Kamienie Wilhelma

Internetowe wydanie ksiązki Andrzeja Czaplinskiego

Get Adobe Flash player

Ród von Dohna

Prusy Wschodnie (niem. Ostpreußen) – część Królestwa Pruskiego, a potem zjednoczonych w XIX w. Niemiec (do 1945 r.). Prowincja Prusy Wschodnie powstała w 1772 r. z części ziem Polski (Warmii) oraz Prus Książęcych (z wyłączeniem Kwidzyna). Stolicą prowincji był Królewiec. W maju 1939 roku prowincja miała powierzchnię 36 991,71 km² i liczyła 2 488 122 mieszkańców.

Junkrzy czyli pruscy posiadacze ziemscy to szlachecka klasa społeczna wywodząca się z końca okresu panowania Krzyżaków w Prusach. W późniejszym czasie niemal każda rodzina szlachecka wywodziła swe pochodzenia z czasów poprzedzających panowanie władców pruskich . Druga połowa XV wieku zastała Prusy krzyżackie wyludnionymi i wyczerpanymi po wojnie trzynastoletniej. Zakonna kasa świeciła pustkami tymczasem Krzyżacy posiłkowali się podczas wojny niemieckimi dowódcami najemnymi, którzy domagali się ogromnych żołdów. Wobec braku pieniędzy postanowiono płacić ziemią. Początkowo zakon oddawał swą ziemię pod zastaw. Reguła ta wskutek rosnącego zubożenia Krzyżaków poszła jednak z biegiem czasu w zapomnienie, a zastaw zastąpiła własność. To wówczas narodziły się największe wschodniopruskie rody junkierskie. Do grupy tej zaliczyć można także szlachtę wywodzącą się z plemion staropruskich. Zubożenie i postępujące wyludnienie obszarów Prus Książęcych po 1525 roku (czyli po sekularyzacji i uznaniu Albrechta Hohenzollerna lennikiem państwa polskiego) doprowadziło do powstawania olbrzymich obszarów które stały się własnością rodów pruskich. Obszarnicy pruscy chętnie zajmowali wiodące funkcje w zakonnych urzędach w Prusach w celu pomnożenia własnego majątku. Do najważniejszych rodów junkierskich zalicza się m.in.: Dohnów, Eulenburgów, Dönhoffów, Egloffsteinów, Schliebenów, Waldburgów oraz rody staropruskie takie jak: Lehndorffów i Finckensteinów. Wiele z pruskich rodów cieszyło się wielka estymą i poważaniem wśród europejskiej szlachty. Większość rodów junkierskich dysponowała przedrostkiem von (od) lub zu (w). Żeński odpowiednik Junkra – Junkfrau, był używany sporadycznie. Junkrowie używali także do określania siebie takich zwrotów jak Graf (Hrabia) oraz Freiherren (Baron). Większość junkrów służyła w armii jako Fahnenjunker (żołnierze), najemnicy bądź też wysocy urzędnicy.

"Rezydencje pruskich junkrów do dzisiaj pozostają największym świadectwem ich potęgi. Rozsiane po wszystkich prowincjach na wschód od Łaby fascynują i porażają swym pięknem, choć wiele z nich uległo na przestrzeni lat zniszczeniu lub dewastacji. Ich reprezentacyjne domy, znajdziemy w każdym zakątku świata, a więc: na Śląsku, Warmii i Mazurach, Pomorzu, Wielkopolsce, Brandenburgii, Holsztynie i Meklemburgii. Rodzaj budowanych pałaców zależał od danego obszaru, jednak we wszystkich przypadkach porażały one przepychem, jak i funkcjonalnością. Artystyczna prostota junkierskich posiadłości wydaje się uosabiać pruskie rozumienie państwa i świata, świata wartości reprezentowanego przez: pokorę, tradycję oraz praktycyzm. Dwory i pałace rodów junkierskich wznoszono z żelazną konsekwencją dotyczącą samej konstrukcji. Jej kształt formowały artystyczne mody i idee płynące z Berlina, stolicy Prus. Oczywiście nie wszystkie znalazły uznanie, a te które realizowano na powszechną skalę, miały spotykane tylko w rezydencjach junkierskich formy." (źródło: Małgorzata Jackiewicz-Garniec i Mirosław Garniec "Pałace i dwory dawnych Prus Wschodnich"

Skoro historia kamieni jest związana z Dohnami warto zapoznać się z historią rodu von Dohna. Wszak to dzięki Ryszardowi von Dohna, Wilhelm II polował w prakwickich lasach.  Był to jeden z największych i najbogatszych rodów wschodniopruskich. Przy przedstawianiu rodu von Dohna posługiwałem się opisami Pana Lecha Słogownika - historyka, badacza i popularyzatora dziejów Elbląga i okolic. Chylę czoła przed dorobkiem publicystycznym Pana Lecha Słodownika, którego osobiście nie znam ale jestem pełen szacunku dla Jego wiedzy.

Historia rodu

Początków rodu Dohnów (niem. zu Dohna) należy upatrywać już w XII wieku. W 1143 roku Konrad III – pierwszy król Niemiec z dynastii Hohenstaufów utworzył hrabstwo Dohna, które usytuowane było między marchią miśnieńską, a królestwem Czech. W 1156 roku zostało one nadane na zasadzie lenna wraz z tytułem burgrabi, Heinrichowi von Rotha, urodzonemu około 1127 roku, zwanemu od tej pory Heinricus Castellanus de Donin (Henryk I Dohna). Lenno te pozostało w rękach rodu prawie 250 lat (do 1402). W tym czasie panowało po sobie 16 potomków Henryka I, ród rozrósł się i zaczął rywalizować z innymi wielkimi rodami dzisiejszej Saksonii. Doprowadziło to do prywatnej wojny, dla której pretekstem był romans Jeschke zu Dohna z żoną Hansa von Korbitza. Ten drugi zyskał poparcie margrabi miśnieńskiego Wilhelma I i zbrojnie wymierzył sprawiedliwość. Po trwających 17 lat walkach miasto Dohna zostało zdobyte i zniszczone, a Jeschke dostał się do niewoli. Dohnowie zostali zdziesiątkowani i wydziedziczeni ze swoich dóbr, które przejęli Wettinowie. Podczas wojny nie otrzymali pomocy od cesarza Zygmunta Luksemburskiego, który był zajęty wojną z Husytami, ale dzięki bliskim z nim znajomościom mogli się schronić na dworze w Pradze. W Czechach otrzymali nowe ziemie, na których odbudowywali swoje majątki.

Od XIII wieku Rzeczpospolita Polska toczyła boje z Zakonem Krzyżackim. Jednak samych zakonników w armii krzyżackiej było stosunkowo niewielu. Większość stanowiły wojska zaciężne (rodzaj wojsk najemnych), które pod przykrywką szerzenia chrześcijaństwa miały okazji się wzbogacić. W takim charakterze do Państwa Krzyżackiego przybył ze Śląska jeden z tamtejszych Dohnów – Stanisław (Stanislaus).

Zatem protoplastą rodu w Prusach Wschodnich był krzyżacki najemnik Stanislaus (zm.1504/05), dowódca polowy podczas bitwy pod Chojnicami w 1454 roku. Dobra, które otrzymał za zasługi dla Zakonu, stanowiły początek wielkiej fortuny jaką kolejni członkowie rodziny pomnażali przez stulecia. Z drzewa genealogicznego wynika, że ród pochodził z Górnej Saksonii, a do Prus przybył w 1454 roku. Po przegranej, z Polską, wojnie 13 – letniej Zakon Krzyżacki spłacał najemników nadaniami ziemskimi. W 1469 roku Stanislaus von Dohna, otrzymał w ten sposób dobra Wilczęta (niem. Deutschendorf), nadane na wieczne czasy. W następnych latach ród otrzymał Karwiny (niem. Karwinden - 1469 r.), a w 1525 roku Peter von Dohna (1482 – 1553), syn Stanislausa, otrzymał od Zakonu wieś Słobity (niem. Schlobbiten). Stały się one potem siedzibą rodową von Dohnów. Właśnie syn Stanislausa, Peter uważany jest za twórcę potęgi rodu. Ożeniony z córką wojewody pomorskiego Katarzyną Zehmen miał z nią ośmiu synów i jedną córkę. Dopiero jednak jego jeden z synów, Achacy, pobudował pierwszy dom w Słobitach, a pierwszy pałac w Słobitach powstał za sprawą syna Achacego, Abrahama. Abraham zmarł nie pozostawiając męskiego potomka. W tym momencie nastąpił pierwszy podział linii pruskiej na starszą z siedzibą w Słobitach, którą odziedziczył najstarszy w tym momencie brat Abrahama - Christoph i młodszą z siedzibą w Ławkach, którą odziedziczył młodszy, Fabian. Christoph dokonał podziału swojego majątku między trzech synów. Najmłodszy z nich otrzymał Karwiny, środkowy otrzymał Gładysze (ale nie doczekał się męskiego potomka).

Gładysze (Schlodien). Wirtualna rekonstrukcja

Schlodien - plan

Najstarszy syn Friedrich otrzymał Słobity, a po śmierci brata przejął też Gładysze. Synowie Friedricha doprowadzili do kolejnego podziału. Słobity odziedziczył najstarszy z synów, Aleksander, który jako pierwszy nosił tytuł zu Dohna Schlobitten, jego młodszy brat Christoph otrzymał Gładysze i przyjął tytuł Schlodien. Ich kuzyn natomiast odłączywszy należące mu się ziemie Karwin z majątku słobickiego utworzył trzecia linię, Karwinden, lecz po dwóch pokoleniach ta linia wymarła i jej majątek przeszedł na linie Schlodien zwaną od tej pory Schlodien mit Karwinden.

