Ówczesne Ministerstwo Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki wyłożyło na niezbędne remonty obiektu 1,5 miliona starych zł. Wyremontowano przeciekający dach, zainstalowano rynny spustowe, wypełniono ubytki w elewacji i przystąpiono do prac mających na celu adaptację pomieszczeń na sale wykładowe, czytelnie i pokoje noclegowe. Z wielkich planów opolskiej uczelni nic nie wyszło, a dawna rezydencja Mettichów i Hochbergów popada w ruinę.

Warto dodać, że w pobliżu bramy wjazdowej, przy drodze, znajduje się barokowa, pełnoplastyczna rzeźba św. Jana Nepomucena, wykonana w drewnie polichromowanym. Ufundował ją około 1720 r. ówczesny właściciel majątku hrabia Ferdynand Maksymilian von Tschetschau-Mettich. Jak głosi legenda, rzeźbę świętego postawiono jako votum dziękczynne za ocalenie mieszkańców w czasie epidemii cholery, która zdziesiątkowała ludność pobliskich wsi zamieszkałych w dużej mierze przez ludność polską. Podobno, dziwnym zbiegiem okoliczności, zaraza nie dotknęła żadnego z mieszkańców Dąbrowy. Figura świętego nakryta jest czterospadowym dachem wspartym na czterech słupach. Wysmukła postać świętego (pozbawiona rąk i bez atrybutów) odziana jest w czarną sutannę, białą komżę obramioną u dołu szerokim pasem koronki oraz brązową pelerynę związaną pod szyją, z kunsztownie wykonanymi frędzelkami i kapturem. Na głowie wysoki biret. Głowa świętego wyraźnie zwrócona jest w prawo, w kierunku wsi. W 1980 r. figura została pomalowana farbą olejną w przypadkowo, źle dobranych kolorach.

Hrabia Friedrich Maximilian von Hochberg, trzeci syn księcia Jana Henryka XI i ukochany szwagier księżnej Daisy otrzymał od ojca w 1902 roku zamek w Iłowej (niem. Halbau), dziś w powiecie żagańskim w województwie lubuskim. Obecnie w budynku mieści się Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych.


Iłowa /niem. Halbau/ - Osada, z której rozwinęła się miejscowość korzeniami sięga X wieku. Wg Lelewela w 1000 roku pod Iłową Bolesław Chrobry spotyka się z Ottonem III i odprowadza go do Gniezna. Miasto leżące obecnie w powiecie żagańskim, od 1356 roku należało do Kotwiczów- von Kottwitz, w 1480 roku wymieniany jest ród von Fily(z Rościc), w 1512/15 roku von Schönberg (z Rościc), w 1522 roku von Cöckeritz (Kökeritz z Rościc), w latach 1530-51 w rękach von Göllnitz (z Rościc), w 1555 roku von Oppel (z Żakowa), od 1562 roku do von Schellendorf. W latach 1678-81 należała Iłowa do pani Helgi Małgorzaty von Friesen, jako podarunek od von Schellendorfa. W 1681 roku Iłowa zakupiona została przez rodzinę von Promnitz z Żar. Od 1759 roku majątek należy do hrabiego Friedricha Augusta von Kospoth ożenionego z wdową po Baltazarze Fryderyku von Promnitz, Anną Zofią Krystyną z domu von Erbach-Fürstenau. Wdowa Amelia Helena von Kospoth, sprzedaje majątek hrabinie von zu Dohna, od 1862 roku dobra należą do rodziny von der Reck/Recke/, w 1867 wymieniany jest ród von Rothkirch-Trach, w 1870 należy do Adeli von Pohl, z domu von Mletzto, w 1874 roku do von Thielmann, w 1876 do przedsiębiorcy budowlanego Haese (z Berlina), w 1878 do Dr Wolff z Berlina, w 1887 do Kuhn z Berlina oraz w tym samym roku do firmy Britzner i Rosch, w 1882 roku do von Boddien, w 1884 roku do von Malczewski, w 1884 roku do von Schlotheim, w 1886 roku do przedsiębiorcy budowlanego Ties z Berlina, w 1887 roku do Ledermann z Berlina, w 1894 roku do von Holleben, w 1902 roku zakupiony przez hrabiego Rzeszy Niemieckiej Friedricha Maximiliana hrabiego von Hochberg zu Fürstenstein, pochodzącego z Książa, ambasadora Niemiec w Japonii, później od 1914 roku należący do książąt Hochberg von Pless, od 1919 roku do von Stolle, w 1922 roku do von Kalkstein, w 1925 do Dr Schröder, od 1926 roku do von Alvensleiben, od 1929 do 1940 roku do Paula Jentzig.

Pałac w Iłowej, widok od frontu. Litografia, lata 1864-1865

Prawdopodobnie za czasów von Kottwitzów zostaje zbudowany zamek. Na miejscu gotyckiego zamku z inicjatywy Schellendorfów w 1626 roku powstało założenie pałacowe. Powstał budynek dwupiętrowy na rzucie prostokąta, z wieżą frontową na osi i renesansowym portalem ujmującym wejście główne. Położony był na sztucznej wyspie, oblanej wodami rzeczki Czernej. Przetrwał on do dziś, jeśli chodzi o bryłę i układ wnętrz.

Pałac i ogród w stylu angielskim jeszcze przed modernizacją

Zespół pałacowy, w skład którego wchodzą: pałac, kompleks zabudowań folwarcznych oraz park. Z inicjatywy Baltazara Fryderyka von Promnitz  prawdopodobnie przy współpracy z włoskim architektem Juliuszem Simonettim w pierwszej połowie XVIII wieku powiększono pałac przez dostawienie usytuowanego prostopadle dwukondygnacyjnego, prostokątnego skrzydła, przylegającego do zachodniego boku starszego założenia. Barokowe skrzydło mimo późniejszych przekształceń zachowało w dużym stopniu dawny stylowy charakter. Od 1860 roku do 1905 roku trwał trzeci etap rozbudowy i przebudowy pałacu. W wyniku przedsięwziętych prac przebudowano skrzydło barokowe, zmieniając dach z dwuspadowego na mansardowy, w którym umieszczono trzecią kondygnację. Do skrzydła od strony północnej dobudowano prostokątną wieżę z trójbocznie zamkniętymi wykuszami w pierwszej i drugiej kondygnacji. W tym czasie powstała również dobudówka z tarasem, przylegająca od wschodu do korpusu, ażurowy podcień przed głównym wejściem oraz komunikacyjny ganek, łączący pałac z zabudowaniami gospodarczymi. Dużą uwagę zwrócono w tym etapie budowlanym na wystrój wnętrz. Założono nową reprezentacyjną klatkę schodową, a wszystkie niemal sale otrzymały kominki i boazerie oraz udekorowane zostały niezwykle bogatymi, neorokokowymi sztukateriami. Prace sztukatorskie, trwające zapewne przez wiele lat, zakończone zostały w 1905 roku. Datę tę umieścił na jednym ze stropów obok swego nazwiska autor dzieła - C. Giovanette. Około 1900 roku przekształcono także elewacje, poszerzając okna i dając neobarokowy wystrój. W tym czasie utworzono ogród japoński, który był wzorem dla powstania ogrodu japońskiego we Wrocławiu - za czasów Friedricha Maximiliana hrabiego von Hochberg zu Furstenstein.

To kolejny właściciel pałacu, hrabia Friederick von Hochberg w latach 1902 – 1914 wzbogacił pałacowe wnętrza, wprowadzając do wystroju pałacu elementy sztuki orientalnej.

Pałac w Iłowej, galeria. Stan po przebudowie z lat 1903-1905

Pałac w Iłowej, pokój muzyczny. Stan po przebudowie z lat 1903-1905. Fotografia sprzed 1909 r.

Pałac i park były powodem dumy hrabiego Hochberga i miejscem odwiedzanym przez znane osobistości. M.in. kilkukrotnie gościła tu księżna Daisy von Pless – bratowa hr. Fritza. Hrabia był wielkim miłośnikiem psów różnych ras. Dla nich wybudował tor wyścigów oraz założył cmentarz z licznymi epitafiami.

 

W latach 30. XX wieku w Iłowej odbywały się wystawa dalii. Oprócz tysiąca odmian kwiatów, prezentowano osiągnięcia ogrodnictwa, jak i uprawy winorośli, brzoskwiń oraz innych owoców i warzyw. Ostatnia z nich miała miejsce na przełomie sierpnia i września 1939 roku.

Ogrodnictwo

Wystawa dalii w 1936 r.

Kolejną ciekawostką jest fakt, że iłowski ogród japoński, zaprojektowany wokół stawu z kilkoma wysepkami, na których pozostały jeszcze latarnie oraz łukowy mostek, był pierwszym prawdziwym ogrodem japońskim w Europie, stając się wzorem dla dużo bardziej znanego ogrodu w Parku Szczytnickim we Wrocławiu. Oba ogrody zresztą założone zostały przez hrabiego Hochberga oraz ogrodnika Anlaufa, tylko ten w Iłowej powstał w 1905 r., natomiast wrocławski – w 1913 r.

Pałac w Iłowej, widok od frontu. Stan po przebudowie w latach 1903-1905. Fotografia, przed 1909 r.

Pałac w Iłowej i ogród różany, założony przez Fryderyka hrabiego Rzeszy von Hochberg. Fotografia, przed 1909 r.

Widok na pałac w Iłowej z ogrodu różanego, założonego przez Fryderyka hrabiego Rzeszy von Hochberg. Karta pocztowa, 1911 r.

Fragment ogrodu japońskiego przy pałacu w Iłowej. Karta pocztowa, ok. 1915 r.

Pałac w Iłowej, widok na skrzydło zachodnie od strony parku. Stan po przebudowie w latach 1903-1905. Karta pocztowa, 1937 r.

Cztery widoki z zespołu pałacowo-parkowego w Iłowej: budynek bramny z pocz. XX w., widok z mostku, ogród różany, ogród japoński. Karta pocztowa, 1923 r.

Park otaczający pałac od północy, południa i wschodu był tworzony w kilku etapach. XVII wieczny ogród angielski został powiększony przez Friedricha Maximiliana von Hochberga o założenie parkowe z ogrodem w stylu francuskim, japońskim i chińskim. Na jego terenie do dziś rosną liczne okazy starodrzewia, krzewów ozdobnych i rododendronów. Na terenie parku sztuczne jeziorko z wysepkami.

Pałac i park przypałacowy

Hrabia von Hochberg miał szczególnie istotny wpływ na wygląd zespołu pałacowo -parkowego w Iłowej, który w swej obecnej formie stanowi realizację jego wizji i odzwierciedlenie szerokich zainteresowań oraz dogłębnej znajomości panujących wówczas mód i tendencji w sztuce, architekturze i ogrodnictwie. Fryderyk von Hochberg urodził się w 1868 r. na zamku Książ koło Wałbrzycha i był synem Jana Henryka XI księcia von Pless i Marii von Kleist. Pełnił on funkcję ambasadora Rzeszy w Japonii, a także realizował się jako podróżnik i entuzjasta azjatyckiej kultury. Hrabia odbył wiele dalekich, egzotycznych podróży, z których wspomnienia spisał w formie dziennika wydanego w 1910 r. Opisał w nim swoje doświadczenia z eksploracji m.in. Australii, Nowej Zelandii, Indii, Japonii, opatrując teksty akwarelami i fotografiami. Hrabia posiadał artystyczne zainteresowania. Realizował się jako malarz, ale i znawca sztuki, kolekcjoner. W Anglii, gdzie pogłębiał swoją znajomość koncepcji tamtejszych orientalizujących założeń ogrodowych, nabył posiadłość Minstead Manor w hrabstwie Hampshire, a w 1905 r. poślubił Angielkę Karolinę Burke-Roche. Na przestrzeni lat, w których hrabia był właścicielem dóbr w Iłowej pałac odwiedzała kilkakrotnie znamienita osobistość, która podzielała jego zainteresowania małżonka jego brata Jana Henryka XV księcia von Pless – Maria Teresa Oliwia Cornwallis-West, znana jako księżna Daisy.


W momencie zakupu rezydencji przez Fryderyka majątek stanowił wzniesiony w 1626 r. późnorenesansowy dwór, rozbudowany w XVIII w. o skrzyło zachodnie, zrealizowane w duchu baroku, wraz z przyległym parkiem. W latach 1903 – 1905 hrabia Hochberg zrealizował szeroko zakrojone prace, obejmującej m.in. rekonstrukcję baniastego hełmu z latarnią na wieży frontowej, rozbudowę skrzydła zachodniego o ryzalit wieżowy oraz dobudowę ganku przed wejściem głównym do obiektu.  Pałac ujęto tarasem, z którego można było podziwiać przyległy park. Wówczas wykonano również neobarokowy, sztukatorski wystrój elewacji. Przeprowadzono także znaczącą modernizację wnętrz, zmieniając ich charakter, jako wyraz neostylowej, silnie dekoracyjnej koncepcji, zgodnie z duchem czasu. Wystrój projektował prof. Philippi, a bogate plastycznie sztukaterie o wysokiej wartości artystycznej są dziełem C. Giovanettiego. Istotny element wystroju stanowiły hebanowe boazerie z bogatymi malowanymi laką i intarsjowanymi dekoracjami, z przedstawieniami flory i fauny, autorstwa Toyoschoma Zennouko oraz Daininon Kiyto. We wspaniałych wnętrzach hrabia Fryderyk eksponował swoje liczne zbiory zgromadzone podczas dalekich podróży, dzieła sztuki oraz niezwykle bogaty księgozbiór.

Pałac i widok na ogród japoński

Hrabia Hochberg jako wielbiciel i znawca ogrodnictwa, w przypałacowym parku zrealizował koncepcję stanowiącą obraz jego licznych, dalekich podróży oraz wielkiej znajomości panujących w tej dziedzinie tendencji i mód. Park w Iłowej podzielony został tematycznie, na części. Stworzono ogród różany, ogród dalii, ogród roślin wrzosowatych, w tym ogród macierzanek i łąka kwietna. Najważniejsze – unikalne w skali kraju są: ogród japoński z gajem różaneczników oraz ogród chiński, przy zakładaniu których hrabia Hochberg współpracował z ogrodnikami-planistami Ertelem i Anlaufem. Jako najznamienitsze dzieło sztuki ogrodowej zrealizowane w parku uznać należy zakomponowany z wykorzystaniem istniejącego układu wodnego unikatowy ogród japoński, w którym wprowadzono mostki wysoko wysklepione, dokonano nasadzeń drzew i krzewów z Dalekiego Wschodu, zbudowano kamienne latarnie, domki-herbaciarnie oraz liczne elementy małej architektury i kompozycji naturalnych nawiązujące do kultury i filozofii wschodu.

Ogród chiński

Ogród chiński - brama księżycowa

W czasie II Wojny Światowej ówczesny właściciel Paweł Jertzik w ogrodzie chińskim założył kwietnik ze swastyką

Natomiast w ogrodzie chińskim, założonym w zachodniej części parku, którego istotne elementy stanowiły tzw. „bramy księżycowe”, zakładano stałe lub czasowe wystawy ogrodowe. Do najsłynniejszych zaliczona jest wystawa dalii z 1936 r. W dalszej części parku znajdował się bindaż, stanowiący korytarz z roślin, a prowadzący wprost do zakomponowanego w formie chińskiej pagody tzw. „mostku miłości”, zbudowanego nad obecną ul. Ogrodową, a prowadzącego do ogrodu warzywnego należącego do pałacu. 

Unikatowa fotografia pochodząca z 1910 roku. Mostek miłości, tuż po wybudowaniu. Na pierwszym planie widzimy też fontannę, której misa istnieje do dnia dzisiejszego. Dostrzec możemy też fragmenty alei różanej prowadzącej do ogrodu pałacowego.

Budowla ta stanowiła owoc konfliktu pomiędzy Hochbergiem a iłowskim fabrykantem Winklerem, o prawo do korzystania z drogi, które hrabia skutecznie tym sposobem obszedł. Tuż za zabudowaniami gospodarczymi, przed dziedzińcem pałacu, w 1905 r. założono ogród różany, niezwykle modny na początku wieku. Powstał wówczas geometryczny układ kwater z krzewów różanych z treliażami i basenami otoczony z trzech stron murem o miękkiej, secesyjnej linii. Zakomponowano także polany z rododendronami. Na wschód od rezydencji wzniesiono niezwykle malownicze zabudowania gospodarcze w konstrukcji szkieletowej, pełniące funkcję psiarni, warsztatów rzemieślniczych, pomiędzy którymi zakomponowano reprezentacyjną bramę wjazdową oraz przejazd bramny w budynku stajni dla rasowych koni. W pobliżu tych obiektów hrabia założył psi cmentarz, do dziś niezachowany.

Zabudowania gospodarcze

Od 1914 r. do 1918 r. dobra pozostawały w posiadaniu brata Fryderyka – Jana Henryka XV von Pless. Natomiast ostatnim w okresie międzywojennym właścicielem majątku był Paweł Jertzig, księgarz i wydawca prasy z Berlina. W pierwszej połowie XX w. wprowadził on niewielkie zmiany w parku, wg projektu ogrodnika Ertela, w ramach których powiększono park w kierunku północnym oraz wzbogacono go o nowe grupy drzew iglastych i liściastych.

Ilowa stan obecny

Po zakończeniu II Wojny Światowej, po zajęciu miasta przez wojska radzieckie pod koniec lutego 1945 r., władza administracyjna w Iłowej przeszła w ręce polskie. Od 1949 r. w pałacu swą siedzibę miały różne placówki edukacyjne, zawodowe. W latach 1949 – 1959 funkcjonowało tu Państwowe Technikum Ogrodnicze. Młodzież szkolna opiekowała się również pałacowym parkiem, utrzymując tutejsze komponowane formy zieleni w dobrym stanie. W 1977 r. powołano Zespół Szkół Rolniczych, w skład którego wchodziło Liceum Ekonomiczne i Policealne Studium Zawodowe kształcące przyszłych techników ekonomistów. W 2002 r. w placówkę przekształcono w funkcjonujący do dziś Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych. Obecnie właścicielem pałacu wraz z wyspą jest Starostwo Powiatowe w Żaganiu administrujące mieszczącą się w pałacu placówką oświatową. Właścicielem pozostałej części parku jest natomiast Gmina Iłowa. Stanowi więc on teren powszechnie dostępny, jako miejsce rekreacji dla mieszkańców Iłowej. Od 2012 r. prowadzone są prace związane z jego rewitalizacją, w ramach której przeprowadzono meliorację kanałów zbiornika i kanałów wodnych w ogrodzie japońskim, wytyczono drogi spacerowe z mineralną nawierzchnią, wprowadzono nasadzenia odtwarzane na podstawie źródeł historycznych oraz uzupełniano i odtwarzano w części elementy małej architektury. Do 2013 r. zrealizowano projekt, w ramach wspólne działania podejmowali mieszkańcy Gminy Iłowa i z partnerskiej Gminy Wachau, a także wolontariusze z partnerskiego Stowarzyszenia Seifersdorfer Thal z Drezna.

Bramy księżycowe obecnie

Mostek miłości

Wiadukt parkowy nad ulicą Ogrodową w Iłowie, został wybudowany w latach 1906 - 1907 na zlecenie ówczesnego właściciela posiadłości parkowo - pałacowej, hrabiego Rzeszy Friedricha Hochberga von Furstensteina.


Wiadukt nad ulicą Ogrodową stanowi najbardziej na zachód wysunięty element ogrodu francuskiego. W pierwotnym założeniu, budowa tego obiektu nie była planowana. Powodem wzniesienia tej budowli, był spór hrabiego z tutejszym fabrykantem, Hansem Winklerem. Od niemieckiego Banku Rolnego (który swego czasu przejął posiadłość pałacową za długi), Winkler otrzymał prawo służebności "drogi koniecznej", na części gruntów pałacowych (obecna ul. Ogrodowa). Droga ta stanowiła połączenie fabryki z innymi obiektami fabrycznymi przy ul. Ogrodowej (magazyny, mieszkania pracowników). Droga ta przedzielała posiadłości pałacowe na dwie (nierówne) połowy. Powodem sporów fabrykanta z arystokratą, były częste przypadki kradzieży warzyw, kwiatów i owoców z hodowli pałacowej, ponieważ przy drodze nie ustawiono żadnego ogrodzenia, które utrudniałoby swobodną komunikację między pałacem a ogrodnictwem i tzw. "letnią rezydencją" usytuowaną również po drugiej stronie ulicy Ogrodowej. Wyrokiem sądu książęcego w Żaganiu, Winkler ponownie uzyskał prawo drogi koniecznej. W tej sytuacji hrabia Hochberg wybudował nad ulicą Ogrodową wiadukt, umożliwiający swobodne połączenie obu części posiadłości parkowej, ponieważ wzdłuż ulicy ustawione zostały wysokie, metalowe parkany. Nowy most otrzymał podobny styl, jak mostek nad Czerną. Dzięki temu, ciąg ogrodu francuskiego rozpoczynał się i kończył podobnymi obiektami architektonicznymi. Wiadukt jednak różni się w szczegółach od mostu wodnego. Inaczej rozwiązano wejścia schodowe (dwustronne), ozdobione alabastrowymi maszkaronami (ostatnia rzeźba została skradziona pod koniec XX wieku), wodotryskami i balustradami. Wiadukt ten w środkowej części otrzymał dach w stylu orientalnym, tworząc tam rodzaj altany umożliwiającej obserwację z góry ruchu drogowego.


W miejscowej tradycji, mostek ten nosi nazwę "Mostku Miłości". Prawdopodobnie w roku 1905, 50-letni Friedrich Hochberg ożenił się z młodą lecz ubogą, 19-letnią baronówną Gizelą von Salzbach - Gratz. Według miejscowej legendy, młoda hrabina zdradzała męża na lewo i prawo. Prawdopodobnie Friedrich przydybał na tym mostku żonę "na gorącym uczynku", po czym osadził ją w pałacowym areszcie. Kiedy młoda kobieta odzyskała w końcu wolność, wykorzystała w pewnym momencie, moment nieuwagi męża, wykradła biżuterię i część gotówki, po czym ślad po niej zaginął.

Friedrich Maximilian (ur. 3 maja 1868 r. w Ksiązu – zm. 16 września 1921 r. w Monachium) był najmłodszym synem księcia Hansa Heinricha XI von Pless i jego żony Marii de domo Kleist.  Jako jedyny z czwórki dzieci książęcej pary urodził się w Książu i tam został ochrzczony. Jego ojcem chrzestnym był następca tronu Fryderyk Wilhelm (późniejszy Cerarz Fryderyk III), a w uroczystości wziął również udział Król Wilhelm I.


Fritz był ulubionym szwagrem Daisy i jej najlepszym przyjacielem. Nazywała go „Miracle Man”, a on ją „Princess Caprice”. Zawsze wysłuchiwał jej żalów, znajdował słowa otuchy, spełniał jej zachcianki i robił wszystko, by ją zadowolić. „Byłabyś szczęśliwa, gdyby wszyscy mężczyźni, których w życiu spotkałaś (oprócz męża) na twój kaprys zmieniali swoje plany, zaniedbywali obowiązki i innych ludzi, byleby ciebie zadowolić” – pisał do Daisy w liście. A w innym miejscu dodawał: „Powinnaś dostać klapsa w ładny tyłek. Oczywiście byłabyś wściekła i oburzona. Jesteś  pieszczochem i kocham cię. Przyjadę.” (tłum. © B.J-C)

 

Fritz od dzieciństwa chorował na gruźlicę kości, dlatego większą część roku mieszkał poza domem w cieplejszym klimacie. Na początku lat 90. ojciec wybudował dla niego wspaniałą willę „Montalto” niedaleko Florencji. Do domu w Pszczynie przyjeżdżał latem, a po świętach Bożego Narodzenia znowu wracał do Włoch.


Według relacji Anny von Hochberg, jego przyrodniej siostry, „Fritz bardzo cierpiał. Często leżał przykuty do łóżka i tylko kiedy czuł się nieco lepiej, jeździł na wózku inwalidzkim…” Rodzina nie ustawała w poszukiwaniu najskuteczniejszych lekarstw i terapii, aż wreszcie „W Paryżu znaleziono lekarza o nazwisku Marmorek […] Wynalazł on surowicę przeciw gruźlicy kości i Fritz był nią regularnie leczony. Na początku czuł się jeszcze gorzej, ale potem nastąpiła zdumiewająca poprawa i rany się goiły, a po upływie 3-4 miesięcy odzyskał zdrowie. To był naprawdę cud, gdyż wszyscy inni lekarze już zrezygnowali z leczenia” – cieszyła się Anna.


Czy może się zatem dziwić, że po takich przejściach Fritz czerpał z życia pełnymi garściami?


