Kamienie Wilhelma

Internetowe wydanie ksiązki Andrzeja Czaplinskiego

Get Adobe Flash player

Prakwice i folwarki

 

Ponieważ historia kamieni Wilhelma, a właściwie kamiennych pomników Cesarza Wilhelma II jest ściśle związana z miejscowością Prakwice, położoną na terenach Koła Łowieckiego „Knieja” ze Starego Dzierzgonia i z rodem pruskim von Dohna, należy przedstawić historię tegoż rodu oraz historię samej miejscowości.

PRAKWICE (niem. Prökelwitz) - administracyjnie od 01.01.2000 roku wchodzą w skład gminy Dzierzgoń (powiat sztumski, województwo pomorskie). Lasy obejmujące Prakwice należą do leśnictwa o nazwie „Królewskie” (nadleśnictwo Susz).

p1

Mapa satelitarna

Wycinek starej niemieckiej mapy

Prakwice 1910 - 1915

Pierwsza wzmianka o miejscowości Praterwicz pochodzi z 1312 roku. W roku 1328 zapisano ją nieco odmiennie - Preyterwicz. Nazwa jest pochodzenia pruskiego, chociaż jej końcówka wskazuje także na wpływy ludności polskiej.

Prakwice dawniej były prawdopodobnie siedzibą jakiegoś ziemianina pruskiego. W początkach XV wieku posiadał je Gabriel Bażyński ze Sztymbarka, przywódca rycerstwa dzierzgońskiego w Związku Pruskim. Później znalazły się w posiadaniu zniemczonej już rodziny pruskiej Projków (von Proeck). Od 1466 lub 1477 roku posiadał je ród von Wallenrodt, a w 1737 roku nabył je wraz z kilkoma folwarkami i wsią szlachecką Stare Miasto (niem. Altstadt) burgrabia Krzysztof von Dohna, blisko spokrewniony z główną linią pruską Dohnów ze Słobit. Krzysztof von Dohna (1665-1733) był młodszym bratem Aleksandra von Dohna, który jako najstarszy, męski potomek rodu, zgodnie z tradycją, że pierworodny syn dziedziczy dobra główne, był właścicielem ziem rodowych w Słobitach.

Christoph, hrabia von Donha-Schlodien (ur. 1665, zm. 1733) – oficer i dyplomata w służbie Brandenburgii-Prus.

W latach 1711-1712 był pruskim wysłannikiem na sejm Świętego Cesarstwa Rzymskiego we Frankfurcie nad Menem. Jego starszymi braćmi byli Johann Friedrich von Dohna-Ferrassières i Alexander von Dohna-Schlobitten. Jego sztandarową inwestycją było wybudowanie siedziby rodowej w Gładyszach (Schlodien). Był założycielem linii rodowej Dohna-Schlodien.

 

Szkołę założono dopiero w pierwszych latach XIX wieku, przedtem dzieci uczęszczały do powstałej w 1730 roku szkoły w Pachołach. W 1782 roku wieś liczyła dziewięć dymów (gospodarstw), w 1817 - tylko 5 dymów i 162 osoby, które były pracownikami rolnymi i leśnymi von Dohnów. W 1858 roku osiem dymów i 200 mieszkańców - pracowników rodu.

Rodowód von Dohnów sięga czasów panowania na tych ziemiach Zakonu Krzyżackiego. Po zawarciu pokoju toruńskiego (1466 r.) prawie połowa terenów podległych zakonowi przypadła Polsce. Jednak powiat morąski powrócił do Zakonu, z tym, że zakonni mistrzowie musieli płacić Polsce lenno. Ponieważ w wojnie z Polską Zakon krzyżacki posługiwał się wojskami najemnymi, głównie z krajów niemieckich, po klęsce stał się niewypłacalny i musiał swoich wierzycieli zaspokajać nadaniami ziemskimi. Odtąd panami tych ziem stali się obcy najemnicy. Byli oni zalążkiem nowej warstwy szlachty i arystokracji, głównie pruskiej.

W powiecie pasłęckim Dohnowie, którzy stale powiększali swoje dobra, usadowili się w Gładyszach, Ławkach, Słobitach. Za główną, rodową siedzibę w 1525 roku obrali Słobity (około sześć kilometrów od Młynar), gdzie w 1622 roku pobudowali okazały pałac, usytuowany w zaplanowanym według francuskich kanonów parku.

Prakwice dołączono do magnackiej fortuny już około 1730 roku. Trzeba dodać, że ród von Dohna był zaprzyjaźniony, a nawet spokrewniony z innym rodem magnatów pruskich von Finckenstein, który z kolei za swoją siedzibę rodową obrał sobie Kamieniec Suski, leżący na trasie Dzierzgoń-Susz, oddalony od Starego Dzierzgonia o siedem kilometrów..

Oba rody, utrzymując liczną służbę, zamieszkiwały wspaniałe pałace o pięknej architekturze i bogatych wnętrzach. Nazywano je „królewskimi”, ponieważ często gościły Królów i Cesarzy. Obie siedziby zachowały swoją świetność do końca 1945 roku. Pałace w Kamieńcu i Słobitach doszczętnie zniszczyły wojska radzieckie.

Prakwice leżą w żyznej okolicy, około dwóch i pół kilometra na wschód od miasta Dzierzgoń. W dobrach Dohnów były bardzo ważne. W połowie XIX wieku majorat prakwicki obejmował ponad 4000 hektarów. Należało do niego dziewięć folwarków i wieś pańszczyźniana. W 1904 roku odpadła od dóbr większa część Starego Miasta (wskutek uwłaszczenia chłopów), lecz globalną powierzchnię skompensowały nowe nabytki: dwór Kielmy (niem.Köllmen), Nowy Młyn (niem. Neumühl) i kilka działów lasu zakręckiego.

 

 Dworek w Kielmach (niem.Köllmen)

Kielmy (niem. Köllmen lub Cöllmen) – osada w Polsce położona w województwie pomorskim, w powiecie sztumskim, w gminie Stary Dzierzgoń. Wieś wzmiankowana w dokumentach z 1353 r. jako wieś pruska na 13 włókach. Pierwotna nazwa Kelmem najprawdopodobniej wywodzi się języka pruskiego, w którym "kelmis" oznacza kapelusz. W 1782 r. we wsi odnotowano 6 domów (dymów), natomiast w 1858 r. w pięciu gospodarstwach domowych było 53 mieszkańców. W latach 1937–1939 populacja liczona była łącznie z miejscowością Prakwice. Köllmen była wioską rycerską w czasach Zakonu Krzyżackiego. 16 maja 1353 r. Wielki Mistrz Zakonu Winrich von Kniprode nadaje wiernemu Piotrowi i jego spadkobiercom Kelmen z 13 włókami w wiosce Königsee (Królikowo). W 1785 r. Cöllmen lub Köllmen było wioską z 9 włókami. Dla miejscowości Cöllmen parafia była  w Starym Mieście. W 1820 r. Cöllmen to posiadłość z 6 włókami i 24 mieszkańcami.

Ryszard Friedrich von Dohna-Schlobitten był budowniczym dworu

Richard Friedrich von Dohna-Schlobitten (1807-1894) już w 1820 roku wybudował dwór Cӧllmen. Burgrabia i hrabia Ryszard Friedrich zasadził również w 1871 roku dąb, który istnieje do dziś -  („Dąb Pokoju na pamiątkę wojny francuzko – pruskiej). Dawny dworek pomalowany był na żółto i biało. Prawdopodobnie w tym samym czasie powstał niewielki park, na lewo od domu, patrząc od zachodu.

Nazwa posiadłości i wsi:
•    Cöllmen - (niem. do 1871 r.)
•    Köllmen -  (niem. Do 1907 r.)
•    Vorwerk Köllmen - (niem. do 1945 r.)
•    Kielmy - (pol. po 1945 r.)

Ryszard Wilhelm zu Dohna-Schlobitten

Richard Wilhelm zu Dohna-Schlobitten (1837-1916) założył tu swoje gospodarstwo, jeszcze za życia swojego ojca Richarda Friedricha, w latach 1867/68, był to przypuszczalnie powód do rozbudowy budynku dworu o trzy osie i dodania drugiego klasycystycznego szczytu tego samego typu. Była to budowla późnobarokowa, zastąpiona elementami klasycystycznymi. Jedenastoosiowy z dwoma szczytami o zwieńczeniu szczytowym i klasycystycznym wykończeniu. W dworku urodził się pierworodny syn Ryszarda Wilhelma - Ryszad Emil zu Dohna-Schlobitten.

Richard Emil Fürst zu Dohna-Schlobitten (1872-1918) urodził się 8 października 1872 r. w właśnie Cöllmen koło Prökelwitz; zm. 18 listopada 1918 r. w Schlobitten.

Richard Emil zu Dohna-Schlobitten i jego żona Marie Mathilde Prinzessin zu Solms-Hohensolms-Lich - fotografia z 18 marca 1898 r.

Ostatnim właścicielem majątku w Prakwicach, w tym folwarku w Kielmach (Vorwerk Köllmen) w latach 1918 - 1945 był Aleksander zu Dohna-Schlobitten.

Aleksander zu Dohna-Schlobitten

Aleksander Fürst zu Dohna-Schlobitten odwiedzał Köllmen nieregularnie. Administratorem folwarku przed II Wojną Światową był Fritz Brandes. On też z rodziną mieszkał we dworze. Po latach jego syn Winfried Brandes tak opisał rozkład pomieszczeń dworskich:

Pomieszczenia na parterze:
1.Zadaszony taras z głównym wejściem
2. Mały korytarz
3. Mały pokój, z którego przechodziło się  do jadalni przez podwójne drzwi
4. Pokój księcia, z którego korzystał podczas wizyt
5. Długi korytarz z wyjściem na dziedziniec
6. Sypialnia rodziców i dzieci
7. Łazienka, znajdowała się obok głównej sypialni
8. Salon
9. Biuro ojca
10. Jadalnia dla ważnych gości, drzwi prowadziły do ogrodu
13. Spiżarnia
14. Duża wiejska kuchnia z podwójnymi drzwiami do ogrodu i parku.
Na piętrze były:
1. Patrząc na wschód, duży pokój gdzie prasowano pranie
2. Od strony dziedzińca znajdował się pokoje dla gości i dziewcząt, które mieszkały tu po 1943 roku ze zbombardowanego Berlina

W kuchni, łazience i toalecie była bieżąca woda. W korytarzu był telefon. Numer telefonu do Christburga (Dzierzgonia) to 115. Wszystkie okna były podwójnie szklone, wewnętrzne okna by sprawdzane w lecie - wszystkie były ponumerowane - przez kołodzieja do kontroli. Jeśli było to konieczne. przemalowane przez malarza i wyniesione. Na początku jesieni, każdego roku, kołodziej ponownie montował wszystkie podwójne okna. Wszystkie piece, często kaflowe, mogły być ogrzewane tylko z sieni, która w ten sposób również otrzymywała pewne ciepło, zwłaszcza w mroźną zimę.

