Kamienie Wilhelma

Internetowe wydanie ksiązki Andrzeja Czaplinskiego

Get Adobe Flash player

Łowy w Białowieży

W Puszczy Białowieskiej, współcześnie położonej na pograniczu Polski i Białorusi, zachowały się do naszych czasów ostatnie fragmenty pierwotnych lasów europejskich nizin. Ta ostoja żubra i wielkiej liczby innych rzadkich gatunków przetrwała w sercu najbardziej uprzemysłowionego kontynentu świata nie przypadkowo, lecz dzięki stuleciom planowej ochrony. Od XIV do końca XVIII wieku Puszcza Białowieska była dobrem Królów Rzeczypospolitej. Ten okres w jej historii - umownie przez nas nazwany „czasami królewskimi” - od dawna budzi zainteresowanie. Wtedy właśnie ustaliła się pozycja i wartość Puszczy, wówczas też podjęte zostały działania, które uchroniły ją przed losem sąsiednich puszcz, dziś znanych tylko z archiwalnych dokumentów. (por. Tomasz Samojlik, Puszcza Białowieska w czasach królewskich).

 

Zanim zaczniemy opisywać łowy w Puszczy Białowieskiej warto niejako wprowadzić czytelników w historię łowów w Polsce posługując się opisem z Poradnika Łowieckiego kol. Piotra Gawina.

 

Poradnik Łowiecki - Ciekawostki historyczne

 

Łowiectwo od najdawniejszych czasów było głównym zajęciem ludzi i najważniejszym źródłem pozyskiwania mięsa. Nie zawsze wyglądało tak jak w dzisiejszych czasach. Początkowo było podstawowym zajęciem ludów pierwotnych i stanowiło cenne źródło pożywienia. Z czasem stało się przywilejem panujących, stanu duchownego i szlachty. W różnych okresach naszej historii polować mogli również ludzie z najniższych klas.


X – XI w. Zamożni władcy w celu zaspokojenia potrzeb żywieniowych swoich sług i dworzan utrzymywali łowczych, podłowczych, nagłowników, polowników, strzelców, dojeżdżaczów, ptaszników, sokolniczych, bażantarników, zwierników (dozorców zwierzyńca), stanowniczych (znawców kniei i puszcz, przesmyków i rozstawiających myśliwych), objezdników (prowadzących konno charty), osaczników, szczwaczów, sietniczych (do zastawiania, naprawiania i rozwożenia sieci), kotłowych, psiarczyków itp.


Jeszcze w X i XI wieku większość z nich była zmuszana do wykonywania swoich obowiązków jak niewolnicy. Później stopniowo ich położenie się zmieniało a takie posady dla wielu ubogich stały się dobrym źródłem utrzymania. Łowczy był najważniejszą posadą do spraw łowieckich na dworze panującego. Jego żonę nazywano łowczyną a syna łowczycem. Łowczowie mieli bardzo dobre wynagrodzenie a często otrzymywali również włości na dożywotnie użytkowanie.


Bolesław Chrobry (992 – 1025) sprowadzał strzelców różnych narodowości dla zaspokojenia potrzeb żywieniowych swojego dworu. Piastowie do polowań z sokołami przyjmowali na swoje dwory sokolników pochodzących z Zachodu.

XII w. 1103 r. Prawo do polowań miał każdy posiadacz ziemski. Nawet duchowieństwo i klasztory miały prawo polować na własnych ziemiach, jednak przywilej Bolesława Krzywoustego z 1103 r. postanawiał, że ma on prawo polować również na ziemiach Cystersów mogilskich a klasztorni strzelcy nie mają w tym czasie prawa polować.

 

XIII w. 1242 r. W 1242 r. pod naciskiem Kurii Rzymskiej Książę Konrad Mazowiecki wydał wielkie rozporządzenie regulujące prawa do polowania.


Regulacje te dotyczyły następujących kwestii:
1. Księciu tylko raz do roku należy się od poddanych pełne utrzymanie i podwód w czasie łowów na ich terenach.

2. Ani książę, ani nikt inny z jego pełnomocnictwa nie będzie polował w kasztelanii łowickiej i wolborskiej, chyba że będą to łowy przypadkowe w czasie przejazdu przez te tereny.

3. Biskupi na swoich dobrach nie muszą utrzymywać wędrujących sokolników książęcych. Nadal jednak muszą utrzymywać bobrowników.

4. Polujący na jelenie nie mogą niczego zabierać ludności ani domagać się przemocą. Muszą zadowolić się tym, co od miejscowej ludności otrzymają w darze.


1250 r. Bobry należały do najszlachetniejszej i cenionej zwierzyny. Prawo do polowań na bobry było wyłącznym przywilejem księcia, który mógł je przekazać na rzecz innej wybitnej osoby. Takie przekazanie często miało formę aktu prawnego. Bolesław Wstydliwy w 1250 r. zezwolił polować Klemensowi z Ruszczy w jego własnych posiadłościach.


Władcy nie mogli sami wszędzie polować na bobry, dlatego utrzymywali tzw. bobrowników (Castararii), którzy mogli wykonywać te polowania.


Przywilej bobrowy zaczął zanikać w wieku XIV wraz z ubywaniem innych przywilejów panującego. Do urzędników królewskich zaliczał się zajmujący się myśliwskimi obowiązkami łowczy (Venator). Była to intratna ale i odpowiedzialna posada.


1263 r. Od tej pory nie obowiązuje już tzw. sokołowe. Teraz miejscowa ludność ma prawo przeszkadzać sokołom w zakładaniu nowych gniazd, a drzewa na których osiedlił się sokół mają prawo ściąć.


Duchowieństwo a zwłaszcza biskupi z zamiłowaniem oddawali się uprawianiu łowiectwa. Niektórzy byli bardzo zapalonymi łowcami. Na przykład biskup krakowski Paweł (1260-1292) tak zezłościł się na jednego z myśliwych, który spłoszył mu zwierzynę, że własnoręcznie przebił go trzymaną w ręce rohatyną. Łowy tak mocno ciągnęły biskupa, że nawet odprawiając przed łowami mszę, w kaplicy już oczekiwali łowcy z psami i sokołami, aby nie tracić po mszy czasu na przygotowania do polowania.


Duchowieństwo tak bardzo oddawało się uciechom związanym z polowaniami, że w końcu w roku 1279 władza kościelna statutami synodalnymi zabroniła zakonnikom udziału w łowach a każdy kto spotkał ich z psem lub z sokołem miał prawo je odebrać i zabrać jako swoją własność.


Druga połowa XIII w to okres liberalizacji dotychczasowych surowych zwyczajowych przepisów łowieckich, nakazujących miejscowej ludności utrzymanie i wszelką pomoc polującym łowcom.


Pod koniec XIII w ukształtowała się również gwara łowiecka, co do której myśliwi przykładali coraz większą uwagę. Po używaniu tej gwary łatwo było odróżnić doświadczonego ćwika od nowicjusza fryca.


Dziczyzna stanowiła główne źródło zaopatrzenia wojska w mięso. W czasach pokoju jej nadwyżki wysyłane były w beczkach okrętami do zamorskich krajów.


Bardzo cenne były dawniej futra bobrowe i sadło niedźwiedzie. Chętnie nimi handlowano. Futra bobrowe wykorzystywano do przyozdabiania strojów. Służyły również jako środek płatniczy. Środkiem płatniczym były również skórki z innych zwierząt futerkowych (kun, lisów, wiewiórek, popielic) oraz ich łapki, noski i łebki.


W XIII w skóry były także wymiernikiem kar sądowych. Kary określano w ilości grzywien skórkowych (skórki powiązane w większe ilości nazywano grzywami a w sądowej nomenklaturze łupieżami czyli skórkami złupionymi ze zwierzyny).


Ustawodawstwo wiślickie określało jakie łupieże przysługują poszczególnym urzędnikom sądowym. Kasztelanowi krakowskiemu przysługiwały gronostaje, kasztelanowi sandomierskiemu, lubelskiemu i wojewodom łasice, innym sędziom kuny a podsędziom i pisarzom uważane wówczas za najgorsze skóry lisie.

XIV w. 1359 r. Książę Ziemowit Mazowiecki rozporządził, że nikt oprócz niego nie ma prawa polować na tury.


Kazimierz Wielki (Król Polski 1333 – 1370) uległ wypadkowi podczas łowów. Późnym latem 1370 roku udał się w okolice Radomska, gdzie w miasteczku Przedbórz miał luksusowo urządzony dworek. Dla umilenia sobie eskapady postanowił wybrać się na polowanie. Podobno słudzy odradzali mu ten krok – czy to z uwagi na przypadające akurat rzeczonego dnia święto Narodzenia Maryi Panny, czy może z powodu jakichś niecierpiących zwłoki spraw natury państwowej. Sześćdziesięciolatek uparł się jednak. Zamarzyła mu się pogoń za jeleniem i nikogo nie zamierzał słuchać. Wskoczył na koń i ruszył w głąb lasu. Gdy wracał, musieli go już wspierać towarzysze polowania. Rumak Króla, goniąc za zwierzem, przewrócił się, a sam władca odniósł „niemałą ranę w lewą goleń”. Ranę, która szybko poczęła się goić i choć wraz z nią pojawiła się niewielka gorączka, to nikt nie spodziewał się z tej przyczyny żadnych kłopotów. Przynajmniej nie w pierwszej chwili. Po zaledwie paru dniach stan Kazimierza drastycznie się pogorszył. Władca jak zawsze nie dawał przemówić sobie do rozsądku. Ignorując napomnienia lekarzy, jeszcze zanim rana na nodze zdążyła się zagoić, udał się do łaźni, by zażyć gorącej kąpieli. Ledwie wyszedł z balii, a doznał nowego, znacznie silniejszego niż wcześniej ataku gorączki. Mimo osłabienia ruszył w dalszą podróż, w stronę Krakowa. Po drodze – trawiony, jak ujął rzecz kronikarz, wewnętrznym ogniem – zszedł z wozu i… napił się wielkimi haustami lodowatej wody ze strumienia.

Obraz Arkadiusza Dyrdy z Opola pt. "Upadek Króla Kazimierza Wielkiego", znajdujący się w Szkole Podstawowej w Przedborzu.

Odtąd gorączka niemal go nie opuszczała. Chwile poprawy były krótkie, a ilekroć Król choć na moment odzyskiwał formę, zamiast dalej wypoczywać, zrywał się z łóżka i kazał zaprzęgać konie. Raz nałykał się środków na przeczyszczenie i zaraz wsiadł na wóz, wierząc, że jest zupełnie ozdrowiały. Lekarze doradzali umiarkowanie, on jednak uparcie pędził ku stolicy. Gdy orszak dotarł do miasta, stan Króla był tak zły, że monarcha nie był nawet w stanie poznać, iż jest u celu. Kazał pytać lekarzy, gdzie się znajduje, majaczył, oblewały go siódme poty. Gdy nieco otrzeźwiał, zastraszeni lekarze przekonywali go, jeden przez drugiego, że nic mu nie grozi i że pożyje długie lata. Mimo to Król przystąpił do spisania testamentu. Słusznie. Z Bożej łaski król Polski, pan i dziedzic ziem krakowskiej, sandomierskiej, sieradzkiej, łęczyckiej, Kujaw, Pomorza i Rusi, Kazimierz syn Władysława „odszedł szczęśliwie do Chrystusa” otoczony „wieloma osobami ze szlachty i duchowieństwa”.


Kazimierz Wielki wprowadził niektóre prawa leśne i łowieckie. Od tej pory prawa łowieckie były często zmieniane, raz zaostrzając a innym razem czyniąc je bardziej liberalnymi dla poszczególnych warstw społeczeństwa. Raz prawa łowieckie były rzetelnie przestrzegane a innym razem tylko tolerowane.


1398 r. Laudum piotrkowskie zabrania poddanym łowienia zwierzyn sieciami.


XV w. Podczas łowów w okresie średniowiecza dochodziło często do wypadków. Król Władysław Jagiełło (Król Polski 1386 – 1434) złamał nogę w pogoni za niedźwiedziem. Król złamał sobie nogę w goleniu, na leczeniu której "przepędził dni zapustne i post cały w Lubomli i Krasnymstawie".


Król Władysław Jagiełło oraz jego syn Kazimierz Jagiellończyk wysyłali soloną dziczyznę z odległych puszcz w darze m. in. uczonym w Krakowie, senatorom, biskupom, kapitule,  wszechnicy krakowskiej i rajcom miasta.


1420 r. Statut warecki zakazywał polowań na obcych gruntach bez zgody właściciela od dnia św. Wojciecha - 23.IV - aż do zebrania wszelkich zbóż z pól pod karą 3 grzywien. Takie prawo spowodowane było niszczeniem wzrastających zbóż (wydeptywaniem) przez myśliwych polujących na tych polach.


1429 r. Podczas zjazdu w Łucku w 1429r. każdego dnia dostarczano na wyżywienie dostojników oraz ich świty po 100 żubrów, 100 łosi i 100 dzików


1435 r. W poznańskim znowu zakazano poddanym polować na kuropatwy.


1462 r. Laudum wieluńsko-ostrzeszowskie zabrania poddanym łowienia zwierzyn sieciami. Do XV wieku, do czasu wynalezienia i upowszechnienia broni palnej, łowy organizowano z obławą. W razie potrzeby zdobycia dużej ilości zwierzyny wykorzystywano zasieki, grodze, kłody i wilcze doły. Przy dużych obławach zwoływaną całą miejscową ludność. Jako broni używano głównie oszczepy. Wykorzystywano również łuki i kusze. Do polowań na ptactwo używano ponóży, prężyn, sieci, pętli itp.


Prawem zwyczajowym było oddawanie panującemu najcenniejszych skór z bobrów, soboli, rysi, kun i popielic. Miejscowi mieli również obowiązek goszczenia, utrzymania i przewożenia podczas łowów księcia i całej jego świty.


Ludność miała również obowiązek udziału w obławach a każda wieś musiała karmić psy wykorzystywane na łowach (często nawet 500 sztuk). Miasta i osady zobowiązane były do dostarczania wątrób wołowych wykorzystywanych do karmienia sokołów oraz wołowych łbów do karmienia psów. Wszyscy, niezależnie od stanu, zobowiązani byli do przeróżnych świadczeń na rzecz polujących myśliwych.


Miejscowa ludność miała obowiązek wywiązywania się z tzw. bobrowego lub sokołowego. W ramach tego ludność musiała pilnować i doglądać miejsc bytowania bobrów oraz była odpowiedzialna za ochronę gniazd i lęgów sokołów w najbliższej okolicy. Jeżeli jakieś pisklę zginęło, stosowano surowe kary, w skrajnych przypadkach nawet kary śmierci.


XVI w. 1557 r. Podczas sejmu warszawskiego postanowiono, że nie wolno zabierać młodych liszek. Prawo nakazywało, aby tego, u którego je znajdą, ukarany został 10 grzywnami a liszki miały zostać wypuszczone.


1574 r. Henryk Walezy (Król Polski w 1574 r.) przybywający z Francji do Krakowa przywiózł ze sobą ułożone jastrzębie. Zaskoczyło go jednak, że wówczas w Polsce było dużo lepiej ułożonych sokołów.


Stefan Batory (Król Polski 1576 – 1586) z umiłowaniem oddawał się łowom. Za jego panowania bardzo rozwinęła się w Polsce hodowla psów legawych (wyżłów) sprowadzanych z Toskanii, Mediolanu i Anglii. Zygmunt August wprowadził karę śmierci za zabicie żubra bez zezwolenia.


XVII w. Władysław IV (Król Polski 1632 – 1648) przywracał świetność upadłej wcześniej tradycji myśliwskiej Batorego. Szczególnie upodobał sobie polowanie z sokołami na czaple. W XVII wieku zakładano czaplom obrączki na szyje z podaną datą.

 

W 1677 r. Jan III Sobieski osobiście odnotował schwytanie takiej czapli z datą 1647 r. Czapla miała więc 30 lat! W tamtych czasach polowanie na zwierzynę drobną przysługiwało każdemu.


1681 r. W czasie ślubu Felicjana Potockiego z córką Jerzego Lubomirskiego na ucztę weselną przeznaczono 24 jelenie, 30 danieli, 300 zajęcy, 10 dzikich kóz, 45 saren, 4 dziki, 1000 par jarząbków, 1000 par kuropatw, 3000 różnych innych ptaszków, 100 dzikich gęsi, 500 kaczek, 300 cyranek i 12 dropi.

XVIII w.  Począwszy od XVIII wieku prawa łowieckie ujęte zostały w ściślejsze reguły.


1775 r. W życie wchodzi ustawa regulująca prawo polowań na obcym gruncie. Nikomu nie wolno było polować na obcym gruncie bez pisemnej zgody właściciela na zwierzynę drobną i płową pod karą 1000 grzywien. Polowanie na obsianych polach, dla myśliwych posiadających pisemne zezwolenie właściciela, możliwe było jedynie od 1 września do 1 marca.


1775 r. W życie weszła ustawa ustanawiająca trzy milowy pas ochronny wokół Warszawy, zastrzeżony do polowań wyłącznie dla Króla.

\
Moritz Müller - Polowanie na jelenie

XIX w. 1832 r. Rząd rosyjski wyznaczył kartę śmierci dla tego, kto bezprawnie zabije żubra.


1869 r. Sejm Krajowy we Lwowie 19 lipca 1869 r. wydał ustawę, która zakazywała łapania, tępienia i sprzedawania zwierząt alpejskich właściwych Tatrom -  świstaka i dzikich kóz. Łowienie i tępienie kozic zagrożone było karą od 10 do 200 koron.


1896 r. Niemieckie Towarzystwo Łowieckie przyjęło do stosowania obowiązującą obecnie numerację amunicji śrutowej. Również w tym czasie wszystkie większe fabryki amunicji w Niemczech zaczęły produkcję amunicji stosując nową, ujednoliconą numerację.


XX w. Jakie były rozkłady zwierzyny w początkach ubiegłego wieku? Warto porównać stan zwierzyny łownej w dawnych i dzisiejszych czasach. Nie daje nam to 100% możliwości porównawczych, gdyż trudno porównać np. zurbanizowanie kraju i gospodarkę leśną i rolną w początków ubiegłego wieku z dzisiejszą, ale daje nam ogólne wyobrażenie o łowiectwie w przeszłości i w dzisiejszych czasach.  Przykładowo w 1907 roku w jednym z rejonów Wielkopolski podczas trzydniowego polowania w rewirze o powierzchni 6800 morg opolowano 6200 morg i pozyskano w 6 strzelców i 60 naganiaczy łącznie 317 zajęcy, 38 królików i 25 bażantów.


W ciągu całego roku w tym samym rewirze upolowano 5 rogaczy, 4 sarny, 337 zajęcy, 131 królików, 56 bażantów, 354 kuropatwy, 67 kaczek, 2 lisy, 9 psów, 12 kotów, 20 jastrzębi, 46 wron i srok. Razem 1043 sztuki zwierzyny. Ciekawe jest porównanie stosunku drapieżników do zwierzyny drobnej. Pozyskano jedynie 2 lisy, ale z łowiska eliminowano również psy, koty, jastrzębie, wrony i sroki.


1911 r. W Polsce do polowań na jelenie używano zarówno kul jak i loftek, czyli śrutu o średnicy większej niż 4,5 mm (obecnie zakazanego do polowań). Liczbę żubrów w Puszczy Białowieskiej szacuje się na 500 osobników.


1924 r. W 1924 r. stan zwierzyny grubej był tak słaby, że podejrzewano, że z lasów i pól zniknęły już (może i bezpowrotnie) takie zwierzęta jak żubry, łosie, niedźwiedzie, sobole i bobry.

Moritz Müller -Polowanie na sarny

Średniowiecze - regale królewskie i książęce oddawały łowy na grubego zwierza w gestię i przywilej panującego władcy, jego rodziny i ewentualnie magnatów i biskupów.
 
W średniowieczu w zależności od ilości zwierzyny jelenie zaliczane były do zwierzyny niższej kategorii (drobnej) a kiedy ich stan się pomniejszał w związku intensywną kolonizacją terenów i zmniejszaniem się powierzchni lasów (jak np. w Wielkopolsce od XIV wieku) zaliczone je znowu do zwierzyny grubej.

 

 

Puszcza Białowieska - kompleks leśny o powierzchni 1250 km kw., z czego w polskich granicach znajduje się 580 km kw. Pozostała część leży na terenie Białorusi. Kompleks ten jest usytuowany na pograniczu Europy Środkowej i Europy Wschodniej. Fizjografia terenu wpłynęła na szczególny charakter Puszczy, wyróżniający się pokrewieństwem szaty roślinnej i świata zwierzęcego z przyrodą Europy Północno-Wschodniej i Europy Środkowej.


Od XV wieku do XVIII wieku, czyli przez ponad 400 lat, Puszcza była własnością królów Polski. Tylko władcy Polski mogli w niej polować. Między innymi dlatego Puszcza była chroniona i przetrwała do naszych czasów. Wcześniej przez większą część czasu od XII wieku Puszcza należała do książąt wołyńskich, a od początku XIV wieku do litewskich (Giedymina, dwukrotnie Jagiełły, Kiejstuta).

 

W Puszczy Białowieskiej polowano od wieków, była specjalnym terenem polowań na żubry, gdzie zjeżdżali królowie, książęta, carowie, prezydenci.

Oszczepami i gromadą

Na wiele wieków przed czasami współczesnymi polowano na żubry, posługując się oszczepami. Myśliwy musiał być wysportowany i zwinny. Miejscem polowania był najczęściej skraj lasu. Myśliwi uzbrojeni w oszczepy chowali się przed atakami żubrów za drzewami. Goniony przez psy zwierz biegł na oślep przed siebie i gdy trafiał na człowieka, rzucał się na niego z furią. Myśliwy atakował żubra oszczepem wciąż kryjąc się za pniem. Inni myśliwi również brali w tym udział, okrzykami rozwścieczali zwierzę i jednocześnie zadawali mu ciosy. Wreszcie żubr padał z powodu dużego upływu krwi. Innym sposobem było zapędzenie żubra na zamarzniętą taflę lodu, gdzie zwierzę się ślizgało i gromadnie je ubijano. Królowie zazwyczaj polowali konno.

Ciekawostką jest fakt, że gdy żubr zbyt szybko rozpoczął atak, na który myśliwy nie był gotów, człowiek rzucał przed zwierzę czerwoną czapkę, odwracając w ten sposób uwagę od siebie.

Łowy pierwotne

Na niedźwiedzie polowano przy użyciu sieci

W polowaniach na grubą zwierzynę wykorzystywano również często specjalne sieci. Były to tzw. uenationis magnae cum retibus. Sieciami tymi otaczano pewien obszar lasu, wpędzając w nie zwierzęta  bądź oplątywano w nie w trakcie pościgu wybrane przez łowców sztuki. Wzmianki o tego typu łowach także odnaleźć można w dziele Kromera: „Niedźwiedzie [...] chwyta się żywcem, zarzucając na nie sieci; nadbiega potem wielu nieraz myśliwców, którzy drewnianymi, rozwidlonymi żerdziami przyciskają do ziemi łeb i łapy bestii, póki nie zostanie skrępowana liną".

 

Udokumentowane łowy w Puszczy Białowieskiej zaczniemy od Wielkiego Księcia Litewskiego Giedymina, który polował w Puszczy, w 1320 r. przed wyprawą na Kijów. Wcześniejsze łowy w 1311 roku, zaplanowane przez wielkiego księcia litewskiego Witenesa w Puszczy Grodzieńskiej nie odbyły się, ponieważ Krzyżacy urządzili w niej zasadzkę i zabili 50 osoczników.

Giedymin, także Gedymin, lit. Gedim (ur. ok. 1275, zm. w grudniu 1341 pod Wieloną) – wielki książę litewski w latach 1316–1341, założyciel dynastii Giedyminowiczów, dziadek Władysława Jagiełły. Niestety brak opisu polowania. Źródła historyczne podają tylko datę polowania (por. Piotr Bajko). Giedymin miał ośmiu synów i sześć córek z żoną o imieniu Jewna.

Olgierd, lit. Algirdas (ur. ok. 1296 lub ok. 1304, zm. 1377) – wielki książę litewski, syn Giedymina, z dynastii Giedyminowiczów. Polował w Puszczy Białowieskiej w 1348 r. Niestety też brak jest opisu polowania. Jako ciekawostę podam, że z pierwszą żoną Anną miał siedmioro  dzieci a z drugą Julianną Twerską szesnaścioro dzieci.

 Kiejstut (ur. ok. 1308/1310, zm. 15 sierpnia 1382) – książę trocki, współrządca Litwy (wraz z Olgierdem) od 1345, wielki książę litewski 1381–1382, syn Giedymina, ojciec Witolda. W Puszczy polował w 1348 i 1382 roku. Brak opisów polowań

Kiedy w XV wieku Puszcza Białowieska po raz pierwszy pojawiła się w źródłach pisanych - „Kronikach Sławnego Królestwa Polskiego” Jana Długosza - była już dobrze zorganizowanym łowiskiemz położonym w środku lasów myśliwskim dworem. Prowadziły do niego dogodne drogi - od południa z zamku w Kamieńcu i od północy z przeprawą na Narewce. Powstanie pierwszej znanej osady w Puszczy Białowieskiej sięga przełomu XIV i XV wieku. Znajdowała się ona w uroczysku którą obecnie nazywamy Starą Białowieżą. Tutaj mieścił się dwór myśliwski wielkiego księcia litewskiego Witolda i jego stryjecznego brata.

 

Polowanie Jagiellonów w Puszczy Białowieskiej

 

   

                           Władysław Jagiełło                                       Wielk. Książę Litewski Witold   

Władysław Jagiełło - urodzony ok. 1351 r., zmarł 1 czerwca 1434 r. w  Gródku Jagiellońskim; syn Olgierda i księżniczki twerskiej Julianny; od 1377 r. Wielki Książę Litewski, od 1386 r. Król Polski; żonaty z Jadwigą, Anną Cylejską, z którą miał córkę Jadwigę, Elżbietą Granowską i siostrzenicą Witolda, Zofią Holszańską, z którą miał dwóch synów: Władysława i Kazimierza, późniejszych królów polskich.

 

Witold, lit. Vytautas (ur. 1354 lub 1355, zm. 27 października 1430 w Trokach) – wielki książę litewski od 1401, syn Kiejstuta i Biruty, byłej kapłanki Praurimy z Połągi, brat stryjeczny Władysława Jagiełły. 

Obie postacie kojarzymy głównie ze zwycięstwa nad Krzyżakami w bitwie pod Grunwaldem (1410). Jednak pomiędzy oboma władcami nie zawszy była zgoda. Jednak jeszcze przed słynnym polowaniem w 1409 roku, Władysław Jagiełło i wielki książę litewski Witold wznieśli w Puszczy dwór myśliwski. Kiedy to się stało – dokładnie nie wiemy. Domniemywać należy, że pod koniec XIV lub na początku XV wieku.

 

Długosz zanotował informacje o dwóch pobytach Jagiełły w Białowieży zapisanej w łacińskim oryginale „Kronik” jako „Bialowiesze” i „Bialowieszy”. Jest jednak bardzo prawdopodobne, że było ich więcej, ponieważ przez Puszczę Białowieską wiódł trakt z Krakowa do Wilna, który król, zawsze z licznym orszakiem urzędników i sług, przemierzał w ciągu 48 lat swego panowania wielokrotnie. Jan Długosz częste podróże kwitował ogólnym stwierdzeniem, że Król Władysław tymi samymi drogami udawał się do Litwy, gdzie spędzał część zimy

 

W Puszczy Białowieskiej przez 8 dni poluje król Władysław Jagiełło. Przebywa w tym czasie prawdopodobnie w dworku Witolda w uroczysku zwanym później Stara Białowieża. Łowy zostają przeprowadzone w ramach przygotowań do Wyprawy Pruskiej, której kluczowym wydarzeniem staje się potem bitwa pod Grunwaldem w 1410 roku. Tak opisuje to Jan Długosz w dziele „Annales seu cronicae incliti Regni Poloniae” („Roczniki, czyli kroniki słynnego Królestwa Polskiego”):


”Król Władysław naradza się z księciem Witoldem o uzbrojeniach na wyprawę pruską, i zrobieniu mostów ze statków wodnych oraz przyjmuje poselstwo Alexandra V papieża z żądaniem hołdu posłuszeństwa; zwierzynę ubitą na łowach i zasoloną posyła do Płocka na zapas wojny przyszłej, a w Lubowli  kościół w przeciągu jednego dnia wystawia. (…) Z Kamieńca Król Władysław wyjechał na łowy do Białowieży za rzekę Lśnę (Lszna); Alexander zaś Książę Litewski udał się do Litwy wraz z chanem Tatarskim, którego przez całą zimę i aż do dnia św. Jana Chrzciciela z wszystką drużyną jego i żonami w kraju trzymał. Władysław zaś król Polski zabawiając się łowami w Białowieży przez ośm dni, wielką ilość zwierzyny ubił, którą soloną w beczkach spuścił Narwią i Wisłą do Płocka, aby mieć z niej zapas gotowy na przyszłą wojnę.” (por. Kalendarium Puszczy Białowieskiej).

Król Władysław Jagiełło podczas polowania na żubry w Puszczy Białowieskiej - rycina, z archiwum BPN

Niektóre źródła podają, że Jagiełło i Witold wspólnie polowali przed wojną z Krzyżakami w Puszczy Białowieskiej w 1409 roku. Myślę, że najbliższy prawdy jest Pan Piotr Bajko, który te łowy opisał w artykule pt. "Jagiełło na łowach w Białowieży. Król robił zapasy na wojnę z Krzyżakami". Przytaczam go w całości:

Jagiełło na łowach w Białowieży. Król robił zapasy na wojnę z Krzyżakami. Autor: Piotr Bajko
"Było to ponad 600 lat temu. Do Puszczy Białowieskiej ściągnął ze swą drużyną król Władysław Jagiełło, by zgromadzić tutaj zapasy mięsa dla wojska na przyszłą wojnę z Krzyżakami.

Stało się tak zaraz po zjeździe w Brześciu Litewskim, na którym król wraz z bratem Witoldem ustalili wspólne wystąpienie przeciwko Zakonowi. Łowy trwały od 6 do 14 grudnia 1409 roku, w okolicach rzeki Leśnej.

Mięso upolowanej zwierzyny było solone, wędzone i na wiosnę 1410 roku spławiane w ogromnych bekach Narewką, Narwią, Bugiem i Wisłą do Płocka, który został obrany za bazę zaopatrzeniową wojska. Jagiełło osobiście śledził przygotowywanie zapasów mięsa. Na polecenie króla wyłapywano również dzikie, drobne, lecz silne konie leśne - tarpany, które doskonale nadawały się na potrzeby nie wyposażonego w ciężkie zbroje wojska litewskiego.

200 beczek mięsiwa

Łowy objęły także inne puszcze na Litwie i w Polsce (m.in. Turowską, Ratnowską, Sandomierską) i ciągnęły się całą zimę. Feliks P. Jarocki w "Tygodniku Petersburskim" (Nr 20/1839) podaje, że do Płocka trafiło dwieście beczek solonego żubrzego i łosiego mięsa. Znawcy przypuszczają, że polowano wówczas również na tury, dziki, niedźwiedzie i jelenie. Niektórzy autorzy (m.in. Michał Baliński, Tymoteusz Lipiński, Marcin Bielski, Łukasz Gołębiowski), piszą, że w łowach w Białowieży uczestniczył także wielki książę litewski Witold, co w świetle "Roczników" Jana Długosza jest raczej wątpliwe. Z kolei Teodor Narbutt w tomie szóstym "Dziejów starożytnych narodu litewskiego" (Wilno 1839) podaje, że królowi w łowach towarzyszył "Sułtan Saladyn, czyli Carewicz Tatarski, z hordy Kipczackiej, przybyły do Litwy z zastępami ludu swojego na pomoc przeciw Krzyżakom".

Ta informacja również nie znajduje potwierdzenia w "Rocznikach" Długosza. Arkady Brzezicki w "Łowcu Polskim" (Nr 4/1992) sugeruje natomiast, że w otoczeniu króla mogło być rycerstwo, dla którego polowanie na grubego zwierza stanowiło ogniową próbą hartu przed mającą się odbyć generalną rozprawą z zakonem krzyżackim. Zapewne z królem polowali wówczas ci, którzy pod Grunwaldem byli w bliskim otoczeniu króla, a więc Sędziwój z Ostroga, Zbigniew z Brzezia, Mikołaj z Michałowa czy Piotr Szafraniec.

Przetrzebiono łosia

Łowy w Białowieży w 1409 roku miały też swój negatywny aspekt, na co zwraca uwagę Mieczysław Mazaraki w "Łowcu Polskim" (Nr 6/1980). Przetrzebiono wówczas bardzo dotkliwie pogłowie łosia. Z relacji Długosza, opisującego łowy Aleksandra i Kazimierza Jagiellończyków w Puszczy Białowieskiej, wynika, że padło ich już zaledwie po kilka sztuk. W tej sytuacji łoś musiał zostać otoczony specjalną opieką królów.

Król dobrze znał Puszczę

Jagiełło, przebywając w Puszczy Białowieskiej w 1409 roku, niewątpliwie już ją znał. Przed unią krewską (1385) Puszcza stanowiła przecież jedno z ulubionych miejsc łowów wielkich książąt litewskich. Pamiętajmy też, że Jagiełło w 1383 roku odzyskał leżący na skraju Puszczy gród Kamieniec, zdobyty rok wcześniej przez wojska księcia Janusza Mazowieckiego. Natomiast w siedem lat później skutecznie oblegał ten sam gród, tym razem opanowany przez skłóconego z nim księcia Witolda.

Kolejny znany pobyt Władysława Jagiełły w Puszczy Białowieskiej miał miejsce w zimie 1426 roku. Król z żoną Zofią, książę Witold z żoną Julianną oraz cały dwór schronili się tutaj przed panującym w Polsce i na Litwie morowym powietrzem. Kronikarze odnotowali wówczas upadek króla z konia, w pościgu za niedźwiedziem. Król złamał sobie nogę w goleniu, na leczeniu której "przepędził dni zapustne i post cały w Lubomli i Krasnymstawie".

Król odwiedził Białowieżę także na krótko przed swoją śmiercią. Długosz w swoich "Rocznikach" pod rokiem 1434 wspomina o spotkaniu w Krynkach Władysława Jagiełły z wielkim księciem litewskim Zygmuntem Kiejstutowiczem, dodając, że doszło do niego, kiedy król powracał z łowów w Puszczy Białowieskiej.

Na zakończenie należy wspomnieć, że zapis o łowach Jagiełły w "Kronikach" Długosza jest najdawniejszym znanym dokumentem odnoszącym się do Puszczy Białowieskiej. Od niego zaczyna się pisana historia Białowieży. Zapis ten jednocześnie potwierdza po raz pierwszy wielkoksiążęcy i królewski status Puszczy."

 

W czasach Jagiełły Puszcza Białowieska nie była jeszcze miejscem wyjątkowym - wielkoksiążęce puszcze zajmowały ponad jedną trzecią powierzchni Wielkiego Księstwa Litewskiego. W wielu z nich istniały dwory myśliwskie i niewielkie osady. Zapisy w kronice Długosza są świadectwem istnienia także w Białowieży wygodnego dworu od początku XV wieku. Był on zapewne dość obszerny, by mogło w nim zimą mieszkać wiele osób. Przy dworze musiały istnieć zabudowania gospodarcze: stajnie, szopy na paszę dla zwierząt, a także osada ze stałymi mieszkańcami, którzy dbali o łąki, obsiewali pola i strzegli dworu. Czy białowieski dwór, podobnie jak liczne inne dwory łowieckie Jagiełły i Witolda rozsiane po puszczach Litwy, pochodził jeszcze z czasów przed chrztem Litwy w 1387 roku? Być może odpowiedzi na to pytanie nigdy nie poznamy.

Królewskie łowy

Król Władysław Jagiełło był na tyle barwną postacią, że warto przytoczyć kilka ciekawostek o nim. Jan Długosz opisuje go jako prymitywnego i nieokrzesanego Litwina. A jakim był w rzeczywistości?:

Gusta i zwyczaje Władysława Jagiełły
Znany w Polsce ze zwycięstwa pod Grunwaldem nad niezmierzoną potęgą - Zakonem Krzyżackim czy założenia wielkiej dynastii Jagiellonów. Naprawdę jednak był skromnym królem kochającym polowania, lubiącym patrzeć na bujającą się huśtawkę, czy zjeść owoce, zwłaszcza suszone gruszki, którymi miał zawsze powypychane kieszenie, a przy tym zabobonny, przykładający ogromną wagę do higieny i czystości, czy broniący swoich osobistych rzeczy przed dotykaniem przez obcych.


W Polsce na naszym tronie zasiadali różni władcy. Mieliśmy monarchów śmiertelnie zakochanych jak Jan III Sobieski (w Marysieńce) i zwykłych babiarzy zmieniających kochanki jak rękawiczki do których należy zaliczyć Kazimierza Wielkiego, Zygmunta Augusta czy Augusta II Mocnego. Mieliśmy na tronie pasjonatów nauki jak Władysław IV Waza, bądź miłośników alchemii jak jego ojciec Zygmunt III Waza. Sprawowali w Polsce władzę okrutnicy, np. Bolesław Chrobry, ale również handlarze niewolników jak Mieszko I. Właściwie każdego z władców Polski moglibyśmy w pewien sposób skategoryzować, ale pośród nich był jeden monarcha ze wszech miar inny, skromny, posiadający niezwykle różnorodne zwyczaje i gusta. Tym władcą był oczywiście Władysław Jagiełło. Ogromnej niechęci kronikarza Jana Długosza do Jagiełły, zawdzięczamy to, że dysponujemy dzisiaj Rocznikami, czyli Kronikami sławnego Królestwa Polskiego, w których przetrwało do naszych czasów wiele informacji dotyczących życia prywatnego tegoż władcy oraz jego upodobania.


A doprawdy jest o czym pisać, gdyż Jagiełło długo panował w Polsce i na Litwie i miał wiele okazji do tego, żeby pokazać swoje „prawdziwe ja”. Po pierwsze jak na średniowiecznego władcę wyjątkowo troszczył się o swoje zdrowie i usposobienie. Przede wszystkim dbał o czystość ciała, co w tamtych czasach było wielką rzadkością. „Łaźni zazwyczaj co trzeci dzień, a niekiedy częściej używał” podawał wspomniany kronikarz Długosz. Być może łaźnia odegrała w życiu Jagiełły bardzo dużą rolę, może nawet zadecydowała o tym, że to właśnie on zasiadł na tronie w Krakowie. Mianowicie, aby przekonać do siebie królową polską Jadwigę, Jagiełło przyjął nawet w łaźni jej specjalnego wysłannika Zawiszę Czerwonego z Oleśnicy wysłanego w celu sprawdzenia wyglądu Litwina. Na polskim dworze, ale również, a może głównie tam, w otoczeniu jadwigowego narzeczonego Wilhelma Habsburga, krążyły niesamowite bowiem plotki o Jagielle. Miały one na celu zdyskredytować jego osobę oraz zniechęcić młodą Polkę do mariażu z Litwą. Możemy łatwo wyobrazić sobie owe plotki skoro Długosz pisał „z udzielonych jej przez pewnych ludzi fałszywych informacji nabrała przekonania, że [Jagiełło] jest nie tylko z obyczajów, ale i z urody dzikusem oraz z obyczajów i czynów barbarzyńcą”. Na szczęście dla Jagiełły spotkanie w łaźni z wysłannikiem Jadwigi rozwiało wszelkie wątpliwości i potwierdziło, że jest normalnym, tradycyjnym z budowy ciała jak inni mężczyźni chrześcijańscy, a nie dzikim zarośniętym niedźwiedziem. Rola łaźni mogła być więc wprost nieoceniona w zawarciu unii polsko-litewskiej w Krewie.


W tym miejscu warto jeszcze dodać, iż Jagiełło nigdy nie był babiarzem, pomimo, że miał cztery żony. Przynajmniej trzy z nich są dzisiaj podejrzewane o przyprawianie mu rogów (pisze na ten temat Iwona Kienzler w książce Wierny mąż niewiernych żon Władysław Jagiełło, Wydawnictwo Bellona), a mimo to współcześni jemu postrzegali tego króla jako grzesznika. Zgodnie więc uznano, że spotkała go kara Boża w postaci uderzenia pioruna w 1419 roku. W wyniku tak nieszczęśliwego zdarzenia Jagiełło „ogłuchł nieco, a odzież jego wszystko siarką cuchnęła”.


Jeszcze ciekawiej przedstawia się stosunek Jagiełły do trunków wyskokowych. Mówiąc bardziej współczesnym językiem starał się on nie obciążać swojej wątroby. W tym celu unikał niebezpiecznych trunków. Zwycięzca spod Grunwaldu był po prostu abstynentem pijącym jedynie wodę  źródlaną lub mleko. Z trunkami miał w ogóle problem, gdyż unikał wszelkich podejrzanych sytuacji podczas których mógł zostać otruty. Miał na tym polu spore obawy. Do tego stopnia bał się o swoje życie, iż „szat, nożów stołowych i innych naczyń nie pozwalał komu innemu sobie przynosić krom tego, który miał takową powinność zleconą”. Poza tym w wodzie łatwiej było wyczuć truciznę, niż w alkoholu. Być może dlatego Jagiełło nie sięgał nigdy po alkohol, obojętnie jaki to byłby trunek, rezygnując z niego na rzecz wody. Z drugiej jednak strony takie zachowanie, jak przytoczone w zacytowanym fragmencie, mogło być równie dobrze spowodowane specyficznym charakterem. Potwierdzałoby to, że król „w rzeczach nie chciał mieć nic wspólnego z drugimi przeto nie lubił, ażeby kto tknął się jego szaty, łóźka, krzesła, konia, chusteczki, kielicha i innych podobnych rzeczy, których używał”. Wreszcie opisane zachowanie mogło być spowodowane zaburzeniami nerwowymi, np. pewnym rodzajem fobii. Dla przykładu mogły być to hafefobia, czyli lęk przed dotknięciem przez inne osoby lub mizofobia, a więc lęk przed nieczystością, zanieczyszczeniem. Ta ostatnia fobia świetnie łączyłaby się z jego wyjątkową, jak na epokę średniowiecza, czystością.


Gdy jednak król Władysław nie pił, a z kolei jadł, to szczególnie chętnie sięgał po owoce, prócz oczywiście jabłek, za zapachem, których totalnie nie przepadał. Wspomniany Długosz podawał, że „jabłek i ich zapachu [Jagiełło] nienawidził, dobre jednak i słodkie gruszki po kryjomu jadał”. Oprócz jabłek i gruszek na dworze tegoż władcy trafiały się z owoców także wiśnie, czereśnie, czy powidła słodzone miodem. Władca miał osobny dwór od swojej małżonki Jadwigi i liczył on kilkadziesiąt osób oraz oddzielne stoły. Pomijając owoce na dworze Jagiełły chętnie jedzono również różnego rodzaju mięsiwa. Ogólnie podczas jednego posiłku przypadało na mężczyznę ok. 2 kg mięsa, natomiast na kobietę ok. 1,3 kg, przy doliczeniu do dworu czeladzi i ciurów żywiących się resztkami w ilości ok. 300 g na osobę. Wiedza nasza na ten temat pochodzi z zachowanych rachunków gospodarskich czy spisów inwentarzowych kuchni. Do tego z mięsa jedzono chętnie duszoną lub pieczoną wołowinę, a także wieprzowinę, rzadko drób (kury, kurczaki), ale również prosięta, baraninę, cielęcinę oraz kaczki i gęsi. Jeszcze rzadziej, na specjalne okazje, pojawiała się dziczyzna. Wśród zużywanych produktów w spisach były także masło i słonina, z warzyw np. pietruszka czy cebula, a także grzyby i manna. Dodatkiem do posiłków było pieczywo, które podawano w wielorakich gatunkach od chleba poczynając, poprzez bułki, rogaliki, obwarzanki, a skończywszy na plackach z serem, makiem itp.


Po posiłkach, gdy nasz polski władca litewskiego pochodzenia zaspokoił głód, wyjątkowo chętnie leżakował korzystając, niczym maluszki w przedszkolach, z poobiedniej drzemki. Nie było to jednak jego największą rozrywką, podobnie z resztą jak i jedzenie. Największą przyjemność Jagielle dostarczały polowania, które nie znudziły mu się aż do późnej starości, co potwierdzał Jan Długosz pisząc „zamiłowany w myślistwie od dzieciństwa aż do zgonu […] Wszystkie myśli swoje rad zwracał ku tej zabawie”. Do tego stopnia władca Polski i Litwy uganiał się po lasach za zwierzętami, że jeszcze w wieku 75 lat polując na niedźwiedzia w Puszczy Białowieskiej przypłacił swoje hobby kontuzją łamiąc nogę. Przywiązanie króla do myślistwa dostrzegali poddani. Ganił tą rozrywkę monarchy Długosz podając „ani miary zachować, ani czasu oszczędzać umiał” i dodawał „zaniedbywanie spraw publicznych i ściąganie sobie słusznych zarzutów”.


Chociaż Jagiełło został ochrzczony i wyrzekł się pogańskiej religii to jednak pozostał człowiekiem zabobonnym. Według kronikarza wiarę w przesądy zawdzięczał właśnie swojej matce. Objawiało się to tym, że „wyrywał włosy z brody, i powplatawszy je między palce, wodą ręce obmywał. Zawsze nim z domu wyszedł, trzy razy obracał się wkoło, i słomkę na trzy części złamaną rzucał na ziemię: nauczyło go tego matka […] ale dlaczego i w jakim celu to czynił, nikomu za życia nie chciał powiedzieć”. Trudnym do wytłumaczenia było również to, iż Jagiełło „lubił także patrzeć na bujającą w jego oczach huśtawkę”.


Na podstawie przytoczonych cech śmiało można stwierdzić, iż Jagiełło, mimo przynależności do dynastii monarszej, zachowywał się normalnie, jak zwykli śmiertelnicy, chociaż niektóre gusta, zwyczaje i upodobania miał więcej niż nietypowe.

 

Władysław Jagiełło chodził nocami po lesie, by słuchać śpiewu słowików. Przeziębił się, dostał zapalenia płuc i umarł. Ale i tak żył 80 lat. Znacznie dłużej niż większość ludzi w jego czasach (średni wiek wahał się w okolicy pięćdziesiątki). Jagiełło słynął z tego, że miał wrodzoną wadę w postaci dolnej wargi wywiniętej na zewnątrz. Widać to nawet na jego sarkofagu. Przekazał tę cechę synowi, Kazimierzowi Jagiellończykowi. A poprzez córki Kazimierza dostali ją w spadku Habsburgowie, łącznie ze słynnym Cesarzem Franciszkiem Józefem.

Sarkofag Władysława Jagiełły w Katedrze na Wawelu

Knieja była dla Jagiełły lekarstwem na wszystko. Jeżeli chandra go dopadała, uciekał do lasu” – opisuje w książce „Łowy władców Polski” Bronisław Sałuda. W tamtych czasach polowanie stanowiło sport więcej niż ekstremalny. Król i zwykle niewielka świta zasadzali się na niedźwiedzia lub tura uzbrojeni jedynie w topory i oszczepy. To, że ktoś ginął podczas łowów, rozszarpany przez dzikie zwierzę, nie należało do rzadkości. Ale wielkie ryzyko i ewentualne sukcesy myśliwskie przynosiły rozładowanie emocji. Poza tym monarcha mógł udowodnić czynami odwagę i zaprezentować męską krzepę, zdobywając szacunek poddanych.


Las miał jeszcze jedną zaletę – stanowił świetną kryjówkę dla tych, którzy nie mieli ochoty na pełnienie obowiązków służbowych. Kiedy Jagiełło po śmierci królowej Jadwigi z powodów politycznych musiał ożenić się z brzydką księżniczką Anną Cylejską, natychmiast po weselu wybrał się na łowy trwające kilka miesięcy. Ale gdy pogodził się z losem, z werwą wrócił do polityki i rzucił wyzwanie zakonowi krzyżackiemu. Według Jana Długosza Jagiełło „słynął [...] zręcznością tak w myśliwskich gonitwach, jak i sprawowaniu rządów". O namiętności króla do polowań może też świadczyć fakt skwapliwego wykorzystywania przezeń daru Krzyżaków - dożywotniego prawa do polowań na ziemiach Zakonu nad Biebrzą i Szeszupą. Zamiłowania łowieckie Jagiełły zostały uwiecznione także na jego grobowcu na Wawelu, na którym artysta wyrzeźbił ptaka i dwa psy myśliwskie.

 

Warto też dodać parę słów o pierwszej żonie Władysława Jagiełły, słynnej królowej Jadwidze. Możemy wierzyć Długoszowi, że należała do najpiękniejszych kobiet średniowiecza. Była jak na tamte czasy wysoka, mierzyła 180 centymetrów wzrostu. Po 12 latach małżeństwa ze znacznie starszym Władysławem Jagiełłą urodziła córkę. Poród nie był łatwy, bo Jadwiga miała - jak wiele kobiet wysokich - wąską miednicę. Dziecku nadano imiona Elżbieta Bonifacja na cześć papieża Bonifacego IX, który miał być ojcem chrzestnym. Niestety, po dwóch tygodniach Elżbieta zmarła, a cztery dni później - 17 lipca 1399 r. odeszła także Jadwiga. Przyczyną śmierci było zakażenie połogowe, czyli sepsa. Gdyby przyczyną zgonu był krwotok, umarłaby natychmiast po porodzie. Tu dygresja. W tamtych czasach przy porodzie umierała co trzecia kobieta. - Małżeństwo Jadwigi z Jagiełłą dało początek dynastii Jagiellonów.

Kazimierz Jagiellończyk

Kazimierz Jagiellończyk - urodzony 30 XI 1427 r. w Krakowie, zmarł 7 VI 1492 r. w Grodnie; od 1440 r. Wielki Książę Litewski, od 1447 r. Król Polski. Młodszy syn Władysława Jagiełły i Zofii Holszańskiej, w 1454 r. poślubił Elżbietę Rakuszankę, córkę Albrechta II Habsburga. Polował w Puszczy Białowieskiej w grudniu 1453 r.  Polowanie w to miało na celu zdobycie mięsa na zaślubiny z Elżbietą Habsburżanką (1454). O innych brak potwierdzenia w źródłach pisemnych.

 

Kazimierz Jagiellończyk odreagowywał stres polując. Syn Jagiełły, mimo że podczas łowów przeżył cztery zamachy na życie, przeprowadzone przez spiskowców sponsorowanych przez Moskwę, nigdy nie porzucił ulubionego hobby. Gdy na niwie politycznej coś toczyło się nie po jego myśli, po prostu od poddanych uciekał do lasu. „Tamże się u Wigrów i w knyszyńskich puszczach ustawicznie łowami bawił, opuściwszy i porzuciwszy sprawy koronne, dlatego wielkie rozboje i okrutne swawoleństwo w Polszcze urosły” – żalił się w „Kronice Polskiej, Litewskiej, Żmudzkiej i wszystkiej Rusi” Maciej Stryjkowski. Zaś Marcin Kromer dodawał, iż: „Król w Litwie ustawicznie tylko poluje, a spraw Korony polskiej nie przestrzega”. Kiedy zaś poddani, czując się porzuceni przez władcę, wpadali w panikę, Kazimierz Jagiellończyk wracał do polityki i skutecznie osiągał wyznaczone cele. Dość przypomnieć, że po 13 latach doprowadził wojnę z Zakonem Krzyżackim o Pomorze Gdańskie i Prusy do zwycięskiego końca.

 

Upodobanie do łowów odziedziczył po ojcu Władysławie Jagiełło. Do jego ulubionych rozrywek należały polowania na tury i żubry. Bardzo rozpowszechniony w Polsce Jagiellonów, zwłaszcza przy „wielkich łowach", był zwyczaj wykorzystywania w polowaniach psów. Polowania z psami (cum canibuś) nie tylko zwiększały szanse na myśliwski sukces, ale były też okazją do podziwiania sprawności czworonogów, popisania się przez właścicieli ich umiejętnościami, wreszcie przystępowania do zakładów. Łowy ze sforą uprawiał nie tylko monarcha, książęta, czy rycerstwo. Były one dozwolone także sołtysom na mocy specjalnych przywilejów. Psy używane do tropienia, zaganiania zwierzyny w pułapkę bądź na stanowiska zajmowane przez myśliwych były rozmaitych ras, stosownie do swego przeznaczenia. Najczęściej wykorzystywano wyżły. Wielkim amatorem polowań z psami był Kazimierz Jagiellończyk. Tak pisał o tym Maciej Miechowita: „Był zaś król Kazimierz [...] od najmłodszych lat aż do końca zawsze myśliwy i łowca ptaków. Bardzo miłował się w psach myśliwskich [...]. Gdy Władysław książę rybnicki i pszczyński, Głuptawym zwany, przechwycił dary wysłane do Władysława króla czeskiego i prosił, by z nich zapłatę otrzymał. "Psy, (rzekł Kazimierz Jagiellończyk) myśliwskie niech odda, a resztę darów niech zatrzyma [...], psy są więcej warte od innych rzeczy".

 

Mięso z ubitych żubrów kazał Jagiełło solić i wysyłał Narwią i Wisłą dla uczonych krakowskich w podarku. Naśladował go w tej mierze i syn Kazimierz. Długosz, naoczny świadek, bo nauczyciel dzieci tegoż Króla, powiadał, że w początkach stycznia 1469 r. monarcha polski, „nabiwszy w puszczach wielką moc zwierzyny, porozsyłał ją w darze biskupom, panom, senatorom, kapitule, wszechnicy naukowej i rajcom krakowskim“. W innem miejscu wspomina Długosz o szubie podbitej sobolami, którą Kazimierz Jagiellończyk nosił w czasie łowów.

Aleksander Jagiellończyk

Aleksander Jagiellończyk (1461-1506) – polski król z dynastii Jagiellonów. Był czwartym synem Kazimierza IV Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki. Po śmierci ojca w 1492 roku przejął władzę w Wielkim Księstwie Litewskim, podczas gdy jego starsi bracia rządzili na Węgrzech i w Polsce. W 1495 roku poślubił prawosławną księżniczkę moskiewską, Helenę, licząc (zresztą bezskutecznie), że związek ten pozwoli zapobiec dalszym wojnom ze wschodnim sąsiadem.

 

W roku 1501, po śmierci Jana Olbrachta, został koronowany na króla Polski, co przywróciło unię między dwoma państwami. Zapamiętany ze względu na uchwaloną w 1505 roku konstytucję sejmową „nihil novi”. Zmarł już po pięciu latach rządów, w 1506 roku, nie doczekawszy się żadnego potomka. Polował w Puszczy jesienią 1494 r. Polowanie miało na celu przygotowanie mięsa na zaślubiny z Heleną.

 

Wielkie polowania Jagiellonów przebiegały podobnie, tyle tylko, że teren łowów otaczano ludźmi i zamykano przy pomocy zwalonych drzew. Dla widzów żądnych widoku krwi wznoszono drewniany amfiteatr, z którego można było obserwować zmagania myśliwych.

 

Z takim właśnie polowaniem królewskim wiąże się dramatyczna przygoda żony Aleksandra Jagiellończyka - Heleny. Podobno omal nie straciła życia, stratowana przez rozwścieczone żubry. Kilka zwierząt rzuciło się na amfiteatr, w którym znajdowała się królowa. Rozwaliły słupy podtrzymujące trybunę, która zawaliła się. Królową z trudem udało się uratować. Dzikość żubrów wykorzystywano podobno także dla karania. Według J.J. Karpińskiego książę Litwy Zygmunt Wielki w ten sposób ukarał przestępcę z grona swoich dworzan. Skazańca ubranego na czerwono wystawiono przed rozwścieczone żubry, które rozszarpały nieszczęśnika na strzępy.

 

W Kalendarium Puszczy Białowieskiej znalazłem taki zapis tyczący Aleksandra Jagielończyka:

 

"Prawdopodobnie dwukrotnie przejeżdża on przez Puszczę Białowieską w sierpniu i wrześniu 1494 roku podczas podróży trasą Wołkowysk-[Puszcza]-Drohiczyn-Brześć Litewski-Kamieniec Litewski-[Puszcza]-Krynki. Możliwe, że zatoczenie przez orszak wielkiego księcia tej pętli ma na celu zgromadzenie dziczyzny na potrzeby wesela z okazji ślubu z cóką Iwana III Heleną, który odbywa się 18 lutego 1495 roku.


W styczniu 1497 roku i w czerwcu 1502 roku król przebywa w położonym blisko Puszczy Kamieńcu Litewskim, co też może być okazją do wypadu na łowy.


Na przełomie 1505 i 1506 roku być może poluje w Puszczy podczas podróży Bielsk-Grodno-Kołodziczna-[Puszcza]-Brześć.
Według mało wiarygodnych źródeł Aleksander Jagiellończyk poluje w Puszczy Białowieskiej na żubry wraz z żoną Heleną w 1504 roku. Podczas łowów żubry omal nie zrzucają królowej i dwórek z podestu. Najprawdopodobniej jednak król cały rok spędza w Koronie, głównie w Krakowie."