Na tle rodziny Hochbergów wypadał jako osoba nietuzinkowa i ekscentryczna – był podróżnikiem, kolekcjonerem dzieł sztuki,  utalentowanym malarzem i, według niektórych źródeł, ambasadorem cesarskich Niemiec na dworze Cesarza Japonii.  W swych Wspomnieniach Anna przytacza słowa ojca o Fritzu: „bądź dla niego dobra, ten biedak różni się od innych”.


Fritz był człowiekiem obdarzonym wieloma zdolnościami, miał duszę artysty i talent plastyczny. W 1902 r. namalował obraz ołtarzowy przedstawiający zmartwychwstanie Chrystusa oraz apostołów Piotra i Jana. Ofiarował go do poświęconego w 1902 r. kościoła św. Trójcy w Anhalt (polski Hołdunów, dziś część Lędzin), któremu księżna Matylda wraz z córką Anną  podarowały z kolei cenne naczynia liturgiczne. Kościół rozebrano w 1955 r. z powodu szkód górniczych, jednak obraz zachował się do dziś i obecnie znajduje się w bocznej kaplicy nowego kościoła wybudowanego w 1986 r.  (Dzieje parafii opisał A. Malina, Ewangelickie tradycje Hołdunowa, DWiK „Didache”, Katowice 1994).

Obraz namalowany przez hrabiego

W 1905 r. Fritz poślubił Elizę Karolinę Roche,  córkę zmarłego Edmunda Burke Roche, barona Fermoy, i Elizy Caroline. Świadkami tego wydarzenia byli bracia Fritza – Hans Heinrich XV von Pless i Conrad von Hochberg.

Eliza Caroline von Hochberg z domu Burke Roche ur. 17. 10. 1857 r. w Trabulgan w hrabstwie Cork, zmarła 8. 11. 1940 r. w Londynie

"Nancy była bardzo wysoka, o ostrych rysach twarzy, miała cienkie wargi i wielki, trochę zgięty nos” – opisała bratową Anna Hochberg. Jego przyrodnia siostra Anna tak skomentowała ten fakt: „na jego nieszczęście przyszła mu do głowy wyjątkowo głupia myśl, żeby się ożenić i do tego jeszcze z Angielką o dziesięć albo więcej lat starszą od siebie.  Mój biedny ojciec miał teraz dwie angielskie synowe, z których nie był tak na sto procent zadowolony – i nie mógł być, ponieważ niejedno się zmieniło”.  Natomiast Daisy napisała, że „to wydarzenie wszystkich  nas ucieszyło, gdyż Nancy (tak nazywano żonę Fritza) była czarującą Irlandką”. Mieli z Fritzem wspólne zainteresowania, „on uwielbiał Anglię i polowania, ona, jak przystało osobie pochodzącej z rodziny słynnych myśliwych, była zapaloną amazonką”. Daisy pisała: „Oboje nie byli już dziećmi i wszyscy mieliśmy nadzieję, że znajdą w tym związku szczęście”.


Niestety tak się nie stało. Od stycznia 1907 r. żyli w separacji – on wpierw wyjechał do Włoch, później do Azji, a ona wróciła do Anglii. „Z pewnością nikt z tych dwojga nie był bez winy. Fritz okazał się bardziej zwariowany, ale Nancy też była trudna. Jednak trzeba i można jej przyznać, że zawsze zachowywała się przyzwoicie” – zauważała Anna.


Nancy po powrocie do Anglii mieszkała  w prestiżowych dzielnicach Londynu, jak Belgrave i Mayfair. Jej nazwisko pojawiało się w prasowych rubrykach  kronik towarzyskich. Szczególnie często odnotowywano jej obecność w dobroczynnych przedsięwzięciach na irlandzkie cele.


Do wybuchu II Wojny Światowej zarząd dóbr książęcych wypłacał Nancy dożywotnią rentę w wysokości 1500 funtów, a od  1933 r. – 1375 funtów. W 1925 r. Nancy wystąpiła o naturalizację – gdyż po zamążpójściu przyjęła obywatelstwo niemieckie – i ją uzyskała. Zmarła w 1940 r. w Londynie.


Daleki Wschód był dla Fritza inspirujący i tak bardzo atrakcyjny, że w swoich posiadłościach wprowadzał wystrój orientalny i zgromadził piękną kolekcję dzieł sztuki Wschodu oraz egzotycznych roślin.  Przez jakiś czas pozwalał sobie nawet na japońskich służących. „Dziwacznie wyglądali w wyidealizowanych wiejskich willach, które Fritz wynajmował w ukochanym New Forest” – pisała Daisy.  Na dodatek Fritz ubrał  ich we wspaniałe ciemnoczerwone i srebrne liberie Hochbergów. „Ich drobne nogi gubiły się w pluszowych bryczesach i białych pończochach”. Zdaniem Daisy „schludne pokojówki lepiej pasowałyby do takich domów”.

 

Fritz przez wiele lat mieszkał w Anglii. Po śmierci ojca w 1907 r. otrzymał w spadku 10 mln marek, w tym majątek Iłowa. Był nawet gotów sprzedać Iłową, by kupić posiadłość na wyspie. Z dokumentów archiwalnych wiemy, że szukał domu w New Forest, na najlepszych terenach łowieckich – bo Fritz dorastał przecież w świecie koni i polowań. Rozważał kupno domku myśliwskiego Arnewood, należącego do ojca Daisy, sprawdzał też inne oferty. Ostatecznie zamieszkał w Great Bowden w hrabstwie Leicester.

Dom w Anglii, w którym mieszkał hrabia Fritz

Posiadłość  Welham Bush Farm znajduje się przy Sutton Road i do 1914 r. była zajmowana przez Fritza Hochberga. Długi rząd stajni w podwórzu mieścił jego konie na polowania. Fritz często pojawiał się kronikach towarzyskich jako zdobywca nagród na wystawach hodowlanych bydła i koni.

 

W wiosce zapamiętano niemieckiego szlachcica galopującego konno za psami na terenie posiadłości Mr. Fernie’s Country, będącej najtrudniejszym terenem polowań w hrabstwie Leicester, oraz za psami w rejonie Pytschley.


Wspominano też jego osobliwy sposób dosiadania konia bokiem. W gazecie „Sport im Bild” wyjaśniano ten nietypowy fakt: „W czasie długoletniej choroby Fritz przeszedł wiele ciężkich operacji, efektem czego było uszkodzenie mięśni prawej nogi i z tego powodu Graf miał problemy z utrzymaniem się w siodle. By nie rezygnować z ulubionej rozrywki, Fritz zamówił w Londynie specjalne siodło, na którym siadał bokiem. […] Ze względu na ciężar bocznego siodła i swoją wagę Graf Hochberg jest zmuszony dosiadać jednak koni zimnokrwistych, mogących unieść znaczny ten  ciężar”.

 Hrabia Fryderyk Maxymilian w Anglii - na fotografii doskonale widać jak dosiadał konia

Fryderyk Maxymilian hrabia Rzeszy von Hochberg zmarł w 1921 r., wskutek wypadku na budowie jego willi w Monachium.

 

Jako zapalony myśliwy, Jan Henryk XI Hochberg przeniósł się z zamku w Książu do rezydencji w Pszczynie, by móc polować w okolicznych lasach. Pszczyński pałac przebudowany został na wzór Wersalu. Hochbergom serwowano wykwintną kuchnię francuską. Pisano o nim w przewodnikach i prasie, " ... że panuje w nim azjatycki przepych”. Przebudował także zameczek w Promnicach, który łączył odtąd w sobie cechy szwajcarskiej willi i angielskiego neogotyku.


W Pszczynie-Sznelowcu doglądał książę swej dumy – słynnej na całą Europę stadniny koni. W 1865 r. sprowadził na Górny Śląsk – za sprawą specjalnej umowy z Carem Aleksandrem II, którego poznał w 1860 roku na słynnym, carskim polowaniu w Białowieży – żubry. W okolicach Książa pojawiły się tyrolskie muflony, a w planach była też hodowla reniferów.

 

Wzorcowa łowiecka gospodarka księcia intrygowała w tamtych czasach wielu europejskich naukowców. Zresztą Hochberg był też współwłaścicielem terenów łowieckich w Alpach, gdzie gościł m.in. następcę austriackiego tronu, arcyksięcia Rudolfa Habsburga. Wszystko to doprowadziło do nadania Janowi Henrykowi XI tytułu Wielkiego Łowczego Królewskiego, a co za tym idzie, również przywileju organizowania królewskich polowań. W 1869 r. na jedno z nich zawitał do Pszczyny Król Prus  Wilhelm I. Był tutaj także w 1876 roku – tym razem jednak już jako Cesarz. Książę, Jan Henryk XI von Hochberg, łowczy cesarski, w swojej pasji myśliwskiej poszedł tak daleko, że stworzył jedną z pierwszych hodowli bażantów w 1865 r.

Hubertusstock 1887 r. Cesarz Wilhelm I i Jan Henryk XI von Hochberg

W 1883 r. umiera żona księcia, Maria. Trzy lata później Hochberg żeni się z hrabiną Matyldą Ursulą zu Dohna-Schlobitten. W latach 90. dziewiętnastego wieku  Jan Henryk XI stał się bliskim współpracownikiem Cesarza Wilhelma II i członkiem Rady Państwa. W 1905 r. otrzymuje tytuł arcyksięcia pszczyńskiego. Dwa lata później umiera, jako piąty najbogatszy obywatel Niemiec. Jego synową była słynąca z urody księżna Daisy.(źródło: Mirosław Rzepka)

Wielki Łowczy Cesarstwa Niemiec, znakomity znawca łowiectwa i nowoczesnej gospodarki łowieckiej. Wniósł znaczący wkład w rozwój sygnalistyki myśliwskiej. Miłośnik muzyki łowieckiej. W jej dziejach zapisał się wprowadzeniem, już przed 1863 rokem, poręcznego rogu łowieckiego, który nie przeszkadzał podczas polowań. Odtąd rogi te nazywamy "plessówkami" albo rogami Pless. Jego drugą żoną (po śmierci pierwszej) była Mathilde Ursula von Dohna - Slobitten. Ślub odbył się 27 lutego 1886 r. w Słobitach.

Mathilde von Pless z domu Dohna Slobitten - druga żona Henryka XI

Mathilde, księżna von Pless (z domu hrabianka i burgrabianka von Dohna-Schlobitten), córka: Emanuela Aloysiusa Burggrafa und Grafa zu Dohna-Schlobitten i Wilhelmine, Gräfin Finck von Finckenstein - urodzona 20 sierpnia 1861 roku w Canthen - zmarła 15 stycznia 1943 w Twardogórze, do maja 1945 roku spoczywała w Mauzoleum Hochbergów w Książu).


27 lutego 1886 w rodzinnych Słobitach na Mazurach (niem. Schlobitten) w wieku 25 lat wyszła za mąż za starszego o 28 lat księcia Hansa Heinricha XI von Pless, hrabiego von Hochberga i barona na Książu. Z małżeństwa urodziło się dwoje dzieci: hrabia Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg, baron na Książu (ur. 15 grudnia 1886 w Pszczynie - zm. 24 maja 1934 w Dąbrowie) w rodzinie zwany Willushem oraz córka Anna, hrabianka von Hochberg, baronówna na Książu (ur. 24 lutego 1888 w Pszczynie - zm. 13 listopada 1955 w Salzburgu), po mężu hrabina zu Solms-Baruth.

 

Po śmierci męża w 1907 roku, księżna Mathilde von Pless zamieszkała pod dachem pasierba hrabiego Konrada Eduarda "Conny'ego" von Hochberga (średniego syna Hansa Heinricha XI z małżeństwa z hrabianką Marią von Kleist) w zamku w Dąbrowie koło Niemodlina w powiecie opolskim.


W Wałbrzychu na część księżnej Mathilde von Pless swoją nazwę otrzymało Wzgórze Matyldy, na którym stała najważniejsza z wałbrzyskich kopalni księcia czyli Furstensteiner (po II Wojnie KWK "Wałbrzych").

Matylda Urszula von Hochberg

Dzieci z drugiego małżeństwa księcia: Wilhelm Bolko Emanuel- (1886-1934), Anne – (1888-1966).

Hrabia Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg

Anna von Hochberg

Anna Gräfin von Hochberg, Freiin zu Fürstenstein - ur. 24 luty 1888 r. w Pszczynie, zm. 13 listopada 1966 r. w Salzburgu w Austrii. Przeżyła 78 lat. Żona Hermanna Grafa zu Solms-Baruth. Matka: Friedricha-Sigismunda Grafa zu Solms-Baruth; Marie-Agnes Gräfin zu Solms-Baruth i Pya Gräfin zu Solms-Baruth.

 

W tym miejscu warto zapisać o ciekawych losach tego małżeństwa i ich majątku w Cipiepielowicach. Ciepielowice (niem. Scheppelwit) – wieś w Polsce położona w województwie opolskim, w powiecie opolskim, w gminie Dąbrowa.


Majątek w Ciepielowicach wchodził w skład państwa stanowego Dąbrowa (Herrschaft Dambrau). W 1937 roku jego właścicielem był dr prawa Hermann hrabia zu Solms-Baruth. W tym czasie posiadłość w Ciepielowicach liczyła 265 ha.


Księga adresowa z 1926 r. podaje, że właścicielem dominium Dąbrowa, a tym samym Ciepielowic, był hrabia Hermann zu Solms-Baruth. Nowy gospodarz na świat przyszedł w 1888 r. w rodzinnym zamku w Kliczkowie (Klitschdorf) ok. 12 km od Bolesławca na Dolnym Śląsku. Był drugim synem hrabiego Fryderyka Hermanna Hansa Georga zu Solms-Baruth (1853–1920) i Idy Luizy von Hochberg (1863–1938), córki księcia pszczyńskiego Jana Henryka XI i jego pierwszej żony Marii baronówny von Kleist.


Dwór w Ciepielowicach został wzniesiony około 1800 r. w stylu klasycystyczny. Najstarsza, ówcześnie skromna część dworu powstała u schyłku XVIII wieku, a ufundował ją hrabia Franciszek Ksawery von Biedau z małżonką. Jest to dzisiejsze, zachodnie skrzydło budowli.

Skrzydlo zachodnie pałacu

Wygląd tej niewielkiej rezydencji wzniesionej na planie prostokąta znacząco zmieniła rozbudowa z pierwszej ćwierci XX wieku. Od północy dobudowano drugi budynek założony również na planie prostokąta, połączony z pierwotnym dworem okrągłym łącznikiem, w którym umiejscowiono klatkę schodową. W rezultacie tej rozbudowy obecnie plan dworu jest zbliżony do litery „L”. Budynek jest murowany z cegły, potynkowany, dwukondygnacjowy, podpiwniczony, nakryty dachami mansardowymi z lukarnami, powiekami oraz niewielką facjatką w elewacji frontowej.

Dwor w Ciepielowicach

Pozycja rodziców pozwoliła mu na podjęcie studiów na renomowanych europejskich uczelniach. Został doktorem prawa, a 29 marca 1913 r. mężem Anny von Hochberg – córki księcia pszczyńskiego Jana Henryka XI z jego drugiego małżeństwa z młodszą o 28 lat hrabiną Matyldą Urszulą zu Dohna-Schlobitten (1861–1943).
Hrabia Hermann wraz z rodziną zamieszkał w rezydencji w Ciepielowicach chociaż zarząd dóbr dominium znajdował się nadal w Dąbrowie. Małżonkowie dużo podróżowali i wiele czasu spędzali m.in. w Kliczkowie i w Poczdamie, gdzie na świat przyszły ich córki: urodzona w 1916 r. Maria Agnieszka i młodsza o dwa lata Pya oraz syn Wilhelm Friedrich .


Ze związku narodziło się troje dzieci:


- Wilhelm Friedrich-Sigismund zu Solms-Baruth – ur. 26 styczeń 1914 r. Poczdam; zm. 21 listopad 1982 r. Monachium. Mąż Rosemarie von Wietzlow (1818-2000) byłą żoną Georga-Alfreda Ritter Hentschel von Gilgenheimb.
- Marie-Agnes Louise Mathilde zu Solms-Baruth – ur. 31 grudzień 1916 r. Poczdam; zm. 21 lipiec 1938 r. Kraków. Żona Hansa Balduina von Plessen (1907-1940).
- Pya Franziska von Klinckowstroem (zu Solms-Baruth) – ur. 28 wrzesień 1918 r. Poczdam; zm. 14 styczeń 1982 r. Burgsteinfurt. Żona Carla-Alexandera von Klinckowstrom. Rozwiedziona po ośmiu  latach małżeństwa w 1950 r.

 

Hrabia Hermann zu Solms-Baruth był ostatnim właścicielem dominium. Mimo, iż często bawił za granicą, to jednak zainwestował sporo pieniędzy na rozbudowę swej siedziby w Ciepielowicach. Między 1912 r. a 1926 r. kazał dobudować od strony wschodniej nowe skrzydło, usytuowane prostopadle do skrzydła pierwotnego. Wzniesiono je na planie prostokąta. Obie części połączył łącznik o przekroju elipsy (baszta), w którym znalazło się wejście główne i reprezentacyjna klatka schodowa oraz dwa hole (na parterze i piętrze) o wystroju neoklasycystycznym. Niewątpliwą ozdobą łącznika stanowiła drewniana balustrada oraz drewniane dwuskrzydłowe drzwi wejściowe. Herby hrabiego i jego małżonki Anny von Hochberg ozdobiły elewację rezydencji. Przebudowa ta pociągnęła za sobą zmianę całego układu dróg. Główny wjazd do rezydencji przesunięty został w kierunku południowym i prowadził malowniczą bukowo-grabową aleją na teren dziedzińca przed głównym wejściem. Hrabia zdecydował się zmienić również przypałacowy park.

Kartusz herbowy

Do dziś po dawnej rezydencji Solms-Baruthów niewiele zostało. Na początku lat 90. ubiegłego wieku zlikwidowano staw znajdujący się na granicy części rezydencjonalnej z podwórzem, w pobliżu starszego skrzydła pałacu, który wykorzystywany był zimą przez właścicieli jako lodowisko. W sąsiedztwie stawu, po południowej stronie stajni cugowej, a na północ od drogi dojazdowej do zespołu, znajdował się maneż do jazdy konnej na wolnym powietrzu. Obecnie teren ten ma charakter nieużytku. Do części rezydencjonalnej wiedzie odchodząca od szosy krótka aleja dojazdowa obsadzona drzewami.

Hermann zu Solms-Baruth był ostatnim arystokratycznym właścicielem rezydencji w Ciepielowicach. Hrabia dużo podróżował, wpadł też w wir wielkiej polityki – był posłem do Reichstagu w Republice Weimarskiej oraz czynnym działaczem Niemieckiej Partii Centrum, która uważana była za reprezentantkę i głosicielkę interesów katolików niemieckich. Hrabia aktywnie angażował się w walkę polityczną przeciw uzyskującej coraz większe wpływy NSDAP. Po dojściu Adolfa Hitlera do władzy Hermann zu Solms-Baruth z rodziną musiał uciekać w obawie przed szukającymi odwetu nazistami. Schronił się w Anglii. Po wojnie zamieszkał w Austrii, gdzie zmarł 7 maja 1961 r. w Eckart koło Salzburga. Jego żona Anna Gräfin von Hochberg, Freiin zu Fürstenstein – (ur. 24 luty 1888 r. w Pszczynie) zmarła 13 listopada 1966 r. w Salzburgu  Austria w wieku 78 lat. Ich majątek przeszedł na własność III Rzeszy.


Do gustownie urządzonych salonów arystokracji wprowadzili się urzędnicy zatrudniani przez Górnośląski Urząd Ziemski w Opolu. Zdaniem najstarszych mieszkańców wsi, podczas II Wojny Światowej w pałacu mieszkały żony oraz dzieci oficerów i lekarzy, którzy przebywali na froncie. Podobno każda mieszkająca tam żona oficera Wehrmachtu miała polską służącą. W pałacu była już wówczas m.in. kanalizacja oraz centralne ogrzewanie nawiewowe, w którym ciepłe powietrze z kotłowni było rozprowadzane specjalnymi przewodami powietrznymi do pomieszczeń na parterze i piętrze.


W ostatniej fazie II Wojny Światowej pałac nie ucierpiał. Jego dewastacja zaczęła się w marcu 1945 r. To, czego nie zdołali zniszczyć lub wywieźć żołnierze Armii Czerwonej, rozkradli szabrownicy. Do 1947 r. obiekt znajdował się pod zarządem Wojska Polskiego i – jak twierdzą najstarsi mieszkańcy wsi – przechowywano w nim amunicję. W 1947 r. na mocy decyzji władz powiatowego oddziału PUR w Niemodlinie, w pałacu osiedlono osadników wojskowych. Początkowo współwłaścicielami było 24 byłych żołnierzy pochodzących przeważnie z Lubelszczyzny. W 1951 r. zawiązali oni spółdzielnię, do której oprócz osadników „z folwarku” należało też kilku gospodarzy. W 1956 r. spółdzielnia rozwiązała się i od nowa dzielono budynki oraz grunt między osadników i ich spadkobierców. Obecna sytuacja własności nie jest jasna, co przyspieszyło ruinę części obiektów.


Powojenni właściciele nie inwestowali w powierzony im majątek, a wręcz przeciwnie – prowadzili gospodarkę rabunkową, rozbierając budynki i dewastując wyposażenie pałacu. np.: instalację kanalizacyjną, której ołowiane rury wycinano na sprzedaż. Ówcześni mieszkańcy zniszczyli też kotłownię i pobudowali piece kaflowe. Po 1945 r. na terenie obiektu nie przeprowadzono żadnych prac konserwatorskich – wprowadzono jednie sztuczny podział pałacu na wiele odrębnych pomieszczeń należących do różnych właścicieli. Obiekt zachował dawną bryłę, częściowo dawną stolarkę drzwiową i okienną oraz elementy zdobienia elewacji – stiukowe kartusze herbowe, gzymsy, pilastry i obramienia otworów, a wewnątrz zachowane sklepienia. Pałac jest zdewastowany i skazany na całkowitą zagładę. Natychmiastowego remontu wymaga zwłaszcza zniszczony dach nad łącznikiem. Jeśli nic się nie zmieni, to czeka go los podobny do tego, jaki spotkał większość nieistniejących już budynków dawnych zabudowań podwórza folwarcznego.

Niewiele pozostało również po danym parku krajobrazowym założonym w drugiej połowie XIX w. Park, o powierzchni ok. 1 ha, w obrębie którego zachowały się pozostałości regularnych nasadzeń, ma w zasadzie kształt zbliżony do litery L i rozciąga się na południowy wschód oraz północny wschód od pałacu. W obrębie parku, nieopodal pałacu, znajdowała się niegdyś drewniana woliera na bażanty i kuropatwy, a także wspomniany już staw otoczony szpalerem grabów, do którego schodziło się po stopniach, i w którym znajdowało się miejsce na rozstawienie stolików oraz krzeseł. Było to miejsce wypoczynku, stanowiące odpowiednik altany. Do czasów obecnych zachowały się jedynie porośnięte chwastami pozostałości schodów i murowanych ścian stawu.


Obecnie zdewastowany park nie posiada ogrodzenia. Niegdyś graniczył on od południa z terenem ogrodów kwiatowych, na miejscu których jakiś czas temu młodzież urządziła sobie boisko do gry w piłkę. Granicę dawnego ogrodu wyznaczał zachowany do dziś szpaler grabowy. Na granicy części rezydencjonalnej, w pobliżu drogi polnej pod dębem, znajduje się niewielki pagórek – dawny cmentarz koński. Wcześniej w tym miejscu była prawdopodobnie powozownia koni właścicieli pałacu. Za parkiem i na północny wschód od ogrodów kwiatowych znajdował się niegdyś okólnik dla koni roboczych, przy okólniku usytuowana była stodoła polna oraz wiata z poidłem dla koni. Niestety, nie zachowała się również większość obiektów podwórzowych, tj. ogrody ze szklarnią, ogrody kwiatowe oraz mała architektura w parku. Po II Wojnie Światowej na terenie parku kwitła tzw. dzika zabudowa. Zlikwidowano ogród kwiatowy i warzywnik. W latach 60. XX w. przy północnym narożniku folwarku założono sad. W parku do dziś rosną rzadkie okazy dendrologiczne oraz bogaty starodrzew, który tworzą: cis pospolity, buk pospolity, dąb szypułkowy, grab pospolity, jedlica Douglasa, jałowiec wirginijski, kasztanowiec biały, robinia akacjowa, wiąz szypułkowy i żywotnik zachodni.


Z ciekawostek pałacowych: w czasie II Wojny Światowej w pałacu mieścił się sztab jednego z pułków estońskiej Dywizji Grenadierów Waffen SS. Nie tak dawno temu okazało się, że część z nich została w Ciepielowicach na zawsze. W 2012 r. w przypałacowym parku odkopano dwie zbiorowe mogiły, w których pochowano łącznie 37 ciał żołnierzy (głównie estońskich, ale też niemieckich).