Administrator (zarządca) folwarków Kielmy i Glanda Fritz Brandes, który zastąpił zarządcę Schumanna

Zarządca z rodziną, żoną Irmtraut oraz córką Rosmarie i synem Winfriedem, w chwili wyjazdu na front, w mundurze Wermachtu. Z wojny nie powrócił. Rosmarie urodziła się

w 1940 r., a syn Winfried w 1942 r.

Wycinek niemieckiej mapy folwarku Kӧllmen

W 2021 roku znalazłem fragmety niemieckiego pamiętnika Winfrieda Brandesa, który powstał, jak myślę, na podstawie opowiadań i wspomnień jego matki. Opisany bowiem jest zarówno dwór jak i folwark, a przecież z chwilą ucieczki z Kӧllmen miał on zaledwie trzy lata. Oto przetłumaczone na język polski fragmenty tego pamiętnika:

"To był ten wielki, wyjątkowy początek, który zrobili nasi rodzice, kiedy w 1938 roku wspólnie przejęli Vorwerk Kӧllmen. Sympatia była z pewnością obustronna - właściciela i zarządcy. Ojciec już w 1937 roku został mianowany administratorem. Furst zu Dohna-Schlobitten nie był zadowolony z pracy poprzedniego dzierżawcy Schumanna, stąd nowa nominacja. W 1938 roku nasi rodzice wzięli ślub w kościele w Locken w powiecie Osterode. Kiedy Mutti wprowadziła się do dworu, w 1938 roku, Jej Najjaśniejsza Wysokość Księżna podarowała jej niebiesko-szarego perskiego kotka o imieniu MAUTZI, który uwielbiał załatwiać swoje "sprawy" na kuchennym zlewie, lubił też przesiadywać na karniszu w salonie. Wujek Horst i ciotka Irene Bieber - Gut Duhnau - podarowali do kompletu jamnika o imieniu SEPPEL. Oba zwierzęta spały razem w łóżeczku!

Jako młoda gospodyni domowa Mutti musiała wcielić w życie wiele z tego, czego nauczyła się podczas praktyki w swoim domu. Na początku nie było jej łatwo, zwłaszcza że wszystkie kobiety w Kóllmen zakładały, że "żona z farmy" sobie poradzi. Mama musiała sobie uświadomić, że bycie gospodynią domową to jest zawód, którego trzeba się nauczyć, że jej praca to są właściwie dwa zawody: po pierwsze to jest wszystko, co trzeba zrobić przede wszystkim z dziećmi - nas jeszcze nie było - od opieki nad niemowlętami do ich wychowania, a po drugie, zarządzanie pieniędzmi domowymi i dbałość o utrzymanie domu, co obejmuje podstawową wiedzę z zakresu księgowości, gospodarki magazynowej. Niespodziewanie pojawili się także goście, a nawet książę, żywienia, pielęgnacji tkanin, higieny domowej, zaopatrzenia i utrzymania inwentarza domowego, a także umiejętności gotowania, pieczenia, szycia, prania, prasowania itp. wymaga! Służące, pomocnice domowe i dodatkowe kobiety z Vorwerku i Altstadt miały być dobrze wykorzystane.

Gospodyni domowa, czyli Mutti, również dorabiała na boku. Hodowała gołębie, drób oraz ich jaja i sprzedawała je do Hausfrauenbund (Stowarzyszenie Gospodyń Domowych) w Christburgu (Dzierzgoniu). W lecie rabarbar był sprzedawany z dużego ogrodu - wszystko z pierwszym wozem mlecznym - również do sklepów w Christburgu".

W tym czasie powierznia całkowita folwarków Kӧllmen i Glanden wynosiła 396 ha: W tym gruntów ornych 262 ha, łąk 52 ha, pastwisk 70 ha dróg gospodarczych 12 ha.
Obsada zwierząt:
- koni 63 szt.
- bydła ogółem 190 szt.  w tym krów mlecznych 70 szt.
- owiec merynosów 25 sztuk
- trzody chlewnej 120 sztuk.

W 1967 roku książę Aleksander Dohna-Schlobitten tak pisał o Kӧllmen: "Jako wzór nowoczesnej gospodarki, majątki Kóllmen i Glanden otrzymały w momencie przejęcia dzierżawy nowy inwentarz. Należały do nich przede wszystkim wozy gospodarcze na oponach, które mogły być napędzane tylko dwu - lub trzykonnymi zaprzęgami Zboża bezpośrednio z pola było młócona w stalowej młocarni Lanz, słoma prasowana w bele i upychana na duże sterty. Większość ziarna była sprzedawana bezpośrednio z pola, z wyjątkiem ziarna na siew, które było przygotowywane w tym celu w specjalnej czyszczalni. Opuszczona duża stodoła została po przebudowie wykorzystana jako chlewnia zachodnia, która mogła pomieścić ponad 1000 świń. Dobre wyniki uzyskane w Kӧlmen spowodowały, że pozostałe posiadłości Prӧkelwitz również stopniowo zaczęto prowadzić w podobny sposób. Cenny las został na nowo zbadany i urządzony. Zasadzono wiele nowych gatunków drzew, takich jak modrzew, świerk, dąb, buk i jesion, a nawet daglezję. Drzewostan sosnowy został zredukowany".

 

"Rodzice otrzymywali od książęcej administracji z Prӧkelwitz: darmowe mieszkania, gratisy za drewno, węgiel, prąd i ziemniaki. 2 akry ziemi ogrodowej, rocznie 36 cetnarów (cetnar – jednostka masy wynosząca ok. 50 kg) żyta i pszenicy, Wieprzowiny 150 kg, baraninę i mleko. W gospodarstwie przydomowym mamy pracowało dwoje dzieci i służąca, opłacana przez biuro emerytalne w Prӧkelwitz. W miarę potrzeby (jak była zapowiedziana wizyta księcia Dohny pomagały kobiety zlecane do prac domowych.

 

W lecie praca w Kӧllmen rozpoczynała się o godz. 5:30, w zimie o 6:30. Początek prac oznajmiał dzwonek podwórzowy. Ojciec nie zawsze był obecny po rozpoczęciu pracy, ponieważ musiał nadzorować inne zakłady np. folwark Glanden. W ramach ogólnej administracji rodzice byli również odpowiedzialni za gospodarstwa Glanden i Neumühl, za które ojciec był również w pełni odpowiedzialny w ramach zarządzania. Jak zawsze w rolnictwie - zwłaszcza tym najnowocześniejszym - na pierwszym miejscu stawiano zysk.

 

Robotnicy, instruktorzy z Altstadt i Kóllmen musieli być w tym czasie obecni. Oborowy, pan Neubert, był zawsze obecny wcześniej, ponieważ był odpowiedzialny za podział pracy w gospodarstwie, jego praca była omawiana z ojcem dzień wcześniej. W miarę potrzeb codziennie przyjeżdżał kołodziej (stelmach - rzemieślnik zajmujący się wyrobem drewnianych wozów i kół. Po zbudowaniu lub wyremontowaniu drewnianej części wozu przekazywano go do okucia kowalowi) z Glanden, bo miał dość duży warsztat kołodziejski, w tym samym budynku była kuźnia. Na piętrze Mutti miała wbudowany duży strych dla gołębi, z tej hodowli mogła zarabiać na sprzedaży gołębi w Christburgu. Z pewnością ojciec przeprowadził również inspekcję po rozpoczęciu prac na Kӧllmen, jego osiodłany koń był gotowy, więc pojechał do innych zakładów, aby nadzorować swoje zlecenia. Ich celem byli nie tylko ludzie, zwierzęta, budynki, ale przede wszystkim pola uprawne, stan zasiewów, plantacje. Szczególnie w czasie żniw wykorzystywano światło dzienne, bywały długie dni, które kończyły się dopiero o zmroku. Mama kilkakrotnie wspominała, że ojciec potrzebuje dwóch koni dziennie do inspekcji, bo inaczej są zbyt przeciążone. Ponieważ wszyscy ludzie na Vorwerk Kӧllmen byli wartościowi, nie da się ich opisać do końca. Ale należy przedstawić jedną rodzinę, rodzinę Schmidtów. Pan Schmidt. to był "Schweitzer" - pochodzili ze Szwajcarii i też mieli paszport szwajcarski (szwajcarem w majątkach nazywano nadzorującego oborę i przerób mleka. W wielu gospodarstwach były serowarnie, robiono też masło i najmowali się do tego rdzenni Szwajcarzy jeżdżący za chlebem). Pan Schmidt był odpowiedzialny tylko za krowy mleczne, tzn. tylko za dojenie, według Mutti prawie nigdy nie doił, ponieważ zatrudniano przeszkolonych dojarzy! Jego praca była szczególnie dobrze opłacana przez administrację książęcą, a jego wielka odpowiedzialność nie powinna być niedoceniana.

 

Od 1938 roku wszystkie wozy rolnicze z majątku Kӧllmen były wyposażone w gumowe opony. Z zasady po dniu pracy ojciec jeszcze raz szedł przez pole, przez stajnię i pilnował "tego, co należy". Ciężkie letnie burze często powodowały u niego nieprzespane noce, gdyż uderzenia piorunów zagrażały budynkom, spacery kontrolne również z innymi ludźmi były czymś naturalnym. Według mamy, ona i tata zawsze mieli dobre relacje z mieszkańcami Kӧllmen i Glanden.