Zygmunt I Stary

Zygmunt I Stary (ur. 1 stycznia 1467 w Kozienicach, zm. 1 kwietnia 1548 w Krakowie) – od 1506 roku  Wielki Książę Litewski, od 1507 roku Król Polski. Był przedostatnim z dynastii Jagiellonów. Na tronie polskim zasiadł po śmierci swego brata Aleksandra Jagiellończyka. Był przedostatnim z sześciu synów Kazimierza IV Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki, ojcem m.in. Zygmunta II Augusta. Dwukrotnie żonaty: z Barbarą Zápolyą (1512), a po jej śmierci z Boną z rodu Sforzów (1518).

 

Do ulubionych rozrywek Zygmunta I należały polowania. Brał w nich udział od swej młodości, między innymi w czasie pobytu w Krakowie na dworze Aleksandra Jagiellończyka. W 1504 r. jako młodszy brat króla uczestniczył w wyprawie na łowy do Puszczy Białowieskiej i  Niepołomickiej.

 

Król Zygmunt I Stary w drodze na koronację z Wilna do Krakowa przebywa w Białowieży, niewykluczone że w nowo zbudowanym zameczku myśliwskim nad rzeką Łętownią (Łutownią) na uroczysku Stara Białowieża. W każdym razie dwór białowieski musiał być wtedy na tyle pojemny, by pomieścić orszak monarchy.


W czerwcu 1507 roku król być może przejeżdża przez Puszczę w drodze z Kamieńca Litewskiego do Wilna, a w styczniu 1516 roku pokonując trasę Kamieniec Litewski-[Puszcza]-Krynki. W 1522 roku Zygmunt odwiedza Wołkowysk, Nowy Dwór i Kamieniec. W Kamieńcu przebywa również 28 lipca 1535 roku i 26 października 1536 roku. Inną okazją do pobytu Zygmunta I Starego w Puszczy Białowieskiej mogła być też podróż z Brześcia do Wilna w 1540 roku.

 

Wyjazdy z Krakowa na polowania do pobliskich Niepołomic były jedną z ulubionych rozrywek Zygmunta I i jego drugiej żony, Bony Sforzy, którą Król poślubił w 1518 r.

 

Podczas łowów urządzonych w 1519 i 1521 r. podkomorzy Ożarowski zajmował się kosztami wyjazdów na polowania do Niepołomic, które pokrywał z otrzymanych na ten cel pieniędzy od podskarbiego nadwornego. W 1519 r. dostał 10 florenów, a dwa lata później ad Niepolomicze venatum wypłacono mu 12 florenów. Sylwester Ożarowski brał udział w polowaniach u boku pary królewskiej. Uważany był za znakomitego myśliwego.

 

Podkomorzy uczestniczył też w feralnym polowaniu w Puszczy Niepołomickiej w 1527 r., które przeszło do historii w związku z nieszczęśliwym wypadkiem królowej Bony i przedwczesnym urodzeniem syna Olbrachta. Królowa, będąca wówczas w piątym miesiącu ciąży, upadła z konia zaatakowanego przez rozjuszonego niedźwiedzia. Szczegółowy opis tego zdarzenia zamieścił w swej Kronice Marcin Bielski (zm. 1575). Brzmi on następująco: "Z Krakowa ruszył się król do Niepołomic z królową Boną i ze wszystkim dworem na krotofile, gdzie tam miał niedźwiedzia nad obyczaj wielkiego, którego z Litwy przywieziono w skrzyni. Gdy go wypuszczono do gaju blisko Wisły, poszczwano go wielkimi psy najpierwej, które on połamał i pobił, i ranił ich o sto, chłopów było o trzysta z oszczepy, którzy mu nie dali do Wisły. Z przodku był niemętny, ale potem gdy się rozgniewał, oślep bieżał na ludzi. Ożarowskiego herbu Rawicz, podkomorzego królewskiego, przewrócił z koniem. Tarło krajczy pieszo chciał na niego z oszczepem, ale mu wydarł oszczep niedźwiedź, iż padł, ledwie go chłopi z oszczepy przypadłszy ratowali i psy go w nogi wtenczas pokąsali. Puścił się potem tam, gdzie królowa stała, która uciekając przed nim, potknął się pod nią koń, spadła i uraziła się, bo była brzemienna; tamże porodziła bez czasu syna, któren pochowan zarazem w Niepołomicach. Stańczyka też błazna przewrócił z koniem wtenczas. A tak, by byli nie chłopi z oszczepy ratowali, wiele by był ludzi pomordował". Król się śmiał ze Stańczyka, rzekł mu: "Począłeś sobie nie jako rycerz, ale jako błazen, żeś przed niedźwiedziem uciekał". Rzekł Stańczyk: "Większy to błazen, co mając niedźwiedzia w skrzyni puszcza go na swoją szkodę". Zdarzenie miało poważne konsekwencje, bowiem po narodzinach królewicza Olbrachta Bona Sforza nie mogła rodzić dzieci, wskutek czego jedynym męskim następcą tronu państwa polsko-litewskiego pozostał Zygmunt II August, który zmarł bezpotomnie w 1572 r.

 

W XVI wieku panowie litewscy często wysyłają w ciasnych skrzyniach łowione w Puszczy Białowieskie niedźwiedzie rozdającym przywileje Zygmuntowi Staremu i Bonie. W Puszczy Niepołomnickiej pod Krakowem Król urządza potem dla zagranicznych gości sadystyczne zabawy kończące się śmiercią zwierzęcia. Podczas jednej z nich przerażony niedźwiedź atakuje będącą wtedy w ciąży Bonę. Królowa uchodzi z życiem, ale urodzone przedwcześnie dziecko umiera.

 

Za czasów Zygmunta Starego zbudowano nowy dwór myśliwski, w którym Król przebywał w drodze na koronację z Wilna przez Krynki i Rudnię do Krakowa przez Mielnik w grudniu 1506 roku. . Karcow określa jego lokalizację nieopodal Starej Białowieży – 2 km na północ, w miejscu zwanym dzisiaj Zamczyskiem, w późniejszym czasie dom Zygmunta I Starego został przeznaczony na siedzibę łowczego, organizującego polowania królewskie i nadzorującego arsenał.

 

W 1538 Król wydał specjalne prawo dotyczące organizacji polowań królewskich i zabraniające wszelkich innych łowów w Puszczy Białowieskiej. Wchodząc do Puszczy nie wolno było mieć ze sobą psa ani broni. Za zabicie grubej zwierzyny groziła kara śmierci. Zygmunt I Stary, jako pierwszy wprowadził prawną ochronę żubrów. Królowie Polscy nie tylko polowali w Puszczy, ale też chronili jej zasoby min. powołując „służby jej i żubrów strzegące”.

 

Pierwszym, który opisał żubra na ziemiach polskich, był poseł austryjacki Siegmund von Herberstein. W trakcie podróży przez Polskę w latach 1517 i 1526 miał okazję zobaczyć zarówno żubra, jak i tura. Wcześniej oba te gatunki często mylono. Warto również dodać, że Herberstein przyczynił się do małżeństwa Zygmunta I Starego z Boną.

 

Na dworze Zygmunta Starego powstało nawet Towarzystwo Opilców i Ożralców. Do elitarnego klubu przyjmowano przedstawicieli obu płci, więc zabawa była nie tylko przednia, ale i pikantna. Nie wiadomo tylko, czy król uczestniczył w „obradach”.

Zygmunt II August

Zygmunt II August (ur. 1 sierpnia 1520 w Krakowie, zm. 7 lipca 1572 w Knyszynie) – syn Zygmunta I Starego i Bony Sforzy, od 1529 Wielki Książę Litewski, od 1530 r. Król Polski (do 1548 koregent); ostatni dziedziczny Wielki Książę Litewski, ostatni męski przedstawiciel dynastii Jagiellonów. Za jego inicjatywą Koronę Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie na mocy Unii lubelskiej połączono w jedno państwo, Rzeczpospolitą Obojga Narodów.

 

Oto najpełniejszy opis polowania (por. Tomasz Samojlik):

 

Nazajutrz po święcie Trzech Króli 1546 roku z zamku w Wilnie wyruszył długi orszak sań. Młody król Zygmunt August jechał ze swoim dworem na łowy do Puszczy Białowieskiej. Podróżni mieli przed sobą dwanaście dni sanny po zalesionych równinach Wielkiego Księstwa Litewskiego i tyleż nocy spędzonych we dworach królewskich stacji.

 

Gorączka przygotowań zapanowała na długo przed wyjazdem. W wigilię Bożego Narodzenia Zygmunt August wysłał myśliwców Wasilka i Griszę Moskwicina do łowisk białowieskich, aby przygotowali wszystko na jego przybycie. Przed Nowym Rokiem zakupił skrzynie prochu, prochownice, ołów do odlewania kul i opłacił naprawę swego arkebuza, popularnej w owym czasie broni palnej.

 

Nie zapomniano o ciepłym ubiorze. Królewski krawiec szył żupan, cieple spodnie, hazukę - szatę z ciemnej purpury podbitą czarnymi futrami króliczymi, zamszowe rękawiczki na futrze baranim, podbijał futrem delię - długi płaszcz z szerokimi, rozciętymi rękawami. Król wymieni! ostrogi na nowe, a dla ulubionego psa Gryfa kazał zrobić kołdrę z lisich ogonów. Do królewskiego dworu w Białowieży zakupiono cztery skórzane poduszki wypchane puchem, dwie wielkie i dwie małe pierzyny oraz dwa urynały, czyli nocniki.

 

Tuż przed wyjazdem król posłał przodem dworzanina Wietczyńskiego do przygotowania podwód - zmian koni na trasie podroży, a sześciu innym dworzanom zlecił zwołanie naganiaczy ze wsi wokół Puszczy Białowieskiej. Na końcu szambelanowi Korytce wręczył trzosik z groszami litewskimi do rozdawania ubogim na trasie podroży. Dążąc przez Rudniki, Mścibów i Wołkowysk, 18 stycznia 1546 roku myśliwski orszak przejechał w Rudni zamarzniętą Narew i skierował się do Białowieży.

 

W styczniu 1546 roku na Zygmunta Augusta w Puszczy Białowieskiej czekał już otoczony sieciami ostęp, w którym kilkuset naganiaczy pilnowało spędzonej zwierzyny. We dworze w Białowieży zaś oczekiwali goście - wysłannicy wysokich państwowych urzędników z należnymi daninami oraz słudzy z darami od możnowładców. Pan Kostka przysłał sieci i sforę psów myśliwskich - wzlanników. Nie udało się ustalić, o jaką rasę chodziło. W XVI wieku, kiedy puszcze Europy środkowowschodniej zamieszkiwały jeszcze tury, żubry i dzikie konie leśne, w domostwach i gospodarstwach całego kontynentu hodowano tysiące lokalnych ras zwierząt udomowionych. Najstarszy Statut Litewski z 1529 roku wymienia 11 ras psów myśliwskich: naśladniki, nabrzeszniki, bobrowe, obsoczne, charty zwyczajne i pod sokole, kurcze, wyżły, wlanniki zwierzynne, szczuje i psy medelańskie.

 

Od pana Tęczyńskiego przyprowadzono kilka koni fryzyjskich, mocnych zwierząt używanych do ciężkozbrojnej jazdy i zaprzęgów. Po odesłaniu pieniędzy do Wilna w eskorcie sześciu Tatarów, wysłaniu z kancelarii kilku listów i wypłaceniu napiwków posłom darczyńców, królewicz i jego dworzanie przez kilka następnych dni zajmowali się łowami.

 

Polowano wówczas w tradycyjnych kletnach - ostępach o wielkości kilku kilometrów kwadratowych, otoczonych zasiekami z naciętych drzew i sieciami z łyka i konopi. Zygmunt August jako pierwszy z polskich królów zastosował do polowania broń palną.

Naganiacze wielokrotnie przepędzali zwierzynę przez ostęp, a myśliwi mierzyli do żubrów i jeleni z arkebuzów o długich lufach ustawianych na podpórkach. Każdego popołudnia zabite zwierzęta zwożono saniami do Białowieży, gdzie dziczyznę solono i pakowano do beczek.

 

Dwukrotnie podczas białowieskich łowów wydarzyły się niebezpieczne sytuacje. Kasztelan trocki, Hieronim Chodkiewicz, otrzymał od Zygmunta Augusta nagrodę za narażenie życia w jego obronie. Innym razem huk wystrzałów obudził z zimowego snu i wypłoszył z gawry niedźwiedzia, który zaszarżował na naganiacza. Chłop usiłował wdrapać się na dąb, jednak niedźwiedź, nim go zabito, zdążył biedaka ściągnąć na ziemię i poranić. Królewiczowi, który chciał obdarować nieszczęśnika pieniędzmi, lecz nie miał przy sobie sakiewki, pośpieszył z pożyczką koniuszy jego dworu - Jarosz.

 

Po 25 stycznia goście - każdy obdarowany przez królewicza kilkoma florenami na drogę - zaczęli się rozjeżdżać. Dworzanin Campa, Włoch, i jego przewodnik Mateusz Langk zostali wysłani aż do Krakowa. Mieli zawieźć na Wawel 35 beczek dziczyzny dla rodziców królewicza, Zygmunta Starego i królowej Bony. Kilka beczek Zygmunt August posłał też w darze kasztelanowi poznańskiemu, a pozostałe przygotowano do transportu saniami do Wilna na potrzeby dworu.

 

Ostatniego dnia w Białowieży - 27 stycznia 1546 roku – Zygmunt August obdarował groszem miejscowych włościan i mnicha kwestarza z tykocińskiego klasztoru bernardynów. Szambelanowi Korytce ponownie wręczył drobne do rozdawania ubogim w czasie podroży. Nazajutrz wyruszono z Białowieży, aby tym razem inną drogą - przez Krynki - wracać do zamku w Wilnie. Królewicz jechał w wymoszczonych saniach wielce zadowolony. Łowy w Puszczy Białowieskiej udały się znakomicie. Jeżeli cokolwiek go gniewało, to zachowanie jego ukochanego psa Gryfa. Tak się rozswawolił w lasach, że władca natychmiast po wyjeździe z Białowieży musiał zamówić naprawę pejcza do dyscyplinowania czworonoga.

 

Inne opisy tego samego polowania:

 

W Puszczy przez 9 dni poluje Zygmunt II August (18 – 27 stycznia 1546 r.). Zostaje ubite tyle zwierzyny, że nie wiadomo co z nią robić. 35 beczek solonej dziczyzny Król przesyła do Krakowa, nieznaną ich liczbę do Poznania. Fakt ten opisano w Dziejach Puszczy:

"Zygmunt August, ostatni z Jagiellonów, polował w Puszczy Białowieskiej w 1546 roku. Królewicz Zygmunt August przebywał w Puszczy Białowieskiej w dniach od 18 do 27 stycznia 1546 r. przyjeżdżając tu z Wilna drogą przez Wołkowysk i Mścibów. Początkowo prowadził w białowieskim dworze ożywioną działalność kancelaryjną, następnie przez kilka dni polował w otoczonych ostępach zwanych kletnami, jako pierwszy z polskich władców używając do polowań broni palnej. Po zakończonych łowach rozkazał wysłać na Wawel w prezencie dla swoich rodziców króla Zygmunta Starego i królowej Bony Sforzy trzydzieści pięć beczek solonej dziczyzny. Powrócił do Wilna kierując się przez Rudnię do Krynek drogą Browską".


I jeszcze inny opis tego polowania znaleziony w Internecie:

 

"Na polowanie wyrusza młody Król Zygmunt August. Z zamku w Wilnie wyjeżdża nazajutrz po święcie Trzech Króli w 1546 roku. Do wielkich łowów w Puszczy Białowieskiej starannie się przygotowuje - szyje sobie żupan, ciepłe spodnie, płaszcz i zamszowe rękawiczki na baranim futrze. Król wymienia sobie też ostrogi na nowe, a dla swojego ulubionego psa Gryfa każe zrobić kołdrę z lisich ogonów. Do Białowieży zabiera też cztery skórzane poduszki pchane pierzem, dwie wielkie pierzyny i dwa nocniki.

 

Skoro świt wyrusza na łowy. Zwierzynę osocznicy zaganiają już do tzw. ostępu. To kawał lasu o wielkości kilku kilometrów kwadratowych otoczony słomiano-drewnianym płotem, z którego żaden jeleń czy żubr nie ma prawa uciec. Na dworze tymczasem zostają goście, każdy z jakimś podarkiem dla króla. Pan Kostka przysłał sieci i sforę psów myśliwskich. Pan Tęczyński przyprowadził kilka koni fryzyjskich. Czekają na króla. Polowanie trwa dziesięć dni. Każdego popołudnia zabite zwierzęta zwożone są saniami do Białowieży, gdzie dziczyzna jest solona i pakowana do beczek. 25 stycznia jest już po wszystkim. Królewicz Zygmunt August wraca zadowolony saniami do Wilna. Do Krakowa na Wawel wysyła rodzicom 35 beczek solonej dziczyzny".

 

Choć zmieniały się czasy i obyczaje, to zwyczaj urządzania polowań królewskich okazywał się niezmiennie przydatny. Dzięki niemu Zygmunt August mógł długo ukrywać swój romans z Barbarą Radziwiłłówną. Oficjalnie w 1546 roku władca przebywał na łowach w litewskich puszczach przez 223 dni. I nikt się nie doliczył, ile czasu poświęcił na tropienie zwierzyny, a ile na schadzki z ukochaną. Niestety, w przerwach pomiędzy miłosnymi uniesieniami monarcha brał się do polowania, a wówczas działy się rzeczy straszne. Koło Lawaryszek niedźwiedzica o mały włos nie rozszarpała Króla, lecz w ostatniej chwili toporem w łapę ciął ją niejaki Jurgielis, chwilę potem zabity przez rozwścieczone zwierzę. Jako odszkodowanie Zygmunt August wypłacił ojcu swojego obrońcy cztery floreny. Na następnym polowaniu kolejny niedźwiedź zabił pięciu chłopów z nagonki. Potem jeszcze jednego przypadkiem ustrzelono z rusznicy, co kosztowało króla siedem florenów odszkodowania. Romans z piękną Barbarą miał niewielkie konsekwencje, dopóki trwał w leśnych ostępach. Jednak zakochany Król w końcu poślubił Radziwiłłównę i gdyby nie jej szybka śmierć, Rzeczpospolita znalazłaby się na krawędzi poważnego kryzysu politycznego.

Altana łowiecka

Ze zwierzyńców czyli tzw. ogrodów do polowań, pędzona zwierzyna wybiegała wprost przed altanę łowiecką. Do dziś nie udało się odnaleźć żadnego śladu tych konstrukcji. Przy dzisiejszej drodze Hajnówka-Białowieża (oddziały 392-394 i 420-422) znajdowała się  zagroda do polowań, "Teremiska", wybudowana prawdopodobnie specjalnie z okazji przyjazdu Stanisława Augusta. W ogrodach znajdowały się wewnętrzne przegrody, pozwalające na przeganianie zwierzyny podczas polowania coraz bliżej myśliwych. Aby zwierzyna nie uciekła, "od miejsca do miejsca o kilkadziesiąt kroków stali przy tym parkanie chłopi z kijami dla odganiania zwierza". W ostatniej przegrodzie parkan zwężał się w ten sposób, że pędzona zwierzyna wybiegała wprost przed altanę łowiecką. Jak taka altana wyglądała? Zachował się rysunek nieznanego autora z 1784 roku zatytułowany "Altanka wystawiona w Białowiezkiey Puszczy". Choć słowo "altanka" sugeruje niewielką i tymczasową konstrukcję, był to duży, podpiwniczony budynek z wieloma wyszukanymi ozdobami z "piramidek, wazonów y innych figur z Cyframi Królewskiemi".

 Rys. Lech Z. Nowacki

Zygmunt August w Knyszynie i  innych posiadłościach pobudował okazałe pałace myśliwskie, w których zapewniał uczestnikom swych polowań komfort i bezpieczeństwo. Obok urządzał zwierzyńce, czyli ówczesne zoo, w których trzymał łosie, jelenie, sarny i... wielbłądy. Teoretycznie powinien rezydować w stolicy, ale bardziej ciągnęło go do litewskich lasów. Nad ptaki przedkładał konie. Posłowie udający się w  misje dyplomatyczne mieli obowiązek przywożenia z zagranicy nowych okazów do królewskich stadnin. Zebrał ich ponad 3 tysiące. Jak wielu władców epoki renesansu, Zygmunt August miał liczne pasje. Nuncjusz Bernardo Bongiovanni pisał do papieża, że polski król „posiada szesnaście szkatuł klejnotów, których wartość przewyższa zasoby Jego Świątobliwości”. Królewska kolekcja obejmowała m.in. 40 złotych pucharów inkrustowanych szlachetnymi kamieniami, dziesiątki pierścieni, medalionów, łańcuchów i  innych bibelotów. W wolnych chwilach monarcha przeglądał swe zbiory, zbierał informacje o cennych precjozach, które są gdzieś do kupienia, i  spadkach pozostawionych przez bogatych krewniaków. Poza tym kolekcjonował arrasy, obrazy, zegary i  książki. Imponująca biblioteka liczyła ponad półtora tysiąca woluminów. Swoje dzieła przysyłali mu Luter, Kalwin, Frycz Modrzewski, Kochanowski.  Ale chociaż Król cenił artystów i pisarzy, sam za rozrywkami umysłowymi nie przepadał. Książki zbierał, żeby je mieć, a nie czytać. Znalazł jednak sprytny sposób na zapoznawanie się z dziełami, których nie wypadało nie znać. Wręczał je sekretarzowi, dawał kilka dni na przeczytanie i kazał sobie opowiadać. Dzięki temu oryginalnemu audiobookowi sprawiał wrażenie oczytanego. Widok Króla pogrążonego w lekturze książki nie należał na polskim dworze do zbyt częstych.


Słynący z wykwintnych manier Zygmunt August potrafił zorganizować turniej, w którym z jego dworzanami pojedynkowała się… prostytutka Zofia Długa. Atrakcyjność tego typu widowisk rosła wprost proporcjonalnie do ilości konsumowanych trunków. Monarchowie za kołnierz nie wylewali, ale do alkoholu mieli różne podejście. Uczty i bale nie odbywały się, rzecz jasna, codziennie, a wieczorną nudę czymś trzeba było wypełnić. Zygmunt August wszędzie woził ze sobą dworską kapelę, lubił też posłuchać śpiewaków wykonujących pieśni ukraińskie.

 

Zygmunt August był trzykrotnie żonaty. Pamiętamy ze znanego serialu o królowej Bonie, że na padaczkę chorowała pierwsza żona Zygmunta Augusta, Elżbieta. Atak choroby, jakiego doznała podczas nocy poślubnej z królem, raz na zawsze zraził do niej Zygmunta. Elżbieta niedługo potem zmarła. Kolejna królewska żona, Barbara Radziwiłłówna, która słynęła z temperamentu seksualnego, chorowała i umarła na raka szyjki macicy. Cierpiała bardzo, zwyczajnie gniła za życia. Niezrażony tym król był przy niej do końca, co utrwalił na swym obrazie Matejko. Zygmunt nie doczekał się potomstwa. O spowodowanie jego niepłodności oskarża się włoską dwórkę Dianę di Cordone, która zaraziła króla syfilisem przywleczonym przez żeglarzy Kolumba. Zygmunt ożenił się jeszcze trzeci raz w 1553 r., z księżniczką austriacką, młodszą siostrą swej pierwszej żony – Katarzyną Habsburżanką. Zawierając to małżeństwo, miał jeszcze nadzieję na potomka i zależało mu na dziedzicznym tronie litewskim dla ewentualnego syna. Małżeństwo okazało się jednak, jak poprzednie, bezpotomne. Katarzyna wyjechała z Polski do Austrii, jak się okazało już na zawsze, ponieważ zmarła tam kilka miesięcy przed swoim mężem. Zygmunt II August zmarł pod koniec 52. roku życia. Przyczyną jego śmierci była mocznica i niewydolność nerek. Przed śmiercią wydalił trzy kamienie moczowe wielkości bobu.

 

Kilka ogromnych puszcz litewskich, w tym położona najbliżej granicy z Koroną Puszcza Białowieska, były osobistymi dobrami Zygmunta Augusta, dziedziczonymi przez kolejne pokolenia dynastii od czasów Władysława Jagiełły. Taki status wielkoksiążęcych i królewskich puszcz chronił je przed presją „topora i pługa”, czyli wyrębem i kolonizacją. Szczególnie rygorystycznie chroniona była zwierzyna - cel królewskich łowów, które w tamtych czasach miały przede wszystkim znaczenie aprowizacyjne i dyplomatyczne. Ówczesne polowania, trwające zwykle około 10 dni i angażujące setki ludzi, były wielkim wyzwaniem organizacyjnym. Na czele wszystkich służb łowieckich stał łowczy, a wokół każdej puszczy osiedlano królewskich poddanych - osoczników, zobowiązanych do udziału w monarszych łowach w charakterze nagonki oraz do przygotowywania sieci i innych sprzętów łowieckich. Pomiędzy polowaniami osocznicy strzegli ostępów leśnych przed kłusownikami i zobowiązani byli do pilnowania, a w razie potrzeby napraw we dworze królewskim. W Białowieży taki dwór istniał już w czasach Jagiełły. Musiał być obszerny, solidny i ciepły, skoro przez wiele dni, zazwyczaj zimą, służył za mieszkanie rodzinie i towarzyszom króla. Był też zapewne wygodny i elegancki, skoro władcy zapraszali do Białowieży ważnych gości i dostojników. W grudniu 1506 roku we dworze białowieskim zatrzymał się orszak Zygmunta I, zwanego później Starym, który zdążał z Wilna do Krakowa na swoją koronację.

 

Jego syn Zygmunt August nie tylko kontynuował tradycje łowieckie przodków, ale po objęciu tronu miał się szczególnie zasłużyć dla ochrony puszcz Polski i Litwy. W 1559 roku polecił dokonanie „rewizji” puszcz w Wielkim Księstwie Litewskim, a więc spisanie liczby i zakresu wszelkich przywilejów udzielonych szlachcie i duchowieństwu na użytkowanie w tych puszczach drzew bartnych, łąk nadrzecznych do zbioru siana i rzek leśnych do łowienia ryb. W 1567 roku podpisał „Ustawę Króla Imci Leśniczem w Wielkim Księstwie Litewskim”, pierwszy akt prawny ustalający obowiązki leśniczych. Jako główne ich zadanie król nakazał pilnowanie, by się „puszczy żadna szkoda tak w zwierzu jak i w drzewie bartnem i inszem drzewie wszelakiem nie działa.


Wreszcie, podobnie jak jego przodkowie, Zygmunt August otaczał szczególną opieką królewskie puszcze bogate w zwierzynę. W 1589 roku - za panowania Zygmunta III Wazy - zostały one wydzielone jako dobra osobiste (stołowe) króla i odróżnione od tych, z których dochody miały odtąd iść do skarbca Rzeczypospolitej. W grupie dóbr stołowych znalazła się także Puszcza Białowieska, co samą Puszczę i żubry ocaliło przed zagładą, która wkrótce pod naporem cywilizacji spotkała sąsiednie puszcze, Kamieniecką i Bielską.

 

We wszystkich opisach polowań mniej więcej od XVI w. pojawiają się pojęcia wymagające wyjaścienia:

 

Ostęp

W nowoczesnej ekologii i ochronie przyrody podnoszona jest konieczność zapewnienia zagrożonym gatunkom dostatecznie dużych płatów środowiska, chronionego przed antropopresją, oraz sieci korytarzy ekologicznych, które umożliwią migracje pomiędzy płatami. Takie samo zrozumienie dla potrzeb życiowych dużych ssaków łownych - oparte na obserwacjach przyrody - kształtowało zasady ochrony żubrów w XV-XVII wieku w puszczach królewskich Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Podstawową praktyką była wówczas ochrona „ostępów zwierzynnych." (zwanych także ostępami gończymi) i „przechodow zwierzynnych". Ochrona miała początkowo cel zachowania tych gatunków dla użytkowania łowieckiego, później także cel prestiżowy - zachowanie ich „ad Jamom Regnt - dla sławy Królestwa.

Ostępy były fragmentami puszcz specjalnie wydzielonymi do odbywania w nich wielkoksiążęcych i królewskich łowów, gdzie niedozwolona była żadna inna działalność: wyrąb lasu, zakładanie barci, wyrów towarów leśnych, czy koszenie łąk. Ostępy chroniono przed ogniem, wydeptywaniem w nich dróg i wypasem bydła. „Rewizja puszcz i przechodów zwierzynnych" z 1559 roku oraz „Ordinatia puscz..." z 1639 roku sugerują, iż ostęp miał zwykle od 10 do około 100 km2. W każdej z puszcz było wiele ostępów, na przykład w Białowieskiej w 1639 roku wymieniono z nazwy 55 ostępów większych i 82 mniejsze.

Przechody zwierzynne były korytarzami leśnymi i bagiennymi, przez które „idzie zwierz z puszcz J. K. Mści hospodarsklcłi'. W XVI rewizorowie puszcz zwrocili uwagę, iż najważniejszy „przechód wielki zwierzyrmy kolo rzeki Jasiołdy przez Mosty Żołobate” z Puszczy Białowieskiej do Łyskowskiej) został zagrożony, gdyż „ziemianie swoich ludzi posadzili ku szkodzie puszczy”. Ochrona przechodów zwierzynnych już w XVII wieku ustąpiła pod presją wyrębów, kurczenia się puszcz i osadnictwa. Ostępy w królewskich puszczach, zwłaszcza Białowieskiej, były skutecznie chronione do końca XVIII wieku.

 

Osocznik

Najstarszą - istniejącą już w początkach XIV wieku - grupą służb łowieckich w puszczach litewskich byli osacznicy (osocznicy), którzy osaczali zwierzynę podczas łowów wielkiego księcia. „Ordinatia puscz J. K. Mści leśnictwa Blałowieżskiego y Kamienieckiego” z 1639 roku podaje, iż Puszczy Białowieskiej „pilnowało” wówczas: 277 osoczników osiedlonych w 9 wsiach wokół puszczy, 4 starszych osoczników, 2 myśliwców i leśniczy. Do najważniejszych obowiązków tych służb należało: „Pilnować by się w Puszczy żadna szkoda, tak w zwierzu jak i drzewie bartnym i inszem drzewie wszelakim nie działa, pilnować, by nikt nie polował chyba za specjalnym listem hospodarskim. (...) Mosty w puszczy mościć, drogi do ostępów naprawować, podczas rui zwierza pilnować, na łowy kiedy i kędy każą po jednym z pół włoki chodzić, nie wyprawując starych ani małych, ale chłopów hożych i do tego sposobnych". Osocznicy byli ludźmi wolnymi, posiadającymi z nadania królewskiego po pół włoki ziemi wolnej od powinności pańszczyźnianych, czynszów i innych podatków.

 

W XVII wieku obok osoczników pojawiła się nowa kategoria służb puszczańskich - strzelcy, a od początku XVIII wieku - strażnicy. Strzelcy byli zwolnieni z obowiązku służby wojskowej. Z nadanej im ziemi (zwykle jedna włoka) płacili czynsz tylko w latach, w których nie odbywali łowów. Strażnicy rekrutowali się zazwyczaj spośród szlachty, a oprócz wolnej od czynszu ziemi otrzymywali także pensję. W 1764 roku 213 osoczników zamieszkiwało 16 wsi. Wkrótce jednak Antoni Tyzenhauz zmienił status prawny większości osoczników na zwykłych włościan podlegających administracji Puszczy. W roku 1795 Puszczy Białowieskiej strzegło 16 osoczników, 102 strzelców, 13 strażników, 2 oberstrażników 1 leśniczy. Od służb tych oczekiwano, iż „całości puszcz, zachowania zwierza postrzegać będą, nie pozwolą drzewa surowego ze pnia ścinać, kwatery pilno objeżdżać, polowania obcym bronić, pożarów strzec, nade wszystko wierność dla skarbu, trzeźwość i posłuszeństwo winne swemu zwierzchnictwu zachować'. Utrwalonym zwyczajem było przechodzenie stanowisk osockich, strzeleckich i strażnikowskich z ojca na syna. Dobrze zorganizowane i godziwie uposażone służby Puszczy Białowieskiej wielokrotnie wykazywały się wielkim oddaniem dla jej ochrony.

 

Osocznik – zarządca królewski od XVI do XVIII w. Obławnik biorący udział w osaczaniu zwierza, szczwacz, myśliwiec pański, jakich całe gromady na większych łowach, uzbrojone zwykle w oszczepy, służyły do osoczenia czyli osaczenia grubego zwierza w kniei. Zdarzało się, że gdy w noc księżycową stado dzików wyszło z boru żerować w zboże, kilkudziesięciu osoczników starało się dziki otoczyć, a nieraz potężne odyńce padały pod ciosami ich oszczepów. Podobne wypadki zdarzają się jeszcze dotąd w Białowieży.


O bytności osoczników na terenie Puszczy Białowieskiej świadczy ustawa z roku 1529. Wspomina o nich też „Ustawa na wołoki” z 1557 r.
„Rewizor z leśniczym mają osoczników obierać, a nie więcej niż ich trzeba przy Puszczach i łowach naszych ustanowić i to nam hospodarowi, oznajmić, a na służbę dawać im po 2 włóki wolne od czynszu i wszelkich podatków”.


Ordynacja Puszczy JKM-ci leśnictwa Białowieskiego z 1639 roku omawia „powinności osoczników białowieskich”. Ustawa mówi o 277 osocznikach, którzy wraz z dziesiętnikami mają pilnować Puszczy, dokonywać napraw mostów i dróg do ostępów oraz uczestniczyć w łowach. Obowiązani byli (4 osoczników) zaopatrywać dwór królewski w Białowieży, dozorować prac polowych oraz strzeżenia granic tych pól. Ustawa zwalnia osoczników od czynszów i podatków. Osocznicy podobnie jak strażnicy i strzelcy podlegali wyłącznie urzędowi łowieckiemu. W porównaniu z innymi poddanymi byli w znacznym stopniu uprzywilejowani. Utrwalonym zwyczajem było utrzymywanie stanowisk osockich z ojca na syna.  Osocznicy w Puszczy Białowieskiej byli rozmieszczeni nierównomiernie. W kwaterze Orzeszkowskiej było ich – 122, w Dmitrowskiej – 101, Fałowskiej – 54. W 1795 r. Puszczy strzegło 16 osoczników. Pod koniec XVIII w. stopniowo zastępowali ich strzelcy i gajowi dozorujący przyznane im tereny leśne.

 

Ogród do polowań, zwierzyniec, altana myśliwska

 

Ogród do polowań był dużym fragmentem lasu ogrodzonym parkanem ze ściętych i powalonych  drzew, pali wbitych w ziemię z poprzecznymi drągami, podczas łowów uszczelnianym niekiedy sieciami z łyka drzewnego. Ogrod dzielono wewnętrznymi przegrodami na części i budowano w nim altanę. W XV i na początku XVI wieku, kiedy nie używano broni palnej, altana służyła tym, którzy nie uczestniczyli w polowaniu, a jedynie obserwowali jego przebieg – zwykle były to damy. Myśliwi konni i piesi polowali wewnątrz zagrody. W późniejszych wiekach strzelcy z bronią palną mierzyli z altany do zwierząt przepędzanych przez naganiaczy.

Sposób budowania ogrodów do polowań opisał w 1826 roku Juliusz Brincken, relacjonując wspomnienia 80-letnlego mieszkańca Białowieży o łowach Augusta III Sasa, odbytych w 1752 roku: „Nagonka z udziałem tysiąca chłopow i dużej liczby psow zgromadziła zwierzynę w uprzednio do tego przeznaczonej części straży. (...) Następnie otaczano ten teren linami z zawieszonymi na nich ptaćhtami”. Zagroda podzielona była na dwie części, w jednej gromadzono zwierzęta, a w drugiej „stawiano altanę i umieszczano w niej uzbrojonych ludzi. Niedaleko tego budynku otwierano ogrodzenie. Spłoszona przez psy zwierzyna rzucała się w to miejsce, stanowiąc łatwy cel dla myśliwych”.

 

W Puszczy Białowieskiej, poza ogrodem przygotowanym dla Augusta III w bliżej nieznanym miejscu straży augustowskiej, znane są dwa ogrody do polowań, ukazane na mapie Michała Połchowskiego z 1784 roku. Pierwszy z nich, w ostępie Kletna (zwanym też Wielką Kletną, dziś na terenie Białowieskiego Parku Narodowego), miejscowa tradycja łączy z łowami Stefana Batorego. Odnowiono ją przed polowaniem Stanisława Augusta Poniatowskiego, przed którym specjalnie zbudowano drugą z zagród, oznaczoną jako Teremiska. W 1860 roku, w zwierzyńcu założonym na miejscu ogrodu Teremlska, polował Car Aleksander II. Zwierzyniec ten aż do wybuchu I Wojny Światowej wykorzystywano do hodowli zagrodowej żubrów, saren, dzików oraz introdukowanych jeleni. W latach 20-tych XX wieku zbudowano na tym miejscu zagrody hodowlane służące restytucji żubra. Ogród Teremiska dał też nazwę jednej z puszczańskich wiosek (Teremiski).

 

Polowania w Puszczy Białowieskiej polskich królów elekcyjnych

 

Stefan Batory

Stefan Batory, a właściwie Báthory István, był Królem Polski Iure uxoris, a więc na mocy związku małżeńskiego z koronowaną na Króla Anną Jagiellonką. Wcześniej był księciem Siedmiogrodu. Urodził się 27 września 1533 w mieście Szilágysomlyó, a zmarł 12 grudnia 1586 roku w Grodnie. Był synem Stefana Batorego oraz Katarzyny Telegdi i pochodził z węgierskiego rodu magnackiego. Prócz łaciny, doskonale posługiwał się włoskim i niemieckim, co pozwala przypuszczać, że jego nauka stała na wysokim poziomie. Studiował także w Padwie.


Po ucieczce z Polski poprzednika Stefana Batorego, Henryka Walezego, panowało bezkrólewie przez prawie półtora roku, jednakże potem wyznaczono następny sejm elekcyjny. Kandydatów do tronu Polski było wielu, m. in. Cesarz Maksymilian II Habsburg, Car Iwan Groźny oraz Anna Jagiellonka, którą wybrano. O tron ubiegał się także sam Batory, którego jednak postanowiono ożenić z Jagiellonką i uczynić faktycznie rządzącym Królem Rzeczpospolitej.


Koronacja Stefana Batorego odbyła się 1 maja 1576 roku. Wówczas nadano mu tytuł: Stefan, z Bożej łaski Król Polski, Wielki Książę Litewski, Ruski, Pruski, Mazowiecki, Żmudzki, Kijowski, Wołyński, Podlaski, Inflancki, a także Książę Siedmiogrodzki. Ślub z Anną Jagiellonką odbył się w tym samym dniu, a udzielał go biskup Stanisław Karnkowski.


Kroniki podają, że Stefan Batory spędził z Anną jedynie trzy noce poślubne, a potem nie zaglądał do jej sypialni. Mawia się także, że Batory bardzo nie lubił swojej żony i często miał dość jej wtrącania się do polityki. Z tego powodu był podejrzewany o impotencję. Czy to prawda? - raczej nie. Trzeba pamiętać, że 40-letni Batory, książę Siedmiogrodu, wstępując na tron, został zobowiązany do poślubienia o 10 lat od siebie starszej siostry Zygmunta Augusta, Anny Jagiellonki, która nie była przesadnie piękna, a w dodatku cierpiała na paradontozę, próchnicę zębów i ropne zapalenie okostnej. I jak się tu dziwić, że Batory większość panowania spędził na polowaniach oraz wojując m.in. z Iwanem Groźnym o Inflanty. Chorował też na padaczkę rozpowszechnioną w jego rodzinie. Tej choroby nie umiano skutecznie leczyć.

 

W literaturze dość powszechnie spotyka się twierdzenie, że Puszcza Białowieska była ulubionym miejscem polowań Stefana Batorego. Król polował tutaj przynajmniej parę razy. Informacja podawana przez niektórych autorów (np. w „Echach Leśnych” Nr 16/1937), jakoby Batory zjeżdżał do puszczy w celach łowieckich aż kilkanaście razy, jest zdecydowanie przesadzona.


Pierwsze znane nam z literatury polowanie Batorego w Puszczy Białowieskiej odbyło się w roku 1579, tuż po zwycięstwie połockim. To wówczas po raz pierwszy (por. Encyklopedia Puszczy Białowieskiej) w historii polowań w Puszczy miały zostać użyte muszkiety - do tego czasu bowiem polowano głównie przy użyciu oszczepów. Następnie Batory polował w Puszczy w dniach 6-10 stycznia 1581 roku, w drodze z Grodna na sejm w Warszawie, przed wyprawą pskowską. W źródłach pisemnych można znaleźć informację o wypadku, jaki zdarzył się wówczas podczas polowania. Wypłoszony z barłogu niedźwiedź poranił chłopca, niejakiego Fedora z Zygmuntowa, któremu Król kazał wypłacić 6 florenów odszkodowania. Znany jest też pobyt Batorego w Białowieży w sierpniu 1584 roku, gdyż wysłał on stąd pismo urzędowe do Ostafiego Wołłowicza w sprawie wchodów na Narewce. Czy wówczas polował? Trudno powiedzieć – szczegółów tego pobytu nie znamy.

 
Gloger w „Encyklopedii staropolskiej” pisze, że dwór królewski Stefana Batorego obozował zazwyczaj „po prawej stronie drogi z Hajnówki do Białowieży, w straży hajnowskiej, na leśnym wzgórzu, które lud okoliczny do dziś „Batorową górą” nazywa”. O wzgórzu tym wspomina także Aleksander Połujański w „Opisaniu lasów Królestwa Polskiego i gubernij zachodnich Cesarstwa Rossyjskiego pod względem historycznym, statystycznym i gospodarczym (T. II, Warszawa 1854). Natomiast liczni autorzy podają, że dla Batorego zbudowano dwór myśliwski, który znajdował się niedaleko od dzisiejszego uroczyska Stara Białowieża, gdzie kiedyś stał dwór Zygmunta Starego. Król zatem miał gdzie się zatrzymać. Wspomniana góra i jej okolice mogły być natomiast ulubionym miejscem łowów.


Batory założył pierwszy w Puszczy zwierzyniec pod nazwą Wielkiej Kletni. Znajdował się on w okolicach źródeł Orłówki (dawniej nazywaną Jelanką).


Zachowały się źródła, które wskazują, że Stefan Batory wydawał osobom zasłużonym zezwolenia na polowanie na żubry w Puszczy Białowieskiej. W 1577 roku Król wydał z Malborka dwa takie zezwolenia. Jedno otrzymał marszałek Mikołaj Radziwiłł (4 żubry), drugie podkanclerz koronny Jan Zamoyski (4 żubry, prócz nich 4 łosie). Na polecenie Batorego, w 1583 roku, po raz pierwszy w Puszczy, złowiono także dwa żubry dla polskich zwierzyńców – jednego z nich przewieziono do Warszawy, drugiego – do Krakowa.


Polowanie Batorego w białowieskich ostępach stało się tematem kilku obrazów. Jeden z nich namalował w 1902 roku rosyjski malarz Wasilij I. Nawozow. Obraz, przedstawiający Batorego podczas polowania w Puszczy, trafił następnie do monumentalnego dzieła Gieorgija Karcowa pt. „Biełowieżskaja puszcza”, które ukazało się w 1903 roku w Petersburgu.
Podobny obraz namalował też Stefana Dauksza. Nosił on tytuł „Stefan Batory polujący na żubra” i był zamówiony na wystawę w polskim pawilonie Wystawy Łowieckiej w Berlinie w 1937 roku. Jednakże z powodu braku miejsca, pracę tę przekazano do Białowieży.


W starym muzeum w Białowieży, na jednej ze ścian muzealnych białostocki artysta-malarz Antoni Szymaniuk namalował panneau, przedstawiające polowanie Stefana Batorego na żubry w Białowieży. W trakcie rozbiórki w latach siedemdziesiątych budynku muzeum, panneau zostało zniszczone. (oprac. Piotr Bajko, Encyklopedia Puszczy Białowieskiej).


Za Stefana Batorego ukazało się niewielkie dziełko, które w literaturze polskiej tak pięknie zdobi oddział ornitologii krajowej, a które ogłoszone gdzie indziej, byłoby za prawdziwą perłę poczytane. Jest to „Myśliwstwo Ptasze Mateusza Cygańskiego, szlachcica mazowieckiego, wydane w Krakowie 1584 r.


Henryk Walezy, przybywając do Krakowa, przywiózł z sobą z Francyi ułożone jastrzębie. Kazimierz Wodzicki przypuszcza, że musiało być niemałe zdziwienie tego Króla, kiedy ujrzał w kraju nieskończoną ilość sokołów i jastrzębi wybornie „unoszonych“ (czyli wytresowanych), a w sokolarniach królewskich nierównie lepsze, niż przywiezione z sobą, łowne ptaki. Atoli dwuletnia zawierucha polityczna po ucieczce Walezego wszystko to rozproszyła. Batory nie zastał ani sokolników, ani sokołów, ani nawet psów legawych. Tyle zaś miał spraw krajowych niesłychanie ważnych na głowie, tyle potrzebował czasu dla zapoznania się z rozległym krajem, prawodawstwem Rzplitej, narodem, i tyle miał trudów z upokorzeniem gdańszczan, iż pomimo namiętnej żyłki myśliwskiej potrzebował lat kilku do zorganizowania łowiectwa na wielką skalę. W pierwszych latach panowania tego wielkiego Króla zwiększają się szeregi myśliwców królewskich, tworzą się szkoły układania sokołów, mnożą się psiarnie różnych gatunków, przybywają z zagranicy sieciarze, którzy wielomilowe sieci przyrządzają i dopiero po ukończeniu pomyślnem wojny z Carem Iwanem oddaje się Batory z całą swobodą w chwilach wolnych swojej ulubionej rozrywce, korzystając z owoców kilkoletniej zabiegliwości. Za sześć samic sokołów dobrze „unoszonych“ zapłacił raz Król po złp. 30, a za samca, który bywał zwykle tańszy, złp. 20. Była to cena dość wysoka, bo równała wartość jednej sokolicy ze 120-tu korcami żyta lub parą koni powozowych albo trzema karmnymi wołami w owych czasach. Stąd też pewien gatunek przednich a rzadkich sokołów otrzymał nazwę królewskich zwanych po francusku faucons royaux a po polsku białozorami. Przysyłali też Batoremu często w darze psy legawe (wyżły) to różni panowie polscy, to książę kurlandzki, to różni książęta zagraniczni. Książęta śląscy wielokrotnie obdarzali naszego króla psami myśliwskimi: to książę opolski, to lignicki, to książę na Brzegu, to wreszcie książę austrjacki Ferdynand. Sprowadzano dla Batorego psy z Toskanii i medjolańskie, a kiedy w 1582 r. jeden z nadwornych komorników czyli dworzan wiózł listy do królowej angielskiej Elżbiety, dał mu Batory złp. 30 na kupno psów angielskich, może t. zw. brytanów. Pomimo namiętnej żyłki myśliwskiej umiał Król trzymać się w mierze i, jak twierdzi Pawiński, nie zaniedbał nigdy obowiązku dla ulubionej rozrywki. Nieraz o świcie wymykał się do lasu i wracał, gdy inni dopiero ze snu wstawali. W chwilach wolniejszych popuszczał wodze swojej namiętności wśród Puszczy Białowieskiej, Jaktorowskiej, Niepołomickiej, borów mazowieckich i podlaskich. Kiedy na początku 1581 r. ma się odbyć przed wyprawą pskowską ważny sejm w Warszawie, Król, pośpieszając z Grodna, znajduje swobodnych dni kilka od 7 do 10 stycznia na łowy w Białowieży. Dwór królewski obozował zazwyczaj po prawej stronie drogi z Hajnówki do Białowieży, w straży Hajnowskiej, na leśnem wzgórzu, które lud okoliczny do dziś „Batorową górą“ nazywa. Łowczy nadworny Jan Krzysztoporski, który po Chybickim nastąpił na tę godność, utrzymywał wszędzie ład i porządek. Oddziałem sokolników sprawiał Łukasz Biedrzycki, ptasznik zawołany, wierny sługa królewski. Feliks Nowicki miał 16 chartów na swej sforze; inną sforę prowadził Sikora. Koniuszym nadwornym był Kacper Maciejowski, podkoniuszym — Jakób Podlodowski (nieszczęsnym wypadkiem zabity w Turcyi r. 1583). Idąc w 1581 r. z Wilna ku Połockowi i pod Psków, Król codzień — powiada towarzysz tej podróży — nim na wóz wsiądzie, mszy św. słucha; gdy zatrzymano się na dwa tygodnie w Dziśnie, pracuje z wielkiem wytężeniem, sam kierując ruchami swych wojsk, a jednak „Jegomość o wschodzie słońca na zające wyjeżdża codzień“ (Dniewnik, wyd. Kojałowicza, str. 18. 21). Na dzielnym Królu sprawdziło się, niestety, orzeczenie Pisma św.: jakim mieczem wojujesz, od takiego zginiesz. Jeden z jego przybocznych lekarzy, Szymon Simonius, który miał Batorego w swej opiece podczas ostatniej jego choroby, twierdzi stanowczo, że zbytnia namiętność myśliwska stała się przyczyną jego śmierci (Refutatio scripti Simonis Simonii Lucensis etc. Cracoviae, 1588). Król polował w okolicach Grodna zapalczywie, nie zważając na ciężką zimę, jaka nawiedziła Polskę już w listopadzie 1586 r. Mrozy były silne, wiatry przejmujące, ciągłe zawieruchy. Lekko ubrany wracał niekiedy z kniei przeziębnięty do szpiku kości, tak że rąk i nóg nie mógł odrazu dogrzać przy większym nawet ogniu. W dniu 2 grudnia — opowiada Simonius — puścił się Król na dziki ze znacznym pocztem dworzan, w których liczbie był i Simonius. Zatrzymano się w Kudzyniu pod Sokółką, o 5 czy 6 mil od Grodna, w ekonomii królewskiej. Stał na kudzyńskim folwarku dwór drewniany. Mimo dolegające cierpienia, które z powodu otwartej rany na nodze trapiły Batorego od dni kilku, puścił się jednak w bory kudzyńskie. Nazajutrz uczynił to samo, ale trzeciego dnia, a było to 4-go grudnia, przerażony postępami choroby i dolegliwości, wrócił już pod wieczór do Grodna. Gorączka zwiększała się codzień, aż 12 grudnia, jak wiadomo, śmierć przedwcześnie, bo w 53-im roku, przecięła pasmo życia wielkiego Króla, po 10-ciu zaledwie latach jego panowania w Polsce. Właśnie 4 grudnia 1586 r. Stefan Batory własnoręcznie miał położyć 20 dzików. Po polowaniu złapał go jednak silny ból w piersiach. Następnego dnia powtórzył się. Pojechał jednak konno do kościoła w Grodnie. Po powrocie stracił przytomność. Przez kolejnych kilka dni męki starał się koić winem węgierskim. Nie pomogło. 12 grudnia ponownie zemdlał. Gdy się ocknął, miał powiedzieć: „In manus Tuas, commendo spiritum meum” („W ręce Twoje, Boże, oddaję ducha mego”). I skonał. Podejrzewano, że został otruty. Dziś historycy taki scenariusz uważają za bardzo mało prawdopodobny. Pisano też, że przyczyną zgonu był atak serca, syfilis lub ciężka niewydolność nerek. Nieprzyjaciel Simoniusa, drugi lekarz Batorego, Buccella, po śmierci monarszej wszczął z nim spór zacięty, zarzucając pierwszemu nieuctwo jako przyczynę śpieszniejszego zgonu Króla. Z tej ich kłótni wysnuli sobie potem plotkarze podejrzenia o truciźnie jakoby użytej w chorobie, a potwarz ta powtarzana była lekkomyślnie do naszych czasów. (por. Encyklopedia staropolska). Z chwilą śmierci Batorego nastąpiła przerwa w tradycyjnych łowach puszczańskich.


Jeszcze za życia Stefan Batory zrywał się przed świtem, wsiadał na konia i, pędząc przez Puszczę na złamanie karku, wykrzykiwał do towarzyszących mu dworaków: „Czy może być coś piękniejszego?”. Batory pewnego razu tak się zagalopował, że wpadł do rzeki i omal nie utonął. Stefan Batory traktował swoich muzyków jak radio – kazał im grać do śniadania, obiadu i kolacji. Stefan Batory wskazywał alternatywę dla kart, nawet na wyprawy wojenne zabierając warcaby (zawsze grywał białymi pionami, oznaczonymi jego znakiem herbowym).

Stefan Batory podczas łowów w Puszczy Białowieskiej (XIX-wieczna ilustracja)

Przez wielu historyków Batory określany jest jako jeden z najzdolniejszych elekcyjnych władców Polski. To właśnie Stefan Batory przywrócił dawną świetność polskiemu łowiectwu. Na mocy jego rozkazu powołano ponownie służbę łowiecką, dokonano zakupu ptaków łowczych i psów myśliwskich. Wprowadził  zmiany w prawie łowieckim, łagodząc obowiązujące w Koronie i na Litwie kary za kłusownictwo. Z jego inicjatyw powstała w Grodnie w 1581 roku szkoła sokołów. Łowiectwo było dla niego sposobnością do wypoczynku i kontaktu z przyrodą chętnie polował na terenie całego kraju. Według relacji sekretarza królewskiego Reinholda Heidensteina Król poświęcał temu zajęciu każdą wolną chwilę pracowitego żywota. Pasji tej oddawał się nawet podczas wypraw wojennych, wyjeżdżając na łowy rankiem. Łowy Batorego nie należały do wystawnych i krwawych. W okresie jego panowania upowszechnił się zwyczaj stosowania broni palnej do celów myśliwskich. Bodaj jako ostatni władca Polski Batory polował na tury w Puszczy Jaktorowskiej, czasem też na żubry, jelenie i dziki, łowiąc je niekiedy przy użyciu sieci myśliwskich. – Za czasów Króla Stefana Batorego, przy końcu XVI wieku, Niepołomice dość często gościły na zamku dwór królewski, głównie dla polowań w Puszczy – wspomina wydana w 2005 roku Kronika Niepołomic. Wiadomo, że Król polował w Puszczy Niepołomickiej w dniach od 15 do 17 czerwca 1583 roku, tuż po zakończeniu uroczystości weselnych bratanicy baronówny Gryzeldy z kanclerzem Janem Zamojskim, które odbywały się w Niepołomicach. Był też tutaj na łowach do 15 września tegoż roku. Pomiędzy 28 marca a 26 września 1585 roku Niepołomice gościły Króla, który spędzał czas na łowach, czasem tylko na dzień wymykając się do Krakowa. W Kronice opisana jest legenda, jak to pewnego dnia Król, rezydując na zamku w Niepołomicach, z racji licznych polowań odbywających się w Puszczy Niepołomickiej, znudzony kilkudniową bezczynnością i zachęcony wizją przygody oraz spodziewanymi trofeami w postaci licznie zamieszkującego te nieprzebyte podówczas bory dzikiego zwierza, wybrał się na łowy. Z czasów panowania Stefana Batorego pochodzi podanie o wypadku, jaki miał zdarzyć się Królowi na uroczysku Sitowiec: Króla miał tu zaatakować ranny tur. Młoda dziewczyna, leśniczanka Justyna, ocaliła życie Króla, zabijając tura. Na pamiątkę tego wydarzenia dąb, pod którym odpoczywał Batory, nazwano jego imieniem: „Dąb Batorego”. Zbeletryzowaną wersję tej legendy podaje Zofia Wiśniewska w swej książce zatytułowanej Żubrowe uroczysko:

 

„Stefan Batory uwielbiał dalekie wyprawy myśliwskie do serca puszczy, do odległych uroczysk, gdzie można było znaleźć rozmaitość wszelkiego zwierza, gdzie żył król kniei tur. Tur to zwierz ogromny, mądry i przezorny  toteż niełatwo go upolować. Król jednak postanowił tego dokonać. Wraz z drużyną myśliwską, oszczepnikami i psiarnią wytrwale tropił ślady tych zwierząt prowadzące na uroczysko Sitowiec. Początkowo spotykano tylko stada jeleni, dzikich świń, drobną zwierzynę leśną. Mozolne naprowadzenie nagonki nie dawało żadnych rezultatów. Łowcy byli zmęczeni, a Król rozdrażniony, gdy nagle rozległ się trzask łamanych gałęzi i z leśnej głuszy wyszedł on – król puszczy tur. Król ludzi i król puszczy zmierzyli się wzrokiem. Po chwilowym oszołomieniu Stefan Batory posłał do zwierza złowieszcze strzały. Ranny tur ratował się ucieczką.    Przedzierał się przez leśny gąszcz i parł naprzód. Za nim podążał na koniu król. Drużyna królewska, początkowo zdezorientowana, ruszyła za swym władcą, lecz nie mogła nadążyć. Nagle tur wypadł na niewielką polankę zarośniętą wysoką trawą i padł. Kiedy uradowany król rzucił się do zwierza, by zadać mu ostateczny cios oszczepem, ranny tur zerwał się i z ogromną furią natarł na przeciwnika. Spotkanie dwóch mocarzy mogło skończyć się tragicznie dla Stefana Batorego. Nagle rozległ się syczący świst strzały i tur zwalił się na ziemię. To młoda dziewczyna, puszczańskie dziecko, córka leśniczego Justyna wypuściła z kuszy celny strzał i ocaliła życie królowi. Kiedy drużyna myśliwska wpadła na polanę, niebezpieczeństwo minęło. Utrudzony monarcha usiadł pod dębem, by nieco odpocząć".