W 2017 r. natknąłem się w Internecie na bardzo fajny artykuł autorstwa Pana Lecha Słodownika, który cytuję w całości"

"Biała dama z pałacu w Gładyszach
Gładysze to zapomniana dzisiaj wieś sołecka w gminie Wilczęta, w której żyje około 320 mieszkańców. Niepozorne Gładysze położone są na skraju pagórkowatej okolicy na granicy z gminą Orneta, nieco powyżej środkowego biegu rzeki Pasłęka. Przed wojną Gładysze należały do powiatu pasłęckiego i były trzecią co do wielkości wsią w parafii Wilczęta. Znany matematyk, fizyk i podróżnik szwajcarski Johann Bemoulli (1667-1748), który podczas swojej podróży  przez Brandenburgię, Pomorze i Prusy pojawił się również w Gładyszach, tak opisywał tą wieś w pierwszej połowie XVIII wieku: „Gładysze to jednocześnie hrabiowski pałac rodu Dohna, który łączy zarówno wyborne położenie, piękne widoki i nieporównywalne z niczym okolice, co również dotyczy licznych innych posiadłości i siedzib rycerskich hrabiów Dohna, w których w równym stopniu mają swój udział Natura, Sztuka i Fortuna”. Przed wojną wieś słynęła z pałacu, którego fasada pomalowana była na żółtawo - złoty kolor, a pilastry i okna miały białe boniowania oraz z okazałych budowli dworskich, gospodarczych i przepięknego parku krajobrazowego. Dzisiaj w obrębie wsi znajduje się duży, otoczony fosą zdziczały park, kilka zarastających stawów oraz ruiny spalonego w 1986 r. pałacu z resztkami zabudowań przypałacowych i gospodarczych. Niewiele lepiej wyglądają niektóre zabudowania wsi. Patrząc na dzisiejsze Gładysze trudno uwierzyć, że przez 300 lat należały one do jednej z linii znanego arystokratycznego rodu von und zu Dohna, majętnego i wielce skoligaconego w Europie, patronów siedmiu kościołów i dziewiętnastu szkół, rezydującego na tych terenach już od połowy XVI wieku.
Wspomniany pałac został zbudowany latach 1701-1704 według planów francuskiego hugenoty, wybitnego architekta Jean de Bodt. Tak jak każdy porządny pałac, także ten w Gładyszach, miał swojego ducha. Była to okazjonalnie objawiająca się biała dama. Legenda głosiła, że bezdzietna pani domu chciała przekonać swego męża aby wbrew postanowieniom ustawy fideikomisowej (ordynacja rodowa, wg. której zarządzał fideikomisarz (powiernik fideikomisu), który nie był właścicielem majątku, lecz jego powiernikiem, a więc nie mógł nim swobodnie dysponować - dop. autora) - przekazał jej w testamencie Gładysze. Ponieważ mąż nie mógł, ani też nie chciał spełnić jej życzenia, groziła mu i przeklinała go jeszcze w godzinie swej śmierci. Odebrało to jej, według legendy, spokój grobowy. Przy oprowadzaniu po pałacu przed 1945 r. nie zapomniano nigdy pokazać portretu zimno spoglądającej późniejszej zjawy z XVIII wieku, z odpowiednio ubarwioną opowieścią, celem obudzenia właściwego respektu u gościa. Poza tym poproszono trzech duchownych i w ich obecności, za zamaskowanymi drzwiami, w bocznej klatce schodowej, która odchodziła od głównej klatki schodowej, wyryto w belce krzyż, który miał wykląć ducha. Obaj ostatni właściciele pałacu i dóbr w Gładyszach, bracia Wilhelm-Christoph i Carl-Emanuel (Eno) zu Dohna-Schlodien polegli w latach 1944 i 1945, walcząc w Wehrmachcie na froncie wschodnim. Ich matka z dwoma córkami uciekły z Gładysz mroźną zimą 21 stycznia 1945 r.,  powozem konnym, do Westfalii. Jedna z tych córek, Elisabeth, była w 1995 r. po raz drugi w Gładyszach razem z wybitnym dziennikarzem, publicystą i autorem książek Klausem Bednarzem, który kręcił wtedy znany film dokumentalny „Podróż po Prusach Wschodnich” (Eine Reise durch Ostpreuften). W filmie wspomina, że jak była w Gładyszach pierwszy raz w 1974 r., to w oknach pałacu wisiały jeszcze firany. Z końcem wojny nieuszkodzony pałac wpadł w ręce armii sowieckiej, która na jakiś czas urządziła w majątku kołchoz. Na wyposażeniu pałacu były jeszcze niektóre meble, piece, kominki, sztukaterie, rzeźby, obrazy i malowidła na ścianach. Od strony ogrodowej w dużych, drewnianych donicach stały ozdobne kwiaty. W stawach parkowych nowi osadnicy wiklinowymi koszami poławiali ryby, głównie liny i karasie. W 1950 r. pałac został przejęty przez Państwowe Zakłady Zbożowe i eksploatowany jako magazyn. W 1960 r. przejął go miejscowy PGR. Organizowano w nim lokalne uroczystości, dożynki, zabawy taneczne, a teren parku był miejscem festynów. W latach 1965-1984 postępowała szybko dewastacja obiektu przez miejscową ludność, na skutek braku jakiegokolwiek zabezpieczenia. W 1984 r. pałac i park przejęła prywatna osoba, która zamiast prac zabezpieczających - dokonywała częściowej rozbiórki. Później stał pusty, jednakże podejmowano próby reperowania dachu, aby umożliwić pełne odrestaurowanie. W końcu, w nocy  z 16 na 17 lipca 1986 r. pałac padł ofiarą pożaru. W międzyczasie rozebrano pięknie wykafelkowaną kuchnię oraz dwa budynki „kawalerskie” leżące nad już opróżnionym i zdziczałym stawem palacowym. Spiżarnia spłonęła jeszcze wcześniej niż pałac. Stajnie runęły i zapadły się. Ciekawą pozostałością dawnych zabudowań dworskich w Gładyszach jest pochodząca z XIX w. podcieniowa kuźnia. Jest los też nie jest pewny, gdyż powoli popada w ruinę. W jej środku znajdują cztery sentencje, które w języku niemieckim brzmią: /Die Säulenhałle führt noch nicht zur rechten / Verborgen flammt der Herd, wo Arbeit krönt der Fri/ a wird der schwächste Mensch des eignen Glückes / Folgt treuer Demut des höchsten Meisters Schritt/ - co można przetłumaczyć jako: /Portyk nie prowadzi jeszcze do prawdziwej kuźni / W skryciu płonie ognisko, gdzie pracę koronuje pokój / Tam najsłabszy człowiek staje się kowalem swego szczęścia / Tylko po wiernej pokorze postępuje krokiem najwyższego Mistrza/.  Nowy właściciel Podągów pod Ornetą, który jest znanym w Europie producentem zdrowej żywności i odżywek dla dzieci, z niezwykłym pietyzmem odbudował przed kilku laty popadający w ruinę piękny pałac w Bogatyńskich (Tungen). Obecnie chodzą słuchy, że zamierza w podobny sposób zająć się ruinami pałacu w Gładyszach." (źródło: LECH SŁODOWNIK Dziennik Bałtycki20.10.2017 s.15)

 

Gładysze XIX wiek

Patrząc na dzisiejsze Gładysze trudno uwierzyć, że przez trzysta lat należały do jednej z linii znanego arystokratycznego rodu von und zu Dohna, majętnego i wielce skoligaconego w Europie, patronów siedmiu kościołów i dziewiętnastu szkół, rezydującego na tych terenach już od połowy XVI wieku.
Wieś wzmiankowana była dosyć późno, bo w 1348 r. jako należąca do wolnych Prusów posiadłość Scloden, następnie Schloden.  Prawdopodobnie od imienia Prusa Sclode została wyprowadzona późniejsza nazwa wsi, gdy znajdowała się już w posiadaniu staropruskiej szlachty – rodu Werner i należała do komornictwa w Burdajnach. W 1557 r. właścicielem tutejszych dóbr lennych liczących 18 łanów (ok. 303 ha) był Feliks Werner.
Gładysze przeszły w 1643 roku od Erharda Wernera, pod kuratelę braci Achatiusa Dohna (1581-1647) i Fryderyka Dohna (1619-1688), na poczet dużych wierzytelności. Natomiast w 1654 r., w wyniku braterskiego podziału Gładysze przeszły w ręce tej części rodu Dohnów, która do tej pory miała siedzibę w Dębinach (Borchertsdorf).

Tak więc w 1688 roku dziedzicem Gładysz został brandenbursko - pruski generał Christoph burgrabia i hrabia zu Dohna (1665-1733), późniejszy minister, generał i dyplomata w służbie elektora brandenburskiego, a następnie króla Prus Fryderyka I (1657-1713). Stał się on protoplastą nowej – gładyskiej linii rodu (Dohna-Schlodien), w odróżnieniu od linii słobickiej (Dohna-Schlobitten), założonej przez jego brata Aleksandra (1661-1728), marszałka polnego, nadochmistrza dworu i wychowawcy księcia Fryderyka Wilhelma, późniejszego króla Prus Fryderyka Wilhelma I.

Christoph zu Dohna (1665 - 1733)

Wspomniany Christoph zu Dohna, zasłynął nie tylko jako budowniczy pałacu w Gładyszach, ale pozostawił również po sobie pamiętniki wypełnione wspomnieniami swego bogatego i interesującego życia. Należy tu wspomnieć o jednym ze zleceń jakie otrzymał jako poseł elektora brandenburskiego, gdy w roku 1711 reprezentował króla Prus Fryderyka I, podczas koronacji Cesarza Karola VI we Frankfurcie nad Menem. Do jego zadań należało podanie cesarzowi po posiłku koronacyjnym naczynia do opłukania rąk. Użyta do tego celu srebrna misa i dzbanek służyły aż do końca wojny w Gładyszach jako chrzcielnica.