 

Jak to zawsze bywało, rolnicy nie mogli sobie pozwolić na prawie żadne wakacje lub nie czynić, ponieważ, jak wykazano również tutaj, obecność była stale wymagana. W latach 1938-1944 nasi rodzice nie mieli wakacji. Na pewno były uroczystości rodzinne, z przyjaciółmi, znajomymi l imprezy, aby móc choć raz się zrelaksować. Ale w czasie żniw było to nie do pomyślenia.


Aleksander Furst zu Dohna-Schlobitten nieregularnie przyjeżdżał do Kóllmen na wizyty, były to z pewnością bardziej inspekcje, kontrole materiałów, inwentarza, mleka, nasion i roślin. Jego wizyty przebiegały w określonym czasie i porządku:

 

1. Ocena koni roboczych i konnych
2. Kontrola produkcji mlecznej, ilość udojonego mleka, tutaj również Schweitzer musi podać najdokładniejsze informacje
3. Ocena populacji bydła, w tym dalszej hodowli
4. Pogłowie trzody chlewnej, hodowla i populacja prosiąt
5. Następnie stan pola, zapasów oraz maszyn
6. W razie potrzeby chciał również zobaczyć dokumenty księgowe.


Podczas jednej z wizyt książę zapomniał w łazience rodziców cennego pierścionka z brylantem i bardzo się ucieszył, gdy po powrocie do zamku w Schlobitten otrzymał już telefoniczną wiadomość od matki, że zguba się znalazła.


W majątkach książęcych strojem roboczym urzędników i administratorów były: koszula, krawat lub muszka, marynarka i bryczesy, czarne buty do jazdy konnej. Na specjalnie zapowiedziane wizyty ojciec ubierał się w białą koszulę, muszkę lub krawat, czarną marynarkę, brązowe/szare bryczesy, czarne buty do jazdy konnej i nakrycie głowy. Dla wyjaśnienia dla potomnych należy zaznaczyć, że był to pożądany ubiór zawodowy, a nie przymusowy, jak to się dzisiaj chętnie mówi.


Przy złej pogodzie zakładano jeździecki płaszcz przeciwdeszczowy, zimą ciepłe ubranie. Do dziś mam zimowe rękawice do jazdy konnej mojego ojca - krore Mutti zdołała uratować. Przez wiele lat miała od ojca skórzaną torbę jeździecką (do noszenia dokumentów lub pism), którą można było przewiesić przez ramię lub szyję - w wojsku nazywano ją torbą meldunkową. W nim Mutti przechowywała dokumenty i dowody podczas ucieczki i w czasie późniejszym, w okresie od 1944 do 1955 roku były one niezwykle cenne.


Mutti miała na sobie sukienkę odpowiednią do pory roku. Wszystkie dziewczęta zatrudnione w domu nosiły podczas wizyt białe koszule, a na co dzień szare. Rodzice w tamtych czasach rzeczywiście mogli powiedzieć: "A my chcieliśmy wieczności pośród raju. . . !".


W przypadku dalszego pozytywnego rozwoju rolnictwa -1943/1944 - Fürst zu Dohna-Schlobitten rozważał wydzierżawienie Kóllmen naszym rodzicom i już kilkakrotnie o tym wspominał.


W 1939 r. młody człowiek z Kolonii otrzymał od Służby Pracy Rzeszy (RAD) nakaz pracy w Kӧllmen, zgodnie z ówczesnymi przepisami. Nie był przyzwyczajony do tej pracy. Jego ojciec podobno powiedział: "Z jego stosunkiem do rolnictwa, do pracy fizycznej, tak dalej z być nie może!". Ojciec dawał mu "prace biurowe" i "zadania kontrolne".  Po obowiązkowym roku w Vorwerk Kӧllmen nasi rodzice otrzymali od młodego człowieka z Kolonii, w podziękowaniu za ich dobroć, cenną porcelanę - Rosenthal, wzór kwiatowy z rajskim ptakiem, złote brzegi - sześć talerzy i pasujący do nich duży talerz do ciasta.


Stan koni w 1932 r. wynosił: 68 koni roboczych, zimnokrwistych trakeńskich (w tym klacze stadne), 4 konie do powozów trakeńskie, 2 konie do jazdy trakeńskie dla ojca, który musiał je często zmieniać w połowie dnia.

 

W latach wojny 1940/44 francuscy i włoscy jeńcy wojenni również przebywali w Kӧllmen jako pracownicy, musieli "mieszkać" w różnych stajniach. Pilnował ich uzbrojony strażnik - nocował zawsze w pokoju na pierwszym piętrze dworu - co z punktu widzenia mamy nie było konieczne, bo wszyscy byli miłymi ludźmi, pracowali dobrze i sumiennie - może przyczyniło się do tego traktowanie ich przez naszych rodziców.


W 1938 i 1939 roku ojciec musiał odbyć ćwiczenia wojskowe jako rezerwista (także w Sudetach i kampanii polskiej), a w 1944 roku został powołany na front jako oficer rezerwy 913 Pułku Grenadierów. Wcześniej jednak był na poligonie wojskowym w  Prusach Wschodnich w Stablack (Stabławki), gdzie utworzono 349 dywizję Volksgrenadier (razem młodzi i starcy przeszli tu krótkie szkolenie), a następnie rozlokowano ich na pierwszej linii frontu. Były ogromne straty we wspomnianej dywizji grenadierów.


W październiku 1944 r., podczas walk wokół okręgu SchloBberg, ojciec zaginął 23 października 1944 r. I tak pozostało do dziś.

20 stycznia 1945 r. był mróz około 20 stopni poniżej zera, gwiaździsta noc. Nasz woźnica Schimmelpfennig, pomógł nam w największej potrzebie, chociaż sam ją miał. Chciał nas zawieźć do Christburga konno i saniami, ale z powodu opóźnienia nie mogliśmy się przedostać, musieliśmy zawrócić i wsiąść. Pieszo dotarliśmy d Christburga, zatrzymaliśmy się u żony aptekarza Eppa. We wczesnych godzinach porannych następnego dnia Mutti zdołała uciec z nami jednym z ostatnich pociągów na zachód. Pociąg pojechał na południe, w Gransee, Mark Brandenburg, musieliśmy bo wojna wciąż trwała Z Gransee, a dokładniej z Katharienhof, w 1946 r., udało nam się dotrzeć do Schweringen, na południe od Hoya nad Wezerą. Za pomocą telegramu do „komisarza ds. uchodźców” (był to Alexander Fürst zu Dohna-Schlobitten, który ze względów bezpieczeństwa musiał nieco zmienić nazwisko) zaopiekował się nami".

Do 21 stycznia 1945 r. w Kӧllmen, częściowo w Glanden, mieszkały następujące rodziny: Brandes, Koslowski, Krupp,  Meiritz, Neubert, Scheppan, Schimmelpfennig, Schmid, Ziems, Gottschalk które uciekły do Niemiec. Ponadto w Kӧllmen i Glanden mieszkały następujące rodziny: Kanikowski,  Rominski, Klein, Taschner, Arquardt i Stattler, których los jest nieznany.

Dwór przetrwał wojnę ale nie przetrwał lat powojennych. Oddany w użytkowanie Państwowego Gospodarstwa Rolnego w Kielmach stał jeszcze w latach 1945 - 1965. Dzisiaj nie ma po nim śladu. Tak jak nie ma śladu po zabudowaniach gospodarstwa - folwarku.

Dwór w latach 1960 - 1965

Nieistniejący już budynek dawnej kuźni

Los pozostałych prakwickich folwarków był różny. Wymieńmy  najpierw te, które dzisiaj nie istnieją chociaż miały bogatą historę:

Folwark Ględy (niem. Glanden) – osada w Polsce położona w województwie pomorskim, w powiecie sztumskim, w gminie Stary Dzierzgoń.  Wieś wzmiankowana w dokumentach z 1494 roku, jako wieś pruska na 8 włókach. Pierwotna nazwa Glande najprawdopodobniej wywodzi się od imienia Prusa – Glande. W 1782 roku we wsi odnotowano trzy domy, natomiast w 1858 roku w dwóch gospodarstwach domowych było 41 mieszkańców. W latach 1937–1939 było 55 mieszkańców.  Obecnie fizycznie wieś nie istnieje, jest tylko punktem na mapie.

Folwark Adamowo (niem. Adamshof) – wieś w Polsce położona w województwie pomorskim, w powiecie sztumskim, w gminie Stary Dzierzgoń.  Wieś wzmiankowana w 1736 roku jako folwark szlachecki na 19 włokach. W 1782 roku było tu 5 gospodarstw domowych, natomiast w 1858 roku w trzech domach mieszkało 61 osób. W latach 1937–1939 było tu 89  p3

Adamowo (niem. Adamshof) fragment drogi do Prakwic ( z pawej strony)

(źródło: film DVD "Prökelwitz und Slobitten" Fado - Dokumentationen F.A. Doling)

Dzieci z Adamowa na przedwojennych fotografiach

Nieistniejące już zabdowania folwarku Adamowo - fotografia z 1970 roku

Po II Wojnie Światowej Folwark Adamowo działał przy PGR w Prakwicach ale nigdy nie doprowadzono do niego elektryczności i porządnej drogi, nie oznakowano drogowskazami, itp.. Obecnie fizycznir nie istnieje. Nie ma budynków a polna droga zarosła samosiejkami drzew. Jest jedynie punktem na mapie. W pomięci mieszkańców, zwłaszcza starszych, nazwa funkconuje chyba dzięki myśliwym, którzy tak nazywają to miejsce łowiskiem (Adamowo).

p4

Pogorzele (niem. Vaterssegen) przed wojną

(źródło: film DVD "Prökelwitz und Slobitten"

Folwark Pogorzele (niem. Vaterssegen) – mała osada w Polsce położona w województwie pomorskim, w powiecie sztumskim, w gminie Stary Dzierzgoń. Wieś wchodzi w skład sołectwa Lipiec. W 1973 roku jako majątek Pogorzele należały do powiatu morąskiego, gmina Stary Dzierzgoń, poczta Stare Miasto. Fizycznie nie istnieje, jest punktem na mapie. Legenda głosi, ze tym miescu istniał dom przed wybudowanie dworku w Prakwicach czyli była to Ojcowizna. Nistety ten dom spłonął i odtąd jest to Pogorzele.