 

Na pamiątkę tego wydarzenia dąb, pod którym spoczywał Król, nazwano „Batorym”.  Legenda nie wspomina, jak Król nagrodził dzielną córkę leśniczego za uratowanie życia, ale można spodziewać się, że iście po królewsku, skoro do dzisiaj pamięta się w Niepołomicach o imieniu i uwiecznionym w legendzie bohaterstwie młodej dziewczyny.


Pod „Dębem Batorego” około stu lat później podczas polowania miał odpoczywać także Król Jan III Sobieski. Dąb ten znajdował się na terenie dzisiejszego leśnictwa Sitowiec, w pobliżu cmentarza żołnierzy z 1914 roku. Jego wiek określany był na około 600 lat, należał do najstarszych dębów w Puszczy. W okresie międzywojennym poddany został pierwszym zabiegom konserwatorskim. Pod naporem ciężaru swojej korony „Dąb Batorego” runął na ziemię 28 maja 2003 roku. W jego miejscu 7 listopada 2003 roku, w obecności władz Niepołomic, dyrekcji Lasów Państwowych i Nadleśnictwa Niepołomice, dokonano uroczystego posadzenia nowego dębu.


Znane jest także inne podanie o łowach Batorego w Puszczy Niepołomickiej w lutym 1586 roku. Podczas łowów nagle załamał się lód pod saniami królewskimi. Wówczas to król krzyknął na dworzan, aby nikt nie śmiał iść mu z pomocą i narażać życia. Sam dopełzł do brzegu, nurzając się w lodowatej wodzie. Podczas swego pobytu w Grodnie w 1586 roku Stefan Batory, dając wyraz swej wielkiej namiętności do polowań, pomimo silnych mrozów i zaleceń medyków nie zaprzestał łowów, przyczyniając się tym samym do swojej śmierci.


[...] czy to były łowy na zwierza, myślistwo ptasze, czy wreszcie rybołówstwo, nie było temu końca, bez względu na upał czy chłód przejmujący, gwałtowny wiatr czy gołoledź, w śniegu czy brudzie i kurzu, w mgłę, deszcz czy pogodę, dzień w dzień bez mała – nie opuszczano żadnej sposobności w wiecznej pogoni za zwierzem, czyniąc zadość niepohamowanej namiętności, z wyraźną szkodą dla zdrowia – czytamy w opisie Symoniusza (Simoniusa), jednego z lekarzy królewskich. Nie rezygnując z wypraw łowieckich, Batory polował jeszcze 4 grudnia. 12 grudnia zmarł, wycieńczony chorobą. W elegii na śmierć króla napisano: W świątyni był więcej niż kapłanem. W Rzeczypospolitej – więcej niż królem. W poskramianiu zwierząt – więcej niż lwem...(por. Piotr Trzos).

 

Rozpoczęty przez Batorego model polowania w zwierzyńcach był w późniejszych okresach kontynuowany przez polujących w Puszczy: Jana Kazimierza, Augusta III Sasa i Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Władysław IV Waza

Władysław IV Waza - (ur. 9 czerwca 1595 r. w Łobzowie, zm. 20 maja 1648 r.w Mereczu) – syn Zygmunta III Wazy i Anny Habsburżanki, Król Polski i Wielki Książę Litewski w latach 1632–1648.


Z powodu nękających go od młodości chorób, pierwszą połowę dnia spędzał zazwyczaj w łożu. Leżąc wysłuchiwał porannej mszy świętej. Wstawał dopiero po obiedzie, wtedy załatwiał sprawy publiczne lub wyjeżdżał na polowanie. Wieczerza była jedynym posiłkiem, do którego zasiadał ubrany, zjadał ją pospiesznie i zabierał się do pracy, gdy inni już spali. Lubił życie swobodne, niezależne.


Ulubioną rozrywką króla było myślistwo. Woził ze sobą maleńki domek na kółkach (prototyp współczesnej przyczepy), który kazał ustawiać niczym namiot w miejscach, które szczególnie mu się spodobały i tam spędzał noc. Król łowił ryby i polował z łodzi na napędzoną zwierzynę.

 

W „Ordynacji Puszczy J. K. Mci leśnictwa białowieskiego” z czasów Władysława IV Wazy pojawia się pierwsza wzmianka o dworze „w Białowieżach dla przyjazdu J.K. Mości i łowów” zbudowanym niedaleko Kniehiniego Błota i o innych budowlach będących zalążkiem dzisiejszej Białowieży.


1640 r. - Król Władysław IV Waza zakazuje wyrębu żywych drzew.
1641 r.- Ordynacja puszcz królewskich z tego roku wydana za panowania Władysława IV wprowadza ścisłą ochronę puszcz koronnych, a zwłaszcza Puszczy Białowieskiej. Wjazd do Puszczy jest możliwy tylko za pisemnym zezwoleniem Króla (jak i użytkowanie), leśniczy królewski zostaje upoważniony do bezpośredniego porozumiewania się z Królem o każdej porze.
1643 r. - W Puszczy poluje Władysław IV Waza, zatrzymuje się prawdopodobnie w dworze myśliwskim.

Eksploatacja lasów stała na tyle duża, że zaniepokoiło to Króla Władysława IV. Pisał on w jednym z listów: „Wielkie szkody i spustoszenie tak w zwierzu jako i drzewach przez różne osoby, które w pobliżu siedzą, w sąsiedztwie z Puszczą mieszkają , dzieją się, dlaczego i My wielką niewygodę w łowach naszych ponieść musieliśmy”. Nowe polany powstające w środku Puszczy były szybko zasiedlane. Dla króla i możnych starano się jednak zachować najdziksze ostępy leśne - ostoje zwierzyny. Jeszcze w 1559 roku naliczono około sześćdziesięciu ostępów, gdzie żyły żubry, ale nie było już w Puszczy turów. Największe szkody powstawały wokół rudni i smolarni. Wykorzystywano w nich ogromne ilości drewna w celu wytopu żelaza z miejscowej rudy darniowej oraz do bezpośredniej produkcji węgla drzewnego, potażu i dziegciu.

Władysław IV na polowaniu - litografia F. Sypniewskiego

W 1635 roku Król Władysław IV Waza wydał uniwersał, w którym polecił ustalenie granic lasów Wielkiego Księstwa Litewskiego, nowy podział na leśnictwa, kwatery i ostępy oraz zaprowadzenie porządku w służbie leśnej. Wydana za jego rządów (w roku 1641) „Ordynacja puszcz królewskich” wprowadziła ścisłą ochronę puszcz koronnych, a zwłaszcza Puszczy Białowieskiej. Użytkowanie Puszczy a nawet wjazd do niej był dopuszczalny tylko na podstawie pisemnego zezwolenia Króla. Ordynacja polecała również ochronę myśliwskiego dworu królewskiego, pobudowanego w Białowieży. Zamieszkały w majątku Jamno królewski leśniczy miał prawo każdego czasu porozumiewać się z królem bezpośrednio w sprawach puszczańskich.


Za panowania Władysława IV Wazy, Piotr Pociej w 1633 roku sporządził „Opisanie wchodów szlacheckich do Puszczy Białowieskiej”. Znany też jest dokument królewski, w którym monarcha wydaje polecenie leśniczemu białowieskiemu Gerardowo Donhoffowi, by nie zabraniał Czarnawczycom wchodów do Puszczy Białowieskiej. W 1639 roku Król zezwolił Walentemu Wydrze na założenie rudni na rzece Narewce.


Wprawdzie źródła pisemne nie wspominają, aby Władysław IV Waza polował w Puszczy Białowieskiej, niemniej Król na pewno był namiętnym myśliwym. Najbardziej lubił łowy na grubego zwierza oraz z sokołami na białe czaple. Polował zwykle w pobliżu stolicy, a niekiedy także w okolicy Tykocina i Grodna. Stanisław Albrecht Radziwiłł w swoich pamiętnikach pisał o monarsze: „Polując Król oddalał troski rządzenia wielkim i potężnym państwem, zmartwienia natury bardzo osobistej oraz dolegliwości spowodowane przewlekłą chorobą”. Można domniemywać, że te dolegliwości były powodem, że Król nie mógł sobie pozwolić na trudne łowy w odległej od stolicy Puszczy. Niektórzy autorzy (m.in. Aleksander Połujański, Władysław Grzegorzewski) twierdzą, że przywiązanie Króla do lasów i łowów doprowadziło go do utraty życia. Polując bowiem w Puszczy Mereckiej przeziębił się i w rezultacie zmarł (20 maja 1648 roku w Mereczu). Inne źródła podają, że Król zmarł prawdopodobnie z przedawkowania środków na przeczyszczenie (w trakcie powrotu z Wilna do Warszawy). (oprac. Piotr Bajko).

 

Władysław jeszcze jako królewicz prawie cały swój wolny czas poświęcał owej pasji łowiectwu – o niczym nie wspomina się w zachowanych źródłach tak często, jak właśnie o owym nałogu. Gdy na jesieni 1619 roku przyszły władca przybył do Polski wspólnie z wujem Karolem Habsburgiem, przez prawie jedenaście miesięcy głównie polowali i ucztowali. Owe hobby, zgodne z oczekiwaniami ogółu szlachty, stanowiło sposób na odreagowanie niezadowolenia i gniewu, panaceum na dworskie intrygi oraz polityczny harmider. Namiętność tę można było również wykorzystać w dyplomacji: obietnicami związanymi z łowami można było Władysława do różnych rzeczy zobowiązać oraz pod tym pretekstem utrzymywać z nim stałą korespondencję. Jeśli królewicz zwracał się do innych książąt, prosił zazwyczaj o akcesoria związane ze swoim „konikiem” (takie jak płótna myśliwskie, specjalna waga etc.). W 1619 roku upraszał kurfirsta o przesłanie specjalnie wytresowanych psów do polowań na borsuka i lisa; parę lat później otrzymał psa pasterskiego i myśliwskiego. Nieraz wypraszał strzelby z Grazu, specjalistów sztuki łowieckiej oraz psy z Saksonii i Brandenburgii. W listopadzie 1632 r. z ukontentowaniem przyjął tego typu podarek od króla angielskiego. W ten sposób zaopatrzony, udawał się w knieje, zazwyczaj w towarzystwie niewielu osób (w młodości także ojca, zaś po jego śmierci braci). „Zaraz po objedzie jedzie na polowanie i nie ma wstrętu wstępować do chat wieśniaków” – pisał w relacji do Rzymu nuncjusz Visconti. Na dłuższe wyprawy zabierał ze sobą rodzaj przyczepy campingowej. Zdarzało mu się bawić łowieniem pstrągów, karpi (i innych ryb) czy ostryg, w borach litewskich szukał jednak większego zwierza, które to stanowiło także ozdobę monarszych zwierzyńców przy warszawskiej Villa Regia, a zwłaszcza Zamku Ujazdowskim.

 

W 1636 roku Władysław IV Waza wysłał trzech komisarzy do jedenastu puszcz litewskich pozostających w dobrach królewskich z poleceniem uczynienia w nich „Ordinatia”, czyli porządku w stanie posiadania, ochrony i zarządzania. W październiku 1639 roku komisarze przybyli do Puszczy Białowieskiej. Starannie opisali jej granice oraz podział na 3 kwatery zawierające łącznie 137 ostępów. Uporządkowali rozrośnięte - przez dziedziczenie stanowisk – służby ochrony puszczy, zostawiając przy obowiązkach i uprzywilejowanych formach posiadania ziemi jednego leśniczego, 2 myśliwców, 4 starszych osoczników i 277 osoczników mieszkających w dziewięciu wioskach na obwodzie Puszczy. Komisarze spisali także szlacheckie, kościelne i cerkiewne wchody do Puszczy (sianożęcia, barcie, rudnie) oraz włości Leśnictwa Białowieskiego. Pierwszą wymienioną pozycją łych włości jest: „dwór białowieskf - w innym miejscu określony ściślej jako „dwór w Białowieżach” - „dla przyjazdu i łowow Jego Królewskiej Miłości zbudowany”.

 

Następnie wśrod zabudowań dworskich „Ordinatia pusczy J. K. Mści leśnictwa Białowieżskiego y Kamienieckiego” ogolnie wspomina „domy wszystkie insze”, jako że były one opisane szczegołowo w osobnym inwentarzu oraz wylicza „staw pode dworem J. K. Mści białowieskim i młyn na rzece Narewce”. Obydwa były dzierżawione przez kilku młynarzy, ktorzy „z dawna mają pode dworem morgow 4, ktore i teraz trzymają wolne od płaty”. Młynarze w razie potrzeby pracowali na rzecz dworu, zapewne dostarczając prowiant - mąkę i kasze.

 

Obowiązek opieki nad królewskim dworem w Białowieży miały służby leśne. I tak „imć pan leśniczy lubo substytut onego” powinien był białowieski dwór i pozostałe dworskie budynki „w osobliwym opatrzeniu mieć, postrzegając pilno, aby tak budowanie w cale [całości] było (...) i co potrzeba naprawiono”. Osocznicy zaś mieli „dwór J. K. Mści białowieski i insze domy tam ostające naprawować, drzewo wozić i za dodaniem cieśli od pana dzierżawcy budować, na straż do tego dworu po cztery osoczniki zawsze koleją chodzić, postrzegając szkody od wiatru i ognia”. Jeśli przyjąć dyżury tygodniowe, każdy osocznik odbywał stróżowanie przy białowieskim dworze raz w roku. W owym czasie dzierżawcą leśnictwa białowieskiego był Gerard Donhoff, starosta kościerzyński i ekonom malborski. To on miał przysyłać cieślę, gdyby zaistniała potrzeba napraw we dworze. Dwor dzierżawcy znajdował się w Jamnie, przy południowowschodniej granicy Puszczy.


Nie wiadomo dotychczas, kiedy i czy w ogóle Władysław IV był w białowieskim dworze. Znamienna jest jednak troska komisarzy o niepowiększanie wylesienia wokół Białowieży, aby dogodne do polowań ostępy zwierzynne leżały niedaleko od dworu. Zapisali oni nakaz dla leśniczego, by „dla zachowania zwierza w bliższych dworu ostępach (...) pola więcej z lasów nie wyrabiano koło dworu, którego i teraz cokolwiek jest wyrobionego w zarośl zapuścić i więcej nie pozwalać wyrabiać”. W samym dworze ze względu na „bezpieczeństwo od ognia (...) nikt nie ważył mieszkać oprócz straży osoczników”.

 

Leśnictwo białowieskie, które poza Puszczą obejmowało 103 włoki (około 19 km) włości rolnych wokół niej, przynosiło znaczne dochody do królewskiego skarbu. Część z nich Władysław IV przeznaczył na pensję swego nadwornego lekarza Macieja Vorbek-Lettowa. Medycy byli nieodłącznymi towarzyszami schorowanego krola przez cały okres jego panowania. W 1636 roku król nadał niedawno przyjętemu na służbę Lettowowi, poza innymi wynagrodzeniami w pieniądzu i naturze, jurgielt, czyli roczną pensję w wysokości 1400 złotych uzyskiwanych z leśnictwa białowieskiego. (źródło: Tomasz Samojlik, Ochrona i łowy. Puszcza Białowieska w czasach królewskich).


Pod koniec życia drugi Waza miał kłopoty z utrzymaniem się na nogach, do końca życia jeździł jednak konno. Topos monarchy-jeźdźca, wpisujący się w szerszy kontekst mitu rycerskiej elity, wiązał się z przekonaniem, że dopóki prowadzi on konia, dopóty może sterować nawą państwową. W szczególności portret konny wpisywał się w odwieczny etos arystokratyczny. Stąd maniakalne przywiązanie monarchy do psów, stojących w hierarchii ważności tuż za końmi.


W 1644 roku Władysław IV sprawił sobie zielony kostium wraz z płaszczem tworzący „suknię do polia” – zapewne na potrzeby polowań. Krawiec Jan nie żałował nań srebrnych koronek, zielonych guzików i srebrnych pometek. Niebawem po przybyciu orszaku królowej Ludwiki Marii desrobée wybrał się na łowy. Uniform na tą okazję miał charakter mniej oficjalny, nie mógł krępować ruchów. Ważką rolę pełniły bardzo mocno dopasowane i przywiązane do nogi buty, wreszcie odpowiednie nakrycie głowy. W czasie wyprawy na Moskwę w latach 1617-1619 królewiczowi służył myśliwiec Trojan, a potem m.in. Szymon Finstelwader. Stroje służb łowieckich które im podlegały, charakteryzowały się daleko idącą odrębnością. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku ubioru służby pokojowej (tzw. służba domowa) niemiały tak reprezentacyjnego charakteru, jak uniformy mastelarzy i forysiów. Zieleń spełniała oczywiście funkcję maskującą – nawet pończochy były poddane dyktatowi tej barwy. Z okazji krwawych walk zwierząt po weselu króla i Cecylii Renaty psy królewskie prowadzili królewscy łowczy wystrojeni w nowe liberie w wersji paradnej, lamowane srebrnymi galonami, w koletach z łosia i zielonych pończochach właśnie. Odrębne modusy krawieckie obowiązywały łowczych oraz tzw. „myśliwców od psów”. Służby łowieckie często wyróżniały się krojem węgiersko-polskim, choć bywały wyjątki – podczas krwawego pokazu w Wilnie w sierpniu 1636 r. wystąpili łowczy w szatach angielskich – i cacciatori co’togha d’Inghliterra, jak to określił nuncjusz apostolski Mario Filonardi w swej relacji do Rzymu. (por. Jacek Żukowski)

 

Naukowe zainteresowania Władysław IV Waza odzedziczył po ojcu. Gdy Galileusz przesłał mu skonstruowaną przez siebie lunetę, Król z zapałem obserwował niebo i uczył się szlifowania soczewek. Ze wszystkich dziedzin wiedzy najbardziej pasjonowała go jednak medycyna. Miał ku temu osobiste powody, gdyż dręczyły go napady ostrego bólu powodowanego przez chorobę nerek. Kiedy dowiedział się, że w Prusach pewien chłop wynalazł znieczulający balsam, kazał go odnaleźć, przywieźć do Warszawy, po czym za ogromną sumę 6 tys. zł kupił recepturę. Nie pomogła, więc eksperymentował dalej, okładając się wywarami, maściami, a nawet… ludzkimi kośćmi. Wytchnienie od pracy i kuracji Władysław IV znajdował w pracowniach rzeźbiarzy. Lubił obserwować ich pracę, znał się na niej, dyplomatów wyjeżdżających za granicę zobowiązywał do przywożenia ciekawych posągów i popiersi. Tej jego artystycznej pasji zawdzięczamy warszawską kolumnę Zygmunta, którą upamiętnił swego ojca.

 

Władysław IV zmarł w Mereczu w maju 1648 w trakcie powrotu z Wilna do Warszawy, wskutek (przypuszczalnie) przedawkowania środków na przeczyszczenie, ponadto cierpiał też na silne zapalenie stawów na tle dny moczanowej. Został pochowany w katedrze na Wawelu, natomiast jego serce spoczęło w katedrze wileńskiej. Po jego śmierci, pod Warszawą odbył się sejm elekcyjny, na którym obrany został na Króla jego młodszy przyrodni brat, Jan II Kazimierz.

Jan II Kazimierz

Jan II Kazimierz Waza (ur. 22 marca 1609 w Krakowie, zm. 16 grudnia 1672 w Nevers) – Król Polski i Wielki Książę Litewski w latach 1648–1668, tytularny Król Szwecji do 1660 r. z dynastii Wazów, kardynał w latach 1646–1648. Syn Króla Polski i Szwecji Zygmunta III Wazy i Konstancji Habsburżanki, arcyksiężniczki austriackiej. Przyrodni brat Władysława IV Wazy.

 

Słabego zdrowia, rozpieszczony  przez matkę, o chwiejnym charakterze. Wychowywał się na Zamku Królewskim w Warszawie pod opieką ochmistrzyni królowej Urszuli Gienger (około 1570 - 1635), zwanej Meierin i jezuitów. Jednak pomimo tego nie posiadł gruntownego wykształcenia, jak opisał w 1636 roku nuncjusz papieski arcybiskup Honorat Visconti: W pierwszych latach za życia ojca uczył się nauk wyzwolonych pod przewodnictwem jezuitów, lecz po jego śmierci do żadnej się nie przykładał, przepędzając czas na próżnowaniu. Mówią, że często udaje się na samotność do swego pokoju, gdzie niczem nie zajęty myśli o niebieskich migdałach (…). Zdołał opanować język niemiecki, włoski, francuski oraz łacinę, jego wielkimi pasjami były polowanie, taniec, szermierka oraz jazda konna. Praktycznie już od śmierci żony Ludwiki Marii Gonzaga (zm. 10 maja 1667 r.) Król przestał interesować się sprawami państwa i jego bezpieczeństwa. Bynajmniej nie rozpacz po zmarłej małżonce była tego przyczyną, tylko jego wyniosła buta i niechęć do narodu, którym rządził. Przecież szybko pocieszył się wdziękami Katarzyny Denhoffowej, podkomorzyny koronnej. Abdykował w 1668 roku, przerywając ciągłość dynastyczną. Był ostatnim członkiem rodu Wazów, po kądzieli spokrewnionym z Jagiellonami. Po śmierci brata, Władysława IV Wazy, Jan II Kazimierz Waza został obrany władcą Rzeczypospolitej 20 listopada 1648, po sześciu miesiącach trwającej wolnej elekcji. Jan II Kazimierz Waza zrzekł się korony 16 września 1668 roku, a 30 kwietnia 1669 r. wyjechał do Francji, gdzie uzyskał niezwykle dochodowe opactwo Saint-Germain-des-Prés, którego został 76. opatem. Zmarł cztery lata po abdykacji – 16 grudnia 1672. Podobno przyczyną zgonu był atak apopleksji, jakiego doznał po otrzymaniu wiadomości o upadku Kamieńca Podolskiego.


Jan Kazimierz byt wzrostu wysokiego, dość kształtnego, i byłby przystojniejszy, gdyby nie kolor twarzy mocno wpadający w śniady. Rysy jego na pierwszy rzut oka nie bardzo przyjemne jeszcze bardziej zeszpetniały, gdy doznał we Lwowie ciężkiej ospy. Zanim wybrano go na króla Rzeczypospolitej, stał się bohaterem nieudanych przedsięwzięć i skandali na Zachodzie Europy.


Jan Kazimierz nie czuł się specjalnie odpowiedzialny za losy Polski i zdecydowanie przedkładał nad jej interesy własną rodzinę i swój jaśnie uparty majestat. Jeden z dziewiętnastowiecznych rodzimych historyków nie miał dla niego w tej sprawie litości. Tadeusz Korzon w swojej pracy pt. „Dola i niedola Jana Sobieskiego” stwierdzał wprost:
„Jan Kazimierz nie żywił nigdy uczuć patriotycznych; nie był nawet Polakiem. Krew jagiellońska babki jego Katarzyny znikła w mieszaninie krwi szwedzkiej i niemieckiej, a wychowanie na dworze ojca dokonało scudzoziemczenia natury jego. […] myśleć logiką narodową i kochać ojczyzny sercem polskim nie był w stanie”.


Kiedy Jan Kazimierz pojął za żonę wdowę po swoim bracie Ludwikę Marię Gonzagę, panna młoda miała nieco ponad trzydzieści lat i była niebrzydką, inteligentną kobietą. Króla i królową połączyła co prawda nie wielka miłość, a czyste wyrachowanie, jednak wypadało przynajmniej zachowywać pozory. Jan Kazimierz niezbyt się tym jednak kłopotał. W tamtej epoce romansy władców i dostojników nikogo nie szokowały. Jeden z magnatów, Jan Sobiepan Zamoyski utrzymywał nawet swój niewielki harem. By romanse uchodziły na sucho, wystarczyło zachowywać umiar. Jan Kazimierz tego nie potrafił.

 

Z kolei o Janie Kazimierzu przebywający na jego dworze francuski prawnik Pierre des Noyers napisał: „Król żadnej książki nie przeczytał do końca”. I dodawał z przekąsem: „W jego komnacie nie mówią o niczym innym, tylko o rozpuście”. Jan Kazimierz nie zmienił się nawet po abdykacji, gdy postanowił osiąść w klasztorze. Załatwił sobie wtedy papieską dyspensę, umożliwiającą objęcie funkcji opata bez składania ślubów zakonnych. Dzięki temu do ostatnich chwil mógł „cieszyć się życiem” i dorobił się nieślubnej córki Katarzyny.


W 1651 roku, kiedy wraz z wojskiem wyruszył przeciw Kozakom, jeden z magnatów oskarżył go o romans z jego żoną, która przebywała w obozie wojskowym wraz z mężem. Spór zaczął się z wysokiego „C”, bo rogi przyprawiono podkanclerzemu koronnemu. W dużej części Jan Kazimierz Waza koronę polską zawdzięczał Ludwice Marii. Wdowa po jego bracie w zamian za obietnicę małżeństwa pomogła mu wygrać elekcję. Król nie do końca wiedział, w co się pakuje wiążąc się z neverską księżniczką. Ludwika Maria była wytrawnym politykiem z ugruntowaną pozycją. Najpotężniejszych ludzi w państwie przywiązywała do siebie wydając za nich swoje francuskie dwórki zawdzięczające jej wszystko. Kiedy Jan Kazimierz sobie nie radził, do akcji wkraczała królowa. W czasie potopu szwedzkiego uciekł z kraju.


Nie znalazłem obszerniejszych opisów jego polowań w Puszy. Jedynie krótkie wzmianki: "W latach 1650 i 1657 w Puszczy poluje Jan Kazimierz. We wrześniu 1650 roku król „rozkoszował się łowami zabijając wiele żubrów, łosi i jeleni".
 
Za czasów Jana Kazimierza, z powodu toczących się wojen nastąpiło osłabienie ochrony puszczy i znacznie nasiliło się kłusownictwo. W 1663 roku doszło do starcia grupy kłusowników i służb leśnych, w wyniku czego zginął jeden z osoczników Nazar Hołoskowicz. Najazdy wojsk, głód i epidemia dżumy doprowadziły do wyludnienia okolicznych wsi i zarastania lasem pół uprawnych. Zniszczono również w tym okresie znajdujący się w Białowieży dwór myśliwski Wazów.

 

Z dworku w Nieporęcie korzystał nie tylko Zygmunt III Waza, lecz również jego następcy, Władysław IV Waza i Jan II Kazimierz Waza. Monarchowie polowali na jelenie, łosie, sarny, dziki oraz ptactwo łowne, w tym zwłaszcza bażanty, kaczki i kuropatwy. Nad zwierzyną żyjącą w puszczy otaczającej Nieporęt czuwali leśnicy i królewski łowczy. Jako wotum po zwycięstwie nad Szwedami w 1660 roku, Król Jan II Kazimierz nakazał wybudować kościół w Nieporęcie, we wnętrzu którego widniał dynastyczny herb Wazów. W dworze myśliwskim w Nieporęcie często chronili się członkowie rodziny Wazów wraz z dworem przed kolejnymi epidemiami nawiedzającymi Warszawę. Właśnie w tej rezydencji Jan Kazimierz Waza dowiedział się o fakcie obrania go Królem Polski.

August II Mocny

August II Mocny (niem. August II der Starke), in. August II Sas (ur. 12 maja 1670 w Dreźnie (według kalendarza juliańskiego), zm. 1 lutego 1733 w Warszawie) – syn Jana Jerzego III Wettyna i Anny Zofii Oldenburg, od 1694 elektor Saksonii jako Fryderyk August I (Friedrich August I.), w latach 1697–1706 i 1709–1733 elekcyjny Król Polski; pierwszy Król Polski z saskiej dynastii Wettynów. Jego przydomek jest zazwyczaj wiązany z jego nieprzeciętną siłą, dzięki której potrafił podobno zginać podkowy gołymi rękoma.


Był on miłośnikiem łowów w Puszczy Białowieskiej, które zostały wznowione. Za jego czasów następuje likwidacja założonych w połowie XVII wieku fabryk żelaza (rudni), potażu i smoły, a przy tym nastąpiło wysiedlenie wielu ludzi wybijających zwierzynę. Za panowania Augusta II Sasa zostaje zwiększona również straż łowiecka.


1700 r. - Z tego roku pochodzi najstarszy znany zapis o dokarmianiu żubrów. Królewska komisja wizytująca Puszczę Białowieską zaleca wyznaczenie w niektórych ostępach dodatkowych sianożęci, przy czym część z nich ma być wydzierżawiona na czynsze, a reszta pozostawiona na „przekarmienie zwierzyny”. Ta sama komisja ogranicza również wypasanie bydła w Puszczy dla ochrony zwierzyny, ptactwa i roślinności. Zaleca, żeby więcej niż na ćwierć mili w głąb lasu go nie pędzono, zakazuje pasterzom używania psów oraz rozniecania ognia.
1705 r. - Wyginięcie jelenia w Puszczy.
Listopad 1705 r.- August II Sas z trudem przeżywa spotkanie z puszczańskim niedźwiedziem.
1710 r. - Do Białowieży dociera z Gdańska dżuma. Mieszkańcy palą domy i zakładają nowe osady. Ci którym udało się uniknąć zarażenia , postanowili spalić swe domostwa oraz myśliwski dwór królewski (ocalal jedynie dzwon z cerkiewki). Mieszkańcy Białowieży, nazywanej wówczas Krysztapowo przeprowadzili się na nowe miejsce. O spalonej wsi przypomina prawoslawny drewniany krzyż, który jest ustawiony przy Drodze Browskiej (wielokrotnie zmieniany). Według jednej z wersji krzyż ten oznaczał miejsce gdzie stała dawniej cerkiewka. Druga zaś mówi iż krzyż ten oznaczał koniec wsi.
1728 r. - Ostatnie polskie tarpany żyją jeszcze tylko w Puszczy Białowieskiej. Na Litwie ostatni pada w 1788 roku, na Ukrainie w 1879 roku.


Do tradycji wielkich królewskich polowań i ochrony Puszczy powrócono w czasach saskich. W 1701 roku August II Mocny ponownie objął Puszcze ochroną wyłączając ja całkowicie z użytkowania gospodarczego oraz czynił starania aby unieważnić przywileje wchodowe, w szczególności te umożliwiające wycinkę drzew. W Puszczy zakazano wypasu bydła, tworzenia nowych koloni, palenia ognia i ścinania żywych drzew. Zwiększono również kompetencje służb leśnych walczących z kłusownictwem oraz odbudowano dwór myśliwski w Jamnie. Z okresu panowania Augusta II pochodzą pierwsze wzmianki o przeznaczeniu części łąk puszczański na produkcję paszy zimowej dla żubrów. Legenda głosi, że August II chadzał w pojedynkę na niedźwiedzia i w 1705 roku omal nie zginął podczas takiej „przechadzki” po lesie.

 

August, zapalony myśliwy, przyjechał do Białowieży 3 grudnia 1705 r., kilka lat po spotkaniu z Carem Piotrem I w Birżach na Litwie, gdzie wspólnie oddawali się kilkudniowej pijatyce i zawodom w strzelaniu z armat. Można więc przypuszczać, że zatrzymując się w Puszczy Białowieskiej Król korzystał z uciech i podziwiał pierwotny charakter Puszczy, bo już w 1701 roku wydał wskazówki i podpisał zalecenia, by ta Puszcza, podobnie jak Nowodworska i Sokólska były przeznaczone do ochrony puszczańskiego charakteru i dzikich zwierząt. Zabroniono ścinania żywych drzew, bo Król i jego otoczenie zachwycali się naturalnym charakterem lasu, wyraźnie oddzielając Puszczę od lasów służących wycinaniu drzew i wypalaniu potażu.

 

Za panowania Augusta II odbywały się wspaniałe i wielkie polowania, a największe z nich zostało zorganizowane 23 sierpnia 1724 roku pod Warszawą. Łowieckie zamiłowania Króla najlepsze swoje odzwierciedlenie znalazły w przeprowadzonych przez niego w 1717 roku reformach dotyczących łowiectwa. Były one jedynie częścią nowego programu rządów Króla, jednak fakt, iż w zwrotnym punkcie polityki władcy znalazło się miejsce na regulacje dotyczące łowiectwa, stanowi najlepszy dowód na to, jak ta dziedzina życia była dla niego ważna. Z drugiej jednak strony ten Król, a za jego przykładem również możnowładcy, dopuszczali się wypaczania idei łowiectwa, co przejawiało się np. w strzelaniu przy dźwiękach muzyki do zwierzyny wypuszczanej z klatek.

 

Przydomek Mocny zawdzięczał Król swej wielkiej sile, zapewne także demonizowanej i urastającej w opowieściach do potęgi Wyrwidęba albo Herkulesa. O władcy mówiono, że własnoręcznie, bez pomocy niczyjej przeciągał na poligonie wielkie armaty, którym konie dać rady nie mogły. Mniejsze działo zwane falkonetem uniósł na oczach gawiedzi podczas wizyty w Gdańsku, a w trakcie spotkania z carem Piotrem I jednym cięciem pozbawił głowy byka. Podkowy zginał w ręku i potrafił je zawiązać na szyjach wartownikom, choć w tej materii przebił go rzekomo kowal Marcin Cieński z Sieradzkiego. Ten ostatni, widząc pokaz królewski, owe podkowy na powrót odgiął i szyje wystraszonych wojaków oswobodził - wspomina o tym Zygmunt Gloger w "Encyklopedii staropolskiej".


August II Mocny był największym amantem wśród polskich władców. W jego przypadku można wręcz mówić o chorobliwym uzależnieniu od seksu. Uwodził chłopki, mieszczki, szlachcianki i arystokratki, a liczbę jego nieślubnych dzieci szacowano na ponad 300 (oficjalnie uznał tylko 11 nielegalnych potomków). Jako pierwszy polski Król wprowadził na dworze funkcję oficjalnej metresy, a przydomek Mocny otrzymał również w uznaniu swoich nieprzeciętnych możliwości erotycznych. Żadnych wątpliwości nie budzi natomiast przynależność Augusta II Mocnego do Towarzystwa Okrągłego Stołu, któremu przyświecały podobne cele zabaw, uciech wszelakich suto zakrapianych alkoholem.

 

Żelazo i proch podniecały go nadzwyczajnie, z tego też powodu August Mocny uwielbiał parady, musztry, poligony i wszelkie strzelaniny. Kiedy z Piotrem I, z którym zbratał się w walce ze Szwedami i ich Królem Karolem XII, strzelali ze świeżo odlanych armat do czego popadnie. Miało to miejsce w 1701 roku w Birżach na Litwie, a obaj władcy... byli kompletnie pijani.


Na obraz pijaństwa saskich czasów olbrzymi wpływ miał właśnie sam Król August, który rzeczywiście do wylewających za kołnierz się nie zaliczał. Niektóre z orgii pijaństwa organizowanych przez niego na dworze przeszły do historii, bowiem Król August miał w zwyczaju za każdym razem popisywać się swoją mocną głową i odpornością nawet na spore ilości wódki, która w tamtych czasach była potrójnie destylowana i osiągała 35 procent alkoholu. Wódkę, jeden z najmłodszych polskich trunków (znano ją jako akwawitę, czyli "życiodajną wodę". Dopiero od XV wieku, kiedy to przybyła z Niemiec m.in. przez Poznań, jako medykament na wągry i inne przypadłości), zdobyła popularność na dworach kosztem piwa, używanego wówczas powszechnie niemal jako zamiennik dla wody.


Jerzy Besala w "Alkoholowych dziejach Polski" wspomina o tym, że August Mocny przebijał pod względem spożycia nawet swego sojusznika, Cara Piotra I, a ten przecież wypijał dziennie średnio 40 kielichów (co daje kilka do kilkunastu litrów wina). Właściwie można powiedzieć, że Król całe swe panowanie w Polsce od 1697 do 1733 roku (z trzyletnią abdykacją na rzecz protegowanego Szwedów Stanisława Leszczyńskiego w latach 1706-1709) przeżył na bani. Słynął przy tym z najdziwniejszych pomysłów, na jakie wpadał po pijaku, nierzadko sprośnych i obrazoburczych - jak chociażby wieszanie podarowanego przez papieża krzyża na szyi psa. Wojnę ze Szwedami zaplanował z Carem Piotrem I po wypiciu w Rawie Ruskiej trzech beczek węgierskiego tokaju.


Z czasem zapadł na chorobę, z powodu której zasypiał w przeróżnych krępujących sytuacjach, nawet publicznie, a rany na nogach nie chciały mu się goić. Dzisiaj bez trudu zdiagnozowalibyśmy ją jako cukrzycę. Owo pijaństwo przyczyniło się też do utraty tego, co stanowiło jego słabość, a może kolejną moc - względów kobiet.

 

Tu także o Auguście Mocnym krąży wiele mitów. Jeden z nich powiada o 300 nieślubnych dzieciach, jakie zostawił. Liczba niewiast, które przewinęły się przez królewskie komnaty, była tak nieprawdopodobna, że żadnemu z historyków nie udało się dotąd ich zliczyć i wymienić. A zrodzone stąd dzieci porachować równie trudno. Wiadomo, że był wśród nich pradziad George Sand (tej od Fryderyka Chopina) czy zdobywca Pragi, feldmarszałek Fryderyk August Rutowski, którego Król Polski spłodził z turecką niewolnicą imieniem Fatima, porzuconą potem z nudy. Ostatnią kochanką monarchy była Krystyna Edmunda Henrietta von Osterhausen, która wylądowała w jego łożu w 1720 roku. Związek trwał kilka miesięcy, hrabina trafiła potem do klasztoru urszulanek, ale wedle kronik spędzała w nim jedynie noce. Za dnia prowadziła wystawne życie. Król August nie smalił cholewek wyłącznie do królewien, hrabianek i córek możnie urodzonych, ale także do zwykłych kobiet z ludu, jeśli tylko jakowaś wpadła mu w oko. W myśl niepotwierdzonych informacji Król miał w przebraniu wychodzić nocami na ulice Drezna czy Warszawy - zapewne też Poznania, gdy tu bawił - by skosztować uciech. Poprzednim polskim władcą, któremu zarzucano podobne praktyki, był Jan Olbracht, syn Kazimierza Jagiellończyka i Król Polski w latach 1492-1501.

 

Według jednej z plotek August Mocny hołdował opinii, że w ramach dyplomacji na przyjęciach należy się pokazywać zawsze z kilkoma kochankami ze wszystkich ościennych krajów. I tak miał czynić, bez zbędnej krępacji. To jednak tylko plotka, podobnie jak iście karkołomna historia, która miała się zdarzyć w Poznaniu.

 

Kiedy August Mocny organizował balangę, należało się spodziewać, że może się ona wymknąć spod kontroli. W całej historii skrapianych alkoholem i kobiecymi perfumami rządów tego Króla nie miał miejsca jednak równie spektakularny przypadek, jaki przydarzył mu się w Poznaniu. Omal nie stracił wówczas życia, a uratował go jedynie cud i nader wytrzymały, płócienny daszek. To znaczy ... bądźmy precyzyjni, prawdopodobnie tak było. Jak niemal we wszystkim, co dotyczy rozrywkowej części życia polsko-saskiego monarchy, więcej w tej historii mitów i powiastek niż faktów. Mówią one o tym, że podczas pobytu w Poznaniu Król August Mocny zorganizował bardzo ostrą libację. Na tyle ostrą, że uczestnicy mieli problemy z równowagą i rozeznaniem się, gdzie są. Polski władca miał jakoby nie zorientować się, że z kolejnym pucharkiem podszedł za blisko okna i ostatecznie przez nie wypadł. Jak było naprawdę, trudno dzisiaj ustalić. Jeżeli wypadek przydarzył się jednak Augustowi Mocnemu, to jest wielce prawdopodobne, że nie był wtedy trzeźwy, gdyż zbyt rzadko bywał widywany w tym stanie.


Mniej więcej od 1719 roku królewskie otoczenie zauważyło niepokojące oznaki w zachowaniu Augusta II: monarcha coraz częściej zasypiał w ciągu dnia i był na tyle osłabiony, że długo pozostawał w łożu, nawet rezygnując z alkoholu. Stan taki wskazywał na objawy cukrzycy (początkowo o łagodnym przebiegu), której przyboczni medycy nie byli oczywiście w stanie rozpoznać, a cóż dopiero leczyć, gdyż, pomimo istnienia starych opisów, szerzej tej choroby nie znano.
Po kilkunastu latach jej trwania u Wettyna pojawiły się bóle lewej kończyny dolnej, największe w obrębie palucha. W 1726 r. wytworzyła się tam rana. Złożono ją wówczas na karb wcześniejszych urazów (upadek z konia w młodości i zdarzenie w Wenecji, kiedy monarsze na nogi spadła ciężka marmurowa płyta), lecz prawdziwą przyczyną były przewlekłe powikłania cukrzycowe (tzw. angiopatia).


W grudniu 1726 r. pod podeszwą lewej nogi zaczęła gromadzić się ropa, pojawiła się też nieduża gorączka, a bóle to nasilały się, to malały. Czuwający nad królem medycy (Geyer, Heucher i Neid) stwierdzili zgorzel lewej nogi, duże bóle i bolesne skurcze łydki. Na szczęście treść ropna uszła sama przez otwory na stopie i August II poczuł się lepiej. Mimo zabiegów lekarskich drugi palec lewej stopy uległ jednak zgorzeli, toteż dwaj nadworni cyrulicy, Weis i Stentzl, w styczniu 1727 r. dokonali jego pomyślnej amputacji, poddając pacjentowi opium. W latach następnych Wettyn miał kłopoty z chodzeniem (utykał), dlatego na publicznych wystąpieniach kroczył powoli, wsparty o ramię któregoś z szambelanów. Natomiast u siebie w Saksonii poruszał się w specjalnie dlań skonstruowanym wózku inwalidzkim na kołach, dzięki czemu samodzielnie przemieszczał się po komnatach. O tańcach mógł zapomnieć, a podczas jazdy konnej chorą nogę okrywał specjalnie uszytym, usztywnionym butem, chroniącym palce.


Fatalny okazał się styczeń 1733 r., kiedy to August II wyruszył z Drezna na sejm do Warszawy; po drodze, w Krośnie Odrzańskim, spotkał się z pruskim ministrem Grumbkowem. W trakcie podróży, wsiadając do karety, zawadził chorą nogą o framugę. Rana otworzyła się, a upływu krwi nie dało się zatamować. Do stolicy władca dojechał wieczorem 16 stycznia. Był tak chory, że – wg współczesnej relacji, „Go pachoły wynieśli z karety i do łóżka zanieśli”, w którym pozostawał przez najbliższe dni. Między 22 a 23 stycznia stan zdrowia Wettyna nieco się poprawił, lecz 29.go nastąpiły silne bóle głowy, wzrost gorączki i jątrzenie się rany. 31 stycznia stwierdzono zgorzel całej lewej nogi. Król, po dokonanej spowiedzi, nie był w stanie przyjąć komunii (chcąc uklęknąć, przewrócił się). W nocy z 1 na 2 lutego zasłabł, odzyskał przytomność po półtorej godzinie i o 5-ej nad ranem zmarł w Pałacu Saskim. Gwardziści, pełniący wartę przy trumnie z zabalsamowanym ciałem (8 – 9 lutego), zauważyli, że zwłoki czernieją.


Pijaństwo i hulaszcze życie złamało organizm Augusta II Mocnego. Zmarł na Zamku Królewskim w Warszawie w nocy z 31 stycznia na 1 lutego 1733 roku wśród wielkich cierpień, przeklinając Polskę i doradców, którzy go do niej sprowadzili, oraz żebrząc o litość. Ostatnie jego słowa to: „Całe moje życie było jednym nieprzerwanym grzechem, Boże zlituj się nade mną”. U Króla wystąpiła tzw. stopa cukrzycowa. W wyniku przeprowadzonej amputacji w ranę wdała się gangrena, która spowodowała prawdopodobnie infekcję i seps].


August został pochowany w katedrze wawelskiej, wnętrzności Króla złożono w kościele Kapucynów w Warszawie, natomiast jego serce spoczęło w kościele dworskim w Dreźnie.

August III Sas

August III Sas - (ur. 17 października 1696 r. w Dreźnie, zm. 5 października 1763 r. tamże) – w latach 1733–1763 Król Polski oraz jako Fryderyk August II elektor saski; syn Augusta II z saskiej dynastii Wettynów i Krystyny Eberhardyny Bayreuckiej. 20 sierpnia 1719 r. w Dreźnie poślubił arcyksiężniczkę austriacką Marię Józefę Habsburg, córkę Cesarza Józefa I i Wilhelminy Amalii Welf. Drezdeńskie wesele cieszyło się opinią jednej z najwspanialszych barokowych imprez Europy. Maria Józefa urodziła 14 dzieci.


Władca nie troszczył się zbytnio o siłę militarną Rzeczypospolitej, więcej uwagi poświęcając własnemu wystawnemu życiu i powiększaniu bogactwa swego drezdeńskiego dworu. August III Sas, gdyby mógł, nie wychodziłby z lasu. Ale nie pozwalały mu na to obowiązki, stan zdrowia i pustki w skarbcu. Z pasji jednak nie zrezygnował. W ogrodzie przy Pałacu Saskim urządził strzelnicę. Czasem, ku uciesze warszawiaków, kazał ustawiać tarcze na murach Starówki i tam organizował zawody. Z maniakalną dokładnością spisywał potem wyniki, obliczał średnią. Dworacy musieli bardzo uważać, by przypadkiem nie trafiać celniej.

Białowieża - rysunek Jakuba Sokołowskiego z 1821 roku przedstawiający dwór Króla Augusta III Sasa z dwoma pawilonami dobudowanymi za Stanisława Augusta Poniatowskiego.

W połowie XVIII w. August III Sas zbudował nowy pałacyk myśliwski, który znajdował się na wzgórzu w obecnym Parku Pałacowym. Pierwszy opis pałacu przedstawia inwentarz z 1773 r. ,,Pałac zbudowany z drewna, obity heblowanymi deskami mierzy 11 sążni długości  i 5 szerokości. Wewnątrz znajdują się 4 pokoje, 3 kredensy, gabinet wybity płótnem i pomalowany . Sala (z posadzką), W 1784 r. podskarbi wielki litewski Stanisław Poniatowski dobudował do pałacu 2 oficyny – gościnną i kuchenną oraz budynek mieszkalny dla auditora leśnictwa. Inwentarz z 1796 r. dodaje do tego opisu jeszcze kancelarię łowiecką, młyn, psiarnię i skład na sieci.

 

1733 – 1763 - W tym okresie polowania odbywają się ze szczególnym przepychem. Następuje wzmocnienie straży łowieckiej, dla której zostają zbudowane mieszkania wokół Puszczy. Polowania królewskie odbywają się zwykle w zagrodach zwanych Altaną, powstałych w miejscu znacznie obszerniejszego zwierzyńca Wielka Kletnia z czasów Stefana Batorego. Po polowaniu z 1752 roku w odniesieniu do tego nowego miejsca kaźni zwierzyny zaczyna się używać nazwy Augustowy Sad. Nad Narewką na miejscu dworu Władysława IV Wazy powstaje nowy oraz oddzielne budynki dla sprowadzonych z Saksonii jegrów.
1738 r. - August III Sas ustanawia order św. Huberta dla najszlachetniej urodzonych za najwyższe zasługi łowieckie, a następnie sam się nim odznacza.

Wyjazd Augusta III z dworem na polowanie

Najgłośniejsze polowanie odbyło się w Puszczy Białowieskiej 27 września 1752 r., na które przybył Król do Białowieży August III wraz z Królową, Królewiczami Ksawerym i Karolem, z całym swoim dworem saskim oraz kilku panami polskimi, pomiędzy którymi znajdował się uważany wówczas za największego myśliwca w Polsce cześnik koronny Jan Wielopolski. Ubito wtedy 42 żubry (z których sama Królowa, zdradzając instynkt łowiecki, położyła trupem z broni palnej 20 sztuk napędzanych pod jej altanę),  zastrzelono 13 łosi, 2 sarny oraz mnóstwo innej zwierzyny (jeleni wówczas już w Puszczy nie było). Sama Królowa od niechcenia trafiła bez pudła, w przerwach między strzałami znudzona czytała francuskie romansidło

Maria Józefa Habsburżanka (ur. 8 grudnia 1699 w Wiedniu, zm. 17 listopada 1757 w Dreźnie) – Królowa Polski, żona Króla Polskiego Augusta III Sasa

Na pamiątkę tak świetnego polowania Król polecił postawić w Nowej Białowieży nad Narewką obelisk kamienny, na którym wyryto w dwóch językach, polskim i niemieckim, wszystkie nazwiska obecnych gości, starszej służby myśliwskiej, liczbę upolowanej zwierzyny i wagę sztuk największych. Najcięższy żubr ważył 14 centnarów i 50 funtów, a najcięższy łoś 9 centnarów i 75 funtów. Juljusz baron Brinken w dziele swojem p. n. Mémoire descriptive sur la forêt Impériale de Białowieża (Warszawa, 1826 r.) opisał to polowanie.


August III Sas przyjeżdżał na łowy do Puszczy Białowieskiej wraz z dużą świtą i gośćmi z zagranicy. Rozbudował dwór myśliwski na terenie dzisiejszego Parku Pałacowego i założony przez Stefana Batorego zwierzyniec. Kontynuował on też politykę ochrony Puszczy – utworzył pięć nowych wsi osockich oraz sprowadził do niej strzelców. Ponadto w czasach Augusta III próbowano dokonać w Saksonii reintrodukcji żubrów na bazie osobników z Puszczy Białowieskiej.


Na kilka tygodni przed przyjazdem Króla, do Białowieży zjechali cudzoziemscy myśliwi z psami. Zarząd leśny w Białowieży wskazał im, gdzie w Puszczy przebywa największa liczba żubrów. Kierując się tymi informacjami, myśliwi na miejsce polowania wybrali "część obrębu Augustowskiego o milę od Białowieży". Rozpoczęły się przygotowania do łowów. Ogromna liczba okolicznych mieszkańców wzięła udział w nagance. Według Karpińskiego było ich tysiąc. Ludzie ci zagonili zwierzęta do wskazanego obszaru, a następnie teren ten ogrodzono, na tyłach zaś zrobiono zaporę z drewna, aby zatrzymać żubry. Miejsce polowania podzielone było na dwie części - jedna dla zwierzyny, a druga dla myśliwych - tu zbudowano dla nich pawilon. Opodal pawilonu pozostawiano wąskie przejście dla zwierzyny, która uciekając tędy, miała wystawiać się na strzał i być niezwykle łatwym celem.

W wigilię polowania przyjechała rodzina królewska ze świtą dworską. Podobno przybyłych było tak wielu, że z trudem zdołali pomieścić się we wsi. Polowanie rozpoczęło się następnego dnia. Król z Królową zajęli miejsce w pawilonie. Wraz z nimi byli tam książęta i myśliwi. Królowa również brała czynny udział w łowach i położyła 20 żubrów, " zajmując się w wolnych chwilach lekturą". Równie celnym okiem wykazał się Król August III. Gdy tylko żubr padał pod strzałami, dojeżdżacze trąbili fanfarę. Po zakończeniu polowania para królewska udawała się na przegląd trofeów. Upolowane zwierzęta rozkładano uporządkowane, a następnie były one ważone i rozdawane chłopom.

Pomnik na pamiątkę polowania królewskiego w Białowieży r. 1752

Świadectwem jednego z wielkich polowań tego okresu jest obelisk z 1752 r. Dzięki nimu wiemy, że poza Królem, Królową (Marią Józefiną) i ich dziećmi Ksawerym i Karolem, na polowaniu byli obecni m.in. hetman wielki koronny Jan Klemens Branicki, minister i doradca królewski Heinrich von Brühl, cześnik koronny Jan Wielopolski (uchodzący w owym czasie za największego myśliwego w Polsce), koniuszy najwyższy hrabia Alojzy Fryderyk de Brühl, generał poczty koronnej marszałek Karol de Bieberstein, marszałek nadworny Schönberg, łowczy de Wolfersdorff i inni. Łącznie wymienia się 29 osób. Jest to najstarszy zachowany zabytek w Białowieży.


Wielu współczesnych autorów określa owe łowy mianem „ohydnej rzezi”. Podobnie zresztą wypowiadają się sami myśliwi. Tysięczna „armia” naganiaczy, złożona z miejscowych chłopów i dowodzona przez saksońskich jegrów, uczestniczyła w napędzaniu puszczańskiej zwierzyny w sieci. Złapane zwierzęta wpuszczano następnie do zwierzyńca, założonego jeszcze przez króla Stefana Batorego. Na polecenie Augusta III, zwierzyniec odnowiono, rozszerzono i zmodyfikowano. Z ogrodzonej powierzchni wybiegał korytarz, u wylotu którego znajdowała się myśliwska altana.


 „Polowano” w następujący sposób: służba leśna napędzała zwierzęta do korytarza i gdy pojedyncze sztuki, widząc przed sobą otwartą przestrzeń przyśpieszały biegu, padały od strzałów Króla i jego żony Marii Józefy, siedzących wygodnie w altanie. Strzelano z broni gwintowanej, która była naówczas nowością. Każdemu celnemu strzałowi towarzyszyły dźwięki fanfar. Zaproszeni na to polowanie goście nie mogli strzelać, zezwolono im tylko przyglądać się i głośno wyrażać swój podziw dla refleksu królewskiej pary. Królowa w trakcie łowów umilała czas... czytaniem książki - ponoć jakiegoś francuskiego romansidła. Rękę po strzelbę wyciągała tylko wtedy, gdy u wylotu korytarza pojawiło się zwierzę.

W sierpniu 1915 roku obelisk został wywieziony przez wojsko rosyjskie w głąb Rosji. W 1921 roku, w drodze rewindykacji, powrócił do Polski. Rozłamany był na dwie części i mocno poobijany. Przez wiele lat przechowywano go w Warszawie. Do Białowieży przywieziono dopiero w 1938 roku, po dokonaniu renowacji. W okresie powojennym, a dokładnie – 27 kwietnia 1973 roku,  Wojewódzki Konserwator Zabytków w Białymstoku wpisał pomnik na listę obiektów zabytkowych. Napis w języku polskim brzmi:


„Dnia 27 Septembra 1752 Najaśniejsze Państwo August III Król Polski Elektor Saski, z Królową Jeymością i Królewiczem ichmościem Xawerem i Karolem tu mieli polowanie żubrów i zabili:
42 żubry, to jest
11 wielkich, z których nayważniejszy ważył 14 cetnarów 50 funtów
7 mniejszych
18 żubrzyców
6 młodych
13 łosiów, to jest 6, z których nayważniejszy ważył 9 cetnarów 75 funtów
5 samic
2 młodych
2 sarn
Suma 57 sztuk”
Dalej wymieniani są dostojnicy uczestniczący w polowaniu.

 

Stanisław August Poniatowski, który jako młody człowiek uczestniczył w królewskich łowach Augusta III, tak opisał to wydarzenie w swoich pamiętnikach: „Więcej niż trzy tysiące wieśniaków udział brało w nagonce w lesie rozległym na mil wiele. Wpędzili całe stado owych bestii, ze czterdzieści sztuk liczące, w zagrodę z płótna uczynioną, która jakieś czterysta stóp miała średnicy, a pośrodku niej stał wyniosły namiot służący królowi za schronienie, aby strzelać mógł do nich bezpiecznie. Król, królowa, tudzież ich synowie Ksawery i Karol używali strzelb gwintowanych tak wielkiego kalibru, żem widział u jednego z żubrów obie łopatki przeszyte od jednego strzału. Wiele atoli łosi, co wówczas też były osaczone i z tejże samej broni ubite, zdało mi się - mimo niesłychanej siły, jaką dzikim bykom przypisują - twardsze od nich posiadać życie; był wśród nich jeden, którego jedenaście kul z owych groźnych strzelb przeszyło, a przeżyć zdołał jeszcze dwie godziny, podczas gdy byki umierały o wiele szybciej i częstokroć od pierwszego strzału. Zadziwiło mnie, że tak niewiele waleczności jest w tych zwierzętach - większość dała się przepędzić od wejścia do owej zagrody ludziom uzbrojonym tylko w długie tyki, którzy gonili je tam, gdzie po bokach opuszczono płótna i gdzie król do nich strzelał, bo ludzi tam nie było. Bohaterem dnia stał się jeden z łosi, co wpadł do zagrody wraz ze swą samicą i tam małżeńskiej jej honory poczynił w obecności króla i królowej, którzy wzrokswój odwrócili, a potem cały i zdrowy do puszczy powrócił pośród tysiąca widzów, których sąsiedztwa wcale nie unikał, co sprawiło, że król do niego nie mógł strzelić"


W wielkich polowaniach organizowanych przez dwór, nigdy nie mogło zabraknąć miejsca dla dam. W 1719 roku polującym damom zaczęła przewodzić Maria Józefa Habsburżanka - żona Augusta III Sasa. Słynęła z wielkiej zręczności w posługiwaniu się bronią myśliwską, a także doskonale jeździła konno. Jednak swój zapał do łowów przypłaciła wielkimi wyrzutami sumienia, które dręczyły ją do końca życia z powodu kalectwa najstarszego syna. Królewicz Fryderyk cierpiał na bezwład nóg, będący skutkiem groźnego upadku Królowej z konia podczas polowania. Szczęśliwie Marii Józefie udało się ciążę donosić i nie powtórzyła się tragedia Królowej Bony z dynastii Jagiellonów, która przez upadek z konia w czasie polowania poroniła.

 

Według anegdotycznych pomówień spopularyzowanych szczególnie przez Władysława Konopczyńskiego, August III miał z upodobaniem strzelać do psów i kotów z okna Pałacu Saskiego w Warszawie oraz całymi dniami wycinać figurki żołnierzy z papieru.