Ciała te ekshumowano i dzięki nieśmiertelnikom zidentyfikowano – był wśród nich Heldur Suimets, dziś okrzyknięty bohaterem narodowym Estonii, kiedyś uważany za zdrajcę (jako że walczył z Niemcami przeciwko Rosji). Do odkrycia doszło dzięki Jackowi Cieleckiemu, członkowi polskiej grupy rekonstrukcyjnej GRH Wiking.


Pan Jacek Cielecki na trop nieznanych mogił trafił, dzięki wspomnieniom i mapce z zaznaczonym miejscem pochówków, które dostał od weterana estońskiej dywizji.

Najmłodszy syn ksiecia Jana Henryka XI z drugiego małżeństwa, hrabia Wilhelm Bolko Emanuel rezydował w zamku w Goraju (województwo wielkopolskie). Dziś w zamku mieści się internat Zespołu Szkół Leśnych.

Hochberga w latach 1910-1911. Wzniesiono go na skarpie nad lewym brzegu Noteci w Puszczy Noteckiej. Budowla założona na planie litery U, ramionami skierowanymi w kierunku rzeki. Po obu stronach skrzydła frontowego wznoszą się dwie potężne baszty nakryte hełmami. Trzecia baszta znajduje się na końcu skrzydła wschodniego. Wzorcem dla zamku jest warownia Varenholz w Westfalii. Von Hochbergowie mieszkali na zamku do II Wojny Światowej.

Pałac w Goraju - Zamku jest przykładem neorenesansowej rezydencji, wzniesionej dla przedstawiciela bocznej linii jednej z najznakomitszych rodzin arystokratycznych ówczesnej Europy - Wilhelma Bolka Emanuela von Hochberga i jego żony Annemarie von Arnim. Architektura pałacu nawiązuje do późnorenesansowego założenia zamkowego w Varenholz w Westfalii. W jego wnętrzach zachowały się częściowo elementy dawnego wyposażenia. Obecnie mieści się tu internat Zespołu Szkół Leśnych im. Jana Kloski. Pałac otoczony jest krajobrazowym parkiem. Na terenie parku znajdują się pozostałe zabudowania zespołu, m. in. masztalarnia z ujeżdżalnią, dom ogrodnika oraz d. budynek administracji leśnej.

Miejscowość Goraj - Zamek jest śródleśną osadą położoną ok. 6 km na południowy zachód. od Czarnkowa, przy krawędzi doliny Noteci, w pobliżu wsi Goraj w gm. Lubasz. Wieś Goraj wzmiankowana była po raz pierwszy w 1486 r. Wchodziła ona w skład dóbr czarnkowskich, które początkowo stanowiły własność książęcą, następnie - na przełomie XIII i XIV w. - zostały nadane Nałęczom, później noszącym nazwisko Czarnkowskich. W drugiej połowie XIX w. okoliczne dobra należały do Jana Henryka XI von Hochberga, księcia Pszczyny, hrabiego Rzeszy i barona na Książu, który w 1865 r. nabył folwark Goray, a w 1873 r. - dobra Krucz. Liczący ponad 12 tysięcy ha majątek był jednym z największych majątków wielkopolskich należących do właścicieli niemieckich. Po śmierci księcia w 1907 roku dobra odziedziczył jego syn - hrabia Wilhelm Bolko Emanuel. Z jego inicjatywy w 1908 roku powstał dwór myśliwski w pobliskim Gniewomierzu, a w latach następnych - neorenesansowy pałac w Goraju. Oba budynki łączyła biegnąca przecinką leśna droga, wykorzystywana przez właścicieli i gości udających się na polowanie.


Pałac w Goraju powstał w latach 1910-11. W zamierzeniu właściciela miała to być nowa, okazała siedziba bocznej linii Hochbergów. Najstarsze dokumenty dotyczące budowy rezydencji - list oraz odręczne szkice pałacu i dokładniejsze plany ujeżdżalni i stajni, przesłane hrabiemu przez książęcego architekta z Pszczyny - pochodzą z 1909 roku. W kwietniu następnego roku Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg zawarł umowę z firmą „Gradehand und Franke” z Berlina, zgodnie z którą architekt Bruno Franke miał wykonać plany i kosztorys oraz zrealizować budowę rezydencji, masztalarni i domu ogrodnika. We wrześniu 1910 r. projekty zatwierdził powiatowy radca budowlany. Prace posuwały się niezwykle szybko. W połowie 1911 roku gotowe były projekty wnętrz, przygotowane przez berlińską firmę „Paulus und Lilloe”, która następnie zawierała umowy i nadzorowała pracę wykonawców wyposażenia i wystroju pałacu. Wiele elementów wyposażenia (m. in. kominki, boazerie, stolarka drzwiowa, meble) została przeniesiona z innej, starszej rezydencji. W końcu 1911 r. prace były w zasadzie ukończone. W tym samym czasie powstały pozostałe budynki zespołu - masztalarnia, remiza, dom ogrodnika oraz siedziba administracji leśnej.

Masztalarnia niegdyś mieściła stajnię i ujeżdżalnię

Dom ogrodnika

Do 1945 roku pałac pozostawał w rękach swych pierwotnych właścicieli. W wyniku działań wojennych jego wnętrza zostały częściowo zniszczone a elementy wyposażenia - rozgrabione. Po II Wojnie Światowej budynki przekazano oświacie leśnej. W sierpniu 1945 roku otwarto tu Państwową Szkołę dla Leśniczych, później noszącą nazwę Leśny Ośrodek Szkoleniowy. W 1949 roku utworzono Gimnazjum Leśne, później - Liceum Leśne. W 1951 roku Gimnazjum przekształcono w Technikum Leśne, które od 1968 r. nosi imię wybitnego leśnika i pedagoga - inż. Jana Kloski. W latach 1978-84 w Goraju funkcjonował Zespół Szkół Zawodowych Ministerstwa Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego. Od 1993 rokuplacówka nosi nazwę Zespołu Szkół Leśnych im. Jana Kloski.

 

Neorenesansowy pałac jest budynkiem trójskrzydłowym, podpiwniczonym, a poszczególne skrzydła wzniesiono na rzucie prostokąta. Skrzydła południowo-wschodnie i południowo-zachodnie są dwukondygnacyjne, krótsze skrzydło północno-zachodnie - trójkondygnacyjne. Budynek nakrywają wielopołaciowe dachy o sylwecie urozmaiconej wystawkami. Nad całością dominują masywne wieże na rzucie kwadratu, w najwyższej kondygnacji przechodzącego w ośmiobok, nakryte dwukondygnacyjnymi hełmami. Ściany wież są lekko wysunięte przed lica murów pałacu, ich naroża wzmocniono niskim kamiennymi skarpami.

 

Pałac wzniesiony został z cegły, jego ściany otynkowano. Partię kamiennego cokołu oraz detalu architektonicznego pozostawiono nieotynkowane. Dachy pierwotnie kryte były dachówką, obecnie - blachą miedzianą. Wnętrza nakryto stropami żelbetowymi.

 

Malowane na kolor piaskowy elewacje podzielone zostały profilowanym gzymsem. Okna są prostokątne, ujęte prostymi, jaśniejszymi opaskami. Elewacja frontowa (południowo-zachodnia) jest 11-osiowa. W jej części północno-zachodniej znajduje się niesymetrycznie umieszczona brama zamknięta półkoliście. Brama ujęta jest kamiennymi ciosami, w zwieńczeniu wmurowano herb Hochbergów. W połaci dachu widoczne są dwie szerokie, dwuosiowe wystawki. Wklęsło-wypukłe, ujęte wolutowymi spływami szczyty wystawek zwieńczone są obeliskami. Na wieży północno-zachodniej zamontowano zegar. Elewacja południowo-wschodnia - 10-osiowa, przy wieży południowo-wschodniej arkadowa loggia, zwieńczona balkonem. W połaci dachu widoczne cztery jednoosiowe wystawki. Elewacja północno-zachodnia 5-osiowa. W ścianie wieży niesymetrycznie umieszczone prostokątne wejście boczne. W połaci dachu - dwie jednoosiowe wystawki. Elewacje od strony wewnętrznego dziedzińca nie różnią się zasadniczo od elewacji zewnętrznych. W skrzydle południowo-wschodnim zwraca uwagę niewielki balkonik o żeliwnej balustradzie. Do skrzydła południowo-zachodniego prowadziła niegdyś ujęta ciosami kamiennymi brama (obecnie zamurowana).


Układ wnętrz w poszczególnych skrzydłach jest dwutraktowy. Wejście do pałacu prowadzi poprzez przelotową sień oraz obszerny westybul. Na parterze znajdowały się pokoje gościnne, na piętrze - kaplica, sala balowa, jadalnia z pokojem kredensowym, salon oraz apartamenty właścicieli. W części pomieszczeń zachowały się elementy dawnego rokokowego i neorokokowego wyposażenia, m. in. parkiety, boazerie, sztukatorska dekoracja sufitów, kominki, lustra i obrazy.

Pałacowa antykamera

Antykamera – salka dla dworzan i służby poprzedzająca pokój paradny lub sypialny, również przedpokój lub pomieszczenie sąsiadujące z salą, pokojem o określonym przeznaczeniu (np. sypialnią, izbą przyjęć).


Antykamera pojawiła się w XVI - XVIII wieku we wnętrzach pałacowych, apartamentach królewskich i magnackich. Spełniała funkcję półreprezentacyjną, często służyła jako pokój dworzan, ich poczekalnia i jadalnia. Antykamera służyła również za poczekalnię dla oczekujących na audiencję, a niekiedy za podręczną sypialnię.

Gabinet i biblioteka z naorenesansową boazerią w czanego dębu

Hol na pierwszym piętrze

Korytarz w prawym skrzydle parteru

Sala biała

Sala brązowa

Rozplanowując otaczający rezydencję krajobrazowy park wykorzystano elementy naturalnego ukształtowania terenu, nadając założeniu niezwykle malowniczy charakter. Powierzchnia parku wynosi 6,3 ha. Główna aleja dojazdowa do pałacu obsadzona została bukami. W północno-wschodniej części parku znajduje się cmentarzyk właścicieli dóbr gorajskich, na którym ustawiono krzyż i kamień upamiętniający księcia Wilhelma Bolka Emanuela von Hochberga.


Hrabia Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg (syn Jana Henryka XI oraz jego drugiej żony – Matyldy Urszuli zu Dohna-Schlobitten) urodził się 15 grudnia 1886 r. w Pszczynie. Dobra w Goraju odziedziczył w 1907 r. po śmierci ojca. Ożenił się z Zofią Anną Marią von Arnim, z którą miał troje dzieci: Elżbietę Ferdynandę (1910–1952), Jana Wilhelma Bernarda (1914–1945) i Annę Marię (1917–2000).

Hrabia Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg

Zofia Anna Maria von Hochberg z domu Arnim - żona hrabiego

Elżbieta Ferdynanda - starsza córka hrabiego

Jan Wilhelm Bernard von Hochberg -  syn hrabiego

Anna Maria von Hochberg  - młodsza córka hrabiego

Zamek Goraj

W pobliżu zamku wybudowano masztalernię z ujeżdżalnią koni i garażami, budynki straży pożarnej, ogrodnictwa oraz administracji leśnej. Wcześniej w Zdrojach (obecnie Gniewomierz) powstał drewniany dworek, który był pierwszą siedzibą Hochbergów na tym terenie, a po wybudowaniu Zamku pełnił funkcję dworku myśliwskiego.

Zdroje - obecnie Gniewomierz

Wystawa trofeów w Zdrojach

Gniewomierz

Pasje hodowlano - łowieckie i sygnalistykę myśliwską Hochbergowie kultywowali od pokoleń w Pszczynie ale też w rodzinie matki hrabiego Wilhelma Bolko Emanuela czyli wschodniopruskiego rodu von Dohna – Schlobitten w Słobitach. Również w otaczającej gorajski Zamek Puszczy Noteckiej wydzielono specjalne zagrody, nastawione wyłącznie na hodowlę jeleni. Zorganizowaniem gospodarstwa hodowlanego zajęli się Jan Targiel oraz Józef Kołoch – późniejszy łowczy hrabiego. W Zamku gościła i polowała głównie szlachta niemiecka, chociaż najokazalszego byka – „dwudziestaka” 18 września 1936 r. w rewirze Klempicz ustrzelił książę Czartoryski.

Budynek nadleśnictwa w Kruczu

Dochód majątku pochodził głównie z rolnictwa i leśnictwa. W gospodarstwie w Ciszkowie powstała gorzelnia, a w Smolarach tartak, do którego drewno dowoziła specjalnie pobudowana kolejka wąskotorowa. Przez kilka lat w głębinowej kopalni niedaleko Krucza, Hochbergowie eksploatowali węgiel brunatny. W latach 1885 – 1915 na dużą skalę prowadzili intensywne zalesienia na zdewastowanych nadmiernym wyrębem i zniszczonych przez gradację szkodników terenach leśnych. Cały areał leśny podzielony był na 3 nadleśnictwa – Krucz, Klempicz i Goraj.

Łowczy Józef Kołoch - 1937 r.

Hrabia Jan Wilhelm Bernard von Hochberg i Józef Koloch - 1938 r.

Duże, wylesione tereny, stałe dokarmianie zwierząt w zagrodach oraz prawidłowo prowadzona selekcja spowodowały, że w stosunkowo krótkim okresie wyhodowano wspaniałą populację jeleni. Polowania odbywały się wyłącznie w okresie rykowiska, od końca lipca do połowy października, a strzelano jedynie do wyselekcjonowanych samców – byków. W Zamku gościła i polowała głównie szlachta niemiecka, chociaż najokazalszego byka, „dwudziestaka” (na obu tykach poroża było łącznie dwadzieścia odgałęzień), 18 września 1936 r. w rewirze Klempicz strzelił książę Czartoryski. Trofeum – poroże strzelonego jelenia oraz sześć, a czasami nawet siedem kompletów jego wcześniejszych zrzutów, miało wartość samochodu osobowego.

W środku hrabia Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg

Z lewej Jan Wilhelm Bernard von Hochberg

Hrabia Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg zmarł nagle na serce w majątku swojej matki w Dąbrowie Niemodlińskiej (Śląsk Opolski) 24 maja 1934 r. Pochowany został 2 czerwca w ulubionym miejscu niedaleko Zamku. Sposób, w jaki traktował ludzi sprawił, że w pamięci okolicznych mieszkańców pozostał człowiekiem uczciwym i sprawiedliwym.

Pogrzeb hrabiego

Ceremonia ślubna Małorzaty von Wittenburg i Jana Wilhelma Bernarda von Hochberg - Wrocław 1944 r.

Zdjęcie ślubne Margarety i Jana Wilhelma Bernarda von Hochberg

Ostatnim panem na Goraju został hrabia Rzeszy Jan Wilhelm Bernard von Hochberg, urodzony w 1914 r. w Goraju. Kontynuował łowieckie tradycje swoich zacnych przodków. Pod koniec II Wojny Światowej został wcielony do armii niemieckiej i wysłany w okolice Trzemeszna k/Gniezna. Śmiertelnie postrzelony w styczniu 1945 r. przez niemieckiego żandarma niedaleko Obornik, zmarł w drodze do Zamku. Pośpiesznie pochowano go na ewangelickim cmentarzyku w Ludomkach. Dwa dni później hrabina Anna Maria Zofia wraz z córkami opuściła Zamek Goraj. W obawie przed nadciągającą armią radziecką, ewakuowały się do Niemiec.

 

Hrabianka Elżbieta Ferdynanda osiadła w Bethel niedaleko Bielefeld, gdzie zmarła w 1952 r. Hrabina Anna Maria Zofia wraz z młodszą córka Anną Marią zamieszkały w Lindau nad Jeziorem Bodeńskim. Hrabina zmarła 5 listopada 1984 r. dożywszy wieku 98 lat, natomiast hrabianka Anna Maria 4 września 2000 r. Ta ostatnia po wojnie odwiedziła Goraj trzykrotnie (ostatni raz w 1991 roku).

 

Obecni gospodarze obiektów zamkowych utrzymują kontakty z córką Anny Marii – Katarzyną von Vegesack, która odwiedziła Goraj już pięciokrotnie. Między innymi gościła w zamku w maju 2008 r., uświetniając uroczystość poświęcenia nowego krzyża na grobie jej dziadka, Wilhelma Bolko Emanuela von Hochberg oraz we wrześniu 2012 r. podczas obchodów 100 – lecia zamku.

 

Jeszcze jeden zamek należał do Hochbergów. Mowa tutaj o zamku w Roztoce

 

Zamek w Roztoce (niem. Rohnstock) powiat świdnicki, gmina Dobromierz) należał do Hochbergów w latach 1497-1945. W drugiej połowie XIX i w pierwszej połowie XX wieku był oficjalną rezydencją hrabiowskiej gałęzi Hochbergów, wywodzącej się od młodszego brata księcia Jana Henryka XI, kompozytora i dyrektora teatrów cesarskich w Berlinie, hrabiego Bolka Jana Henryka XIV i jego potomków. Dziś w rękach prywatnych.

Początki Zamku w Roztoce

Już w XIV wieku w Roztoce istniał zamek nawodny. W 1374 roku jako właściciel majątku rycerskiego wzmiankowany był Hentschel von Reibnitz. Jego potomek Christoph II sprzedał Roztokę 2 stycznia 1497 roku Conradowi I von Hochberg, staroście zamku grodzieckiego i księstwa świdnicko-jaworskiego. Po śmierci Konrada zamek odziedziczył jego syn Georg, który wprowadził w swoim majątku religię protestancką. W XVI wieku zamek przebudowano w stylu renesansowym. W opisach pochodzących z czasów wojny trzydziestoletniej mowa jest o dwóch murowanych domach mieszkalnych otoczonych fosą. Jeden z nich należał do Conrada, a drugi do jego brata Christopha. 5 marca 1650 roku, wraz ze śmiercią syna Christopha – Conrada, wygasła linia Hochbergów na Roztoce. Zapis testamentowy majątku na rzecz jego wuja Hansa Heinricha I – Pana na Książu, sprawił, że majątek pozostał w rękach rodu.

 


Gruntowna przebudowa renesansowego zamku na okazałą rezydencję w stylu barokowym miała miejsce za panowania Hansa Heinricha III i ukończona została w 1725 roku, o czym zaświadcza inskrypcja do dziś zachowana na dzwonie umieszczonym na zamkowej wieży. Autorem przebudowy był zapewne pracujący równolegle na Zamku Książ architekt Feliks Anton Hammerschmidt. Z tego okresu zachowała się zasadnicza bryła zamku wraz z wieżą od strony południowej oraz okazała, dwukondygnacyjna sala balowa z wystrojem malarskim plafonu. W tym samym czasie, na wschód od zamku założono ogród, zgodnie z modną wówczas francuską sztuką ogrodową, wzbogacony o różnorakie urządzenia parkowe, pawilony i rzeźby ogrodowe, z których do dziś zachowały się oranżerie i tzw. favorita – ogrodowa altana, służąca do odpoczynku i picia herbaty. O wyglądzie rezydencji w tym czasie zaświadczają rysunki wykonane przez Friedricha Bernharda Wernera.

W czasie wojen Śląskich Roztoka znalazła się na arenie wydarzeń wojennych. Po bitwie zwyciężonej przez armię pruską bitwie pod Dobromierzem 4 czerwca 1745 za swoją kwaterę wybrał Roztokę Król Fryderyk II. Ponoć był tak oczarowany pałacowym ogrodem, że nocował w namiocie pod gołym niebem. Na pamiątkę swojego pobytu w Roztoce podarował on ówczesnemu właścicielem zamku Hansowi Heinrichowi IV swój portret, który do 1945 roku był najcenniejszą ozdobą pałacowych wnętrz.

Fryderyk II Wielki

Hans Heinrich XIV, Bolko Graf von Hochberg auf Rohnstock, Frieherr zu Furstenstein

Urodził się 23 I 1843 r. w zamku Książ (Fürstenstein) na Śląsku. Po studiach prawniczych w Bonn i Berlinie przez dwa lata pracował jako attaché wojskowy ambasady Prus w Petersburgu i Florencji, skąd powrócił do swej posiadłości, zamku Rohnstock (Roztoka), aby poświęcić się studiom muzycznym. Jako kompozytor tworzył pod pseudonimem Johann Heinrich Franz. Był autorem opery „Folkenstein”, wydał wiele pieśni chóralnych i solowych, symfonii, tercetów, kwartetów oraz koncertów fortepianowych. Był twórcą Śląskich Festiwali Muzycznych w Görlitz (Zgorzelec). Jego działalność artystyczna i zdolności organizatorskie zwróciły uwagę dworu i w 1868 r. Cesarz Wilhelm I powołał go na stanowisko dyrektora Królewskiego Instytutu Teatrów w Berlinie. Odchodząc w 1902 roku był generalnym intendentem tej instytucji.


Zmarł 1 XII 1926 r. w prywatnym uzdrowisku Hochbergów, Szczawnie -Zdroju. Pochowano go w Roztoce. Hans Heinrich XIV, Bolko Graf von Hochberg za zasługi w dziedzinie popularyzowania muzyki został honorowym obywatelem miasta Görlitz. W Berlinie upamiętniono go nadając jednemu z placów nazwę Hochbergplatz.


Po śmierci kompozytora jego twórczość powoli ulegała zapomnieniu. Dopiero po latach prawnuk, hrabia Peter Konrad Friedrich von Hochberg (ur. 02 IV 1956 r. w Nadrenii) wraz z żoną, Anne Marie Rüther, zebrali twórczość pradziadka, na nowo odkrywając tego twórcę dla miłośników muzyki. Efektem ich pracy była płyta.

Największy rozkwit rezydencji w Roztoce przypada na XIX w. Obecny kształt i wystrój zawdzięcza zamek gruntownej przebudowie, jaka miała miejsce w latach 70-tych XIX wieku. Autorem projektu był nadworny architekt Hochbergów – Olivier Pavelt. Zmieniono wówczas wystrój elewacji, pozostawiając jednak nienaruszoną bryłę pałacu. Nowy wystój zyskały pałacowe wnętrza, ozdobione kosztownymi gobelinami, boazeriami, kunsztownymi sztukateriami i malowidłami. W stanie oryginalnym pozostawiono jedynie salę balową z okazałym, malowanym plafonem. Zleceniodawcą tej przebudowy był ówczesny właściciel Roztoki – Hans Heinrich XIV Bolko hrabia von Hochberg, znany w swoim czasie kompozytor, dyrektor Teatru Królewskiego, a następnie Opery Dworskiej w Berlinie. W reprezentacyjnych wnętrzach pierwszego piętra pałacu (piano noble) urządził Bolko własny salon muzyczny, w którym na honorowym miejscu stał jego fortepian.

Jednocześnie z przebudową pałacu urządzono w stylu angielskim rozległy park, o charakterze krajobrazowym, stanowiący naturalną otulinę przyrodniczą całego założenia.

Hrabia Bolko von Hochberg należał do najznamienitszych postaci w całej historii rodu. W 1858 roku odziedziczył Zamek w Roztoce wraz z dobrami w Nowy Zamek-Wierzchowice koło Milicza. Za czasów hrabiego Bolka rodzina Hochbergów znajdowała u szczytu swojej potęgi i zaliczała się do najbardziej wpływowych i majętnych elit pruskiej arystokracji. W tym okresie majątek roztoczański obejmował 1.271 morgów ziemi i przynosił prawie 3.300 talarów rocznego dochodu. Potwierdzeniem wyjątkowej pozycji rodu była pamiętna wizyta dwóch Cesarzy w Roztoce. 17 września 1890 roku przy okazji manewrów wojskowych w zamku gościł Cesarz Austro-Węgier Franciszek Józef I i Cesarz Niemiec Wilhelm II.