 

Folwark Królikowo (niem. Königsee) - mała wieś w Polsce położona w województwie pomorskim, w powiecie sztumskim, w gminie Stary Dzierzgoń. Wieś wzmiankowana w dokumentach z  1305 roku, jako wieś czynszowa na 40 włókach (potem jako folwark szlachecki). Pierwotna nazwa wsi brzmiała Konygisze. W 1782 roku we wsi odnotowano pięć domów (dymów), natomiast w 1858 roku w czterech gospodarstwach domowych było 77 mieszkańców. W latach 1937-39 było 62 mieszkańców. Obecnie fizycznie wieś nie istnieje, jest tylko punktem na mapie.

Nieistniejąca ruina domu  w Królikowie

W 1904 roku do Prakwic należało 1056 hektarów lasów i folwarki: Adamowo (niem. Adamshof), Glądy (niem.Glanden), Kielmy (niem.Köllmen), Królikowo (niem.Königssee), Mokajmy (niem. Storchnest), Pachoły (niem. Pachollen), Pogorzele (niem. Vaterssegen), Wólka Prakwicka (niem. Mathildenfol), Zakręty (niem. Sakrinten), Zamek (niem. Schlosshof) i Zapiecki (niem. Armuth). W okresie międzywojennym Wólkę Prakwicką rozparcelowano, a folwark Zamek odsprzedano.

Folwarki, po których pozosta zabudowania i fizycznie istnieją jako miejscowości:

Folwark Pachoły (niem. Pachollen) – osada w Polsce położona w województwie pomorskim, w powiecie sztumskim, w gminie Dzierzgoń. Wieś wzmiankowana w dokumentach z 1408 roku, jako wieś pruska na 22 włókach. Pierwotna nazwa brzmiała Bacculen. W 1782 rokuwe wsi odnotowano 10 domów (dymów), natomiast w 1858 roku w 8 gospodarstwach domowych było 120 mieszkańców. W latach 1937-39 było 138 mieszkańców.

 
Folwark Mokajmy Bądź Mokajny  (niem. Storchnest). Wzmiankowane w dokumentach jako Mokaym, Strochnest, Strochisnest. Po raz pierwszy nazwa wsi padła 19 listopada 1355 roku, gdy Werner von Rumdorff - wielki szatny i komtur z Dzierzgonia przekazał Stefanowi i jego kuzynowi Clausowi (z braćmi) 16 morg łąk na "polu Mokajmy". Łąki te leżały prawdopodobnie między Dzierzgonią, a jedną z dopływających do niej strug, zwanej wówczas Reisenbach. Z zapisów czynszowych można wywnioskować, że początkowo była to pruska wieś czynszowa, a później dobra rycerskie. Na podstawie książęcego zapisu datowanego w Królewcu 18 października 1663 roku, Mokajmy na prawie chełmińskim odziedziczył na 30 lat główny radca i nadworny ochmistrz krajowy - Johann Ernst von Wallenrodt, pod Vorbehalt des Reluitionsrechtes zu Gunsten der Landesherrschaft lub urzędu w Przezmarku.

Wtedy wieś zamieszkiwał sołtys mający 4 łany i sześciu chłopów gospodarzących na dwóch łanach każdy. Wspomniane cztery łany sołtysie kupił 5 października 1665 roku Johann E. von Wallenrodt od sprawującego ten urząd Andreasa Mertena. W 1785 roku (według Goldbecka) Mokajmy były szlacheckim folwarkiem i wsią z 9 "dymami" należącą do dóbr w Prakwicach. W 1875 roku było tu 106 mieszkańców. Od około 1850 roku do 1945 roku właścicielami Mokajm (369 ha ziemi) byli Dohnowie ze Słobit, mający swe posiadłości w Prakwicach. Po II Wojnie Światowej wieś została praktycznie w 80% zasiedlona przez ludność pochodzenia ukraińskiego.

Folwark Zakręty (niem. Sakrinten) – osada w Polsce położona w województwie pomorskim, w powiecie sztumskim, w gminie Stary Dzierzgoń przy drodze wojewódzkiej nr 515. Wieś wchodzi w skład sołectwa Stary Dzierzgoń. Najwcześniej wieś wzmiankowana w dokumentach z 1624 roku, jako folwark szlachecki na 12 włókach. Pierwotna nazwa wsi – Sakrenten. W 1782 we wsi odnotowano trzy domy, natomiast w 1858 w trzech gospodarstwach domowych było 59 mieszkańców. W latach 1937-39 było 29 mieszkańców. Fizycznie istnieje.

Folwark Wólka Prakwicka (niem. Mathildenfol) - w 1973 r. wymieniana jako kolonia. Istnieje jako część Starego Miasta

Folwark Zamek (niem. Schlosshof). Wieś Zamek w gm. Stary Dzierzgoń została włączona do Starego Dzierzgonia. Funkcjonuje tam obecnie jedno gospodarstwo rolne a mijsce nazywa się Pacanowo (Pacanka). Przed wojną było tam ok. 100 hektarowe gospodarstwo z rozbudowanym majdanem i przyległym w pobliżu domem dla zatrudnionych w tym gospodarstwie i budynki gospodarcze w tym stajnia. Obecnie po głównym przedwojennym gospodarstwie pozostał plac ze śladami kamieni i cegieł oraz dom mieszkalny. Przed II Wojną Światową gospodarstwo bylo własnością wójta Starego Dzierzgonia a w jego stajni urządzana była tymczasowa wystawa przedmiotów wykopanych podczas prac archeologicznych, które przeprowadzono na w 1935 roku na pobliskim wzgórzu zamkowym. Archeologów odwiedził sam Heinrich Himmler. Historia wykopalisk jest opisana w zakładce "Dobra rodowe".

Tymczasowe muzeum urządzone w stajni gospodarstwa (prawdopodobnie ówczesnego wójta Starego Dzierzgonia), w którym mieszkali archeolodzy

Majorat Prakwicki w 1918 roku

Wracamy do Prakwic:

Dworek, a właściwie mały pałacyk w Prakwicach, powstał jeszcze przed okresem, w którym stał się własnością rodu von Dohna. Według danych zaczerpniętych z czasopisma „Wiadomości morąskiego powiatu rodzinnego” (niem. Mohrunger Heimatkries-Nachrichten), gdzie autor artykułu Wulf D.Wagner, podaje historię dworu w Prakwicach. Pałacyk, a właściwie jego budowa, sięga czasów Johanna Ernsta von Wallenrod (1615-1697).

p6

Projekt budowli pałacyku został naszkicowany zgodnie z kanonami znanymi majstrom budownictwa barokowego. Świadczą o tym łagodne formy nadbudowy, o których Martin Grünberg wspomina przy opisie elektoratu Fryderyka III i zamku Friedrichshof (późniejszy Gross Holstein). Pałacyk w Prakwicach przypomina w miniaturze zamek Fryderyka III, który powstał pod koniec XVII wieku. W przybliżeniu czas budowy dworu w Prakwicach można określić na 1700 rok.

Rezydencja myśliwska Friedrichshof Króla Prus Fryderyka III była pierwowzorem dla budowniczego dworku w Prakwicach

"Był to najpiękniejszy pałac w prowincji. Miał swój niepowtarzalny urok, dostojność i doskonałość". Tak pisał o nim jego ostatni właściciel Aleksander Fürst zu Dohna-Schlobitten. W latach 1935-1936 majątek został włączony do powiatu pasłęckiego (Preussisch-Holland) i od tej pory stał się miejscem wypoczynku letniego rodziny von Dohna. Spędzali tam wakacje i ferie ze swoimi dziećmi oraz dziećmi innych możnowładców pruskich.

Dworek w Prakwicach służył dla rodu von Dohna jako letnia rezydencja 

Dworek był też siedzibą gości, myśliwych zapraszanych do Prakwic na polowania. W latach 1884 - 1910 odwiedzał tę rezydencję Cesarz Wilhelm II - wcześniajszy książę Wilhelm von Preussen. Przyjeżdżał on na zaproszenia ówczesnego właściciela majątku - Ryszarda Wilhelma zu Dohna. Letnia rezydencja doskonale spełniała zadania, jakich wymagały odwiedziny tak dostojnego gościa. Panujący w niej porządek i obsługa w pięknych, galowych ubraniach były na tak wysokim poziomie, jakiego w tym czasie w Prusach Wschodnich nigdzie nie było.  W jadalni wisiało osiemdziesiąt gipsowych odlewów poroży najpiękniejszych rogaczy strzelonych przez monarchę. Obok tych pamiątek znajdowały się też obrazy - prezenty, które Cesarz nabywał na wystawach i darował je gospodarzom. W przeciągu 14 lat Wilhelm II corocznie obdarowywał Ryszarda Wilhelma von Dohna obrazami, które były pejzażami, przedstawiały krajobrazy i naturę. Obrazy te następnie oprawiano w pozłacane ramy. Wisiały one w pomieszczeniu, które od 1910 roku nazywane było sypialnią cesarską i do 1945 roku nic w jej wystroju nie zmieniono. Po upadku monarchii, w sypialni, nad kominkiem powieszono duże zdjęcie Cesarza Wihelma II.

 

Do końca 1944 roku Prakwice nadal pełniły funkcję letniej rezydencji rodu von Dohna. Podczas nieobecności właścicieli pałacem opiekował się dozorca Carl Hoffmann, który w nim sypiał. Zarządcy majątku mieszkali poza pałacem.

 

Z początkiem lat dwudziestych XX wieku Prakwice stały się własnością spadkobiercy całej fortuny, Aleksandra zu Dohna-Schlobitten, który postanowił w 1935 roku odrestaurować dwór w Prakwicach. Pomagał mu w tym, dbający o szczegóły, architekt Wulf Wagner.

 

Budynek był jednopiętrowy, z wyciągniętymi do przodu niewielkimi skrzydłami. Nisko opuszczony dach zwieńczono trzema potężnymi, tak ulubionymi w czasach baroku, pięknie wyprofilowanymi kominami. Przez wysokie, u góry półokrągłe drzwi, wchodziło się do sieni. Podłogi wyłożono oryginalnymi płytkami z marmuru. Z sieni na poddasze szło się okazałymi barokowymi, dębowymi schodami, które uległy zniszczeniu w XIX w. Odbudowano je w 1935 roku, wraz z balustradami, zachowując dawny styl. Pod schodami składowano drewno na opał do kuchni.