Gdy ta namiastka polowania nużyła monarchę, a na dalekie wyprawy nie był już w stanie wyruszyć, udawał się do pobliskiej Puszczy Kampinoskiej lub do Młocin. Tam jednak brakowało zwierzyny. Ale i ten problem rozwiązano. Zamiast fatygować Króla wyjazdem za miasto, grodzono któryś z placów, rozstawiano na nim krzaki, a w centrum wznoszono platformę strzelecką. Król gramolił się na nią, dawał znak, że jest gotów, i z klatek wypuszczano mnóstwo schwytanych wcześniej saren, zajęcy, jeleni. Takie łowy musiały się udać. August zgodnie ze swą pedantyczną naturą na bieżąco uzupełniał statystyki i sporządzał wykazy trofeów. Chociaż przeszedł do historii jako władca niezbyt przykładający się do obowiązków, w rzeczywistości był bardzo pracowity. Wstawał nad ranem, sumiennie przeglądał dokumenty, uczestniczył w niezliczonych spotkaniach. Po południu był już tak zmęczony, że musiał się odprężyć. W teatrze, za którym nie przepadał, przysypiał. Książek nie czytał. Pozostawało strzelanie. Kiedy ze względu na wiek i chorobę nie był już w stanie wspiąć się na platformę, strzelał więc z okien pałacu do bezpańskich psów. By zwabić ich jak najwięcej, podwładni podrzucali w Ogrodzie Saskim kości i padlinę. Za czasów świetności Rzeczypospolitej takie zachowanie uznano by za godne hycla, nie monarchy. Polowanie nie miało być jatką, lecz zastrzykiem adrenaliny.


Jeden z najwybitniejszych polskich historyków nowożytności Władysław Konopczyński, a w ślad za nim wielu kolejnych badaczy, widziało w ostatnim Sasie na polskim tronie postać pozbawioną talentu politycznego, gnuśną; osobę, która spędzała godziny na obżarstwie. To za jego czasów powstało powiedzenie „Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. Barszo lubił różnego rodzaju rozrywkach, a przez 30 lat rządów nad Polską nie potrafiła nauczyć się języka swych poddanych. Od chwili starań o polski tron został August III  uwikłany w zespół okoliczności tworzących się poza możliwością ingerowania przez Króla i odwrócenia biegu spraw zdążających do fatalnego końca” – tłumaczył Staszewski. Jak dodał, z prywatnej korespondencji Króla wyłania się wizerunek Augusta III jako osoby nie tylko głęboko przejętej losem swej rodziny, ale także dobrze przygotowanej do rządzenia, orientującej się w bieżącej polityce.
Wiele cytatów pozostało po nim do dnia dzisiejszego:


•    August III był istotnie głupi jak stołowe nogi, ale miał dobre serce i tłuste swe ręce wszystkim podawał do pocałowania. Polska go ubóstwiała. Powtarzam: ubóstwiała.
o    Autor: Stanisław Cat-Mackiewicz, Stanisław Poniatowski, Universitas, Kraków 2012, s. 85.
•    Był August co do ciała wzrostu wielkiego, a przy tym kształtnego, nicht go z panów nie dosięgał wzrostem, tylko jeden Chodkiewicz, starosta żmudzki, lecz jak był wysoki, tak był chudy, gdy przeciwnie August był tuszy do wzrostu proporcjonalnej. Minę miał wspaniałą i zawsze wesołą, wzrok i chód powolny.
o    Autor: Jędrzej Kitowicz, Pamiętniki czyli historia polska, wstęp i oprac.P. Matuszewska
•    Król August III pięćdziesiąt przeszło lat liczy, czerstwy i silny, wspaniałej postawy, głowę wysoko nosi. Brwi wielkie, pierś szeroka, otyły. Chodzi powoli, wyraz twarzy poważny.
o    Autor: W. Schemüller, Diariusz podróży na sejm grodzieński 1752, w: Cudzoziemcy o Polsce. Relacje i opinie, wybrał i opracował J. Gintel, t. 2: wiek XVIII-XIX.
•    Sympatycznie pulchny młodzieniec.
o    Autor: Michał Fryderyk Czartoryski
•    Wśród współczesnych mu władców europejskich był August monarchą cieszącym się autentycznym szacunkiem. Zapracował nań sobie zarówno własnym sposobem życia, jak i wiernością zasadom, które znajdując się w opozycji do postępowania jego ojca miały wysoką cenę: był sojusznikiem solidnym i uczciwym, przestrzegającym norm w stosunkach międzynarodowych i w odniesieniu do swych polskich i saskich poddanych. Stał się nawet ich ofiarą w tym sensie, że obstając przy tych zasadach nie był w stanie przeciwstawić się generalnemu naruszeniu wszelkich norm przez Fryderyka II.
o    Autor: Jacek Staszewski, August III Sas.


„Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa” to szlacheckie przysłowie opiewające beztroskę i dobrobyt czasów, gdy w Rzeczypospolitej panowali królowie z saskiej dynastii Wettynów. Występuje w licznych postaciach: „Za króla Sasa było chleba do pasa”, „… było chleba i miasa” lub też … łyżką była kiełbasa”. Niewątpliwie pokój, jakim z krótkimi przerwami cieszyła się Rzeczpospolita po 1717 roku, oraz dekadencja życia politycznego sprzyjały osobom ceniącym suto zastawiony stół. Jędrzej Kitowicz w swym Opisie obyczajów za panowania Augusta III przekazuje wiele informacji na temat sarmackiej sztuki kulinarnej oraz roli jedzenia w kształtowaniu i utrzymywaniu więzi społecznych. Uczty, zawsze stanowiące okazję do manifestacji zamożności i pozycji społecznej osoby je wydającej, w dobie demokracji szlacheckiej odgrywały pewną rolę także w życiu politycznym. „Gdy August pił, cała Polska była pijana” – brzmiało popularne powiedzenie, odnoszone do czasów Augusta II oraz Augusta III Sasa). Zło czasów saskich polegało nie tyle na wzroście spożycia alkoholu, ile na będącym świadectwem kryzysu wyjściu obyczajowości pijackiej z zamkniętego kręgu kultury ludycznej, na swoistej nobilitacji pijaństwa.


August III nosił przydomek "Otyły". Słynął z niepohamowanego obżarstwa. Na jego dworze bawiono się świetnie, tyle że brakowało pieniędzy na wojsko, co doprowadziło do upadku Polski. Wracając do Króla, ambasador Francji nazwał go złośliwie bryłą mięsa. Do otyłości dołączyła się niedoczynność tarczycy w ekstremalnej postaci obrzęku śluzowatego. Bezpośrednią przyczyną śmierci Króla była apopleksja, czyli wylew krwi do mózgu. August III Sas zmarł 5 października1763 roku w Dreźnie.


         

Stanisław August Poniatowski

Stanisław August Poniatowski, przed koronacją Stanisław Antoni Poniatowski herbu Ciołek (ur. 17 stycznia 1732 r. w Wołczynie, zm. 12 lutego 1798 r. w Petersburgu) – Król Polski w latach 1764–1795 jako Stanisław II August, ostatni władca Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Jego panowanie pozostaje przedmiotem licznych sporów. Doceniany jako inicjator, stanowczy zwolennik i współautor reform ustrojowych przeprowadzonych przez Sejm Czteroletni oraz jako mecenas nauki i sztuki, Stanisław August jest równocześnie krytykowany za to, że nie zdołał zapobiec rozbiorom i w konsekwencji upadkowi Rzeczypospolitej, oraz że został wybrany na tron polski wskutek wojskowej interwencji Imperium Rosyjskiego i osobistemu poparciu Carycy Katarzyny II. W wieku 23 lat został sekretarzem posła angielskiego w Petersburgu. Tam też, na uroczystym obiedzie, poznał wielką księżnę Katarzynę. Zrobiła ona na nim wielkie wrażenie, zresztą nawzajem przypadli sobie do gustu. Rozpoczął się ich romans (rok 1755) trwający kilka lat. Doświadczona Katarzyna była pierwszą kobietą i miłością Stanisława. Mieli ze sobą córeczkę, ale zmarła ona w wieku dwóch lat. Romansu Stanisława i Katarzyny nie udało się utrzymać w tajemnicy. Wybuchł skandal (Katarzyna była mężatką), który z trudem udało się załagodzić.


Za czasów Stanisława Poniatowskiego, w latach 1765–1780, administratorem Puszczy Białowieskiej był słynny Antoni Tyzenhauz. Znacznie rozwinął on przemysł puszczański i zwiększył ilość spławianych towarów, m.in. wybudował on kanał łączący Narew i Narewkę. Ścinano wtedy w Puszczy i spławiano do Gdańska drzewa, produkowano węgiel drzewny, potaż, dziegieć i smołę. Sprowadzono z Mazowsza robotników leśnych – budników i osadzono ich w wioskach zakładanych wewnątrz Puszczy. Zmniejszono też liczbę wsi osockich kierując ich mieszkańców do prac leśnych oraz przywrócono pańszczyznę w należących do króla dobrach. Tyzenhauz został odwołany ze stanowiska zarządcy dóbr królewskich w 1780 roku, m.in. z powodu nierentowności niektórych z jego przedsięwzięć.


Ostatnim polskim Królem, który polował w Puszczy Białowieskiej, był Stanisław August Poniatowski. Ostatni raz latem 1784 roku. W dniach od 30 sierpnia do 2 września 1784 roku w dworze w Białowieży przybywał Król Stanisław August Poniatowski. Przybycie Króla poprzedzone było starannymi przygotowaniami, a jego bratanek podskarbi wielki litewski Stanisław Poniatowski wyremontował z tej okazji istniejący dwór i dobudował dwie oficyny. Do Białowieży poza orszakiem królewskim przybyli liczni goście, w tym siostra Króla Izabela Branicka, książę Stanisław Poniatowski i arcybiskup Giovanni Archetti. Łowy odbyły się 31 sierpnia i 1 września, w obu przypadkach w odgrodzonych kletnach. Myśliwy rozlokowani w specjalnie w tym celu wybudowanych altanach położyli łącznie cztery żubry, dwa niedźwiedzie i jednego łosia. Było to ostatnie królewskie polowanie w Puszczy Białowieskiej.

Altana łowiecka Stanisława Augusta Poniatowskiego

Za panowania ostatniego Króla Polski, Stanisława Augusta, również nawiązywano do dawnych polowań dworskich i organizowano wystawne łowy, choć sam władca - intelektualista nie był pasjonatem łowiectwa. W polowaniach organizowanych przez Króla Augusta Poniatowskiego często uczestniczył Książę Karol Radziwiłł, który od lat młodości pochłonięty był łowiecką pasją. Książę w ramach rewanżu również zapraszał Króla z jego świtą na wystawne łowy. W owych czasach pojawiły się specjalne altany, w których myśliwi i zaproszeni goście czekali na zwierzynę naganianą z pobliskich ostępów.


Na przyjazd Króla Stanisława Augusta Poniatowskiego trzeba było zamówić 260 butelek piwa angielskiego, 30 butelek araku i 20 likieru. Król zjeżdża do Białowieży z dworem, oficerami; towarzyszy mu 100 ułanów i 50 kozaków. Jest w trakcie podróży z Warszawy do Grodna, gdzie jesienią ma się odbyć posiedzenie Sejmu; w drodze spędził już ponad miesiąc. Jest zmęczony. Na przyjazd Króla wyremontowano dwór w Białowieży i dobudowano do niego dwie oficyny. Wszystko pachnie nowością. 31 sierpnia 1784 roku o godz. 10|:00 Stanisław August dosiada gniadego konia i jedzie razem z gośćmi do altany strzeleckiej. Przygotowano tam już zimne mięsiwa. Koło obiadu jest już po wszystkim, można wracać do dworu. Na podwórzu stoją pieśniarze, są też klatki z małymi niedźwiedziami. Kolację przewidziano na godz. 20:00 - będą suche potrawy, owoce, poncz i wina. W dniu wyjazdu o godz. 6:00 rano Król wzywa do siebie wszystkich zasłużonych w czasie polowania. Rozdaje brylantowy pierścień, złotą tabakierę i zegarek.


„Zastawiono stół, nim zaczęło się polowanie, różnym na zimno mięsiwem. Wkrótce nadjechał ze Stołowacza ks. nuncjusz ze swoim audytorem i Jaśnie Oświecona pani krakowska. Pierwszy myśliwiec Berens dał znak w trąbkę myśliwską na zaczęcie obławy. Ukazał się najprzód wielki niedźwiedź na strzelanie, ale wnet wpadłszy w krzaki, zniknął z oczu. Po niejakim czasie ujrzeliśmy drugiego. Król JMć strzelił szczęśliwie do niego i zranił, że bestyja lubo dalej w las poszła, jednak ja potem opodal znaleziono zabitą. Znowu potem napędzono trzeciego niedźwiedzia. Król Jegomość do niego strzelił, a za Królem do niego wystrzelono z kilkunastu karabinów i zabito przy samym parkanie. Gdy nie można było żadną miara przybliżyć żubrów, na których powtórna obława poszła bez psów, Król JMć rozkazał, aby ich w ostępie szukano, i tak dwóch samców bardzo wielkich zabito, mianowicie tego, który rzuciwszy się na przebój, uderzył na myśliwca Berensa i konia mu zranił, że ledwo jeździec, uwiesiwszy się na gałęzi schwytanej, niebezpieczeństwa uszedł. Tak tego dnia ubito dwa niedźwiedzie i dwa żubrów. Król JMć chłopca jednego, którego niedźwiedź lekko zranił, uchwyciwszy go zębami za bok, pieniędzmi udarował. Około godziny 6 wieczornej powróciliśmy do Białowieży, gdzie nastąpił obiad wieczorny”.


Stanisław August Poniatowski urządza dość dziwne łowy w Puszczy Białowieskiej. Są one w większym stopniu wydarzeniem kulturalnym epoki Oświecenia niż polowaniem. Nie mają one charakteru aprowizacyjnego jak za Jagiełły, ani też czysto rozrywkowego, charakterystycznego dla Augusta III Sasa. Powstają wtedy album kartograficzny, altany w zagrodach do polowań, zostaje rozbudowany pochodzący z czasów saskich dwór myśliwski w Białowieży oraz ulepszona droga ze Straży Leśniańskiej (obecnie w Hajnówce) do Białowieży. Podczas polowania odbywają się występy chóru i pokazy ułożenia koni, a po jego zakończeniu powstaje Diariusz oraz co najmniej jedna ilustracja dokumentalna.

Dwór jest drewniany, posiada 4 pokoje, 3 kredensy, jedną salę i gabinet. Bratanek Króla podskarbi wielki litewski Stanisław Poniatowski z okazji polowania dobudowuje do niego dwie oficyny – kuchenną i gościnną. Jest tam też budynek mieszkalny dla audytora leśnictwa, kancelaria łowiecka, młyn, psiarnia i skład sieci.


Polowanie na zwierzynę odbywa się w dwóch zagrodach (zwierzyńcach), zwanych wtedy „ogrodami”. Najoględniej mówiąc są to dwie strzelnice do wygodnego mordowania zwierzyny. Pierwszego dnia Król poluje w ogrodzie Kletna powstałym na bazie kletni założonej jeszcze przez Stefana Batorego i używanej przez Augusta III Sasa (stąd nazwa Augustowy Sad). Drugiego dnia polowanie odbywa się w ogrodzie Teremiska. Zostają ubite łącznie co najmniej 2 niedźwiedzie, 4 żubry i 1 łoś.

Źródło: Królewskie łowy w Puszczy Białowieskiej - Tomasz Samojlik -

I jeszcze jeden opis słynnego polowania pochodzący z dzieła pt. Ekonomie królewskie za panowania Stanisława Augusta, autor: Stanisław Zawadzki:


"Nie wiadomo zbyt wiele o sposobach gospodarowania księcia Stanisława Poniatowskiego w ekonomiach litewskich. Należy jednak wspomnieć o jego poczynaniach w 1784 r. W drodze na sejm grodzieński tego roku Stanisław August przejeżdżał przez ekonomię brzeską, a jego bratanek zgodnie z życzeniem monarszym zorganizował mu w należącej do tej ekonomii Puszczy Białowieskiej łowy na żubry. Wymagało to przebicia odpowiedniej drogi przez dziewicze lasy oraz wycięcia placu i zbudowania na nim ogrodu do polowania. Remontu wymagał także zaniedbany dwór królewski w Białowieży, do którego dobudowano dwie oficyny. Z okazji królewskiej podróży podskarbi wielki litewski podarował wujowi album dziesięciu map ekonomii brzeskiej z Puszczą Białowieską oraz trasami przejazdu monarchy, wykonanych przez geometrę królewskiego Michała Połchowskiego. Wszystkie te przygotowania kosztowały księcia Poniatowskiego 30 tysięcy dukatów.


Królewskie łowy w Puszczy Białowieskiej odbyły się 31 sierpnia i 1 września 1784 r. Według zapisu w diariuszu biskupa Adama Naruszewicza, polowanie zostało zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach. Odbywało się w dwóch specjalnie przygotowanych ogrodach - Wielkiej Kletnej i Teremiskach. Za strzelnice służyły specjalnie wzniesione piętrowe i zdobione altany do polowań, które zajęli Król, jego dwór i goście. Łowy rozpoczęła nagonka osoczników i chłopów. Zwierzyna była przepędzana przez kolejne przegrody aż do ostatniej, która była zdecydowanie węższa i pozwalała na podprowadzenie zwierząt w bezpośrednie sąsiedztwo altany, by umożliwić myśliwym oddanie strzałów. Pierwszego dnia ustrzelono dwa niedźwiedzie i dwa żubry, drugiego zaś łosia i dwa żubry”.


Puszcza Białowieska była kompleksem leśnym znajdującym się pod szczególną ochroną, ponieważ od początków XVIII wieku tylko tam w Rzeczypospolitej żyły żubry".

 

Warto zacytować jeszcze jeden opis powyższego polowania, chyba najpełniejszy - źródło: Tomasz Samojlik, Ochrona i łowy. Puszcza Białowieska w czasach królewskich.

 

"W czasach Stanisława Augusta Poniatowskiego kuchnie zamku królewskiego w Warszawie nie potrzebowały już dostaw dziczyzny z puszcz królestwa, a sam król nie pasjonował się łowami. Mimo to Stanisław August odwiedził Puszczę Białowieską i polował w niej na żubry. Wizyta króla była znakomicie przygotowanym wydarzeniem kulturalnym epoki oświecenia, a samo polowanie zamknęło 400-letnią historię królewskich łowów w Puszczy Białowieskiej.

 

W końcu sierpnia 1784 roku król wyruszył z Warszawy do Grodna, gdzie jesienią miało się odbyć posiedzenie Sejmu. Nie była to zwyczajna podroż, bo i czasy były niezwykłe. Po pierwszym rozbiorze Polski, w obliczu zagrożenia bytu państwowego, nie tylko król i elity kraju, ale i wielu zwykłych obywateli zaangażowało się w walkę „o naprawę Rzeczypospolitej” poprzez rozwój gospodarki, reformę szkolnictwa, wspieranie kultury i sztuki. Długa i okrężna trasa królewskiej podroży wiodła przez najsłabiej rozwinięte i mało zaludnione obszary Podlasia i Polesia. Przejazd króla z orszakiem – ze stolicy przez Sokołów Podlaski, Białowieżę, Kobryń, Pińsk, Telechany, Słonim, Nieśwież, Nowogrodek do Grodna - oraz jego postoje i zajęcia zaplanowano i ogłoszono dużo wcześniej. Trwająca cały miesiąc królewska peregrynacja zmobilizowała więc niezwykłą oddolną aktywność społeczeństwa. Wszędzie reperowano i na nowo budowano drogi, sypano groble, odnawiano dwory, porządkowano parki i ogrody. Orszak złożony z królewskiej landary oraz kilku mniejszych karet i kolasek wiozących osoby towarzyszące, w tym królewskiego sekretarza biskupa Adama Naruszewicza, zatrzymywał się na posiłki i noclegi w magnackich pałacach, szlacheckich dworkach a niekiedy zwykłych karczmach. W każdej miejscowości przejazd i pobyt króla stawały się lokalnym świętem. Wzdłuż dróg tłumnie gromadzili się poddani. Chlebem i solą witali Stanisława Augusta chłopi i mieszczanie, uczniowie i żacy. Z chorągwiami czekały konne poczty szlachty, duchowieństwo kościołów i cerkwi. Z hałaśliwą muzyką i darami oczekiwały delegacje żydowskich kahałów. Przez specjalnie zbudowane umajone bramy, przy biciu armat, odgłosach dzwonów i niezliczonych powitalnych oracjach tłumy wprowadzały orszak królewski do miasteczek. Na cześć króla pisano wiersze, przygotowywano koncerty i operetki, popisy wojskowe na błoniach i parady łodzi na rzekach. Natarczywy entuzjazm ludności irytował czasem królewskiego sekretarza, który notował wówczas uwagi o powitalnych „wrzaskach”, pomieszaniu króla z „bóstwem zgubionym”, lub uroczystym wręczaniu mu kluczy do mieściny, w której nie tylko bram i murów, ale „nawet dobrego parkanu nie masz”.

 

Sam Stanisław August w każdym miejscu żywo interesował się stanem kraju. Z ciekawością i uznaniem oglądał zarówno dworską pasiekę, jak i wielką budowę kanału Pina-Muchawiec, stado doborowego bydła i nową fabrykę czółen rzecznych. Odwiedzał klasztorne szkoły i prywatne biblioteki, rozdawał jałmużnę ubogim i chwalił taneczne popisy dzieci. Mniejszą ochotę miał na korzystanie z rozrywek. Z balu zdarzało się królowi wyjść wcześnie, przygotowane iluminacje i fajerwerki przespać, z uroczystych obiadów wymówić koniecznością pracy, a zaproszenia na polowanie nie przyjąć. W czasie tej „podroży królewskiej obywatelom i krajowi użytecznej” - jak w mowie powitalnej nazwał ją jeden z duchownych - Stanisław August tylko dwukrotnie skorzystał z kilkudniowego odpoczynku. Na przełomie sierpnia i września zatrzymał się w swoich dobrach stołowych w Puszczy Białowieskiej, a w połowie września gościł u księcia Radziwiłła w Nieświeżu.

 

Zawczasu, zdecydowawszy o dłuższym popasie w Białowieży, wysłano tam z Warszawy konie wierzchowe. Znacznie więcej pracy w przygotowanie pobytu króla w Puszczy musiał włożyć zarządca królewskich dóbr ekonomicznych, podskarbi Wielkiego Księstwa Litewskiego. Od ostatniego królewskiego polowania w Puszczy minęły 32 lata. Obelisk z piaskowca wystawiony na jego pamiątkę na grobli nad rzeką Narewką nadal wyraźnym napisem po polsku i niemiecku informował, iż 27 września 1752 roku król August 111 z królową i dwoma synami odbyli tu polowanie, na którym ubito 42 żubry, 13 łosi i 2 samy.

Drewniany dwór myśliwski zbudowany wówczas na białowieskim wzgórzu podupadł, a jego nieliczne pokoje nie mogły pomieścić tak wielkiej liczby spodziewanych gości. Antoni Tyzenhauz, który w latach 1765-1780 energicznie zarządzał królewskimi puszczami, bardziej dbał o przynoszące dochody smolarnie i spław drewna, niż o budynki królewskich folwarków. Toteż następca Tyzenhauza na stanowisku podskarbiego litewskiego, książę Stanisław Poniatowski, bratanek króla, zarządził szeroko zakrojone prace budowlane i remontowe. Przeprowadzono kapitalny remont dworu w Białowieży i dobudowano do niego dwie oficyny: gościnną z czternastoma pokojami i gospodarczą, z wielką kuchnią, piekarnią, cukiernią, spiżarnią i czterema pomieszczeniami dla służby. Biskup Naruszewicz po przybyciu na miejsce zapisał, że to białowieskie „odludne mieszkanie” stało się „miejscem wygodnym, pięknym i poniekąd wspaniałym”, a król obejrzał każdy kąt z ukontentowaniem i pochwałą.

 

Odnowienia wymagała także Kletna, duża zagroda do polowań pochodząca prawdopodobnie jeszcze z czasów Stefana Batorego. Założono również nową, umiejscowioną na zachód od Białowieży, zagrodę Teremiska. W obu ogrodach do polowań książę podskarbi kazał przygotować drewniane, ciekawe architektonicznie i suto zdobione altany łowieckie. Specjalnie też na przyjazd króla poszerzono istniejącą drogę graniczną między strażami leśniańską i hajnowską, oczyszczając ją z pni i korzeni, a miejsca podmokłe i bagniste zabezpieczając groblami i mostami. Zbudowano w ten sposób „dobry gościniec w tej Puszczy głuchej, ciemnej i gęsto zarosłej drzewem czarnym (...) osobliwej wielkości”.

 

Z inicjatywy podskarbiego geometra królewski Michał Połchowski sporządził nieduży atlasik zatytułowany „Mappa Geometryczna Traktu J. K. Mci ... Augusti 1784 deliniowana” i zawierający 10 map trasy przejazdu króla przez ekonomię brzeską, w tym kilka map Puszczy Białowieskiej. Stanisław August otrzymał atlas przed wyjazdem, a w czasie podroży przez Puszczę przeglądał go z zainteresowaniem.

 

Ściana Puszczy Białowieskiej, ktorą krol ujrzał jadąc od strony Bielska, była zarazem granicą Wielkiego Księstwa Litewskiego. Cały orszak krolewski, jadący w cztero- i sześciokonnych karetach i kolaskach, wraz ze sznurem ciągnących się z tyłu wozow (między innymi z garderobą krolewską) przekroczył ją 30 sierpnia 1784 roku, w poniedziałek. U schyłku lata Puszcza witała krola w swej najbujniejszej postaci. Tu też zmienił się konwoj, kawaleria narodowa z Korony została zamieniona przez Konną Gwardię Litewską – setkę jeźdźcow pod dowodztwem generała Michała Grabowskiego.

 

Osada Białowieża okazała się na tyle pojemna, że pomieściła cały orszak krolewski, a także kilkunastu znamienitych gości, którzy z okolicznych miast i miasteczek przybyli do Białowieży 30 sierpnia wieczorem lub nazajutrz rano. Byli to między innymi: były nuncjusz papieski w Rzeczypospolitej, arcybiskup Giovanni Archetti, książę Stanisław Poniatowski, Hetmanowa Litewska Tyszkiewiczowa, Kasztelanowa Podlaska Alexandrowieżowa, siostra króla Izabela z Poniatowskich Branicka z Białegostoku, starostowie mielnicki i suraski oraz generałowie i oficerowie wojska koronnego i litewskiego. Znaczniejszych gości zakwaterowano we dworze, pozostałych na kwaterach na wsi, folwarku, a kilkanaście osób pod namiotami. Naruszewicz wspomina, że zawczasu sporządzono listę, przypisującą każdego z gości do miejsca noclegu.

 

Dwa polowania króla w Puszczy, 31 sierpnia i 1 września 1784 roku, były - podobnie jak jego cała podroż - zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach. Pierwsze z nich - nazajutrz po przyjeździe - odbyło się w ogrodzie do polowań Wielka Kletna. O godzinie 10 rano wyruszono z Białowieży. Król dosiadł gniadego konia, tuż obok konno jechały najważniejsze osoby z orszaku, za nimi zaś oficerowie, dworzanie i szlachta, 100 ułanów, 50 kozaków, a jeszcze dalej karety z gośćmi niegustującymi w jeździe w siodle (między innymi z samym Naruszewiczem). Miejsce do polowania otoczone było „parkanem długim i szerokim na dobrą ćwierć mili, były to słupy bite w ziemię, oddalone od siebie w pewnej dystancji, przedziurawione po kilka razy, przez które przewlekały się mocne i długie dyle, a te dyle gęsto się przeplatały młodą brzeziną”. Co kilkadziesiąt kroków przy ogrodzeniu rozstawieni byli chłopi z kijami, którymi mieli odganiać zwierzęta próbujące wydostać się z zagrody. Altana „czyli strzelnica prawdziwie wspaniała i wielce wygodna” miała dwa piętra i niski parter. Najwyższe piętro zajmowały tylko ozdoby z piramidek, wazonów i innych figur z królewskimi inicjałami. Pierwsze piętro - o wielkości sali balowej - było obudowane ścianą z oknami-otworami do oddawania strzałów. Stały tam dwa stoły z muszkietami i fuzjami oraz rożnej wielkości nabojami, na ścianach także wisiała broń myśliwska. Poniżej znajdowały się pomieszczenia dla służby. Król i jego goście posilili się „rożnym na zimno mięsiwem” podanym w altanie, po czym pierwszy myśliwiec Berens odegrał sygnał do rozpoczęcia polowania. Osocznicy i chłopi rozpoczęli nagonkę. Zwierzynę przepędzano przez kolejne przegrody aż do ostatniej, która zwężała się w kierunku altany łowieckiej.

 

Najpierw z głębi zagrody wychynęły trzy niedźwiedzie. Pierwszemu udało się umknąć na powrót w zarośla, dwa następne król wespół z innymi myśliwymi położyli kilkunastoma strzałami. Jeden z naganiaczy został przy tym lekko zraniony w bok przez niedźwiedzia. Król obdarował za to pechowego obławnika pieniędzmi.

 

Stanisławowi Augustowi zależało jednak bardziej na ustrzeleniu najcenniejszej białowieskiej zwierany, toteż posłał obławę na poszukiwanie żubrów poza zagrodę, do ostępu. Myśliwym udało się znaleźć i upolować - z niemałym trudem - dwa wielkie samce. Omal nie postradał przy tym życia Berens. Szarżujący żubr zranił jego konia, a sam myśliwiec ocalał, gdyż uchwycił się konaru drzewa.

Przełom, sierpnia i września jest okresem rui u żubrów, byki bywają wówczas agresywne. Co więcej, żubry znane są z „niechęci” do koni – udokumentowano niemałą liczbę ataków na te zwierzęta. Kiedy pierwszy myśliwiec Berens i jego konni towarzysze znaleźli w ostępie dwa wielkie żubry, nie zdawali sobie być może sprawy z niebezpieczeństwa. Wypadek Berensa po wielu latach zilustrował Michaly Zichy, węgierski malarz i rysownik, w latach 1847-1874 nadworny malarz Carów Rosji. (Reprodukcja z: Gundiizer R. i Zichy M. 1861. Okhota v Belovezhskoi Pushche. Sankt Petersburg) (źródło: Tomasz Samojlik, Ochrona i łowy. Puszcza Białowieska w czasach królewskich).

Drugie polowanie odbyło się nazajutrz, we środę 1 września. Z Białowieży wyruszono w południe. Król tym razem podróżował w karecie, za nim zaś podążała, podobnie jak pierwszego dnia, liczna kawalkada. Celem była druga zagroda do polowań - Teremiska. „Ostęp - zanotował biskup Naruszewicz - był podobny do wczorajszego, taż altana nieco mniejsza w kolumny z galerią na górze a rez-de-chaussee [dolna kondygnacja] na dole. Późne śniadanie złożone z wędlin, serow i zimnych pieczeni podano także w altanie, a po nim myśliwiec Berens zatrąbił sygnał do rozpoczęcia obławy. Tym razem obławnicy mieli mniej szczęścia i w czasie pierwszej godziny nie zdołali nagonić przed altanę żadnego zwierzęcia. Stanisław August z kilkoma osobami ze swojego dworu zdecydował się przejść w głąb zagrody, do mniejszej altanki. Ubezpieczany był przez kilku strzelców i oszczepników. Obławę skierowano na małą altanę. Wkrótce z lasu wyłoniły się dwa żubry. Król pierwszego z nich zranił, drugiego położył. Zraniony żubr oddalił się w kierunku dużej altany, gdzie został zastrzelony przez pozostałych w niej uczestników łowów. Zanim polowanie się zakończyło, strzelcy dołożyli do pokotu jeszcze jednego przedstawiciela - zwierzyny królewskiej - łosia. „I tak z tym troistym plonem - raportował sekretarz – powróciliśmy do Białej Wieży o godzinie siódmej.

 

Doskonałej logistyce polowań i zakwaterowania towarzyszyły specjalnie przygotowane rozrywki oraz sprawna obsługa stołu. „Porządek w służeniu, ochędostwo, atencja, ochota i uprzejmość Gospodarza”, podskarbiego Stanisława Poniatowskiego sprawiały jak najlepsze wrażenie na gościach. W dniu przyjazdu króla do Białowieży podano obiad na dwóch stołach pod wielkimi namiotami. Do posiłku zasiadło łącznie ponad 80 osób. W kuchni dworu królewskiego przygotowano potrawy w wielkiej liczbie i wyborze, jakie jednak - Naruszewicz nie ujawnił. Nie omieszkał natomiast opisać, iż pierwszemu posiłkowi króla towarzyszyła obfitość rozmaitych win, zaś na końcu stołu stał wielki kielich zdobiony wzorami i rysunkami, przeznaczony do spełniania toastów - tak zwane uitrum gloriosum - chwalebne szkło.

 

Trunki dostarczył wcześniej do Białowieży kupiec z Brześcia, Hercel Dawidowicz. Dwa przywiezione przez niego do białowieskiego magazynu kosze zawierały 260 butelek piwa angielskiego, 30 butelek araku i 20 butelek likieru. W archiwach zachowały się akta świadczące o tym, że podczas pobytu Stanisława Augusta zapasy alkoholu nie zostały jednak wyczerpane, a części trunków nawet nie spróbowano. Kupiec oskarżył łowczego białowieskiego Jana Klawę o to, że po wyjeździe króla, zamiast zwrócić kosze, „wespół z małżonką swoją, klucz mając, kosze odpieczętowawszy” trunki obrócił na własne potrzeby.

 

Po obiedzie król wypił kawę w swych apartamentach, a na dziedzińcu przed dworem koncertował w tym czasie chór kilkunastu kozaków przybyłych z dóbr księcia podskarbiego z Ukrainy. Kiedy przebrzmiały śpiewy, rotmistrz Oksenty i chorąży Żuk dali przed królem popisy ułożenia koni. Następnie na dziedzińcu prezentowano najdorodniejsze konie książęce. Stanisławowi Augustowi pokazano jeszcze schwytane przez strzelców w Puszczy młode niedźwiedzie w klatkach oraz dwa żubrzęta karmione przez mamki - kozy.

 

Wieczorem w dużym salonie przy trzech stołach grano w karty, które w owym okresie miały status ulubionej gry towarzyskiej nie tylko przy monarszym czy szlacheckim, ale też mieszczańskim i chłopskim stole. Około ósmej służba roznosiła kolację, a były to rożne suche potrawy, owoce, poncze i wina.

 

W dniu wyjazdu król wstał o godzinie 6 rano. Wezwał do siebie wszystkich zasłużonych podczas pobytu w Białowieży i obdarował ich prezentami: pana Popiela, starostę tuczapskiego – brylantowym pierścieniem ze swoimi inicjałami, Jagmina, wice administratora ekonomii brzeskiej - złotą tabakierką zdobioną perłami i emalią, geometrę Połchowskiego - złotym zegarkiem. Nakazał też rozdanie pieniędzy uczestniczącym w łowach strzelcom, obławnikom i naganiaczom.

 

Wyszedłszy przed dwór, obejrzał rozwieszoną zwierzynę z ostatniego polowania, po czym udał się na śniadanie. Tuż przed wyjazdem zorganizowano jeszcze jedno widowisko - „szczwanie” czterech niedźwiedzi na polu za dworem białowieskim. Zwierzęta wypuszczano pojedynczo z klatki i szczuto psami myśliwskimi. Dookoła tej „areny” rozlokowano dla bezpieczeństwa strzelców na koniach, a króla ubezpieczało kilkunastu pieszych oszczepników. Król obejrzał pokazy, jednak tym razem o jakimkolwiek jego ukontentowaniu Naruszewicz nie wspomina. Gdy wszystko było już gotowe do wyjazdu, Stanisław August z orszakiem - nadal konwojowany przez Konną Gwardię Litewską - wyruszył do Szereszewa przez Krynicę, zajmując się w czasie podroży czytaniem listów i raportów odebranych z Warszawy.

 

Podczas peregrynacji na sejm grodzieński król jeszcze dwukrotnie brał udział w polowaniach i kładł różną zwierzynę, od zajęcy i dzikich kaczek po sarny, łosie i niedźwiedzie. Jednak mimo wielkiego wysiłku gospodarzy - Radziwiłłów w Nieświeżu i Kurzenieckich w Brodnicy, żadne z tych polowań nie dorównało łowom białowieskim. Bo też w owych czasach w żadnej z puszcz Rzeczypospolitej poza Białowieską nie żyły już prawdziwie królewskie zwierzęta - żubry.


Podróże królewskie dawały znakomitą okazję do łowów. Najwięcej polowań odbyło się podczas drogi grodzieńskiej. Stanisław August zatrzymał się przez trzy dni w Białowieży. Polował na niedźwiedzie, żubry, jelenie i łosie. Chociaż Puszcza Białowieska obfitowała w zwierzynę, szczególnie żubry, Stanisław August zarządził, „aby tylko samców bito i w ostępie od liczniejszego stada oddzielonych, ponieważ - mając świadomość wyjątkowości tego gatunku - chciał „i na dalszy  czasy oszczędzić ten rodzaj mieszkańców leśnych".


Priorytetem podczas polowań było bezpieczeństwo Króla. Dlatego zwykle budowano specjalne altany, z których strzelano do zwierzyny płoszonej i naganianej przez chłopów. Jeśli zaś Król postanowił wyjść z budynku, asystowali mu strzelcy i oszczepnicy. Podobnie dbano o bezpieczeństwo monarchy, gdy przyglądał się walkom zwierząt.


Po polowaniach w Białowieży kolejne miały miejsce w okolicach Duboi i Pińska. Poniatowski polował wtedy na rysie, wilki i lisy, a także łosie. Liczne łowy odbyły się w Nieświeżu. To właśnie tutaj Król zachwycił myśliwych zręcznością, zabijając „zająca w biegu". Podczas tego samego polowania zabił dziewięć łosi i siedem dzików. Następnego dnia polowano na niedźwiedzie. Nie były to jednak prawdziwe łowy w kniei. Zwierzęta przywożono w klatkach lub przyprowadzano na powrozach, następnie wypuszczano i naganiano ku altanie, w której byli strzelcy. W ten sposób przygotowywano wszystkie królewskie polowania, a mimo to nie obyło się bez incy¬dentów. Jeden z przywiezionych niedźwiedzi zerwał się z łańcucha. Generał Szydłowski pobiegł za nim z oszczepem, ale zwierzę rzuciło się na niego, stając na tylnych łapach. Gdyby nie wysłany przez Króla Judycki, strażnik litewski, generał Szydłowski zapłaciłby życiem za swoją brawurę.


W sytuacji, w której polowania były aranżowane, trudno chyba określać je mianem prawdziwych łowów. Bardziej przypominało to zwyczajne strzelanie do bezbronnych zwierząt. Okrutna była jednak również kolejna forma rozrywki królewskiej, odsłaniająca nieznane oblicze Poniatowskiego. Król - mecenas, wytrawny znawca literatury, muzyki, teatru, malarstwa - miał też inne upodobania: lubił walki zwierząt. W Białowieży obserwował zmagania psów z niedźwiedziami, które przywieziono w klatkach i wypuszczano po jednym. Każdy niedźwiedź miał do pokonania kilkanaście psów. Wedle słów Naruszewicza „dwaj pierwsi rycerze niedługo się opierali kilkunastu psom wysforowanym. Inni dwaj bronili się mężnie, mianowicie ostatni, największy, który długo dostawał na placu, aż też został pokonany. W Duboi przygotowano Królowi podobną rozrywkę. Jednak tutaj psy nie mogły poradzić sobie z rozjuszonym zwierzem. Monarcha kazał podać sobie muszkiet i powalił niedźwiedzia pierwszym strzałem. Inni go dobili. Anonimowy autor opisu pobytu Króla u Kurzenieckich dodał, że „pasowanie" się zwierząt „miły Najjaśniejszemu Panu sprawiły widok". Walkę innych przeciwników - łosia i dwóch niedźwiedzi  obejrzał Stanisław August w Nieświeżu. Kiedy trwała już zbyt długo, nieco znudzony Poniatowski zabił niedźwiedzie, a łosiowi „życie darował". Inaczej zrobił w czasie polowania w Telechanach, gdy zraniony przez niego łoś jeszcze żył, „zbliżywszy się do leżącego, kilka razy w łeb wypalił".


Król lubił także zabawiać się strzelaniem do kaczek, ale i do szlachetniejszych ptaków. W Siedlcach, Aleksandra Ogińska urządziła strzelanie do orła, „którego dla liczby strzelających po trzykroć odmieniano”.


Polowania były istotnym elementem urozmaicającym wizyty królewskie. Monarcha lubił łowy, więc organizowano je chętnie i z dużym rozmachem. Choć należy przyznać, że w czasie obu podróży ukraińskich: do Wiśniowca (1781) i do Kaniowa (1787), polowania nie odgrywały istotnej roli. Autorzy relacji nadmieniają jedynie, że takie miały miejsce, nie podając jednakże szczegółów. ( tekst pochodzi z „Adventus" Stanisława Augusta. Blaski i cienie wojaży monarchy”, autor: Magdalena Bober-Jankowska).

 

Pikantne tematy podejmowano także za czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego na dystyngowanych obiadach czwartkowych, które kończyły się prezentacją tzw. wierszy deserowych. Służba wnosiła je na tacach wraz z ostatnim daniem lub kładła dyskretnie pod talerze. Dotyczyły niemal wyłącznie spraw męsko-damskich i z pewnością nie wzbudziłyby zachwytu moralistów. Toast „Wiwat słodki kątek, skąd życia początek” to jeden z bardziej przyzwoitych przykładów tej twórczości. Poza tym Stanisław August jako koneser sztuki regularnie bywał na spektaklach teatralnych, po których najbardziej urodziwe aktorki i baletnice zapraszał do swych apartamentów. W oknach Zamku Królewskiego do późnej nocy paliły się światła. Poddani zasypiali w przeświadczeniu, że władca pracuje. Tymczasem baraszkował z ówczesnymi gwiazdami.


„Król nie jest sprawcą pożaru i nie jego to wina, że ogień się rozprzestrzenia – Stanisław August objaśniał sytuację w Polsce wielkiej damie francuskiego oświecenia Madame Goeffrin. Król musi natomiast rozważać wszelkie możliwości ugaszenia ognia. Musi zatem zachować cierpliwość i zimną krew, a do tego konieczne są rozrywki”. Poniatowski faktycznie był człowiekiem rozrywkowym. Znakomicie tańczył i  flirtował, wydawał fortunę na stroje i kosmetyki, miał wszelkie atrybuty celebryty. Nie nimi chwalił się jednak swej uczonej rozmówczyni: „Pociechy szukam w moich budowlach, moich obrazach, moich rycinach i innych rzeczach tego rodzaju”. Chociaż nie mówił całej prawdy – nie kłamał. Po godzinach, a  nierzadko również w  czasie pracy, „pocieszał się kolekcją ponad 2 tys. obrazów, obejmującą m.in. dzieła Rembrandta, Rubensa, van Dycka i  Tycjana. Zgromadził około 700 rzeźb, 18k00 rysunków, kilkanaście tysięcy rycin, 15 tys. książek, setki cennych map, zegarów, przyrządów naukowych. Miał ogromne ambicje artystyczne, a przekonany o  swym nadzwyczajnym guście nieustannie pouczał pracujących na Zamku i w Łazienkach architektów, rzeźbiarzy, malarzy. Sam jednak niczego nie tworzył. Podobnie jak większość poprzedników przedkładał konsumowanie sztuki nad paranie się nią.


Kiedy został zaprzysiężony na Króla, powierzchnia jego państwa wynosiła 733 tysięcy kilometrów kwadratowych. Kiedy abdykował, zaledwie 70 hektarów. Długi były dla większości monarchów codziennością, do której musieli szybko przywyknąć. Wśród wielu koronowanych dłużników najbardziej patologicznym przypadkiem był prawdopodobnie ostatni elekcyjny Król Polski, Stanisław August Poniatowski. Prawdziwe problemy zaczęły się po trzecim rozbiorze Polski. Kiedy świat rozpadał się Polakom na kawałki, obalony Król zamartwiał się, czy zaborcy pokryją jego zobowiązania majątkowe! Osiągnęły one astronomiczną kwotę 40 milionów złotych polskich. Skąd wzięła się tak wielka kwota? Według Jana Wróbla, autora książki „Polak, Rusek i Niemiec, czyli jak psuliśmy plany naszym sąsiadom”, Poniatowski nie przepadał za alkoholem, nie palił, a imprezy w typowo szlacheckim stylu go nudziły, nie lubił bowiem obżarstwa. Nie chodziło również o hazard. Były Król Polski wciąć wypłacał członkom swojej rodziny po kilkaset dukatów rocznie. Utrzymywał pałac marmurowy w Petersburgu, gdzie wyprawiał imprezy na cześć Cara, opłacał najlepszego w Petersburgu lekarza, wybitnego włoskiego dentystę oraz słynnego kucharza Paula Tremo. Do picia sprowadzał sobie wodę z Bristolu, a chleb pieczono mu z warszawskiej mąki. Wszystko to kosztowało krocie. Fortunę pochłaniało utrzymanie rodziny, Król bowiem nigdy nie był w stanie odmówić czegokolwiek najbliższym. Sporo pieniędzy szło także na opłacanie awanturników i szantażystów. Wpierw pozyskiwali od łatwowiernego Króla cenne sekrety, a następnie grozili ich ujawnieniem. Jednak największym problemem było zamiłowanie Króla do pięknych ubrań, dzieł sztuki i bibelotów. Nawet po abdykacji chodził po galeriach i antykwariatach Petersburga, skupując co piękniejsze zabytki i dzieła. Jego skarbnicy, załatwiający jeszcze interesy w Warszawie, tylko załamywali ręce. Przyszły Król rozpoczął swój niezdrowy związek ze światem finansjery już w czasie młodzieńczej podróży po Europie. Choć rodzina zagwarantowała mu niemałe sumy na wszelkie wydatki, szybko znalazł się w paryskim więzieniu – właśnie za długi. Jedynie powiązania familii Czartoryskich sprawiły, że odzyskał wolność. Późniejsze brylowanie na salonach oraz liczne romanse również nie wpływały pozytywnie na finanse Stanisława Augusta. Jeszcze bardziej kosztowna była ambitna polityka (przede wszystkim kulturalna) nowego Króla Polski. Poniatowski zdawał się nie przejmować faktem, że jego przychody nie pozwalały na zaspokojenie wybujałych marzeń. W końcu zawsze mógł przyjąć prezenty od zagranicznych dygnitarzy reprezentujących przyszłych zaborców…


Zmarł 12 lutego 1798 roku w Petersburgu, nie pozostawiając po sobie jakże niewygodnego dla potencjalnych sukcesorów – testamentu. Dawny monarcha chciał przynajmniej oszczędzić problemów rodzinie. W szufladzie biurka zmarłego znaleziono jedynie 123 dukaty i 55 rubli.


Po rozbiorach Caryca Katarzyna II i jej następca Paweł I zaczęli rozdawać dobra puszczańskie dygnitarzom, którzy eksploatowali je rabunkowo. Ale następni Carowie, uświadomiwszy sobie rozmiar strat spowodowany paroletnim rosyjskim zarządem, w 1802 r. zaczęli odnawiać służbę osoczniczą. W 1820 r. wydano zakaz polowań na żubry i wstrzymano wyręby. W 1811 r. znaczną część lasu zniszczył szalejący przez cztery miesiące pożar. Katastrofy dopełnił przemarsz wojsk napoleońskich, podczas którego rozgrabiono dwory królów polskich.

 

Przy opisie Stanisława Augusta Poniatowskiego należy wspomnieć jego bratanka Księcia Józefa Poniatowskiego, który także polował w Puszczy Białowieskiej.

Książę Józef Poniatowski

Józef Antoni Poniatowski - książę herbu Ciołek (ur. 7 maja 1763 r. w Wiedniu, zm. 19 października 1813 r. pod Lipskiem) – polski generał, minister wojny i naczelny wódz Wojsk Polskich Księstwa Warszawskiego, marszałek Francji, członek Rady Stanu Księstwa Warszawskiego. Bratanek Króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.


Książę Józef Poniatowski   polował w Puszczy Białowieskiej 10 października 1791 r. Nie mam opisu tego polowania i książę nie był władcą Polski ale był naszym bohaterem narodowym, dowodził Księstwem Warszawskim i tragicznie zginął osłaniając odwrót armii Napoleona.

 

W biografii księcia Józefa poważne miejsce zajmują kobiety. Przez całe życie otoczony był pięknymi paniami, lecz nigdy się nie ożenił. Miał dwóch synów z dwóch nieformalnych związków: pierworodnego Józefa Szczęsnego Maurycego Chmielnickiego (ur. 1791) z Zelją Sitańską, drugiego zaś z Zofią Czosnowską, z domu Potocką - Józefa Poniatyckiego (ur. 1809, występującego w źródłach także pod nazwiskiem ojca). Kiedy w sierpniową noc 1794 r. Prusacy przypuścili atak na Warszawę, a konkretnie na odcinek, którym dowodził ks. Józef, jego samego nie było przy żołnierzach, ponieważ spędzał wtedy noc u śpiewaczki Małgorzaty Sitańskiej, a być może jej siostry - tancerki - Doroty Sitańskiej. Był bowiem wtedy kochankiem obu. Kiedy rano wrócił na służbę, zebrał swój korpus i jeszcze tego samego dnia odebrał Prusakom to, co zdobyli. Otaczał się kobietami od wczesnych lat młodzieńczych. Pierwszą jego miłością była Karolina Thun, młodsza o 6 lat. Wydaje się, że miał wobec niej poważne zamiary. W liście do siostry pisał, że marzy o poślubieniu "kobiety miłej, której charakter byłby mi doskonale znany, która mogłaby mi być przyjaciółką, której zawdzięczałbym szczęście i którą sam mógłbym uczynić szczęśliwą. Karolina zdaje mi się posiadać większą część tych zalet". Wkrótce jednak panna Thun została żoną lorda Richarda Guilforda. Niektórzy historycy przypuszczają, że na drodze do małżeństwa Józefa z Karoliną stanął Król Stanisław August Poniatowski, który szukał dla bratanka jeszcze lepszej partii. Nie wiemy, jak silne uczucie żywił Józef do Karoliny, lecz nie przeszkadzało mu ono solidnie pracować na opinię zdobywcy serc niewieścich. Miał zresztą przez całe życie słabość do kobiet.

"Do wysokich dojdziesz godności, lecz sroka będzie przyczyną twojej śmierci" - tak miała wróżyć pewna Cyganka młodemu księciu Józefowi Poniatowskiemu. Po niemiecku sroka to właśnie "die Elster". Na marginesie dodajmy, że jeden z największych polskich bohaterów miał kłopoty z polszczyzną. 19 lutego 1784 r., po swojej wizycie na Uniwersytecie Jagiellońskim do księgi gości wpisał się: "Jusef xiążę Poniatowski". Śmierć poniósł w nurtach Elstery, po bitwie narodów pod Lipskiem. Umierał jako marszałek Francji, którym został na 3 dni przed śmiercią. Błagany przez sztab, by poddał się, odpowiedział, cały we krwi: "Trzeba umierać mężnie".


Wraz z upadkiem Rzeczypospolitej przeminęła epoka wielkich staropolskich łowów.

 

Następuje III i ostateczny rozbiór Polski. Jednym z jego skutków jest włączenie Puszczy Białowieskiej do Rosji. Jest ona bardzo dobrze zachowana, na co zwraca uwagę nawet kamerjunkier późniejszego Cara Mikołaja II i dziejopis Puszczy Białowieskiej Georgij Karcow:
„W roku 1794 Polska upadła. Przyglądając się bezustannie 400-letniemu panowaniu polskiemu, musi jednak myśliwy złożyć Polakom szczere podziękowanie. Zniszczona i zubożała w las i zwierzynę Puszcza bądź co bądź ocalała, ocalał też i żubr, którego nigdzie w Europie nie zdołali ustrzec. Zawdzięcza to Puszcza swym królom.

 

Polowania w Puszczy Białowieskiej rosyjskich Carów

 

Pierwsze trzy lata gospodarki rosyjskiej zadały Puszczy Białowieskiej krzywdę większą, niż poprzednie trzy stulecia gospodarki polskiej. (źródło: Otton Hedemann, „Dzieje Puszczy Białowieskiej w Polsce przedrozbiorowej (do 1798 roku)”, Warszawa, 1939.).

 

Wydarzenia z kilku pierwszych lat po III rozbiorze Rzeczypospolitej w 1795 roku mogły doprowadzić Puszczę Białowieską do całkowitego zniszczenia. Nowe władze odłączyły od niej niemal wszystkie dawne wsie osockie. Pozbawione ochrony i osłony lasy padały ofiarą nielegalnych wyrębów, a żubry - masowego kłusownictwa. Ratunek przyszedł ze strony miejscowych służb i zarządców, którzy mimo panującego chaosu starali się wypełniać swoje obowiązki „wedle dawnego zwyczaju”, a Rosjan przekonać do przywrócenia ochrony, jaką puszcza była objęta „za rządu polskiego".

 

W 1796 roku Jan Szczepanowski, naczelnik ekonomii brzeskiej, obchodził kolejno zabudowania dawnego dworu królewskiego w Białowieży. Ze stanowiska łowczego Puszczy Białowieskiej odszedł niedawno Tomasz Klawa. Rosyjskie władze nowym zarządcą Puszczy mianowały Krzysztofa Engelghardta, który wkrótce miał zamieszkać w Białowieży. Dlatego naczelnik ekonomii, w skład której wchodziła Puszcza - już nie królewska, a należąca do skarbu rosyjskiego -sporządzał inwentarz wszystkich budynków białowieskiego folwarku.

 

Na dużych, niebieskich kartach opisywał zabudowania, notując liczbę pieców, szyb w oknach i zamków w drzwiach. „Ida na goru k’domu gospodskomu” - napisał Szczepanowski - mija się dwa wjazdy, wzdłuż których ustawiono po 12 słupów stolarskiej roboty. Na słupach zawieszano niegdyś latarnie, tworząc oświetlony podjazd pod sam dwór zbudowany z drewna sosnowego i pokryty gontem, z lukarnami w dachu. Wewnątrz znajdowały się: sypialnia z ozdobnym, choć nieco już zniszczonym królewskim łożem z szarfami, trzy pokoje kredensowe, wszystkie z podłogą z sosnowych desek oraz salon i gabinet wybite płótnem i malowane, z posadzką. Drzwi we dworze było jedenaście par, w tym jedne wyjątkowe - podwójne, do połowy przeszklone. Ciepło zapewniały trzy piece z białych kafli i pięć kominków, obok których stały dwa żelazne koziołki, cztery kosze na smolinę do rozpałki i skrzynia z piaskiem. Z królewskiego wyposażenia ostał się jeszcze rozkładany na cztery części lipowy stół.

 

Ze starego dworu naczelnik przeszedł do gościnnej oficyny z sosnowego drewna, krytej gontem, z jedną lukarną. Miała ona dwie sieni z podłogą wyłożoną cegłami i szesnaście pomieszczeń rożnej wielkości. Osiem pokoi posiadało płócienne obicia ścian, pozostałe były jedynie wybielone. W oficynie stało osiem pieców z zielonych kafli. Po przeciwnej stronie znajdowała się oficyna kuchenna z murowaną piwnicą. Posiadała, tak jak pierwsza, dwie sieni, a wewnątrz podzielona była na pięć pokoi, kuchnię, cukiernię, piekarnię i spiżarnię. Do ogrzewania służyły trzy piece kaflowe, a do gotowania i pieczenia - trzy ceglane kuchnie oraz mniejszy piecyk żelazny. Szczepanowski zanotował, że w oficynie znajdują się jeszcze stoły, po sześć lipowych i sosnowych, ławy do spania i 27 prostych stołków. Wśród zniszczonych budynków związanych z łowiectwem odnotował: lodownię umiejscowioną wśród dębów za dworem i przeznaczoną do dłuższego przechowywania dziczyzny uzyskanej z polowań, „magazin (...) dla składki raźnych (...) instrumientow ochotniczich [myśliwskich]”, określany w późniejszych opisach jako sietamia, oraz wozownię i „korduszniu gostinnąju” (stajnię dla gości). Dom zarządcy i kancelaria łowiecka przypominały o niedawnej funkcji Białowieży jako królewskiego łowiska. Warsztat i mieszkanie miał też tam sukiennik.

 

Pozostałe budynki opisane w inwentarzu Szczepanowskiego posiadały funkcje gospodarcze. Były to stodoły na siano, szopy do składu drewna, spichlerze, stajnie, kilka chlewów, świniarnia, wołownia i kurnik. Dwór posiadał trzy ogrody warzywne otoczone ostrokołami lub płotami z żerdzi oraz pola i łąki. Nad Narewką stał młyn konny z dwoma kamieniami, zbudowany przez Tomasza Klawę, oraz binduga do spławu drewna. U podstawy wzgórza znajdowała się „winokurriia” czyli browar, a za groblą słodownia i karczma. Opisanie zabudowań dworskich zakończyło wydzielenie z ziemi dworskiej 156 prętów, czyli 31 arów „pod cerkow” unicką, której „Akt funduszu” naczelnik Szczepanowski miał wydać w następnym roku (1797). Akt ten nadawał dodatkowo z gruntów skarbowych: plebanowi 3 włoki na zasiewy i 10 mórg łąk, a diakonowi pół włóki pól i 2 morgi łąk.