 

Hrabia Hans Heinrich XIV Hochberg, właściciel dóbr w Roztoce i dominium Nowy Zamek-Wierzchowice, miał okazję podejmować przed I Wojną Światową kajzera. Cesarz miał bowiem zwyczaj bywać na corocznych polowaniach u któregoś ze śląskich arystokratów. Kiedyś zapowiedział się u hrabiego Hochberga w Wierzchowicach koło Milicza. Wilhelm II przyjechał z Wrocławia swoim cesarskim pociągiem. Wysiadł w pobliskich Krośnicach, gdzie położony był słynny na całe Niemcy zakład leczniczy dla chorych psychicznie, prowadzony przez hrabiów Recke-Volmerstein. Oni to obiecali Hochbergowi, że obsadzą szpalerem ludzi drogę łączącą Krośnice z Wierzchowicami. Ponieważ Krośnice nie miały wielu mieszkańców, ze szpitala ściągnięto „lżejsze przypadki” chorych psychicznie. Cesarz wysiadł ze swej salonki na krośnickiej stacji. Przywitał się z okoliczną szlachtą i mieszkańcami, po czym wsiadł do eleganckiego, czterokonnego zaprzęgu hrabiego Hochberga. Kiedy powóz ruszył - tłum zaczął wiwatować. Największym temperamentem i entuzjazmem odznaczyli się pacjenci lecznicy wyjąc chwilami nieludzko. Aplauz, jaki zgotowali kajzerowi, był tak radosny i głośny, że poniosły konie. Spłoszone rumaki puściły się galopem, stangret nie mógł zapanować nad zaprzęgiem, a po bokach stał rozwrzeszczany tłum. Zwierzęta dały się okiełznać dopiero po kilku kilometrach w Wierzchowicach. Pod pałacem struchlały z przerażenia stangret nie mógł zejść z kozła. Blady Hochberg, z przyklejonym do ust niepewnym uśmiechem udawał, że nic się nie stało. Za to monarcha promieniał szczęściem. Jego próżność została w pełni zaspokojona wyrażoną tak żywiołowo radością. Usatysfakcjonowany równie gorącym, co spontanicznym przyjęciem, ufundował ze swych prywatnych środków budynek stacji kolejowej w Wierzchowicach, stojący tam po dziś dzień. Wilhelm II nigdy nie dowiedział się, komu zawdzięczał to entuzjastyczne powitanie. (źródło: http://ireneusz-kowalski.com ).

Wierzchowice

 Cesarz Austro-Węgier Franciszek Józef I i Cesarz Niemiec Wilhelm II w Roztoce

W 1860 roku przy znacznym współudziale finansowym Hochberga został wzniesiony w Roztoce nowy kościół protestancki, wzorowany na cesarskiej katedrze w Spirze.  W krypcie kościoła urządzono rodowe mauzoleom Hochbergów. W 1889 roku z inicjatywy hrabiego wybudowano w Roztoce pierwszy dworzec kolejowy, połączony linią kolejową z Strzegomiem, Jaworem i Bolkowem. Wieś stopniowo zyskała bardzo nowoczesną infrastrukturę, której mogło jej pozazdrościć niejedno dolnośląskie miasteczko.


W trudnych wojennych latach II Wojny Światowej właścicielem Zamku w Roztoce był hrabia Hans Heinrich XVIII. Już w 1942 roku musiał on udostępnić niektóre pomieszczenia zamku dla potrzeb Wermachtu. Najciekawszym wojennym epizodem w historii zamku jest fakt, że jego pomieszczenia zostały wykorzystane jako składnica muzealna dla cennych książek i archiwaliów ewakuowanych m.in. z Pruskiej Biblioteki Państwowej, archiwów i bibliotek wrocławskich oraz bezcennych obrazów ze Śląskiego Muzeum Sztuk Pięknych we Wrocławiu. W zamku schowano również część zbiorów wywiezionych z pobliskiego Książa. Jeszcze przed wkroczeniem do Roztoki Armii Czerwonej najcenniejsze zbiory zostały zabezpieczone i wywiezione osobiście przez głównego konserwatora Prowincji Śląskiej prof. Grundmanna. W lutym 1945 roku skończyła się prawie 450-letnia historia Hochbergów w Roztoce. Pałac uległ uszkodzeniu a pozostałe wyposażenie zostało rozszabrowane.


Od 1945 do 1973 roku gospodarzem zamku była Huta Pokój z siedzibą w Rudzie Śląskiej. W zamku urządzano letnie kolonie dla dzieci pracowników zakładu. Następnie zabytkowy zespół przejęły Zakłady Kuziennicze i Maszyn Rolniczych „Agromet” z Jawora, które gospodarowały w zamku do 1989 roku. Po tym czasie rezydencję przeznaczono na potrzeby Ochotniczego Hufca Pracy. Po rozwiązaniu Hufca w zamku urządzono hotel robotniczy dla 30 rodzin. W 1990 roku zabytek przejęła Gmina Dobromierz, by dwa lata później sprzedać go w prywatne ręce. W budynku zamku wykonano jedynie podstawowe prace zabezpieczające. Od tamtej pory zamek pozostaje nieużytkowy, w tym czasie doszło do dewastacji wielu cennych elementów wystroju i wyposażenia. Z wnętrza zabytku zniknęły m.in. piękne piece kaflowe.


W lecie 2017 roku powodowani szczerą fascynacją i miłością do zabytków, obecni właściciele  postanawiają odkupić opustoszały zamek, a z rewitalizacji zabytku uczynić projekt swojego życia. Wiedzeni tym niegasnącym uczuciem, dzięki współpracy wieloma zaangażowanymi fachowcami i ludźmi dobrej woli, nie ustają w wysiłkach, aby w zabytkowe mury tchnąć nowe życie.

 

Wracając do dóbr Hochbergów, to rozkwit rodzinnego majątku Hochbergowie zawdzięczali głównie Janowi Henrykowi X oraz jego synowi z numerem XI, który od 1855 roku zarządzał fideikomisami. Jan Henryk XI należał do najbogatszych ludzi Cesarstwa Niemieckiego, przy okazji był świetnym i bardzo nowoczesnym gospodarzem. Zamknął okolice swojej rezydencji przed wielkim przemysłem. Wiedział również co to public relations, a bogactwo pozwalało mu działać z rozmachem. Budował kopalnie. Kosztem wielu milionów marek regulował rzeki i osuszał bagna, we współpracy z instytutami naukowymi prowadził wielkie prace melioracyjne, do uprawy roli wprowadzał nawozy sztuczne i maszyny, zalesiał okolicę i sprowadził żubry. Te zwierzęta były elementem dobrze przemyślanego marketingu – na polowania do dóbr pszczyńskich przyjeżdżali niemieccy Cesarze. A jak wiadomo nic tak nie zbliża mężczyzn jak polowanie, do tego udane, o co zawsze dbał książę. Polował tu Wilhelm II ale wcześniej także Wilhelm I.

 

"Pismo "Katolik" donosiło - "4 listopada, we czwartek 1869 roku do Pszczyny przybył Król Prus Wilhelm I Hohenzollern. Jak się wydaje wizyta ta ma charakter raczej prywatny i jej głównym elementem są codzienne polowania. W piątek - jak podaje czasopismo „Katolik” - ubito 20 saren, 242 zające, 7 królików, 680 bażantów, dwie kuropatwy, jednego lisa i jedną sowę.  W sobotę 6 listopada 1869 roku ówczesny król, a późniejszy Cesarz niemiecki Wilhelm I, pojechał do Murcków na polowanie żubrów i jeleni. Na południowym polowaniu król ubił jednego z żubrów, sprowadzonych w roku 1865 z Białowieży na wymianę  za 20 jeleni."


W „Katoliku” czytamy dalej: "Ruszone przez zaganiaczy zwierzę z dziką wściekłością prosto pędziło ku Królowi, który go zręcznie kulą powalił; żubr poskoczył i odebrał drugą kulę od Króla, która go powaliła. Huczny krzyk i żywe wiwaty na cześć szczęśliwego strzelca rozległy się po lesie. 7 listopada w niedzielę Król powrócił do Berlina."

 

Już wtedy honorowano ubite zwierzęta złomem. Najwcześniejszą informację o myśliwych udekorowanych złomem znalazłem w opisie polowania z 1869 r., w którym król Wilhelm I, późniejszy Cesarz Prus, położył żubra w lasach Jana Henryka XI Fürst von Pless. Przystrojona (...) złomem brać myśliwska kazała zagrać specjalnie na tę okazję skomponowaną „śmierć żubra” i gdy grzmiącą fanfarą oddano w tradycyjny sposób sprawiedliwość każdemu gatunkowi zwierzyny, Jego Królewska Mość (...) udała się do zamku myśliwskiego w Promnicach". Należy dodać, że zwierzyna upolowana u Plessów, leżąca na pokotach, przykryta była dużymi złomami świerkowymi, zakrywającymi całą niemal komorę, miały one także charakter dekoracyjny.

 

W listopadzie 1909 roku Wilhelm II upolował wraz z dziesięcioma myśliwymi 1110 bażantów, z czego Cesarz osobiście ustrzelił 440 szt. Następnego dnia podczas samotnej wyprawy Cesarz ubił 8 dzików i 2 żubry. Jeden z nich, po wypchaniu, został pokazany na XVI Niemieckiej Wystawie Poroży w Berlinie.

 

O dobrach pszczyńskich i polowaniach na tym terenie dużo informacji znajduje się w Muzeum Zamkowym w Pszczynie i w publikacjach wydanych przez to Muzeum. Poniższe informacje pochodzą z książek: "Poroża jeleni - katalog zabytków. Autorzy: Izabela Wierzbowska, Jan Kruczek, Witold Brągiel", "Nieznane rysunki Ferdynanda hrabiego Harracha w księdze polowań księcia pszczyńskiego Hansa Heinricha XI von Hochberga. Autor: Jan Kruczek", "Z dziejów muzycznych Panów i Książąt Pszczyńskich. Autor: Jan Kruczek".


Lasy pszczyńskie zawsze słynęły z doskonałych jeleni szlachetnych. Były one przedmiotem wielkiej troski właścicieli dóbr pszczyńskich, zwłaszcza książąt Anhalt - Köthen Pless (1765 - 1846) oraz ich następców Hochbergów z Książa na Dolnym Śląsku. Wyznaczono dla jeleni ogrodzone zwierzyńce obejmujące obszar o powierzchni ponad 22 tys. ha. Zapewniając im doskonałe warunki bytowania i rozmnażania oraz ochronę książęcej służby leśnej. W 1855 roku dobra pszczyńskie objął we władanie książę Hans Heinrich XI Hochberg von Pless (1833 - 1907).  Był on znakomitym myśliwym. Na jelenie polował zarówno konno jak i pieszo. W Pszczynie zainicjował nowoczesną gospodarkę łowiecką. Dbał o stany zwierzyny łownej, zwłaszcza jelenia szlachetnego. Podjął także próby wsiedlania kanadyjskiego jelenia wapiti (1861 r.) oraz jelenia sika.

Książańska służba leśna na pamiątkowym zdjęciu z 1873 roku

Leśnicy pszczyńskiego księcia  - źródło: https://lekkim-okiem-m.blogspot.com

Gajowy Jana Henryka XI i zrzuty poroża jeleni z rewiru leśnego księcia pszczyńskiego - fot. archiwum Andrzeja Brandysa

Książę wynalazł używany po dziś dzień róg myśliwski, zwany na jego cześć Fürst-Pless-Jagdhorn. Warto zacytować artykuł Pana Jerzego Szołtysa pt. Srebrna Plesówka, który bardzo ciekawie opisuje historię tego rogu.


„Historia rogu myśliwskiego jest tak stara jak ludzkość. Już w epoce kamiennej używano do porozumiewania się naturalnych, przewierconych rogów turów lub innych pustorożców. W XVII i XVIII wieku nieodłączną częścią polowań dworskich był róg myśliwski typu Parforce. Doskonałą dokumentację tych łowów możemy podziwiać do dziś na litografiach Johanna Eliasa Ridingera (1698-1767) – malarza i rektora Akademii Sztuki w Augsburgu.
 
XIX wieku jednak tradycyjne konne polowania Parforce zaczęły powoli zanikać. Również w wyniku rewolucyjnych zmian z 1848 roku (Wiosna Ludów) pogłowie zwierzyny w Europie uległo drastycznej redukcji. Wiązało się to z przyznaniem prawa polowania drobnym właścicielom gruntów. W ówczesnych Prusach zwierzynę prawie że wytępiono. Po śmierci Jana Henryka X w 1855 roku, Księstwo pszczyńskie przejął jego syn Jan Henryk XI. Jako dobry gospodarz i zapalony myśliwy przystąpił do mozolnej odbudowy stanu zwierzyny sprzed Wiosny Ludów. Po kilku latach doprowadził gospodarkę łowiecką na ziemi Pszczyńskiej do wzorcowego stanu na skalę europejską. Na ten okres przypada na przykład budowa pałacyku myśliwskiego Promnice (1861r.). Wtedy to książę zauważył, że bez sygnałów porozumiewawczych na polowaniach trudno się obejść. Pamiętajmy, że nie było wtedy takich dóbr techniki jakimi dysponujemy obecnie. Rogi Parforce odchodziły w niepamięć, bo skończył się czas polowań konnych, a nastał czas polowań pędzonych pieszych i z podchodu. Róg Parforce, choć miał miękki, pełny dźwięk był jednak za duży i nieporęczny przy tej nowej formie polowań. Trudno było z nim przedzierać się przez zarośla, zagajniki i mokradła.

Książę Jan Henryk XI był bardzo muzykalny. Po przeglądzie wszystkich dostępnych w owym czasie instrumentów dętych stwierdził, że albo są za skomplikowane, albo za mało odporne mechanicznie do pracy w terenie. Zlecił więc wykonanie nowego wzoru instrumentu, który nazwano jego imieniem – Fürst Pless. Zaczął lansować w Europie zarówno ten nowy róg, jak i sygnały rodem z Pszczyny. Z dużą pomocą przyszedł mu niejaki J. Rosner – właściciel księgarni w Pszczynie. Księgarz ten był również bardzo muzykalny i w porozumieniu z Księciem, po wielu poprawkach, wspólnymi siłami, wydali w 1878 roku książeczkę z zapisem nutowym sygnałów, które praktycznie obowiązują do dziś.


Służba leśna w dobrach pszczyńskich, w miesiącach letnich często miała treningi w graniu na rogach połączone ze strzelaniem na strzelnicy do tarczy i celu ruchomego. Pomimo to, niewielu było leśników, którzy bezbłędnie potrafili zagrać w każdych warunkach pogodowych, np. w czasie silnego mrozu, wiatru lub gdy mieli problemy zdrowotne. Każdego roku 10 września, w dniu urodzin „starego księcia” (jak nazywano Jana Henryka XI), leśnicy pszczyńscy musieli prezentować swoje umiejętności w graniu na Plesówce (polska nazwa instrumentu) i strzelaniu. Dla najlepszych książę fundował cenne upominki. Tradycja ta była również kontynuowana po jego śmierci w 1907 roku. Zbiegało się to z początkiem rykowiska. Od 11 września przybywali do zameczku Promnice goście na polowania i przebywali tam praktycznie do połowy października.


W 1905 roku, w 50-tą rocznicę objęcia dóbr pszczyńskich, Jan Henryk XI otrzymał w prezencie od swoich myśliwskich przyjaciół, specjalnie wykonany na zamówienie róg pszczyński ze srebra. Książę używał tego instrumentu osobiście na reprezentacyjnych polowaniach. Po jego śmierci w 1907 roku, róg ten długie lata wisiał na ścianie w zamku Promnice, wśród broni i innych akcesoriów myśliwskich.


Ostatni łowczy książęcy Willy Benzel, który przybył do Pszczyny w październiku 1911 r. i pracował tam do końca 1937 roku, doskonale znał ten instrument. Jako, że sam był uzdolnionym sygnalistą wielokrotnie miał okazję go wypróbować. Opisuje, że miał odmienną barwę, od tych z mosiądzu. Podczas III Powstania Śląskiego, w nocy z 2 na 3 maja 1921 roku, uzbrojona grupa ludzi wtargnęła do zamku Promnice i zrabowała wiele cennych przedmiotów, w tym broń i srebrną Plesówkę. Nie wiadomo co się z nią stało – może jeszcze gdzieś istnieje? Pomimo poszukiwań nie udało się autorowi tego tekstu znaleźć jakiejkolwiek informacji na temat owego napadu na zamek. Może któryś z czytelników słyszał o tym wydarzeniu od swoich dziadków? Prosimy o kontakt z redakcją.


O srebrnej Plesówce pisze też ekspert w tej dziedzinie, prof. Uwe Bartels w swojej książce „Das Fürst-Pless-Horn und seine Tradition” (Róg pszczyński i jego tradycja). Ustalił on, że róg ten wykonany był ze srebra próby 800, przez firmę Eduard Kruspe z Erfurtu. Ważył 80 g – więcej niż taki sam instrument z mosiądzu. Instrumenty ze srebra były trudne do wykonania w owym czasie, gdyż materiał ten różnie zachowywał się przy kuciu.


Powołana w 1952 roku Fundacja „Hessischer Jägerhof ” zleciła wykonanie kilku kopii tej zaginionej srebrnej Plesówki. Stanowiły one trofeum przechodnie w krajowych zawodach zespołów sygnalistów myśliwskich do końca lat 70- tych XX wieku. Po trzech wygranych konkursach przechodziły na własność zespołu.”

Dokarmianie dzików

W 2017 roku ciekawy tekst o wapiti w Pszczynie przesłał mi Pan Andrzej Brandys z Kobiór, który, z małymi skrótami, w całości cytuję:

 

Do dnia dzisiejszego nie jest ustalona konkretna data kiedy jelenie wapiti dotarły do Pszczyny. Podaje się 1861 rok i w tymże roku tak je opisuje główny zarządca lasów Pszczyńskich von Aurich. Do dóbr Pszczyńskich wapiti dotarły pociągiem a transport trwał trzy dni, zostały ulokowane w Międzyrzeczu bo tam mieściła się ich zagroda, las ten a może inaczej, ten rejon Nadleśnictwa Pszczyna był najczęściej wybieranym terenem do reintrodukcjii jakiegoś gatunku. To tutaj była zagroda dla danieli sprowadzonych w 1854 roku oraz w późniejszym czasie żubrów, które zresztą jeszcze tam bytują. Książę zakupił 14 sztuk tych jeleni ponieważ był zapalonym myśliwym i tak to opisał w swoich wspomnieniach: "Ponieważ jeleń, a szczególnie duży jeleń (tak go podówczas nazywano dop. autora), jest tym zwierzęciem, do którego upolowania rwie się serce każdego gorliwego myśliwego, to od czasu, gdy zostałem właścicielem moich własnych rezerwatów łowieckich, dążę nieustannie do tego, aby nie tylko polować na możliwie największe jelenie, lecz również do tego, aby poprzez pielęgnację i ochronę dorobić się możliwie dużych jeleni. Z żyjących do dzisiaj gatunków jeleni za  największego zarówno pod względem masy ciał   również    rozmiarów    poroża należy niewątpliwie uznać kanadyjskiego jelenia ogromnego (wapiti), Cervus canadendis; osiedlenie tego gatunku jelenia w moich lasach było celem moich marzeń".

 

Krzyżowanie jelenia wapiti z pszczyńskim jeleniem szlachetnym nie powiodło się i w efekcie zrezygnowano z tej hodowli, chociaż domieszka krwi wapiti na pewno spowodowała u pszczyńskich jeleni szlachetnych niespotykane wagi poroży. Mieszańce przewyższały swoją masą i wielkością poroża byki jelenia szlachetnego, prawie dorównywały wielkością jeleniom wapiti, czteroletni mieszaniec nosił już wieniec czternastaka dorównując jego wielkością 9 letniemu jeleniowi szlachetnemu na grubych i mocnych odnogach. Dobre poroże u miejscowego szlachetnego jelenia łownego ważyło po zrzuceniu 6-7 kg, natomiast u ośmioletniego jelenia-krzyżówki, czyli takiego, który jeszcze długo nie będzie zwierzęciem łownym, poroże ważyło 8-9 kg, a u jelenia łownego do 13 kg. Uległ natomiast zmianie ich głos, był pół na pół rykiem byka wapiti i szlachetnego. Mimo starań jelenie wapiti padały, również mieszańce. Również spodziwane formy wieńca u mieszańców nie były zadowalające i książe zrezygnował z ich hodowli. Nadleśniczy Mayer tak opisał wieńce byków. Na wieńcach wapiti widzimy wyraźnie drabiniasta budowę korony, która w zasadzie nie jest żadną koroną tylko przedłużeniem tyk w bok i w górę skierowanymi końcówkami. Wieniec ten jest całkowicie jasno brunatny prawie bez uperlenia i stosunkowo cienki. Do 1884 roku zakończono wprowadzanie i eksperymentowanie z jeleniem wapiti w lasach pszczyńskich, większość sztuk została sprzedana reszta teoretycznie zlikwidowana".

Głaz Wilhelma I stoi w rezerwacie ,,Żubrowisko"

Nie dysponuę opisem polowania, którego ten głaz dotyczy. Wiadomości i fotografie o nim zaczerpnąłen ze strony internetowej http://www.jeleniepszczynskie.fora.pl.

Wiadomo, że głaz ustawiono na pamiątkę drugiego pobytu i polowania w Pszczynie Cesarza Wilhelma I w 1876 r.

 

Przetłumaczony na język polski wyryty na kamieniu napis

Internauta o nicku "tutejszy" podaje ciekawe informacje o powyższym głazie i poniższym porożu jelenia. "(...) ponieważ na tym kamieniu nie ma uwiecznionego 4 byka, który też został wtedy pozyskany przez Wilhelma I. Był to 16 tak ,byk ten chyba miał najcięższe poroże jakie zostało w naszych lasach pozyskane ale należy zaznaczyć że była to krzyżówka naszego jelenia z jeleniem wapiti (były sprowadzone w 1861 r) a że przestały się podobać księciu , popadły w jego niełaskę dlatego zostały wyeliminowane z naszych lasów ale należy zaznaczyć że geny tych jeleni jeszcze są przekazywane bo można czasami znaleźć zrzut czy spotkać jelenia z charakterystycznym kształtem poroża

Wieniec mieszańca wapiti z jeleniem szlachetnym strzelony w Pszczynie przez Wilhelma I 17 listopada 1876 r.

Udała się za to reintrodukcja żubrów. W wyniku wymiany z Carem Rosji Aleksandrem II, za 20 pszczyńsich jeleni sprowadzono z Puszczy Białowieskiej 4 żubry, które dały początek hodowli tych zwierząt. Z żubrów pszczyńskich, po 1919 roku,  nomen omen odrestaurowano żubry w Puszczy Białowieskiej.

Żubry pszczyńskie

Żubry w Pszczynie

Karmniki dla żubrów

Słynne carskie polowanie Cara Alekssandra II w Białowieży odbyło się 6 i 7 października 1860 roku. Pierwsi goście: książęta Karl i Albert von Preussen, August von Württemberg, Friedrich von Hessen-Kassel, Karl von Sachsen-Weimar przybyli do Białowieży w nocy z 4 na 5 października. Wśród nich prawdopodobnie był Hans Heinrich von Hochberg XI, który na tym polowaniu strzelił swojego pierwszego żubra. Książę miał wtedy 27 lat i w trzy lata później został członkiem dworu pruskiego a pięć lat później sprowadził, na drodze wymiany z Carem Aleksandrem II, żubry do Pszczyny.

 

Wiemy zatem, że sam książę pszczyński na żubra zapolował jeden jedyny raz w Puszczy Białowieskiej, kilka lat przed zdarzeniem sprowadzenia tych zwierząt do siebie. Nigdy nie wziął za cel żubra w swoich włościach. Wiemy też, że do odstrzeliwania na polowaniach w lasach pszczyńskich żubrów, następowała selekcja zwierząt. Najczęściej były to zwierzęta sprawiające kłopoty w stadzie, nie rozpłodowe i inne.  Widać tu znajomość tematu, troskę i jakieś dziwne umiłowanie księcia dla żubra, objawiające się wstrzemięźliwością strzelecką.

 

Tak więc pierwszego żubra w lasach pszczyńskich upolował w 1869 r. Cesarz Wilhelm I a ostatniego łowczy pszczyński Willy Benzel. Dobrze rozwijające się stado wyniszczyły dwie wojny światowe. Ostatni łowczy księcia pszczyńskiego, Willy Benzel, przybył do Pszczyny w październiku 1911 roku i sprawował tę funkcję do 1937 roku.

Po polowaniu w Jankowicach 1931 r. Willy Benzel w środku z lornetką

Willy Benzel urodził się na Pomorzu w rodzinie o myśliwskich tradycjach. W 1911 roku, niedługo po zdobyciu wykształcenia leśnego, objął posadę łowczego (Wildmeister) na dworze księcia Hansa Heinricha XV von Hochberg w Pszczynie i pełnił ją przez dwadzieścia sześć lat. Zwolniono go dopiero w 1937 roku, kiedy administrację nad lasami pszczyńskimi przejęła polska administracja. Kolejną pracę znalazł niedaleko, bo nieopodal Toszka leżącego już po drugiej stronie granicy dzielącej region między dwa państwa, a pod koniec wojny wyjechał do Niemiec. Tam kontynuował myśliwską pasję, a z czasem także spisał swoje wspomnienia łowieckie.


Benzela, przynajmniej na ziemi pszczyńskiej, zapamiętano jako postawnego i eleganckiego mężczyznę. Choć polskim władał słabo, a podobno nawet do świń kazał mówić po niemiecku, chwalono go za hojność i przyjazne podejście do autochtonicznej, górnośląskiej ludności. Z niektórymi pracownikami leśnymi korespondował aż do śmierci, a tak było choćby z rodziną Pośpiechów z Międzyrzecza, która opiekowała się żubrami i inną zwierzyną.