Po Reformacji Dohnowie z Gładysz, Ławek i Karwin przyjęli wyznanie kalwińskie i jeszcze na początku XIX w. utrzymywali własnego kaznodzieję, który mieszkał w Gładyszach i w części parterowej pałacu odprawiał każdej niedzieli mszę, a raz w miesiącu, też w niedzielę, w Karwinach. W okresie późniejszym bywało tak, że cała rodzina Dohnów jechała w niedzielę wielkim powozem do jednego z siedmiu patronackich kościołów na mszę, najczęściej jednak do będących w posiadaniu Dohnów od 1469 r. i położonych w pobliżu Wilcząt. Jeśli wyjazd do kościoła był z powodu czy to choroby czy złej pogody niemożliwy, modlono się w sali muzycznej w czym brali w nich udział wszyscy domownicy, goście oraz służba. Dawało to obraz głębokiej pobożności która odzwierciedlała żywą tradycję rodu Dohna.
Christoph burggraf i graf zu Dohna mieszkał w latach 1695-1697 w „zameczku” (Schlößchen) w Morągu, a po jego spaleniu przeniósł się do Berlina. Tam właśnie usłyszał o sławnym budowniczym berlińskiego Arsenału, francuskim hugenocie nazwiskiem Jean de Bodt, urodzonym w 1670 r. w Paryżu. Jean de Bodt na skutek edyktów nantejskich udał się w 1685 r. do Holandii, gdzie pracował dla dynastii orańskiej, a następnie do Berlina. Tam został współpracownikiem Johanna Arnolda Neringa (zm. 1695 r.) i dokończył rozpoczęte przez niego budowy, m.in. Pałac Miejski w Poczdamie. Następnie rozpoczął służbę na dworze saskim. Christoph zu Dohna postanowił zamówić u niego projekt nowego pałacu. Początkowo rozpoczęto budowę na wzgórzu koło Kwitajn, w pobliżu miejscowości Dobre, jednakże podwójne uderzenie pioruna w fundamenty spowodowało przeniesienie budowy do Gładysz. Był to pierwszy z wielu wybudowanych przez architekta J. de Bodt  pałaców, później był on także projektantem pałaców w Karwinach, Kamieńcu (Finkenstein) k. Susza i we Friedrichstein (dzisiaj Kamienka w obwodzie kaliningradzkim). Od 1696 roku zatrudniony był w Słobitach, a następnie w latach 1701-1704 budował pałac w Gładyszach. Był on zarówno pierwszym jak i najmniejszym z tych pałaców, jednakże zachwycał ze względu na harmonijne proporcje, jak i zwartą, intymną formę.
Nadzór nad budową i wystrojem wnętrz sprawował prawdopodobnie Johann Caspar Hindersin (1677-1738), który zajmował się budową u kuzyna Christopha Dohna w Markowie (Reichertswalde), a następnie przeprowadził rozbudową Słobit, należących do brata Christopha, wspomnianego już Aleksandra zu Dohna. Jak wiadomo, m.in. pałacyk w Dawidach i budynki towarzyszące zespołowi pałacowemu w Gładyszach, są również dziełem J. K. Hindersina.
Szczególny przepych pałacu w Gładyszach, który został wybudowany w stylu baroku holenderskiego polegał na tym, że miał on oryginalne i zachowane w nienaruszonym stanie wyposażenie. Przede wszystkim wiszące na ścianach obrazy, tkane dywany, plafony, sztukaterie i kominki. Nad klatką schodową sklepiała się mała kopuła przedstawiająca wygwieżdżone niebo, zwana przez dzieci – „kocim niebem”.. Wiele dekoracji wewnętrznych wykonał plastycznie uzdolniony Carl Florus zu Dohna (1693-1765), którego wizerunek był na specjalnej teczce na biurko. Inwentarz, uzupełniony przed wojną przez meble i portrety z Karwin, był bardzo cenny i zestawiony z znawstwem przez Konrada zu Dohna-Schlodien (1872-1936). Bezcenne były tu portrety holenderskie, meble i srebra, odziedziczone od grafów Brederode i Vianen. Zbiory te uzupełniało bogate archiwum i biblioteka.
Na północny wschód od pałacu powstał częściowo „Dwór Służby”. Należały do niego położone też od wschodu dwukondygnacyjne zabudowania budynku kuchni, również wzniesione przez Hindersina według planów J. de Bodt. Północna dobudówka nigdy nie powstała. Dalej, na północny zachód, z obu stron Stawu Pałacowego, leżały dwa bliźniacze - parterowe budyneczki „kawalerskie”. Za dwukondygnacyjną kuchnią leżała jeszcze spiżarnia i dalej na południowy zachód wzniesiono później domek myśliwego lub leśnika. Północno-zachodnią stronę budynku głównego uzupełniała stajnia koni powozowych (Marstall), zwieńczona wieżyczką zamykająca pełen wyrazu zespół. By dojść na dziedziniec dworski i do domu inspektora trzeba było przejść właśnie przez tą stajnię, a przy okazji zobaczyć piękne konie jeździeckie i powozowe stojące w boksach. W 1858 r. dobudowano do pałacu niewielkie skrzydło, które pomieściło głównie oranżerię, latem była tu jadalnia, a zimą przechowywano m.in. parkowe drzewka cytrusowe. Oranżerię połączono łącznikiem z pałacem i w ten sposób zachwiano niestety jego pierwotnymi proporcjami. We wspomnianym łączniku, nazwanym później „Żółtą Salą”, mieściło się znaczne archiwum, natomiast „Żółtą Salę” zdobiły liczne obrazy rodzinne, niektóre z nich znacznej wartości (część tych obrazów znajduje się obecnie w Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie oraz w dawnym „zameczku Dohnów” w Morągu). W XIX w. odnowiono pałac, jego dach (pokryto łupkiem mansardowym) i dobudowaną w 1858 r. oranżerię.
Barokowy park przypałacowy, urządzony wg starych, mieszczańskich wzorów, otoczony był systemem umocnień, z małymi bastionami. Około r. 1800 Carl Ludwig zu Dohna-Schlodien (1758-1838) przebudował park w stylu krajobrazowym, przy czym podstawowe jego barokowe elementy zostały zachowane. Także „chiński pawilon herbaciany” i mały oberlandzki domek podcieniowy dla dzieci, gdzie ryglowy podcień wsparty był na czterech słupach. W latach 1867-1868 powstała kompozycja romantycznego parku krajobrazowego autorstwa „Dyrektora Parków” (Gartendirektor) Johanna Laraßa (1820-1893), która zmieniła wygląd parku krajobrazowego. Dlatego około 1930 r. Konrad zu Dohna-Schlodien podjął próbę częściowego zrekonstruowania parku w stylu baroku. Jeszcze wtedy były tu ponad dwustuletnie drzewa pomarańczy, do zabudowań dworskich prowadził żywopłot sięgający 11 metrów, był jeszcze kanał i bastiony.
Urszula hr. zu Dohna w swej książce na temat parków i ogrodów w Prusach Wschodnich, pisze m.in.” „... w Gładyszach, na nasypie ziemnym, Carl Ludwig Alexander Dohna wybudował pełen wdzięku chiński domek-herbaciarnię. Czworoboczne wnętrze herbaciarni miało na każdej z czterech ścian opuszczane okna i otwierające się na zewnątrz drzwi. Mała, zawieszona u sufitu róża wiatrów poruszała się w przeciągach z górnych małych okienek. Nikt nie miał pojęcia jakiemu celowi służyło małe, ciemne pomieszczenie tuż pod pokojem herbaciarni, do którego prowadziły krótkie schody. Właściwe pomieszczenie piwniczne było dopiero pod nim i nie miało żadnego połączenia z tym małym schowkiem. Ta dostępna tylko z zewnątrz piwnica wcale nie była lodownią, jak można było przypuszczać, a raczej służyła do przechowywania zimą jarzyn. U dachu pawilonu herbaciarni były zawieszone wokół liczne dzwoneczki, które przy najlżejszym podmuchu wiatru osobliwie podzwaniały”. Natomiast Clara zu Dohna w wydanej prywatnie kronice Gładysze pisze: „Wdzięczna, mała herbaciarnia, śliczny domek myśliwski z gołębnikiem i umieszczanymi na nich wersetami łacińskimi oraz mała chatka chłopska, zbudowana całkowicie na wzór chat podcieniowych z Oberlandu (Pogórza), służąca jako bawialnia dla dzieci – są jego dziełem”.
W tym krytym słomą domku podcieniowym, przeznaczonym dla zabaw dzieci znajdował się w sieni nad paleniskiem otwarty kominek, a poza trzema izbami jeszcze mała stajnia dla zwierząt i stodółka na siano. Zgodnie z ogólnym zwyczajem Carl Ludwig Alexander Dohna (członek I zjednoczonego Landtagu w 1847 r) był autorem wielu sentencji, które były potem rozmieszczane na drzewach lub ławkach w parku bowiem „one pomagają w samotności, ożywiają fantazję, rozbudzają uczuciowość...”.  
Latem w parku odbywały się festyny, które miały miejsce na łączce pod lasem, otoczonej przez wiekowe dęby. Do tańców rozkładano tam drewnianą podłogę. Tu obchodzono Dzień Dziecka, dożynki, święto straży pożarnej, święto towarzystwa strzeleckiego i in.
W parku organizowano także liczne spotkania, zwłaszcza organizacji kobiecych i przy tej okazji można było zwiedzać pałac, którego wejścia od strony ogrodowej był otwarte. Szczególne wrażenie robiła na zwiedzających sala rodowa, gdzie na ścianach wisiały cenne obrazy przodków Dohnów. Pokazywano także łóżko z baldachimem, na którym spała królowa Prus –Luiza, w czasie ucieczki do Kłajpedy w 1806 roku, po klęskach Prus pod Jeną i Auerstaedt. W 1810 r. kurował się tu ranny wybitny poeta niemiecki Max vonSchenkendorf. Pałac liczył wtedy 58 pokoi.
Założenie pałacowo-parkowe łączy się z kompleksem leśnym – Las Spędy (Spander Wald), a przepływający tu strumyk zasila wspomniane stawy i znajduje swe ujście w Pasłęce. (źródło: Lech Słodownik)

Wracając do dziejów majątku i wsi Gładysze. W 1803 r. żyło tu 333 mieszkańców, a w 1875 r. 158 mieszkańców, a w samym majątku ziemskim 356 mieszkańców (w Tatarkach 159). Pod koniec XVII i na początku XIX w. właścicielem Gładysz i pobliskich Ławek był Karol zu Dohna-Schlodien (1758-1838), dobry gospodarz, szanujący poddanych, a przede wszystkim filantrop, pokładający wiele wysiłku materialnego m.in. w rozbudowę szkolnictwa w zarządzanych dobrach. W 1784 r. nabył od swego wujka Konrada v. Finckenstein majątek w Rudzienicach (Raudnitz) koło Iławy jako dobra alodialne. Tu, z uwagi na pracujących polskich chłopów, nauczył się języka polskiego oraz przetłumaczył i wydał katechizm luterański w języku polskim. Równocześnie z Fryderykiem zu Dohna ze Słobit (1741-1810) już w 1802 r., a więc pięć lat przed reformami K. v. Steina i K. v. Hardenberga, znieśli poddaństwo w swych majątkach, nie zwalniając się jednak z obowiązków ochronnych. W 1807 r. wobec ciężkiej sytuacji chłopów w Gładyszach, zniósł tzw. czynsz łanowy i sprzedał rodzinne srebra i kosztowności, by nieść potrzebującym pomoc.
Szczególnie ciężkim okresem dla rodu Dohnów i miejscowej ludności była okupacja tej części Prus Wschodnich przez wojska francuskie przed i po pokoju w Tylży, a więc w latach 1807-1813. Trzeba podkreślić, że Dohnowie dosyć szybko włączyli się aktywnie w walkę z wojskami napoleońskimi, w której zginął w wieku 19 lat Karl Ludwig Aleksander hr. zu Dohna.
Już 26 stycznia 1807 r. w Gładyszach pojawił się oddział wojsk napoleońskich do zadań specjalnych (Detachement) pod dowództwem gen. Rouquette i gen. L’Estocq. Zadanie obrony ważnego mostu na Pasłęce zlecono dowódcy 3 dywizji gen. Villatte i generałowi dragonów Lahoussaye. W tym czasie Książę Ponte Corvo – marszałek Jean Baptiste Bernadotte z I Korpusem armii francuskiej zajął kwatery w pałacu w Słobitach, a w Gładyszach i w pobliskiej Nowicy,  Francuzi wybudowali w maju prowizoryczne baraki dla żołnierzy. Masy wojska i koni, ciągłe kontrybucje, rabunki i plądrowania, spowodowały powszechne zubożenie ludności, głód oraz epidemię tyfusu i czerwonki. Do tego doszła jeszcze zaraza bydła przywleczona z Niemiec. Choroby te zdziesiątkowały miejscową ludność. Wobec ciężkiej sytuacji chłopów, wspomniany wyżej właściciel majątku w Gładyszach - Karl zu Dohna, zniósł tzw. czynsz łanowy i sprzedał rodzinne srebra i kosztowności, by nieść potrzebującym pomoc. Najbardziej poszkodowanym mieszkańcom pobliskich miejscowości Dohnowie udzielali też pożyczek bezzwrotnych.
Jeszcze przed 1945 r. wskazywano miejsce między Spędami a Gładyszami, gdzie zabłąkaną kulą został trafiony w szyję marszałek Bernadotte. Zastąpił go gen. Victor, a marszałek leczył swoje rany w Kadynach, a następnie w Malborku. W dniach 4 i 5 czerwca 1807 r. opodal Gładysz rozegrała się bitwa o most na Pasłęce, w której Francuzi pokonali zjednoczonych Prusaków i Rosjan, a następnie ścigali ich aż do Osetnika (Wusen).
Pozostałości z tej bitwy są widoczne do dzisiaj w postaci umocnień ziemnych, szańców, wałów itp. zwanych przed 1945 r. „Francuskim Przyczółkiem” (Französische Brückenkopf). Znajdują się zaraz po prawej stronie za mostem na Pasłęce, przy drodze w kierunku na Bażyny. W tym miejscu Pasłęka płynie krętym korytem w malowniczym wąwozie, ze wzgórz ciągnących się na warmińskim brzegu rozciągają się ładne widoki na okolicę, a od zachodu widnokrąg zamykają Wzniesienia Elbląskie.
W 1932 r. do majątku w Gładyszach należały: Tatarki, Duże i Małe Kwitajny, Swędkowo, Piskajmy, Karwiny - łącznie 3.633 ha. Trzymano m.in. 231 koni, 200 krów, 770 owiec i 355 świń. Do majątku należało również 1.858 ha lasów, m.in. Las Karwiny, Las Dębiny – 324 ha, Las Swędkowo – 111 ha. Leśniczym dworskim w 1909 r. był Steinky, a po nim był von Tresckow, który mieszkał w Karwinach. Tartak dworski znajdował się przy drodze na Jankówko jeszcze w czasach powojennych. Stawami dworskimi i hodowlą ryb zajmował się Gottfried Behrendt. Zarządcą majątku był dr Helmuth Kulow, a ostatnim głównym inspektorem – Hoyer.
Właścicielami Gładysz pod koniec XIX w. i przed 1945 r. byli:
- w latach 1890-1905 Adolf II. Christoph Rudolf Burggraf und Graf zu Dohna ( (1846-1905).
- 1905-1919 – Karl Ludwig Alexander Erdmann Burggraf und Graf zu Dohna (1869-1919), był bezdzietny.
- 1919-1936 Konrad Burggraf und Graf zu Dohna (1872-1936) (8) i żona Eleonora hr. zu Eulenburg-Prassen (1887-1961).
- 1936-1943 Eleonore zu Dohna, która po śmierci męża Konrada kierowała Gładyszami do uzyskania pełnoletności przez syna Wilhelma-Christopha zu Dohna (ur. 1922), który był tylko rok właścicielem dóbr, gdyż zginął w 1944 r. w Rosji.
Ostatnim właścicielem dóbr w Gładyszach był Carl-Emanuel (Eno) Dohna-Schlodien (1926-1945), który ranny podczas walk w Prusach Wschodnich, zmarł w 1945 r. w lazarecie w Piławie (obecnie Bałtyjsk).
Życie w Gładyszach przed wojną toczyło się nie tylko wokół pałacu, ale także we wsi, gdzie było 65 zamieszkanych domów, 159 zabudowań w ogóle, żyło 597 mieszkańców, w tym 576 ewangelików i 31 protestantów. Przed 1945 r. lekarzem wiejskim był dr Leo Schröter, który przeniósł się później do Elbląga, a zastąpił go dr Venske, który po wojnie zamieszkał w Berlinie Zachodnim. Długoletnim nauczycielem był Franz Radusch, a skromny budynek jednoklasowej szkoły został zniszczony w czasie wojny, do dzisiaj zachowały się tylko fundamenty. Miejscowym weterynarzem był Georg Rudau, który przybył z Kłajpedy i zamieszkał w domu z drewnianych bali z tzw. ostatkami na narożnikach (Schurzbohlenhaus). Rudau był niechętny nazistom i z tego powodu został pewnego razu „zakablowany” przez nauczyciela z sąsiedniej wsi. Wyrokiem Sądu Specjalnego w Królewcu skazano go w 1934 r. na 6 miesięcy więzienia. Apteka należała początkowo do Grode, a po jego śmierci przejął ją Georg Poschmann, który przeniósł się jednak do Królewca, ponieważ dalsze prowadzenie apteki w Gładyszach stało się nierentowne.