 

Podupadły dwor i folwark białowieski nie były jednak największą troską naczelnika ekonomii brzeskiej. Od 1792 roku okolice Puszczy kilkakrotnie pustoszyły wojska rosyjskie, grabiąc dobytek, paląc osady i zabijając ludzi. Największych zniszczeń dokonały wojska feldmarszałka Aleksandra Suworowa, ktore w 1794 roku tłumiły powstanie kościuszkowskie dowodzone na Litwie przez Jakuba Jasińskiego. Wojsko rosyjskie, ulokowane w kwaterach zimowych wokoł Puszczy, przez całą zimę rekwirowało we wsiach żywność, a w Puszczy drewno. Oficerowie rosyjscy polowali, a raczej kłusowali, kiedy i na co mieli ochotę.

 

Bezsilny wobec bezprawia łowczy Tomasz Klawa kazał w tym czasie podleśniczym przynajmniej rejestrować „tak liczbę wywiezionego materiału, jak ubitego zwierza”. Franciszek Karpiński, poeta, który lata wieku dojrzałego i starości spędzał w Kraśniku, dzierżawionej królewszczyźnie położonej na wschodnim skraju Puszczy Białowieskiej, wspominał ten straszny rok w pamiętnikach: „Ratując życie, uciekać z domu mojego musiałem, do którego nazajutrz nielitościwy wpadłszy nieprzyjaciel, wszystko zabrał, bydło zaś jedno na użytek swoj dwudniowy wyrżnął, drugie (...) pałaszami pokaleczył, że w kilku dniach wszystko zginęło W 1795 roku III rozbiór dokonany przez Rosję, Prusy i Austrię unicestwił państwowość Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

 

Puszcza Białowieska znalazła się w zaborze rosyjskim, a jako dawna ekonomia krolewska przeszła na własność skarbu Rosji, podlegając odtąd Departamentowi Ekonomicznemu. Nowe władze rozpoczęły gospodarowanie w zajętym kraju od hojnego rozdawnictwa dobr osobom zasłużonym w podboju tych ziem. Rosyjscy dygnitarze nie zdawali sobie sprawy ani z przyrodniczej unikalności tego miejsca ani niezwykłego, wypracowanego przez cztery stulecia systemu jego ochrony. W mieszkańcach dawnych osockich wsi widzieli jedynie chłopów pańszczyźnianych, a w samej Puszczy – nieograniczony zasób cennego drewna.

Kiedy marszałek szlachty kobryńskiej Jagmin w 1795 roku dostarczył generał-gubematorowi Litwy Nikołajowi W. Repninowi zboże przeznaczone dla głodujących wskutek zniszczeń wojennych chłopów ekonomii brzeskiej, Repnin zapłacił mu... 18 tysiącami sosen na pniu w Puszczy Białowieskiej. Feldmarszałka Piotra Rumiancewa nie zadowolił darowany mu prużański klucz
folwarków z 5700 włościanami.


Wskutek pośpiesznego rozdawnictwa dóbr, z 20 dawnych wiosek osockich i czynszowych przy skarbowej Puszczy pozostały już tylko dwie. Nie miał kto pilnować lasów. Nikt nie sprzątał siana z puszczańskich łąk i nie ustawiał go na zimę w stogi dla żubrów. Nikt nie był w stanie opanować szalejącego kłusownictwa. Nigdy przedtem populacja żubrów nie była tak mało liczebna - pozostało około 200 zwierząt. Co gorsza, w 1797 roku z Petersburga przyszedł nakaz wybicia wszystkich łosi zamieszkujących Puszczę - Car Paweł I Holstein-Gottorp-Romanow chciał ubrać armię w spodnie z ich skory. Patrząc na to, co działo się w Puszczy Białowieskiej w końcu XVIII wieku, naczelnik Szczepanowski obawiał się, iż nie tylko – jak napisał - „wiele ta Puszcza na swej straci nadziei”. Bał się całkowitego „unikczernnienia” Puszczy i zagłady żubrów. Wysyłał do władz rosyjskich raporty o nielegalnych wyrębach lasu, którymi nowi właściciele folwarków powiększają przyznane im obszary rolne „i co wieś według inwentarza kilkadziesiąt włok mieć powinna, nieprawnie teraz włok kilkaset bezpłatnie posiada”.

 

W 1796 roku sporządził „Plan urządzenia puszcz ekonomii brzeskiej”, w którym wskazywał, iż „objitość jaką ma puszcza Białowieska w rożnym gatunku zwierza, a mianowicie rzadki rodzaj żubrów, potrzebuje koniecznej do trwałego jego utrzymania wewnętrznej spokojności”. Sprawą ochrony Puszczy i żubrów naczelnik usiłował zainteresować księcia Nikołaja W. Repnina, który przyjeżdżał do Puszczy na polowania. Po raz pierwszy był tu zimą 1796/97, upolował wówczas łosia i oglądał żubry. Przejął się ich losem i próbował dokonać odmiany straży kraśniczańskiej darowanej Rumiancewowi - na inny fragment lasu poza Puszczą - jednak bezskutecznie.

 

Apele słane do Petersburga nie odnosiły żadnego skutku dopóki na tronie Rosji - po śmierci Katarzyny II w 1797 roku - zasiadał syn Paweł I. Za jego panowania zarządcom Puszczy przyszło jeszcze ratować skory białowieskich łosi przed zamianą na spodnie dla armii. Raport Engelghardta zauważono w Petersburgu dopiero w 1802 roku, kiedy po zamordowaniu Pawła I tron objął jego syn Aleksander I. Prowadził znacznie łagodniejszą, niż jego poprzednicy, politykę wobec zagarniętych ziem Polski i Litwy. Po zapoznaniu się z sytuacją za pośrednictwem nowego generał-gubernatora Litwy barona Leontija Benningsena, Aleksander I we wrześniu 1802 roku wydał ukaz o odebraniu 4 wiosek osockich jednemu z nowych właścicieli, generałowi Titowowi i całkowitym zaprzestaniu polowań na żubry. Kolejnym zaś ukazem - z lutego 1803 roku – zniósł obowiązki poddańcze włościan w tych wsiach, a same wsie oddał pod administrację Puszczy Białowieskiej. Carski ukaz nie przywracał włościanom uprzywilejowanego statusu osoczników, ale oznaczał, iż wszyscy mieszkańcy - 489 „dusz” - stali się poddanymi skarbu monarszego i znów mogli przystąpić do różnorodnych prac i ochrony Puszczy. Mimo, iż następne dziesięciolecia, obfitujące w wojny i powstania narodowe, niejednokrotnie jeszcze zaburzały porządek w Puszczy, dekret Aleksandra I na ponad 100 lat przywrócił jej wyjątkowy status, a żubry objął ochroną.

 

Nie wiadomo, jak długo Jan Szczepanowski piastował funkcję naczelnika ekonomii brzeskiej. Wiemy natomiast, że nie wszystkie zalecenia, jakie zawarł w „Planie urządzenia puszcz ekonomii brzeskiej” udało się zrealizować. Niektóre z nich wydają się wręcz szkodliwe, na przykład propozycja podzielenia puszczy na 50 części, aby corocznie wycinać jedną część. Należy jednak pamiętać, że to, co dziś byłoby receptą na zniszczenie puszczy w ciągu zaledwie półwiecza, wówczas, wobec jej znikania w ilości jedna straż na kilka-kilkanaście lat, mogło się wydawać rozsądnym pohamowaniem szaleństwa wyrębów. Największe przedsięwzięcie Jana Szczepanowskiego - wzmocnienie i ponowne określenie powinności służb wywodzący się jeszcze z czasów królewskich, aż do czasu powstania listopadowego. Krzysztof Engelghardt gospodarował w Białowieży do 1816 roku. Rozbudował folwark, stawiając tu między innymi nowy młyn i duży spichlerz. Istniejące przy Białowieży wioski - Stoczek i Poddany - wzbogacił o nową osadę, wydzielając dla niej ziemie na wschód od Stoczka. Wioska powstała na początku XIX wieku i od imienia założyciela dostała miano Krzysztofowo, przez mieszkańców zaś była potocznie nazywana Kiysztapowem. W 1816 roku liczyła zaledwie 5 młodych rodzin - wszystkie wywodzące się ze Stoczka.

 

Kiedy rodzina Engelghardtow opuściła Białowieżę, sporządzono kolejny inwentarz zabudowań dworskich. W 1816 roku stary dwór był już ogołocony ze wszystkich sprzętów. Pułapy i podłogi były „częścią nadgniłe”, zaś okna i okiennice „częścią z żelastwa odarte i powyjmowane”. W oficynie gościnnej ze ścian zniknęło płótno, zaś pieców pozostało tylko pięć. W części kuchennej stały jeszcze dwa duże stoły, za to „komin i kuchnia rozwalona, pieców zupełnie niemasz”. W podobnym stanie znajdowała się część zabudowań - „sietamia stara, reperacji potrzebująca (...) była niegdyś słomą krytą lecz teraz zupełnie pokrycie zgniło”, a drzwi w niej „zupełnie zgniłe i połamane”. W budynku sukiennika podłoga była „po większej części zgniła i reperacji potrzebująca”, zaś w chlewie starym „nakrycie przez zgniłość większą częścią uwaliło się”.

 

Dwór został zniszczony w 1831 roku, podczas powstania listopadowego. Przystąpili do niego niemal wszyscy strzelcy i strażnicy Puszczy Białowieskiej. To właśnie upadek powstania był prawdziwym końcem epoki. Zanim jednak epigonów królewskich czasów zmiótł wicher dziejów, dwaj nieprzeciętni ludzie - Jan Szczepanowski i Krzysztof Engelghardt - zdołali się przebić przez niewiedzę i arogancję władzy, poruszyć biurokratyczną machinę imperium, aby ratować Puszczę i żubry.

 

 W 1795 roku, na mocy traktatu rozbiorowego Puszcza Białowieska weszła w skład Cesarstwa Rosyjskiego. W pradawnym lesie, chronionym przez polskich królów Katarzyna II  organizuje niczym nie skrępowane polowania, ogromne obszary oddaje w prywatne ręce. Przeprowadzono wówczas wielki karczunek – wycięto ok. 40 000 ha lasu czyli niemal 1/4 ówczesnej Puszczy. 

 

W 1844 roku zastrzelono w Puszczy ogromnego i bardzo silnego niedźwiedzia, który zabił starego wielkiego żubra. Obszar, na którym rozegrał się w pojedynek tych zwierząt wynosił 100 sążni kwadratowych (ok. 450 mkw) co świadczy o zaciętości stoczonego boju; według relacji świadków żubr potrafił nieść niedźwiedzia na sobie. (...). W 1846 roku upolowano w Puszczy niedźwiedzia, który w ciągu tylko jednego lata zabił pięć żubrów".

Grafika pochodzi z książki Karcova "Bieławieżskaja Puszcza" z 1903 roku

Katarzyna II chętnie udzielała zgody na strzelanie do żubrów tylko po to by wypchane, uatrakcyjniły liczne muzea w Europie. W 1797 roku Car Paweł I rozkazał wybić wszystkie łosie, aby z ich skóry sporządzić spodnie dla żołnierzy. Ta wyniszczająca gospodarka doprowadziła do gwałtownego zmniejszenia się liczby zwierząt a wg niektórych źródeł w tym okresie całkowicie zniknęły z puszczy niedźwiedzie i bobry. M.in. w 1847 r. polował tu na żubry hrabia Paweł Kisielow, minister dóbr państwowych (brak opisu tego polowania).   Niedźwiedzie wybito w Puszczy między rokiem 1873 a 1878. Potem były nieudane próby reintrodukcji.

Rosyjski Car Aleksander II

Aleksander II Nikołajewicz, ros. Александр II Николаевич (ur. 17 kwietnia 1818 r. w Moskwie, zm. 1 marca r.1881 w Petersburgu) – Cesarz Wszechrusi, Król Polski i Wielki Książę Finlandii w latach 1855–1881. Twórca wielu liberalnych reform, m.in. uwłaszczenia chłopów w Rosji i Królestwie Polskim. W 1867 sprzedał Alaskę Stanom Zjednoczonym za 7,2 mln dolarów.


Po III Rozbiorze Polski następne polowanie władcy miało miejsce dopiero w 1860 roku, kiedy to na polowanie do Puszczy przybył Car Rosji Aleksander II. Było to polowanie dyplomatyczne. Car Aleksander II wstrzymuje polowania na żubry. Rozpoczyna się odbudowywanie i zwiększanie składu gatunkowego zwierzyny leśnej. Od 1864 r. do Białowieży przywozi się na przykład … jelenie z Niemiec. Sam Aleksander II, będąc namiętnym myśliwym, polował w Puszczy Białowieskiej tylko jeden raz.


Pierwsze polowanie carskie w Puszczy Białowieskiej


Polowanie urządzono w Puszczy 6 i 7 października 1860 roku (wg starego stylu), przed ważnymi dyplomatycznymi rozmowami Rosji z Prusami i Austrią. Rozmowy te odbyły się w Warszawie. Rosja starała się wtedy różnymi sposobami odbudować swą potęgę i wpływy. Jednym z takich dyplomatycznych zabiegów było wspólne polowanie. Car zaprosił na do Białowieży wszystkich uczestników warszawskiego spotkania. Polowanie i rozmowy wyznaczono początkowo na wrzesień, ale ze względu na narodziny wielkiego księcia Pawła Aleksandrowicza i ciężki stan Carycy, przesunięto je na październik.


Ministerstwo Dóbr Państwowych zleciło przygotowanie łowów radcy Andrejowi Kożewnikowowi - kierownikowi Grodzieńskiej Izby Dóbr Państwowych. Bezpośredni nadzór nad polowaniem powierzono generałowi-majorowi Aleksandrowi Zielenomu - zastępcy ministra dóbr państwowych i nadwornemu łowczemu, hr Pawłowi Ferzenowi. Przygotowania rozpoczęły się już pod koniec września. Każdego dnia około 2 tysięcy okolicznych chłopów spędzało z lasu do specjalnego zwierzyńca zwierzynę. Trafiały tam żubry, łosie, daniele, sarny, dziki, lisy, wilki, borsuki, zające. Obława przebiegała sprawnie, a chłopi każdego wieczora dostawali pieniądze i kieliszek wódki. W Stoczku i Zastawie zaczęto remontować i meblować pośpiesznie wytypowane chłopskie chaty - dla pomniejszych rangą uczestników łowów. Dla Cara przygotowywano świeżo zbudowaną leśniczówkę. Okazały dom berlińskiego kupca Samuela Siemunda przeznaczono dla gości zagranicznych, a wybudowany w 1845 roku pawilon dla wyższej administracji rządowej i świty carskiej. Pierwsi goście, książęta Karl i Albert von Preussen, August von Württemberg, Friedrich von Hessen-Kassel, przybyli do Białowieży w nocy z 4 na 5 października. Car zjechał do Białowieży następnej nocy, w towarzystwie wielkiego księcia Karla Sachsen-Weimar. Drogę przez Puszczę oświetlały im ogniska rozpalone na poboczach. W chwili zbliżania się gości do mostu, łączącego w Białowieży brzegi Narewki, całą miejscowość i tak już obficie iluminowaną, rozjaśniły bengalskie ognie. W ślad za Carem przybyli pozostali uczestnicy polowania.


Dnia 6 października z rana imperator zwiedził Białowieżę i przywitał się z gośćmi. Po śniadaniu wszyscy udali się w powozach do zwierzyńca, oddalonego od wsi o około 9 km. Przygotowano tutaj 12 ambon strzeleckich i zamaskowano je gałęziami tak, że z daleka sprawiały wrażenie drzew. Pierwsza ambona od wejścia była przeznaczona dla Cara, pięć następnych dla zaproszonych gości, a sześć ostatnich dla carskiej świty. Dla publiczności zbudowano podium za ogrodzeniem zwierzyńca. Po sygnale oznaczającym początek polowania, nagonka podpędziła zwierzęta w pobliże linii strzału i zatrzymała się. W tym czasie spuszczono ze smyczy 80 psów gończych, które zajęły się wpędzaniem zwierzyny pod ambony. Pierwszy wystrzelił Car, trafiając potężnego żubra. Obliczono później, że od celu dzieliło go 275 kroków. Drugiego żubra imperator powalił już z odległości 75 kroków. Strzelanina trwała przez dwie godziny, po czym ogłoszono półgodzinną przerwę na posiłek. W tym czasie straż leśna zajęła się ściąganiem upolowanych sztuk pod stanowiska strzelnicze. Polowanie zakończyło się o godzinie 16:00. Ubito 44 sztuki: 16 żubrów 4 dziki daniela 2 łosie 6 saren 8 wilków 5 lisów, borsuka i zająca. Sam Car ustrzelił 22 sztuki, w tym 4 żubry. Późny obiad w Białowieży uprzyjemniła orkiestra wielkołuckiego pułku piechoty, ściągnięta z Białegostoku. Książę Karl von Preussen podarował Carowi piękny rzeźbiony puchar z kości. Zebrana za rzeką okoliczna ludność, poczęstowana wódką, piwem i pierogami, wiwatowała, tańczyła i śpiewała. Na drugi dzień, Car najpierw zwiedził miejscową cerkiew i miejsce, na którym niegdyś znajdował się dwór myśliwski Augusta III. Polowano krócej, niż poprzedniego dnia, ale z lepszym efektem. Upolowano 52 sztuki, w tym: 12 żubrów 9 danieli 7 dzików 8 wilków 10 saren 2 lisy 3 borsuki i zająca. Na Cara przypadło 21 sztuk, w tym 6 żubrów. Ogółem w obu dniach polowań myśliwi ustrzelili 96 zwierząt. Zaraz po polowaniu Aleksander II i jego goście posadzili przy zwierzyńcu drzewka na pamiątkę.

Car Aleksander II sadzi, w otoczeniu uczestników polowania, pamiątkowe drzewko w Zwierzyńcu (akwarela M. Zichego z 1861 roku)

Car wyraził też życzenie, by zwierzyniec, w którym polowano, utrzymywać w dalszym ciągu i żeby znajdowali się w nim przedstawiciele większej zwierzyny, która bytuje w Puszczy. Dom z 1845 roku miał od tego czasu pełnić rolę imperatorskiego pawilonu myśliwskiego (dzisiaj mieści się w nim Ośrodek Edukacji Przyrodniczej Białowieskiego Parku Narodowego).

W Białowieży odbył się uroczysty obiad, podczas którego Aleksander II zrewanżował się księciu Karlowi prezentem - pucharem wykonanym z rogu żubrzego. Przed opuszczeniem Białowieży Car i jego goście złożyli wpisy do księgi pamiątkowej. Miejscowa wyższa służba leśna, biorąca udział w przygotowaniu i prowadzeniu polowania, została nagrodzona przez Cara brylantowymi pierścieniami, a niektórzy jej funkcjonariusze nawet złotymi zegarkami z łańcuszkami. Straż leśna i rządowi chłopi otrzymali pieniądze. Całe polowanie kosztowało 18 tysięcy rubli. W 1862 roku, w połowie drogi pomiędzy Białowieżą a Hajnówką, ustawiono na pamiątkę pierwszego carskiego polowania w Puszczy Białowieskiej żeliwny odlew żubra na postumencie, który został wykonany w Sankt-Petersburgu. Statua ta w 1928 roku trafiła do Spały i tam się teraz znajduje. W 1862 roku wydano także ekskluzywną książkę poświęconą białowieskiemu polowaniu. Nosi ona tytuł "Ochota w Biełowieżskoj Puszczie" (Polowanie w Puszczy Białowieskiej) i jest dzisiaj antykwarycznym białym krukiem. Wydano ją w niewielkim nakładzie, w dwóch wersjach językowych: po rosyjsku i po francusku. (autor:Piotr Bajko).

Aleksander II podczas polowania w 1860 r.

Jeszcze jeden opis tego samego polowania, który ukazał się w Magazynie Białostockim, 11 marca 2016 r., autor: Monika Żmijewska Imperator w Puszczy Białowieskiej. Raport urzędnika:

 

Pewnej nocy, w październiku 1860 roku, w malutkiej Białowieży rozbłysły ognie bengalskie. Przyjechał Car. Co z jego wizyty wynikło, a wynikło wiele, w następnym roku opisał pewien autor nieznany. Książkę w Sankt Petersburgu wydano w ledwie 50 egzemplarzach. A teraz, po latach można przeczytać ją w polskim przekładzie.

"Polowanie zorganizowane w październiku 1860 roku w Białowieży, nie było takim sobie "wypadem myśliwskim", ale przy okazji niezłym piarowym zabiegiem. Ministerstwo Dóbr Państwowych, które dostało rozkaz zorganizowania polowania, dostało też dyrektywę, by przyćmiło ono swą różnorodnością, organizacją i rozmachem nie tylko polowania urządzone w pobliżu Wilna przez hrabiego Tyszkiewicza ledwie dwa lata wcześniej, ale też te, jakie król Polski August III Sas urządził w Puszczy Białowieskiej ponad sto lat wcześniej - w 1752 roku. Car miał wiedzę, jaki rozmach miało to ostatnie - urzędnicy posiadali takie informacje z różnych dzieł historycznych, m.in. Brinckena. Historyk spisał opowieści 80-latka, który podczas polowania z Sasem miał 10 lat (o czym również można przeczytać w tej publikacji).

Istotne było to, że od ostatniego dużego polowania władców w Puszczy minęło 70 lat. Dźwięk myśliwskich rogów i wystrzały strzelb przez długi czas rzadko więc naruszały spokój Puszczy (I tu ciekawostka: Wcześniej, poprzedni Car - Aleksander I, chcąc chronić żubry żyjące w Puszczy Białowieskiej - ustanowił ją rezerwatem, co oznaczało, że od tamtej pory polować na nie można było tylko po udzieleniu zezwolenia przez najwyższą władzę. A jeszcze wcześniej, a nawet dużo wcześniej Zygmunt August, za zabicie żubra wprowadził karę śmierci. Już prawie 200 lat temu rozumiano też jak ważna jest puszcza - w 1820 roku w rezerwacie całkowicie zakazano tam wyrębu).

Skala rozmachu pierwszego takiego carskiego polowania po kilku dekadach miała więc też wymiar dyplomatyczny - Rosja po wojnie krymskiej zaczęła właśnie odzyskiwać utracone wpływy i prestiż w Europie. Że tak się dzieje wskazywało też przybycie do Puszczy głów niektórych europejskich państw. I tak zjawili się tu książęta: Saksońsko - Weimarski, Karol i Albert Pruscy, August Wirtemberski, Fryderyk Heski, ich liczna świta, a także książę Radziwiłł.

Paździerze, kaganki, ognie

Jak musiało być to ogromne przedsięwzięcie niech świadczy fakt, że przy odłowach brało udział nawet dwa tysiące włościan. Odłowy zorganizowano już pod koniec września, gdy do Puszczy przybył zastępca ministra Dóbr Państwowych generał-major Zelenoj, który objął bezpośredni nadzór nad przygotowaniami. Jak relacjonuje nasz "autor nieznany" - każdego dnia pod nadzorem miejscowego leśniczego porucznika von Strahlborna i podłowczego Iwanowa urządzano obławy, by zapędzić zwierzynę do zbudowanej w tym celu zagrody.

"Dla jego Imperatorskiej Mości przeznaczono nowy dom, właśnie co wybudowany dla miejscowego leśniczego, świta jego Królewskiej Mości została zakwaterowana w pawilonie myśliwskim wybudowanym na wypadek odwiedzin naczelnika kraju, generałom i fligeladiutantom przypadły zwykłe wioskowe domy, które wszystkie zostały przebudowane i na nowo umeblowane".

Dworek Imperatora

Najpierw do Białowieży, w nocy z 4 na 5 października, przybył książę Prus Karol i Albert oraz książę Wirtembergii August. Następnej nocy nadjechał już sam Car z wielkim Księciem Saksońsko-Weimarskim.
Cóż to była za noc!

"Przejazd oświetlały paździerze i beczki ze smołą, a samą wioskę - kaganki; liczne budynki, a szczególnie dom zajęty przez cudzoziemskich arystokratów były pięknie iluminowane. W momencie gdy pojazd Imperatora wjechał na most przerzucony nad przepływającą przez wieś rzeką Narewką, pawilon myśliwski przygotowany dla jego Cesarskiej Mości, znajdujący się na przeciwległym wysokim brzegu rzeki, jak również pagórki z różnymi znajdującymi się na nich ozdobami, a także cerkiew i zagajnik - naraz rozbłysły różnokolorowymi ogniami bengalskimi. Wziąwszy pod uwagę malowniczość samego otoczenia - wszystko to zaznaczyło się bardzo efektownie".

Wystraszone zające

Następnego dnia zaraz po śniadaniu goście rozjechali się wcześniej przygotowane stanowiska. Było ich 12, wyglądem przypominały małe kryte galeryjki, zamaskowane gałęziami, a to po to, by wtapiały się w tło lasu. Pierwsze stanowisko zajął Aleksander II. Dalszych 5 stanowisk zajęli książęta, a pozostałe 6 świta Jego Cesarskiej Mości. Można było strzelać we wszystkich kierunkach, zabroniony był jednak strzał po linii. Z polecenia imperatora za ścianą zwierzyńca zbudowano także widownię w formie amfiteatru z przeznaczeniem dla zainteresowanej publiczności.

Oszczędźmy już samego długiego i ekspresyjnego opisu polowania, i samych jego zasad, naganiania itp. Dość powiedzieć, że opisowi biegnącej zwierzyny nie brakło malarskości: "Za żubrami ukazała się inna zwierzyna. Obraz powstał niezwykle barwny i ożywiony. A to smukły daniel śmignął jak strzała podle myśliwych, a to sarna jak wicher przemknęła pośród drzew. Wystraszone zające błąkają się między chruściakami i daremnie szukają drogi ucieczki. Nieruchawe dziki co sił uciekają w gąszcz, nie próbując przebić się przez środek linii myśliwych i tym samym stanowiąc cel dla niezliczonych strzałów".

Choć, jak zaznacza autor - "żubr nie pada tak łatwo łupem myśliwego, jego silna konstytucja wytrzyma i dziesiątek kul, jeśli nie ma między nimi jednej dobrzej ulokowanej", po pierwszym dniu łowów leżały 44 sztuki wszelakiej zwierzyny, w tym 16 żubrów. Car ustrzelił tego dnia 22 sztuk zwierzyny, w tym cztery żubry i dzika.
Po polowaniu goście udali się na uroczysty obiad wydany przez Cara. Obiadującym towarzyszyła muzyka wojskowa w wykonaniu orkiestry pułku piechoty z Białegostoku, jedzenie wydano też mieszkańcom Białowieży - darmowe pierogi, piwo i wódka.

Następnego dnia, nim o godz. 11 zaczęło się polowanie, Imperator obejrzał najpierw białowieską cerkiew. A sam efekt łowów? W publikacji mamy bardzo szczegółowy raport, stąd wiadomo, że w ciągu dwóch dni polowania odstrzelono: 28 żubrów (18 byków i 10 krów), 2 łosie, 10 danieli, 11 dzików, 16 wilków, 16 saren, 7 lisów, 4 borsuki, 2 zające. Razem 96 sztuk zwierzyny. Wiadomo też dokładnie kto, co i ile ustrzelił.

Monarsze lico i szczęście poddanych

Autor kończy rozdział o polowaniu jak przystało na porządnego urzędnika: "Pobyt monarchy w Puszczy 6-7 października 1860 roku zapadnie również w pamięć tamtejszej ludności. Prócz szczęścia płynącego z oglądania monarszego oblicza wartość cesarskiego pobytu zasadza się także na tym, że przyniósł on chłopom znaczny zarobek i stanowił źródło niekłamanej radości, która tak rzadko gości pośród zapracowanych przedstawicieli włościańskiego stanu. Rzeczone polowanie wyróżnia się ponadto tym, że nie nastąpił w czasie jego trwania żaden nieszczęśliwy wypadek, a w porównaniu z innymi podobnymi łowami kosztowało wcale niedrogo (18 tys. rubli srebrem), mimo że jego koszt powinien przewyższyć koszty wszelkich innych polowań, choćby dlatego, że w Białowieży w celu przyjęcia dostojnych gości z ich liczną świtą trzeba było wszystko ku temu przygotować, a ponadto dlatego, że Białowieża znajduje się w odległych rejonach guberni grodzieńskiej - 150 wiorst od jej stolicy, 80 wiorst od Białegostoku i 70 wiorst od Brześcia Litewskiego".

I ponad 150 lat temu lubiano pamiątki - poza postawieniem pomnika żubra upamiętniającego to wydarzenie, Car kazał również odlać z brązu 7 miniaturowych kopii pomnika, które otrzymali: główny organizator polowania - generał-major Zielonoj, łowczy Fersten oraz piątka niemieckich książąt, którzy brali udział w polowaniu".

W miejscu wielkiej zagrody łowieckiej „Teremiska”, przy drodze do Białowieży powstała w XIX wieku mała kolonia dla obsługi polowań. W 1862 roku wystawiono tam pomnik żubra na postumencie, dla upamiętnienia pierwszego polowania carskiego Aleksandra II. Pomnik zaprojektował Michaly Zichy, węgierski malarz, grafik i ilustrator, znany też ze śmiałych szkiców erotycznych, towarzyszący przez wiele lat carskiemu dworowi. W 1915 roku pomnik został wywieziony do Moskwy, a w 1928, już bez oryginalnego postumentu upamiętniającego cara, przewieziono go do Spały, gdzie stoi do dzisiaj. Pod koniec XIX wieku łowczy Hans Auer wybudował w Zwierzyńcu na potrzeby carskich polowań bogaty, eklektyczny, drewniany pawilon myśliwski w fantazyjnym stylu starogermańskim.

Pawilon myśliwski

Popiersie Aleksandra II, ustawione w 1912 roku przy cerkwi, stało zaledwie przez trzy lata. W sierpniu 1915 roku, wraz z obeliskiem upamiętniającym polowanie Augusta III w 1752 roku oraz żeliwnym posągiem żubra ze Zwierzyńca, pomnik Cara został wywieziony do Moskwy. O ile pierwsze dwa po wojnie wróciły do Polski, o tyle ślad po popiersiu zaginął. Zresztą, o jego zwrot - z wiadomych powodów - nikt nie występował. Popiersie cara Aleksandra II zostało odlane z cynku w fabryce metalurgiczno-odlewniczej Edwarda Nowickiego w Sankt-Petersburgu. Pociągnięte było brązem. Przedstawiało Cara w mundurze z pagonami. Na postumencie umieszczono napis po rosyjsku: "Miłościwy Imperator Samodzierżawca Całej Rosji Aleksander-Wyzwoliciel panował od 1855 do 1881 roku". Pod napisem znajdował się herbowy dwugłowy orzeł. Drugi napis zawierał ostatnie wersy manifestu z 1861 roku o zniesieniu pańszczyzny.

   

Car Aleksander II na polowaniu na niedźwiedzie - 1858 r.

 

I jeszcze jedna ciekawostka. W maju 1865 r. pierwsze cztery żubry przyjechały do Pszczyny jako dar Cara rosyjskiego Aleksandra II, w zamian za co dostał od księcia pszczyńskiego 20 dorodnych jeleni, które w Puszczy Białowieskiej były podówczas rzadkością.

                                                                                                                  

Rosyjski Car Aleksander III

Aleksander III Aleksandrowicz, ros. Александр III Александрович (ur. 26 lutego 1845 r. w Petersburgu, zm. 20 października 1894 r. w Liwadii) – Car Rosji, Król Polski i Wielki Książę Finlandii od 1881, syn Aleksandra II Romanowa i Marii Aleksandrownej. W życiu osobistym był osobą niezwykle rodzinną i ciepłą, a swojej ukochanej małżonce, Królewnie duńskiej Dagmarze (po przejściu na prawosławie jako Cesarzowa Maria Fiodorowna), pozwalał silną ręką trzymać ich dzieci, których mieli sześcioro.


Mniej więcej od połowy XIX wieku w Puszczy Białowieskiej rozpoczął się okres nowoczesnej gospodarki leśnej, wznowiono wyręby. W latach 1843–1846 cały las podzielono na regularne kwadratowe oddziały leśne o długości 1 wiorsty (1066,8 m) rozdzielone później przecinkami (pododdziałami). Wtedy też puszczą ponownie zainteresowali się Carowie Rosji.


W lipcu 1886 roku Car Aleksander III wyraził życzenie, by państwowe Puszcze - Białowieska i Świsłocka zostały przekazane do dóbr apanażowych. W zamian Car zgodził się przekazać do dóbr państwowych prawie tyle samo ziemi apanażowej w guberniach orłowskiej i symbirskiej. Wymiana trwała prawie 2 lata. Oficjalnie Puszczę Białowieską i Świsłocką włączono do prywatnych dóbr carskich i przekazano pod zarząd domen rodziny carskiej (udielnoje wiedomstwo) 18 września 1888 roku. Obszar obu Puszcz podzielony został na 3 okręgi.


Car Aleksander III decyzję o rozpoczęciu budowy pałacu myśliwskiego w Białowieży podjął po 1888 roku, kiedy włączył Puszczę do prywatnych dóbr. Projekt pałacu opracował hrabia Mikołaj de Rochefort. Pod budowę wybrano miejsce najwyżej położone, nad doliną rzeki. U podnóża pałacu wykopano dwa stawy, między którymi usypano szeroką groblę. Budowa ruszyła w 1889 roku. Cegłę wyrabiano na miejscu. Budowa rozpoczęła się od założenia cegielni. Znajdowała się ona mniej więcej w miejscu zajmowanym dzisiaj przez budynki Zakładu Badania Ssaków. Najlepsze cegły wkładano do specjalnych skrzyń, do których później wlewano oliwę i trzymano w nich całą dobę. Tak przygotowaną cegłę używano do budowy ścian zewnętrznych. Do pomocy w budowie zgłosili sie dobrowolnie mieszkańcy całej Białowieży, w tym kobiety i dzieci. Cement i wapno sprowadzano z głębi Rosji. Drzewo było miejscowe. Drewno użyte przy dekorowaniu poszczególnych sal i pokojów było ciemnego koloru, gotowano je przez dłuższy czas w wodzie, a potem suszono. Budowę zakończono w sierpniu 1894 roku. Jej ogólny koszt, wliczając wystrój i umeblowanie komnat, wyniósł 542.000 rubli. Podczas budowy pałacu powstały, kosztem 780.000 rubli, liczne obiekty towarzyszące. Pałac był eklektyczny. Miał dwie kondygnacje oraz rozbudowane podpiwniczenia i mansardy. Nakryty był dachem dwuspadowym. Od strony wschodniej i zachodniej stały dwie wieże: mała i duża.

Pałac miał około 120 pokoi. Niemal cały parter i piętro zajmowały apartamenty carskie. Największy i najokazalszy pokój na parterze był salą jadalną i bankietową. Piętro nad wschodnim skrzydłem zajmowały pokoje sypialne i łazienki Cara, jego żony oraz na salon porannych przyjęć. W przeciwległym skrzydle parterowym mieściły się pokoje dzieci i tzw. okrągły salonik. Na drugim piętrze pokoje miały damy dworskie. Zachodnią przybudówkę pałacu, połączoną z nim arką, stanowiły kuchnie carskie, pokoje gospodarcze, spiżarnie oraz mieszkania głównego kuchmistrza i służby kuchennej. Wygląd pałacu nie budził szczególnego zachwytu, ale wystrój wnętrz zwracał już uwagę. W komnatach pełno było najwymyślniejszych ozdób. Sufity i ściany miały oryginalne, wypalane ornamenty oraz malowidła o tematyce leśnej i myśliwskiej, wykonane przez artystów z Petersburskiej Akademii Sztuk. Ponadto ściany zdobiły manilskie i chińskie rogoża oraz angielskie błyszczące perkale. Okucia i inne wewnętrzne metalowe ozdoby wykonano z polerowanego i czernionego żelaza, połączonego z brązem. Parkiety ułożono na cienkiej warstwie suchego piasku, eliminującej nieprzyjemne skrzypienie przy chodzeniu. Piece i wanny były wybudowane z różnobarwnych, oryginalnych kafli. Każda komnata miała własny artystyczny wystrój. W podziemiach znajdowały się składnice win przeróżnych gatunków.

Łazienka w pałacu

Najoryginalniejsza była ta, w której ściany i meble wyklejono starymi znaczkami pocztowymi z całego świata. Na życzenie Cara Aleksandra IIII w sierpniu 1889 roku rozpoczęły się prace przy budowie nowej cerkwi w Białowieży. Budowę zakończono jesienią 1894 roku, a wyświęcenie świątyni nastąpiło w styczniu 1895 roku. Podczas pobytu na polowaniu, Car wizytował budowę cerkwi. (oprac. Piotr Bajko)

Cesarska stajnia w parku pałacowym

Stajnia obliczona była na 40 koni, które przywożono do Białowieży specjalnym pociągiem, tuż przed przyjazdem na polowanie Cara z rodziną i gośćmi lub wielkich książąt rosyjskich. Karmę dla koni przechowywano w pomieszczeniach na poddaszu. W skrzydle zachodnim mieściła się powozownia. W budynku było kilka pokoi dla obsługi. Zatrzymywał się tutaj także kurier carski. W 1914 roku do stajni doprowadzono linię wodociągową. W stajni, ważono,  przechowywano i oprawiano ubitą zwierzynę.

Na potrzeby pałacu w 1897 r. wybudowano dworzec Białowieża Pałac, kilka lat później Białowieża Towarowa, którego budynek zachował się. Car Aleksander III wraz z rodziną przyjeżdżał na łowy koleją.

Przyjazd Cara Aleksandra III do Białowieży

Carska stacja

W sierpniu 1894 r. Car Aleksander III wraz z rodziną (w tym ze swoim następcą – synem Mikołajem)  oraz całą świtą przybył na polowanie w Białowieży.

Car z rodziną i świtą w Puszczy Białowieskiej

                                                                                   
                                                      Car Aleksander III                                

W czerwcu 1894 roku, na życzenie Cara Aleksandra III, rozpoczęto prace przy budowie linii kolejowej z Lewek do Hajnówki. Było to tzw. białowieskie odgałęzienie linii Grajewo - Bielsk Podlaski - Brześć n. Bugiem – Kowel. Prace trwały do końca drugiej dekady sierpnia tego samego roku. Z nowej linii skorzystał jako pierwszy sam Car, który wybrał się do Białowieży na polowanie. 

Polowanie odbyło się w dniach 21 sierpnia – 3 września 1894 r. Było to drugie polowanie carskie na tym terenie. Carowi towarzyszyli: Caryca Maria Fiodorowna, syn - następca tronu Mikołaj, wielcy książęta Jerzy Aleksandrowicz, Michał Aleksandrowicz, Włodzimierz Aleksandrowicz, królewicz Mikołaj Grecki, generałowie-adiutanci hr. Iłarion Woroncow-Daszkow, Otton Richter, P. Czerewin, generał-lejtnant baron Władimir Borisowicz Frederiks, książę Wiaziemski, lejb-chirurg Gustav Hirsch, profesor Gołubiew i doktor Popow. Upolowano łącznie 7 żubrów, 20 łosi, 1 jelenia, 15 saren-kozłów, 33 dziki, 4 lisy i 1 zająca.

Polowanie Cara w 1894 roku

Jak Car Aleksander III w Białowieży na tacę dawał


W „Istoriczeskim Wiestniku” z kwietnia 1909 roku, na stronie 490, znajdziemy tekst o białowieskiej cerkwi, z anegdotą, której głównym bohaterem jest car Aleksander III. Tekst ten drukował już „Przegląd Prawosławny” (Nr 1/1993).


„Przebywając w Białowieży w 1894 r. Car imperator Aleksander III zapragnął, żeby jego uczestnictwo w nabożeństwie w zwykłej wiejskiej cerkwi (znajdującej się kilka kroków od pałacu) nie zakłóciło jego normalnego przebiegu. Starostą cerkiewnym był wówczas zarządca Puszczy Białowieskiej. Opowiadał on, że w czasie pierwszego nabożeństwa nie ośmielił się podejść do Cara i świty carskiej w celu zebrania pieniędzy. Po skończonej Liturgii Car zwrócił się do zarządcy z pytaniem: „Czy nie ma u was w zwyczaju zbierania ofiar na tacę? Czyżby cerkiew nie miała żadnych potrzeb?” I nakazał, po wyjaśnieniu przez zarządcę przyczyny, by nie zwracając uwagi na obecność carskiego dworu, zbiórki dokonywać.


W czasie następnego nabożeństwa starosta cerkiewny z tacą, w ślad za nim dozorca cerkiewny z kubeczkiem, obeszli cerkiew. Car, Carowa, książęta rzucali swoje ofiary na tacę bądź do kubeczka. Zebrano w ten sposób, rzecz jasna, sporą sumę. Obok czerwońców leżały na tacy trzy - i pięciorublówki, zwitki banknotów, miedziane piątaki wieśniaków. Przed ikonami dumnie paliły się grube woskowe, rublowe świece i cicho skwierczały małe, z żółtego wosku, świeczki.


Po skończonej liturgii Car podszedł, by ucałować krzyż, zaś kapłan wręczył mu prosforę, tak jak to było w zwyczaju w wiejskich cerkiewkach (...)”.

                                                                                                                        

 

Rosyjski Car Mikołaj II

Mikołaj II Aleksandrowicz Romanow, ros. Николай II, Николай Александрович Романов (ur. 6 maja 1868 w r. w Sankt Petersburgu, zm. w nocy z 16 na 17 lipca 1918 w Jekaterynburgu) – ostatni Car Rosyjski, Król Polski, Wielki Książę Finlandii, panujący w latach 1894–1917. Koronowany w Moskwie 14 maja 1896 r.; syn Aleksandra III z dynastii Romanowów i jego żony Carycy Marii Fiodorowny. Święty kościoła prawosławnego. Ożeniony z Aleksandrą Fiodorowną, urodzoną jako Wiktoria Alicja Helena Ludwika Beatrycze Hessen-Darmstadt. 26 listopada 1894 roku metropolita petersburski i ładoski Palladiusz udzielił Mikołajowi i Aleksandrze ślubu. Ze względu na trwającą żałobę po Carze Aleksandrze III młodzi nie zorganizowali przyjęcia ani nie mieli prawa do miesiąca miodowego.


Po śmierci w 1881 roku swego dziadka Aleksandra II i objęciu Carskiego tronu przez ojca, Mikołaj został oficjalnie następcą tronu. Z początkiem 1882 roku rozpoczął prowadzenie dzienników, robił to do końca życia. W 1884 roku złożył przysięgę na sztandar pułku kozackiego, którego był członkiem tytularnym. Swą edukację pogłębiał do 1890 roku. Miał dobranych nauczycieli. Uzyskał najstaranniejsze wykształcenie ze wszystkich Carów rosyjskich. Był też człowiekiem religijnym.  W 1887 roku Carewicz Mikołaj otrzymał stopień porucznika. Został włączony do Preobrażeńskiego Pułku Gwardii. W następnych latach nadawano mu kolejne honory wojskowe. Mikołaj prowadził aktywne życie towarzyskie, polityką prawie w ogóle się nie interesował. W 1889 roku Aleksander III powołał go do rady ministrów i Rady Państwa. W październiku 1890 roku następca rosyjskiego tronu odbył podróż zagraniczną, która została przerwana w Japonii, gdzie został z niewiadomych powodów zaatakowany i raniony w głowę przez tamtejszego policjanta.

Młody Carewicz Mikołaj z kochanką Matyldą Krzesińską

Przyszły Mikołaj II jako następca tronu nie wyróżniał się niczym, a czas marnotrawił na rozrywkach i hulankach. Znał doskonale wszystkie petersburskie domy publiczne. Po tragicznej śmierci jego dziadka Aleksandra II cała rodzina żyła w strachu przed zamachem, a matka nieustannie trzymała Mikołaja przy sobie. Ponoć ulegał jej wpływom na tyle, że nawet romans z Matyldą Krzesińską, polską primabaleriną Teatru Maryjskiego w Petersburgu, odbył się za zgodą rodziców. Romans trwał do czasu, gdy 21-letni wówczas Mikołaj poznał 17-letnią córkę wielkiego księcia heskiego Ludwika IV. Mikołaj bez żalu zakończył romans i ożenił z Alicją Hessen-Darmstadt, którą pieszczotliwie nazywał „Alix”. Carewicz wreszcie wydoroślał i raz na zawsze skończył z hulaszczym trybem życia.

Matylda Krzesińska

Znane są jej bliskie związki z przyszłym Carem Rosji, Carewiczem Mikołajem, zwanym za młodu Nikiem. Kiedy poznali się Matylda miała 17 lat i kończyła szkołę baletową. Ich niewinna początkowo wzajemna sympatia przerodziła się w płomienny romans. Dla ułatwienia im kontaktów dwór cesarski wynajął nawet i wyposażył do jej dyspozycji wygodną willę w Petersburgu. Ich bliskie kontakty zostały jednak zerwane gwałtownie wiosną 1894 r., kiedy następca tronu zaręczył się oficjalnie z księżniczką Alicją Heską (1872–1918), znaną jako Alix. Matylda została wtedy przez Carewicza hojnie wynagrodzona, otrzymała na własność wynajmowany dotąd dom i wysokie odszkodowanie. Podobno Mikołaj II jako Car nigdy się już potem z nią nie spotkał na osobności, ale nadal często oglądał ją na scenie i zawsze wspierał dyskretnie, gdy tylko potrzebowała. Towarzysząca jej fama byłej carskiej faworyty znacznie ułatwiała i uatrakcyjniała całe jej życie i karierę artystyczną. Później Matylda miała jeszcze związki intymne z dwoma innymi wielbicielami z dynastii Romanowów – wielkimi książętami: Sergiuszem Michajłowiczem (1869–1918) i Andrzejem Władimirowiczem (1879–1956).


W kwietniu 1894 roku Mikołaj został zaręczony z księżniczką heską Alicją. Kilka miesięcy później odwiedził po raz pierwszy Białowieżę i Puszczę Białowieską będąc w świcie ojca Cara Aleksandra III  Miał wówczas 26 lat.  Puszcza Białowieska i Świsłocka należała już wtedy do prywatnych dóbr carskich. Pod zarząd apanażowy przekazano je 18 września 1888 roku. W Białowieży, na krótko przed przyjazdem Cara i członków jego dworu, ukończono wznoszenie pałacu, którego budowę Aleksander III zlecił w kwietniu 1889 roku.


Car z rodziną i dworem dotarli do Białowieży pojazdami konnymi po wygodnej, liczącej 18 wiorst szosie. Carewicz zapisał w pamiętniku, że jazda trwała około półtorej godziny. W połowie drogi, koło Zwierzyńca, zarządzono postój, by wymienić konie. Do Białowieży towarzystwo wjechało o wpół do siódmej wieczorem.  Powóz z carską parą zatrzymał się przy szkole ludowej, gdzie najdostojniejszych gości powitali uczniowie i uczennice miejscowych szkół ludowych oraz dzieci chłopskie. Przy pałacu naczelnik głównego zarządu apanaży, książę Leonid Wiaziemski, złożył na ręce pary carskiej dwa bukiety kwiatów i przedstawił budowniczego białowieskiej rezydencji myśliwskiej, hrabiego Mikołaja de Rochefort oraz jego pomocnika Dietricha, a także zarządcę okręgu białowieskiego Aleksandra Błanka. Hrabia de Rochefort wręczył carskiej parze, podany na drewnianym wypalanym półmisku, stalowy, jubilerskiej roboty klucz od głównych drzwi pałacu.


Pierwsze polowanie w Puszczy Białowieskiej


Monarcha z rodziną i dworem gościł w Białowieży od 19 sierpnia do 3 września 1894 roku. Panowie zajmowali się w tym czasie głównie polowaniem. Upolowano łącznie 7 żubrów, 20 łosi, 1 jelenia, 15 saren kozłów, 33 dziki, 4 lisy i 1 zająca.  Myśliwi wyjeżdżali do lasu przeważnie o godzinie ósmej rano. Wszyscy nosili stroje myśliwskie szarego koloru, a na głowach mieli miękkie kapelusze. Zarządzający polowaniem jechał na przedzie w bryczce zaprzężonej w dwa konie, wskazując drogę. Za nim podążał powóz Imperatora oraz pozostałe. Na miejsce docierała także, w kilku ekwipażach, carska kuchnia, z przenośnym paleniskiem, lodownią, skrzyniami z naczyniami i prowiantem. Przeprowadzaniem obławy zajmowały się ściągane do Białowieży dwie kompanie żołnierzy z 16 dywizji piechoty. W połowie polowania robiono przerwę na śniadanie. Pod wieczór myśliwi wracali do pałacu i zasiadali do głównego posiłku, czyli znacznie przesuniętego w czasie obiadu.

 Mikołaj strzelał do zwierzyny już pierwszego dnia łowów (22 sierpnia), lecz nic nie upolował. 24 sierpnia ustrzelił dzika, a drugiego ranił. 25 sierpnia upolował też dzika, a 27 – młodego łosia, kozła i lisa. W niedzielę, 28 sierpnia, w towarzystwie carskiego łowczego Włodzimierza Ditza, Carewicz wybrał się na bekowisko, czyli okres godowy łosia. Przyszło im brnąć przez błota i przedzierać się przez zwałowiska drzew. Ich przewodnikowi udało się w końcu przywabić łosia, który jednak chytrze stanął za drzewami, uniemożliwiając oddanie do niego strzału.  29 sierpnia Mikołaj dostrzelił starego żubra, którego Włodzimierz Aleksandrowicz wprawdzie trafił dwoma pociskami, lecz tylko zranił.

31 sierpnia polowano w uroczysku Stara Białowieża – Mikołaj postanowił tego dnia nie strzelać, podobnie 1 września. Następnie 2 września dobił dzika, ranionego przez naczelnika ochrony carskiej Piotra Czerewina.


Dla sfotografowania carskiego polowania, ściągnięto telegraficznie do Puszczy Białowieskiej znanego warszawskiego fotografa Jana Mieczkowskiego (syna). Łowy fotografował także Zelman Karasik, fotograf z Grodna. W Nowym Jorku zachował się jego album z 57 fotografiami wykonanymi właśnie w Białowieży. Album sporządzony został dla wielkiego księcia Włodzimierza Aleksandrowicza. Zelman Karasik otrzymywał zezwolenia także na fotografowanie carskich polowań w 1897 i 1900 roku.

Ustrzeloną zwierzynę wynajęci chłopi zwozili na swych furmankach przed pałac. Były to najczęściej dziki, sarny i jelenie. Do żubrów tym razem postanowiono nie strzelać. Dziczyznę układano według gatunków przed gankiem pałacu i wieczorem odbywała się ceremonia jej przeglądu.

Car w czasie pobytu w Białowieży wizytował w towarzystwie swego syna budowę nowej cerkwi, którą wznoszono na jego polecenie.  Carewiczowi Mikołajowi bardzo się spodobało miejsce, na którym wzniesiony został pałac. Urzekało go zarówno samo wzgórze, jak też przepływająca u jego dołu rzeka Narewka i urządzone na niej dwa stawy. Najchętniej podziwiał je z dużej wieży pałacu. Podobne odczucia miał też co do wystroju pałacu. Chwalił jego prostotę, smak i wygodę. Uważał, że architekt pałacu, który sam dbał o najmniejszy detal wystroju, osiągnął szczyt doskonałości. Inni goście wyrażali podobną opinię. Carewicza zachwyciła także rzęsiście oświetlona elektrycznością sala jadalna, w której spożywano posiłki.

Jadalnia w pałacu

Mikołaj do swojej dyspozycji otrzymał cztery pokoje, które dzielił z księciem greckim Mikołajem. Na swoim stoliku poustawiał fotografie narzeczonej, która codziennie przysyłała do niego listy. Z lubością oddawał się kąpieli w dużych wannach, podobały mu się też ładnie wykonane pisuary. W jednym z pierwszych dni pobytu w Białowieży oglądał stajnię dla koni. Z przykrością zauważył, że brakuje w niej pomieszczeń dla obsługi.


W wolnych chwilach Mikołaj czytał „Listy o flocie” Biełomora (pseudonim Aleksandra Konkiewicza), opublikowane w czasopiśmie „Russkij Żurnał”. Zapoznał się także ze sprawozdaniem Siergieja Wittego, ówczesnego ministra finansów Rosji, z jego podróży do Murmańszczyzny.

 

Przyszły monarcha korzystał chętnie z przejażdżek po lesie. Zasmucał go widok mnóstwa nieusuniętych zwalonych starych drzew. Niektóre miejsca przypominały mu indyjską dżunglę. Po obiedzie grał w bilard z księciem greckim i hrabią Iłarionem Woroncow-Daszkowem. Uczestniczył również w Liturgiach, odprawianych w przenośnym obozowym namiocie, rozbitym pod grupą starych dębów, rosnących tuż obok pałacu. Delektował się słuchaniem śpiewu kozaków.  23 sierpnia Mikołaj wybrał się do Hajnówki, powitać na stacji kolejowej starszego o pięć lat wielkiego księcia Jerzego Michałowicza, który przyjechał do Puszczy Białowieskiej z kuracji na Krymie.


Dnia 3 września, o czwartej po południu, najdostojniejsi goście opuścili Białowieżę, udając się do myśliwskiej posiadłości w Spale. Żegnała ich służba łowiecka i uczestnicy naganki, ustawiona w szereg przed pałacem. Podróż do Hajnówki po rozmiękłej od deszczu drodze zajęła aż dwie godziny.  Na pamiątkę pierwszego pobytu Cara Aleksandra III oraz następcy tronu Mikołaja w Puszczy Białowieskiej, na tarasie białowieskiego pałacu wmurowano w ścianę tablicę z odpowiednią informacją. Tablica ta przetrwała do początku okresu międzywojennego.

]

Car z rodziną na ganku pałacu w Białowieży

Już jako Car przybył do Puszczy Białowieskiej w 1897 roku, następnie zaś przyjeżdżał w latach 1900, 1903 i 1912. Po raz ostatni gościł w Białowieży w 1915 roku – wpadł do niej tylko na kilka godzin. Po pobycie w Puszczy Białowieskiej, Mikołaj II zazwyczaj udawał się koleją do Spały.

 

Kolejna wizyta Mikołaja II w Białowieży miała miejsce w 1900 roku. Monarcha przyjechał pociągiem, 17 sierpnia, o piątej po południu. Towarzyszyła mu najbliższa rodzina oraz wielcy książęta Michał i Włodzimierz Aleksandrowiczowie, Michał i Mikołaj Mikołajewiczowie, królewicz grecki Mikołaj, książę Albert Sachsen-Altenburg, generał-adiutant hr. Iłarion Woroncow-Daszkow, minister dworu baron Włodzimierz Frederiks, baron Piotr Hesse, generałowie-lejtnanci książę Włodzimierz Golicyn i książę Artur Grinwald, generał-major książę Wiktor Koczubej, lejb-chirurg Gustav Hirsch, gubernator grodzieński Mikołaj Dobrowolski i płk Aleksander Mosołow.
 
Po drodze do Białowieży, imperator wizytował rotę 61 pułku władimirowskiego, z której formowano jeden z ostatnich pułków wschodnich – syberyjskich strzelców. Pogoda była słoneczna i ciepła, temperatura w cieniu osiągała blisko 15 stopni Celsjusza. Car w dzienniku odnotował, że przyjemnie będzie znów spędzić czas w wygodnym pałacu.

 

Polowanie rozpoczęło się 18 sierpnia. Do lasu wyjechano powozami o wpół do dziewiątej rano. Dojazd na miejsce zajął półtorej godziny. Polowano w okręgu hajnowskim.


Rezultat pierwszego dnia łowów był znaczący. Ustrzelono 70 sztuk, w tym 12 żubrów. Car na swoim koncie zapisał dwa bardzo duże żubry, dwa kozły oraz dzika i lisa. Piękna pogoda wpływała pozytywnie na wszystkich polujących. Przykre odczucia sprawiał jedynie unoszący się podczas przejazdów pył. Gleba była bardzo sucha, opadów deszczu nie notowano od czerwca. Z polowania myśliwi wrócili o wpół do siódmej wieczorem. Po zjedzeniu obiadu odbył się przegląd upolowanej zwierzyny.

 

19 sierpnia do lasu wyjechano pociągiem, o dziewiątej rano. Ponieważ poprzedniego dnia ustrzelono dość dużo żubrów, tym razem postanowiono strzelać wyłącznie do bardzo starych okazów. Padł jeden duży żubr, ustrzelił go książę Albert Sachsen-Altenburg. Łącznie zabito 45 sztuk różnej zwierzyny, Car na swym koncie zapisał trzy kozły. Powrót do pałacu nastąpił o wpół do siódmej, wszystkich myśliwych pokrywała gruba warstwa pyłu. Temperatura powietrza utrzymywała się na poziomie poprzedniego dnia. Do posiłku przygrywała orkiestra 12 marjupolskiego pułku. Później grano w bilard.

 

20 sierpnia upał dokuczał już od samego rana. Ponieważ wypadła akurat niedziela, wszyscy udali się o godzinie dziesiątej na nabożeństwo do cerkwi. Tuż po nim odbyła się ceremonia poświęcenia nowego budynku żeńskiej szkoły ludowej na Stoczku, w której udział wziął Car z żoną. Uroczystość odbyła się w obecności licznych mieszkańców Białowieży i pobliskich wsi. Nowy budynek szkoły mieścił trzy izby lekcyjne i wygodne mieszkanie dla nauczycielki. Najdostojniejszych gości powitali: dyrektor szkół ludowych N. Fiwiejski i nauczycielka O. Bielska.