 

Książęcy łowczy dużo uwagi poświęcał etyce łowieckiej. Krytykował nie tylko kłusownictwo, ale też bezrefleksyjne naciskanie na spust przy każdej okazji, co skutkowało tym, że zwierzyna nie ma czasu osiągnąć dojrzałego wieku, a trofea są liche.

 

Zacytuję teraz tekst z Internetu, który znalazłem na https://pl.wikipedia.org dotyczący Willy Benzela:

 

"W październiku 1911 roku po odbyciu służby wojskowej do dóbr księcia pszczyńskiego Jana Henryka XV przybył młody 22-letni leśniczy Willy Benzel. Został on pomocnikiem starego lędzińskiego leśniczego Järischa. Na mieszkanie Benzela wyznaczono dom gajowego Polko w rewirze Ławki. Ze spisanych przez Benzela wspomnień dowiedzieć się można, że podczas prac leśnych w rejonie Płonego Bagna, ówcześnie nazywanego Czarcim lub Diabelskim, miejscowi milkli i żegnali się bojaźliwie.


Płone Bagno (dawniej Diabelskie lub Czarcie Bagno, niem. Teufelsmoor) – użytek ekologiczny, znajdujący się w południowo-wschodniej części Katowic, w dzielnicy Murcki, na terenie kompleksu Lasów Murckowskich.


Zapytany o powód tego strachu gajowy Polko nie chciał odpowiadać, a miejscowi ludzie także bali się o tym rozmawiać. Wspominano o zabiciu leśniczego, oraz że latają tam błędne ognie a nocą słychać tajemnicze wycia i trzaski.


Dopiero leśniczy Järisch udzielił Benzelowi pełnej odpowiedzi. Powiedział on, że poprzednikiem ławeckiego gajowego Polko był gajowy Liszko, bardzo sprawny urzędnik leśniczy, prowadzący ostrą wojnę ze złodziejami drewna i kłusownikami. W marcu 1905 r. jednej soboty gajowy Liszko nie wrócił do domu. Podejrzewano, że został u któregoś z kolegów na grę w skata. Następnego dnia leśniczy jednak nie wracał. Policja wszczęła więc poszukiwania. Nie przyniosły one jednak efektów – Liszki nie znaleziono. Järisch powiedział jednak Benzlowi, że na jednej ze stert niedopalonego drewna na zrębie nieopodal Diabelskiego Bagna znaleziono nadpalony but Liszki. Wśród okolicznej ludności rozpowszechniły się informacje o złych duchach, które porwały gajowego. Urzędnicy książęcy o rozsiewanie tych plotek podejrzewali sprawców zniknięcia Liszki. Tajemnicze odgłosy dochodzące z bagna Järisch uzasadniał natomiast bytowaniem tam wielu rzadkich gatunków zwierząt m.in. sów, czapli i żab. Słyszane przez miejscową ludność tajemnicze trzaski to odgłosy walk byków danieli natomiast za błędne ognie uważano licznie tam występujące robaczki świętojańskie. Niektórzy opowiadali nawet, że widzieli wystającą z bagna rękę Liszki, był to jednak jedynie biały korzeń pokryty odchodami ptaków. Gajowy Polko także obawiał się tego miejsca i na Diabelskim Bagnie był zawsze ostrożny. Na pamiątkę tych wydarzeń obok Płonego Bagna stoi drewniana przydrożna kapliczka, którą opiekują się mieszkańcy Ławek.


Z Płonym Bagnem łączy się jeszcze jedna historia spisana przez Willego Benzela związana z występowaniem żmij w rejonie Płonego Bagna. Miejscowi mówili, że są one tak jadowite, że każde ich ukąszenie jest śmiertelne. Podczas czyszczenia rowów przydrożnych przez taką żmiję został ukąszony leśny robotnik Klimek. Wiedząc co go czeka wyraził ostatnie życzenie – chciał się napić wódki. Wypił jej cały litr, a po wytrzeźwieniu wyzdrowiał i powrócił do pracy".

Willy Benzel

Tak to wydarzenie opisuje on sam w książce pt. „Wovon Jäger heute nur noch träumen. Von kapitalen Hirschen, starkę Rehbӧcken, grobenSaunen Und anderm Wild” w przekładzie Pana Romana Sikory '"Pszczyńskie lasy. Bagna Polesia":

 

„Książę (Jan Hochberg XV) zlecił mi odstrzelenie starego Wodana – takie bowiem nadano mu imię.  Póki jednak pozostawał w zaszyty w mateczniku, nie mogłem mu nic zrobić, toteż 15 września 1937 r. poprosiłem paru robotników leśnych, żeby wycisnęli go z młodnika do starodrzewu. Ponieważ nawet przy wolnym poruszaniu się trzeszczały mu stawy, mogłem go usłyszeć już ze znacznej odległości. (Wodan jako cielę został postrzelony w 1923 roku przez bandę kłusowników. Odstrzelono mu ogon oraz otrzymał postrzał w miednicę i łopatkę, te postrzały odczuwał na starość – dop. autora).


Kiedy przechodził przez lukę w drzewostanie, przyłożyłem broń do ramienia; dostrzegł ten ruch z odległości pięćdziesięciu kroków, zatrzymał się i skoncentrował uwagę na mnie. Wiedziałem, że biorąc pod uwagę wysokość kłębu, serce u żubra jest położone bardzo nisko, i ulokowałem kulę jak należy.


Strzał zaznaczył dwukrotnym zrywnym galopem, o co trudno było podejrzewać dwumetrowej wysokości kalekiego kolosa; następnie stanął, szeroko rozstawił nogi, zachwiał się i padł martwy”.

 

W środku Willy Benzel, z lewej Jakub Pośpiech i prawej August Kaszyca

 

Ciekawostkę o innym pszczyńskim żubrze w artykule Pana Marka Szołtyska pt. "Śmierć żubra Zygfryda" z października 2015 r. (Dziennik Zachodni), cytuję w całości:

 

"Pszczyna  kojarzy się z żubrami - i dobrze, a w tym roku mija dokładnie 153 lata, jak tamtejszy książę von Pless Jan Henryk XI Hochberg sprowadził te potężne zwierzęta do swoich lasów. W maju 1865 r. pierwsze cztery żubry przyjechały do Pszczyny jako dar Cara rosyjskiego Aleksandra II, w zamian za co dostał od księcia pszczyńskiego 20 dorodnych jeleni. Dzisiaj jednak przedstawię nieznaną historię o pszczyńskim żubrze imieniem Zygfryd. Opowiedziała mi ją Renata Waliczek, która mieszka na Nikiszowcu, ale pochodzi z Góry koło Pszczyny. Ta historia rozpoczęła się około 1939 r., kiedy po wsiach Ziemi Pszczyńskiej, od domu do domu, chodził pewien żubr. Pewnie przegrał rywalizację w stadzie i odtąd żył samotnie. Nie bał się ludzi, nie wyrządzał im krzywdy, a nawet nie robił strat w uprawach zboża. Po prostu żubr ten odwiedzał domy, wchodził na podwórka, a ludzie karmili go sianem, warzywami czy owocami. Tego sympatycznego żubra nazywano Zygfryd.

Zdarzenie to jest może nieprawdopodobne, ale zachował się pewien dowód prawdziwości tej opowieści. Otóż dziadek Renaty Waliczek, Brunon Waliczek, około 1940 roku zrobił temu żubrowi kilka zdjęć. Publikowane tu zdjęcie zrobiono w Studzienicach, gdzie żubr Zygfryd stoi na podwórku gospodarstwa rodziny Komraus, a kobiety wyszły nakarmić go sianem. Zdjęcie niezwykłe i niezwykła to historia. To jednak nie koniec. Bo wieść o oswojonym żubrze dotarła do uszu Hermanna Goeringa, jednego z przywódców hitlerowskich Niemiec. A że był on zapalonym myśliwym i robił sobie wtedy pod Berlinem prywatne zoo, to nakazał, by mu przywieźć tego śląskiego żubra. I tak Zygfryd pojechał ze Śląska do Niemiec. Tam jednak z tęsknoty za swoimi pszczyńskimi ziemiami zaczął chorować. Wtedy Goering nakazał, by do opieki nad nim sprowadzić kilka znanych mu Ślązoczek ze Studzienic. Ale to nie pomogło - i żubr Zygfryd zmarł."

 

Lasy pszczyńskie zaczęły słynąć z polowań na jelenie i żubry. "Stary książę" Jan Henryk XI, będący Wielkim Łowczym Cesarstwa Niemiec, organizował więc słynne polowania. Zaświadcza o tym księga myśiwska z lat 1857 - 1901, znajdująca się w Muzeum Zamkowym w Pszczynie. Została założona w powodu wizyty i polowania pierwszego znakomitego gościa, księcia Fryderyka Wilhelma, późniejszego Cesarza Fryderyka III, ojca Wilhelma II.

Księga polowań z lat 1857 - 1901

Celem księgi było upamiętnienie nazwisk gości. Obok wspomnianego, pierwszego wpisu, znajdują się w niej adnotacje  m.in. Cesarza Wilhelma I, Cesarza Wilhelma II, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga, przedstawicieli arystokracji niemieckiej i austriackiej, dyplomatów i członków rodziny Pless - również Ryszarda zu Dohna.

Wilhelm II w Pszczynie 1901 rok

Polowanie w Pszczynie 1905 r.

Zameczek myśliwski w Promnicach

Jedno z wnętrz pałacyku w Promnicach

Chcąc zadbać o zwierzynę do łowów, a także uatrakcyjnić czas po polowaniach, w 1861r. nad Jeziorem Paprocańskim w Promnicach koło Pszczyny pobudowano zameczek myśliwski w stylu angielskiego neogotyku. Od razu stał się leśną rezydencją, a zarazem typową stanicą dla potrzeb polowań organizowanych przez rodzinę Hochbergów. Aby ułatwić księciu i jego gościom komunikację z zameczkiem myśliwskim z zamku w Pszczynie wytyczono drogę konną, tzw. Reitweg, prowadząca do Promnic, nazywaną Myśliwską. Aleja, podobnie jak inne prowadzące do pozostałych posiadłości np. główna aleja zamkowa do Pałacyku Ludwikówka, Dzika Promenada do Bażantarni w Porębie, czy inna do zdroju w Goczałkowicach lub folwarku Czarne Doły, przebiegały wśród fragmentów lasów, pól i stawów stwarzających odpowiedni nastrój przed łowami.

Hochbergowie, bowiem tradycje te po 1907 roku podtrzymywał następca "starego księcia" Jan Henryk XV, na polowaniach gościli znakomitych gości. Przede wszystkim  Cesarzy: Wilhelma I, Fryderyka III i  Wilhelma II.

Anna von Hochberg, przyrodnia siostra Jana Henryka XV, szwagierka Daisy: "Promnice były bardzo piękne i jedyne w swoim rodzaju. Mieszkało się tam w rodku lasu, nie oglądało się żadnych innych ludzi poza swoimi i tymi ze stajni. Można było wchodzić i wychodzić bez ciągłego mijania lokajów i portierów. Tam było się naprawdę wolnym".


"Kiedy szliśmy z ojcem [Janem Henrykiem XI - red.] aleją św. Jadwigi spotykaliśmy tam często starych ojców albo matki, a oni padali zawsze na kolana i całowali rąbki naszych sukni i płaszczy, całowali też w rękę. Bardzo pięknym starym zwyczajem było tamtejsze pozdrowienie: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", na co myśmy odpowiadali "na wieki wieków, amen". Ludzie mówili to również po polsku, ale już nie wiem, jak to brzmiało".


"Prócz wielu koni, klaczy oraz dwu i czteroletnich źrebiąt znajdował się tam [przy stadninie] kurnik dla potrzeb zamku, w którym roiło się od wszelkiego ptactwa domowego, jak kury, gęsi i kaczki, a wiosną od małego przychówku".

Gęsi w Promnicach

Aleksander von Hochberg (Lexel) (pierwszy z prawej) z lokajem, pokojówkami i kucahrzem w Promnicach nad Jeziorem Paprocańskim

Aleksander (syn książnej Daisy i Hansa Heinricha XV) w samochodziku Tante Voss przed zameczkiem w Promnicach; fot. z ok. 1908 r.

Bracia Hans Heinrich XVII (Hansel) i Aleksander (Lexel) w Promnicach

Bracia Hans Heinrich XVII i Aleksander, synowie Jana Henryka XV i Daisy von Pless w Promnicach

Hans Heinrich XVII po polowaniu w Promnicach

 

W 2017 roku Pan Andrzej Brandys z Kobiór przesłał mi opisy polowań, które za Jego zgodą zamieszczam. Z opisów wynika, że były to rzezie zwierzyny w zagrodzonym zwierzyńcu.

 

"Nim żubry z Murcek zostały odesłane do lasów dolnych odbyły się tutaj dwa pierwsze polowania od prawie stu lat na ziemi Pruskiej. Jak przystało pierwszym który dostąpił tego zaszczytu był sam Pruski Król Wilhelm I. Polowania te było szeroko opisywane w różnych czasopismach tamtych czasów, pozwolę sobie przytoczyć dla przykładu parę z nich zachowując oryginalną pisownię. Polowania opisuje Nadleśniczy Prasse z Pszczyny:

 

Jedno z najbardziej rzadkich polowań zapisanych w kronikach myśliwskich odbyło się w dn. 6 listopada 1869 r. w należącym do Jego Książęcej Mości księcia Pszczyny nadleśnictwie Emmanuelssegen ( czytaj Murcki ). Po tym jak Jego Majestat, Król w swej własnej osobie zaszczycił wizytą Jego Książęcą Mość księcia Pszczyny, wziął on udział w zorganizowanym w dn. 5 listopada przez Jego Książęcą Mość księcia Pszczyny niezwykle owocnym polowaniu na bażanty, sarny i zające, podczas którego pomimo utrzymującej się niesprzyjającej pogody, która znacznie ograniczyła wynik polowania, ustrzelono 20 kozłów, 257 zajęcy, 806 bażantów, 2 kuropatwy, 7 królików, 1 lisa i 1 sowę. W sumie 1094 sztuki. 6 listopada w nadleśnictwie Emmanuelssegen, w rejonie chronionym Wygorzelle odbyło się paradne polowanie na zwierzynę płową, daniele i dziki, po którym nastąpiła wolna nagonka na żubry, które 4 lata temu Jego Książęca Mość zamienił u Jego Cesarskiej Mości Cesarza Rosji i które do tej pory rozmnożyły się z 4 do 8 sztuk.

Polowanie w Pszczynie

Śniadanie w lesie podczas przerwy w polowaniu

Polowanie na żubra, który zgodnie z tym, co podaje stary Flemming, już na początku ubiegłego wieku wskutek udostępnienia oraz przerzedzenia dużych środkowoniemieckich kompleksów leśnych zniknął z Niemiec Środkowych i został wyparty na Litwę oraz do Rosji, widzieli pewnie tylko nieliczni żyjący do dzisiaj szczęśliwcy z niemieckiego świata łowieckiego; dlatego dla niejednego myśliwego powinno być ciekawym dowiedzieć się czegoś więcej o przebiegu tej wyprawy myśliwskiej. Podczas polowania paradnego, które rozpoczęło się o godz. 10 i zakończyło o godz. 1 po południu, personel łowiecki w liczbie 60 naganiaczy starał się napędzić żubry, które z reguły trzymały się w stadzie, w kierunku rejonu leśnego Klein-Morzineck, gdzie na podwyższeniu znajdowało się stanowisko przeznaczone dla Jego Majestatu, dla którego Jego Książęca Mość przewidział odstrzał żubra. Po zakończeniu polowania paradnego spożyto śniadanie w urządzonej ze smakiem, przyozdobionej na sposób myśliwski jodłowymi i świerkowymi gałązkami hali, gdzie znamienitemu gościowi przyniesiono meldunek o tym, że naganiaczom udało się obstawić i zabezpieczyć wszystkie żubry we wspomnianym wyżej, liczącym ok. 200 mórg rejonie leśnym Klein-Morzineck.


Po krótkim odpoczynku po śniadaniu, Jego Majestat udał się na czele grupy myśliwych składającej się z najwyższych książęcych osobistości Śląska, poprzedzanej przez personel łowiecki w kierunku nagonki na żubra. Po dotarciu do linii naganiaczy, uczestniczące w polowaniu wysokie osobistości oraz personel łowiecki zatrzymali się, natomiast Jego Majestat w towarzystwie Jego Książęcej Mości księcia Pszczyny oraz pierwszego wielkiego łowczego, hrabiego zu Stolberga wszedł na teren nagonki i udał się do oddalonego o zaledwie kilkaset kroków stanowiska urządzonego w przestronnym drzewostanie świerkowym i olchowym, w odległości ok. 20 kroków od przepływającej przez rewir rzeczki Dupine. Teraz należało podprowadzić żubry na odległość strzału Jego Majestatu. W tym celu obaj łowczy wraz z leśniczym tego rewiru udali się do nagonki i starali się wolno i ostrożnie skierować zwierzynę w kierunku Jego Majestatu, podczas gdy krąg naganiaczy stał w miejscu i miał jedynie za zadanie zatrzymanie przy pomocy hałasu zwierzyny, w razie gdyby ta chciała przedrzeć się przez linię nagonki. Jednak te zazwyczaj dosyć ociężałe zwierzęta były zaniepokojone przygotowaniami do polowania, w szczególności obstawieniem linii nagonki; stały się płochliwe i początkowo naganiający je urzędnicy łowieccy nie byli w stanie podprowadzić zwierzyny w pobliże stanowiska Jego Majestatu. Wielokrotnie dochodziło do tego, że zwierzęta stawały się nawet niezwykle płochliwe i usiłowały przełamać linię nagonki; naganiaczom i nadzorującym ich urzędnikom łowieckim udawało się jednak zatrzymać je, chociaż kosztowało to dużo wysiłku. Po tym jak w ten sposób upłynęła prawie cała godzina i stawało się już coraz bardziej wątpliwe, czy ta nagonka zakończy się zdobyciem pożądanego trofeum łowieckiego, wyżej wymienionym, znajdującym się w nagonce trzem urzędnikom leśnym i łowieckim udało się poprzez szczucie psami rozdzielić zwierzęta, które rozpadło się na dwa różne, liczące po 4 sztuki stada. Rozdzielenie głównego stada dało w rezultacie pewną niepewność i lękliwość zwierzyny i o ile wcześniej była ona bardzo płochliwa i niweczyła starania trzech naganiających ją urzędników leśnych, to teraz dała się ona napędzić w kierunku stanowiska Jego Majestatu. Udało się podprowadzić grupę, w której znajdował się najsilniejszy żubr na odległość ok. 60 kroków od Jego Majestatu. Jego Majestat wystrzelił w kierunku najsilniejszego żubra dwie kule jedną po drugiej, z których jedna, jak się później okazało, weszła skosem wysoko nad łopatką i raniąc zwierzę powierzchownie wyszła z drugiej strony, natomiast druga przebiła nerkę. Chociaż żubr upadł po drugiej kuli, wkrótce jednak wstał, oddzielił się od stada, i zaczął uciekać przez rzekę Dupine. Jego Wysokość książę Pszczyny pośpieszył teraz za żubrem, który wkrótce znowu został osaczony przez psy i oddał do niego strzał dobijający, który doprowadził do szybkiego zgonu zwierzęcia. Jego Majestat, w najwyższym stopniu ucieszony tym pomyślnym wynikiem polowania, opuścił teraz natychmiast swoje stanowisko i z młodzieńczym zapałem łowieckim pośpieszył po chybotliwej kładce przez rzeczkę Dupine, aby osobiście przyjrzeć się z bliska swojej zdobyczy. Żubr został następnie przewieziony do rozłożonej już zwierzyny płowej, danieli oraz dzików i stanowił jej ukoronowanie, podziwiany przez dłuższy czas przez królewskiego myśliwego w otoczeniu swojego znamienitego orszaku. Tak zakończyło się królewskie polowanie, które w rzeczy samej było godne Króla."


Na koniec należy jeszcze wspomnieć, że ciężar całego żubra, którego ważącą 121 funtów głowę Jego Majestat zgodził się przyjąć, wynosił 9,5 cetnara, a Jego Majestat w ciągu tych dwóch dni polowania ustrzelił w sumie:


5 listopada: 7 kozłów, 95 bażantów, 32 zające, 1 królika, 1 sowę, w sumie 136 sztuk; 6 listopada: 1 żubra, 1 dwudziestaka, 1 szesnastaka, 1 dziesiątaka, 8 ósmaków, 12 sztuk zwierzyny płowej różnej wielkości, 5 danieli, 1 dzika głównego, 4 dziki dorastające, 4 dorastające lochy, 11 duże lochy, 9 małych loch, razem 48 sztuk; w sumie w ciągu obu dni 184 sztuki.

Artykuł Karola Miarki na łamach "Katolika" w 1869 roku (artykuł ukazał się 13 listopada 1869 r.)

Pszczyna. Odwiedziny Najjaśniejszego Króla u księcia pszczyńskiego. Po południu 4 listopada przyjechał Najj. Król do Mikołowa, skąd go wspaniała czwórka księcia pszczyńskiego o trzy kwadranse do ósmej przywiozła do Pszczyny. W Gostyni, Kobierze i Piasku przygotowali łuki tryumfalne a mnóstwo zebranego ludu witało hucznemi  wiwatami swego Monarchę. Przez miasto jechał powóz powolno , a przejechawszy bramę tryumfalną 45 stóp wysoką stanął przed zamkiem, gdzie go duchowieństwo, deputacyje sądu powiatowego i grono oficerów witało. Także tu zebrani byli goście na polowanie zaproszeni: książe ujazdzki, książe raciborski, książe Reus i inni książęta i dygnitarze.

Dworzec w Mikołowie

Wilhelm I (1797-1888) z dynastii Hohenzollernów, Król pruski w latach 1861-1888 i Cesarz niemiecki od 1871, odwiedził Mikołów przynajmniej raz, a mianowicie w 1869 roku. Stało się to przy okazji wizyty monarchy w Pszczynie, dokąd przybył on na zaproszenie ówczesnego księcia pszczyńskiego, Jana Henryka XI, by wziąć udział w polowaniu w lasach pszczyńskich.


Szczegóły przejazdu Króla przez Mikołów ujawnia gazeta "Jagd-Zeitung z 15 listopada 1869 roku:


"Dnia 4 listopada o godzinie szóstej wieczorem, specjalnym pociągiem od strony Katowic, do Mikołowa przybył Jego Wysokość Król Prus Wilhelm I wraz ze świtą, do której dołączył zaproszony na polowanie, w generalskim mundurze, nadprezydent hrabia zu Stolberg-Wernigerode.


Na odświętnie przystrojonym dworcu kolejowym w Mikołowie oczekiwali między innymi: Jego Książęca Mość - książę Pszczyny, starosta oraz władze powiatu pszczyńskiego i inne osobistości wszystkich stanów. Po krótkim przywitaniu dokonano przedstawienia oficjalnych gości, po czym król Wilhelm I oraz jego świta opuścili budynek dworca kolejowego i odjechali w ekskluzywnych powozach w dalszą podróż. Korowód prowadził lekki powóz, oświetlający pochodniami trasę przejazdu.


Z mikołowskiego dworca korowód ruszył ulicami: Gliwicką [obecnie ul. Prusa i Jana Pawła II], przez rynek i dalej ulicą Pszczyńską w kierunku Pszczyny. Po półtorej godzinie jazdy Jego Majestat oraz cały orszak, przy dźwięku pszczyńskich dzwonów i radosnych okrzyków, dotarł do wielkomiejskiego, oświetlonego i występującego z przepychem miasta Pszczyna". (źródło: https://mikopedia.fandom.com ).

Dnia następnego jechał Król przez ogród do bażanteryi (fazaneryi) a potem do Czarnych Dołów; gdzie się rozpoczęło huczne polowanie na bażanty, sarny i zające; o 5 godzinie powrót do Pszczyny, o godzinie 6 obiad; podczas obiadu grała kapela wojskowa ułanów. Pierwszego dnia ubito sarn 20, zajęcy 242, królików 7, bażantów 680, dwie kuropatwy, jednego lisa i jedną sowę. Król własnoręcznie zastrzelił 7 sarn, 32 zajęcy, 1 królika, 1 lisa, 1 sowę. W sobotę pojechał Król do Murcków na polowanie żubrów i jeleni. W Tychach wystawiono przy browarze książęcym ogromny łuk tryumfalny z beczek, ozdobiony wieńcami i kwiatami, a obok łuku była ustawiona kompania towarzystwa pogrzebowego dla żołnierzy, na czele kapitan, wojskowy lekarz sztabowy Dr.Stark z Bierunia. Na południowem polowaniu miał Król to szczęście, ubić jednego z żubrów (których przed kilku laty książe kilka sztuk dostał od Cesarza moskiewskiego). Ruszone przez zganiaczy zwierzę z dziką wściekłością prosto pędziło ku Królowi, który go zręcznie kulą powitał: żubr podskoczył i odebrał drugą kulę od Króla, która go powaliła. Huczny krzyk i żywe wiwaty na cześć szczęśliwego strzelca rozległy się po lesie. Dostojny gość powrócił 7 b.m. do Berlina. Wszystkie dworce kolei górno-śląskiej aż do Wrocławia były szumnie ozdobione, osobliwie w Gliwicach, gdzie Król się chwilę zatrzymał i z deputacyami rozmawiał. W Wrocławiu, gdzie go wszyscy dostojnicy Ślązka oczekiwali, najpierw podał dłoń księciu-biskupowi, a potem odbierał hołd od jenerałów, rektora wszechnicy, oficerów zgromadzonych i innych dygnitarzy. Po obiedzie na który także księcia-biskupa zaproszono, odjechał Król do Berlina".