Apteka - 1916 r.

Piekarni we wsi nie było, ale chleb donosiła codziennie pewna „Sammelfrau” z odległego ok. 5 km Osetnika, która do drewnianych nosiłek, służących normalnie do noszenia wiader z wodą, zawieszała dwa duże wiklinowe kosze z chlebem. Rzeźnikiem był Stepke, który w każdą sobotę sprzedawał przed gospodą Fritza Marquardt’a świeże mięso i kiełbasy. Wiejskie rzemiosło reprezentowali m.in. ślusarz Adolf Zander, stolarz August Ehlert i cieśla Gottlfried Hoffmann.
Od 1905 r. funkcjonowała w Gładyszach agentura pocztowa I klasy, którą kierował m.in. Ernst Paetsch. We wsi działało Ewangelickie Towarzystwo Młodych Dziewcząt oraz Towarzystwo Sportowe i Gimnastyczne. Była strzelnica wiejska, która znajdowała się w pobliskim lesie. Wójtem wsi był od 1930 r. Erich Baasner, ekonomista w majątku.
Mieszkali bauerzy, których domy stały przy wiejskiej drodze: Friedrich Neuber (Herder), Hermann Neuber (Bohl), Friedrich Götz, Friedrich Zander, Bruno Gehrmann, Walter Kukuck (Zander), Krokowski (Lange), Gustaw Zander, Gustaw Bohl, Friedrich Zander II i Gottlieb Neuber. Wieś upiększały liczne stawy, niektóre o dźwięcznych nazwach: Staw Wiejski, Staw Zamkowy i Staw Praczek.
Stacja kolejowa znajdowała się 3 km od Gładysz w Jankówku na linii kolejowej Słobity – Kętrzyn przez Ornetę. Jeżdżący tu pociąg nazywano popularnie „Szalony Mazur” (rasende Masur), jeździł bowiem z tak „zawrotną” szybkością, że podczas jazdy można było zrywać kwiatki.
Dziewięć pokoleń podejmowało wysiłek wybudowania pałacu i następnie utrzymania go w rodzinie i przekazywania tego dziedzictwa następcom. Obaj ostatni właściciele – bracia Wilhelm-Christoph i Carl-Emanuel polegli w 1944 i 1945 roku odpowiednio w wieku 22 i 17 lat. Ich matka z dwoma córkami uciekły mroźną zimą 21 stycznia 1945 r., częściowo powozem konnym do Westfalii. Jedna z tych córek była w 1995 r. po raz drugi w Gładyszach razem ze znanym dziennikarzem, publicystą i autorem książek – Klausem Bednarzem. Kręcił on wtedy znany film dokumentalny „Podróż po Prusach Wschodnich” (Eine Reise durch Ostpreußen). W filmie p. Dohna wspomina, że jak była w Gładyszach pierwszy raz w 1974 r., to w oknach pałacu wisiały jeszcze firany. (źródło: Lech Słodownik)

Gładysze (Schlodien) 1926

Schlodien 1831

1916 r.  Rodzina hrabiów zu Dohna-Schlodien przed pałacem w Gładyszach. W mundurze komandora porucznika marynarki wojennej stoi właściciel majątku - hrabia Nikalous zu Dohna-Schlodien (1879-1956).

Z końcem wojny nieuszkodzony pałac wpadł w ręce armii sowieckiej, która na jakiś czas urządziła w majątku kołchoz. Na wyposażeniu pałacu były jeszcze niektóre meble, piece, kominki, sztukaterie, rzeźby i malowidła na ścianach. Od strony ogrodowej w dużych, drewnianych donicach, stały ozdobne kwiaty. W stawach parkowych nowi osadnicy wiklinowymi koszami poławiali ryby, głównie liny i karasie ... .
W 1950 r. pałac został przejęty przez Państwowe Zakłady Zbożowe i eksploatowany jako magazyn. W 1960 r. przejął go miejscowy PGR. Organizowano w nim lokalne uroczystości, dożynki, zabawy taneczne, a teren parku był miejscem festynów. W latach 1965-1984 postępuje szybko dewastacja obiektu przez miejscową ludność, na skutek braku jakiegokolwiek zabezpieczenia. W 1984 r. pałac i park przejęła prywatna osoba, która zamiast prac zabezpieczających – dokonywała częściowej rozbiórki. Później stał pusty, jednakże podejmowano próby reperowania dachu aby umożliwić pełne odrestaurowanie. W końcu, w nocy z 16/17 lipca 1986 r. pałac padł ofiarą pożaru. W międzyczasie rozebrano pięknie wykafelkowaną kuchnię, dwa budynki „kawalerskie” leżące nad – w miedzy czasie opróżnionym i zdziczałym – stawem pałacowym. Spiżarnia spłonęła jeszcze wcześniej niż pałac. Stajnie runęły i zapadły się. (żródło Lech Słodownik)

Z tej dawnej oszałamiającej swym pięknem posiadłości niewiele pozostało - duży i zdziczały, otoczony fosą park z kilkoma stawami oraz ruiny pałacu z resztkami zabudowań przypałacowych i folwarcznych. Pomimo wszystko ruiny robią wrażenie. Bez wątpienia są majestatyczne. Można zajrzeć do każdego pomieszczenia (teraz włada tam natura - na resztkach murów rosną krzaki i drzewa). Jedna ściana pałacu została podtrzymana palami, co uratowało ją przed zawaleniem. Na tych ścianach, które jeszcze resztkami sił trzymają pion, Polsko-Niemiecka Fundacja Ochrony Dziedzictwa Kulturowego Warmii zawiesiła tablice informacyjne. Majątek znajduje się pod opieką fundacji, która postawiła sobie szczytny cel - ochronę i odbudowę elementów materialnych dawnej kultury wschodnio-pruskiej.

Gładysze - ruiny pałacu

Obecnie ruiny pałacu w Gładyszach przejęła Polsko-Niemiecka Fundacja Ochrony Dziedzictwa Kulturowego Warmii. Jej pierwszym zadaniem jest odbudowa dawnego pałacu i założenia parkowego. W dniu 3.8.2006 r. Gładysze odwiedził Fabian hr. zu Dohna, który wykazał wielkie zainteresowanie projektowaną odbudową pałacu. Towarzyszył mu Andrzej Urban, członek rady Fundacji.

W lesie przy drodze Gładysze-Wilczęta ukryta jest kaplica - mauzoleum. Aby ją znaleźć należy wejść na leśną ścieżkę naprzeciwko przystanku autobusowego, który znajduje się po drugiej stronie ulicy. Mauzoleum będzie widoczn4 po ok. 100 m.

Mauzoleum mimo tego, że obecnie jest obdrapane i gdzieniegdzie popisane sprayem robi duże wrażenie. Jest sporych rozmiarów, pięknie położone, można wejść do środka. Otwór w posadzce, w którym składano trumny, to obecnie niestety śmietnik. W środku zachował się krzyż.