 

Po wejściu monarszej pary do dużej sali szkolnej, rozpoczął się obrządek poświęcenia. Proboszcz Michał Szyryński wygłosił krótką mowę i odśpiewał tradycyjne „wielolecie” dla ich Cesarskich Mości oraz całego Panującego Domu. Car i Caryca towarzyszyli duchownemu także przy poświęceniu pozostałych pomieszczeń szkoły. Po zakończeniu całej ceremonii, dyrektor Fiwiejski podprowadził do Aleksandry Fiodorownej sześć uczennic, które złożyły jej swoje robótki, wykonane pod kierunkiem nauczycielki i kuratorki honorowej szkoły A. Kołokolcowej. Były to pas haftowany do ekranu, serweta na stół z wyhaftowanym wypukło jedwabiem wizerunkiem żubra pośrodku, dwa ubranka dla dzieci monarszej pary, koszyczek zrobiony ze zgrzebnego płótna, nasączonego wonną substancją, w którym stały kwiaty, wykonane z wełny, woreczek, upleciony ze sznurka. W czasie wręczania prac jedna z uczennic wygłosiła krótką przemowę. Aleksandra Fiodorowna przyjęła robótki. Dziewczynki pocałowały ją w rękę.

 

Następnie Caryca obejrzała inne roboty uczniów. Objaśnień udzielała honorowa kuratorka szkoły. W tym czasie Car rozpytywał dyrektora szkół ludowych o stan rękodzielnictwa w szkole. Dyrektor miał okazję pochwalić się, że szkoła otrzymała na wystawie w Niżnym Nowgorodzie dyplom za wyroby rękodzielnicze. Następnie imperator oglądał rękodzieła uczennic. Na zakończenie uroczystości uczniowie i uczennice odśpiewali hymn narodowy.
 
Po powrocie do pałacu, zjedzono obiad. Przygrywała do niego orkiestra. Później część myśliwych wyjechała na polowanie. Car i książę Michał Aleksandrowicz postanowili zrobić przejażdżkę na wierzchowcach. Pokonali 20 km po wspaniałych, porośniętych trawą drogach. Powrót z polowania nastąpił o wpół do siódmej wieczorem. Ustrzelono 50 sztuk. Po obiedzie Car czytał i przeglądał dokumenty, inni grali w bezika i bilard.

 

21 sierpnia polowanie odbyło się w okręgu królewskim. Wyjechano o dziewiątej rano. Pogoda się zepsuła – wiał silny wiatr i przelotnie padał deszcz. Rezultat łowów mimo wszystko był udany, ustrzelono 70 sztuk. Car położył trzy kozły. Zapisał też w dzienniku, że w nagance, oprócz niższej służby łowieckiej, brało udział 660 żołnierzy z pułków 2 i 16 dywizji piechoty. W tej roli żołnierze spisali się wspaniale. Ich oficerowie byli zapraszani na śniadanie w lesie. Do pałacu wrócono o szóstej wieczorem. Pomimo opadów deszczu, wszyscy byli pokryci pyłem. Wieczór spędzono na grach.

 

22 sierpnia wyjechano do lasu o ósmej rano. Dłuższy czas poruszano się po trasie z poprzedniego dnia. Łowy odbyły się w okręgu królewskim. Rezultat zachwycił wszystkich polujących – ustrzelono 78 sztuk, z czego Car położył żubra, łosia, trzy kozły i dzika, choć z początku niczego nie mógł trafić. Temperatura powietrza spadła, ciągnęło już chłodem. Z łowów wrócono o wpół do siódmej wieczorem. Po obiedzie grano w bilard.

 

23 sierpnia pogoda nieco się poprawiła, ale pod koniec dnia zaczął padać deszcz. Myśliwi wyjechali o dziewiątej rano, do okręgu starzyńskiego. Skorzystano tym razem z szarabanów, mających siedzenia powyżej kół, przez co pył w mniejszym stopniu docierał do podróżnych. Ubito 63 sztuki. Imperator ustrzelił trzy kozły i żubra, do spółki z księciem Włodzimierzem Aleksandrowiczem. Powrót z puszczy nastąpił o siódmej wieczorem. Car narzekał na ból głowy, czekało go również mnóstwo dokumentów do przejrzenia, przysłanych z Petersburga. Na szczęście ból głowy po pewnym czasie ustał.

 

Polowanie 24 sierpnia odbyło się w okolicach Zwierzyńca. Wyjechano o dziewiątej rano, pociągiem. Z rzadka kropił deszcz, ale było ciepło. Śniadanie podano w domu nadłowczego Józefa Newerlego. Ustrzelono 72 sztuki. Car położył bardzo starego żubra, daniela i dzika. Do pałacu wrócono nieco wcześniej, bo już o szóstej wieczorem. Na monarchę czekała masa papierów, z którą udało mu się uporać jeszcze przed ułożeniem się do snu. Całe towarzystwo rozeszło się po pokojach nieco wcześniej, pijąc herbatę w swych komnatach.

 

W nocy nad Białowieżą przeszła silna burza z ulewnym deszczem. 25 sierpnia, o wpół do ósmej rano, niebo nieco się przetarło, choć nadal wiał mocny wiatr. Do lasu wyjechano o dziewiątej. Polowano w okręgu browskim. Padło 41 sztuk. Monarcha ustrzelił żubra, łosia, dwa kozły i lisa. Do pałacu wrócono bardzo późno. Wieczór upłynął monarsze na przeglądaniu papierów.

 

Ranek 26 sierpnia powitał polujących pogodnym niebem. O dziewiątej wyruszono do okręgu browskiego, ale w inne miejsce niż poprzedniego dnia. Monarcha odnotował w swym dzienniku, że Mikołaj Mikołajewicz już drugi dzień pozostał w pałacu, gdyż na jego pośladku pojawił się dokuczliwy wrzód. Polowanie przebiegało bardzo pomyślnie, dodatkowego uroku dodawały mu różne przygody myśliwych. Dzień zakończył się średnim rezultatem, padły 52 sztuki. Car strzelił cztery kozły i dwa lisy. Powrót nastąpił o siódmej wieczorem. Przegląd zwierzyny bardzo się opóźnił, gdyż trzeba było ją dowieźć z dość odległego miejsca.

 

W nocy z 26 na 27 sierpnia wystąpił mróz. O wpół do jedenastej polujący udali się do cerkwi na nabożeństwo, była akurat niedziela. Po powrocie do pałacu spożyto obiad, po którym na łowy wyjechała tylko połowa towarzystwa. Car z żoną, Michałem Aleksandrowiczem i księciem Dymitrem Dżambakurian-Orbelianim udali się na konną przejażdżkę po puszczy. Dotarli do jednego z miejsc, gdzie niedawno odbyło się polowanie i o wpół do szóstej wrócili do pałacu. Monarcha dużo czytał i pisał. Do księcia Mikołaja Mikołajewicza sprowadzono doktora, który przeciął mu wrzód. Samo polowanie zakończyło się mizernym wynikiem – ustrzelono jedynie 10 sztuk.

 

28 sierpnia do lasu wyjechano o wpół do dziewiątej. Ranek był chłodny, ale do południa znacznie się ociepliło. Polowanie, choć zakończyło się w strugach deszczu, przyniosło jednak dobry rezultat, upolowano 73 sztuki. Kilka większych zwierząt zostało tylko ranionych i umknęło w głąb puszczy. Car ustrzelił żubra, cztery kozły, dzika i dwa lisy. Powrót do pałacu nastąpił przed szóstą wieczorem. Na przeglądzie zwierzyny po raz pierwszy pojawiły się jelenie, których dotychczas nie strzelano. Wieczorem Car grał w trik-trak, z Mikołajem Mikołajewiczem, który czuł się już znacznie lepiej.

 

29 sierpnia był ostatnim dniem polowania w Białowieży, które przebiegło przy wspaniałej pogodzie. Odbyło się siedem pędzeń, upolowano 42 sztuki. Monarcha ustrzelił trzy kozły, dwa daniele i lisa. Po zjedzeniu obiadu dostojni goście pożegnali się ze strzelcami, leśniczymi i pozostałą obsługą polowania. Białowieżę opuścili o dziesiątej wieczorem, udając się do Spały, gdzie łowy przedłużono. Po drodze Car odwiedził żeński monaster w Leśnej.

 

Ciekawostką jest, że w polowaniu w Białowieży i Spale uczestniczył także znakomity tenisista angielski Thomas Burke, który w tym czasie przyjechał na występy do Warszawy.


Imperator podał w swym dzienniku, że w ciągu dwunastu dni polowania w Puszczy Białowieskiej ustrzelono 680 sztuk. Do tej liczby trzeba by jeszcze dodać 24 sztuki, które służba leśna odszukała w lesie po zakończeniu łowów. Car ustrzelił 48 sztuk (sześć żubrów, łosia, dwadzieścia siedem kozłów, trzy daniele, cztery dziki i siedem lisów). Oficjalne dane (zob. „Łowiec Polski” nr 21/1900) nieco różnią się liczbowo od zanotowanych przez imperatora. Wiemy, że upolowano 42 żubry, 36 łosi, 53 jelenie, 26 danieli, 325 kozłów, trzy sarny, 138 dzików, 51 lisów, trzy głuszce, cztery jarząbki i cztery słonki – łącznie 685 sztuk. Królem łowów został książę Albert Sachsen-Altenburg. Ubił on dwanaście żubrów, 37 jeleni, dwanaście łań (samica jelenia), cztery daniele, 39 kozłów, 24 dziki, dziesięć lisów i słonkę. (źródło: Piotr Bajko).


We wrześniu 1900 roku, opuściwszy Białowieżę, przejeżdżał przez Białą (obecnie Biała Podlaska). Do miasta wjechał 12 września o godzinie 8.20. Towarzyszyła mu Caryca Aleksandra Fiodorowna, córki – Olga, Tatiana i Maria, następca tronu i wielki książę Michał Aleksandrowicz, także wielcy książęta Włodzimierz Aleksandrowicz, Michał Mikołajewicz i Mikołaj Mikołajewicz oraz książę Albert Saksen-Altenburski. Na dworcu w Białej najdostojniejszych gości powitali generał-gubernator warszawski książę Aleksander Imeretyński, gubernator siedlecki Aleksander Wołżyn, radca tajny Eugeniusz Subbotkin i wicegubernator lubelski Aleksy Małajew. Car Mikołaj II przyjął raport honorowy od gubernatora, który zaraz potem wręczył carycy bukiet świeżych kwiatów.

 

Carska para wsiadła do powozów, którymi przejechała przez miasto, bogato ozdobione dywanami, flagami, zielenią i inicjałami rodziny panujących. Zgromadzona na ulicach ludność wznosiła niemilknące okrzyki „hura”. Orszak skierował się do prawosławnego żeńskiego monasteru Matki Bożej w Leśnej. O godz. 9.20 zatrzymał się przy moście przed monasterem. Przedstawiciele wójtów okolicznych gmin i miejscowej ludności powitali tutaj carską parę chlebem i solą, podanymi na ozdobnym drewnianym półmisku. Car z kilkoma osobami zamienił parę słów. U bramy monasteru carską parę spotkały mniszki na czele z przełożoną oraz dzieci uczące się w monasterze. Przy śpiewie „Zbaw Panie ludzi Twych” Car i Caryca udali się do cerkwi Podniesienia Krzyża Pańskiego, u wejścia do której powitał ich Herman, biskup lubelski. Gdy Liturgia dobiegła końca, Mikołaj II z żoną odwiedzili przełożoną Katarzynę, a potem obejrzeli monaster, świątynię, szpital i szkołę.

 

Wizyta w Leśnej dobiegła końca i najdostojniejsi goście o godz. 11.40 odjechali do Białej. Tutaj spożyli obiad i o godz. 12.20 wyruszyli pociągiem w dalszą drogę. Do stacji w Dęblinie (wówczas nazywanego Iwangrodem) carskiej parze miał zaszczyt towarzyszyć książę Imerytyński, który był także zaproszony do carskiego stołu. Wychodząca w Warszawie „Gazeta Świąteczna” (nr 1029/1900), powołując się na „Warszawskij Dniewnik”, poinformowała, że Car 30 sierpnia (12 września) wsparł finansowo monaster, ofiarowując na jego potrzeby pięć tysięcy rubli. Carska para ofiarowała ponadto taką samą sumę rzymskokatolickiemu klasztorowi na Jasnej Górze w Częstochowie, na odbudowanie wieży, zniszczonej przez pożar 2 (15) sierpnia 1900 roku.


Car Mikołaj II Romanow podporządkował puszczańską gospodarkę potrzebom łowieckim, dzięki temu dziko żyjące żubry przetrwały tu do XX wieku.


Ostatnie polowanie Cara w Puszczy Białowieskiej


Ostatnie łowy Mikołaja II w białowieskim mateczniku odbyły się więc w 1912 roku, po dziewięcioletniej przerwie. Białowieżanie, żegnając Cara w 1903 roku, spodziewali się, że zgodnie z ukształtowaną już tradycją monarcha odwiedzi ich miejscowość po upływie trzech lat, czyli w 1906 roku. Ale tak się nie stało! Nie przyjechał również w 1909 roku.


W pierwszym przypadku wpłynęła na to, jak się przypuszcza, niezbyt stabilna sytuacja społeczno-polityczna w imperium rosyjskim. Pod koniec stycznia 1905 roku, w związku z wybuchem rewolucji w Rosji, do ochrony carskiego pałacu w Białowieży oraz całego łowiska wraz z jego obiektami i urządzeniami, skierowany został 4 charkowski pułk ułanów, stacjonujący w Białymstoku i podlegający 4 dywizji kawaleryjskiej. To właśnie żołnierze tego pułku ochraniali w następnych latach polowania wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, który nie mógł oprzeć się pokusie łowów w Puszczy Białowieskiej. Imperator cały czas był informowany o sprawach dotyczących Puszczy. W czerwcu 1907 roku, w związku z nadmiernym rozmnożeniem się w białowieskich lasach brudnicy mniszki, wydał zezwolenie na wyrąb drzew opanowanych przez tego motyla.


Na przeszkodzie carskiej wizycie w 1909 roku stanęła z kolei najprawdopodobniej zaraza, jaka rok wcześniej wybuchła wśród puszczańskiej zwierzyny.


O planowanym przyjeździe Cara w 1912 roku białowieżanie dowiedzieli się już wiosną. W kwietniu przyjechał młody porucznik oraz starszy unteroficer, których zadaniem było wybranie spośród uczniów miejscowej szkoły czterdziestu chłopców i stworzenie z nich tzw. „pociesznego wojska”. Białowiescy chłopcy byli przeważnie chuderlawi, zdołano więc wybrać tylko trzydziestu pięciu „rekrutów”. Uszyto im jasnozielone koszule i spodnie, także czapki z daszkiem. Każdy „wojak” otrzymał drewnianą imitację karabinu. Wojskowej musztry uczono dwa razy w tygodniu. Porucznik zdradził chłopcom, że pod koniec lata wystąpią oni przed carewiczem Aleksym, który będzie z nimi uczyć się musztry.


W początku września w domach mieszkańców białowieskiej Zastawy rozlokowała się carska ochrona. Pojawili się również żołnierze z 4 charkowskiego pułku ułanów, którzy mieli  ochraniać polowanie. Wcześniej u zastępcy dowódcy wojsk warszawskiego okręgu wojskowego, generała Aleksieja Brusiłowa, zabiegał o to dowódca pułku Wiktor von Krug. Starania te poparł minister carskiego dworu, generał-adiutant hrabia Włodzimierz Frederiks.


Żołnierzom uszyto nowe umundurowanie. Dla wzmocnienia pułkowego chóru wynajęto kilku solistów z Warszawy. Na potrzeby sztabu pułku zaadaptowano najobszerniejszy dom w centrum Białowieży. Nad Narewką ustawiono polową kuchnię, która nęciła miejscową dzieciarnię „carską zupą”. Chłopi robili porządki na swych posesjach. Domy zostały udekorowane pikami i proporczykami. Przy drogach wjazdowych do Białowieży ustawiono budki dla dyżurujących żołnierzy. Kilka szwadronów, a także piechota i kozacy, ochraniali granice Puszczy.


Wkrótce zaczęły docierać poszczególne służby dworskie, później konie Cara i wielkich księżniczek, a wśród nich malutki pony Carewicza.


Przed przyjazdem Cara przeprowadzono kontrolę wszystkich linii kolejowych, po których monarcha miał jechać. W tym celu do Białowieży i Czyżewa przyjeżdżali minister wojny generał Włodzimierz Suchomlinow i minister komunikacji generał Sergiusz Ruchłow. Odcinek kolei nadwiślańskich od Siedlec do Wołkowyska, Małkini, Bielska Podlaskiego i Białowieży sprawdzał naczelnik tych kolei gen. Hesket wraz z naczelnikiem ruchu inż. Szołpem. Chciano się upewnić, że monarsze nic nie zagraża, bowiem wcześniej ujęto w Białymstoku inż. Adalberta Wrzoszczyńskiego – szpiega z Prus, który odwiedził m.in. Białowieżę, gdzie sporządził opis miejscowości oraz szkic tutejszych dróg i mostów.


Pomny niedogodności podróży z własnym ojcem – Car Mikołaj II  zadecydował o doprowadzeniu linii kolejowej z Hajnówki do samej Białowieży. Przed przybyciem Cara w Białowieży pośpiesznie dokańczano prace przy urządzaniu parku pałacowego, wyświęcono cerkiew, reperowano drogi, wreszcie… szkolono służbę leśną i łowiecką.

Cerkiew w Białowieży

Tymczasem Imperator z rodziną uczestniczył w uroczystościach z okazji setnej rocznicy wielkiej wojny Rosjan z francuskim Cesarzem Napoleonem, zorganizowanych w Moskwie. Później carska rodzina wyjechała pociągiem do Smoleńska, gdzie również odbyła się uroczystość jubileuszowa.


Do Białowieży najdostojniejsi goście przybyli w sobotę 14 września. Oprócz Cara i jego rodziny przyjechali wielki książę Dymitr Pawłowicz, wielkie księżniczki Olga i Tatiana Mikołajewny, książę Wiktor Koczubej, książę Sergiusz Biełosielskij-Biełozierskij, hrabia Włodzimierz Frederiks, hrabia Włodzimierz Orłow, generał-major Aleksandr Drenteln, gubernator grodzieński Wiktor Borzenko oraz inni dygnitarze.

Salonka w carskim pociągu

Monarcha jeszcze tego samego dnia wieczorem opuścił Białowieżę, udając się koleją północno-zachodnią do Czyżewa, gdzie 15 i 16 września obserwował wielkie manewry wojsk okręgu warszawskiego, w których udział brało ponad sześćdziesiąt tysięcy żołnierzy. Wojsko zrobiło na Mikołaju II duże wrażenie. Podczas wizytacji Carowi towarzyszyli wielki książę Dymitr Pawłowicz, minister dworu cesarskiego i członkowie świty. W południe 17 września Car powrócił do Białowieży.

Car w oknie pociągu

Salonki w pociągu carskim

Duże zainteresowanie na całej trasie przejazdu budził pociąg carski, który składał się z 11 wagonów. Mieściły się w nich m.in. sypialnia, salon, dwa gabinety, kuchnia. Były też wagony dla służby i dwa wagony bagażowe. Cały skład mierzył 220 metrów. Pociąg ogrzewano parą i oświetlano elektrycznością.

Rampa kolejowa

Okazale prezentowała się kolejowa rampa carska w Białowieży. Umiejscowiono ją w odległości ponad 300 metrów od pałacu. Skrzydła głównego budynku tworzyły pośrodku kwadratowy plac, nad którym wznosiła się kopuła z imperatorską koroną. Z okazji carskich przyjazdów rampa była dekorowana flagami i girlandami z zieleni oraz wyściełana dywanami. Na klombie urządzano powitalne napisy z kwiatów, przedstawiano też kwietnego państwowego orła. Prace te wykonywali sprowadzeni specjalnie z Warszawy ogrodnicy. (żródło: http://www.przegladprawoslawny.pl).


Rozpoczęły się polowania. Obowiązywało zarządzenie Cara, że każdy uczestnik polowania może ustrzelić tylko jednego żubra. Do lasu wyjeżdżano około godziny ósmej rano. Kawalkada aut liczyła 20-30 pojazdów. Nigdy nie było wiadomo, w którym jedzie Car. Policjanci w tym momencie jakby zapadali się pod ziemię, monarcha bowiem wręcz chorobliwie nie znosił ich widoku. Z polowania wracano pomiędzy piątą a szóstą wieczorem. Uroczysty przegląd zwierzyny odbywał się po kolacji.

18 września wypadło święto pułków – kawaleryjsko-gwardyjskiego im. Marii Fiodorowny i 4 ułańskiego charkowskiego. Na wydany z tej okazji uroczysty obiad zaproszeni zostali dowódcy i oficerowie obu pułków. Monarcha wznosił toasty i pił za zdrowie żołnierzy. Pułkowy historyk, rotmistrz Bogdanowicz, wręczył Carowi książkę „Historia charkowskiego pułku od momentu jego powstania”. Car i wszyscy wyżsi członkowie dworu wpisali się do pułkowej księgi honorowej. Monarcha spytał na boku dowódcę pułku, Wiktora Kruga, w jaki sposób mógłby sprawić pułkowi jakąś przyjemność. Ten odpowiedział, że mogłoby to być  awansowanie na oficera sztabowego rotmistrza Kisielowa. Car zgodził się. Nazajutrz, w cerkwi, dowódca specjalnie postawił rotmistrza przy Carze. A podczas śniadania Car pogratulował zaskoczonemu oficerowi jego awansu na podpułkownika i wzniósł z tej okazji toast.

W sobotę 21 września (święto Narodzin Matki Bożej) i w niedzielę 22 września najdostojniejsi goście byli obecni na Liturgii w miejscowej cerkwi, w której w 1909 roku wykonano ceramiczny ikonostas z materiału – jak twierdzili starsi mieszkańcy Białowieży – ofiarowanego przez Mikołaja II. Po nabożeństwach w pałacu podawano wystawne obiady. Oprócz stałych ich uczestników zapraszani byli na nie także gubernator grodzieński, zarządca Puszczy Białowieskiej, proboszcz, dowódca brygady kawaleryjskiej oraz dowódcy pułków: 1 kolejowego, 11 dońskiego kozackiego im. hr. Denisowa i 4 ułańskiego charkowskiego. Ten sam zaszczyt spotkał również sztabsoficerów i dowódców szwadronów tegoż pułku, tudzież sztabsoficera i ośmiu ober¬oficerów 61 włodzimierskiego pułku piechoty, którzy pełnili w Białowieży służbę podczas carskich polowań.


Śniadanie 22 września umilał występ chóru trębaczy 4 ułańskiego pułku charkowskiego. Carewicz Aleksy podczas pobytu w Białowieży bawił się bronią i grał na bębnie. Odbywał także z ojcem motorowe przejażdżki po lesie. Pewnego razu udało się im natrafić na stado żubrów, składające się z dwudziestu sztuk. Widzieli też dzika. Któregoś dnia przeżyli w lesie przygodę, gdyż ugrzązł im w błocie motor. Z Tatianą Mikołajewną Aleksy zbierał w lesie grzyby.

Car Mikołaj II, Caryca Aleksandra Fiodorowna i Księżna Boriatyńska na polowaniu w Puszczy

Wielka Księżna Maria Pawłowna

Choremu na hemofilię Carewiczowi nie zawsze udawało się ustrzec kontuzji. 18 września, wskakując do łódki na stawie przed pałacem, zrobił bardzo szeroki krok i uderzył się lewym bokiem o jej krawędź. Doznał lekkiego wylewu wewnętrznego. Fakt ten zataił przed rodzicami, gdyż obawiał się, że nie dostanie obiecanego przez ojca rowerka.

Mikołaj II z synem Carewiczem Aleksym

Milczał tak długo, aż w którymś momencie zemdlał. Wtedy dopiero opiekujący się Carewiczem doktor medycyny Włodzimierz Derewienko stwierdził obrzmienie w lewym dole biodrowym, które rozpoznał jako krwotok pozaotrzewnowy. Chłopcu podniosła się temperatura, przeleżał w łóżku osiem dni. Chorym opiekował się lekarz i jego matka, która umilała synowi czas czytaniem. O ćwiczeniu żołnierskiej musztry z białowieskim „wojskiem” nie mogło być mowy, chociaż w przeddzień wyjazdu Aleksy zaczął już bawić się, oczywiście sam, w pałacowej komnacie. Był jeszcze słaby. Wieść o kontuzji Carewicza szybko obiegła Białowieżę. Mieszkańcy bardzo przeżywali to przykre zdarzenie. Miejscowy urzędnik, Gwaj z Zastawy, ułożył na cześć Aleksego wiersz, który uczniowie śpiewali na lekcjach, na naprędce skomponowaną melodię.


27 września wypadło święto Podniesienia Krzyża Pańskiego. W cerkwi odprawiono Liturgię. Po jej zakończeniu przybyły z Grodna arcybiskup grodzieński i brzeski Michał pobłogosławił Najdostojniejszą Rodzinę ikonami. Po wyjściu ze świątyni carską parę spotkała przed pałacem piętnastoosobowa delegacja chłopów-kolonistów z guberni grodzieńskiej. Na czele delacji stali pełnomocnik komitetu rolnego w guberni wileńskiej, kowieńskiej i grodzieńskiej, radca stanu Rochmanow oraz stały członek grodzieńskiej komisji rolnej, radca stanu Jabłokow. Podczas ceremonii przedstawiania monarsze delegacji obecni byli gubernator grodzieński, minister dworu cesarskiego i członkowie świty. Delegacja powitała Cara i wręczyła mu chleb i sól. Monarcha zaprosił chłopów do pałacu, na obiad. Podobne zaproszenie otrzymał także arcybiskup Michał oraz przebywający w Białowieży wyżsi urzędnicy państwowi, dowódcy pułków i przedstawiciele miejscowej administracji.

Car Mikołaj II przy upolowanym przez siebie żubrze

Carski żubr

W ostatnich dniach pobytu w Białowieży Car nagrodził złotymi zegarkami kapelmistrza pułkowych trębaczy Demidowa oraz sztabowego trębacza Płońskiego. Pułkowi natomiast podarował wypchany okaz zabitego przez siebie dzika, z dołączoną do niego tabliczką informacyjną, wykonaną ze srebra. Dzik ten i otrzymane później od zarządcy Puszczy Białowieskiej eksponaty żubra, lisa i medaliony głów jeleni z porożem stały się ozdobą sali zebrań oficerów pułku w Białymstoku. Obok nich zawisł obraz znanego malarza-pejzażysty Jakowa Browara  „Myśliwska droga w Białowieży”, sprezentowany pułkowi na pamiątkę ochrony carskiego polowania. Z żubra upolowanego przez Cara Mikołaja II wykonano eksponat muzealny.

Z upolowanego przez Cara żubra wykonano eksponat muzealny

Warto też wspomnieć, że jeden z żołnierzy, o nazwisku Stelmach, otrzymał osobistą pochwałę od Cara, a przez dowódcę pułku został nagrodzony srebrnym zegarkiem. Żołnierz ów, wjeżdżając na myśliwską dróżkę na koniu, dostrzegł w pewnym momencie podążających w jego stronę na koniach monarchę i wielkiego księcia Dymitra Pawłowicza. Nie wpadł w popłoch, lecz ostro ściął konia i zawrócił ze ścieżki. Przeskoczył szeroki rów i stając na baczność oddał honory przejeżdżającym. Imperatorowi i księciu bardzo to się spodobało.


Łowczy Stefan Charczun twierdził, że podczas polowania w 1912 roku rewolucjoniści przygotowali zamach na Cara, przeciągając w poprzek drogi, między drzewami, drut na wysokości szyi osób siedzących w samochodzie. Łowczy towarzyszył Carowi, gdy ten jechał odkrytym samochodem przez puszczę. Los chciał, że wcześniej jadący tą samą szosą samochód ciężarowy zerwał rozciągnięty nad nią drut, ratując życie carowi i łowczemu.


Na zakończenie każdego dnia łowów urządzano przegląd ustrzelonej zwierzyny. Nazywano go z niemiecka sztreką lub pokotem. Po kolacji myśliwi wychodzili przed pałac i podziwiali swoją zdobycz. Zwierzynę układano na lewym boku, pod rosnącymi tutaj starymi dębami. Na przedzie leżały sztuki ustrzelone przez Cara, za nimi – zdobyte przez pozostałych uczestników polowania. Przestrzegano też hierarchii zwierzęcej. Każdy pokot otwierały żubry, następnie leżały jelenie, daniele itd. W przypadku, gdy ktoś ustrzelił drobną zwierzynę lub jakiegoś ptaka, sztuki te umieszczano od frontu, przed zwierzyną grubą. Całość przystrajano girlandami z gałązek dębowych i świerkowych.

Nadłowczy Józef Newerly ustawiał się przed frontem ułożonej zwierzyny, łowczowie natomiast zajmowali miejsce po jego lewej stronie. Z tyłu pokotu stali strzelcy z trąbkami, za nimi pozostały personel łowiecki oraz pałacowi robotnicy, ubrani w czerwone koszule. Trzymali oni w rękach latarnie, które oświetlały otoczenie. Wszyscy byli zwróceni twarzami do pałacu. Widowisko to obserwował nieco z dala tłum ciekawskich, złożony z miejscowych urzędników, przyjezdnej inteligencji, a także z mieszkańców Białowieży. Na przeglądy przybywali ludzie z bliżej i dalej położonych miejscowości – z Białegostoku, Grodna, Brześcia Litewskiego a nawet z Warszawy. Przyciągała ich przede wszystkim możliwość ujrzenia z bliska carskiej rodziny i wielkich książąt.

Józef Newerly - Wielki Łowczy Carów Aleksandra III i Mikołaja II

Z przeszklonego ganku pałacu jako pierwszy wychodził Car z rodziną, a za nim jego świta i goście. W tym momencie zapalano pochodnie, umocowane na drewnianych słupkach, ustawionych w czterech rogach placu. Trębacze rozpoczynali sygnał powitania. Dostojni myśliwi zatrzymywali się przed ułożoną zdobyczą. Nadłowczy podchodził do Cara i składał raport z ilości i rodzaju upolowanej zwierzyny. W chwili wskazywania przez niego kordelasem na poszczególne gatunki zwierzyny, orkiestra łowiecka odgrywała odpowiednie hejnały na ich cześć. Sygnały były wykonywane według zwyczaju przyjętego w Niemczech – na trąbkach typu pless.


Po zakończeniu ceremonii myśliwi podchodzili do ułożonej zwierzyny, sprawdzali celność swych strzałów i opowiadali szczegóły jej zdobycia. Car kończył oględziny podziękowaniem za wynik polowania i wracał do pałacu. Trębacze żegnali go marszem. Rozchodziła się także publiczność.


Po przeglądzie zwierzynę przekazywano preparatorowi, który w specjalnym pomieszczeniu oddzielał łby z porożem od tusz, wygotowywał je i następnie robił medaliony. Trofea te trafiały do pałacu lub były zabierane przez myśliwych. Tusze zwierzęce szły do lodowni. Młodsze kozły i dziki przeznaczano do pałacowej kuchni, a pozostała część była rozdawana wojsku, pracownikom administracji leśno-łowieckiej i chłopom. Niektóre partie mięsa odprawiano do Petersburga.


Brak jest oficjalnych danych o ilości ustrzelonej w 1912 roku zwierzyny. Wiemy jednak, że było wśród niej jedenaście żubrów. Ciekawe, że broń, której Mikołaj II używał podczas tego polowania (dubeltówka i repetler), dziwnym trafem w 1931 roku znalazła się w posiadaniu jednej z firm prowadzących handel bronią w Warszawie. Wystawiono ją tutaj do sprzedaży komisowej. Dubeltówka była precyzyjnie cyzelowana, a ciężkie i masywne hebanowe szkatułki do broni miały bogate rzeźbienia. Artystyczne rzeźby widniały również na ich pokrywach, wykonanych z orzecha.

Wyjazd carskiej rodziny

Carska rodzina i goście wyjechali z Białowieży 29 września, bardzo późnym wieczorem (godz. 11), kierując się do Spały. Pawilon kolejowy udekorowany został na tę okazję kwiatami i girlandami. Prowadzącą do niego aleję oświetlały rzęsiście tysiące lampek. Carską rodzinę odprowadzali książę Wiktor Koczubej, gubernator grodzieński, zarządca Puszczy Białowieskiej, dowódca brygady artyleryjskiej generał Krasowski oraz dowódcy pułków 4 ułańskiego charkowskiego i 11 dońskiego kozackiego im. hr. Denisowa. Książę Koczubej i gubernator Borzenko wręczyli bukiety żywych kwiatów Aleksandrze Fiodorownie i wielkim księżniczkom. Na chwilę przed odjazdem w oknach pociągu pojawiły się sylwetki Cara, Carycy z synem i wszystkich księżnych. Tuż za carskim pociągiem wyruszył skład towarowy, w którym wieziono konie, pojazdy i obsługę. Do Spały najdostojniejsi myśliwi dojechali 17 września, przed południem.

Stacja Białowieża Pałac dawniej i obecnie

Jak twierdził Pierre Gillard, nauczyciel monarszych dzieci, Carewicz Aleksy podczas pobytu w Spale, na skutek jazdy powozem po wyboistej drodze, ponownie uderzył się i jego stan nagle się pogorszył. Pojawiła się krwawa opuchlizna pod pachą, która groziła przejściem w ciężkie zakażenie krwi. Z zachowaniem najwyższej ostrożności chłopca przewieziono ze Spały do Carskiego Sioła, gdzie rodzina spędziła zimę.


Polowanie w Białowieży bardzo spodobało się jednej z córek Mikołaja II – Tatianie. 4 października, będąc już w Spale, napisała list do swojej cioci, wielkiej księżnej Kseni Aleksandrowny, w którym z zachwytem relacjonowała: „W Białowieży było bardzo śmiesznie. Jeździliśmy z Papą na polowanie, Olga i ja. Maria z Anastazją były tylko dwa razy. Ja stałam na stanowisku dwa razy u Papy, raz u ks. Golicyna, raz u ks. Biełosielskiego i raz u Drentelna. Było bardzo pięknie”.

 

 

"Polowania carskie w Puszczy Białowieskiej trwały dwa tygodnie. Miejscowa służba łowiecka, na czele której stał nadłowczy Józef Newerly, przygotowywała je bardzo starannie. Z Białowieży Car udawał się do Spały, gdzie kontynuował łowy, poświęcając na to również dwa tygodnie. Polowano przeważnie z naganką, rzadziej z podjazdu.


Przygotowanie łowów zabierało dużo czasu i pracy, dlatego też roboty w terenie rozpoczynano już w czerwcu. Najpierw ustalano tzw. mioty (inaczej – pędzenia). Chodzi tu o teren, z którego naganka pędzi zwierzynę podczas zbiorowego polowania w kierunku myśliwych. Miotów było zazwyczaj osiem. Każdy z nich obejmował dwie wiorsty kwadratowe. Wybierano przede wszystkim te miejsca, gdzie było najwięcej zwierzyny. W miotach wyznaczano stanowiska, w których robiono półkoliste zasłony ze spleconych ze sobą gałązek świerkowych; ich wysokość wynosiła 1,30 m. Jeśli stanowiska wypadały w mokrych lasach, to wewnątrz zasłony układano podłogę z desek, a przez rowy kładziono mostki dla dogodnego przejścia. Wewnątrz stanowisk mocowano kijek z drewna liściastego, do oparcia strzelby. Przed stanowiskiem przecinano tzw. wizurki, dla lepszej obserwacji pędzącej zwierzyny i oddania strzału. Robiono również wizurki dla naganki. Od jej strony, malowano wapnem na drzewach pionowe i poziome linie. Za każdym skrzyżowaniem wizurek ustawiano słupki dla sygnalistów, specjalnie oznaczone. Ostatnia wizurka, na sto metrów przed myśliwymi, miała słupki z czerwonym znakiem, który zakazywał strzelania w miot. Dla utrzymania zwierzyny w miocie, zawieszano na ich granicach tzw. fladry, czyli różnokolorowe szmatki. W taki sam sposób odgradzano granice wewnętrzne każdego miotu.


Robiono również zakręty dla podjazdów i wybierano miejsca, w którym miano podawać myśliwym śniadanie. Znajdowało się ono przeważnie w odległości półtora kilometra od czwartego miotu, ponieważ właśnie po tym miocie zarządzano przerwę na posiłek. Teren oczyszczano z runa i zarośli. Ustawiano specjalny szałas z daszkiem na wypadek deszczu. Szykowano dwa duże stoły i kilka długich ławek. W ten sam sposób oczyszczano miejsce dla kuchni polowej. Tutaj także ustawiano stoły i ławki, ponadto stawiano parę namiotów.


Po opracowaniu planu miotów sporządzano szczegółowy opis porządku polowania. Uwzględniał on z góry ustalane marszruty, oddzielnie dla każdej grupy (myśliwi, naganka, kuchnia itp.), także dokładną godzinę wyjazdu do lasu oraz drogi prowadzące do miejsca zbiorów i z powrotem. Przydzielano po dwóch dozorców dla naganki, taborów z kuchniami, furmanek do przewozu zwierzyny, pojazdów myśliwskich itp.

 
Po zakończeniu tych wszystkich prac nadłowczy wraz z podległymi mu pięcioma łowczymi, objeżdżał cały teren polowania. Asystował im zarządca Puszczy. Plan ogólny oraz plany poszczególnych miotów, były przesyłane do Zarządu Puszczy. Tutaj, w kreślarni, wykonywano mapki Puszczy dla każdego uczestnika polowania. Oznaczano na nich odrębnym kolorem mioty na każdy poszczególny dzień, również ich ilość, porządek i kierunek. Mapki posiadały ozdobną oprawę.

 

Rychłe przybycie monarchy i jego gości zwiastowało pojawienie się w Białowieży tajnej policji. Tuż za nią przybywały pociągi z powozami, ekwipażami i pięknymi końmi. Dla koni i powozów był przeznaczony osobny budynek, położony niedaleko pałacu; zachował się on do dzisiaj. Zjeżdżała także policja pałacowa i służba wszelkiego rodzaju.

 

Polowanie rozpoczynało się przeważnie na drugi dzień po przybyciu Cara. Myśliwi ubrani w stosowne stroje, zbierali się przed pałacem. Car wychodził w towarzystwie carycy i dwóch frejlin. Na miejsce łowów udawał się zazwyczaj typową rosyjską „trojką”. Czasem wykorzystywano kolej. Podczas ostatniego polowania w 1912 roku używano już samochodów. Nigdy nie było wiadomo, w którym jedzie Car. Przejazd Cara był ochraniany przez policję.

 

Na stanowiska łowieckie monarchę doprowadzał nadworny łowczy, pozostałych uczestników łowów – nadłowczy Puszczy. Krzesełka i broń donosili na miejsce lokaje. Każdemu z myśliwych towarzyszył strzelec, którego zadaniem było ładowanie i podawanie broni. Car miał natomiast przy sobie dwóch strzelców z rohatynami. Ich zadaniem było w skrajnie niesprzyjających sytuacjach zatrzymanie rozjuszonego zwierzęcia.

 

Carowi na stanowisku łowieckim towarzyszyła od czasu do czasu jego żona. Odznaczała się ona nadzwyczajnym opanowaniem, czego już nie można było powiedzieć o frejlinach, siedzących na drugorzędnych stanowiskach. Co i rusz wykrzykiwały one i przeszkadzały myśliwym w celowaniu. Car strzelał bardzo celnie, ale tylko do celów pewnych.


Imperator nie brał udziału w losowaniu stanowisk, stawiany był zawsze na najlepszym miejscu. Pozostali myśliwi stanowiska losowali. Polowano zwykle w 16 strzelb.


Rozpoczęcie polowania oznajmiał sygnał trąbek. Na ich dźwięk naganka ruszała miarowym krokiem naprzód. Składała się ona z trzech lub czterech drużyn wojska, zazwyczaj po 150 osób na cztery mioty. Dla żołnierzy robiono wcześniej specjalne obuwie z łyka lipowego (łapcie), aby mogli oni swobodniej przemieszczać się po puszczy, szczególnie po partiach podmokłych. Naganiaczy prowadziła służba łowiecka.
 
Wystraszona zwierzyna pędziła początkowo w stronę myśliwych, lecz po pierwszych strzałach rzucała się na wszystkie strony. Biegła przeważnie na nagankę. Niejednego z naganiaczy przewróciła, nie obywało się w tych przypadkach także bez okaleczeń. Sznury były przez zwierzynę rwane. Strzały pomimo tego padały często, w jednym miocie nawet do kilkudziesięciu.

 

Po zakończonym miocie myśliwi przechodzili na następny. Służba łowiecka w tym czasie podchodziła do każdej zabitej sztuki i przywiązywała do jej rogów albo do ucha drewnianą tabliczkę z nazwiskiem zdobywcy. Następnie na przesiekach pojawiała się specjalna grupa, złożona ze strzelców, strażników łowieckich oraz paru robotników, która zbierała upolowaną zwierzynę, patroszyła ją i odwoziła do Białowieży. Kierujący grupą spisywał przedtem z tabliczek nazwiska myśliwych, aby móc sporządzić raport. Poszukiwanie sztuk zranionych w lesie odbywało się przy pomocy bardzo drogich psów tropowców, które sprowadzano z Niemiec.

 

Na śniadanie przeznaczano 30-40 minut. Po nim następował dalszy ciąg polowania, czyli kolejne cztery mioty. Z polowania wracano do pałacu pod wieczór. Każdy uczestnik otrzymywał opis upolowanej przez niego zwierzyny.

 

W niedziele i święta polowania odbywały się tylko po południu. Przed południem car i świta udawali się na nabożeństwo w miejscowej cerkwi.

 

Jak podaje Stefan Seferyniak („Las Polski” R. 1925, str. 420-422), jeden dzień carskiego polowania, nie licząc utrzymania dworu, kosztował 7-8 tysięcy rubli. Na czas przebywania imperatora poczta w Białowieży zwiększała swą obsadę prawie trzykrotnie. Oprócz tego w pałacu instalowano przenośną stację telegraficzną, mającą bezpośrednie połączenie z Petersburgiem i Warszawą" (Autor: Piotr Bajko)


Pożegnanie Cara Mikołaja II z Białowieżą.


Car Mikołaj II odwiedził Białowieżę aż sześciokrotnie. Po raz pierwszy, jeszcze jako następca tronu, zawitał tu w 1894 roku. Towarzyszył swemu ojcu - Carowi Aleksandrowi III, który, pomimo ciężkiego stanu zdrowia, wybrał się do Puszczy Białowieskiej na polowanie. Ostatni raz przyjechał tu w 1915 roku. Wizytę tę poprzedziło zbudowanie linii kolejowej z Lewek do Hajnówki oraz okazałego pałacu carskiego w samej Białowieży. Do tego właśnie pałacu Mikołaj Aleksandrowicz będzie przyjeżdżać, już jako imperator, wraz z żoną i dziećmi oraz licznymi gośćmi. Odwiedzi on Białowieżę w 1897, 1900, 1903, 1912 i 1915 roku.

 

Car i Caryca Aleksandra Fiodorowna bardzo lubili Białowieżę i otaczające ją lasy. Chętnie tutaj wracali, także wspomnieniami. Białowieża w tym czasie zyskała wiele. W 1897 roku doprowadzono do niej linię kolejową z Hajnówki, wybudowano okazały dworzec kolejowy.

 

Wokół pałacu pojawiły się liczne budowle towarzyszące, założono dwa parki, wybudowano murowaną cerkiew, nowy gmach Zarządu Puszczy Białowieskiej oraz budynek szkoły ludowej. Nie sposób też nie wspomnieć o szosie, łączącej Prużanę z Białowieżą, Hajnówką i Bielskiem Podlaskim, którą oddano do użytku w 1903 roku.

 

Car z reguły gościł w Białowieży przez dwa tygodnie. Polował tutaj i wypoczywał, a później odwiedzał jeszcze Spałę. Po raz ostatni zawitał do Białowieży 22 czerwca 1915 roku. Tym razem przyjechał sam, bez żony i dzieci, tylko na jeden dzień.  Trwała już I Wojna Światowa, jednakże Białowieża znajdowała się jeszcze poza zasięgiem działań wojennych. Po upływie dwóch miesięcy Niemcy dotarli także do Puszczy. Sytuacja na froncie w maju i czerwcu 1915 roku nie była dla Rosji pomyślna. Wojska austro-węgierskie kontynuowały natarcie, zmuszając rosyjską armię do pozostawienia Galicji.  

Car Mikołaj II przez cały czerwiec przebywał w kwaterze głównej w Baranowiczach, prawie nigdzie z niej nie wychodził. W głowie tliła mu się jednak myśl o odwiedzeniu Białowieży. W liście pisanym 16 czerwca z kwatery głównej do żony zwierzał się: "Zamierzam wyjechać wkrótce samochodem do Białowieży na cały dzień, zrobię to niespodziewanie".  Caryca odpisała mu, że całkowicie popiera ten pomysł. Wyraziła zadowolenie, że spędzi on "przyjemny dzień na łonie przyrody, z dala od intryg". Z rozrzewnieniem wspominała ich wspólne pobyty w Białowieży, z wyjątkiem tego ostatniego, kiedy ich syn Aleksy zachorował. Na zakończenie dodała: "Znajdziesz moje imię wypisane w sypialni, na oknie, które wychodzi na balkon, pod moimi inicjałami z drutu na okiennej ramie".

 

W następnym liście radziła mężowi, by nikomu nie mówił o zamiarze wyjazdu do Białowieży.

22 czerwca Car dotarł do Białowieży i od razu wysłał telegram do żony. Dokładną relację z pobytu złożył żonie następnego dnia, po powrocie do kwatery głównej. Pisał, że rozkoszował się Białowieżą, choć czuł się dziwnie, będąc sam, bez niej i dzieci. Pomimo odczucia samotności i smutku, cieszył się na widok pałacu i miłych ich sercu komnat. Zapomniał na chwilę o teraźniejszości i na nowo przeżywał dni minione.  Zwierzył się też, że noc przed wyjazdem spędził w trwodze. Zaraz po skończeniu gry w domino pojawił się u niego wielki książę Mikołaj Mikołajewicz i przekazał mu telegram, który dopiero co otrzymał od generała-adiutanta Michała Wasiljewicza. Generał informował, że Niemcy przerwali linię frontu i wchodzą głęboko na ich tyły. W tej sytuacji Car nie mógł wyjechać do Białowieży o godzinie 10, tak jak to sobie zaplanował. Ale już o godz. 11.40 otrzymał od generała-adiutanta następny telegram, w którym ten donosił, że przerwanie linii zostało zlikwidowane, nieprzyjaciel został odrzucony, ponosząc ciężkie straty. W tej sytuacji Car o godz. 12, z ulgą w sercu, pędził już ze wszystkimi swoimi współtowarzyszami w kierunku Puszczy Białowieskiej.

Ostatni papieros Cara w Puszczy Białowieskiej

W liście do żony Car relacjonował, że droga do Białowieży ciągnie się 183 kilometry, ale jest bardzo ładna i równa. Do pałacu dotarł o godz. 15.20, pozostali zaś docierali co 5 minut, w tumanach okropnego pyłu. Z zapisków generała żandarmerii Aleksandra Spirydowicza, naczelnika pałacowej ochrony wynika, że główny szofer pomylił drogi i zamiast około dwustu, przejechano trzysta kilometrów. W drodze do Białowieży doszło do wypadku. Pięć kilometrów przed celem podróży auto carskiej ochrony najechało na podwodę i zabiło furmana, 56-letniego Ilję Sacharczuka.  Tego dnia po szosie Prużana - Białowieża - Hajnówka jechał sznur około 500 podwód, które wiozły 2000 robotników do pracy przy budowie fortów w Grodnie. Koń Ilji Sacharczuka, trzymany przez właściciela za uzdę, spłoszył się i odrzucił swego gospodarza na szosę, wprost pod auto ochrony.

 

Car Mikołaj II zainteresował się wypadkiem. Wysiadł z auta i przyjrzał się zabitemu chłopu. Porozmawiał z jego współtowarzyszami, którzy przyszli na miejsce wypadku i nakazał wypłacić wdowie, 46-letniej Aksinie Sacharczuk, 500 rubli na pogrzeb i inne wydatki. Rodzinie miano także wypłacać rentę 250 rubli rocznie. Sacharczukowie mieli sześcioro dzieci od 4 do 22 lat.

 

Po przybyciu wszystkich do Białowieży, w pałacowej jadalni podany został posiłek na zimno. Po przekąsce Car pokazał współtowarzyszom pałac i jego komnaty. Odwiedzono też muzeum, dużo spacerowano po parku. Następnie wszyscy wyjechali do Zwierzyńca, gdyż bardzo chcieli zobaczyć żubry i inne zwierzęta. Poszczęściło się im, gdyż spotkali duże stado żubrów, bardzo niespokojnie na nich patrzących. Widzieli też jelenie.


Jechali przez las około 30 wiorst, po świetnych, pokrytych trawą dróżkach, aż przy końcu Puszczy wyjechali na szosę prużańską. Pogoda była wspaniała. Tego lata trwała taka susza, że nawet błota zanikły, a gęsty pył unosił się nawet z leśnych dróg. Niebawem wszyscy mieli twarze szare od pyłu i trudno było rozróżnić, kto jest kim. Najbardziej ubrudzony był niewielki wzrostem admirał Konstantin Niłow, z najbliższego otoczenia Cara.

Car informował żonę, że nowym zarządcą Puszczy Białowieskiej został Gieorgij Lwow - "tłusty człowieczek, krewny admirała", ożeniony z siostrą Borisa Stürmera, członka Rady Państwowej. Poprzedni zarządzający, Mitrofan Golenko, otrzymał awans do Moskwy (w Białowieży zostawił po sobie znakomicie urządzone muzeum). Car pisał też, że zmarł proboszcz białowieskiej cerkwi Michał Szyryński oraz zarządca carskich polowań Józef Newerly. Następcą tego ostatniego został Ewald Bark, krewny ministra finansów, Piotra Barka. Przepracował on tutaj 20 lat jako leśniczy, był energicznym człowiekiem, doskonale znającym las i zwierzynę.

 

W drodze powrotnej z Białowieży we wszystkich autach zaczęły niespodziewanie pękać opony. Z tego powodu auto Cara musiało się zatrzymywać trzykrotnie. Był to skutek upalnego dnia i mnóstwa walających się na szosie gwoździ. Postoje wyszły jednak wszystkim na dobre, ponieważ dawały możliwość wyjścia i rozprostowania nóg. Wieczorem i w nocy królowała wspaniała świeżość, a powietrze w lesie było upojnie aromatyczne.

 

Do kwatery Car wrócił o godzinie 22.45. Właśnie wtedy, gdy pociąg z generałem Michałem Wasiljewiczem zatrzymywał się. Po rozmowie z generałem, Car ze współtowarzyszami zjadł kolację i od razu położył się spać. 26 czerwca zwierzał się żonie w liście, że po pobycie w Białowieży czuje się lepiej, choć w tym czasie martwił się bardzo brakiem wiadomości, gdzie i jakie wojska się znajdują.

Car z rodziną

12 lipca 1918 roku Uralska Rada Robotnicza podjęła decyzję o zamordowaniu całej carskiej rodziny. Głównym wykonawcą rozkazu miał być Jurowski. Od tej chwili przyszły kat jeździł po okolicy szukając odpowiedniego miejsca do pozbycia się ciał. Znalazł je 14 lipca 1918 roku w nieczynnej kopalni, kilkanaście kilometrów od Jekaterynburga, w uroczysku „Czterech braci”.


16 lipca 1918 roku z rozkazu Jurowskiego zabrano z wartowni dwanaście rewolwerów. Większość z nich rozdano Węgrom. O północy obudzono więźniów. Kazano im się ubrać mówiąc, że trzeba opuścić miasto, bo wybuchły w nim rozruchy. Do czasu odjazdu mieli przebywać w suterynach. Ruszyli, po schodach prowadzących na podwórze. Jurowski ze swoim czekistą Nikulinem szli przodem, za nimi Car z chorym synem na rękach, potem Cesarzowa z córkami, doktor Botkin, Demidowa, Charitonow i zamykający pochód Trupp. Więźniów wprowadzono do przylegającego do suteren pokoju, wcześniej zajmowanego przez Austriackiego jeńca Rudolfa. Tam mieli czekać na transport, który przewiezie ich w bezpieczne miejsce. Poprosili o krzesła. Carewicz nie mogąc stać usiadł po środku pokoju. Po jego lewej zasiadł Car ojciec, Aleksandra Fiodorowa znalazła się przy ścianie, tuż obok drzwi. Najdalej stała służąca. Kiedy zaniepokojona rodzina gnieździła się w pokoju, za ścianą czekało już dziesięciu katów uzbrojonych w rewolwery.


Po wyjściu Jurowskiego zapadła cisza. Słychać było pierwsze niespokojne szepty. Nagle do pokoju wpadła gromada Węgrów z odbezpieczonymi rewolwerami. Towarzyszył im Jurowski i dwaj jego przyjaciele Jermakow oraz Waganow. Plutonem egzekucyjnym, na migi, dowodził Miedwiediew. Do więźniów dopiero w tym momencie dotarła groza sytuacji. Wnet otoczył ich milczący półokrąg oprawców. Cesarzowa patrząc na rewolwery uczyniła znak krzyża.
Jurowski, który już wcześniej zastrzegł sobie zabicie Mikołaja II, uczynił scenę jeszcze bardziej dramatyczną. Wystąpił na przód i rzucił do Cara:


- Wasi chcieli was ocalić. Nie udało się. Musicie zginąć!
Potem niewyraźnie odczytał wyrok śmierci. Do Cara nie docierały jego słowa. Mrugał nerwowo oczami i pytał swojego kata:
- Co? Co?
- Ot co! - krzyczał oprawca i przyłożył lufę do carskiej skroni. Pociągnął za cyngiel. Rewolwer wypalił…


Car zginął na miejscu. Miedwiejew strzelił do Carewicza, który wił się w agonalnych bólach na podłodze. Dobił go Jurowski. Pod gradem strzałów padła na ziemię Wielka Księżna Anastazja. Ranna krzyczała i ręką zasłania się przed bagnetami dobijających ją Węgrów. Między konającymi i katami biegała rozhisteryzowana służąca Demidowa. Na nią mordercy potrzebowali więcej kul.


Oprawcy przeszukali jeszcze ciepłe ciała ofiar w poszukiwaniu kosztowności, po czym zawinęli je w prześcieradła i przenieśli do podstawionej przed domem ciężarówki. Kondukt prowadzony przez Waganowa jadącego na koniu, ruszył przez Jekaterynburg. Szybko wjechali w lasy. Tam stanął im na drodze wóz z pobliskiej wsi. To chłopka Zykowa z synem i synową wiozła ryby na targ. Waganow pod groźbą śmierci kazał jej zawracać i nie oglądać się za siebie. Chłopka jednak zerknęła i zobaczyła uzbrojoną grupę na pace samochodu. Zyrkowie wpadli do swojej wsi i budząc wszystkich oznajmili, że „biali” nadeszli. Wiejski zwiad dotarł do uroczyska „Czterech braci”. Tam zagrodzili im drogę uzbrojeni bolszewicy tłumacząc, że mieli tam właśnie ćwiczyć rzucanie granatami.


W domu Ipatjewa czekiści sprzątali miejsce zbrodni. Pokój tonął we krwi. Posoka spływała aż po schodach, znacząc ślad jakim niesiono zawinięte w prześcieradła ciała. Zakrzepła krew pozostała na meblach i w szparach podłogowych desek. Tak bestialskiej rzezi nie można było ukryć na długo. Jekaterynburg huczał od plotek. Kilka dni później na murach miasta pojawiły się obwieszczenia:


„Mając pewne dane, iż bandy czechosłowackie zagrażają czerwonej stolicy Uralu, Jekaterynburgowi i że ukoronowany kat mógłby uciec przed sądem ludowym (odkryto spisek białogwardzistów, mający na celu wywiezienie rodziny Romanowów), prezydium komitetu obwodowego, wykonując wolę ludu, zdecydowało, że były Car Mikołaj Romanow zostanie za swe niezliczone krwawe zbrodnie rozstrzelany. Niniejsze postanowienie wykonano w nocy z dnia 16 na 17 lipca. Resztę rodziny Romanowów wywieziono z Jekaterynburga i przewieziono w bezpieczne miejsce”.


Dopiero po wielu latach szczegóły tej zbrodni wyszły na jaw. Mimo, że przez dekady legendy, choćby o cudownie ocalałej Anastazji, zapładniały umysły nie tylko Rosjan, śmierć rodziny Romanowów nie kryła aż takich zagadek. Rodziła za to kolejne mity. Niezwykle pobożny Car, który zginął tak tragiczną śmiercią, przez wielu prawosławnych Rosjan nazywany jest Mikołajem Męczennikiem. W 1981 roku ostatni Car Rosji zbliżył się do świętości, został kanonizowany przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną poza Granicami Rosji. W 2001 roku śladem swojego odłamu poszła Rosyjska Cerkiew Prawosławna.