 

Ściany korytarza zdobiły dwa medaliony łosi. Po prawej stronie stała szafa, a na niej wypchane zwierzęta. Nad szafą wisiał gołoszyjny sęp o trzymetrowej rozpiętości skrzydeł. O tych sępach opowiadał „mistrz dzikiego lasu” - leśniczy Schmidt, który to ponoć jeszcze przed I Wojną Światową widział na polach prakwickich trzy afrykańskie sępy - skąd one się tam wzięły, nie wiadomo.  Jeden z tych sępów, podczas podchodu został upolowany i odtąd, wypchany stanowił ozdobę korytarza.

p9

 Sień. Fot Wulf Wagner

Z korytarza dochodziło się do znajdującej się po prawej stronie jadalni. W 1935 roku położono  w niej nową, modrzewiową podłogę i wytapetowano ściany na zielono. Pomieszczenie to nazywano „zielonym”, ponieważ nawet krzesła miały obicia w tym kolorze. W jadalni znajdował się bogato zdobiony kominek oraz niebiesko-szary piec kaflowy z ozdobną przykrywą, stanowiącą koronę. Styl zwieńczenia pieca wskazywał na drugą połowę XVIII wieku.

 

Po 1936 roku została dostawiona barokowa szafa na naczynia. Ustawiono w niej porcelany miśnieńskie w cebulowym odcieniu, wywodzące się z lat 1860-1890. Jeden z serwisów był prezentem ślubnym z 1868 roku, Ryszarda-Wilhelma von Dohna i Amelie z domu Gräfin zu Dohna-Schlodien. W skład serwisu obok przeróżnych talerzy, filiżanek, waz do zup, wchodziły też trójramienne świeczniki, umywalka z wiaderkiem i nocniki.

Fragment jadalni tzw. salonu zielonego. Fot. Wulf Wagner 

Z jadalni można było przejść do urządzonej w 1895 roku łazienki, w której była bieżąca woda, co w tamtych czasach wzbudzało zachwyt gości. Cieszyła się ona ogromnym powodzeniem. Łazienka dla Cesarza, podobnie jak przyległy do niej pokój, służący do wypoczynku i jako przebieralnia, wyposażone były w dywany oraz niezbędny sprzęt. Z drugiej strony łazienki, w pokoju służbowym, spał dyżurny strażnik-dozorca Carl Hoffmann. Z tego pomieszczenia wiodły także schody na poddasze, gdzie również sypiano. Duża sypialnia nazywana była „czerwonym salonem”. Stał w niej piękny stół i biało-niebieski piec kaflowy o wysokości trzy i pół metra, w którym każdy kafel ozdobiony był herbem Wallenrodów (dowód wskazujący na czas budowy pałacu w Prakwicach). Ściany były wytapetowane na czerwono i wisiały na nich cesarskie obrazy z pejzażami. Z korytarza, wchodzono prosto do oranżerii. Drzwi wyjściowe do ogrodu z początkiem XX wieku zostały zamknięte, ale w 1936 roku, po renowacji ponownie zostały udostępnione. Po ich formie i kształcie (taki sam, jak w zamku Friedrichshof) także można określić datę powstania dworu w Prakwicach.

p11

Prakwice około 1930 r.

Prakwice - szkoła, dalej kuźnia - ok. 1930 r.

Prakwice - lata siedemdziesiąte XX wieku

Na jednej ścianie wisiało dziesięć poroży rogaczy, które to książę Friedrich Carl von Preussen w latach 1880-1885 ustrzelił w tutejszych lasach i trofea pozostawił gospodarzom.

p12

Książę Friedrich Carl von Preussen 

Rogacz perukarz, którego strzelił Friedrich Carl von Preussen 13 sierpnia 1872 r. w Prakwicach

Z oranżerii, na lewo wchodzono do ogromnego pokoju wypoczynkowego, w którym podczas pobytów rodziny i gości spędzano większą część dnia. Jedna ze ścian tego pokoju  i jej pokrycie zostały przebudowane w XVIII wieku, bez zachowania barokowego stylu. Wówczas wprowadzono jeszcze kilka zmian, np. niszcząc barokowe stiuki plafonu pokoju wypoczynkowego, wybudowano poprzeczną ścianę działową.

 

Główny wystrój pokoju stanowiły poroża. Było ich tak dużo, że ze sprzedaży kilkuset parostków i kilku wieńców pewnej bawarskiej fabryce guzików Aleksander zu Dohna uzyskał znaczne środki finansowe. Dzięki nim, podczas remontu dworu w 1935 roku, mógł usunąć rażące błędy stylowe i jak sam powiadał „pozbył się nadmiaru kości”. Na lewo, z korytarza przechodziło się do kuchni. Było w niej wydzielone pomieszczenie, w którym spożywała posiłki służba. Ogromny stół w kuchni służył do prasowania, a także do czyszczenia sreber. W jednej szafie znajdowały się naczynia, w drugiej spirytus i nafta do lamp, którymi wówczas oświetlano pałac. Sypialnia dla kobiet obsługujących dom znajdowała się na poddaszu. Prowadziły do niej schody z położonego poniżej pomieszczenia dla personelu. Stały tam metalowe łóżka i umywalka

 

Dębowe schody z korytarza głównego wiodły do pokoi sypialnych na poddaszu. Zajmowała się nimi stara szafarka, która prowadziła gości do „sali” wyposażonej w cztery łóżka z baldachimami, gdzie sypiano. Każde łóżko posiadało bawełniane zasłony w kwiaty. Do późnych lat XIX w. znajdowały się tam między innymi szafy elbląskie i królewieckie. Ściany tego pokoju wyklejono jasnymi, wzorzystymi tapetami. Z dużych okien rozciągały się przepiękne widoki. Stare orzechy włoskie w parku, rzadkość w Prusach Wschodnich, obficie owocowały. Za kolistą rabatą rozpoczynała się aleja grabowa. Przez korony drzew spojrzenie wędrowało daleko na zachód, ponad żyznymi polami, aż do Żuław malborsko-elbląskich. Cały budynek był podpiwniczony. W piwnicach przechowywano artykuły spożywcze. Osobna piwnica była winiarnią, w niej leżakowały wina. W szczytowej ścianie było wejście, przez które ogrodnik dostarczał owoce i orzechy. Tędy wchodziło się także do gabinetu, w którym rezydował rządca – tu załatwiano interesy. .

p13

Prakwice - widok od frontu z 1935 r. Fot. Wulf Wagner

Prakwice - widok od strony parku z 1935 r. Fot. Wulf Wagner

 Prakwice - widok od strony parku z 1935 r. Fot. Wulf Wagner 

W połowie 1930 roku doprowadzono do pałacu elektryczność, a w ślad za tym zainstalowano system dzwonków, służący do kontaktów ze służbą. Każdy pokój był połączony kabelkiem z dzwonkiem, znajdującym się nad drzwiami w kuchni.

 

Trwający ponad miesiąc remont kosztował właściciela 2000 RM, nie licząc pensji architekta. Była to na owe czasy bardo duża suma. Dla właścicieli dóbr ta kwota nie stanowiła problemu. Przez ponad trzy stulecia na ogromną fortunę pracowały setki robotników. Dochód czerpano z dziesiątków folwarków.

 

W tamtych latach wydzielone majątki, takie jak Prakwice, nazywano „kluczami dworskimi”. Aleksander zu Dohna wspomina, że Prakwice były „złotym kluczem”. Nic w tym dziwnego, ponieważ obok walorów łowieckich i rekreacyjnych stanowiły dla rodu potężne źródło dochodów.

Majorat prakwicki był doskonale administrowany. W samym folwarku Pachoły były cztery stada krów liczące 650 sztuk, cztery stada owiec po 1500 sztuk, a dwa stada trzody chlewnej miały obsadę 1000 sztuk. Utrzymywano także 250 sztuk koni, a ponieważ w okresie międzywojennym niemały dochód przynosiła sprzedaż tych zwierząt dla wojska, hodowano 35 klaczy zarodowych. Były to konie czystej krwi, rasy „Trakener”. Źrebięta znakowano wypalając na zadzie łopaty łosia. Taki znak był zastrzeżony dla stad trakenów w Prusach Wschodnich.

 

W Prawicach, w latach międzywojennych i wcześniej, ród von Dohna hodował na potrzeby wojska konie tej rasy. Prawie żadna inna z wielkich prywatnych stadnin Prus Wschodnich nie dała, przez swoje odnogi hodowlane, tak ważnych impulsów do rozwoju jak hodowla księcia von Dohna. W Prusach Wschodnich uchodziła ona za najstarszą hodowlę koni gorącokrwistych, odmiany wschodniopruskiej, rasy trakeńskiej, a jej korzenie sięgały czasów rozkwitu Zakonu krzyżackiego.

 Trener (ukłacz koni w Prakwicach) z koniem "Koran"

Ciekawe, a zarazem tragiczne,  są losy przedstawionego na fotografii trenera koni. Słabo to widać, ale pracownicy pracujący przy koniach ubrani byli w rodzaj drelichowego uniformu podobnego do munduru wojskowego. Trener widoczny na zdjęciu nie uciekł przed Rosjanami razem z całą kolumną prowadzoną przez Aleksandra von Dohna. Pozostał w Prakwicach, ale żołnierze sowieccy zastrzelili go właśnie z powodu tego uniformu. Myśleli, że to żołnierz jakiejś niemieckiej formacji.

 

W Słobitach, do dziś, przechowuje się najstarszą niemiecką księgę stadną z 1636 roku. Były to doskonałe konie i tę rasę hodowano właściwie tylko na terenach byłych Prus Wschodnich.

 Inspektor Heinz Peters na klaczy "Dzwoneczek", która była matką lini prakwickich koni rasy trakener

Duma słobickiej i prakwickiej hodowli koni "Glӧckchen" czyli "Dzwoneczek"

W latach międzywojennych, przede wszystkim księżna Antoinette zu Dohna żona ostatniego właściciela Prawic i Słobit Aleksandra zu Dohna, z wielką pasją i fachową wiedzą czuwała nad tą hodowlą. Hodowlana tradycja miała swój koniec z chwilą ucieczki von Dohnów na zachód. Podczas zawieruchy wojennej rasa „Trakener” właściwie wyginęła. Ostatnio jednak dowiedziałem się z niemieckich źródeł, że w Niemczech odbudowano tę rasę z resztek prakwickiego stada, które wyprowadził von Dohna w wielkiej kolumnie wozów wiozących dobytek jego rodziny ze Słobit i Prakwic do Niemiec.