Lech Słodownik w Głosie Pasłęka Nr 12 (203) Grudzień 2007 „Wsie dawnego powiatu pasłęckiego – Gładysze” tak opisuje kaplicę:

„Tu w 1879 r. wybudowano mauzoleum Dohnów z Gładysz, do którego prowadzi aleja z wiekowymi dębami. Mauzoleum jest obszerną budowlą w stylu neogotyckim, z czerwonej cegły, na fundamencie z ciosów kamiennych. Wewnątrz, na środku posadzki znajduje się wejście do wielokomorowej krypty, przykrywanej niegdyś ciężką płytą. W części szczytowej mauzoleum, w małej niszy był prawdopodobnie ołtarzyk. Uwagę zwraca ozdobne sklepienie żebrowe. Do wybudowanego mauzoleum przeniesiono m.in. zmarłą 14.11.1870 r. Urszulę zu Dohna i trumienkę jej wnuczki oraz zmarłą w Berlinie 03.07.1878 r. Annę Zu Dohna, które były pochowane pierwotnie w kościele w Wilczętach w krypcie, w której chowano Dohnów w pierwszej połowie XIX w. W mauzoleum został pochowany także Adolf zu Dohna-Schlodien (30.01.1846-06.08.1905), major i szambelan królewski.”
"Zaraz za Gładyszami, po lewej stronie w małym lasku (Hofstiick Wald), znajduje się małe wzniesienie schodzące w dół w kierunku doliny Pasłęki, nazywane kiedyś "Bellevue" (Piękny Widok). Rzeczywiście widać stąd nie tylko Gładysze, ale najbliższą okolicę i Las Spędy. Jeszcze na początku XIX w. otoczenie tego miejsca zwano "Winnicą" (Weinberg) bowiem na jego zboczach uprawiano winogrona, porzeczki i agrest. Mieszkał tu strażnik, który się tym opiekował, a w jego domu, na piętrze, właściciel Gładysz pobudował dla siebie pokój z otwartą werandą, skąd podziwiał piękne widoki. Tu w 1879 r. wybudowano mauzoleum Dohnów z Gładysz, do którego prowadzi aleja z wiekowymi dębami."

Mauzoleum - kaplica rodowa

Gładysze - cmentarz rodowy zu Dohna-Schlodien. Obelisk znajdujący się obok kaplicy rodowej, na którym umieszczony jest napis; „Tu spoczywa w Bogu rodzina Burgrabiów i hrabiów zu Dohna-Schlodien."

Parę słów na temat polskiego okresu w powojennych dziejach Gładysz. W dniu 3 lutego 1945 r. Gładysze zostały zajęte przez wojska sowieckie (kozacy). Rozpoczęły się okropności pijanej notorycznie sowieckiej soldateski. Wielu mężczyzn wywieziono na Sybir, a w Pasłęku przy d. Herbert-Norkus-Straße (dzisiaj ul. Kopernika) krasnoarmiejcy zamordowali w areszcie GPU dr Georga Ruhdau z Gładysz - pochowano go obok w ogrodzie. Po 1945 r. w Gładyszach osiedliło się sporo Polaków przybyłych z powiatu Garwolin. Jednym z pierwszych we wsi nazwanej wówczas „Szachty”, był Franciszek Mądry, który na wiosnę 1946 r. przybył tu z Woli Koryckiej, wraz z nieżyjącym już bratem Stanisławem. Zamieszkali w gospodarstwie Waltera Kukucka. We wsi zastali Michała Bożka, byłego robotnika przymusowego w Gładyszach, który został tu po wojnie. Bożek zamieszkał w domu Niemca Gustawa Bohla. Był także Stanisław Kostrzewa robotnik przymusowy z okolic Królewca, który ściągnął wkrótce swoich rodziców, a sam został pierwszym polskim sołtysem. Pozostało tu jeszcze ok. 30 Niemców, na ogół kobiety z małymi dziećmi, m.in. o Niemki Dargiel, Sindero z dwojgiem dzieci i Krokowski. Został Neuber oraz wrócił z ucieczki kucharz Krupka, który „odwiecznie w białym fartuchu”, był długoletnim kucharzem w pałacowej kuchni (budynek rozebrany w 1975 r.). Jego syn był zdolnym nauczycielem, a powołany do Wehrmachtu, zginął w grudniu 1943 r. w Rosji. Krupka wrócił do Gładysz, gdyż chciał być tu pochowanym.
W dawnym sklepie i gospodzie F. Marquardta zamieszkał Wacław Jurzysta, żołnierz frontowy i kombatant. W drugiej części tego obszernego budynku była świetlica i jej zaplecze z bufetem. Tu odbywały się zabawy taneczne i różne imprezy wiejskie. Nieco później znalazła tu także swoje podwoje czteroklasowa szkoła. Dzisiaj mieszka tu Michał Byk.
W dawnej aptece zamieszkał po wojnie wspomniany już S. Kostrzewa, obecnie mieszka Władysław Juszczak, a Anna Lenard prowadzi sklep. Obok mieszkał nieżyjący już dawny opiekun pałacu, Zenon Marzyński, zwany „dziedzicem”. Naprzeciwko apteki stał budynek poczty, którego dach uszkodził jakiś pocisk. Mieszkał tu początkowo Stanisław Tonkiewicz, a później m.in. robotnicy leśni. Nie remontowany dach spowodował, że w niedługim czasie budynek zawalił się i został rozebrany. W zabytkowej kuźni kowalem był jakiś czas Henryk Mądro, ale wrócił w swoje strony rodzinne – do Dębicy. Wymienić należy także innych polskich osadników we wsi, m.in. Stanisława Tomanka, Józefa Kanię i Antoniego Zalecha.
Również w Gładyszach po 1947 r. osiedlano przymusowo wysiedlonych w ramach Akcji „Wisła”. Jednym z takich był Lubomir Służała z rzeszowskiego, ze wsi Huta Porębe powiat Brzozów. Przybył do Gładysz z rodzicami Józefem i Emilią oraz siostrami Marią i Stefanią. Jego brat Roman, zabrany na roboty przymusowe do Niemiec, po wojnie osiedlił się w USA. W „Szachtach” L. Służała poznał i ożenił się z Wandą, która w Rzeszowskiem mieszkała .... trzy wsie dalej! Jej ojciec - Stanisław Iwanicki został wywieziony przez Sowietów po 17 września 1939 r. na Syberię, tak jak tysiące Polaków z Kresów. Później został wcielony do formującej się w Sielcach nad Oką I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Był szoferem i zaliczył cały szlak bojowy od Lenino do Berlina. Wielokrotnie odznaczany, zakończył wojnę jako starszy kapral. Niedługo po powrocie do domu, zmarła mu w wieku 28 lat żona. Dwie siostry Iwanickiego wyszły za Ukraińców i to było zasadniczym powodem, że wszyscy mimo że Polacy, „załapali” się do wysiedlenia w ramach Akcji „Wisła”! Gdy przybyli najpierw do Bardyn, Wanda Iwanicka miała 8 lat. Kilka lat później kierownik PGR w Gładyszach – Pużycki (wcześniej administrował ziemiami Antczak), ściągnął S. Iwanickiego z otwartymi rękami do Bardyn, gdyż ten był niezrównanym „frontowym” fachowcem w zakresie traktorów, silników i maszyn. Po 1947 r. przymusowo osiedlono także Anastazję Ożubko z matką i siostrą, Helenę i Marię Byk z rodzicami, Michała Trojanowskiego z żoną Anną i trojgiem dzieci, ponadto Katarzynę, Łukasza i Annę Semkiw oraz Pelagię Płaza z czwórką małych dzieci. Był także Mazurek z żoną Marią i synem Michałem, ale wyjechał później do Zgorzelca. Wielu już dzisiaj nie żyje, a żyjący wspominają tamte czasy jako trudne, ale na ogół szczęśliwe, kiedy to w znojnej pracy rodziła się nowa społeczność wsi, a dawne konflikty przestawały mieć znaczenie.

 

Na przestrzeni wieków ród powiększył swoje posiadanie o majętności w Bielicy, Gładyszach, Kamieńcu, Ławkach, Markowie, Karwinach, Kątach i Sasinach, a także w Morągu i Prakwicach.

Bielica (Behlenhof)

Bielica (Behlenfof) - nieduża wieś położona przy dawnej drodze powiatowej z Pasłęka do Ornety. Do 1945 roku nazywała się Behlenhof, a po wojnie popularnie „Białki”. Bielica należała do grupy osad założonych dopiero w XVI wieku i wzmiankowana była po raz pierwszy w rachunkach urzędowych datowanych 28 czerwca 1578 r. jako Neu Hoff , czyli „Nowy Dwór”. Początkowo jako folwark założony na terenie lasu i przynależny do parafii w Osieku, a następnie folwark książęcy Neuenhof Behlen. Obszerniejsze wzmianki znajdują się w dokumentach wizytacji kościelnych z 1634 i 1651 r., w których podaje się, że liczący 18 łanów (ponad 300 ha) folwark w Bielicy należy do domen książęcych, a chłopi z okolicznych wsi - z Łukszt, Burdajn, Godkowa, Skowron i Plajn zobowiązani byli do świadczenia nań szarwarku. Według danych J. Goldbecka, w Bielicy w 1785 r. znajdowała się siedziba urzędu domen królewskich, do których też należał tutejszy folwark i wieś. Liczyła wtedy 22 „dymy”, a położony w pobliżu młyn nad rzeką Wąską był dzierżawą wieczystą.
Dalsze wzmianki o wsi pochodzą dopiero z początku XIX w. i związane są z pobytem wojsk napoleońskich, które w latach 1807/12 stacjonowały również w Bielicy. Z 25 stycznia 1807 r. pochodzi ciekawa informacja o mieszkańcu Bielicy, niejakim Rogalli, który wspólnie z karczmarzem z Kopiny i parobkiem z papierni w Cieszyńcu napadł koło szynku w Kopinie na powóz adiutanta marszałka wojsk francuskich Jeana Baptiste Bernadotte. Po obrabowaniu furgonu, rozbrojono rannego adiutanta i odesłano go do Rutkowskiego - sołtysa wsi Robity, by przekazał tak znacznego jeńca Rosjanom. Jednak spodziewane wojska prusko-rosyjskie do Pasłęka nie wkroczyły, powrócił natomiast I korpus francuski, a marszałek Bernadotte został powiadomiony o zamachu. W rozmowie z pasłęckim superintendentem J. Jedoschem marszałek zagroził, że o ile sprawcy napadu się nie znajdą, każe powiesić na rynku kilku znaczniejszych urzędników magistratu. Na nic zdały się tłumaczenia Jedoscha, że napad miał miejsce poza obszarem miasta. Widząc nieubłaganą postawę Francuzów i realność spełnienia ich groźby, podjęto aktywne działania w celu znalezienia sprawców. Wkrótce z polecenia burmistrza pasłęckiego Kirchnera, chirurg miejski Schienemann, przy pomocy przydanych mu sześciu francuskich dragonów, odszukał i zatrzymał w Bielicy Rogallę oraz parobka z Cieszyńca, natomiast karczmarz z Kopiny zdołał uciec. Zatrzymanych natychmiast osądzono i skazano na śmierć, przy czym zbiegłego karczmarza zaocznie. W dniu 8 lutego 1807 r. po wieczerzy, skazanych odprowadzono na tył pasłęckiego kościoła św. Jerzego, gdzie przy biciu werbli zostali rozstrzelani i pochowani. Natomiast adiutant dosyć szybko wykurował się u wspomnianego sołtysa i odzyskał skradzione rzeczy. Na porządku dziennym były wówczas bezkarne i nieustające rabunki, kontrybucje i plądrowania dokonywane przez żołnierzy francuskich. Spowodowały one katastrofalne zubożenie, choroby, głód oraz w konsekwencji niepokojącą śmiertelność miejscowej ludności. By zaradzić tej dramatycznej sytuacji Dohnowie z Gładysz wyasygnowali w styczniu 1811 r. pieniądze dla mieszkańców najbardziej poszkodowanych przez Francuzów wsi. Taką pomoc otrzymała m.in. wdowa Schmidt z Bielicy, której męża zastrzelili francuscy maruderzy. Rok 1812 był również dla miejscowej ludności niezwykle ciężki ze względu na wielkie przemarsze wojsk francuskich idących na Moskwę. W następnym roku sytuacja powtórzyła się, gdy wracały niedobitki „Wielkiej Armii” ścigane przez wojska carskie i pruskie.