 

Z  książki łowczego pszczyńskiego Hansa Hochberga XV,  Willego Benzela dzisiaj wiemy, że wspomniany żubr upolowany w 1869 roku przez Wilhelma I właściwie musiał być usunięty ze stada z racji dominacji w stadzie. Zrogował on innego byka tak, że jego róg przeszedł przez świecę (oko) i przebił się do mózgu. Żubrzycę, która w czasie rui nie uległa jego zalotom, także zrogował, łamiąc jej żebra i przebijając płuca. Tak więc książę Hans Hochberg XI upiekł dwie pieczenie przy jednym ogniu. Pozbył się ze stada niebezpiecznego żubra i ukontentował przyszłego Cesarza Niemiec Wilhelma I.

Książka wydana przez ASTRA WORLD z m. Zawadzkie w 2020 r. -

Jeszcze jeden opis wspomnianego polowania pochodzący z książki łowczego pszczyńskiego księcia Hansa Heinricha Hochberga XV. Willego Benzela pt. „Wovon Jäger heute nur noch träumen. Von kapitalen Hirschen, starkę Rehbӧcken, grobenSaunen Und anderm Wild” w przekładzie Pana Romana Sikory, pt. "Pszczyńskie lasy. Bagna Polesia":


„Wydarzeniem łowieckim o najdonioślejszym znaczeniu było przeprowadzone 6 listopada 1869 roku, w księstwie pszczyńskim po raz pierwszy, polowanie na żubra, które odbyło się w obecności i na cześć Króla Wilhelma I, późniejszego Cesarza niemieckiego, przebywającego w gościnie u Księcia Pszczyńskiego w dniach od 4 do 7 listopada pomienionego roku.

W książęcym archiwum znajduje się opis owego wydarzenia autorstwa nieznanego z nazwiska świadka, który nie tylko przebieg rzeczonych łowów przedstawia z naoczną wiernością, ale także oddaje towarzyszący im nastrój i atmosferę. Należałoby więc dosłownie go tu przytoczyć” – pisze Willy Benzel.


„Jego Kr0ólewska Wysokość z największą łaskawością przyjął od Księcia Pszczyńskiego zaproszenie na polowanie na tura.


Po odbytym dzień wcześniej polowaniu na bażanty i zające, które mimo kiepskiej pogody było pod względem rozkładu nad wyraz udane, o godzinie ósmej rano nastąpił wyjazd czterokonnych wozów wiozących dostojnych uczestników polowania na miejsce zbiórki w siedzibie nadleśnictwa oddalonego o cztery mile od Pszczyny, Jego Wysokość zaś, w towarzystwie tylko Księcia, opuścił zamek pół godziny później, również w pojeździe zaprzężonym w cztery lekkie konie i pokonał wspomnianą odległość w godzinę, mimo częstych postojów przy wzniesionych po drodze gustownie wykonanych bramach triumfalnych.


Po przywitaniu przez sześćdziesięciu książęcych sygnalistów Jego Wysokość wysiadł z konki i prowadzony przez Księcia, ruszył szpalerem jednakowo umundurowanych, brodatych gajowych ku specjalnie przygotowanemu stanowisku. Inni panowie zostali przez książęcego myśliwego rozmieszczeni na stanowiskach zgodnie z najwyższym kunsztem łowieckim i zaledwie rozległ się sygnał oznaczający rozpoczęcie pędzenia, jak padające na  stanowisku Jego Wysokości jeden po drugim strzały zaświadczyły, że łowczy książęcy na rzeczy się zna. Także na innych stanowiskach strzały padały gęsto, nie wszystkie kule polatywały bezpiecznie – aż po dwóch godzinach dano sygnał rogami zakończenie polowania i zaproszono na śniadanie. Myśliwi przychodzili parami przed okazałym rozkładem stanowiska królewskiego. Przy radosnym akompaniamencie fanfarów Jego Wysokość odjechał na śniadanie.


W tym celu udano się do pawilonu myśliwskiego chroniącego przed górnośląskim klimatem. Pośrodku sali przyozdobionej świerczyną i wieńcami jeleni ułożono z sarnich parostków napis wyrażających imię Jego Wysokości. Zatroszczono się jednak nie tylko o żołądki, także ucho cieszyły melodie wygrywane przez brać myśliwską na instrumentach dętych.


W międzyczasie doniesiono, że leśnicy i naganiacze wytropili i ostanowili tura; wszyscy myśliwi z jego wysokością na czele w wielkim rozgorączkowaniu wsiedli na wóz i udali się na miejsce, gdzie miał się rozegrać ostatni akt wielkich łowów.


Na dwustumorgowym terenie porośniętym olchą i świerkiem i przyciętym wielkim przekopem naganiacze osaczyli osiem turów. Stanowiskiem Jego Wysokości była solidna wyżka wznosząca się na sześć stóp, stojąca w samym środku miotu i o kilka kroków od przekopu: oprócz Jego Wysokości na ambonie zasiadł łowczy książęcy i nadłowczy hrabia Stollberg. Pozostali panowie uczestniczący w polowaniu zostali rozmieszczeni w odległości około czterystu kroków na moście łączącym oba brzegi przekopu, skąd mogli obserwować przebieg pędzenia. Wiele na moście debatowano w kwestii możliwości obrony przed jakimś rozjuszonym bykiem, padały na ten temat gustowne i niegustowne żarty, póki ukazanie się chmary danieli nie poświadczyło dowodnie, że pędzenie się rozpoczęło.


Wtem spomiędzy świerków wypadł, napierany przez dwóch strzelców z psami, wielki kudłaty zwierz, który w biegu przesadził kanał. Rozlegające się krzyki i granie rogów wskazały, że zwierz próbował przebić się przez linię naganiaczy. Pięć razy się to powtarzało, co bardzo podgrzało emocje. Nagle jeden z byków, postawiwszy ogon i opuściwszy rogi, zwrócił się przeciw jakiemuś śmiałemu psu. Dopiero za szóstym razem udało się napędzić na strzał przeznaczonego do tego byka, który znacznie przewyższał inne wielkością, zaś Jego Wysokość, w najwyższym stopniu gorączką łowów owładnięty, błyskawicznie posłał mu dwie kule, z których druga okazała się śmiertelna.


Po drugim strzale zwierz padł, podniósł się jednak, wolno przeszedł na drugą stronę kanału i zatrzymał się między olchami. Zaraz został ostanowiony przez posokowca, przybiegł łowczy i dał rozstrzygający strzał.


Zaledwie wybrzmiał dźwięk roku obwieszczający śmierć majestatycznego zwierza, jak Jego Wysokość z młodzieńczym wigorem pospieszył po wąskiej belce przez kanał i przeszedł liczne na tym podmokłym terenie wypełnione wodą rowy, by oddać się podziwianiu wspaniałej zdobyczy. Co tchu przybieżeli też panowie myśliwi, którzy przyglądali się łowom z mostu, i wkrótce tłumek składający się z dostojnych panów myśliwych, strzelców i zaciekawionych naganiaczy otoczył napawającego strachem żubra Nibelungów.


Chłopski wóz omal nie złamał się pod wielkim ciężarem, odwiózł zdobycz na miejsce pokotu, gdzie odegrano na rogach specjalnie w tym celu skomponowany sygnał „Żubr na rozkładzie” (Cały rozkład wyniósł 9 jeleni, 30 łań, 41 danieli i 62 dziki).


Po zwyczajowym odegraniu każdemu gatunkowi odpowiedniego sygnału Jego Wysokość, żegnany przez myśliwych i naganiaczy gromkim „hura!”, wsiadł na wóz i udał się do urokliwego dworku myśliwskiego Promnice; reszta myśliwskiej braci podążyła za nim.


Na miejscu powracających przywitały panie rodziny książęcej. Ze wszystkich stron składano podziękowania dostojnemu gospodarzowi, który zadał sobie trud osobistego poprowadzenia obu pędzeń i którego mistrzowskie opanowanie myśliwskiego rzemiosła umożliwiło osiągnięcie tak unikalnego wyniku”.

 

Drugim nie mniej ciekawym polowaniem było polowanie następcy tronu Fryderyka Wilhelma, późniejszego Cesarza  Fryderyka III, który polował w lasach Pszczyńskich jeszcze  jako książę w 1871 roku.

 

"Gdy Siegfried, bohater naszej narodowej sagi, polował w Wasgenwald, to „położył on", jak zaświadcza Pieśń o Nibelungach, „bizona", zwierza, którego nazywamy dziś żubrem. Obecnie tego króla niemieckich lasów nie można już wprawdzie spotkać w Niemczech, lecz w lasach białowieskich na rosyjskiej Litwie żyje do dziś troskliwie pielęgnowane dzikie stado, z którego pochodzą egzemplarze znajdujące się w naszych ogrodach zoologicznych. Stamtąd Heinrich von Pless sprowadził w 1865 r. trzyletniego żubra-byka oraz trzy dorosłe samice i kazał je umieścić w swoich obfitujących w bagna, gęsto porośniętych poszyciem lasach w Emanuelssegen (koło Katowic, na Górnym Śląsku). Od tamtego czasu stado rozrosło się do 14 sztuk, aż przed dwoma laty niemiecki Cesarz Wilhelm I ustrzelił podprowadzonego mu byka a 19 listopada ubiegłego roku jego syn, następca tronu późniejszy Fryderyk III położyć byka, który narodził się w Emanuelssegen i był jeszcze większy niż ojciec stada. Ponieważ polowanie na żubra - w każdym razie w Niemczech - jest czymś niezwykłym, to czytelnicy z pewnością prześledzą z zainteresowaniem moją, opartą na tym co widziałem własne oczy, relację.

Fryderyk III jeszcze jako książę Friedrich Wilhelm Nikolaus Karl von Hohenzollern

Pisanie w tym miejscu o rozmiarach i rentowności znakomitych książęcych lasów pszczyńskich przekraczałoby cel i objętość niniejszego szkicu myśliwskiego; aby wyrobić sobie pogląd w obu tych kwestiach, wystarczy wyjaśnienie, że do niedawna długość ogrodzeń wynosiła pełne 32 mile, oraz to, że w ubiegłym roku jedno z czterech nadleśnictw wniosło do głównej kasy ok. 94,000 talarów brutto za sprzedane drewno.


Do przybycia następcy tronu, które zgodnie z instrukcją polowania miało nastąpić około godz. wpół do dziesiątej, pozostawało jeszcze prawie dwie godziny czasu; jednak upłynęły one prędko na oglądaniu ożywionej zwierzyny, którą można było obserwować z miejsca zbiórki. Tłumy naganiaczy zgromadziły się już wokół potężnie płonących ognisk, a komenderujący książęcy myśliwi udawali się jeden za drugim w stronę koni oraz wozów, aż naliczyliśmy ok. 30 okazałych mężczyzn; najokazalszym z nich był były przyboczny myśliwy księcia, który wiernie towarzyszył swojemu panu we wszystkich wyprawach myśliwskich do Egiptu, Afryki Wschodniej, itd., a swoją podobną do Huna sylwetką przewyższał wszystkich swoich kolegów o stopę. Na koniec pojawił się również pan inspektor leśny z dwoma nadleśniczymi, pozdrowił nas, którzyśmy się mu przedstawili i pozwolił nam brać udział w polowaniu „wprawdzie", jak zauważył ze śmiechem, „tylko jako naganiacze". Niedługo potem pojawił się następca tronu.

Natychmiast na komendę inspektora leśnego wszyscy ubrani w kurtki myśliwskie, spodnie w stylu Manchester i buty z wysokimi cholewami uczestnicy polowania uformowali się w dwa długie szeregi i trzymając w prawej ręce róg myśliwski, w lewej ostry jak brzytwa oszczep na dziki czekali na towarzystwo myśliwskie, które zbliżało się w dwóch dużych eleganckich wozach myśliwskich, z których każdy ciągniony był przez dwa wspaniałe konie pełnej krwi. Następca tronu wysiadł jako pierwszy i przystąpił do zebranych witając ich dziarskim pozdrowieniem „Weidmanns Heil", które zostało gromko odwzajemnione. Również pozostali panowie, z których wymieńmy księcia Heinricha von Pless, księcia von Ratibor, księcia von Ujesd, hr. Kleista, hr. Eulenburga, hr. Maltzahna, hr. Brandenburga, zgrupowali się w międzyczasie obok i za następcą tronu, po czym ten oświadczył, że nie chce, aby mu przypędzono żubra, lecz życzy sobie sam go podejść. Ta wypowiedź była początkowo jak grom z jasnego nieba dla mojego towarzysza i mnie, ponieważ znaczyło to, że będziemy pozbawieni pierwszej, najciekawszej części polowania, jednak widząc radość braci myśliwskiej na te słowa księcia, który w prawdziwie myśliwski sposób wolał trudniejsze i bardziej niebezpieczne „podejście" zwierza, musieliśmy się w końcu z tym pogodzić i przynajmniej wzrokiem podążaliśmy za następcą tronu, który, gardząc powożonym przez łowczego wozem, pieszo, w towarzystwie księcia Heinricha i jednego ze swoich przybocznych myśliwych rozpoczął ciekawy podchód, podczas gdy pozostałe towarzystwo myśliwskie zgromadziło się wokół promieniujących przyjemnym ciepłem płonących stosów drewna. Teraz nastąpiła dłuższa, dość cicha, pełna oczekiwania pauza, od czasu do czasu przerywana tylko tu i ówdzie dyskusjami, czy również na tej drodze szczęście uśmiechnie się do Hohenzollerna, gdy nagle dochodzący z niewielkiej odległości ostry odgłos strzału ze strzelby rozstrzygnął wszelkie spory. Wśród obecnych natychmiast dało się zauważyć radosne ożywienie, które było tłumione jedynie przez niektórych miejscowych leśników, którzy twierdzili, że jest rzeczą niemożliwą, aby jedna kula wystarczyła do powalenia takiego kolosa. I tak jak gdyby sam los chciał potwierdzić ich słowa, usłyszeliśmy w tym momencie po raz drugi, i trzeci podobny do trzasku bicza odgłos wystrzału z flinty i zaraz po tym z dalekiej odległości rozległ się wydany przez samego księcia Heinricha sygnał: „Żubr martwy!". Monstrum zostało więc położone. Nie podjęto żadnych mających zapewnić bezpieczeństwo kroków; wprost przeciwnie, następca tronu w towarzystwie jedynie księcia i wspomnianego wyżej przybocznego myśliwego przemierzył pieszo połowę terenu polowania i spotkał liczące 8 sztuk stado żubrów pasące się na polanie. Teren pozwolił na podejście na odległość ok. 80 kroków, z której to odległości następca tronu ugodził żubra pierwszą kulą, która utkwiła trochę za łopatką. Stado natychmiast zaczęło uciekać galopem, natomiast, ranny zwierz ze złością rozdeptywał kopytami ziemię polany. Druga, widocznie śmiertelna kula, która utkwiła zaraz obok pierwszej, sprawiła, że olbrzym zaczął się chwiać, spoglądając tępym, pełnym wściekłości wzrokiem na zuchwałego, stojącego już swobodnie strzelca, będąc już jednak na szczęście zbyt słabym, aby się na niego rzucić, aż trzeci, wystrzelony z litości pocisk rzucił go z hukiem na ziemię. Natychmiast gospodarz polowania przyozdobił swojego dostojnego gościa zwyczajową gałązką jodły, po czym następca tronu powrócił niezwłocznie na miejsce zbiórki, zbierając po drodze gratulacje od pozostałych panów myśliwych, którzy po pierwszym strzale wyruszyli mu naprzeciw. Teraz rozpoczęła się druga część polowania.

Uformował się orszak myśliwych; całe towarzystwo z oszczepami na dzika na ramionach, wygrywając wesołe melodie, pociągnęło w stronę spędzonej zwierzyny za nimi postępował następca tronu z towarzyszącymi mu osobami, a na końcu szliśmy my, skromni naganiacze. Po kwadransie doszliśmy do rejonu polowania. Miał on postać podłużnego czworokąta o powierzchni ok. 400 mórg, porośniętego potężnymi jodłami, jesionami, dębami, bukami i wiązami bez żadnego poszycia. Był on otoczony z dwóch stron ogrodzeniem, z trzeciej strony rozwieszono długie na 12 stóp płótna, tzw. szmaty, natomiast czwarta strona osłonięta była siatkami z grubego na palec sznura. Poprzedniego wieczora siatki te zostały pod nadzorem łowczego opuszczone i podczas nocy w rejon ten została napędzona zwierzyna. Również teraz, gdy pochód myśliwych przybył przed ścianę z siatki, dwaj postawieni tam na posterunku leśnicy opuścili jej część. Pochód przeszedł przez tę lukę i wraz z ostatnim uprawnionym mężczyzną, plecionka powędrowała powrotem w górę i szybko została zabezpieczona palami przed ewentualnym atakiem zwierzyny.


„Byliśmy więźniami", jak zauważył z uśmiechem łowczy, i musieliśmy teraz bez zmiłowania do końca polowania brać udział w nagonce. Radząc nam, „abyśmy nie dali sobie rozerwać spodni przez jakiegoś nieprzyjaznego odyńca", pospieszył na czoło polowania. Jakieś sto kroków od wejścia, pod potężnym dębem znajdowało się stanowisko następcy tronu, widoczne już z daleka dzięki różnym białym tablicom, umieszczonym na rosnących obok jodłach, wskazujących, że niemiecki cesarz, podobnie jak następca tronu na tym stanowisku takiego i takiego dnia położyli tyle i tyle zwierzyny.


Po dotarciu do utworzonego z gałęzi jodłowych podobnego do ambony stanowiska, pochód zatrzymał się; następca tronu, w towarzystwie obu swoich nadwornych myśliwych, łowczego oraz jednego uzbrojonego w oszczep na dzika leśniczego, pożegnał się z księciem, i całe towarzystwo poszło dalej wzdłuż ogrodzenia, w kierunku drugiego, oddalonego o ok. 200 kroków stanowiska. Znowu oddzielił się jeden z panów i w ten sam sposób zostały jeszcze obsadzone kolejne dwa stanowiska, przy czym za każdym razem do strzelca dołączył człowiek z oszczepem na dziki.


W końcu uformowała się również cała kolumna naganiaczy, rozbrzmiał sygnał łowczego do rozpoczęcia polowania i przez całą linię przebiegła komenda „Naprzód!".Już po kilku krokach zauważyliśmy wprost przed sobą duże, liczące może 30-40 sztuk stado dzików; stały one zbite ciasno koło siebie nawzajem, pokryte sierścią łby skierowane były w naszą stronę i tworzyły tak bardzo zbitą masę, że kula ostatniego niedzielnego strzelca musiałaby zranić wiele sztuk. W miarę jak do nich podchodziliśmy, ciasno zbity kłębek zaczął się rozluźniać, stado poczłapało chrząkając w stronę następcy tronu i zaraz po tym usłyszeliśmy również padający stamtąd pierwszy strzał.

Wydawało się, że wraz z jego odgłosem prysł jakiś czar. Natychmiast ze wszystkich stron rozległy się trzaski wystrzałów, szczególnie ze stanowiska następcy tronu, widocznego pośród potężnych pni, skąd widzieliśmy unoszące się co chwila do góry obłoki dymu strzelniczego.


Na dokładniejsze obserwacje nie mieliśmy jednak czasu. „Cała linia front!" rozbrzmiała komenda, a my zbieraliśmy się z powrotem do nagonki w tym samym terenie, jednak tym razem do tyłu. To drugie podejście było w każdym razie najciekawsze w całym polowaniu. Nie padło jeszcze wystarczająco dużo zwierzyny, aby cała arena stała się bardziej pusta: wprost przeciwnie, wystraszone stada przedstawiały częściowo wspaniały, po części zaś żałosny widok.


Gdy mianowicie podeszliśmy bliżej do jednej z takich stłoczonych z przerażenia grupy jeleni łopataczy, te wspaniałe stworzenia chciały oczywiście dać przed nami drapaka; jednak skonsternowane strzałami z tyłu i nauczone przez instynkt, że my jesteśmy najmniej niebezpiecznymi wrogami, wiodące zwierzę energicznym ruchem skierowało nagle swoje poroże ku nam i zaczęło biegnąć kłusem w naszym kierunku, a za nim podążyły posłusznie pozostałe. Pomimo całego naszego współczucia, nie mogliśmy oczywiście dopuścić do wyłomu i z głośnym krzykiem rzuciliśmy się naprzeciw atakujących nas zwierząt; jednak im więcej robiliśmy hałasu, tym mniej niebezpieczni musieliśmy się wydawać mądremu przywódcy stada, ponieważ ani przez chwilę nie był on zmieszany naszą szalejącą gromadą, leciał dając potężne susy ku nam i przemknął nad zdumionym naganiaczem, który zdążył się w porę pochylić. Nic nie pomogło, że rzucaliśmy w kierunku biegnących za nim zwierząt kije i to, co komu w danej chwili wpadło pod rękę - te dzielne zwierzęta sztuka po sztuce przecinały powietrze we wspaniałym i szlachetnym pędzie i po chwili były, przynajmniej podczas tej nagonki, uratowane. Patrzyłem jeszcze na uciekające zwierzęta, gdy jakaś silna ręka porwała mnie na bok i jednocześnie leśnik zawołał do mnie szorstkim głosem: „Panie, niech pan uważa, ten czarny osobnik tam przed nami chce się właśnie panem zająć!"


Zaskoczony, jednak w żadnym wypadku nieprzestraszony skierowałem wzrok we wskazanym kierunku i poczułem jednak, że nadszedł już czas aby poszukać sobie jakiegoś pnia na kryjówkę, ponieważ, do tej pory schowany w wysokiej trawie, prezentował się przede mną, siedząc na tylnych łapach, widocznie podstrzelony dzik, który, ponieważ stałem najbliżej niego, ani na chwilę nie spuszczał mnie z oczu i głośnym kłapaniem ostrzył swoją broń, przy czym obfity pot spływał z jego boków. Nie można się było długo zastanawiać. Leśnik, młody, silny mężczyzna, skoczył o krok do przodu, ugiął przy tym prawą nogę, tak że kolano dotykało prawie ziemi, skierował swój ostry jak brzytwa oszczep w stronę przeciwnika i czekał na szalejącego dzika, który również nie zwlekał ani sekundy z przyjęciem wyzwania. Chrząkając ochryple dzik pogalopował ku nam i tak mocno nadział się w sam środek piersi na broń, że leśnik nie dał rady wytrzymać uderzenia, lecz prawie upadł na bok. Nie groziło mu już jednak żadne niebezpieczeństwo, ponieważ żelazo zanurzyło się aż po rękojeść w ciele dzika, poza tym pod ręką było już dwóch innych leśników, którzy dokończyli dzieła.


Takich przyjemnych intermezzów zdarzało się jeszcze więcej co chwila w pobliżu nas, tu i tam na odmianę widziałem łopatacza, który leżał w trawie ciężko postrzelony i patrzył ku nam w śmiertelnych drgawkach, aż ktoś ciosem noża myśliwskiego litościwie zakończył jego mękę. Strzelby strzelały przy tym bez przerwy. Wszędzie, od naganiaczy aż do stanowisk szczęśliwych strzelców widać było położoną zwierzynę i wyraźnie dało się zauważyć mniejszą liczbę zwierząt, w szczególności dzików. Przy czwartej nagonce naliczyliśmy już niewiele dzików; musiały więc one albo paść ofiarą kul, albo też przedrzeć się przez siatkę, jak wyjaśnił nam z mocnym przekleństwem łowczy, który w ogóle spoglądał właśnie z na wpół posępnym, na wpół bolesnym wzrokiem na swoich zaszczutych leśnych ulubieńców. Również my byliśmy zmęczeni tą masakrą i żałowaliśmy szczególnie delikatnych cieląt, które prawie nieżywe ze strachu i wyczerpania ciągle jeszcze próbowały podążać za matką, jednak z powodu słabnących sił padały na ziemię, aż któryś z leśników lub naganiaczy pomógł im z powrotem wstać na nogi, przy czym z każdym razem rozbrzmiewało „Hurra", gdy biedne zwierzątko uciekało w podskokach. Następcy tronu chyba również przyszły do głowy podobne myśli, że już tego wystarczy, albo też czas naglił - w każdym razie po szóstej nagonce rozbrzmiał z jego stanowiska sygnał „Polowanie zakończone", po czym zadowoleni pospieszyliśmy w stronę wyjścia.
 