Stado trakenów w Prawicach przygotowane i wyselekcjonowane dla Wermachtu. Były to młode konie tzw. remontowe dla wojska w wieku 3 lat

Oto opis znaleziony w źródłach niemieckich, autorstwa Antoinette zu Dohna.


„W zaplanowanej z generalską precyzją kolumnie udało się księciu Alexandrowi zu Dohna uratować mieszkańców niemal wszystkich folwarków i także konie. Słobicka i prakwicka kolumna była – według mojej wiedzy – największym zamkniętym pochodem, który dotarł na zachód. Ostatecznie składał się on z 330 osób, 140 koni  i 38 wozów. Byliśmy w drodze przez dziewięć tygodni i z wieloma drogami okrężnymi przebyliśmy około 1500 kilometrów. Pomiędzy końmi zaprzęgowymi znajdowało się 31 klaczy matek, co przedstawiało największy, zamknięty i uratowany hodowlany potencjał prywatnej stadniny. Już parę tygodni po ucieczce książę zrobił wszystko co w jego mocy, by zabezpieczyć istnienie trakeńskiej hodowli. W liście do doktora Helinga z 5.10.1945 roku pisał: ,,Myśli się o tym, by przenieść najlepsze klacze z wschodniopruskich uciekinierek przenieść do Hunnesrück. Cieszyłoby mnie bardzo, gdyby dzięki temu przedsięwzięciu przynajmniej mały ród, część wschodniopruskiej hodowli koni, która była budowana przez parusetletnie starania, mógł przetrwać.”

Konie z cesarskiego powozu pracowały także przy innych zajęciach, żeby utrzymać dobrą kondycję. Były to specjalnie dobrane konie o łagodnym usposobieniu. Powoził nimi Ernst Götz na fotografii z dołu, albo Heinz Stanowski - fotografia górna

 

Kuczer (woźnica)  Paul Görke powoził powozem zaprzężonym oczywiście w trakeny

Powóz z prakwickiego pałacu jeszcze w 1955 r. woził m.in. dzieci do chrztu. Na fotografii wieziony do chrztu w Dzierzgoniu Pan Ryszard Borzym mieszkający podówczas w Prakwicach - 1955 r. (żródło: Małgorzata i Ryszard Borzym).

Faktem jest, że uratowane prakwickie stado stało się w Niemczech zaczątkiem odnowy tej pięknej rasy koni. Od ponad 30 lat Aleksandra Grafini Dohna – druga córka księcia – opiekuje się wielkim dziedzictwem i spadkiem swojej rodziny. Robi to z olbrzymim sukcesem. Prakwice i Słobity są synonimem jednej z najstarszych, najobszerniejszych i najlepszej jakościowo hodowli koni, pochodzących od trakenów - Wschodniopruskiej Hodowli Koni Gorącokrwistych. Hrabina Aleksandra Dohna napełnia wielką spuściznę swoich przodków nowym życiem.

Hrabina Aleksandra von Dohna-Schlobitten

Hrabina Aleksandra a klaczami rasy Trakener: Kolibri, Kontesiina i Koala pochodzącymi z linii słobickiej

Koń trakeński – rasa konia pochodzenia staropruskiego. Koń trakeński pochodzi w prostej linii od hardych koni hodowanych niegdyś przez bałtyjskich Prusów. Te szlachetne zwierzęta miały dla Prusów wielkie znaczenie, zarówno materialne, jako cenna ruchomość jak i nobilitacyjne ponieważ nie każdy Prus mógł sobie pozwolić na posiadanie własnego wierzchowca. Wyjątkowe miejsce konia w kulturze pruskiej znalazło swe odzwierciedlenie także w pruskich obrządkach pogrzebowych, zwyczajem było chować zmarłego wraz z jego wierzchowcem. Wierzono iż, pochowane w pełnym, często zdobionym oporządzeniu wraz ze swym panem wyruszały w zaświaty by towarzyszyć mu w życiu po śmierci. Praktykę tą poświadcza znaczna ilość pochówków ludzi wraz z końmi, które to, są szczególnie liczne na terenie Sambii. Wartą odnotowania ciekawostką jest to iż, odnajdywano także liczne pochówki samych koni.

Wraz z podbojem Prus w XIII wieku Zakon Krzyżacki przejął pieczę nad hodowlą pruskich kuców zwanych przez nich Schwaikenpferdami (prostymi końmi) i hodował je na własne potrzeby. Z czasem  Schwaikenpferdy były poddawane krzyżówkom z innymi rasami w celu ich uszlachetnienia, łącząc tym samym ich wszechstronność i wytrwałość ze (...) wzrostem, wytrzymałością, szybkością oraz dobrym charakterem koni pełnej krwi angielskiej i czystej arabskiej. Konie wywodzące się ze Schwaikenpferda występowały licznie na terenie całych Prus i były używane do lżejszych prac polowych przez osadników sprowadzanych na pruską ziemię przez Zakon.

 

Królewska Stadnina Koni w Trakenach

 

W 1732 roku Król Fryderyk Wilhelm I Pruski postanowił utworzyć w Trakenach (Trakehnen, ros. Jasnaja Poljana) stadninę koni znaną pod oficjalną nazwą Królewskiej Stadniny Koni w Trakenach (Königliches Stutamt Trakehnen). Stadnina była ukierunkowana w dużej mierze na hodowlę koni na potrzeby kawalerii. Prace polegające na przygotowaniu terenu pod budowę stadniny trwały sześć lat i wymagały zaangażowania tysięcy pruskich żołnierzy. Ostatecznie, pośród wykarczowanego lasu i osuszonych bagien położonych nad dopływem Węgorapy - Pisą miała powstać największa i najwspanialsza hodowla koni szlachetnych w Europie, duma Prus Wschodnich. Pierwotny materiał sprowadzony do stadniny zawierał się w 1600 koniach pochodzących z różnych ras i hodowli. Dopiero w 1782 roku ta feeria ras i gatunków uległa selekcji, której efektem był podział koni ze względu na szereg czynników je określających, od typu po umaszczenie. Podział ów trwał w stadninie niezmiennie aż do końca 1944 roku. Pierwotnym celem krzyżówek, których wynikiem był koń trakeński było uzyskanie doskonałego konia kawalerskiego. Potrzeba stworzenia takiej rasy konia została zainicjowana przez Króla Fryderyka Wilhelma I Pruskiego w związku ze specyfiką ówczesnych zmagań wojennych wymagających od wierzchowca prędkości, niedużej wagi przy zachowaniu siły i wytrzymałości. Walor reprezentacyjny miał także szalenie duże znaczenie i był wielce pożądany przez pruską kadrę oficerską. W 1739 roku stadnina została przekazana księciu koronnemu Fryderykowi II Pruskiemu zwanym Wielkim, twórcy potęgi Królestwa Prus. Wraz z przejęciem stadniny przez Fryderyka II-ego rozpoczęto sprzedaż ogierów która to, przynosiła władcy znaczne profity. Po śmierci Fryderyka II stadninę upaństwowiono i nazwano Stadniną Główną Królestwa Prus w Trakenach (Königlich Preußisches Hauptgestüt Trakehnen). U szczytu rozwoju stadniny teren jej podlegający wynosił przeszło 15.000 akrów łąk, pól, ogrodów i lasów a liczna zabudowa stadniny czyniła ją swoistym miasteczkiem.

 

Stadnina Główna Królestwa Prus w Trakenach (Königlich Preußisches Hauptgestüt Trakehnen)

Koń Trakeński i Prusy Wschodnie

Konie trakeńskie dzieliły się na dwa rodzaje, cywilne i wojskowe. Na pierwszy rzut oka może dziwić iż tak szlachetna rasa była wykorzystywana do orki i ciągnęła za sobą pług podczas codziennych prac polowych, zwłaszcza biorąc pod uwagę specyfikę wschodniopruskicj gleby składającej się w większości z gliny zwałowej. Patrząc jednakże z perspektywy wytrawnego selekcjonera, znającego reputację konia przywykłego do ciężkiej pracy, nie wymagającego zbyt dużo uwagi, nie powinno dziwić iż, często krzyżowano odmianę cywilną z wojskową. Pruscy rolnicy byli namawiani do sprowadzenia klaczy do stadniny w celu ich reprodukcji z ogierami. Celem tej praktyki było zwiększenie puli koni o pożądanych cechach mogących w każdej chwili być dostosowanymi do użytku wojskowego. W 1918 roku liczba klaczy sprowadzanych do Traken wynosiła 60.000 rocznie. Wielkie zaufanie do koni rasy trakeńskiej doprowadziło do ewenementu na skalę światową ponieważ, większość prywatnych koni używanych na pruskiej ziemi była de facto związana ze państwową stadniną w Trakenach.

 

Od dawna ustalił się tam zwyczaj, że hodowcy prywatni utrzymywali stosunkowo niewiele ogierów własnych, a korzystali głównie z ogierów państwowych, Stada ogierów, jak na mały kraj, były gęsto rozmieszczone i dość duże. Już to samo powodowało wielki wpływ hodowli państwowej na stan krajowego pogłowia koni.

 

W społeczeństwie tamtejszym ugruntowało się stopniowo wielkie zaufanie do hodowli trakeńskiej i każdy hodowca najchętniej posługiwał się ogierami pochodzącymi z tego stada. Rząd ze swej strony starał się uwzględniać interesy rolników, stwarzał warunki rentowności hodowli prywatnej oraz potrafił godzić wymagania czynników wojskowych z wymaganiami praktycznego rolnictwa. Trakeny produkowały przeważnie konie rosłe i kalibrowe, nadające się zarówno dla wojska, jak i dla gospodarki rolnej. Jedną z największych, prywatnych stadnin była linia słobicka, w skład której wchodziły trakeny z Prakwic.