Śmierć carskiej rodziny to wydarzenie kończące pewną epokę w dziejach Rosji. Po nim nastały mroczne lata, w których cieniu kryją się oprawcy podobni do carskich morderców. Może, gdyby Mikołaj II miał choćby minimalne wyczucie społecznych nastrojów, nie skończyłby życia w tak straszny sposób. (źródło: Piotr Jezierski)

Albert I książę Monako

Albert I (ur. jako Albert Honoré Charles Grimaldi; ur. 13 listopada 1848 r. w Paryżu, zm. 26 czerwca 1922 r. w Paryżu), 11. książę Monako od 10 września 1889 r. do 26 czerwca 1922 r., syn księcia Karola III Grimaldi i Antoinette de Merode.

 

Przez cały XIX wiek żubry należały do zwierząt szczególnie poszukiwanych przez kolekcje zoologiczne. Zezwolenie na ich odstrzał dla celów naukowych było bardzo trudne do uzyskania. Carska administracja Puszczy Białowieskiej, ostatniego miejsca w Europie, gdzie żubr jeszcze wówczas występował, chroniła „króla europejskich puszcz". Pozwolenia na polowania wydawane były rzadko i rezerwowano je niemal wyłącznie dla carskiej rodziny i zagranicznych - w Rosji szczególnie ważnych i cenionych - polityków i arystokratów. Jednym z nielicznych gości, którym pozwolono na ubicie dwóch żubrów, był książę Monako Albert I z dynastii Grimaldi. Książę był ostatnim uczestnikiem wielkich łowów, organizowanych w Puszczy Białowieskiej za czasów carskich. Polowanie to odbyło się w ostatnich dniach stycznia 1913 roku.


Do Białowieży, na zaproszenie Cara Mikołaja II, przyjechał książę Monako Albert I  z dynastii Grimaldi. Car nie mógł towarzyszyć księciu, gdyż w tym czasie był zajęty innymi sprawami. Razem z księciem przyjechał jego stały adiutant Henri Bourée oraz lekarz osobisty dr. Loüet, a także kilka innych osób. Z polecenia gubernatora Warszawy, gościom przez cały czas ich pobytu w Puszczy towarzyszył Wacław Mariewski - przedstawiciel zarządu kolei nadwiślańskich. Do Białowieży całe towarzystwo przybyło pociągiem 29 stycznia 1913 roku, w godzinach porannych. Na dworcu kolejowym gości witali: Mitrofan Golenko - zarządca Puszczy Białowieskiej, Józef Newerly - organizator reprezentacyjnych polowań oraz Otto Renke - zarządca pałacu cesarskiego.

 

Łowy trwały trzy dni - od 29 do 31 stycznia. Pierwszego dnia do Puszczy wyjechano po południu. Polowanie odbyło się bez naganki. 18-stopniowy mróz wcale nie przeszkadzał myśliwym. Książę Albert miał na sobie pelisę z podbiciem futrzanym, a na nogach buty wyłożone futrem. Efekt polowania okazał się dla myśliwych pomyślny. Książę ubił żubra i jelenia, a pozostali uczestnicy łowów trzy jelenie i dwa dziki. Śniadanie spożyto w specjalnym pawilonie. Wiedząc o całkowitej abstynencji najważniejszego gościa, alkoholu nie podawano. Książę, jako zapalony myśliwy, zachwycał się obfitością puszczańskiego zwierzostanu. Nie krył też swego podziwu dla samej Puszczy, która go wprost oczarowała.

 

Drugiego dnia łowów książę ustrzelił żubra, jelenia i potężnego dzika. Padły ponadto trzy jelenie i dzik. W polowaniu nie uczestniczył dr Loüet, który pozostał w pałacu, by pomierzyć i sfotografować trofea z pierwszego dnia polowania.
 
Trzeciego dnia wyjazd do Puszczy nieco się przeciągnął. Kierownicy miejscowej administracji postanowili bowiem bliżej zapoznać gości z białowieskim pałacem. Po zakończeniu spaceru po komnatach pałacowych, gości zaproszono na śniadanie. Podano na nie między innymi polędwicę z żubra, upolowanego przez księcia. Do Puszczy myśliwi wyjechali około południa. Tym razem książę położył celnymi strzałami dwa kapitalne jelenie. Padł też dzik i postrzelono daniela, który umknął w puszczański gąszcz.

 

Po powrocie z Puszczy i krótkim odpoczynku, goście zostali zaproszeni na pożegnalny obiad. Po jego zakończeniu książę Albert podziękował za wspaniałe przyjęcie w Białowieży. Jej gospodarzom wręczył wysokie odznaczenia. Zarządca Puszczy zrewanżował się księciu albumem z pięknymi widokami Puszczy Białowieskiej. Wraz z żoną zaprosił też gościa na wieczór do swojej siedziby, na prywatne przyjęcie. Następnego dnia książę wysłał do Cara Mikołaja II telegram z podziękowaniami za okazaną mu w Białowieży gościnność.

 

Do Warszawy dostojny gość przyjechał 1 lutego. Przebywał tutaj kilka dni, będąc podejmowany przez miejscowych arystokratów. W podróż powrotną wyruszył 5 lutego.

 

W ślad za księciem powędrowały do Monako zdobyte w Puszczy Białowieskiej trofea. Na podstawie inwentarza, zachowanego w Archiwum Pałacu Książęcego w Monako, wiemy, że były to szkielety i skóry dwóch żubrów, czterech jeleni i jednego dzika, oczyszczone i umyte w Białowieży, a następnie pod eskortą urzędnika odwiezione do granicy państwa. Żubry spreparował w Anglii Rowland Ward. Dzisiaj znajdują się one w zbiorach Muzeum Antropologii Prehistorycznej w Monako i Narodowego Muzeum Historii Naturalnej w Paryżu. (źródło: Piotr Bajko).

I jeszcze jeden opis tego polowania zamieszczony w Przeglądzie Zoologicznym     XLIX , 1-2 (2005) : 31-38.


Polowanie księcia Monako Alberta I w Puszczy Białowieskiej w 1913 roku i losy dwóch zabitych przezeń żubrów

 

Jednym z nielicznych gości, którym pozwolono na ubicie dwóch żubrów, był książę Monako Albert I (z dynastii Grimaldi. Księciu bardzo zależało na tym pozwoleniu. Był podróżnikiem, mecenasem muzeów zoologicznych i badań (głównie oceanograficznych, antropologicznych i prehistorycznych) i przyrodnikiem. Na swoich jachtach Hirondelle i Princesse Alice II odbył szereg wypraw naukowych, m.in. na Azory i Spitsbergen, skąd przywiózł bogate zbiory zoologiczne. Jak wielu arystokratów tamtej epoki, Albert I był zapalonym myśliwym. Pragnął uzyskać żubra dla dynamicznie rozwijających się zbiorów przyrodniczych księstwa Monako. Dzięki jego hojności w Paryżu utworzono Instytut Paleontologii Człowieka, działający do dziś. Księciu zależało, aby także ten Instytut posiadał w swojej kolekcji żubra, zwierzę - zdaniem francuskich paleontologów - szczególnie ważne dla prehistorii człowieka w Europie.

 

Przyjazd i polowanie Alberta I opisano w Journal de Monaco (nr 2863 z dnia 11 lutego 1913 roku) w rubryce Dom Panujący. Poniżej prezentujemy pełną treść tego artykułu po tłumaczeniu z języka francuskiego (oryginalny tekst tłumacza).

 

Jego Wysokość Książę otrzyma! pozwolenie Jego Wysokości Cara Rosji na polowanie w jego dobrach w Białowieży (gubernia grodzieńska). 27 stycznia Jego Wysokość pojechał pociągiem z Paryża do Warszawy. Towarzyszyli mu adiutant - lejtnant marynarki Bouree i pan doktor Loiiet, osobisty lekarz. Na granicy rosyjskiej Jego Wysokość Książę spotkał się z jak najlepszym przyjęciem ze strony władz. Od tej chwili towarzyszył mu w różnych podróżach pan Weneslas de Maryewski, szef Kontroli Transportu [w oryg.: Contróle du Service Mobile], przydzielony rozkazem Jego Ekscelencji Gubernatora Warszawy. Po przybyciu do tego miasta, przez które jedynie przejechał z jednego dworca na drugi nie opuszczając pociągu, Jego Wysokość Książę został przyjęty przez księcia generała Melikoffa - adiutanta Gubernatora, generała Kesketha - dyrektora Kolei Nadwiślańskich, pana Scholpa - dyrektora Transportu (w oryg.: Dtrecteur des Mouvements) i inne osobistości, które towarzyszyły Jego Wysokości Księciu podczas przejazdu, Na Dworcu Brzeskim J.W. Książę przesiadł się wraz z osobami ze swego otoczenia do specjalnego wagonu przygotowanego z najwyższym komfortem. Pan Maryewski i pułkownik żandarmerii W. Smirnicki towarzyszyli mu, podróżując w innym specjalnym wagonie.


30 stycznia około godz. 9 rano pociąg przybył do Białowieży, gdzie J.W. Książę został przyjęty przez pana Generała Golenkę, administratora dóbr, pana Józefa Neverly, Inspektora Łowieckiego i pana Otto Rekka, zarządcę pałacu. Bezzwłocznie udano się do apartamentów oddanych do dyspozycji Księcia na czas pobytu, a położonych w skrzydle pałacu.


J.W. Książę pozostał w Białowieży do 1 lutego. Podejmowano go z największą gościnnością. Każdego dnia wyruszał saniami do wspaniałej Puszczy, mającej 1.250.000 ha domeny łowieckiej J.W. Cara, w której żyje gruba zwierzyna łowna. Licznie rozmnażają się tutaj dziki, jelenie i sarny. Spotyka się także łosie i żubry (niewłaściwie zwane turami) - ostatnich przedstawicieli gatunku, który niemal wyginął w Europiei i  nie występuje nigdzie indziej z wyjątkiem Kaukazu. To wyjątkowa, rzadka okazja dla myśliwego móc polować na taką zwierzynę.

 

J.W. Książę ubił dwa okazy tych zwierząt oraz kilka jeleni i dzików. Dzięki staraniom personelu dóbr pomiary zabitych zwierząt zostały natychmiast wykonane przez lejtnanta marynarki Bouree. Zwierzęta zostały wypatroszone, a ich szkielety oczyszczone pod nadzorem doktora Louet. Podjęto także wszelkie niezbędne działania, aby móc później wypchać te zwierzęta tak cenne dla kolekcji muzeów historii naturalnych.

 

W przededniu wyjazdu Książę został zaproszony na prywatne przyjęcie do pana i pani Golenko, a 1 lutego odjazd odbył się w warunkach wcześniej opisanych. Po przyjeździe do Warszawy około godz. 7 wieczorem Jego Wysokość został przyjęty przez generała księcia Melikoffa, który stawił się do Jego dyspozycji na czas pobytu w Warszawie oraz przez najwyższe kierownictwo Służb Kolei. Przybyli także pan Schulmann, szef osobistego gabinetu jego ekscelencji gubernatora, generał Balk z kierownictwa policji i inni, J.W. Książę pojechał następnie do Hotelu Bristol, gdzie rząd zarezerwował dla niego apartamenty. Po kolacji udał się do Teatru Nowości, aby w loży rządowej obejrzeć operetkę.


2 lutego w południe Jego Ekscelencja Gubernator wraz z adiutantem, pułkownikiem straży udali się z wizytą do Jego Wysokości, który odznaczył ich Wielką Wstęgą Orderu Świętego Karola. O godz. 1 (po południu) J.W. Książę wraz z lejtnantem marynarki Bouree i doktorem Louet udał się na zamek, aby wziąć udział w obiedzie wydanym na Jego cześć przez Ekscelencje Gubernatora i panią Scalon. W obiedzie uczestniczyli książę i księżna Czetwertyńscy, pan Essen, łowczy Jego Wysokości (Cara), markiza Wielopolska, książę i księżna Braniccy, księżna Augusta Potocka, generał Sirelius, generał Klueff, pan Malicheff, prezydent Warszawskich Teatrów Rządowych], pani Tolbousine, pan i pani Schoulmann, generał książę Melikoff  i inni. Pod koniec posiłku Jego Ekscelencja Gubernator wygłosił przemówienie na cześć J.W. Księcia, który podziękował za wielką gościnność, z jaką spotkał się w Rosji, a zakończył wznosząc toast za J.W. Cara i Ich Ekscelencje Gubernatora i panią Scalon.

 

Podczas pobytu w Warszawie Jego Wysokość spotkał się z jak najżyczliwszym przyjęciem ze strony administracji oraz polskiego społeczeństwa. Przyjęty został przez księżną i księcia Branickich, którzy oprowadzili go po swoim pałacu w Wilanowie, gdzie znajduje się godne podziwu muzeum pamiątek historycznych i artystycznych, stanowiących cenne świadectwo dla studiów historii Polskich Królów, którzy mieszkali w tym pałacu. Książę zwiedził także dawną królewską rezydencję w Łazienkach, gdzie został przyjęty przez pułkownika lejtnanta Liatina, który go oprowadził. Odwiedził także interesującą stację miejskich filtrów oraz Instytut Politechniczny, gdzie kształci się inżynierów dla przemysłu, kopalni, elektryczności, chemii itp. Chwała za istnienie tej instytucji, w której znajdują się doskonałe laboratoria, duże kolekcje geologiczne i wspaniałe modele najnowocześniejszych maszyn, należy się panu Wertheimowi, jednemu z głównych sponsorów tej fundacji. Zakończmy wyliczanie informacją o przyjęciu wydanym na cześć Jego Wysokości przez markizę Wielopolską, w którym wzięli udział Jego Ekscelencja Gubernator i pani Scalon oraz liczne osobistości Polskiego Społeczeństwa.

 

5 lutego Jego Wysokość opuścił Warszawę. J.E. Gubernator w towarzystwie uprzednio wymienionych adiutantów i sztabu przyszedł Go pożegnać na dworzec. Zauważmy obecność, pomiędzy innymi, pana Wertheima, radcy państwa, pana Millera, szambelana i prezydenta miasta, generała Meiera, komendanta policji. O godz. 2.45 pociąg odjechał i Książę oddał ostatnie honory licznym żegnającym Go osobom.

 

Podczas pobytu Jego Wysokości wysłane zostały następujące telegramy. W odpowiedzi na telegram J.W. do J.W. Cara, oznajmiający przyjazd do Białowieży zawierający podziękowanie za zgotowane przyjęcie, J.W. Car wysłał taką depeszę:

 

„Książę Monaco, Białowieża. Mam nadzieję, że pobyt w Białowieży pozostawi u Księcia miłe wspomnienia. Mikołaj”.

 

Po pobycie w Białowieży Jego Wysokość wysłał telegram do J.W. Cara:

 

„Opuszczam Białowieżę z niezapomnianymi doznaniami, przesyłam Waszej Wysokości wyrazy najwyższego szacunku oczekując, że spotkawszy Waszą Wysokość, będę mógł osobiście przekazać podziękowania. Oddany Waszej Wysokości Albert, książę Monaco”.

 

Po dotarciu nad rosyjską granicę w Kaliszu, J.W. Książę wysłał do Jego Ekscelencji następującą depeszę:

 

J.E. Gubernator Warszawy. „Nie chcę opuścić polskiego terytorium bez podziękowania za okazane mi względy i napisania o radości i cennych wspomnieniach z tej podróży.”

 

Nieco więcej informacji o samym polowaniu Alberta I zawiera artykuł N. DE WOUYTCHA, jaki ukazał się w Rives d'Azur (miesięczniku wychodzącym w Monako) nr 335 w kwietniu 1938 roku, a więc ćwierć wieku po odbytym polowaniu w Puszczy Białowieskiej i 16 lat po śmierci Alberta I:

 

Książę Albert I z Monako w Białowieży

 

Z okazji polowań marszałka Goeringa w Polsce, gazety na całym świecie mówiły o wielkich obszarach leśnych Białowieży i żubrach, nadzwyczaj rzadkich zwierzętach z rodziny pustorogich. Przed I Wojną Światową Białowieża należała do apanaży rodziny Cara Rosji. Jakiś czas temu, ostatni carski administrator tych dóbr opublikował w Paryżu, na łamach emigracyjnego pisma La Renaissance, swe wspomnienia z Puszczy, opis organizacji dóbr i polowań oraz jej wybitnych gości. Wspomniał między innymi szlachetną postać Księcia Alberta I z Monako.


Przyjazd Księcia Alberta został zapowiedziany panu Golenko przez Centralną Administrację Apanaży w lutym 1913 roku. . Instrukcje przekazane w związku z wizytą Księcia precyzowały, że Car Mikołaj zezwalał gościowi na zabicie dwóch żubrów, Nadzwyczajny to przywilej, zważywszy na rzadkość tych zwierząt, Książę przybył [do Białowieży] 23 lutego  wraz z adiutantem - lejtnantem marynarki Bouree i swoim lekarzem, doktorem Louet. Rozgościli się oni w apartamentach Wielkiego Księcia Mikołaja Mikołajewicza.


Tego roku klasyczna rosyjska zima nastała dopiero na tydzień przed przyjazdem Księcia. Śnieg spadł obficie, a temperatura wynosiła 25° poniżej zera. Droga dla sań przedstawiała się wspaniale, a olbrzymie pokryte śniegiem drzewa tworzyły widok o  zadziwiającym pięknie. Jednak ten piękny krajobraz nie byt nieznany Księciu, który z przyjemnością opowiadał panu Golenko o swoich polowaniach na Spitsbergenie I i na niedźwiedzia grizzly w Ameryce Północnej. Przez 4 dni, które spędził w Białowieży, Książę chodził w butach wyłożonych futrem, ubrany w krótką pelisę również podbitą futrem, aby uniknąć złych skutków zimna. Wielokrotnie okazywał satysfakcję z tego ubioru w rosyjskim stylu.


Książę zapowiedział, że szkielety zabitych żubrów zostaną przeznaczone na dary dla francuskich i angielskich muzeów zoologicznych. Począwszy od pierwszego dnia, książę okazał się nadzwyczajnym strzelcem. Zabił żubra pierwszym wystrzałem; zwierzę padło jak rażone piorunem. Po tym wyczynie Książę przemierzył Puszczę, podziwiał stada różnych zwierząt i zabił kilka z nich. Następnego dnia upolował jelenia i dzika. Trzeciego dnia książę zabił drugiego żubra. Mięso obu żubrów zostało starannie zdjęte. Książę skosztował język i filet i uznał je za doskonałe, ale było to głównie zasługą kucharza, ponieważ mięso żubrze jest w zasadzie niezbyt smaczne, kości i skóry zostały oczyszczone i umyte, a następnie pod eskortą urzędnika i zgodnie z instrukcjami księcia, odwiezione do granicy do wysłania.


W przeddzień wyjazdu Książę Albert wręczył administratorowi apanaży order Świętego Karola i rozdał różne nagrody personelowi uczestniczącemu w polowaniach. Z kolei zarządca apanaży przedstawił Jego Wysokości album z widokami Białowieży, który książę zgodził się przyjąć na pamiątkę swojego pobytu, który uznał za jeden z najprzyjemniejszych.

 

Było to ostatnie polowanie na żubry w Puszczy Białowieskiej za panowania w niej rosyjskich Carów. Wtótce wybuchła I Wojna Światowa i dla Puszczy nastał niedobry okres.

 Podsumowując te czasy należy stwierdzić że, Carowie rosyjscy, będący od 1795 roku włodarzami Puszczy Białowieskiej, otoczyli żubry i inną zwierzynę,  jako swą własność, specjalną opieką. 10 września 1802 roku „przypisano" do Puszczy chłopów ze wsi Czwirki, Panasiuki, Kamienniki i Myzinary Pałuckie w celu ochrony żubrów „przed wybijaniem, straszeniem i dla wyżywienia". Ostatnią z tych miejscowości zastąpiono następnie wsiami Kiwaszyn i Roszkówka. Do obowiązków chłopów z wymienionych wsi, zamieszkujących łącznie 108 gospodarstw, należało przygotowywanie siana na zimowe dokarmianie żubrów, utrzymywanie w dobrym stanie dróg leśnych, ochrona przeciwpożarowa oraz uczestnictwo w polowaniach w charakterze naganiaczy. Ukazem z 1803 roku Aleksander I objął żubry ochroną, wprowadzając wymóg uzyskania odręcznego zezwolenia carskiego na ich łapanie lub zabijanie, a na wstęp do Puszczy Białowieskiej trzeba było otrzymać upoważnienie miejscowej administracji.


Od 1809 roku corocznie przeprowadzano spis żubrów. Odbywało się to w ten sposób, że zimą, po opadach śniegu, wszyscy strażnicy w umówionym dniu dokonywali inspekcji swych obchodów, licząc ślady wchodzące i wychodzące oraz sprawdzając zwierzostan wewnątrz rewirów. Metoda ta była niezbyt ścisła, o czym świadczą znaczne nieraz wahania liczby zwierząt między kolejnymi latami, ale jej rezultaty odzwierciedlają ogólne trendy zmian stanu liczebnego białowieskiego stada. Statystyki te wykazały, że liczba żubrów zwiększała się systematycznie do 1857 roku, kiedy to osiągnęła swój punkt kulminacyjny - 1898 sztuk. Następnie doszło do gwałtownego spadku liczebności tych zwierząt i jej ustabilizowania się na poziomie około 500 sztuk. Na początku XX wieku białowieskie stado powiększyło się do około 700 osobników i w tym stanie przetrwało do początku I Wojny Światowej.

 

Opisując polowania w Puszczy Białowieskiej nie sposób pominąć ludzi, którzy te polowania organizowali dla carów i wywarli wielki wpływ na rozwój samej Puszczy Białowieskiej.

Józef Newerly (1841-1914)

Wielki łowczy w Puszczy Białowieskiej w okresie panowania dwóch ostatnich Carów rosyjskich – Aleksandra III i Mikołaja II. Jego wnukiem (po kądzieli) był pisarz i pedagog – Igor Newerly (1903-1987), a prawnukiem jest Jarosław Abramow-Newerly (ur. 1933 r.)


Józef Newerly urodził się w 1841 roku w Czechach. W młodości praktykował, a później pracował na stanowisku leśniczego w ekskluzywnych gospodarstwach łowieckich hrabiego Georga von Stockau i hrabiego Berchtoltza na Morawach (kraina we wsch. części dzisiejszej Republiki Czeskiej).


W 1872 roku feldmarszałek książę Aleksander Bariatyński zaprosił Newerlego do organizacji gospodarstwa łowieckiego w Skierniewicach. Po śmierci księcia w 1879 roku, Newerly został przeniesiony do organizującego się gospodarstwa łowieckiego w Spale. Pracował tutaj do 1894 roku. Otrzymał wówczas od księcia Leonida Wiaziemskiego – naczelnika Głównego Zarządu Apanażów propozycję objęcia stanowiska wielkiego łowczego, czyli oberjegermajstra w zarządzie administracji leśnej Puszczy Białowieskiej.


Newerly przybył do Białowieży w 1894 roku. Świeżo upieczonemu oberjegermajstrowi powierzono reorganizację służby łowieckiej na wzór zachodnioeuropejski. Zarząd Dóbr Apanażowych zatwierdził nową administrację łowiecką Puszczy już w 1895 roku.
Obowiązki oberjegermajstra i jego podwładnych szczegółowo określała instrukcja o polowaniu zatwierdzona dla Puszczy w 1896 roku i uzupełniona w 1902 roku. Wielki łowczy obowiązany był kierować pracą służby łowieckiej i czuwać nad prawidłowym wykonywaniem wszystkich czynności, które do niej należały. Musiał też ochraniać, rozmnażać i dokarmiać zwierzynę, a także tępić drapieżniki. Car chciał mieć bogate, zasobne w zwierzynę łowisko.
Newerly na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że nadmierne rozmnożenie zwierzyny doprowadzi z czasem do jej degeneracji, a przy tym ucierpi drzewostan Puszczy. Nie mógł jednak postąpić niezgodnie z obowiązującymi go wytycznymi, musiał wypełniać swoje zadania. Później będzie o to obwiniany przez różnych autorów.


W lecie 1894 roku oberjegermajster podjął działania mające na celu odświeżenie krwi puszczańskiej zwierzyny drogą jej wymiany prace te prowadził do końca swej pracy w Puszczy. Inną istotną sprawą, którą zajmował się J. Newerly od początku swej służby, było zakładanie w Puszczy dróg przeznaczonych do polowań. Prace te rozpoczęto już jesienią 1894 roku. Drogi miały za zadanie umożliwienie dojazdu do każdego rejonu Puszczy i śledzenie zwierzyny. Poczynając od 1896 roku, J. Newerly budował też podjazdowe drogi myśliwskie, przeznaczone wyłącznie do polowań z podjazdu. Budowano także na szeroką skalę paśniki i szopy na siano. Rozpoczęto regularne rozwożenie karmy ustalonymi drogami leśnymi, przecinającymi Puszczę w różnych kierunkach. W każdej z pięciu jednostek łowieckich znajdował się centralny skład paszy. W celu wzbogacenia bazy pokarmowej wprowadzano do Puszczy różne nowe gatunki roślin. Powiększający się stan zwierzyny już w 1898 roku wymusił na Zarządzie Puszczy zmniejszenie powierzchni pastwisk w lesie do około 28,6 tys. ha.

 

Stan żubrów – najważniejszej zwierzyny w Puszczy Białowieskiej – wykazywał stały spadek od początku drugiej połowy XIX wieku, ale już za czasów J. Newerlego zatrzymał się na poziomie ponad 600 sztuk i zaczął wzrastać. Niestety, liczne choroby wybuchające wśród puszczańskiej zwierzyny w latach 1904-1911, skutecznie hamowały ten wzrost.


Do podstawowych zadań J. Newerlego należało także przygotowywanie oraz prowadzenie carskich i wielkoksiążęcych polowań. Musiał on wybrać odpowiednie oddziały oraz ustalić ich liczbę na każdy dzień polowania. On także opracowywał porządek i plan polowania. Wyznaczał linie i stanowiska strzeleckie, zarządzał przecinkę wizurek (linii strzeleckich), a także kierował tymi robotami. Szkolił straż łowiecką i leśną oraz naganiaczy, rekrutujących się z miejscowych chłopów. Wszystkie prace przygotowawcze zatwierdzał zarządca Puszczy, ale samym przebiegiem polowania kierował już samodzielnie J. Newerly.


Pierwsze polowanie w Puszczy Białowieskiej, z jakim prawdopodobnie miał do czynienia nowy oberjegermajster, odbyło się w marcu 1894 roku. Chodziło o odstrzelenie nadzwyczaj agresywnego żubra, który sprawiał strażnikom wiele kłopotu, przy tym zabijał inne żubry. Dalej – J. Newerly urządzał polowania carskie – dla Aleksandra III (w 1894 roku) i Mikołaja II (w 1897, 1900, 1903 i 1912 roku). Były też polowania wielkoksiążęce – w 1902 roku (dla Włodzimierza Aleksandrowicza) oraz w 1907 i 1913 roku (dla Mikołaja Mikołajewicza). W 1913 roku zorganizował polowanie dla księcia Monaco – Alberta.


W 1913 roku oberjegermajster był już poważnie chory. Mimo to uczestniczył jeszcze w organizacji muzeum przyrodniczo-łowieckiego w Białowieży, które oddano do użytku w lipcu 1914 roku. Pracę w Puszczy J. Newerly zakończył z końcem 1913 roku. Stanowisko po nim objął w styczniu 1914 roku jego bliski współpracownik – Ewald Bark. Zły stan zdrowia spowodował, że Józef Newerly wiosną 1914 roku wyjechał na badania lekarskie do Warszawy. Lekarze stwierdzili u niego raka żołądka. Przeprowadzono operację, której jednak wielki łowczy nie przeżył. Zmarł w czerwcu 1914 roku. Rodzina postanowiła pochować go na cmentarzu prawosławnym na Woli.


O śmierci starego łowczego wspomniał w swoich pamiętnikach Car Mikołaj II, przy okazji krótkiego i ostatniego pobytu w Białowieży w dniu 25 czerwca 1915 roku. Dziwi jednak trochę, że napisał o nim jako o człowieku, którego nie znał? A przecież widział go wiele razy, gdyż obowiązkiem Newerlego było składanie raportu o ilości ubitych sztuk na zakończenie każdego dnia polowania. W tzw. sztrekach (przeglądach upolowanej zwierzyny) Car zawsze uczestniczył. Newerly w stroju łowieckim podchodził do każdej ustrzelonej sztuki i wskazywał na nią kordelasem. Sztreka odbywała się pod dźwięki orkiestry, złożonej z funkcjonariuszy służby łowieckiej. Po zdaniu raportu Newerly chował kordelas do pochwy i oddalał się ze swego miejsca.


Wnuk Igor tak opisał swego dziadka: „Stary, ale jary, rumianolicy, z białą brodą jak święty Mikołaj, nawet ładniejszy, taki dumny z orlim nosem i ostrym strzeleckim spojrzeniem, z pewnością ładniejszy od świętego, tylko bez takiej słodkiej, wigilijnej dobroci, gdzie tam, słodyczy nie ma w sobie żadnej, ale mądry, ale najważniejszy”.


W Puszczy Białowieskiej Józef Newerly mieszkał w Zwierzyńcu – niewielkiej osadzie przy zwierzyńcu żubrowym. Razem z żoną – Czeszką Frantiszką, z którą miał dwie córki i trzech synów. Frantiszka w chwili śmierci męża była już na wpół sparaliżowana. Przed wybuchem wojny światowej wyjechała razem z córką i zięciem oraz wnukiem do Penzy w Rosji, gdzie wkrótce zmarła. (Oprac. Piotr Bajko).

 

Carowie rezydujący w Skierniewicach byli nie tylko zaborcami, ale potrafili również hojnie obdarowywać swoich poddanych. Car Mikołaj II podróżując do Skierniewic, Spały czy Białowieży na polowania zabierał ze sobą mnóstwo prezentów. Przykładowo w 1912 roku miał ze sobą biżuterię za astronomiczną sumę 27 tys. rubli!


Biżuterię wykonywały firmy jubilerskie zatwierdzone przez Gabinet Jego Imperatorskiej Wysokości tj. Karl Fabergé znany w wykonawstwa przepięknych jajek, czy Fryderyk Kehle. Jeśli nie starczało czasu na wykonanie zamówienia, wówczas gabinet po prostu kupował biżuterię w sklepach jubilerskich. (...) Ukazała się w Petersburgu książka o Polakach wyróżnionych prezentami przez Gabinet Jego Imperatorskiej Mości. Można tam znaleźć sporo nazwisk ze Skierniewic. Zachowała się dokumentacja prezentów wykonanych przez Karla Fabergé dla skierniewiczan.


Są to brosze, wisiorki, szpilki do krawatów z drogimi kamieniami i napisem Skierniewice. Wiele prezentów otrzymywali kolejarze obsługujący skierniewicki dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, dziś już nieistniejący, a zwany carskim. Pomocnik naczelnika Kolei Warszawsko - Wiedeńskiej w Skierniewicach Jan Bielawski w 1903 roku otrzymał złoty otwierany zegarek z herbem i złotym łańcuszkiem; rewizorowi ruchu na stacji Skierniewice, Władysławowi Polkowskiemu, podarowano złotą papierośnicę z herbem i drogocennymi kamieniami. Pomocnik stacji Franciszek Szałwiński i zawiadujący kantorem towarowym stacji Skierniewice Tytus Władysław Jasiński otrzymali skromniejsze złote zegarki z dewizką.


W księgach rozchodów znalazło się także nazwisko Józefy Tabaczyńskiej, pierwszej żony sędziego Telesfora Tabaczyńskiego, posiadacza majątku ziemskiego w Skierniewicach i dworku, który obecnie zajmowany jest przez służbę zdrowia przy ul. Wita Stwosza. Józefa poświadczyła własnoręcznym podpisem otrzymanie złotej broszy z herbem i brylantami za najmowanie pomieszczeń (prawdopodobnie kwater oficerom carskim). Prezenty otrzymywali także strażacy, dr Stanisław Rybicki, nawet lokaje pałacowi. (...) Ciekawe, czy istnieją jeszcze prezenty z napisem Skierniewice u rodzin innych obdarowanych? Wiele takich pamiątek pojawiało się na aukcji Sotheby’s pod koniec ubiegłego wieku.


W Skierniewicach znana jest jeszcze jedna historia związana z prezentami darowanymi przez Cara. Car bardzo chętnie przyjeżdżał do Skierniewic. Uwielbiał polowania w specjalnie utrzymywanym dla niego Zwierzyńcu. Udane polowanie poprawiało carowi zdecydowanie humor.

 

Po jednym z takich polowań wjeżdżając do osady pałacowej zapytał stróża przy bramie, która godzina. „Izwinicie Wasze Wieliczestwo, nie mam zegarka” - ten odpowiedział. Car wówczas wyjął z kieszeni i podarował stróżowi złoty zegarek z dewizką. Wiadomość o tym dotarła do naczelnika administracji skierniewickiego pałacu, który przy okazji poinformował Cara, że też nie ma zegarka - co zapewne nie było prawdą. Car podarował mu wówczas srebrny zegarek. Po wyjeździe Cara przełożony zaczął namawiać stróża do zamiany zegarków i w końcu zmusił go do tego: zabrał mu złoty, a dał srebrny.


Przy następnym pobycie w Skierniewicach car zapytał stróża o godzinę i zobaczył srebrny zegarek. Gdy dowiedział się prawdy zawołał naczelnika administracji i kazał zwrócić złoty zegarek stróżowi, srebrny zaś schował do kieszeni ze słowami: „Myślałem, że potrzebujesz zegarka, aby lepiej pilnować moich spraw, ty zaś w swojej chciwości zapragnąłeś złota i podkreślenia swojej władzy nad tym moim ubogim poddanym. Wiedz zatem, że chciwy dwa razy traci i dlatego też nie dostaniesz już nawet tego srebrnego zegarka”.

 

Złośliwi twierdzili, że tego typu historie były wymyślane przez urzędników carskich w celach wychowawczych i dla podniesienia autorytetu cara. Któż to wie? Morał z tego opowiadania i dzisiaj jest aktualny...  (źródło: Małgorzata Lipska-Szpunar).

 

Zwierzęta, z których zasłynęła Puszcza Białowieska

Żubr

W czasach historycznych żubr (Btson bonasus) występował w strefie lasów liściastych i mieszanych Europy zachodniej, środkowej i południowo-wschodniej. Na południu i zachodzie kontynentu zmniejszanie się liczebności żubra i  kurczenie Jego zasięgu obserwowano już w średniowieczu. Dłużej zwierzęta te przetrwały na Wschodzie: w Mołdawii do 1717 r., Prusach Wschodnich do 1755 r., Transylwanii (obecnie w Rumunii) do 1790 roku. Izolowana od dawna populacja żyła w górach Kaukazu do 1927 roku.

 

W Puszczy Białowieskiej sprzyjające warunki środowiska i pięć wieków ochrony pozwoliły żubrom przetrwać do 1919 roku. W końcu XVIII stulecia w Puszczy bytowało prawdopodobnie około 800 żubrów, lecz ich liczba spadła do 200 wskutek dramatycznych wydarzeń po trzecim rozbiorze Rzeczypospolitej w 1795 roku. Objęta ponownie ochroną w 1802 roku przez władze rosyjskie, populacja żubrów stopniowo zwiększała liczebność.

 

W XIX wieku w Puszczy bytowało zwykle 500-800 żubrów (maksymalnie stwierdzano tu blisko 1900 osobników). Gwałtowny spadek liczebności nastąpił podczas I Wojny Światowej, kiedy załamał się system ochrony. Chaos administracyjny i kłusownictwo doprowadziły do wytępienia ostatnich żubrów w 1919 roku.

 

W 1923 roku polski przyrodnik Jan Sztolcman podniósł sprawę restytucji żubra na I Międzynarodowym Kongresie Ochrony Przyrody w Paryżu. Restytucję rozpoczęto od spisania wszystkich żubrów czystej krwi, jakie tyły w ogrodach zoologicznych. W 1929 roku pierwsze żubry przywieziono do zagród hodowlanych w Puszczy Białowieskiej. Od wypuszczenia na wolność kilku żubrów w 1952 roku, rozpoczął się drugi etap restytucji gatunku.

 

W 2000 roku populacja żubrów wolno żyjących w Puszczy liczyła 571 zwierząt, w tym 306 w polskiej części i 265 w białoruskiej. Na całym świecie żyło w tym czasie ponad 3000 żubrów, z których 60% bytowało na wolności w obrębie historycznego zasięgu gatunku. Restytucja żubrów podjęta w ich mateczniku - Puszczy Białowieskiej - zakończyła się sukcesem. Żubrom nie przestaje jednak zagrażać największe obecnie ryzyko: utrata zmienności genetycznej i wysoki wskaźnik pokrewieństwa. Wszystkie żyjące współcześnie żubry są potomkami zaledwie 13 osobników.

Łoś

Łoś (Alces cdces) był najcenniejszym po żubrze zwierzęciem łownym Polski i Litwy, poszukiwanym dla smacznego mięsa, pięknego poroża i kopyt, które - jak wierzono – leczyły epilepsję. Najstarsze dokumenty mówiące o polowaniach na łosie w Puszczy Białowieskiej pochodzą z XVI wieku. Król Stefan Batory w 1577 roku polecił łowczemu Wielkiego Księstwa Litewskiego, księciu Mikołajowi Radziwiłłowi, przesłać 4 upolowane żubry i 4 łosie w darze podkanclerzemu koronnemu, Janowi Zamoyskiemu. Łosie znalazły się też wśród trofeów z łowów Augusta m Sasa odbytych w 1752 roku (13 osobników, w tym byk ważący 395 kg) i Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1784 roku (1 łoś). Po trzecim rozbiorze Rzeczypospolitej na łosie polowali w Puszczy: zimą 1796/97 generał-gubemator Litwy książę Nikołaj Repnin, w 1823 roku nadleśny Królestwa Polskiego Juliusz Brineken, zaś w 1860 roku Car Aleksander II Holsteln-Gottorp-Romanow.

 

Po 1888 roku, gdy Puszcza weszła w skład carskich dóbr stołowych, łosie były obiektem polowań Aleksandra III i Mikołaja II, członków ich rodzin i gości. Podczas jednego polowania zabijano nawet 36-38 łych zwierząt.

 

W Puszczy Białowieskiej, gdzie nie ma rozległych bagien, łosie były zawsze nieliczne. W XVIII i na początku XIX wieku tutejsze służby ochrony były przekonane, że łosie wychodzą wiosną i latem na bagna położone na wschód od Puszczy i wracają do niej na zimę. Dziś, gdy większość przylegających bagien jest zmeliorowana 1 osuszona, trudno zweryfikować te poglądy. Oceny liczebności żubrów i łosi metodą tropień po ponowie, czyli pierwszym śniegu, prowadzono już w drugiej połowie XVIII wieku - zimą 1796/97 roku oszacowano liczebność puszczańskiej populacji łosi na 125 osobników. W ostatnich 120 latach białowieskie łosie wykazywały silne wahania liczebności, powodowane głownie przez człowieka. Najliczniejsze pogłowie (500-700 osobników) notowano w latach 1896-1900, kiedy wybito niedźwiedzie i wilki. Rychło jednak ich liczebność spadła poniżej 100 zwierząt.

 

Kłusownictwo w latach wojen i rewolucji (1914-1920) doprowadziło do całkowitej likwidacji łosi w Puszczy. W 1937 roku dyrekcja Białowieskiego Parku Narodowego podjęła próbę restytucji tego gatunku. W rezerwacie hodowlanym znajdowało się wówczas kilka osobników przywiezionych z Polesia, jednak II wojnę światową przetrwały tylko 3 z nich. Po wojnie, mimo iż hodowla została zasilona zwierzętami ze Szwecji 1 Syberii, nie osiągnięto oczekiwanych rezultatów.

 

Szczęśliwie niedługo później łosie same zasiedliły Puszczę, przychodząc do niej od wschodu z bagien Polesia. W 1946 roku po raz pierwszy odnotowano je w części białoruskięj (wówczas sowieckiej), a od 1967 roku stale zamieszkiwały także część polską. Od tamtego czasu populacja wzrastała, osiągając 300 osobników w latach 1986-1991. Rozpoczęta w połowie lat 1990-tych, w polskiej części Puszczy, łowiecka redukcja pogłowia zwierzyny (z powodu niezadowolenia leśników ze szkód w nasadzeniach leśnych) najsilniej dotknęła łosie - najmniej liczny z pięciu gatunków ssaków kopytnych bytujących w Puszczy. Na początku XXI wieku w polskiej części puszczy żyło niespełna 20 tych zwierząt.

Jeleń szlachetny

Jeleń szlachetny (Ceruus elaphus) występował niegdyś powszechnie w lasach liściastych i mieszanych Europy i był jednym z najcenniejszych zwierząt łownych od Angin i Hiszpanii po Litwę i Szwecję. W Puszczy Białowieskiej łowy na żubra, łosia l jelenia były zastrzeżone wyłącznie dla króla lub osób imiennie przez króla wskazanych. Najstarsze wzmianki o jeleniach pochodzą z 1571 roku, kiedy rewizor Dymitr Sapieha, spisując uprawnienia wchodowe kniazia Kapusty zaznaczył, że nie przysługuje mu prawo polowania na żubry i jelenie. Jelenie wymieniane są także w raportach o najazdach kłusowników na Puszczę w latach 1663 i 1680-1685. Jan III Sobieski w kontraktach zawartych z sędzią lemburskim, Piotrem Przebędowskim, na wyrób towarów leśnych (m.in. potażu) w Puszczy Białowieskiej w latach 1675-1686 zezwolił na pozyskanie 6 jeleni rocznie.

 

W XVII i pierwszej połowie XVIII wieku - wskutek silnego ochłodzenia klimatu – jelenie zmniejszały liczebność i ginęły na dużych obszarach Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wśród trofeów z polowania Augusta III Sasa w 1752 roku nie ma już jeleni. Juliusz Brincken, nadleśny Królestwa Polskiego, który odwiedził Puszczę w latach 1821 l 1823 oraz Feliks Jarocki, profesor zoologii Uniwersytetu Warszawskiego, który w niej przebywał w 1830 roku, pisali, iż mieszkańcom Puszczy zdarza się wydobywać z rzek dobrze zachowane poroża jeleni.

 

Brincken odnotował lokalne przekonanie, iż kilkadziesiąt, jeleni żyło tam jeszcze w połowie
XVIII wieku, lecz wyniszczyły je surowe zimy. Pomysł reintrodukcji jelenia w Puszczy poddał carskiej administracji Hans Heinrich XI von Hochberg, książę von Pless [pszczyński), który zaoferował się przysłać z lasów pszczyńskich na Śląsku 20 jeleni w zamian za 4 żubry. Jelenie (5 byków i 13 łań) dotarły do Białowieży w 1865 roku i dały początek hodowli zagrodowe) w Zwierzyńcu (dawne) zagrodzie do polowań Teremiska). W latach 90-tych XIX stulecia sprowadzono jeszcze kilkanaście sztuk ze Śląska i Czech. Zaczęto je też stopniowo wypuszczać na wolność.

 

W 1894 roku w Zwierzyńcu żyło 300 jeleni, a na wolności blisko 400. W tym czasie Puszcza podlegała już bardzo intensywne) gospodarce łowieckiej: wybito niedźwiedzie, wilki i rysie, rozbudowano system zimowego dokarmiania zwierzyny, co spowodowało wykładniczy wzrost liczebności jeleni, których populację w 1914 roku szacowano na 6800 osobników. Po latach wojen i rewolucji (1914-1920) jelenie, wyniszczone przez masowe kłusownictwo do niespełna 100 osobników, powoli odbudowywały pogłowie. W końcu lat 60-tych XX wieku stały się najliczniejszym z pięciu gatunków ssaków kopytnych. Populacja w polskie) i białoruskiej części Puszczy liczyła łącznie 4-6 tysięcy osobników. W 2 połowie XX wieku, w lasach gospodarczych polskiej części Puszczy jeleń zaczął być postrzegany jako szkodnik upraw i nasadzeń leśnych.

 

Globalne ocieplenie klimatu, jakie obserwuje się w ostatnich dziesięcioleciach sprzyja jeleniom. Ważnym czynnikiem ograniczającym Ich liczebność są wilki. W Puszczy Białowieskiej jelenie stanowią ponad 70% ofiar tych drapieżników. Nadal jednak pozyskanie łowieckie w głównej mierze kształtuje liczebność jeleni.

Niedźwiedź brunatny

W Puszczy Białowieskiej do końca XVIII stulecia niedźwiedzie (Ursus arctos), jako cmimatia superiora, były zwierzyną monarszych łowów. Polowano na nie dla cennego futra i  mięsa, zwłaszcza łap i szynki, uznawanych do początków XX wieku za przysmaki. Często też zwierzęta te były chwytane żywcem w sieci i przewożone do zwierzyńców przy królewskich bądź magnackich dworach, gdzie uczestniczyły w walkach zwierząt. W relacjach z królewskich łowów w Puszczy Białowieskiej niedźwiedzie pojawiały się z powodu zranień i wypadków z nimi związanych (polowanie Jagiełły w 1426 roku, Zygmunta Augusta w 1546 r. i Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1784 r.). Opis polowania ostatniego króla pozwala sądzić, iż w zagrodzie Kletna znalazła się niedźwiedzica z 2 młodymi.

 

Na niedźwiedzie polowali tutaj także strażnicy leśni i okoliczna szlachta z powodu zagrożenia, jakim były dla bydła i barci leśnych. Te wszystkożerne zwierzęta, przystosowane zarówno do mięsnej, jak i roślinnej diety, zostały po trzecim rozbiorze Polski uznane przez carskie służby łowieckie za głównego, obok wilka, wroga żubrów. Mimo, iż w latach 1832-1873, według raportów tych służb, niedźwiedzie zabiły jedynie 12 żubrów, w 1869 roku rozpoczęto ich likwidację. Do 1878 roku podczas 166 polowań na drapieżniki zastrzelono 5 niedźwiedzi. Więcej ich już w Puszczy nie widziano.

 

W 1937 roku podjęto próbę restytucji gatunku, która - mimo błędów (np. wypuszczanie na wolność niedźwiedzi z ogrodów zoologicznych) i niesprzyjających okoliczności wojny umożliwiła bytowanie w Puszczy kilku niedźwiedziom już w niej urodzonym. Wszystkie zostały jednak skłusowane, ostatniego widywano jeszcze w 1950 roku. W 1963 roku obserwowano w Puszczy Białowieskiej tropy niedźwiedzia, który przypadkowo zawędrował w te strony ze Wschodu.

Wilk szary

Liczebność: w polskiej części Puszczy Białowieskiej około 30 osobników, w Polsce żyje 500-700 wilków. Żyje w grupach rodzinnych zwanych watahami o wyraźnej strukturze hierarchicznej. W Puszczy Białowieskiej watahy składają się zwykle z 4-8 osobników. Zwierzę chronione w Polsce od 1998 r.

 

Na przestrzeni wieków wilk był bezlitośnie tępiony przez człowieka, dawniej jako konkurent do zasobów białka zwierzęcego, później na skutek mitu bezwzględnego drapieżcy, groźnego nawet dla ludzi. Jeszcze nie tak dawno stanowił obiekt pożądania myśliwych. Wilki ginęły od broni palnej przy specjalnie wykładanych przynętach bądź osaczane fladrami. Te różnokolorowe szmatki przywiązane do sznura stanowiły barierę, którą wilk bał się pokonać. Rolę "rozsądnego" drapieżcy usiłował przejąć człowiek. Czynił to jednak nie zawsze skutecznie doprowadzając często do nadmiernego wzrostu liczebności kopytnych lub na tyle egoistycznie, że naruszał strukturę wiekową i płciową populacji, starając się pozyskać okazałe trofea, na przykład byków jeleni czy koziołków saren. Obecność wilków w kompleksie leśnym wpływa na zachowanie się potencjalnych ofiar, zwierzęta te są zawsze czujne i ostrożne. Pozwólmy zatem żyć w Puszczy Białowieskiej kilku watahom wilków, jako naturalnemu elementowi tego środowiska przyrodniczego.

 

Polowania w Puszczy Białowieskiej podcza I Wojny Światowej w czasach Georga Eschericha

 

Georg Escherich

Georg Escherich (ur. 4 stycznia 1870 r. w Schwandorf, zm. 26 sierpnia 1941 r. w Monachium) – niemiecki leśnik, nacjonalistyczny polityk i podróżnik.  W 1907 roku i w latach późniejszych przebywał w Afryce. Podczas I Wojny Światowej w 1914 roku został ranny w nogę na froncie zachodnim. Po leczeniu został wojskowym zarządcą Puszczy Białowieskiej, gdzie zwalczał kłusownictwo i rozwijał rabunkową eksploatację drewna na potrzeby militarne Cesarstwa Niemieckiego. W tym czasie pod jego kierownictwem zbudowano sieć kolejek wąskotorowych i tartak w Hajnówce do przemysłowego przerobu drewna. Spowodowało to ogołocenie z drzew znacznych połaci Puszczy.

'

Niemieccy oficerowie przy ściętym dębie w Puszczy Białowieskiej

Interesował się też możliwościami zachowania żubrów, ograniczając jednak możliwości ich dokarmiania. Escherich pozostał w Puszczy aż do 28 grudnia 1918 roku.

Escherich (pośrodku) – szef wojskowego zarządu leśnego Białowieży, przed kasynem oficerskim w Białowieży

Każda wojna na objętym przez nią obszarze leśnym wyrządza także olbrzymie straty w zwierzostanie. Nie inaczej było w Puszczy Białowieskiej. Jan Sztolcman w książce „Żubr – jego historia, obyczaje i przyszłość” (1926) podaje, że stan żubrów w Puszczy Białowieskiej przed wybuchem wojny wynosił 737 sztuk, utrzymując się na tym poziomie do ustąpienia Rosjan w sierpniu 1915 roku. Niemieccy wojskowi już z chwilą wkroczenia rozpoczęli prawdziwą rzeź żubrów, nie oszczędzając innej zwierzyny. Strzelali dowódcy, strzelali zwykli żołnierze. Zwierzęta, przywykłe do widoku człowieka, nie miały w zwyczaju uciekać przed nim. Jedno ze stad na widok oddziału stało spokojnie i przyglądało się, jednak gdy żołnierze zaczęli się nachalnie zbliżać, żubry zaatakowały ich. Niemcy użyli karabinów maszynowych i zabili kilkadziesiąt sztuk. Feldmarszałek ksążę Leopold Bawarski już w dniu 18 sierpnia 1915 roku ustrzelił jednego żubra, drugiego natomiast w styczniu 1916 roku.

Żubr Leopolda Bawarskiego

W celu zapobieżenia całkowitemu wyniszczeniu puszczańskiej zwierzyny baron Adolf von Seckendorff wydał w dniu 25 września 1915 roku specjalne zarządzenie łowieckie dla Puszczy Białowieskiej. Czas ochronny dla żubra miał obowiązywać przez cały rok. Jelenie mogły być odstrzeliwane w takiej ilości, aby nie przeszkadzało im to w swobodnym rozmnażaniu się. Ustalono czasy ochronne dla jeleni, danieli, saren. Do dzika można było strzelać przez cały rok. Dla reszty zwierzyny obowiązywały pruskie rozporządzenia.

 

W zarządzeniu zaznaczono, że nie ogranicza ono rozkazów naczelnego dowództwa w zakresie polowania. Dlatego też Cesarz Wilhelm II mógł, pozostając w zgodzie z prawem, ustrzelić jednego żubra w okolicy Czerlonki (12 listopada 1915 roku). Więcej o tym wydarzeniu piszę w rozdziale pt. Cesarskie łowy.

Cesarz Wilhelm II

Wilhelm II z upolowanym żubrem

Żołnierze niemieccy przed carskim pałacem w Białowieży

Kolejnego żubra upolował hrabia Friedrich von Strachwitz. Rogi tej sztuki były prezentowane na Międzynarodowej Wystawie Łowieckiej w Berlinie w 1937 roku, otrzymując najwyższą ocenę i „Tarczę specjalną”. „Gazeta Toruńska” (nr 277/1915) informowała, że polować w Puszczy można było tylko po wykupieniu karty do polowania, które wydawał zarząd leśny w Białowieży. Karty te otrzymywali wyłącznie Niemcy. Lepsze sztuki jeleni, danieli i dzików mogli odstrzeliwać jedynie goście, gorsze – urzędnicy leśni. Ilość odstrzeliwanej zwierzyny określał zarząd leśny. Goście polowali zawsze w towarzystwie urzędników leśnych.


Polował również feldmarszałek Paul von Hindenburg oraz stojący na czele wojskowego zarządu lasów Białowieży mjr Georg Escherich. Jednym z wyższych dowódców armii niemieckiej w czasie I Wojny Światowej był książę Bawarii Leopold, pochodzący z rodu Wittelsbachów - od kwietnia 1915 roku dowódca 9 Armii, a od sierpnia tegoż roku dowódca Grupy Armii "Leopold". Pod koniec sierpnia jego wojska zdobyły twierdzę Brześć Litewski. W rok później Leopoldowi Bawarskiemu powierzono Naczelne Dowództwo Frontu Wschodniego. Przebywając na terenach wschodnich, książę Leopold nie omieszkał oddać się pasji łowieckiej. Polował m.in. w Czerwonym Dworze i w Puszczy. W białowieskich ostępach upolował piękny okaz żubra. Stało się to już drugiego dnia po wkroczeniu na ten teren niemieckiej armii. Drugą sztukę ustrzelił w styczniu 1916 roku. Polował także na jelenie. Co ciekawsze, to właśnie feldmarszałek Leopold Bawarski miał według niektórych źródeł wydać zarządzenie o zakazie urządzania polowań na żubry w Puszczy Białowieskiej.

Leopold Bawarski odwiedza cerkiew w Białowieży

Są też źródła, które wskazują, że zarządzenie podpisał Cesarz Wilhelm II. Faktem natomiast pozostaje, że właśnie z Bawarii została sprowadzona do Puszczy Białowieskiej straż leśna, której zadaniem było chronienie zwierzyny przed kłusownictwem. Niestety, trzeba ze smutkiem powiedzieć, że bawarscy strażnicy temu zadaniu nie podołali.


Zgodnie ze słowami Eschericha, przebywanie w Puszczy w 1915 roku było niemożliwe, gdyż zewsząd słyszało się odgłosy strzałów.  Sztolcman twierdził, że stosunki łowieckie poprawiły się nieznacznie dopiero po zaprowadzeniu przez Niemców prowizorycznej administracji. W styczniu 1916 roku w Puszczy Białowieskiej pozostawało przy życiu już tylko 178 żubrów. Kłusownictwo ukróciły z czasem surowe przepisy. Za posiadanie broni można było stracić życie. „Gazeta Toruńska” (nr 114/1916) podaje, że wyrokiem bezapelacyjnym wojenno-polowego sądu w Białowieży z dnia 27 kwietnia 1916 roku zostali skazani na śmierć, za ukrywanie broni, trzej chłopi: Wincenty Andruszko z Jałowa, Iwan Grigorlec z Zamosza (w oryginale: Samocza) i Michał Grik z Suszczego Borku. Skazanych rozstrzelano.


Względnie spokojny dla zwierzyny stan trwał do jesieni 1918 roku, kiedy w związku z ustępowaniem wojsk, wśród żołnierzy nastąpiło rozprzężenie dyscypliny. Polować zaczął każdy, kto posiadał jakąkolwiek broń – żołdacy, okoliczni chłopi i osadnicy.

 

W początku września 1918 roku nastąpiło podzielenie dotychczasowej administracji Ober-Ost na dwie odrębne: krajów nadbałtyckich i Litwy. W związku z tym administrację wojskową w Puszczy Białowieskiej, podlegającą obwodowi w Białymstoku, należało przekazać administracji cywilnej litewskiej. Na przybycie grupy litewskich urzędników-leśników trzeba było czekać jednakże ponad trzy miesiące. 10 grudnia 1918 roku stawili się w Białowieży leśnicy Kurtynajtus, Nidygor, Widygrus i Pietronus oraz ich kierownik M. Funke, delegowani od Litewskiej Rady Państwowej (Taryby). Przejęli oni od niemieckiego dowództwa, nie mającego już praktycznie żadnej władzy, całą gospodarkę Puszczy i jej zwierzostan. Niemieckie dowództwo opuściło Białowieżę 14 grudnia, a wojska niemieckie wyszły z Puszczy dwa tygodnie później, tj. 28 grudnia 1918 roku.

 

Paweł Bark, szef milicji chroniącej Puszczę, który we wrześniu 1918 roku wrócił z Rosji, pozostawił wspomnienia o tamtym okresie. Zostały one opublikowane w „Łowcu Polskim” (nr 5/1939). Żubry w chwili jego powrotu jeszcze się widywało, podobnie jak jelenie, sarny, dziki. Paweł Bark widział, jak niemieccy urzędnicy leśni polowali z podjazdu na jelenie. Kłusownictwa ze strony żołnierzy niemieckich w tym czasie jeszcze nie zauważał.


Oryginalny tekst: „Rewolucja niemiecka – pisał Paweł Bark – jak za dotknięciem różdżki-czarodziejki, zmieniła tych na ogół karnych i dzielnych żołnierzy do niepoznania. Od razu rozpoczęli oni handel bronią i razem z chłopami udawali się do lasu na polowania. Zabijali, rzecz oczywista, na takich polowaniach wszystko, co tylko się dało, nie wyłączając żubrów. Zaraz po wycofaniu się Niemców z Puszczy, rozszalały tłum uzbrojonych w niemieckie karabiny chłopów, którzy tylko co, po większej części, wrócili z Rosji i przymierali głodem, rzucił się do lasu, rozpoczynając niebywałą rzeź zwierzyny, trwającą około dwóch miesięcy”.