W 1845 r. dobra w Bielicy liczące około 698,5 hektarów nabył Karol burggraf zu Dohna-Schlodien (z Gładysz), który około 1850 r. wybudował na małym wzniesieniu, w kształcie litery „T” obszerny dwór z czerwonej cegły. Jego syn Achacy sprzedał Bielicę w 1905 r. dla Ryszarda-Wilhelma księcia zu Dohna ze Słobit (Dohna-Schlobitten), który w 1907 r. dobudował piętro i przybudówkę na podjeździe, wspartą na czterech betonowych kolumnach. Szczyty dworu zostały ozdobnie dekorowane.

Jego syn Ryszard-Emil zu Dohna mieszkał tu i gospodarzył w latach 1907-1916, a jego głównym inspektorem i prawą ręką był Schidlowsky. W przeciwieństwie do Słobit dwór w Bielicy, stajnie i stodoły tworzyły jeden kompleks z trzema przestronnymi podwórzami. Niecałe 100 metrów od dworu stała obora oddzielona od domu krzakami i drzewami. W gospodarstwie trzymano m.in. 56 koni, 243 sztuki bydła (w tym 105 krów), 232 owce i 104 świnie. Była także nienagannie utrzymana wiata dla pojazdów i stelmachownia, a uprząż końska, szleje, chomąta, kantary, siodła, popręgi itp. były sygnowane herbem Dohnów, podobnie zresztą jak i ... pościel.
Opodal dworu znajdował się duży sad, w którym dojrzewały czereśnie, gruszki, śliwki i jabłka. Nad sadem sprawował pieczę Mattern, jeden z chłopów ze wsi, który był u wcześniejszego właściciela Bielicy Achatiusa Dohny - ogrodnikiem, leśniczym i stróżem leśnym w jednej osobie.
W swych wspomnieniach książę Aleksander zu Dohna (1899-1997) niezwykle ciepło, i jako najszczęśliwszy w swym życiu, przedstawia okres zamieszkiwania od 1908 r. w Bielicy, należącej poprzednio do jego wuja - Achacego zu Dohna.
Ojciec Aleksandra jeszcze w Słobitach podjął starania o ratowanie całkowicie podupadłej gospodarki w Bielicy i nie ulegało dla niego żadnej wątpliwości, że większość pól trzeba zmeliorować i odwodnić teren. Ponieważ jednak nie powstało towarzystwo melioracyjne pod egidą państwa, małorolni z Bielicy zrezygnowali z systemu melioracyjnego, gdyż byli zbyt ubodzy i obawiali się, że nie zdołają spłacić odsetek od kapitału. W tej sytuacji Ryszard-Emil zu Dohna musiał wyłożyć pieniądze z własnej kieszeni, a w tym przedsięwzięciu wspierał go jego ojciec Ryszard-Wilhelm, ówczesny właściciel majoratu słobickiego.
Szczególnym dniem w Bielicy, jak i w całych Prusach, był 2. września zwany Dniem Sedanu, obchodzony na pamiątkę bitwy z Francuzami pod Sedanem i wzięcia do niewoli Napoleona III. Wraz z nastaniem zmroku Dohnowie z mieszkańcami wsi szli na wzniesienie o wysokości 80 m n.p.m. na wschód od dworu w Bielicy, skąd rozciągał się daleki widok na Burdajny, Plajny, Kandyty, Nawty i Skowrony. Stąd jak okiem sięgnąć widać było palące się radośnie ognie robiące niesamowite wrażenie. Ojciec Aleksandra również podpalał beczkę napełnioną dziegciem, a następnie wygłaszał krótką mowę, która kończyła się wiwatem na cześć króla Prus. Potem odśpiewywano „Prusakiem jestem, znacie moje barwy” (Ich bin ein Preuße, kennt Ihr meine Farben). Książę Alexander wspomina, że w Bielicy grano także w tenisa na prowizorycznie utworzonym korcie trawiastym oraz uprawiano gimnastykę przyrządową. Podobnie jak w Słobitach, był tu m.in. drążek gimnastyczny, koń z łękami i inne sprzęty sportowe. Wspólnie z bratem i chłopcami ze wsi grał w piłkę nożną, której zasad nauczył ich Anglik Caney, nauczyciel jazdy konnej. Piłki – szmacianki psuły się bardzo szybko, aż do dnia, gdy rodzice podarowali synom piłkę z prawdziwej skóry z gumowym wentylem. Kosztowała 20 marek; wtedy była to duża suma, ale Dohnowie kładli nacisk na wychowanie fizyczne swoich dzieci. Oczywiście od młodych lat wszyscy synowie Dohnów zaprawiani byli do sztuki myśliwskiej, a w tajniki myślistwa wdrażał ich przyboczny łowczy ojca - Wilhelm Becker. Las koło Bielicy był wprawdzie niewielki, ale polowania odbywały się także w okolicy Osieka, oczywiście za zgodą tamtejszego wójta.
Przed I wojną światową w Bielicy gospodarzyło także trzech chłopów – Mattern, Tolksdorf i Wildt. Była tu jednoklasowa szkoła powszechna gdzie nauczał doświadczony Friedrich Hoffmann, obsługujący jednocześnie agenturę pocztową III klasy.

Później poczmistrzem został Friedrich Kinski, który do pomocy miał Ernę Schniggenberg. We wsi działała mała karczma należąca do Rossmanna, a później jego żony – Marii. Kowalem był Hermann Lestin, ślusarzem Willi Wiener, a stelmachem August Zander. Po 1935 r. w dawnym wielorodzinnym budynku należącym do dóbr urządzono mieszkania dla wdów i sierot – miał tu także swój warsztat szewc Dombrowski.
Według spisu z 1925 r. we wsi było 18 budynków mieszkalnych, a 46 zabudowań w ogóle, żyło 213 mieszkańców, w tym 101 mężczyzn, 210 ewangelików, a tylko 2 katolików. Parafia znajdowała się w Osieku, gdzie przed 1945 r. pastorem był Wilfried Walther. Natomiast katolicy mieli zapewnioną posługę duszpasterską w pasłęckim kościele św. Józefa.
Po I wojnie światowej dobra w Bielicy należały wprawdzie do majątku Dohnów ze Słobit, ale były dzierżawione, m.in. w 1925 r. przez Teodora Hesse. Po wyniszczającym gospodarkę pruską okresie inflacji i kryzysu światowego, Dohnowie potrzebowali znacznych środków na utrzymanie fideikomisu w Słobitach Z tego powodu majątek bielicki został ostatecznie sprzedany w 1935 r. przez Marię-Matyldę księżnę zu Dohna-Schlobitten (żonę Ryszarda-Emila) dla Wschodniopruskiego Towarzystwa Ziemskiego, te zaś odsprzedało je okolicznym chłopom pod zasiedlenie. Powstały wówczas nowe zabudowania gospodarcze, także przy drodze na Plajny, gdzie obecnie mieszka m.in. Teofila Kiejko.
Wspomniana wcześniej osada młyńska – Młyn Bielica, do której przynależne było 71 ha ziemi, leżała ok. dwóch kilometrów w linii prostej na południowy zachód od wsi. Znajdujący się tu nieczynny młyn nabył ok. 1908 r. od państwa pruskiego Ryszard Emil zu Dohna i całkowicie przebudował. Ten idyllicznie położony młyn, głęboko schowany w wąwozie rzeki Wąskiej, został następnie przysposobiony przez wspomnianą księżnę Marię-Matyldę zu Dohna, przewodniczącą Wschodniopruskiego Towarzystwa Przyjaciół Młodych Dziewcząt, na Dom Pobytu. Był to prawdopodobnie pierwszy taki zakład w prowincji wschodniopruskiej, który miał swoje misje przy każdym większym dworcu kolejowym. Wiele dziewcząt bez środków do życia, jeszcze długo po I wojnie światowej znajdowało tu odpoczynek, pod opieką Milki Fritsch z Królewca. Wszystkie miejsca były ciągle zajęte, a tylko zimą zakład był nieczynny. Młynarzem w Młynie Bielica był lubiany przez wszystkich Teodor Hesse z żoną.

Około trzech kilometrów w dół rzeki, tam gdzie dolina rozszerzała się, a stare sosny lasu słobickiego sięgały aż do Wąskiej, leżał Cieszyniec (Teschenwalde), po wojnie popularnie „Zalesie”. Już w 1785 r. wzmiankowano, że była tu papiernia. Dohnowie kupili te dobra w 1909 r. od Jakuba Rempla i zlecili założenie wąskiej ścieżki dla pieszych między dwoma młynami, która dwukrotnie przecinała rzeczkę. Świat fauny i flory w dolinie rzeki Wąskiej był zupełnie nietknięty. Plątanina korzeni okalająca brzeg dawała schronienie rakom, a stan ptactwa był tu wyjątkowo różnorodny; czasami udawało się zobaczyć nawet tak rzadkiego zimorodka o błękitnym upierzeniu i pomarańczowej piersi. Woda szemrała, a cienisty dach z gałęzi wierzb dawał w upalne dni przyjemny chłód.
Na prawo od wiekowego młyna z muru pruskiego, już z daleka widać było staw pokryty białymi liliami wodnymi i kaczeńcami, których mięsiste liście unosiły się na wodzie. Drewnianą zaporę po drugiej stronie młyna Ryszard Emil zu Dohna kazał wyburzyć i wybudował w to miejsce nową z betonu i żelaza. Za pomocą wielkiego koła i pokrętła, deski można było podnosić albo opuszczać - w zależności od stanu wody.
W deszczowe dni woda spadała z impetem z wysokości około 10 metrów bijąc pianę na dole i tworząc mały, głęboko wymyty stawek, gdzie jak wspomina książę Aleksander, razem z rendantem Arnheimem łowił szczupaki i węgorze. W tle słychać było turkot młyna z potężnym (nasiębrnym) kołem młyńskim, które mogło mieć w przekroju jakieś trzy metry. Cała maszyneria w środku młyna, za wyjątkiem kamieni młyńskich, była z drewna. Leżący poziomo wał napędzany kołem młyńskim wprawiał w ruch za pomocą kół zębatych wał pionowy, który z kolei napędzał kamienie młyńskie. Młynarz, niski, przysadzisty mężczyzna ubrany zawsze w jasne płótno i czapkę rogatywkę, był od stóp do głów oprószony mąką. Po worki z mąką przyjeżdżali niedużymi wozami okoliczni chłopi. Cała ta sceneria wyglądała jak na starych holenderskich sztychach i zdawało się, że czas stanął tu w miejscu.
Dzierżawcą młyna w Cieszyńcu był Julius Schultz, a następnie Hermann Schwarz. Oba młyny należały do majątku Dohnów z Bielicy. Wspomniany budynek o zabudowie szachulcowej zachował się do dzisiaj, natomiast żelbetonowe spiętrzenie wody zostało prawdopodobnie wysadzone.