 

Wszystkie te okoliczności sprawiły, że hodowla krajowa była ściśle związana z państwową i stanowiła wielką pochodną stada trakeńskiego. W wyniku takiego stanu linie krwi gruntowane w Trakenach stawały się zasadniczymi liniami w całych Prusach Wschodnich i wywierały przemożny wpływ na kształtowanie się hodowli krajowej.

 

Pomiędzy rokiem 1817 a 1837 trakeny zostały poddane krzyżówkom z końmi arabskimi, angielskimi, tureckimi i turkmeńskimi. Domieszka arabska miała zniwelować potencjalne cechy negatywne koni angielskich. (za http://www.trakehners-international.com) Wraz z zakończeniem Wielkiej Wojny w 1918 roku i ograniczeniami nałożonymi na armię niemiecką stadnina przerzuciła się ponownie na rynek cywilny stawiając na hodowlę koni przeznaczonych dla gospodarstw rolnych.

Stadnina Główna Królestwa Prus w Trakenach

Najsławniejszymi końmi tej epoki w historii stadniny były ogiery Tempelhüter i Perfectionist. Oba wybitne pod każdym względem ogiery były efektem końcowym wielowiekowego procesu mającego na celu stworzenie konia będącego najbliższym odzwierciedleniem ideału, w który mierzono od samego początku powstania stadniny w Trakenach.

Ogier Perfectionist

Ogier Tempelhüter

 

 To właśnie z tej dwójki wywodzi się większość współczesnych trakenów. Perfectionist dał stadninie 131 źrebiąt w tym legendarnego Tempelhütera, konia uważanego za kwintesencję rasy trakeńskiej (pomnik mu poświęcony został postawiony przed zamkiem w Trakenach, niestety po wojnie został zdemontowany i wywieziony do Moskwy gdzie jest ozdobą Moskiewskiego Muzeum Koni).

Tempelhüter - pomnik

 

Jego kopia, powstała w latach 70-tych znajduje się przed budynkiem Deutsches Pferdemuseum w Verden. W latach 20-tych konie z Traken dzięki swemu wybitnemu potencjałowi i możliwościom fizycznym zdobyły uznanie na świecie jako konie sportowe i wyczynowe zdobywając dziesiątki medali w tym sześć złotych na Olimpiadzie w 1936 roku.

                                                                

Druga Wojna Światowa i zmierzch stadniny w Trakenach

 

Trakeny ze względu na swą ilość i predyspozycje były jednymi z głównych koni wykorzystywanych przez armię niemiecką i dużą ich część przeznaczono na użytek wojskowy. Przypuszczam że można śmiało rzec iż, były wykorzystywane na wszystkich frontach na których walczył żołnierz niemiecki, niejednokrotnie dzieląc z nim ponury koniec. Prawdą jest także to że,  koń był mimo wszystko nadal głównym środkiem transportu dla większości armii niemieckiej i tylko niektóre jednostki były na tamten czas w pełni zmechanizowane, stąd wciąż tak wiele spoczywało na grzbietach tych szlachetnych zwierząt.

 

Wraz z drugą połową 1944 roku i operacją Bagration, front wschodni począł zbliżać się niebezpiecznie blisko granicy Prus Wschodnich. Trakeny położone relatywnie blisko granicy szybko znalazły się w zasięgu operacyjnym Armii Czerwonej, która jesienią 1944 roku dokonała szeregu przełamań granicy wdzierając się dosyć głęboko w głąb wschodniopruskiej ziemi. Tylko dzięki niebywałemu poświęceniu i desperackiej walce żołnierzy, w dużej części pochodzących właśnie z Prus Wschodnich, udało się ustabilizować front przełamany jednakże ostatecznie kilka miesięcy później podczas ofensywy styczniowej, niosącej Prusom ostateczne zniszczenie.

 

17 października 1944 roku najlepsze konie stadniny wraz z pracownikami zostały ewakuowane pociągami. Niestety, duża ich część wraz z ludźmi wpadła w ręce Armii Czerwonej. Główna ewakuacja opóźniana celowo przez partię nazistowską w imię walki z defetyzmem ruszyła zbyt późno. 18.000 koni i tysiące ludzi gnanych przez nadciągającą Armię Czerwoną ruszyło przez skutą lodem Zatokę Fryską (Zalew Wiślany). Ta ciężka podróż bez odpowiednich racji żywnościowych i ochrony przed warunkami klimatycznymi, pod ciągłym ostrzałem i bombardowaniem była dla stada ostatecznym testem potwierdzającym jego wartość i wytrzymałość. Tysiące z nich podzieliło los mieszkańców Prus ginąc od bomb, kul czy lodowatych wód  Bałtyku. Tylko garstka najsilniejszych przeżyła i dotarła po długiej i dramatycznej wędrówce do Niemiec.

 

1945 rok przyniósł kres setkom lat tradycji, pracy i pięknemu miejscu zwanego niegdyś "końskim rajem" znamienitej stadnie, klejnocie Prus Wschodnich. Trakeny, serce hodowli konia trakeńskiego są obecnie niestety tylko smutnym cieniem miejsca niegdyś promieniującego świetnością i klasą, będącego kolebką jednej z najbardziej pożądanych i szanowanych ras koni, sięgających swym rodowodem czasów dawnych Prusów.

Dzień dzisiejszy

Po wojnie, konie trakeńskie które pozostały na terenie Prus Wschodnich stały się bazą do hodowli koni mazurskich z których wywodzi się koń wielkopolski, pozostała część ocalałych koni została wywieziona do Kirowa w ówczesnym ZSRR dając początek jednym z najsilniejszych koni sportowych - rosyjskim trakenom. Konie które przeżyły ewakuację do Niemiec znalazły się powojnie na terenie RFN. To właśnie w RFN pod koniec lat 40-tych zawiązał się Trakehner Verband, stowarzyszenie mające na celu kontynuowanie hodowli tej znamienitej rasy. Trakehner Verband dba szczególnie o czystość rasy trakeńskiej nie dopuszczając do krzyżówek swej głównej hodowli z końmi innej rasy, celem zachowania pierwotnej linii rodowej.

Osobniki czystej krwi trakeńskiej są znakowane znakiem stylizowanym na łopaty łosia - symbolem Prus Wschodnich. Symbol ów oznajmia tym samym miejsce ich pochodzenia i odwieczny związek z pruską ziemią. (źródło:http://pruskihoryzont.blogspot.com)                                                           

Znakowanie koni w 1938 roku w Prakwicach. Znakuje inspektor Heinz Peters

Trudno ustalić okoliczności ustanowienia charakterystycznego palenia w postaci stylizowanej łopaty łosia (z siedmioma pasynkami) na prawym zadzie koni trakeńskich. Choć nie zachowały się żadne dokumenty dotyczące tej sprawy, prawdopodobnie jest to zasługa nadleśniczego królewieckiego (Oberförstmeister in Königsberg) Friedricha Ernsta Jestera i nadleśniczego z Gumbinnen (obecnie Gusiew, Rosja) von Wangenheima. W drugiej połowie XVIII w. stan dzikiej zwierzyny bardzo podupadł, wyginęły tury, a podobny los groził łosiom, które ostały się tylko w Schorellschen, Ibenhorstschen, Tzullkinnschen i Skallischen Forst (Lasy Skaliskie na północ od Bań Mazurskich) oraz na terenie pomiędzy Trakenami a Zatoką Kurońską. Działania nadleśniczych doprowadziły do objęcia łosi ochroną na kilka lat oraz wzrostu zainteresowania tym gatunkiem. Prawdopodobnie uznano, że to rzadkie zwierzę (nie występowało w innych prowincjach poza Prusami) może być symbolem szlachetnych koni. Wzór palenia – piętno oficjalnie wprowadzono w 1787 r. i funkcjonował nieprzerwanie do końca II Wojny Światowej.


W zachowanych dokumentach hodowlanych, podaje się listę członków wschodniopruskiego związku hodowców koni posiadających co najmniej 20 zarejestrowanych klaczy w Ostpreussischen Stutbuchgesellschaft (księga stadna koni wschodniopruskich). Na czele tego spisu znajdują się von Kuenheimowie z Juditten (Judyty) z 56 klaczami. Za nimi są tak znane rodziny jak Dohnowie z Finckenstein (Kamieniec) i Pröklewitz (Prakwice) czy Stolberg-Wernigerode z Dönhoffstädt (Drogosze).


Alexander książę zu Dohna ze Słobit w swoich wspomnieniach zawarł wątek hipologiczny, wspomina m.in. współpracę z dr. Martinem Helingiem – krajowym koniuszym. Nie mniej znaną pozycją książkową jest zapewne Kindheit in Ostpreussen Marion hr. Dönhoff. Autorka umiejętnie przeplata w niej wydarzenia historyczne i losy swojej rodziny na tle stosunków polsko-pruskich, z końmi w tle. Hrabina uwielbiała jeździć konno.

 

Wracamy jeszcze do Prakwic. Gleby, szczególnie Prakwic i folwarku Pachoły miały bardzo dobrą strukturę, w skutek czego uzyskiwano wysokie plony płodów rolnych. Książę był zwolennikiem wprowadzania nowoczesności do rolnictwa. Do obór w Prawicach wodę doprowadzano za pomocą wiatraków umieszczonych na budynkach inwentarskich.

Widok gospodarstwa w Prakwicach i drogi do lasu. Fotografia wykonana przez Joachima Prinza z wiatraka podającego wodę do obory

Gospodarstwo było wyposażone w ciągnik rolniczy i lokomobil marki Lanz Buldog.

Syn zarządcy Hermanna Prinza, Joachim Prinz

 

Lokomobilem kierował Arnold Korth - jak go nazywano - pierwszy traktorzysta 

Maszynami opiekował się syn zarządcy Hermana Prinza, Joachim, który miał szczególną smykałkę do mechaniki. Lokomobil napędzany był na tzw. "holcgaz". W Prawicach była nawet własna straż pożarna, browar (warzelnia piwa) i oberża (gospoda). Książę podczas wizyt w Prawicach sam doglądał gospodarstwa i interesował się właściwie wszystkim.