Paweł Bark wraz z łowczym Stefanem Charczunem i ojcem Ewaldem Barkiem – tytularnym nadleśniczym, z prawdziwą ulgą dowiedzieli się z gazet i od poszczególnych oficerów, że warunki zawieszenia broni nakazują Niemcom pozostawienie w najważniejszych punktach opuszczonego terytorium odpowiednio uzbrojonych oddziałów straży obywatelskiej. Ewald udał się do dowództwa białowieskiego garnizonu, by wyjednać zezwolenia na sformowanie takiej straży w Białowieży.


Po długich i upokarzających pertraktacjach Niemcy na to się zgodzili. Przyrzekli nawet zaopatrzyć oddział w konie byłej żandarmerii polowej. Zastrzegli, że broń palną wydadzą dopiero wtedy, kiedy ostatni eszelon niemiecki opuści Białowieżę.
„I tak na czele uzbrojonych w szable 25 konnych strażników – wspominał Paweł Bark – rekrutujących się przeważnie z byłych żołnierzy z miejscowej ludności, rozpocząłem patrolowanie okolic Białowieży już opróżnionych przez Niemców, odbierając karabiny wszystkim napotykanym po drodze kłusownikom.


Pewnego dnia o zmierzchu wracałem z takiego patrolu do Białowieży od strony terpentyniarni. Przy domu, naprzeciwko wyjścia z tartaku „Stoczek”, zatrzymało mnie większe zbiegowisko ludzi. Okazało się, że dwóch Niemców, przy pomocy miejscowych chłopów, z trudem ściągało z sanek tylko co upolowanego żubra, starając się jak najprędzej zaciągnąć go do szeroko otwartych drzwi tego domu. Nie mogąc w tym czasie odważyć się na grubszą awanturę z Niemcami, poprzestałem na zwymyślaniu ich i udałem się po interwencję do niemieckiej żandarmerii. Lecz tam oświadczono mi, że sami są bezradni. Taki stan trwał do połowy grudnia 1918 roku, kiedy ostatni eszelon niemiecki nareszcie opuścił dworzec białowieski, po wręczeniu mi uprzednio kluczy od szafy z karabinami i amunicją dla straży obywatelskiej.


Zdałem sobie wtenczas sprawę, że z tak nikłemi siłami całej zwierzyny uratować nie zdołam i że wszystkie wysiłki skierować należy na obronę ludności cywilnej, która tłumnie zaczęła do Białowieży zjeżdżać z okolic, pod opiekę straży, uciekając od coraz to liczniejszych napadów bandyckich, jak również na obronę olbrzymich inwestycji niemieckich w postaci znacznej ilości zakładów przemysłowych, rozsianych po Puszczy i jej okolicach, oraz pałacu i budynków państwowych. Bezładna strzelanina w lesie tymczasem przybierała coraz większe rozmiary. Na domiar nieszczęścia, już na początku grudnia spadł obfity śnieg i świetna ponowa uwidoczniała (…) wszystkie ścieżki biednej zwierzyny. (…) W największem niebezpieczeństwie okazały się żubry. (…) Strzelano na chybił-trafił, nie przestrzegając ani elementarnych zasad łowieckich, ani odległości, przeważnie z tyłu, używając do tego zaostrzonych kul karabinów wojennych. Nic dziwnego, że kłusownicy po większej części zadawali zwierzynie tylko rany, nie troszcząc się potem o los ranionej zwierzyny. Dlatego też cała Puszcza potem, kiedy już ukrócona została ta swawola, zasiana była jeszcze rozkładającemi się trupami zwierzyny. I jeszcze w maju 1919 roku znalazłem niedaleko drogi, prowadzącej z Białowieży do Browska (…) dwa trupy żubrów, na ogół zjedzonych przez wilków. (…) Jak tylko na to pozwalały okoliczności i czas, absorbujący prawie całą naszą energię na walkę z bandytyzmem, wyjeżdżaliśmy na patrole do lasu, używając do tego wielkich niemieckich parukonnych sanek, w których swobodnie mogło się pomieścić 6 osób. Zamiarem moim wtedy było zlokalizowanie w miarę możności tych eskapad kłusowników, terroryzując ich wszelkiemi sposobami. Wycieczki takie nie były też pozbawione pewnego niebezpieczeństwa, gdyż nieraz kule zabłąkane – i nie tylko zabłąkane – gwizdały wzdłuż linii oddziałowych nad naszemi głowami, rykoszetując od gałęzi przydrożnych drzew. (…)


Puszcza przedstawiała w tych czasach widok okropny: pełno było śladów farbującej zwierzyny i często śladom tym towarzyszyły ślady łapci „szlachetnych nemrodów”. (…)


Pewnego dnia zaalarmowany zostałem wiadomością, że chłopi niedaleko wsi Budy okrążyli stado żubrów. Natychmiast udaliśmy się w te strony. Lecz za późno. Z licznych śladów łapci i butów można było wywnioskować, że przed paru zaledwie godzinami odbyło się tu polowanie w „kocioł”. W centrum tego kotła zaś liczne ślady farbujących żubrów, oraz kilka miejsc szeroko wygniecionego krwawo-żółtego śniegu świadczyły o tylko co dokonanych tu czynach wandali.


Innym razem, powracając z patrolu we wsi Paszucka Buda, zauważyliśmy stado jeleni, wielkimi susami uciekające przez drogę. (…) W ślad za zwierzyną wyłoniło się dwóch drabów z karabinami w ręku. Przerażenie ich było niemałe, kiedy raptem usłyszeli okrzyk: „ręce do góry” i zobaczyli lufy pięciu karabinów, skierowanych wieloznacząco do nich. Toteż bez sprzeciwu dali się rozbroić i obezwładnić.


Przerażona ciągłą strzelaniną zwierzyna zaczęła powoli uchodzić poza obręb Puszczy, kryjąc się w zaroślach sąsiadujących z puszczą, należących do włościan i ziemian lasów. Toteż w patrolach naszych zmuszeni byliśmy zataczać coraz szersze kręgi.


Mroźny zmierzch pewnego dnia zimowego zastał nas w pobliżu chutoru Czadziel. Raptem usłyszeliśmy gęstą strzelaninę i ujadanie psa w odległości kilometra od nas. Pędem rzuciliśmy się w kierunku strzałów, aż nareszcie dotarliśmy do większej, pokrytej śniegiem polany, na środku której krzątało się kilkanaście sylwetek ludzkich. W kępie drzew zatrzymaliśmy konie i, formując naprędce tyralierę, wysypaliśmy na polanę, poruszając się w kierunku krzątających się ludzi. Tam od razu zapanował gorączkowy ruch: huknął strzał jeden, drugi i wreszcie wywiązała się ożywiona strzelanina. W miarę naszego stopniowego zbliżania się, cienie ludzkie pierzchały gdzie tylko który mógł. (…) Ku naszemu wielkiemu zdumieniu [ujrzeliśmy] kapitalnego jelenia 10-taka i siedzącego przy nim na straży psa kłusownika. Ponieważ był to pies kłusownika, padł od celnego strzału z rewolweru. Jelenia załadowano do sanek. (…) Wjeżdżając do lasu, spotkaliśmy furmankę chłopską, ku wielkiemu naszemu zdumieniu okazał się tu drugi jeleń 10-tak, a przy nim ukryty mauzer myśliwski.


W styczniu 1919 roku, po długich i mozolnych wysiłkach udało się nam nareszcie schwytać hersztów i 18 bandytów, likwidując tym samym dwie bandy, grasujące w okolicach Puszczy i terroryzujące ludność, a szykujące się do napadu na samą Białowieżę. W tej akcji ze strony strażników zginął jeden, rozszarpany przez granat ręczny, rzucony przez bandytów, padając ofiarą dobrowolnie przyjętego na siebie obowiązku obywatelskiego (ś.p. Wiktor Smoktunowicz). Ze strony bandytów padło trzech i jeden został ranny. Okoliczność ta rozwiązała mi ręce w dalszej akcji tępienia kłusowników”.


„W marcu 1919 roku – relacjonował P. Bark – dotarły do mnie pogłoski, że pewien chłop z chutorów z okolic Chwojnika, z dwoma synami, zabił ostatniego, niedobitego do tego czasu żubra. Natychmiast wyruszyłem do wymienionego chutoru. Właściciel (…) z początku wypierał się wszystkiego. (…) Nakazałem skrupulatną rewizję. Cały chutor został przetrzęsiony do góry nogami, lecz bez rezultatów. Już chcieliśmy odjeżdżać, kiedy uprzytomniłem sobie, że chłop zdradzał pewne zdenerwowanie przy zbliżaniu się strażników do szopy, zawalonej aż pod sufit drobno narąbanym drewnem do pieca. Postanowiłem wyrzucić to drewno, co zajęło nam dobrą godzinę czasu. Pod drewnem okazały się: beczka mięsa, świeża głowa i czaszka ostatniego żubra w Białowieży”.


Straż Pawła Barka w czasie swej działalności odebrała od kłusowników i miejscowej ludności około 350 karabinów różnych systemów. (żródło: Piotr Bajko).

 

Stopniowe rozprzężenie się okupacyjnych rządów niemieckich zaczęło postępować od listopada 1918 roku, po klęsce Niemców na froncie zachodnim. Oficerowie i inżynierowie pośpiesznie opuszczali Białowieżę. Rozeszła się także część żołnierzy niemieckich oraz prawie wszyscy jeńcy rosyjscy i francuscy. Wycofywaniu się towarzyszyło niszczenie ocalałych budynków, urządzeń przemysłowych itp. Dewastacji uległy pałac, elektrownia carska oświetlająca obejście pałacowe, most na stawach, rampa cesarska (rozebrano ją całkowicie w połowie lat 20.), budynek dawnego muzeum. Zniszczony został dworzec kolejowy w Hajnówce, który odbudowano w latach 1919-1920.  

 

Zaledwie 9 sztuk przetrwało wojnę w Puszczy Białowieskiej. Na początku 1919 roku władze polskie postanowiły wysłać do Białowieży komisję, której zadaniem było odnalezienie i zorganizowanie ochrony pozostałych przy życiu żubrów. 19 kwietnia 1919 roku uczestnicy wyprawy natrafili na ciało świeżo zabitego żubra. Był to ostatni ślad żubra nizinnego, jaki znaleziono na wolności.

 

Niestety w 1923 roku Polska nie posiadała żadnego żubra. Aby brać udział w ratowaniu tego gatunku, niezbędne było zatem sprowadzenie odpowiednich sztuk. Zaczęto prace nad restytucją żubrw w Polsce.

 

BORUSSE i KOBOLD

We wrześniu 1929 r. sprowadzono do rezerwatu w Białowieży, pochodzącego z niemieckiej hodowli byka linii białowiesko-kaukaskiej: Borusse oraz żubrobizona z Danii - byka o imieniu Kobold.W październiku dołączyła do nich BISERTA, samica z ZOO w Sztokholmie, a w następnym roku, pochodząca z tego samego ZOO, druga samica: BISCAYA, obie linii białowieskiej.

BISERTA i BISKAYA

W 1931 roku przywieziono z Poznania Hagena i Gatczynę, ale wkrótce oba padły ze starości. W 1935 roku przywieziono 6-letniego byka linii białowieskiej o imieniu BJÖRNSON oraz samice Bilmę. Niestety żadne z nich nie pozostawiło po sobie potomstwa. Björnson tego samego roku został śmiertelnie zraniony przez Borusse. A Bilma ze względu na wiek nie mogła mieć młodych. Była najstarszym znanym żubrem - padła w 1939 roku w wieku 26 lat.

 

W 1936 roku sprowadzono z hodowli w Pszczynie 3 letniego byka linii białowieskiej o imieniu PLISCH.  Za każdym razem, gdy tylko udało mu się wydostać poza ogrodzenie rezerwatu, bardzo trudno było nakłonić go do powrotu. Pierwsze cielę, którego ojcem został Plisch, urodziło się w następnym roku, było płci żeńskiej i nadano jej imię POLKA.

Wszystkie sprowadzone do Białowieży żubrobizony i żubry nizinno-kaukaskie zostały później wywiezione do innych rezerwatów i ogrodów zoologicznych.

 

Właśnie BISERTA, BISKAYA i PLISCH dały „współczesny początek” podgatunkowi żubra białowieskiego. Z kolei żubry linii białowiesko-kaukaskiej pochodzą od 12 przodków.

Żubry były pieczołowicie pilnowane

W 1939 roku Polska posiadała 37 sztuk (16 w Pszczynie, 16 w Białowieży, 3 w Niepołomicach, 1 w ZOO w Warszawie i 1 w Smardzewicach), w tym 24 żubry linii białowieskiej. Na świecie żyło pod koniec 1939 roku 115 sztuk.  Na żubry przestano polować.

 

Jan Potoka przy karmieniu żubrów

Strażnik łowiecki, hodowca żubrów, znawca sygnałów myśliwskich, gawędziarz. Pracując jako strażnik łowiecki, Jan Potoka uczestniczył w obsłudze polowań reprezentacyjnych prezydenta Mościckiego. Stykał się bezpośrednio z wieloma osobistościami, wśród których byli m.in. ministrowie Beck i Ciano, regent Węgier Horthy, Göring, Himmler, prezydent Warszawy Starzyński, marszałek Rydz-Śmigły, generałowie Fabrycy, Sosnkowski, Głogowski. Za pomoc w zdobyciu trofeum myśliwskiego przez Horthy’ego otrzymał w 1938 roku dyplom uznania i węgierski Krzyż Zasługi. Polował także na głuszce z generałową Sosnkowską. W ostatnich latach przed wojną Göring, w podzięce za udane podprowadzenie na dzika, zaprosił Potokę do wspólnego zdjęcia przy trofeum.  Potoka słynął też z tego, że z żubrami żył za pan brat. Potrafił wejść do zagrody z władcami Puszczy, nie obawiając się, że one mogą zrobić mu krzywdę. Rozmawiał z nimi, a one go słuchały. Tej sztuki do dziś nie udało się dokonać żadnemu ze strażników.

 

Opowieści Jana Patoki:

 

O Carze Mikołaju II i księciu Nikołaju Nikołajewiczowi:


Kiedy miał przybyć Car Mikołaj II, policja rozpędziła tłumy ciekawskich, przybyłych z okolicznych wsi. Pociąg zatrzymał się, Car wysiadł, rozejrzał się. Wokół jak okiem sięgnąć mrowie policji, strażników leśnych i wojska. Same mundury.


 - A gdzie-że naród? – zapytał Car.

Więc kiedy przyjechał już po raz drugi, ci sami gorliwcy spędzili ludność z całej okolicy. Ale mimo to policja nikogo nie dopuszczała przed majestat carski. Czasem któremuś chłopu udało się podać „proszenije” – czyli podanie, prośbę. Robił to w ten sposób, że szybko przeciskał się przez kordon policji, padał na kolana i trzymając na głowie ów list, czołgał się na klęczkach przed oblicze monarchy.


Caryca w tym czasie rozdawała kobietom chustki na głowę i materiały na „koftoczki” (bluzki). Frejliny, czyli damy dworu, unosząc wysoko długie, bufiaste suknie, biegły na pole, gdzie dzieci paliły ogniska. Wybierały pieczone ziemniaki, jadły ze smakiem, dzieciakom dawały czekoladowe cukierki i piszczały z radości.
 
Natomiast lękiem napawał każdego leśnika jakikolwiek kontakt z wielkim księciem Nikołajem Nikołajewiczem. Był wysoki, o smagłej, pociągłej twarzy z kozią bródką, pyszałkowaty, zawsze udawał wielkiego znawcę polowania. Każdemu jegrowi, który jechał z nim na zwierza, płacił 5 rubli złotem, ale każdy jak mógł wymigiwał się od jego towarzystwa i nim dojechali na stanowisko, wszyscy jegrzy byli już „chorzy na żołądek” i uciekali. Bali się ogromnie, bo był niepoczytalny, kiedy nie udawało mu się polowanie, a nie udawało się nigdy. Na jego rozkaz zwalniano leśników z pracy, albo przenoszono w inne, odległe, albo niedogodne miejsca.

Kiedy razu pewnego wielki książę Nikołaj Nikołajewicz płynął łódką ze starym Kozakiem Makarem po stawie, nagle krzyknął: Prygaj w wodu! (skacz do wody!). Dziewięćdziesięcioletni staruszek skoczył do lodowatej jesienią wody, wyczłapał na drugi brzeg stawu, książę rechotał ze swego dowcipu, ale został ukarany przez Cara domowym aresztem”.

 

O uczestnikach polowań w okresie międzywojennym:

 

Czy strzelali dobrze?  Wojskowi, jak na przykład generał Sosnkowski, generał Trojanowski, generał Fabrycy, płk Głogowski, strzelali bardzo dobrze. Nasze Polki też miały niezłe oko. Pudłował tylko Rydz Śmigły, pamiętam go dobrze, bo z lewej strony brakowało mu zęba... Goering strzelał bardzo dobrze. Natomiast wiecznie niezadowolony był taki Moltke, Himmler, wredni oni byli i nikt nie chciał z nimi polować... Jak strzelali? To była taka komedia, że tylko boki zrywać. Ot, na przykład, na stanowisku gdzie stał Antonescu, wyszły trzy wilki. Wielki mąż stanu rzucił dubeltówkę i uciekł do sąsiada.

 

Poszliśmy jednego razu z generałową Sosnkowską na głuszca. Były z tym perypetie, generałowa dużo rzeczy zabrała ze sobą, jakieś kremy, siateczki, buteleczki, słoiczki, bardzo dużo rzeczy miała w torbie, ale zapomniała... naboi do dubeltówki, po które musiałem ganiać kilka kilometrów. Aż wreszcie, po długim podchodzeniu, stoimy pod sosną na wierzchołku której gra głuszec. Sosnkowska stoi, patrzy przez lornetkę. Potem podnosi dubeltówkę, strzela i głuszec pada, jak to mówimy „gruszką”. – Zabiłam, zabiłam – piszczy z radości.


- Ciszej powiadam – czego pani krzyczy, jak głuszce grają to może upolować ich pani więcej. I rzeczywiście, zabiła jeszcze w tym samym miejscu drugiego i trzeciego. Bo jak głuszec gra, to nawet sąsiedniego strzału nie słyszy.

              Nie pamiętam już dobrze, czy było to z płk. Głogowskim, czy też z generałem Fabrycym. Na tokowisku Kosy Most głuszec odleciał po pierwszym strzale. Przeszliśmy przez bagno, znowu podeszliśmy do ptaka i strzelano do niego 5 razy, a głuszec nie słyszał. I do dziś nie wiem, dlaczego z takiej odległości myśliwy go nie zabił. Potem sprawdzaliśmy broń, była dobra. Chyba mu ktoś na złość wyjął śrut z naboi...

 

Starzyński, późniejszy obrońca Warszawy, nie bardzo entuzjazmował się polowaniem. Nie wiem, o czym zawsze myślał ten człowiek, bo jak jechaliśmy z nim w 1938 i 1939 roku na polowanie, to nie odzywał się wcale, tylko od czasu do czasu ciężko wzdychał mówiąc – O Boże, mój Boże... Nigdy nie pytałem co mu jest...

 

W 1938 r. polowała na rysie żona hrabiego Ciano. Strzeliła takim śrutem, że nasz puszczański ryś został poważnie obrażony w swej dumie, że ktoś poluje na niego byle czym i uciekł w knieje.

 

Wydano nam rozkaz, aby dobić rysia. Dobiliśmy, tego czy... innego, ale państwo Cianowie powieźli do Włoch skórę rysia „własnoręcznie” upolowanego w Polsce, w Białowieży.

 

Opowiem jeszcze o rysiu Horthyego. W Białowieży była jakaś wielka konferencja ministrów spraw zagranicznych, ambasad, był tam i regent Węgier Horthy, który strzelił do rysia, ale go nie zabił. Kierownik łowiectwa inspektor Doubrawski polecił obowiązkowo odszukać rysia Horthyego. – Panie inspektorze. jakim numerem śrutu strzelał pan Horthy? – Numerem trzecim – odpowiedział.


Wziąłem ze sobą Janiuka, który jeszcze za czasów carskich polował i szukamy śladu. Zaczął padać śnieg i ślad urywa się. Noc. Wróciliśmy do domu. Nad ranem zabrałem swego psa Wiernusia i idziemy do puszczy. Nagle Wiernuś złapał ślad rysia, a z drugiej strony Janiuk też osacza go swymi psami.


To dziwny traf, żeby tak od razu rysia z kilku stron usidlić. Tej scenki to już nigdy nie zobaczę i nigdy nie zapomnę. Podchodzę i widzę – ryś – olbrzymi kot – siedzi skulony w takiej postawie, jakby chciał rzucić się na wszystkie psy od razu. Taaki duży kot...

 

Psy, które brały nawet dzików, odskakują, czują respekt przed jego sprytem i zwinnością. Wreszcie podchodzę bliżej, wykorzystałem moment, kiedy z tyłu rysia nie było psów – wygarnąłem loftkami. Padł na miejscu. Potem postawiliśmy go pod drzewem i strzeliliśmy o nieżyjącego już zwierza trzecim numerem śrutu... aby Horthy wiedział, że i jego śrut tam jest..
.
Do Białowieży było kilkanaście kilometrów. Kiedy już tam dobrnęliśmy, Horthy stał na rampie przy pociągu i za nic w świecie nie chciał odjechać bez „swego” rysia.

 

Co to wówczas się działo! Chyba z 50 razy nas fotografowali. Nasze puszczańskie sanie z dugami, i nasze małe koniki z bryłami zamarzniętego potu. Nas ośnieżonych, oszronionych, zgrzanych, spoconych. Z rysiem i bez rysia. Z Horthym, który upolował „swego” rysia i nas myśliwych, którzy „odnaleźli rysia Horthyego”. Były zdjęcia „rodzinne”, grupowe i pojedyncze. A kiedy już wyczerpały się pomysły fotoreporterów, jakiś pan w meloniku podszedł do mnie, zapytał o nazwisko i adres. Po 3 miesiącach otrzymałem z Budapesztu dyplom i... węgierski Krzyż Zasługi”. (oprac. i podał Piotr Bajko)

                 

 

II Rzeczpospolia

Polowania prezydenckie w Puszczy Białowieskiej

 

Prezydent Ignacy Mościcki

Ignacy Mościcki (ur. 1 grudnia 1867 r. w Mierzanowie, zm. 2 października 1946 r. w Versoix) – polski chemik, polityk, w latach 1926–1939 Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Naukowiec, wynalazca, budowniczy polskiego przemysłu chemicznego. Zapalony myśliwy. Polował w okolicach Spały, także w Karpatach Wschodnich, lasach podwileńskich i w Puszczy Białowieskiej. Białowieżę odwiedził kilkanaście razy. Ignacy Mościcki był zapalonym myśliwym, jednym z założycieli Polskiego Związku Łowieckiego i inicjatorem obchodów w Polsce dnia św. Huberta, patrona myśliwych.  Po przekazaniu mu w 1931 r., w darze przez społeczeństwo śląskie Zameczku na Zadnim Groniu w Wiśle przyjeżdżał tu regularnie na wypoczynek i na jesienne polowania na bażanty i zające. Dysponował także dwiema innymi rezydencjami: na Helu i w Ciechocinku, choć z tej ostatniej nigdy nie skorzystał.

 

Korzyści, jakie przynosiły monarchom polowania, doceniono także wtedy, gdy Polska odzyskała niepodległość już jako republika. Po przewrocie majowym nominowany przez Piłsudskiego na prezydenta Ignacy Mościcki, jako nowy prezydent, w Spale chętniej urządzał dożynki, zaś ze strzelbą jeździł do Białowieży. „Tygodnik Ilustrowany” w styczniu 1930 roku donosił czytelnikom: „W dniach od 12. do 15. b.m. odbyło się w Białowieży reprezentacyjne polowanie wydane przez P. Prezydenta Mościckiego dla korpusu dyplomatycznego. Polowanie miało przebieg bardzo pomyślny, a jako rezultat podsumowali dostojni myśliwi: 3 dziki, 1 rysia, 2 wilki, 2 lisy, 7 kozłów i 7 zajęcy”. Tę notatkę uzupełniano wieloma zdjęciami strzelającego z dwururki Mościckiego.

 Zanim po raz pierwszy prezydent złożył wizytę w Białowieży, wykonał w jej kierunku bardzo nieżyczliwy gest. W 1928 roku wydał polecenie przewiezienia pomnika żubra, który był wystawiony w 1862 roku w podbiałowieskim Zwierzyńcu, do Spały. Pomnik upamiętniał polowanie Cara Aleksandra II w 1860 roku. W sierpniu 1915 roku Rosjanie wywieźli go do Rosji, a po wojnie zwrócili Polsce, żeliwny żubr jednakże nie trafił do Białowieży, a do Warszawy. Potem w 1928 r., decyzją Mościckiego, do Spały.

Pod koniec lat 20-tych Biuro Rządu RP postanowiło urządzić w pałacu carów rosyjskich w Białowieży ośrodek reprezentacyjny głowy państwa. W związku z tym wykonano w nim odpowiednie prace adaptacyjne. Prezydent zaczął przyjeżdżać do Białowieży wraz z zaproszonymi osobistościami krajowymi i zagranicznymi na tzw. polowania reprezentacyjne.

Pierwsze prezydenckie polowanie reprezentacyjne w Białowieży odbyło się w dniach 12-15 stycznia 1930 roku. Prezydentowi towarzyszyli m.in. wojewoda białostocki Karol Kirst i gen. Kazimierz Sosnkowski.

Polowanie z udziałem Ejsmonda

Prezydent ponownie zawitał do Białowieży w dniach 10-14 kwietnia 1930 roku, by zapolować na głuszce. Głowie państwa towarzyszyli: minister rolnictwa Leon Janta-Połczyński i dyrektor Lasów Państwowych Adam Loret. Mościcki upolował piękny okaz głuszca. Z polowania był bardzo zadowolony. Świadczy o tym m.in. fakt podarowania przez niego Stefanowi Charczunowi – łowczemu Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży, pamiątkowej srebrnej papierośnicy.

Stefan Charczun - łowczy Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży

Kwietniowa wizyta głowy państwa okazała się być korzystną także dla miejscowej parafii rzymskokatolickiej, budującej od kilku lat swój kościół. Głowa państwa i minister rolnictwa udzielili parafii jednorazowej pomocy na budowę świątyni w wysokości 5 tys. zł. Prezydent umorzył ponadto dług za drewno w wysokości 53 tys. zł i doprowadził do udzielenia kredytu na cegłę na sumę 15 tys. zł.


Podczas wiosennego polowania na głuszce, prezydent postanowił poświęcić jeden dzień (12 kwietnia) na bliższe zapoznanie się z okolicą. Zwiedził rezerwat ścisły, gdzie obejrzał Dąb Jagiełły, jeździł do rezerwatu żubrów. Nie omieszkał też zapoznać się z działalnością miejscowej Państwowej Szkoły dla Leśniczych. W dniu 21 lipca 1930 roku prezydent I. Mościcki mianował Romualda Zalewskiego sędzią Sądu Powiatowego w Białowieży.

Służba łowiecka w Puszczy

Kolejne polowanie reprezentacyjne w Puszczy Białowieskiej, odbyło się 12 stycznia 1931 roku. Również następnego roku polowano w styczniu. O tych polowaniach wiemy jednak niewiele, najpewniej niczym specjalnym one się nie wyróżniły.

W 1933 roku prezydent zaprosił na polowanie do Białowieży przedstawicieli rządu i parlamentu łotewskiego. Polowano 4 i 5 stycznia. Z Polski, poza prezydentem, w polowaniu uczestniczyli m.in. marszałek Senatu Władysław Raczkiewicz, minister sprawiedliwości i naczelny prokurator Czesław Michałowski, generałowie – Edward Rydz-Śmigły i Mieczysław Trojanowski oraz wojewoda białostocki Marian Kościałkowski-Zyndram. Prezydent polował w Puszczy także 11 stycznia i 23 stycznia, ale już z innymi gośćmi.

Kolejne polowanie odbyło się w dniach 11 – 12 stycznia 1934 roku. Poza prezydentem Mościckim, udział w nim wzięli m.in. minister rolnictwa Węgier Miklos Kallay, premier Janusz Jędrzejewicz, marszałek Władysław Raczkiewicz, generałowie – Kazimierz Fabrycy, Mieczysław Trojanowski i Kazimierz Sosnkowski, hrabiowie Maurycy Potocki i Karol Romer, książę Karol Radziwiłł, wojewoda białostocki Marian Kościałkowski-Zyndram oraz posłowie Czechosłowacji, Austrii, Rumunii, Niemiec.
Polowanie w 1935 roku odbyło się w dwóch turach. Pierwszą turę wyznaczono na 25 i 26 stycznia. Obok prezydenta Mościckiego polowało kilku ministrów, generałów oraz pisarz i podróżnik Włodzimierz Korsak. W drugiej turze (28 i 29 stycznia) wziął udział po raz pierwszy w białowieskim polowaniu premier Prus Hermann Göring. Wykorzystał on tę okazję do przeprowadzenia politycznych rozmów z przedstawicielami polskiej elity politycznej i wojskowej.

Polowania Hermanna Göringa szeroko opisałem w rozdziale "Cesarskie łowy"

W dniu 31 października 1935 roku prezydent I. Mościcki postanowił przyznać trzem pracownikom lasów białowieskich odznaczenia na polu łowiectwa. Srebrne Krzyże Zasługi otrzymali: nadleśniczy Klemens Czarnecki i zastępca nadleśniczego Stanisław Wawrzynek, zaś Brązowy Krzyż Zasługi – gajowy Władysław Andruszkiewicz.

Z dzikiem

W 1936 roku polowanie w Białowieży urządzono w dniach 14 i 15, 17 i 18 oraz od 20 do 22 lutego. Prezydent ponownie zaprosił na nie premiera Hermana Göringa. W łowach uczestniczyli liczni przedstawiciele Rządu RP, dyplomaci, wyżsi rangą wojskowi. To właśnie wówczas prezydent odznaczył H. Göringa Orderem „Orła Białego”. Ten kuriozalny fakt został starannie wymazany z historii.

Z polowaniem w 1936 roku wiąże się też zabawna anegdota. Towarzysząca prezydentowi jego druga żona, Maria, korzystając z pięknej pogody, wybrała się na spacer poza obręb Parku Pałacowego. Gdy wracała, w bramie wejściowej do Parku zatrzymał ją strażnik i zażądał okazania przepustki. Prezydentowa zaczęła tłumaczyć kim jest, ale strażnik pozostawał nieubłagany. W końcu wystarano się o ten dokument i Pierwsza Dama mogła wrócić do pałacu. Ten incydent ją bardzo ubawił. Strażnik natomiast dostał pochwałę od swego przełożonego.

W dniu 3 czerwca 1936 roku cała Białowieża świętowała uroczyście 10-lecie sprawowania przez I. Mościckiego urzędu prezydenta Rzeczypospolitej. Po nabożeństwie w miejscowym kościele parafialnym, przed gmachem Dyrekcji LP zebrali się pracownicy Dyrekcji i trzech najbliżej położonych nadleśnictw oraz organizacje leśne, by wysłuchać okolicznościowego przemówienia. Wieczorem odbyła się akademia w Domu Związku Rezerwistów.

Prezydent odwiedził Białowieżę w 1936 roku jeszcze raz – pod koniec lata. W dniach 15-20 września przebywał tutaj na rykowisku jeleni. Upolował wówczas 4 jelenie-byki. Prezydentowi towarzyszyła jego małżonka.


W 1937 roku polowanie w Białowieży podzielono na trzy tury. Pierwsza tura odbyła się w dniach 17-20 lutego. Prezydentowi towarzyszył ponownie premier Prus Hermann Göring, który jednakże polował tylko 17 lutego, następnie udał się z generałem K. Fabrycym na Polesie. Prezydent 20 lutego wraz z grupą gości zwiedził muzeum przyrodnicze, które miesiąc wcześniej zostało przeniesione z pałacu do osobnego budynku na terenie Parku Pałacowego. Druga tura polowania odbyła się w dniach 26 i 27 lutego, trzecia zaś 1 i 2 marca. W trzeciej turze prezydent już nie uczestniczył. Z Białowieży powrócił do Warszawy z pięknym, upolowanym własnoręcznie rysiem.

We wrześniu 1937 roku Białowieżę odwiedził prof. Feliks Nowowiejski, znany kompozytor, dyrygent, organista, pedagog i działacz ruchu śpiewaczego. Poruszony używaniem w Białowieży obcych hejnałów myśliwskich, skomponował 24 września „Hejnał Myśliwski Prezydenta R.P.”. Odegrano go w Białowieży po raz pierwszy 23 sierpnia 1938 roku, z wieży pałacowej.


Polowanie w 1938 roku, podobnie jak i w poprzednim roku, było podzielone na trzy tury. W pierwszej turze, która odbyła się w dniach 6-8 lutego, głównym gościem prezydenta był regent Królestwa Węgier admirał Miklos Horthy, któremu towarzyszył syn Ettel. Druga tura polowania (24 i 25 lutego) była nieco skromniejsza – polowali tylko przedstawiciele Rządu RP, członkowie Domu Cywilnego i Wojskowego oraz kilku zaproszonych gości. Natomiast trzecią turę (27 i 28 lutego) po raz kolejny zaszczycił swą obecnością marszałek Hermann Göring. Była to już jego ostatnia wizyta na polowaniu reprezentacyjnym w Białowieży. Prezydent Mościcki podczas tego polowania zastrzelił 2 rysie i 5 dzików.


Po raz ostatni I. Mościcki polował w Białowieży w dniach 14-15 stycznia 1939 roku. Było to jego prywatne polowanie, z udziałem kilku ministrów i generałów (m.in. Franciszek Kleeberg), wojewody białostockiego Henryka Ostaszewskiego i starosty bielskiego Zelisława Januszkiewicza. Na polowaniu reprezentacyjnym, urządzonym w dniach 20-21 lutego 1939 roku dla szefa policji III Rzeszy, Heinricha Himmlera, oraz w dniu 28 lutego tegoż roku – dla ministra spraw zagranicznych Włoch Galeazzo Ciano i jego żony Eddy, prezydent udziału nie wziął.  (polowania prezydenta Ignacego Mościckiego szerzej opisałem w rozdziale "Cesarskie łowy).

W przerwie prezydenckiego polowania. Stefan Charczun pierwszy z lewej, odwrócony bokiem, ze strzelbą na ramieniu – Karol Nejman, dyrektor Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży

Organizacją polowań prezydenckich do 1935 roku zajmował się łowczy Stefan Charczun. Kierował on puszczańską służbą łowiecką, składającą się z 16 strzelców. On też stworzył z pracowników łowieckich orkiestrę, która odgrywała hejnały myśliwskie podczas oficjalnych przeglądów (tzw. pokotów) upolowanej zwierzyny. Odbywały się one na zakończenie każdego dnia polowania, na polance pośród wiekowych dębów, przed pałacem, przy rozpalonych ogniskach w koszach, umieszczonych na słupach. Prezydent, wysłuchawszy oficjalnego raportu o wyniku polowania i ilości oddanych strzałów, oglądał wraz z dostojnymi gośćmi trofea. Po przejściu S. Charczuna w 1935 roku na emeryturę, jego obowiązki przejął inspektor łowiectwa Maksymilian Doubrawski.

 

Maksymilian Doubrawski

Nadzór nad organizacją i przebiegiem polowań prezydenckich sprawowali dyrektorzy Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży. Początkowo Stefan Modzelewski, a od 1934 roku Karol Nejman. Prezydent doceniał S. Modzelewskiego. W 1932 roku, z okazji rocznicy niepodległości, nadał mu „za zasługi w administracji lasów państwowych” – Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Ale w 1934 roku, gdy dyrektor ośmielił się podczas robienia po polowaniu pamiątkowego zdjęcia wziąć pod rękę panią prezydentową i poprosić ją na lepsze miejsce, S. Modzelewski stracił względy u prezydenta. Został przeniesiony do Dyrekcji Lasów Państwowych w Łucku.


Mieszkańcy Białowieży, pomimo wprowadzanych utrudnień w poruszaniu się po niektórych miejscach, na ogół cieszyli się z każdego urządzanego w Puszczy prezydenckiego polowania. Chłopom wpadał dodatkowy pieniądz za udział w nagance i wożeniu gości na miejsce polowania. Nierzadko zdarzało się, że uczestnicy polowań odwiedzali miejscowe sklepiki i tutaj także pozostawiali nieco grosza.


Po pobytach prezydenta I. Mościckiego w Białowieży pozostało niewiele śladów. Tylko najstarsi białowieżanie pamiętają jeszcze Prezydencką Trybę, biegnącą linią oddziałową od 449/450 do 801/824. No, i pozostał wpis prezydenta do księgi pamiątkowej, przechowywanej w Białowieskim Parku Narodowym. Nie dotrwał do naszych czasów pałac, w którym mieściły się apartamenty reprezentacyjne prezydenta. W lipcu 1944 roku, podczas odstępowania okupantów z tego terenu, podpalony został przez oddział węgierski współpracujący z Niemcami. Ruiny pałacu zostały rozebrane w początku lat 60-tych. (Oprac. Piotr Bajko)

 

Opowieści Sergiusza Waszkiewicza

 

Sergiusz Waszkiewicz przez wiele lat był gajowym, później strażnikiem łowieckim, a na końcu łowczym. Mieszkał w Białowieży, przy ul. Tropinka. Łowiectwem zajmował się także po przejściu na emeryturę. Na początku lat 70-tych jego barwne opowieści łowieckie spisał Tadeusz Gicgier i zamieścił je na łamach „Gazety Białostockiej” (Nr 355/1972). Oto najciekawsze z nich:

 

„Pamiętam, przyjeżdżał tu za starej Polski jeden minister z Warszawy. Bardzo był grymaśny, trudno mu było wyznaczyć strażnika. Kiedyś pojechałem z nim polować na głuszce w Nadleśnictwie Biały Lasek. A trzeba tu zaznaczyć, że głuszec to ptak rzadki, wielki rarytas łowiecki. Poluje się na niego wczesną wiosną, w okresie godów”. (...) W Białym Lasku strażnik już głuszca zasadził, to znaczy wysłuchał wieczorem pieśni  i czekał na nas. Przyjechaliśmy jeszcze po ciemku. Trochę zaczekaliśmy, zaczyna brać się na świt. Było to w obwodzie strażnika Dymitra Ulezło i on poprowadził dalej ministra. Poszli kawałek w las, a minister na niego rozmaicie, z takim grubym wymysłem: - Ty durniu – powiada – ty taki owaki! To ja mam z tyłu iść i wąchać od ciebie? Ten w strachu, puszcza ministra przodem. Uszli kawałek, a minister znów na niego:  - To ja mam ciebie prowadzić na polowanie, a nie ty mnie, ty cepie? Na to Dymitr: - Panie ministrzu – powiada – albo polować, albo się kłócić. Nareszcie minister uspokoił się. Podeszli pod głuszca, strzelił, zabił z pierwszego razu. No, zadowolony, zapalił, przyszli do ogniska, pogadali trochę. Minister wsiada do samochodu, wyjmuje 40 zł i daje strażnikowi „na herbatę”. Wtedy Ulezło: - Dziękuję panie ministrzu. Jednak każden dureń złotówkę wart”.

„Innym razem pamiętam, przyjechał jeden gość z Włoch. Nic nie rozumiał po polsku i na głuszca też nigdy nie polował. Powiedzieli mu, że ma wykonywać wszystkie moje wskazówki na polowaniach. Pojechaliśmy na to polowanie, no i już trzeba podchodzić pod głuszca. Więc ja jego wziął za rękę i idziemy. Teren był bagnisty, miejscami jeszcze zamarznięty, bo to początek marca. W pewnej chwili odzywa się głuszec. Teraz trzeba podchodzić po cichutku, i to w pieśń. Jak ja skaczę, trzymam go za rękę, to i on. Przebiegliśmy kilka kroków, mój gość potknął się i upadł w trzęsawisko. Wtedy ja go za kark i trzymam, bo było niebezpiecznie. Głuszec pieśń przerwał, ale ja trzymam go dalej, żeby nie spłoszyć ptaka. On tak na mnie patrzy miłosiernie, jakby się mnie przestraszył. Nareszcie głuszec zaczyna: ta-ki, ta-ki, ta-ki – i poszedł grać. Puściłem Włocha, on za strzelbę, podskoczyliśmy jeszcze ze dwadzieścia metrów, strzelił, głuszec nasz. Wróciliśmy do Białowieży do pałacu i wtedy mój gość zaczął się śmiać i powiada: -Wiecie panowie, a ja myślałem, że ten strażnik to mnie chciał zamordować...”.


A teraz coś z tajemnic polowań „za Polski sanacyjnej”:

 

„Najzabawniejsza przygoda spotkała (...) hrabinę Ciano, która przyjechała zapolować w Białowieży na rysia. Rysia spudłowała, ale protokół dyplomatyczny nie pozwalał, żeby mogła spudłować. W tym samym czasie jeden z towarzyszących polowaniu naszych myśliwych strzelił rysia, więc powiedziano mu, że ze względów wyższych trzeba uznać, iż tego rysia strzeliła hrabina. Był to jednak pierwszy ryś owego myśliwego, ten zaczął się sprzeciwiać, wreszcie wpadł na chytry pomysł i zaproponował, że dostarczy hrabinie wyprawioną skórę zwierzęcia. Hrabina wróciła do Włoch. Myśliwy zatrzymał rysia, natomiast kupił w Warszawie gotową, spreparowaną skórę. Z wielką pompą i przepychem wręczał ją w Rzymie pani Ciano ambasador Wieniawa Długoszowski. Powszechny zachwyt, gratulacje, zwłaszcza, że ryś to zwierz we Włoszech nie znany. Traf chciał, że na uroczystości wręczania był pewien profesor zoologii, który najpierw mocno się zdumiał, a potem zaczął wykrzykiwać. To niezwykłe! To fascynujące! Fachowa literatura nic o tym nie mówi, że na terenie Polski żyją kanadyjskie rysie! Powszechna konsternacja, a potem oburzenie. Domyślono się fortelu myśliwego, niestety po niewczasie. Najbardziej ucierpiał na tym niefortunny profesor, którego ponoć zdegradowano”.

 

„Jednego razu polowałem z generałem Trojanowskim. Usiedliśmy w krzaczkach na łące, siedzimy i czekamy, kiedy wyjdą kozły. Słonko zaczyna już zachodzić, a kozłów nie ma. Więc ja wabię, raz, drugi. Oglądam się, a tu taki wielki kozioł stoi z tyłu za nami. Zaczynam pokazywać generałowi na migi, ale może zrobiłem to niezdarnie, a może trochę się ociągałem. Dość, że zanim chwycił za sztucer, zanim wymierzył, to kozioł poszedł w las”. (oprac. i podał Piotr Bajko)

Pułkownik z Warszawy na polowaniu w Puszczy Białowieskiej


Strażnik łowiecki Władysław Wiśniewski z Bud opowiedział swego czasu dziennikarzowi Kazimierzowi Nowakowi historię pewnego polowania w Puszczy Białowieskiej. Dziennikarz zrelacjonował ją później we wrocławskich „Wiadomościach” (Nr 38/1977). Oto ona:
 
„Podprowadzałem kiedyś o brzasku do żerującego odyńca jednego myśliwego, pułkownika z Warszawy. Podeszliśmy blisko, pułkownik strzelił, dzik padł w ogniu, po chwili jednak zerwał się i uciekł. Daleko nie odbiegł, jakieś sto metrów, i padł martwy na leśnej łączce, w środku dużego stada pasących się żubrów. Do martwego dzika podeszło kilka potężnych byków, zaczęło go obwąchiwać, gdy zaś poczuły woń świeżej krwi, co je rozdrażniło, zaczęły brać owego dzika na rogi, podrzucać go do góry, a potem tratować. Obserwowaliśmy przez chwilę ową scenę, wreszcie myśliwy zaczął mnie prosić, żeby coś zrobić, gdyż dzik zostanie zatratowany na miazgę. Powiedziałem pułkownikowi, że jest jeden sposób: ja wyjdę na łąkę, podrażnię byki i sprowokuję je, by mnie ścigały, gdy zaś one pobiegną za mną, myśliwy powinien wbiec między żubrze krowy i cielęta, porwać dzika i uciekać do lasu. Pułkownik zgodził się. Wyszedłem z lasu, podszedłem do stada i zacząłem wymachiwać zdjętą z siebie kurtką, krzyczeć i rzucać patykami w stronę byków. Spojrzały na mnie przekrwionymi ślepiami, zasapały wściekle i zaszarżowały w moją stronę. Łąka była bagnista, byki biegły niezbyt szybko, ja zaś po suchej ścieżce przy lesie pędziłem jak zając. W pewnej chwili obejrzałem się i zobaczyłem, że pułkownik z dzikiem na plecach ciężko kłusuje w stronę zagajnika, goniony przez dużą żubrzycę.
 
Byki mnie nie dogoniły, na skraju lasu przystanęły, waląc ze złości racicami i kręcąc łbami. Obleciałem więc łączkę lasem i zacząłem szukać myśliwego. Po chwili go znalazłem. Leżał na murawie jakieś dwieście metrów od łączki, był śmiertelnie blady, okropnie spocony, i ciężko dyszał. Obok leżał dzik, spory odyńczak dobrze ponad sto kilogramów. Usiadłem obok myśliwego, równie zziajany, zasapany i spocony, wyciągnąłem z torby „piersiówkę” z wódką. Nic nie mówiąc wypiliśmy po jednym głębszym i zapaliliśmy papierosy. Gdy po paru minutach pułkownik „wysapał” swoje zmęczenie i strach, powiedział mi:
 
„Panie Wiśniewski, ja mam pięćdziesiąt kilka lat, rok temu miałem zawał. Nie jestem bojaźliwy, jestem frontowym oficerem, nieraz na wojnie widziałem straszne sceny i ocierałem się o śmierć. Ale tu ja się bałem. Gdy mnie zaczęła gonić ta cholerna żubrzyca, ja się bałem. I chyba dlatego, że się bałem, ze strachu stałem się taki silny, żre wziąłem tego dzika na plecy i biegłem z nim dobre dwieście metrów przez mokrą łąkę, a potem przez gęsty zagajnik. Panie Wiśniewski, gdyby mi ktoś wczoraj powiedział, że ja coś takiego zrobię, że stać mnie na taki wysiłek, odpowiedziałbym, że to niemożliwe. W tej chwili ja z tym dzikiem na plecach nie ujdę ani pięćdziesięciu metrów”. (oprac. i podał Piotr Bajko)
                                                                                                                                                                                                                            Przygoda jeleniarza

 

Oto jedna z przygód myśliwskich, opowiedziana dziennikarzowi Kazimierzowi Nowakowi przez nieżyjącego już gajowego z Czerlonki - Aleksego Filipczuka. Relacja ta została zamieszczona we wrocławskich „Wiadomościach” Nr 33/1979. Gajowy opowiada o pewnym myśliwym, który przyjechał do Puszczy Białowieskiej polować na jelenie.

 

„Posadziłem go o zachodzie słońca na ambonie przy łące i poszedłem do chaty. Rano miałem po niego przyjść, tak się umówiliśmy, bo był w puszczy pierwszy raz i nie znał drogi do mnie. Na drugi dzień rano przychodzę, patrzę, nie ma gościa na ambonie. Pod amboną też go nie ma. Ale za to jest rozbita lornetka, kawałek dalej kapelusz. Chodzę więc naokoło, krzyczę, wołam go – i nic. Zacząłem wtedy szukać po lesie, obszedłem tak ambonę w promieniu kilometra . I dalej nic. Coś złego się stało – myślę, ale co? Żubrów tu nie było, bo nie ma żadnych tropów. Niedobrze jest – myślę sobie. – Trzeba lecieć do Bud i zameldować nadleśniczemu... (...). Do tych Bud to ja wtedy leciałem jak na skrzydłach. Dopadłem zdyszany do nadleśniczego, opowiadam mu, co o jak, a on się śmieje. „Aleks – powiada – twój myśliwiec się znalazł. Nie zgadniesz, gdzie. Przed pól godziną dzwonił nadleśniczy z Narewki. Mówił, że przyleciał tam przed północą jakiś strasznie przestraszony gość. Taki był zziajany i przerażony, że przez jakiś czas słowa nie mógł wykrztusić. Potem jakoś go uspokoili i opowiedział im jakąś zwariowaną historię. Sami nie wiedzą, co się pod tą amboną zdarzyło naprawdę. On im powiedział, że wielkie stado ogromnych żubrów czy innych zwierząt zaczęło koło ambony łamać i wyrywać drzewa. Więc on się bał, że przewrócą także ambonę. Zlazł z niej, dobiegł do drogi i uciekał. Tylko nie w tę stronę, co było trzeba. I tak dobiegł o północy do Narewki...”.

 

Aleksy Filipczuk wyjaśnił dziennikarzowi, co się faktycznie stało. Otóż, jelenie przed rykowiskiem mają w zwyczaju tłuc po krzakach porożem - zaprawiają się w ten sposób do przyszłej prawdziwej walki. Tak właśnie było po amboną, o czym niedoświadczony myśliwy po prostu nie wiedział. (oprac. i podał Piotr Bajko)

 

II Wojna Światowa i czasy powojenne

 

We wrześniu 1939 roku obszar Puszczy znalazł się pod okupacją radziecką. Za czasów administracji sowieckiej hodowla białowieska nie doznała żadnych szkód, przeciwnie, ustanowione przez Międzynarodowe Towarzystwo Ochrony Żubra, zasady jej prowadzenia były starannie przestrzegane. Kiedy jednak w 1941 roku kompleks białowieski dostał się na trzy lata w ręce niemieckie, sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu. Nowi okupanci nie tylko nie zapewnili puszczańskiemu stadu odpowiedniej opieki i wyżywienia, wskutek czego część przychówku padła, ale dopuścili się tak kardynalnych błędów, jak krycie białowieskich samic mieszańcem kaukaskim, mimo posiadania czystokrwistego byka rasy nizinnej. Najbardziej zaś rażącym odstępstwem od zasad było sprowadzenie i używanie do rozpłodu samca żubrobizona.


W 1943 roku w obliczu zbliżającego się frontu, Niemcy wypuścili białowieskie żubry na wolność. W 1943 roku, tak zasłużona dla ratowania gatunku Biserta, została zastrzelona osobiście przez Göringa. Gdy w sierpniu 1944 roku, już po przejściu frontu, zostały one umieszczone z powrotem w zwierzyńcu, okazało się że kataklizm ten przeżyło 17 sztuk, w tym cztery rasy nizinnej. Natychmiast po zakończeniu wojny przystąpiono do sporządzania spisu ocalałych żubrów. Na 1 stycznia 1947 roku ogólny ich stan wynosił 95 osobników, z czego w Polsce 44, w tym w Białowieży 15.

 

Niezwłocznie przystąpiono do dalszych prac nad ratowaniem gatunku. Reaktywowano Polski Oddział Międzynarodowego Towarzystwa Ochrony Żubra, które w uznaniu zasług Polaków w realizacji swego statutowego zadania, powierzyło im redakcję „Ksiąg Rodowodowych Żubrów". Dzieło to realizował z powodzeniem przez wiele lat dr Jan Żabiński. Od 25 września 1950 roku, kiedy to wywieziono z Puszczy Białowieskiej ostatniego mieszańca, w hodowli tamtejszej znajdują się wyłącznie żubry podgatunku nizinnego. 13 września 1952 roku miało tam miejsce doniosłe wydarzenie: wypuszczenie ze zwierzyńca na wolność pierwszych dwóch osobników, do których wkrótce dołączyły następne oswobodzone sztuki. W 1957 roku po raz pierwszy od 40 lat białowieskie żubry zaczęły rozmnażać się na wolności. Żubry doskonale zaaklimatyzowały się w swoim dawnym środowisku. Natychmiast odnalazły swoje pierwotne ostoje, odrodziły się u nich naturalne stadne zachowania.

 

O żubry wciąż trzeba dbać, mimo upływu 90 lat od ocalenia tego gatunku w Polsce - oceniają specjaliści zajmujący się jego ochroną. W polskiej części Puszczy Białowieskiej żyje na wolności największe w kraju stado tych zwierząt, liczące ponad pół tysiąca żubrów.


W ramach obchodów jubileuszu 85-lecia restytucji tego gatunku w Polsce, w Zwierzyńcu, w połowie drogi między Hajnówką i Białowieżą, odsłonięto pomnik żubra. W siedzibie parku narodowego odbyła się konferencja poświęcona historii przywrócenia tego gatunku w Polsce.


Pomnik w Zwierzyńcu to replika pomnika z 1862 roku, upamiętniającego polowanie Cara Aleksandra II. Tamte łowy miały miejsce 6 i 7 października 1860 roku.


W 1915 roku oryginalny pomnik został wywieziony do Moskwy przed nadciągającym frontem. Wrócił do Polski w 1924 roku, ale nie do Białowieży. Najpierw pozostawał w Warszawie, potem w 1928 roku, decyzją prezydenta Ignacego Mościckiego został umieszczony w Spale na reprezentacyjnym łowisku prezydenckim.


18 września 2014 roku w Zwierzyńcu odsłonięto nowy pomnik, ale nie był repliką wcześniejszego. Kilka lat później myśliwi z Polskiego Związku Łowieckiego rozpoczęli akcję zbierania i przekazywania na złom łusek, by pieniądze przekazać na potrzeby odlania pomnika odpowiadającego wyglądem pierwowzorowi. Teraz, w związku z 85. rocznicą restytucji żubra w Polsce, udało się ten pomnik odsłonić.


Dzisiejsze stado białowieskich żubrów wywodzi się od żubrów o imionach Borusse (samiec) oraz Biserta i Biskaya (samice), które w 1929 r. i w 1930 r. przywieziono do Białowieży z ogrodów zoologicznych w Niemczech i Sztokholmie.

Pomnik żubra z łusek zbieranych przez myśliwych

W połowie XIX wieku w Puszczy Białowieskiej żyła rekordowa liczba żubrów - 1,8 tys. Najwięcej żubrów zginęło podczas I Wojny Światowej, gdy w te rejony przybyli Niemcy. Żubry były zabijane na mięso i wywożone do Niemiec, w tym samym celu polowała na nie również miejscowa ludność.


Po I Wojnie Światowej nie było już w Puszczy żubrów. Zaczęły się jednak starania, by je przywrócić. Spisu wszystkich żyjących wówczas na świecie 54 żubrów (12 z nich dało potem początek całej obecnej światowej populacji żubra) dokonało utworzone w 1923 roku w Berlinie Międzynarodowe Towarzystwo Ochrony Żubra. W 1924 roku w Puszczy Białowieskiej powstało nadleśnictwo "Rezerwat", które stało się zaczątkiem Białowieskiego Parku Narodowego.


W 1930 roku przyszedł na świat pierwszy białowieski byczek. Po II Wojnie Światowej w Puszczy Białowieskiej żyły 22 żubry, w tym czasie na całym świecie było ich tylko 90. W ramach restytucji pierwsze żubry wypuszczono na wolność w Puszczy Białowieskiej w 1952 roku.


Aleksander Bołbot, zastępca dyrektora Białowieskiego Parku Narodowego uważa, że "żubr nigdy nie będzie bezpieczny". "To wynika z podłoża genetycznego całej restytucji. Po prostu wąska pula genetyczna, mimo wszystko mała zmienność genetyczna powoduje to, że żubr jest narażony i może być narażony na potencjalne zagrożenia, co do których my nie mamy jeszcze żadnej świadomości" - powiedział  PAP.


Podkreślił, że w tej sytuacji trzeba w dalszym ciągu żubra "chronić, pielęgnować, baczyć, w jakiej jest kondycji oraz tworzyć nowe populacje i subpopulacje". Zaznaczył jednocześnie, że 85 lat restytucji żubra jednak przyniosło sukces. Dodał, że na świecie żubrów jest obecnie ok. 5 tys. "Przy naszym staraniu będzie mu na pewno łatwiej przetrwać" - dodał Bołbot.


Białowieski Park Narodowy jest najstarszym polskim parkiem narodowym. Jego początki sięgają 1921 r. Park chroni ostatni las pierwotny na Niżu Europejskim. Białowieskie stado żubrów jest największym wolnożyjącym stadem tego zwierzęcia w Polsce. (PAP)


Program restytucji żubra białowieskiego w Polsce jest spektakularnym przykładem ratowania zagrożonych gatunków. Dziś populacja dziko żyjących żubrów jest w Polsce na tyle liczna, że zezwala się na odstrzały redukcyjne. Potężne medalowe byki, stanowiące kapitalne trofeum, można strzelić m.in. na terenie Puszczy Białowieskiej. Trofeum z żubra białowieskiego wyjątkowo cennym elementem każdej kolekcji myśliwskiej i stanowi ogromny powód do dumy dla jego zdobywcy. Jednak te polowania nie mają uroku jak królewskie i carskie łowy znane z historii.                                           

                                                                                                                                                 

Podczas zbierania materiałów o Puszczy głównie korzystałem z licznych publikacji Pana Piotra Bajko. Chylę czoła przed jego wiedzą i dorobkiem publicystycznym. Piotr Bajko jest technikiem leśnictwa, dziennikarzem i historykiem-regionalistą.