Już podczas podchodzenia do stanowisk różnych panów myśliwych widzieliśmy niejedną piękną sztukę, jednak było to nic w porównaniu ze wspaniałym odcinkiem, którym mógł się wykazać na koniec nagonki następca tronu! W najlepszym porządku leżały przed dostojnym panem, który teraz w najpogodniejszym nastroju i zadowolony ze swojego myśliwskiego szczęścia puszczał dym z krótkiej drewnianej fajki: w pierwszym rzędzie 14 okazałych jeleni łopataczy, za nimi 3 łanie daniela w końcu 7 odyńców, między nimi kilka dzików, przewodników stada. Był to zaprawdę wynik, z którego królewski strzelec mógł być tym bardziej dumny, że, jak zapewniał nas łowczy, podczas defilady przed nim stada danieli lub dzików za każdym razem wyszukiwał sobie tylko największe sztuki a pozostałym pozwalał ujść z życiem.

Gdy zebrali się wszyscy myśliwi, książę Heinrich kazał trąbić sygnał „Do śniadania" i w tym samym porządku, jak na początku nagonki, ruszył radosny pochód do miejsca gdzie podawano posiłek. Za nimi jechało pełnych 16 wozów myśliwskich z drabinkami do zwożenia zboża, które zwoziły potężne ilości upolowanej zwierzyny na wielki plac jej prezentacji. Podczas gdy panowie wetowali sobie długi post - w międzyczasie było już około godziny drugiej po południu - pod nadzorem łowczego zorganizowano szybko prezentację zdobyczy. Leżąc na zielonych gałęziach jodły, każda pojedyncza sztuka zwierzyny przykryta jeszcze gałęzią, rozciągały się w miarę jak nadjeżdżały wozy, długie szeregi zwierząt. Na środku pierwszego prezentowała się kolosalna postać żubra, który zgodnie z tym, co powiedział pewien znawca, miał ważyć pełne 16 cetnarów, po obu stronach ułożonych zostało po 12 największych łopataczy. Z tyłu leżał drugi rząd łopataczy a za nimi taki sam szereg danieli. W dwóch ostatnich rzędach leżały dziki.


Ponieważ czas naglił, panowie nie dali długo na siebie czekać. Najpierw pojawił się następca tronu, przy jego boku książę von Pless a zaraz za nim ks. von Ratibor z pozostałymi panami. Jak tylko następca tronu pozdrowił brać myśliwską, łowczy odczytał wyniki polowania. Zgodnie z tym położonych zostało: 1 żubr, 36 łopataczy, 2 szpicaki, 16 łani danieli i 43 dziki.


Był to nadzwyczaj świeży obraz, który zaoferowały nam ostatnie minuty przed odjazdem i nasz artysta starał się go w szczęśliwy sposób uwiecznić swoim rysikiem. Tymczasem myśliwi wygrywali w dające się odczuć chłodne powietrze wesołe fanfary i melodie, następca tronu podszedł do łowczego i do nadleśniczych, podając każdemu serdecznym gestem rękę na pożegnanie, podyskutował przez chwilę z księciem nad najlepszym sposobem zużytkowania skóry żubra, którą mu podarował gospodarz polowania. Postanowiono w końcu oddzielić głowę w celu jej wypchania, natomiast łapy pozostawić wraz ze skórą.


Aby zakończyć wesoło tę wspaniałą rozrywkę, musiał książę von Ratibor, jeden z najwyborniejszych myśliwych, w zapale wyszukania swojej zdobyczy, ponieważ książę chciał pozostawić poroża szczęśliwym strzelcom na pamiątkę, coś przeoczyć, gdyż przeszedł on przez nogi łopatacza i wkroczył na teren prezentacji. Następca tronu natychmiast zauważył to niezgodne z myśliwskim obyczajem zachowanie. Pogodnie zawołał do księcia gospodarza: „Drogi książę! Książę Rauden wszedł właśnie na teren prezentacji. Abyśmy więc mieli dziś już wszystko, musimy mu za karę zaczarować broń, aby już nigdy w nic więcej nie trafił radosny śmiech, który nastąpił po tych słowach, był ostatnią rzeczą, którą usłyszeliśmy od następcy tronu. W chwilę po tym odjechał."

 

Tak samo jak poprzednio czasopismo Katolik zamieściło informację o tym polowaniu
 
Pszczyna: Książe następca tronu cesarskiego i królewskiego przybył 16.b.m. na polowanie do księcia Pszczyńskiego. Przenocowawszy w zamku „Promnitz" dnia 17 po krótkim powitaniu w Pszczynie przez landratha, sąd, duchowieństwo i lud zgromadzony, pojechał na Czarne Doły gdzie polowano na sarny,  zające i bażanty (fazany). Dwunastu strzelców zaproszonych ubiło w pierwszym dniu bażantów 204, sarn 2, zajęcy 190, królików dzikich 33, kuropatw 5, lisa 1 i królika. Dnia następnego odbyło się polowanie w lasach tyskich na jelenie, wieprze i tury (dzikie woły).

 

Jako przerywnik o żubrach dodam że Fryderyk III polując na żubra nie był w dobrach księcia Pszczyńskiego po raz pierwszy. Jego wizyty miały miejsce cztery razy, po raz pierwszy był w tym lesie 19 lutego 1857 r. gdzie polował w okolicach Cielmic i na pamiątkę tego wydarzenie postawiono pomnik z czerwonego granitu z odpowiednimi inskrypcjami oraz koroną królewską  Pomnika już nie ma, zaś chyba jedyną pamiątką jaka z tej wizyty pozostała to księga pamiątkowa dotycząca polowań, która rozpoczyna się właśnie od tego polowania zaś o samym pomniku jest wspomnienie w kronice szkolnej w Cielmicach".

 

Wśród nadesłanych przez Pana Andrzeja Brandysa materiałów są także opisy polowań naszego bohatera Cesarza Wilhelma II.

 

Cesarz Wilhelm II jeszcze jako książę

 

"W lasach księcia pszczyńskiego na Śląsku był poprzedniego roku odstrzał żubra. W jednym z wcześniejszych numerów naszego czasopisma umieściliśmy notatkę że jego wysokość książę Wilhelm Pruski miał zarezerwowany taki odstrzał. W poprzednich latach kaiser Wilhelm I, książe Friedrich i książe Friedrich Karl z Prus już położyli po żubrze. To polowanie było na 9 pażdziernika 1885r wyznaczone na które teraz książę Wilhelm przybył a odstrzał miał miejsce w rewirze Międzyrzecze. Książę Wilhelm miał podniesione i chronione stanowisko na jednym obfitującym w wodzie bagnie, jego sąsiadem był książe Pszczyński. Z napięciem oczekiwał pokazujące się zwierzęta. Na początku ukazał się przed stanowiskiem nie ostrzeliwany rudel dzików (wataha dop. autora), a żubr nie martwił się pokazać. Nagle wynurzył się z młodnika, potężny kolos, pod którym grunt drżał a chaszcze i krzewy jak źdźbła łamał. Stanął i pozostał ten potężny zwierz na miejscu. Uciekał później ukośnie do stanowiska Jego Majestatu i otrzymał z 30 kroków z strzelby Księcia jedno pełne trafienie kulą w środek komory. Donośny odważny ryk oszalałego, pokazywał żubra w prostej ucieczce na wzniesienie i gdzie znowu zbiegnie w gąszcz. Szybko dał mu Książę jeszcze jedną, drugą i trzecią kulę, na co żubr załamał się i padł. Ten w tym roku zastrzelony żubr jest troszkę słabszy jak te wcześniejszymi latami położone. Jak donosi Książe będzie ten łeb spreparowany i jako podarunek Księcia zostanie wysłany do Poczdamu Zostało tutaj jeszcze 60 sztuk dzików i 7 sztuk danieli położone.

Polowanie w łowisku Międzyrzecze w 1885 r.-

Następnego dnia polowano w Strumieniu przy granicy z Austrią gdzie samodzielnie miał położyć 504 zające i 346 bażantów. Trzeciego dnia był ważnym gościem Hansa Henricha w Bażanciarni i uzyskał wynik na 687 zajęcy i 480 bażantów".

 

Cesarz Wilhelm II.

 

"Kilka dni przed polowaniem byk żubra który był określony do odstrzału przez jego majestat został oddzielony od stada i wystawiony do polowania w ogrodzeniu które obejmowało 100 ha (400 mórg). Z tym potężnym żubrem razem zasiedlały jeszcze ten ogród 70 danieli, 50 jeleni i w części 80 bardzo dużych dzików. Strzelcy byli rozstawieni wokół rozmieszczonych fladr i tylko Cesarz miał swoje stanowisko na niskiej, ustawionej pośród wspaniałych starych dębów ambonie, która stała niedaleko ważącego około 700 cetnarów granitowego bloku, który jego wysokość książę kazał postawić z odpowiednim napisem na pamiątkę niezapomnianego Cesarza Wilhelma I. Wkrótce po rozpoczęciu prowadzonej z wielką rozwagą i znajomością rzeczy pierwszej nagonki, byk stał się płochliwy i skierował się niestety ale ostro ku stanowisku Cesarza. Jedna dobrze ukierunkowana kula wyszła z nigdy nie pudłującej strzelby jego majestatu, trafiła wysoko w komorę, uszkodziła organy wewnętrzne i powaliła tego potężnego zwierza. Aby oddać jeszcze dwa konieczne strzały dobijające do jeszcze gwałtownie uderzającego wokół siebie i jeszcze groźnego potężnego żubra, cesarski pan polowania musiał opuścić ambonę i podkraść się do przedstawiającego wspaniały dziki widok żubra w jego twardym zmaganiu się ze śmiercią. Był to prawdziwie fascynujący i niezapomniany moment, obraz prawdziwego praniemieckiego łowiectwa, na który każdy niemiecki myśliwy może spojrzeć z uzasadnioną dumą! Żubr został natychmiast odtrąbiony. Jednak w tym momencie, gdy jego majestat udawał się od żubra na swoje stanowisko, pomiędzy jego majestatem a powalonym żubrem przemknęło około 20 dzików, z których monarcha z cudowną pewnością odstrzelił dwie największe sztuki. Wszystkie zwierzęta, które Cesarz położył podczas tego polowania, dostały dobrze na blat. Do dzików jego majestat nie mógł już strzelać, natomiast ustrzelił on najlepsze jelenie i daniele. Polowanie Cesarza w 1892 roku jest ostatnim polowaniem w zwierzyńcu danieli na żubry".

 

Cesarz Wilhelm II


"W poniedziałek 7 grudnia 1901 roku w samo południe o godzinie 12:10 do Pszczyny przyjechał Cesarz Niemiec Wilhelm II. Następnego dnia rano podczas silnej zamieci śnieżnej, trwającej na szczęście niecałą godzinę, wyjechano do rewiru leśnego gajowego Ammona, będącego w tym czasie opiekunem żubrów. Do odstrzału zostały przewidziane dwa byki, które przepędzono uprzednio w rejon mającego się odbyć polowania, przy czym należało bardzo uważać, aby żubry się nie spotkały, gdyż nie darzyły się nawzajem wielką sympatią i mogłoby dojść do walki.


Około 10 rano Cesarz z księciem pszczyńskim udali się na miejsce zbiórki, skąd Wilhelm II przeszedł pieszo do swojego stanowiska. Zaraz potem wydany został sygnał do rozpoczęcia polowania. Nagonka zagoniła siedmioletniego byka do ostrokołu z fladr. Miały go one zatrzymać na tyle długo, aby Cesarz mógł spokojnie przyłożyć się do strzału. Po dłuższym oczekiwaniu, zauważono zbliżające się byka, który jednak w ostatniej chwili skręcił, przebiegł na drugą stronę ogrodzenia i zniknął w wysokim poszyciu lasu. Wydawało się, że polowanie będzie zakończone, gdy niespodziewanie dla wszystkich - żubr okrążył cały teren i podszedł w okolicę stanowiska z drugiej strony. Pomimo złej widoczności, jako iż żubr po raz kolejny skrył się za krzakami, Wilhelm II postanowił ze swojej strzelby z lunetą kalibru 6 mm oddać strzał. Trafiony następnymi kulami żubr puścił się do ucieczki, dotarł aż do linii nagonki i stratował dwa półtora metrowe ogrodzenia. O wszystkim informowany był na bieżąco książę pszczyński. Dzięki naganiaczom byk został zagoniony w poprzednie miejsce i polowanie mogło ruszyć od nowa. Niestety w skutek niedopatrzenia - ktoś z personelu leśnego pomyślał iż byk siedmiolatek do którego strzelał Cesarz został już położony, wypuścił drugiego byka. I tak przyszło do tego, że teraz obydwa byki znalazły się w tej samej nagonce, z czego jeden ciężko ranny. Jednakże sam Wilhelm II nie miał pojęcia o całym wydarzeniu.


I gdy jeden z tych byków pojawił się z lewej strony, Cesarz musiał oddać do niego aż siedem strzałów, aby go powalić. Okazało się, że był nim ów zdrowy byk sześciolatek. Szybko powrócono zatem na stanowiska, gdyż w każdej chwili mógł się pokazać pierwszy z byków. Pół godziny później księciu zameldowano, że znajduje się on w pobliżu jednego pełniącego rolę posokowca - szorstkowłosego jamnika. Żubra z powodu jego ciężkich ran nie dało się popędzić do przodu, myśliwi wyruszyli więc na to miejsce pod kierownictwem leśniczego Ammona. Podeszli oni na odległość 80 kroków od osaczonego wśród wysokich drzew byka, Cesarz raz jeszcze przyłożył się do strzału i żubr upadł z hukiem. Zaraz został też zagrany sygnał ,,żubr martwy" po czym udano się do namiotu, aby spożyć śniadanie wraz z pozostałymi uczestnikami polowania. Po jedzeniu polowano na napędzone do ogrodzenia jelenie, daniele i dziki. Położono 3 jelenie, 4 łanie, 23 byki daniela, 17 łań daniela, 45 dzików i jednego zająca. Sam Wilhelm II ustrzelił: 2 jelenie 1 byka daniela i 13 małych dzików. Po polowaniu ułożono na ziemi upolowane zwierzęta, głowy żubrów miały zostać wyprawione".

Rogi  żubra strzelonego przez Wilhelma II w 1901 r.


Przeszukując Internet natknąłem się na taką informację: "Jak się okazuje, sam grudzień był też świetnym czasem  do polowań na Śląsku. Pewna  zimowa wyprawa, na którą wraz z Janem Henrykiem XV  wybrał się Wilhelm II, okazała  się szczególnie szczęśliwa dla  Cesarza. Wrócił on do pałacu bardzo zadowolony, bowiem  udało mu się ustrzelić jedną kulą dwa żubry". Myślę jednak, że to legeda stworzona przez współczesnych Wilhelmowi dworaków. Żadna kula nie miała wówczas takiej energii, by powalić jednym strzałem tak potężne zwierzę jakim jest żubr. Aby można było wyobrazić sobie wielkość ustrzelonych przez Wilhelma II żubrów podano następujące dane i te są prawdziwe:


pierwszy byk 6 letni - 2,94m długości,1,83 wysokości

szyja  -  90 kg
łopatki  -  97,5 kg
nogi  -  138 kg
żebra  -  154 kg
filet  -  7 kg
język i ogon  -  12,5 kg
głowa  -  53 kg
skóra  -  57 kg
podroby  -  25 kg
wnętrzności  -  140 kg
grzbiet   - 75 kg
suma: bez krwi  -  849 kg

 

drugi byk

szyja - 65 kg
łopatki  -  86 kg
nogi - 112,5 kg

żebra - 125 kg
filet - 7 kg
język i ogon - 5kg

głowa - 50 kg

skóra - 60 kg
podroby - 25 kg
wnętrzności  -  140 kg
grzbiet - 75 kg

część ogonowa - 20 kg

suma: bez krwi - 770,5 kg

Po prezentacji towarzystwo wsiadło do wozów i udało się w drogę powrotną do zamku. Cesarz opuścił Pszczynę dnia następnego".

 

Losy pszczyńskich żubrów opisuje Pan J. F. Lewandowski w bardzo ciekawym artykule pt. Rogate skarby księcia pszczyńskiego. Zamieszczam go w całości:

 

Rogate skarby księcia pszczyńskiego - autor: Jan F. Lewandowski


Żubry nie byłyby dziś wizytówką Polski, gdyby nie trzy osobniki z Pszczyny. Przetrwały dwie wojny światowe, powstania śląskie oraz polowania – arystokratów, kłusowników i… górnośląskich powstańców.


CARSKI PREZENT


Dzieje żubrów w Polsce wiążą się zatem nie tylko z Białowieżą, gdzie niegdyś żyły na wolności, lecz także ze sławnym rodem Hochbergów, którzy w połowie XIX w. dostali w spadku księstwo pszczyńskie. W jego skład wchodziły też lasy wokół Pszczyny. A Hochbergowie zawsze lubili polowania. Dlatego pochodzący z tego rodu Hans Heinrich XI poprosił Cara Aleksandra II o przysługę i dostał od niego w 1865 r. cztery żubry z Białowieży, w tym jednego byka i trzy krowy (sam zrewanżował się Carowi stadem jeleni). Z carskiego stadka wyrosło z czasem pokaźniejsze stado. Pracujący w okresie międzywojennym w Pszczynie leśnik Stanisław Cenkier wspominał, że w 1918 r. w lasach pszczyńskich żyły 74 żubry. Rozmnażały się doskonale, chociaż niektóre musiały pożegnać się z życiem podczas słynnych polowań u księcia pszczyńskiego. Bywały na nich koronowane głowy, z Cesarzem Rzeszy Wilhelmem II z dynastii Hohenzollernów na czele.

 

Niemniej pszczyńskie lasy doskonale żubrom służyły, tym bardziej że książęcy leśnicy dbali o zwierzęta. Już wtedy żubry księcia pszczyńskiego były lokalną atrakcją. Zostały uwiecznione na zdjęciach górnośląskiego fotografa Maksa Steckela, który należał do pionierów fotografowania dzikich zwierząt. Z wypraw do Pszczyny zamieszczał  fotoreportaże w górnośląskiej prasie oraz drukował karty pocztowe. Dzięki niemu wiadomo, jak tamte żubry wyglądały – choćby stado na zachowanej pocztówce z 1920 r. Po I Wojnie Światowej liczba żubrów księcia pszczyńskiego zmalała w błyskawicznym tempie. W  powojennym okresie rozprzężenia niemal bezkarnie zaczęli na nie polować kłusownicy. A kiedy z początkiem 1920 r. pojawiły się na Górnym Śląsku oddziały alianckie (mające pilnować plebiscytowego porządku), na łowy wyruszyli oficerowie francuscy i włoscy. Na żubry zapolowali także powstańcy, nie zdając sobie sprawy, że niszczą ostatnie okazy szlachetnego gatunku.


ODEZWA KORFANTEGO


Kierujący sekcją lasów w Polskim Komisariacie Plebiscytowym w Bytomiu Stanisław Cenkier wspominał po latach, że osobiście interweniował w Międzysojuszniczej Komisji Rządzącej i Plebiscytowej, żeby odwiodła oficerów alianckich od polowań. A komisarz plebiscytowy Wojciech Korfanty wydał odezwę, wzywającą Górnoślązaków do poszanowania żubra. Niewiele to pomogło. W kwietniu 1921 r., tuż przed wybuchem trzeciego powstania, z niedawno tak licznego stada pozostało jedynie 5 zwierząt. Zdawało się, że po pszczyńskich żubrach nie pozostanie ślad, podobnie jak wcześniej po białowieskich. Na dodatek dwa osobniki z ostatniej piątki zostały zastrzelone podczas trzeciego powstania śląskiego. Wspominał o  tym Korfanty w 1931r., piętnując ówczesne kłusownictwo w dziesiątą rocznicę powstania: „Kłusowali na żubry wybitni wodzowie powstańczy, jak się lubią nazywać. W mieszkaniu jednego z nich (...) wiszą wypchane głowy żubrów, a sanacyjni dygnitarze dziś je oglądają, nie pytając się, skąd i jaką drogą się tam dostały”.


Z POWROTEM DO PUSZCZY


Po trzecim powstaniu ocalały więc trzy ostatnie żubry, sztuki raczej mizerne. Dwa byki: Platon i Plebejer (któremu podczas powstania odstrzelono ogon), a do tego siedemnastoletnia żubrzyca Plante (raniona kulą w udo). Dla znających się na rzeczy leśników nie wyglądało to obiecująco. Na przełomie roku 1921 i 1922 kolejny z Hochbergów, książę Hans Heinrich XV, spróbował wywieźć żubrze niedobitki do Niemiec przed przejęciem powiatu pszczyńskiego przez Polskę. Jego zamiary udaremnili jednak polscy leśnicy, którzy chcieli rozmnożyć stadko. Zadanie nie było łatwe, ponieważ do tej pory leśnicy uznawali Plante za bezpłodną. Tymczasem, ku ich zdziwieniu, stara żubrzyca już po pierwszym roku życia w Polsce wydała potomstwo. A potem jeszcze kilkakrotnie, co pozwoliło na kontynuowanie hodowli. Doszło do żubrzego kazirodztwa, gdy pszczyńscy leśnicy dopuszczali byka Plebejera do jego zrodzonej z Plante córeczki Plakette, która okazała się nadzwyczaj płodna i – jak pisze Cenkier, wydała na świat aż piętnaście żubrząt. Po dziesięciu latach pszczyńskie stado rozmnożyło się znowu tak znacznie, że niektóre sztuki można było przenieść do Białowieży. Najstarsze osobniki z  Pszczyny, Platona i Plante, leśnicy odstrzelili w 1931 roku. Cała trójka pszczyńskiego stada trafiła pośmiertnie, po wypchaniu, do zbiorów przyrodniczych muzeum w Bytomiu, wtedy niemieckiego.


POMOC DLA BIAŁOWIEŻY


Nie było łatwo zaplanować na początku lat dwudziestych odnowienia populacji żubra w Puszczy Białowieskiej. Specjaliści z Międzynarodowego Towarzystwa Ochrony Żubra naliczyli w 1924 r. zaledwie 54 sztuki na świecie, przeważnie w ogrodach zoologicznych. Sprowadzono do Białowieży najpierw 5 żubrów z krajów skandynawskich, w tym trzy sztuki czystej krwi białowieskiej. Do tego stada dołączono byka Plischa z Pszczyny, urodzonego w 1933 r., który – jak się to wkrótce okazało – został na wiele lat reproduktorem w Białowieży. Dzięki niemu tamtejsze stado rozrastało się. Jednocześnie powiększało się i stado pszczyńskie: przed wybuchem kolejnej wojny światowej liczyło już 24 sztuki. Wojnę przeżyło siedemnaście żubrów. Niemniej stado ocalało i tuż po wojnie wiele osobników trafiło do Białowieży i ogrodów zoologicznych Polsce i na świecie.


REWANŻ


Pszczyńskie żubry przetrwały nawet trudne czasy generalissimusa Józefa Stalina i dopiero epidemia pryszczycy w 1953 r. przyniosła im zagładę. Po kilku latach nowe stado zapoczątkowały młode okazy sprowadzone z Białowieży, a wywodzące się w prostej linii z dawnego stada książęcego. Po dziesięcioleciach pszczyńskie żubry zagrały w „Magnacie” Filipa Bajona. Scenariusz filmu nawiązywał do losów rodu Hochbergów.

 

Okazało się, że na polowaniu w Pszczynie w 1913 roku był także Kronprinz czyli najstarszy syn Wilhelma II będacy jego następcą. Polował wówczas na żubry. Świadczy o tym poniższa fotografia. Niestety nie mamy opisu tego polwania.

Polowanie w Pszczynie na żubry kronprinza Wilhelma - grudzień 1913 rok

Sam Wilhelm II polował tutaj także po 1907 roku zapraszany przez następnego właściciela dóbr pszczyńskich Jana Henryka XV von Hochberg. W 1909 roku polował na żubry (strzelił ich dwa) i jelenie (strzelił dwa).

Polowanie Wilhelma II w 1909 r.

W 1911 roku strzelił cztery jelenie, w 1913 trzy jelenie, w 1915 siedem, a w 1916 roku cztery jelenie. Polował także w czasie I Wojny Światowej, bowiem w latach 1914 - 1917, książę Jan XV oddał zamek pszczyński na cesarską Kwaterę Główną.