Aleksander zu Dohna przed stajnią w Prakwicach, gdzie j stały najcenniejsze konie rasy trakener 

Rozwiązane też były sprawy socjalne pracowników. Deputaty roczne wynosiły: 950 kg żyta, 50 kg grochu, 100 kg pszenicy, 300 kg jęczmienia. Ponadto każdy pracownik otrzymywał rocznie po 6 m. sześciennych drewna twardego i miękkiego na opał i 18 m. sześciennych tzw. niesortu. Mógł uprawiać 25 arów ziemi pod ziemniaki i utrzymywać jedną krowę, jedną świnię oraz dowolną ilość ptactwa, z tym, że co siódma gęś musiała być oddana rządcy. Prosięta od świń pracownik musiał sprzedać, co stanowiło dodatkowe źródło dochodu. W okresie letnim robotnik otrzymywał 24 marki miesięcznie, a w okresie zimowym 16 marek. W Pachołach istniał dom starców dla emerytowanych robotników rolnych.

Dawny dom emerytów (starców) w Pachołach przetrwał wojnę

Hermann Prinz - w latach 1926-1945 administrator Prakwic 

Sama miejscowość Prawice była bardzo zadbana. Liczne budynki mieszkalne, kuźnia, szkoła, oberża stanowiły zwartą zabudowę wokół dworku. Budynek oberży, na planie Prakwic nazwany "gasthof" dawniej był budynkiem poczty konnej. Tam trzymano konie na potrzeby tej poczty i konny poczmistrz właśnie tam je wymieniał. Potem  go przerobiono na oberżę (zajazd), której właścicielem był niejaki Haider. W czasie II Wojny Światowej mieszkali w nim jeńcy sowieccy, którzy pracowali w majątku von Dohnów, w zamian za pracowników będących w wojsku niemieckim. Za tą oberżą stał drewniany barak dla jeńców francuskich. Nie znam losów jeńców francuskich. Natomiast Rosjanie, wg opowieści Joachima Prinza, zostali rozstrzelani przez wojska ... radzieckie. Może to być prawdopodobne, ponieważ NKWD uznawała, że ci żołnierze radzieccy, którzy dostali się do niemieckiej niewoli byli zdrajcami. Zabici jeńcy oraz właściciel oberży Haider i jego syn tak długo tam leżeli, że ich ciała zaczęły się rozkładać. Nie miał kto ich pochować, ponieważ wszyscy mieszkańcy Prakwic uciekli. Podpalono więc budynek razem z ciałami i dzisiaj w tym miejscu widoczne są tylko resztki fundamentów. Tak oto jeńcy zostali "wyzwoleni" przez swoich rodaków.

Fundamenty dawnej oberży - miejsce gdzie spalono jeńców rosyjskich

W tym budynku mieściła się szkoła

Budynek dawnej kużni


 

Zarządca Hermann Prinz - widać wysokie kominy browaru

 

Ten budynek nazwano małym dworem i mieszkał w nim m.in. Hermann Prinz - zarządca majątku. Budynek  obecnie nie istnieje 

Za nim widoczne wysokie kominy browaru

Stawek przed dworem zimą przyciągał wszystkie dzieci. Siódmy z lewej Joachim Prinz, a druga dziewczynka od lewej to jego siostra. 

17 września 2010 r. niespodziwanie odwiedził mnie Joachim Prinz, syn zarządcy majątku Hermanna Prinza, który opowiedział mi o wielu nieznanych szczegółach. Ma już ponad osiemdziesiąt lat, ale zadziwia pamięcią. Pamiętał nazwiska, fakty a nawet imiona koni.

Joachim Prinz z autorem książki 

Jest bardzo miłym, starszym Panem, który ciągle się wzruszał. Obecnie mieszka w Dortmundzie i właściwie cały czas podróżuje po świecie. O mojej książce dowiedział się w Niemczech od wnuczki ostatniego właściciela fortuny, Aleksandra zu Dohna i bardzo chciał się ze mną zobaczyć. Przyjechał w tłumaczem, który pomagał nam w konwersacji. Wyraził wdzięczność w stosunku do mnie, że odtworzyłem historię dworu i kamieni w języku polskim. Ze wzruszeniem opowiadał o ciepłym przyjęciu jego osoby w Polsce. Opowiadał też, że będąc młodzieńcem, w zimie przypinał do butów łyżwy i z kolegą, zamarzniętą rzeką "Sorge" (rzeka Dzierzgoń) ślizgał się na łyżwach aż do Elbląga (ok. 40 km). Uszył sobie filcowy kaptur, który miał go chronić przed mrozem. Jednak jednego razu, gdy temperatura spadła do - 30 stopni C,  odmroził sobie nos i zaprzestał wyjazdów do Elbląga.

Wizyta na grobie Dietricha Henrici

Przy "Drewnianym Kamieniu" 

Jego wizyta w Polsce zbiegła się z renowacją zabytkowych organów w kościele w Starym Mieście. Tą świątynią, od 1736 roku, opiekowała się rodzina Dohnów i była ona ich kościołem parafialnym. Wspomniane organy, dzięki sponsoringowi właśnie Joachima Prinza i wnuka ostatniego, luterańskiego pastora w Starym Mieście, Heinricha Hollanda, zostały odrestaurowane w 2009 r. i oddane parafianom ze Starego Miasta do użytku. Niestety, podobnie jak dworek w Prakwicach, organy doszczętnie zniszczyli w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku Polacy. Wnuk pastora Hollanda nazywa się Peter Adrian i mieszka w Nowym Jorku. Historia kościoła i organów zapewne doczeka się odrębnego rozdziału w tej książce. Spotkanie z Joachimem Prinzem było dla mnie ważne, ponieważ jest to jeden z ostatnich, jeśli nie ostatni, świadków historii Prakwic. Obiecaliśmy sobie następne spotkania.

 

Po jego wyjeździe otrzymałem kilka miłych listów. M. in. przesłal mi trzy stare fotografie (z okresu międzywojenego), na których znajdują się kamienie. Szczególnie jeden kamień nie jest mi znany i będę go poszukiwał, ponieważ Joachim Prinz przesłał mi mapkę z naniesioną lokalizacją wspomnianego obelisku. Z fotografii wynika, że był to kamień ustawiony dla Wilhelma II jeszcze jako księcia. Kobieta widoczna na fotografii to pani Brettman, córka leśniczego ze Starego Miasta, z dziećmi: Gretą, Ilse i Eryką. Zdjęcie pochodzi z 1930 r. Joachim Prinz napisał także, że kamień znajdował się na skraju lasu przy przy tzw. Heide (wrzosowisko lub łąka), mniej więcej naprzeciwko leśniczówki, która została zniszczona. Pisze też, że było to przy drodze ze Starego Miasta do Prakwic, przy Heldeinheim czyli przy "przyjacielskim domu". Na razie, dla mnie jest to jednak zagadka.

Fotografia przesłana przez Joachima Prinza 

Wracając jednak do wojennych losów dworku w Prakwicach to w 1944 roku, przewidując kapitulację Niemiec, rozpoczęto pakowanie cenniejszych przedmiotów. Służący Charlotte Sommer i Maurycy Stelmacher zapakowali w dębowe skrzynie wymoszczone sianem cenne miśnieńskie porcelany. Podobno zaginęły one podczas panicznej ucieczki. Szybko postępujący front wschodni spowodował, że cały ród von Dohna rozpoczął ucieczkę 22 stycznia 1945 roku ze Słobit, przez Prakwice, Elbląg, Gdańsk całe Niemcy i 20 marca 1945 roku dotarł do miejscowości Eystrup koło Bremen. 


Pałac w Prakwicach ogołocili żołnierze radzieccy kradnąc pozostawione sprzęty i wyposażenie. Nie spalili jednak dworu. Potem w latach powojennych niszczał, jak wiele innych obiektów tego typu, oddany Państwowym Gospodarstwom Rolnym. Po zakończeniu wojny mieszkali w nim Polacy, odbywały się tutaj nawet zabawy wiejskie. Jeszcze w 1974 roku można było obejrzeć resztki bogato zdobionych kominków i pieców kaflowych. Przez następne dziesięciolecia dewastacji dopełniła miejscowa ludność. W dniu dzisiejszym pałac jest kompletną ruiną i w ogóle nie przypomina świetności, która trwała trzy stulecia oraz tego, że przebywał tutaj ostatni Cesarz Niemiec i Król Prus - Wilhelm II.

Dworek w Prakwicach - lata 70-te XX w. 

Roślinność porastająca ruiny powoli, ale systematycznie zaciera ślady świetności budowli. Mimo to resztki murów, przy odrobinie wyobraźni, pozwalają choć na chwilę odtworzyć historię pałacu i atmosferę tamtych czasów.

W niemieckich opisach dworu w Prakwicach wspomniano o piwnicy, która jednocześnie była winiarnią i leżakowały w niej wina. Ich budowa wskazuje na to, że mogły być na wypadek wojny schronem dla mieszkańców dworu. Poniższe fotografie pokazują aktualny stan piwnic. Są one usytuowane w otaczającym dwór parku. Zadziwia wielkość piwnicy, która ma kilka pomieszczeń, doprowadzona jest do niej wentylacja za pomocą komina wentylacyjnego, a także istnieją paleniska, które ogrzewałyby piwnice. Jak na pomieszczenie, w którym miałyby tylko leżakować wina, jest ono ogromne i zapewne mogło pełnić także funkcje, o których wspomniałem wyżej. Joachim Prinz dopowiedział mi, że w piwnicy przechowywano lód, który miał starczyć na potrzeby gospodarstwa i dworu przez cały rok. Zapewne i do tego służyła, ponieważ jest piwnicą wgłębną czyli tzw. lochem.

 Fot. Andrzej Czapliński 

Zespół pałacowo-parkowy jest zapisany w Regionalnym Ośrodku Badań i Dokumentacji Zabytków w Gdańsku. Prakwice gm. Stary Dzierzgoń, nr rej.: P/55 i P/56 z 24.06.1949, park, nr rej.: 20/78 z 15.02.1978. Park dworski w Prakwicach od strony płd.- zach. poprzez stary żywopłot grabowy styka się z drogą Dzierzgoń-Lubochowo. Granice płd.-wschodnią stanowią zabudowania gospodarcze (po PGR), wschodnią polna droga Prakwice-Pachoły, wysadzana lipami. Po stronie północno-wschodniej park od pola oddziela żywopłot grabowy i równoległa do niego szeroka aleja lipowa.