Przed II wojną Bielica liczyła 332 mieszkańców, a gospodarzami byli m.in. Karl Liedtke, Heinrich Liedtke, Hennings, Bähr, Froese, Kuhn, Krause, Klein, Küssner, Hoffmann, Kudlich, Lewandowski, Mißfelder i Marienfeld. Każdy chłop miał kawałek lasu. W centrum wsi znajdowała się gospoda Roßmanna, nieduży budynek z czerwonej cegły, który w czasie walk w 1945 r. został całkowicie zniszczony.

W Bielicy uruchomiono w 1941 r. schronisko młodzieżowe, gdzie dla członków Hitlerjugend i BDM prowadzono również nauczanie szkolne. Budynek ten znajduje się na małym wzniesieniu niedaleko cmentarza.

Szczególnie ciężkie walki toczyły się w okolicach wsi pod koniec stycznia 1945 r. Walczyły tu jednostki 28 „Śląskiej” Dywizji Piechoty Wehrmachtu, w której składzie byli żołnierze rekrutowani na ogół ze Śląska, byli też Austriacy i żołnierze z Prus Wschodnich. Mieli wsparcie 21 Dywizji Piechoty zwanej „Wschodniopruską” oraz 170 Dywizji Piechoty walczącej na kierunku Kwitajny - Rogajny – Nowa Wieś - Krasin. Bielica została zajęta przez krasnoarmiejców już 23 stycznia 1945 r. w wyniku zmasowanego ataku szpicy pancernej wspieranej piechotą i ogniem artylerii. Sowieci po wejściu do wsi zgwałcili m.in. młodą Polkę pracującą u bauera Heinricha Liedtke, a jego sąsiada rozstrzelano. 27 stycznia do zajętej przez Sowietów Bielicy wjechał niemiecki czołg pomalowany na biało, z żołnierzami na wierzchu. Zostali ostrzelani, a jeden z nich zginął. Jeszcze tego dnia przybyła tu druga grupa żołnierzy Wehrmachtu z kierunku Burdajn, którzy zainstalowali w piwnicy domu Liedtke radiostację. Następnego dnia kontratak pododdziałów Wehrmachtu na kierunku Burdajny – Bielica doprowadził do wyparcia krasnoarmiejców z Bielicy. Od 30 stycznia do 3 lutego ponownie rozgorzały w pobliżu ciężkie walki, a 30 stycznia 1945 r. wieś usiłowały wziąć z marszu sowieckie czołgi T-34, przy huraganowym ogniu „Katiusz”. W wyniku tego ostrzału zniesiony został z powierzchni ziemi m.in. dwór Dohnów położony na małym wzniesieniu we wsi oraz kilka innych zabudowań. W walkach tych Sowieci stracili w okolicy lasu koło Karwit ponad 20 czołgów, o czym relacjonowano w dziennym komunikacie wojennym Wehrmachtu. Natomiast wieś Karwity zniknęła praktycznie z powierzchni ziemi. Ostatecznie Niemcy utrzymali Bielicę do 3 lutego1945 r.
Niemieccy mieszkańcy Bielicy zaczęli się ewakuować w mroźną noc 23 stycznia 1945 r. w kierunku stacji kolejowej w Słobitach. Stąd ostatnim pociągiem, w wagonach towarowych udali się w kierunku Królewca, ale dojechali tylko do Piławy (dzisiaj Bałtyjsk), by statkami odpłynąć do Niemiec. Część mieszkańców została zawrócona z powrotem do Bielicy, którą 28 stycznia zajął ponownie Wehrmacht. Wielu z nich uciekało później przez zamarznięty Zalew Wiślany.

Ucieczka przez Zalew Wiślany

Książę Aleksander zu Dohna odwiedził ostatni raz Bielicę we wrześniu 1992 r. razem ze swoją najmłodszą córką Aleksandrą i tłumaczką z Olsztyna – Izabelą Płatkowską. Miał wtedy już 93 lata i była to jego przedostatnia wizyta w dawnej ojczyźnie. Poruszająca relacja z tej sentymentalnej podróży, autorstwa jego najmłodszej córki Aleksandry, znalazła się w dodatku do „Spiegla” – „Frau im Spiegel Extra”. W roku 2005 podróż, śladami swego ojca, z udziałem ponad 30 członków rodziny, odbył jego najstarszy syn Friedrich, urodzony w 1933 r. w Słobitach. (źródło Lech Słodownik)

 Pałacyk w Morągu (Zameczek Dohnów)

W Morągu (Mohrungen) znajduje się pałac zbudowany w stylu barokowym w latach 1562-71 r. przez Achacego Dohnę jako tzw. Zameczek Dohnów. Powstał on w miejscu, gdzie zachowały się fragmenty gotyckich murów miejskich wraz z basztami obronnymi. Cześć z tych murów zostało wykorzystanych do budowy Zameczku Dohnów. Do czasów budowy pałacu w Słobitach, był on główną siedzibą rozrastającego się rodu Dohnów. W 1697 roku wielki pożar strawił sporą część starej zabytkowej zabudowy Morąga. Ucierpiał także pałac Dohnów wraz z bogatymi wnętrzami i rodowym archiwum. Pałac przez następne lata pozostawał w ruinie.

 

Zameczek po pożarze w 1697 roku. Źródło: M. Bartoś, Muzeum im. Johanna Gottfrieda Herdera w Morągu

W latach 1717- 1719, na zlecenie rodu, został odbudowany i przebudowany na bardziej reprezentacyjną pałacową rezydencję przez pruskiego architekta Johanna Caspara Hindersina.

Kordegardy Zameczku Dohnów. Fot. Alfred Stallmann 1917 rok

Podczas II wojny światowej pałac został poważnie zniszczony przez armię radziecką.

 

Ruiny pałacu Dohnów po spaleniu w 1945 roku. Stan z lat 50-tych XX wieku. Źródło: M. Bartoś, Muzeum im. Johanna Gottfrieda Herdera w Morągu

Odbudowany i przebudowany z przeznaczeniem na pomieszczenia kulturalne został dopiero w latach 1975-1985. Pierwotnie budowla pałacu została wzniesiona z wykorzystaniem licznych elementów średniowiecznych murów miejskich oraz baszt Morąga. Są one wciąż widoczne na wysokości pierwszego piętra w ścianie zewnętrznej budynku.

Stan obecny

Zegar słoneczny

Na skwerze przed pałacem znajduje się skonstruowany w 1741 roku barokowy zegar słoneczny. Jest to jedyna tego typu i bardzo rzadka w tej części Polski konstrukcja. Niegdyś składała się z kilku zegarów i pełniła niesprecyzowaną obecnie funkcję. Od 1986 roku pałac jest własnością Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie, które posiada tu swój oddział i prowadzi Muzeum im. Johanna Gottfrieda Herdera.

Sasiny

Sasiny - wieś datowana na 1306 r. Założenie pałacowo-parkowe pochodzi z drugiej połowy XVI w. Pałac przebudowano (rozbudowano) w 1680 r. na zlecenie hrabiego Aleksandra von Dohna zu Schlobitten.

Dwór

Wnętrze - korytarz

Część gospodarcza została rozbudowana na początku XX w. Informacja źródłowa dotycząca wioski Sasiny pochodzi z 1315 roku; niejaki Grazuta otrzymał wówczas w lenno od Wielkiego Mistrza Krzyżackiego Karola z Trewiru 25 włók ziemi położonych na obszarze "Sasne" nad jeziorem "Tolyn" w oznaczonych granicach w zamian za poprzednią posiadłość; na tym obszarze miał on prawo niższego i wyższego sądownictwa za służbę zbrojną Zakonowi konno i w pancerzu. W latach 1535 - 1549 wymieniany jest tu Jakub von Diebes, "dziedzic w Sasinach, Piotrowie i Budwitach", główny skarbnik książęcy, jeden z największych posiadaczy w okolicy. Po nim przyszedł Albrecht von Diebes, który otrzymał dobra od księcia Albrechta na prawie lennym. W drugiej połowie XV wieku Sasiny stają sie własnością rodu von Dohna. Ród zu Dohna - Schlobitten był właścicielem dóbr w Sasinach (Sassen) od XVI lub XVII wieku do 1872 r. Po tym czasie właścicielami byli von Oertzten i Kemper. Przez krótki czas na przełomie XIX i XX wieku właścicielem był Dohna z linii gładyskiej (zu Dohna-Schlodien). Ostatnim właścicielem Sasin został w 1926 roku Erich Fähser, gospodarował tu do 1945 roku. Cześć budynków mieszkalnych, które dziś zostały we wsi pochodzi z jego czasów. Założenie pałacowo-parkowe pochodzi z drugiej połowy XVI w. Pałac przebudował w 1680 roku Aleksander von Dohna-Schlobitten na planie litery H. Ruiny częściowo dotrwały do dziś.

Kamień upamiętniający poległych w Rosji żołnierzy niemieckich

 

Kąty (woj. warmińsko-mazurskie, powiat elbląski, gmina Pasłęk) W Kątach (Kanthen) nie ma dzisiaj budowli z czasów von Dohnów. Atrakcją wtedy i dziś jest Pochylnia Kąty na Kanale Elbląskim.

Pochylnia Kąty

Pochylnia leży w pobliżu starego majątku ziemskiego o tej samej nazwie (niem. Canthen, Kanthen). Według prof. J. Powierskiego nazwa „Kanthen” miała pochodzenie odosobowe – od imienia Prusa Kantela. Od 1932 r. właścicielką tego majątku była Änni (Anna) hrabina zu Dohna-Canthen, siostra Konrada zu Dohna-Schlodien (z Gładysz). Przed II wojną światową dobra w Kątach liczyły 380 ha ziemi i 88 ha lasu. Oczywiście przebiegający przez majątek kanał z pochylniami był najważniejszą atrakcją nie tylko tej miejscowości. Pochylnia, eling – urządzenie do podnoszenia i wyciągania statków na brzeg – oraz ciesząca się powodzeniem u gości miejscowa gospoda „Pod zielonym wieńcem” – Ericha i Gustawa Riemke – były oblegane, zwłaszcza podczas sezonu. Lokal braci Riemke, położony na małym wierzchołku stykającym się z kanałem, odwiedzali nawet turyści z Berlina. Gospoda miała dużą, przyjemną salę z ogrodem, a jej specjalnością były Landstullen, tzw. „butersznyty”. Zimą przybywali tu saniami okoliczni gospodarze, a właściciele lokalu zabawiali ich piękną grą na akordeonie. Niestety, budynek ten został zniszczony wkrótce po wejściu żołnierzy sowieckich. Natomiast jeszcze przed 1939 r. spłonęły w wyniku uderzenia pioruna prawie wszystkie zabudowania gospodarcze majątku, z wyjątkiem jednej oboro-stodoły stojącej do dzisiaj. Spalone obiekty nie zostały odbudowane. Krótko przed wejściem żołnierzy sowieckich do wsi mieszkańcy przysposobili się do ucieczki. Erich Riemke oddał do ich dyspozycji swoje 4 konie i 2 furmanki. Sam był powołany do Volkssturmu i musiał pozostać na miejscu. Kolumna uciekinierów skierowała się drogą do Krasina.
W dniu 23.01.1945 r. do Kątów weszli pierwsi żołnierze sowieccy. Według przekazów ustnych – hrabina Änni zu Dohna-Canthen zginęła zastrzelona na miejscu wraz ze swoim podkomorzym Friedrichem Sohtem, gdy nie zatrzymała się na polecenie jednego z krasnoarmiejców. Była kobietą dość osobliwą, znaną z ascetycznego trybu życia; niezamężna, zamknięta w sobie, paliła papierosy, chorowała na artretyzm. Tutejszy pałac został również zniszczony przez Sowietów. Nie zachowały się jakiekolwiek ilustracje dotyczące jego wyglądu. Był wybudowany w XVIII w. w stylu barokowym. Został przebudowany w XIX w.; stał w parku krajobrazowym na niewielkim wzniesieniu, który opada w stronę sporego stawu okalającego w połowie pagórek… Z wierzchołka pochylni w Kątach widać m.in. dawny majątek ziemski mjr. Martina von Perbandta w Śliwicy oraz wieżyczkę na zabytkowym, z końca XVIII w., spichlerzu zbożowym. Niestety, wieżyczka ta jest już w stanie ruiny i tylko godziny dzielą ją od całkowitego zniszczenia. (źródło: Lech Słodownik, Elbląg, 21 listopada 2017 roku). W Kątach, 14 maja 1897 roku, graf Emanuel Dohna-Kathen podejmował Cesarza Wilhelma II.