 

Polowania pszczyńskie są szeroko opisywane. W 2000 roku ukazał się artykuł pt. "Jak cesarz pruski polował w lasach pszczyńskich - wspomnienie", którego fragmenty warto zacytować:

 

Raszkowice to leśny obszar (wraz z przylegającymi do niego polami) w zachodniej części Łąki. Dawniej teren ten obfitował w zwierzynę łowną i ptactwo. Oprócz lasu schronieniem była dla nich istniejąca kiedyś w szczerym polu remiza. To właśnie tutaj książęta pszczyńscy, a także sam Cesarz pruski Wilhelm II, przyjeżdżali na polowania.


Od pszczyńskiego zamku w kierunku "Łąckiej Grobli" wzdłuż rzeczki "Młynówka", obok leśniczówki "Stachoniówka" przez Raszkowice aż do tzw. "Czornych Dołów" biegła książęca droga - spacerowa, dla książęcych bryczek zwana "Fürsten Weg". Do końca II Wojny Światowej była ona pielęgnowana. Z biegiem lat została zaniedbana, na pewnych odcinkach poprzerywana i w konsekwencji mało znana.

 

Ta droga i las Raszkowice wiążą się z historycznym wydarzeniem, jakie miało miejsce w 1917 r., a które opisuję na podstawie ustnego przekazu już dziś nieżyjącej śp. Siostry Rodrygi ze Zgromadzenia Córek Bożej Miłości, córki gajowego w Raszkowicach Pana Koniecznego, urodzonej w 1902 roku. Tak ona, jako kilkunastoletnia dziewczyna zapamiętała to wydarzenie:

 

"Wyżej opisaną drogą książęcą orszak cesarski Wilhelma II-go - Cesarza Prus i wielu gości zaproszonych przez księcia Jana Henryka XV Hochberga, przyjechało do gajówki Raszkowice na polowanie. Wcześniej na końcu wsi Łąka orszak zatrzymał się w miejscu, gdzie dzieci szkolne z Łąki przywitały Cesarza śpiewem i deklamowaniem wierszy. Polowanie odbyło się na polach i w lesie Raszkowice. Gajówka i postawiony w pobliżu namiot były miejscem na posiłek i odpoczynek. W czasie kiedy "panowie" polowali, wtedy "damy" przygotowywały posiłki. Były one niezwykle przejęte swoją rolą, a każda z nich pragnęła zaimponować znajomością sztuki kulinarnej i zdobyć uznanie Cesarza i dostojnych Panów".

Książęta pszczyńscy, a szczególnie Hochbergowie bardzo lubili polować. Książę Jan Henryk XV Hochberg na słynne polowania zapraszał wielu dostojnych gości z całej Europy, a sam Cesarz Wilhelm II był tutaj kilkakrotnie.

 

W owym czasie zwierzyny łownej i ptactwa było bardzo dużo, bo też dbał o to sam książę Hochberg, zakładając i pielęgnując remizy. Ślady po tych remizach znajdują się jeszcze pomiędzy osiedlem Piastów i kościołem Podwyższenia Krzyża Św. w Pszczynie, gdzie znajduje się figura M.B. Fatimskiej (ok. 10 dębów), przy drodze z Łąki do Pszczyny przed wjazdem do ciepłowni, a także na Raszkowicach. Także ludność Dolnego i Górnego Śląska była przychylna działaniom książąt pszczyńskich - czerpała z nich także korzyści.

 

Łowczy Księcia Pszczyńskiego Willy Benzel (1889-1975) tak opisuje śląską ludność: „Ludzie z górnośląskich wiosek wykazywali się dużą pasją łowiecką i chętnie zgłaszali się na polowania jako uczestnicy naganki. Bez względu na pogodę z dużym zaangażowaniem, pilnością i oddaniem starali się jak najlepiej wykonać swoje zadanie. Byli też twardzi, gdy dochodziło do skaleczeń. Pewnego razu było polowanie hubertowskie na zwierzyną drobną w rewirze Gostyń. Chociaż pędzenia miały miejsce na granicy pole-las, ruszono jelenia byka dwunastaka, zalegającego w młodniku. Nagle wśród naganki zrobiło się zamieszanie, a z zagajnika wybiegł zakrwawiony 14 letni chłopiec. Ruszony jeleń zaatakował chłopca i według innego świadka, wziął go na poroże i odrzucił na bok. Prowadzący polowanie leśniczy Fagenzer, natychmiast odesłał chłopca dorożką do szpitala w Mikołowie. Lekarz założył poszkodowanemu kilka szwów na rozciętej skórze czaszki, obandażował głowę i odesłał do domu zalecając kilkudniowe leżenie w łóżku. Pasja łowiecka i zaangażowanie chłopca było tak wielkie, że rodzice nie potrafili go zatrzymać, gdyż tak bardzo chciał wrócić na dalszą część polowania. Dopiero po kategorycznej interwencji prowadzącego polowanie pozostał w domu". (źródło: Jerzy Szołtys, KULTURA ŁOWIECKA NR 87).

 

W zbiorach Muzeum Zamkowego w Pszczynie znajdują się gipsowe medaliony jeleni byków. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że mogą to być byki, a właściwie ich gipsowe odlewy, podarowane przez Cesarza Wilhelma II właścicielom Pszczyny. Przecież Cesarz tak postępował z rogaczami upolowanymi w Prakwicach. Przypomnijmy, że gipsowe odlewy najpiękniejszych, cesarskich rogaczy były ozdobą dworku w Prakwicach, a oryginały Cesarz zabrał do swojego zamku w Poczdamie.

Portret Jana Henryka XV, księcia von Pless, w mundurze huzarskim. Pochodzi z 1918 roku. Książę miał wówczas 57 lat

Książę pszczyński, baron zu Fürstenstein urodził się 23 kwietnia 1861 roku w Pszczynie. Jan Henryk XV był pierworodnym synem Jana Henryka XI von Pless i   Marii von Kleist. W 1879 ukończył ekskluzywne wrocławskie gimnazjum św. Marii Magdaleny. Następnie studiował nauki ekonomiczne na uniwersytetach w Berlinie, Genewie oraz Bonn. Studia miały przygotować go do zarządzania olbrzymimi dobrami Hochbergów na Śląsku. W wieku 22 lat Jan Henryk XV otrzymał od Cesarza Wilhelma I niższy tytuł książęcy Prinz von Pless. W latach 1881 – 1882 służył w armii cesarskiej, początkowo jako ochotnik w królewskim pułku huzarów, następnie w pułku huzarów gwardii. W latach 1882 – 1885 odbył długą, obfitującą w liczne polowania podróż dookoła świata, odwiedził m.in. Indie oraz Amerykę Północną. Po powrocie podjął pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Berlinie. Tam poznał i zaprzyjaźnił się z młodym następcą tronu Wilhelmem Hohenzollernem (późniejszym Cesarzem Wilhelmem II). W 1886 r. Jan Henryk XV przeniesiony został na placówkę dyplomatyczną w Brukseli, a w rok później został attache w ambasadzie w Paryżu. W 1890 roku Jan Henryk XV oddelegowany został na stanowisko sekretarza w ambasadzie niemieckiej w Londynie.

Jan Henryk XV Hochberg

Tam poznał i oświadczył się dużo od siebie młodszej Marii Teresie Cornwallis-West zwanej Daisy. Ich ślub odbył się 8 grudnia 1891 r. w kościele św. Małgorzaty w Westminsterze. Świadkami przysięgi małżeńskiej byli Edward książę Walii (późniejszy Król) i jego żona księżna Aleksandra, natomiast Królowa Wiktoria osobiście udzieliła młodej parze swego błogosławieństwa. Ze strony rodziny Hochbergów świakiem był Konrad, młodszy brat Jana Henryka, właściciel Dąbrowy

Na rysunku u góry z lewej strony świadkowie ślubu: książę Walii Edward z małżonką (ze strony Daisy) oraz Konrad, młodszy brat Pana młodego właściciel Dąbrowy

Ślubne zdjęcie ksieżnej Daisy. Krzyż, który ma na szyi księżna, to prezent od teściowej księżnej Matyldy von Pless

Dnia 8 grudnia 1891 roku, –  ślub Daisy i Hansa w Kościele Św. Małgorzaty w Londynie. Daisy zakłada na tę okazję koronę hrabiny Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, którą otrzymała od teścia, księcia Hansa Heinricha XI.

Portret zaręczynowy

Miesiąc miodowy małżonkowie spędzili w Paryżu, potem udali się w podróż poślubną na Lazurowe Wybrzeże, do Neapolu i Egiptu, trwającą od stycznia do marca 1892 r. W kwietniu 1892 r. Daisy po raz pierwszy przybywa do Pszczyny, jest tam ciepło witana jako małżonka dziedzica księstwa.

 

6 lipca 1892 r. nastąpił oficjalny wjazd Daisy do Książa, jako nowej pani tych ziem. Na łukach triumfalnych zdobiących trasę przejazdu z dworca w Świebodzicach można było przeczytać „Witamy Niemieckiego Orła i Różę Anglii”

 

Młoda para otrzymała od seniora rodu Jana Henryka XI zamek w Książu. Hochbergowie urządzali tam liczne przyjęcia połączone z polowaniami, na których gościła śmietanka arystokracji europejskiej. Bardzo wysoka pozycja społeczna właścicieli i ich osobiste związki z najbardziej wpływowymi osobami na kontynencie europejskim sprawiły, że w Książu często gościła elita arystokracji, koronowane głowy i wielcy politycy. Byli wśród nich:  między innymi: Car Rosji Mikołaj I z żoną Aleksandrą Fiodorowną, Cesarz Austro-Wegier Franciszek Józef, następca tronu Austrii Karol I Hab­burg, przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki John Quincy Adams, Winston Churchill, Wielcy Książęta rosyjscy Borys Władymirowicz Romanow i Michał Romanow, egzotyczny Maharadża Cooh-Behar sir Nripendra Narayan Bhup z synem i cały szereg mniej znaczących królów oraz książąt z całej Europy. Byli też i napewno  polowali Cesarze niemieccy: Wilhelm I, Fryderyk III, Wihelm II, jego syn Krozprinz Wihelm, Wielki Książę Michał Romanow.

  

Uczestnicy polowań Cesarze: Wilhelm I, Fryderyk III, Wilhelm II ...

... Kronprinz Wilhelm i Wielki Książę Michał Romanow

Wielki Książe Michał Rosyjski z dynastii Romanowów, kuzyn Cara Mikołaja II był przyjacielem Księstwa von Pless i częstym gościem w Książu. Na zdjęciu z 1909 roku uwieczniony z jednym z książęcych jagerów i upolowanym jeleniem.

 

Będąc panią na Książu od samego początku pobytu w Niemczech starała się robić wszystko co w jej mocy, aby sprzyjać temu, co przyczynia się do przyjaźni i zrozumienia pomiędzy krajem, gdzie się urodziła i tym, w którym przyszło żyć po ślubie. Daisy przypominała Niemcom, że niemiecka Cesarzowa Wiktoria, żona Fryderyka III Hohenzollerna była angielską księżniczką, a Cesarz był najstarszym wnukiem królowej Wiktorii. Na przełomie  1896 i 1897 roku rozpoczęła wśród Angielek mieszkających w Niemczech zbiórkę pieniędzy na prezent z okazji diamentowej rocznicy panowania królowej Wiktorii. Ostatecznie królowa dostała bransoletkę z diamentem i szmaragdem, a dodatkowo album z podpisami osób składających się na prezent.


W czasie panowania na Książu często odwiedzała Wrocław. Była zachwycona miastem, jego zabudową i wielkością. Wiele uwagi i serca poświęcała pałacowi myśliwskiemu w Promnicach koło Pszczyny. W okolicach Książa powstała po 1907 roku jej ulubiona willa „Ma Fantaisie”, którą sama zaprojektowała. Próbując ocieplić atmosferę otoczenia zamku Książ sprowadziła ogrodnika z rodzinnego Newlands, aby urządził ogród w stylu angielskim.


Ambicją Daisy było uczynienie Książa miejscem spotkań koronowanych głów i wpływowych osób z całej Europy. I to jej się udało, do jej rezydencji przybywali zwłaszcza młodzi arystokraci niemieccy i angielscy, zachwyceni panującą w Książu swobodą, a z czasem także członkowie domów panujących z Niemiec, Anglii, Portugalii, Grecji, Rumunii i Bułgarii, przedstawiciele Habsburgów, Hohenzollernów i Romanowów, wicekról Indii, a nawet hinduski maharadża Cooch-Behar. Wśród gości nie brakowało też polskich arystokratów – Potockich z Łańcuta, Lanckorońskich i Głuchowskich. Daisy lubiła Polaków i chętnie ich gościła. Były to czasy rozkwitu Książa, ogromnego luksusu, wielkich polowań i wystawnych przyjęć, podziwianych przez gości.

Daisy na polowaniu

Książęca para podróżowała też po Europie. Regularnie jeździli do Anglii. W zwyczaju mieli polować w hrabstwie Leicester, w środkowej Anglii. Daisy uczyła się tam też jeździć konno, a dużą przyjemność sprawiało jej skakanie przez płoty. W roku 1897 księżna Daisy z mężem odbyła podróż do Irlandii. Mieszkali wówczas w domu myśliwskim Wicekróla Irlandii (był nim wówczas George Cadogan). W roku 1899 para książęca odwiedziła Newlands oraz ponownie Irlandię, tym razem wynajmując dom w Bray niedaleko Dublina. Dość często przebywali też jesienią na południu Francji, a także u przyjaciół w Czechach i Austrii. Daisy była dwukrotnie w Egipcie, a także w Sudanie i Indiach. W lipcu 1901 roku małżeństwo Hochbergów parowym jachtem „Margareta” popłynęło do Rosji. Odwiedzili wówczas m.in. Sankt Petersburg i Moskwę.

Daisy na jachcie

W sierpniu tego samego roku księżna Daisy udała się w podróż do Szkocji. Wraz z siostrą Shelagh i jej mężem Bendorem oraz swoimi rodzicami zamieszkała nad jeziorem Loch More w regionie Sutherland. Początkiem października udała się w podróż do pałacu myśliwskiego Wolfsgarten koło Darmstadt w Hesji, gdzie spotkała się z wielkim księciem Hesji Ernestem Ludwikiem i jego żoną księżną Wiktorią Melitą Koburg. Po wyjeździe z Wolfsgarten Daisy udała się do Eton w Anglii na wyścigi konne, a pod koniec października do rezydencji Keele Hall w Keele w hrabstwie Staffordshire w środkowej Anglii, gdzie spotkała Michała Romanowa i Sophie Torby. W grudniu 1901 roku księżna wydała przyjęcie w Pszczynie, na którym najważniejszym gościem był Cesarz Wilhelm II. Ustrzelił on wówczas jedną kulą dwa żubry, z czego jeden został wypchany i postawiony w holu Zamku Cesarskiego w Poznaniu. W połowie grudnia Daisy udała się z wizytą do Żmigrodu (ówczesnego Trachenbergu) gdzie widziała się z księciem Hermannem von Hatzfeldt-Trachenberg i księżną Nathalie Benckendorff. W marcu 1903 roku Daisy po raz kolejny udała się w podróż do rodzinnego Newlands. Latem tego samego roku wraz z Hansem pojechała do Irlandii na ślub Madge Broocke z ówczesnym majorem Johnem Sharmanem Fowlerer. We wrześniu 1903 roku księżna Daisy urządziła w Książu imprezę myśliwską. Byli na niej m.in. hrabia Sternberg wraz z żoną Fanny, lord Edward Gleichen, Neil Menzies Mar, lord Lonsdale i inni.

Ponieważ małżeństwo Hochbergów chciało by ich kolejne dziecko urodziło się w Anglii, w styczniu 1905 roku wyjechali do Londynu i wynajęli mieszkanie przy Bruton Street. Aż do porodu, który odbył się 1 lutego Daisy brała czynny udział w życiu towarzyskim. Chodziła m.in. do teatru i złożyła wizytę w ambasadzie niemieckiej w Londynie. Syn dostał na imiona Aleksander Frederick George Conrad Ernest Maximilian, ale nazywany był Lexelem. Jego chrzest odbył się w Chapel Royal w pałacu św. Jakuba w Londynie.


Księżna Daisy z mężem Janem Henrykiem XV von Hochbergiem odbywali wiele atrakcyjnych podróży po świecie. Bywali w Egipcie, Indiach, nad Morzem Czerwonym. Ich wyprawy do europejskich stolic, na królewskie i cesarskie dwory należały do regularnych rozrywek, ale także obowiązków. Daisy była zapaloną globtroterką i bardzo cierpiała, kiedy brak funduszy i zły stan zdrowia uniemożliwiły jej dalsze wojaże.

Podróż do Egiptu

Jedną z pierwszych podróży zagranicznych Daisy von Pless odbyła już jako mężatka, kiedy to spędziła miesiąc miodowy w Paryżu. W stolicy Francji wszystko było wówczas nowe i eleganckie, wieża Eiffla stała już od dwóch lat, a Toulouse-Lautrec malował tancerki z Moulin Rouge. Młodziutka księżna pszczyńska pierwszy sukces towarzyski odniosła w paryskiej ambasadzie Cesarstwa Niemieckiego.


W późniejszych latach małżeństwa wyjazdy do Paryża i Londynu stały się dla Plessów normą (mąż Daisy umarł w stolicy Francji 31 stycznia 1938 roku). We własnej stolicy, czyli Berlinie, bywali kilka razy w miesiącu, co ułatwiało doskonałe wówczas połączenie kolejowe z Wrocławiem, a także luksusowa prywatna salonka.

Pałac Hochbergów w Berlinie

Stolica Cesarstwa Niemeickiego była bardzo częstym celem wypraw Daisy, jej męża Jana Henryka XV oraz pozostałych członków rodziny Hochbergów. Z racji pełnionych funkcji na dworze cesarskim Hans Heinrich XI (teść Daisy) często bywał w Berlinie, zmuszony był wynajmować apartamenty, które pochłaniały spore sumy. Zdecydował się zatem na wybudowanie pałacu. Wybrano bardzo reprezentacyjne miejsce, bowiem przy Wilhelmstrasse nr 64. Budowę rozpoczęto w 1872 r. według projektów Hipolita Alexandra Destailleura, tego samego francuskiego architekta, który projektował przebudowę rezydencji w Pszczynie. Po 1919 roku berliński pałac Hochbergów stał się siedzibą prezydenta Rzeszy.

„W owych  czasach nie było przyjęte, aby dama pokazywała się na ulicy w innym kolorze niż czarny. Nigdy nie pozwolono też, abym w domu mojego teścia w Berlinie pozostała sama na sam z mężczyzną. Tak naprawdę nie można nawet było rozmawiać sam na sam z mężczyzną. W Berlinie nie wolno mi było nawet  jeździć otwartym powozem. Ponieważ dom był nadmiernie ogrzewany, tęskniłam za świeżym powietrzem.” - pisała w swoich Pamiętnikach.

 

„Mój teść prezentował się  w Berlinie wyjątkowo dobrze – w jedwabnym kapeluszu i czarnym płaszczu, bardzo wysoki o pięknej figurze. Codziennie rano zwykł był spacerować ze mną po Wilhelmstrasse, berlińskim Whitehallu, gdzie każdy mógł nas widzieć.”  Księstwo von Pless bywali regularnymi gośćmi w berlińskim Pałacu Cesarskim.


„Berlińskie społeczeństwo było i nadal jest bardzo nudne. Czasami nawet wydawało mi się, że nie wytrzymam kolejnej minuty. Niemcy posiedli sztukę kojarzenia gości. Wszystko odbywało się wedle klasy społecznej i pierwszeństwa, a niewątpliwym rezultatem tego była niszczycielska nuda. Nikt nie chce siedzieć stale obok tym samych osób.


Niełatwo jest opisać, w jaki sposób usadawiano nas na dworze. Po prawej stronie tronu Cesarza i Cesarzowej był krąg dyplomatyczny, po lewej kolejno zarezerwowane miejsca dla księżniczek, księżnych, dalej hrabin i baronowych.


Jedynymi tańcami dozwolonymi na dworskich balach były gawot i menuet i jedynie tym, którzy ćwiczyli je razem wcześniej, wolno było w tych imprezach uczestniczyć. Uważałam za śmieszne tańczyć je z mężczyzną w nowoczesnym, niemieckim mundurze…


Na dworskich balach nie nosiło się długich trenów, lecz zwykłe suknie balowe, a kolacja była podawana na małych stolikach o 10:30. W czasie pewnej uroczystości siedziałam pomiędzy znakomitymi dżentelmenami. Jeden z nich zapytał mnie, dlaczego mieszkamy w hotelu, a nie w naszym własnym, dużym, brzydkim pałacu przy Wilhelmstrasse. Powiedziałam, że mąż wolał hotel, gdyż w naszym domu nie ma łazienek. „Mein Got”, powiedział jeden ze starszych dżentelmenów, „czy on absolutnie musi się kąpać codziennie?”


W podróż do brytyjskich wówczas Indii wybrali się tylko we dwoje, co miało ich zbliżyć po kryzysie związanym z utratą pierwszego dziecka. Przez Morze Czerwone i Ocean Indyjski w styczniu dopłynęli do Madrasu. Przez Haiderabad i Bombaj dojechali do Kalkuty. Edward, książę Walii polecił swoim urzędnikom troskliwie zająć się księstwem Pless, więc wszędzie przyjmowano ich gościnnie i z wielką pompą. Po drodze podziwiali sztukę indyjską i polowali na tygrysy. Młoda księżna powaliła celnym strzałem jednego z nich. W Kalkucie powitał ich Wicekról, lord Elgin, a z wieloma hinduskimi arystokratami szczerze się zaprzyjaźnili, co w przyszłości miało skutkować wieloma egzotycznymi wizytami w Książu i Pszczynie.

Indie - 1892 r.

Bliższe okolice były dla nich zapewne także interesujące, o czym świadczyć może epizod z zimy 1906 roku. W Karkonoszach do popularnych rozrywek należały wtedy zjazdy saniami rogatymi i z atrakcji tej korzystali przybywający tutaj turyści różnych stanów, także arystokracja. W lutym 1906 roku Jan Henryk XV z małżonką Daisy przyjechali salonką do Cieplic, a stąd w trzy zaprzęgi udali się do Jagniątkowa. Saniami rogatymi zjechali ze schroniska Peterbaude (Petrovka) w dół i wieczorem zajęli kwaterę w pochodzącym z 1817 roku hotelu „de Prusse” przy obecnym placu Piastowskim 20. Dwa dni później powtórzyli zjazd saniami tą samą trasą, do hotelu wrócili o godzinie 18.00, zjedli kolację i trzy godziny później udali się w podróż powrotną do Książa.

 

W 1913 r., kiedy między Daisy a mężem coraz częściej pojawiały się konflikty, księżna udała się w podróż do Ameryki Południowej z bratem George’em, który także miał małżeńskie problemy. Odwiedzili Brazylię i Argentynę, gdzie pływali po Paranie, odwiedzali plantacje kawy i hodowle bydła, wędrowali po tropikalnym lesie, byli w operze, grali w ruletkę. Niestety, podróż ta nie poprawiła ich sytuacji małżeńskiej. George rozwiódł się z Jenny Churchill i ponownie się ożenił, natomiast Daisy nie chciała rozwodu.

Podróż do Ameryki Południowej w 1913 roku

Warto wspomnieć, że podróże po Europie odbywała Daisy i jej rodzina na ogół prywatnym wagonem-salonką z apartamentem księżnej oraz przedziałami dla służby i dam dworu. Używano jej także do podróży z Książa (ze stacji kolejowej w Świebodzicach) do Pszczyny. Zdarzało się, że kiedy zatrzymywała się na dłużej w jakimś hotelu, z Książa przywożono tam jej ulubione fotele i sofy, aby mogła się czuć swobodnie i swojsko.

 

Na razie jednak mamy początek związku. Z małżeństwa z Daisy narodziło się czworo dzieci: nieznana dziś z imienia  córka (zmarła zaraz po urodzeniu), oraz synowie Jan Henryk XVII, Aleksander i Bolko. Jaka była przyczyna zgonu dziecka?


Ani w listach Hansa Heinricha, ani we wspomnieniach Daisy nie znalazłam wyjaśnienia - pisze Barbara Borkowy, autorka wielu publikacji o Daisy.


Maria Małgorzata Potocka (Z moich wspomnień, Londyn 1983) zarzuciła Daisy lekkomyślność w postępowaniu z małym dzieckiem: „Mówiono o niej (Daisy), że gdy urodziło się jej pierwsze dziecko, wkrótce zmarło, gdyż bawiła się nim jak piłką podrzucając do góry”. Wydaje się to wielce nieprawdopodobne, niemożliwe by Daisy była do tego stopnia nieodpowiedzialna. W liście z późniejszego okresu Daisy zrzucała winę za śmierć córki na męża. Wypominała mu, że to on był nieodpowiedzialny wożąc ją po wertepach w szaleńczych przejażdżkach, co miało spowodować przedwczesny poród i śmierć niemowlęcia.