 

Obecnie są to tereny położone w województwie warmińsko – mazurskim,  jedynie Prakwice znajdują się na Pomorzu.

Prakwice

W posiadaniu Dohnów były 2 z 4 pałaców klasy królewskiej: Słobity (Schlobitten) oraz Kamieniec (Finckenstein). Oprócz nich do „królewskich pałaców” zaliczano także: Friedrichstein nad Pregołą (20 km na wschód od Królewca, dzisiaj Kamienka w obwodzie kaliningradzkim) i Drogosze (Dönhoffstädt w powiecie kętrzyńskim, gminie Barciany na Mazurach).

Słobity (Schlobitten)

Słobity (Schlobitten) była to kolejna posiadłość Dohnów. Pałac rodu Dohna-Schlobitten wzniesiono w latach 1622-1624, a znacznie rozbudowano w latach 1696-1723. Słobity miały przywilej pałacu królewskiego, w którym monarchowie zatrzymywali się w trakcie podróży.

W marcu 1945 r. pałac został spalony, a wyposażenie zostało rozkradzione przez żołnierzy armii radzieckiej. Zachowały się tylko mury obwodowe korpusu pałacu i masztalni (pomieszczeń przy stajni) oraz fragmenty murów galerii bocznych. Zachował się też budynek gorzelni i dwie kordegardy (wartownie).

Kamieniec (Finckenstein)

Kamieniec (Finckenstein) niekiedy nazywany jest Kamieńcem Suskim.

Od 1705 r. wieś należała do rodu Finckensteinów, natomiast w latach 1782-1905 do rodu Dohna-Schlobitten (Dohnowie skoligaceni byli z Finckensteinami). Wieś znana jest m.in. z pobytu w niej Napolena. W okresie 1 kwietnia-6 czerwca 1807 w pałacu Finckenstenów rezydował Napoleon. Czas uprzyjemniała mu Maria Walewska. We wsi znajdował się barokowy pałac Finckensteinów, wybudowany w latach 1716-1720 według projektu angielskiego architekta Johna von Collas znanego ze swych wcześniej zbudowanych rezydencji pałacowych dla Dohnów i Denhoffów.

Do nowej rezydencji Finckensteinów przylgnęła nazwa wschodniopruskiego Wersalu z racji jej urody, przepychu, bogatego wystroju wnętrz oraz wspaniałych ogrodów i parku wokół pałacu. Do parku przylegało otoczone lasami jezioro Gaudy. Właściciele pałacu założyli na jeziorze hodowlę prawie 400 łabędzi. Po zakończeniu I wojny światowej Herman zu Dohna (1852 – 1942) na nowo odbudował świetność rezydencji.

Ostatnim właścicielem pałacu był Aleksander zu Dohna. Przedostatnim właścicielem właśnie Hermann zu Dohna (a wcześniej Rodrig zu Dohna i  Georg zu Dohna). Pałac został ograbiony i spalony armię radziecką. Jedynym w pełni zachowanym elementem rezydencji są 4 rzeźby kamienne, które przedstawiają alegorię Czterech Pór Roku: Jowisz, Junona, Herkules i Meduza. Pierwotnie stanowiły zwieńczenie attyki budynku, a od 1975 r. stoją w parku miejskim w Iławie. Dobrze zachowana jest brama wjazdowa prowadząca na dziedziniec pałacu, na której umieszczono tablicę informującą, że od 1 kwietnia do 6 czerwca 1807 roku przebywał tu Napoleon Bonaparte.

Poza ruiną pałacu do innych zabytków Kamieńca można zaliczyć: kościół klasycystyczny, barokowe oficyny i stajnie oraz spichrze i kuźnie.

Rozgałęzienia rodu Dohnów:

Z linii Carwinden (Karwiny) pochodził Christopher Delphicus, który wyemigrował do Szwecji, gdzie zdobył stopień feldmarszałka w szwedzkim wojsku i za zasługi dla kraju został przyjęty do grona szwedzkiej szlachty. Jego potomkowie żyją tam do dziś.

Karwiny (Carwinden, Karwinen)

We wsi Karwiny (Karwinden) znajdował się pałac rodziny Dohna-Karwinden. Pałac wybudowany został w latach 1713-1715. Piętrowy budynek pałacowy z prawym skrzydłem został zniszczony w 1945 r. Rezydencja została wybudowana na terenie wsi Karwiny (niem. Karwinden), w otoczeniu rozległego parku. Wieś położona jest w powiecie braniewskim, w gminie Wilczęta.

                                                                                                                    

Z projektowanej trójskrzydłowej budowli zrealizowano korpus, prawe skrzydło i prawą oficynę, zamykającą dziedziniec od przodu (dom zarządcy). Była to rezydencja w stylu holenderskiego baroku o surowej bryle, pozbawionej prawie detalu, licowanej czerwoną cegłą. Budowla składała się z dwóch budynków, przekrytych wysokimi, dwuspadowymi dachami, które niemal stykały się narożnikami. Korpus był jednopiętrowy z dwupiętrowym, płytkim, dwustronnym, ryzalitem zwieńczonym trójkątnymi szczytami. Na tle innych rezydencji pruskich pałac wyróżniał się wielką sienią o sklepieniu krzyżowym wspartym na czterech filarach, Z sieni trzy klatki schodowe prowadziły do pomieszczeń na piętrze. Na osi sieni znajdował się owalny salon z bogatą klasycystyczną dekoracją sztukatorską na ścianach i suficie. Skrzydło boczne mieściło pokoje gościnne i gospodarcze. Pałac otaczał park ze stawami i przepływającą przezeń rzeka Bauda. Kompleks gospodarczy odsunięty był od założenia pałacowego.


          

Majątek ziemski znajdował się tej miejscowości już w czasach krzyżackich. W 1514 roku wielki mistrz Heinrich von Plauen nadał te dobra Peterowi zu Dohna, za zasługi w służbie Zakonu. Odtąd aż do 1945 roku majątek należał do tego rodu. Pałac został wzniesiony już w drugiej połowie XVII wieku. W latach 1713-1715 został gruntownie przebudowany według projektu Johna von Collasa. Z zachowanych dokumentów rodowych wynika, że udział w przedsięwzięciu mieli także dwaj inni architekci: Jean de Bodt i Johan Caspar Hindersin, znani z projektów innych rezydencji Dohnów w Prusach. Pałac odnowiono w XIX wieku. Z tego okresu pochodziły trójkątne szczyty ryzalitów. Rezydencja została zniszczona w 1945 roku. Zachowała się tylko oficyna zarządcy dworu, a także usytuowana przy dawnym wjeździe do pałacu, ruina kaplicy dworskiej, wybudowanej w latach 1623-1626 przez Achacego Dohnę.

Karwiny kaplica dworska

Ołtarz w kaplicy

Ruiny kaplicy

 

Zachowana oficyna

                                                                                                                         

Śląska linia Dohnów wymarła w XVIII wieku, doczekawszy się tytułu książęcego i nie doczekawszy panowania pruskiego. Jednak w połowie XIX wieku jeden z członków linii Schlodien został dziedzicem w śląskim Gross-Kotzenau (Chocianów - Chocianowiec), a jego ród wymarł dopiero z końcem II wojny światowej. Tak samo linia Schlodien (Gładysze), której dwaj ostatni dziedzice zginęli na froncie.

 

Chocianowiec

Chocianowiec (niem. Groβ Kotzenau) - pałac stanął prawdopodobnie na miejscu średniowiecznego zamku. Otoczony był fosą i wałem ziemnym. Stanowił piastowską kasztelanię i książęcy zamek myśliwski. Przebudowy dokonane w XVI, XVII i XVIII wieku zatarły średniowieczny charakter budowli. Efektem kolejnych modernizacji było połączenie zadań pałacu z cechami obronnymi. Budowla ta jest trójkondygnacyjna, zbudowana na planie zbliżonym do kwadratu. Przy jej wznoszeniu wykorzystano kamień polny, piaskowiec oraz cegłę. Pierwszym właścicielem dóbr w Chocianowcu był w 1345 roku Wacław I – książę legnicki. Po nim odziedziczył je syn Rupert I, później stanowiły własność Wacława II i Ludwika II księcia legnicko – brzeskiego. W 1436 roku notowani są właściciele zamku bracia Krzysztof i Mikołaj Dornheim a od 1507 roku Georg von Schellendorf. Od 1518 roku majątkiem włada Christoph von Schkopp a w latach 1587 – 1613 ród von Nostitz. Kolejni to: Melchior von Schellendorf, ród von Stosch, von Roedern, Wilhelm Christoph Gottlob zu Dohna – Schlodien, Hermann zu Dohna – Schlodien (1876) i ostatni przed upaństwowieniem w roku 1935 Hans von Rittberg. Od tego okresu jest on siedzibą kobiecej służby pracy – Arbeitsdient. Częściowo zniszczony w 1945 roku pałac został przeznaczony na szkołę, która mieściła się w nim do 1955 roku.
(źródło:  http://www.niederschlesien.info)

Chocianowiec

Najbardziej skomplikowane są losy linii Lauck (Ławki), z której wyodrębniła się linia Reichertswalde (Markowo), która jednak wymarła i majorat przeszedł z powrotem na Dohnów z Ławek. Później znowu się podzielili na linie, by po wymarciu Dohnów z Ławek, majątki Lauck przeszły na linie Dohnów – Reichertswalde. Ostatecznie historia tej linii również kończy się na II wojnie światowej.

 

Markowo (Reichertswalde)

Jedno z wnętrz pałacowych

Markowo (Reichertswalde) od 1561 roku znajdowało się we władaniu rodu Dohnów, kiedy to margrabia branderburski i książę pruski Albrecht Fryderyk nadał na prawie lennym wsie Markowo, Strużyna i Złotna, wraz z wolnymi karczmarzami, synom burgrabiego Piotra Dohny.

Piotr Dohna

Stało się to za protekcją króla polskiego - Zygmunta Augusta. Dohnowie - podobnie jak w Słobitach - stworzyli w Markowie ośrodek kultury rolnej oraz zbudowali pałac z kaplicą.

 

Barokowy pałac zbudowany został w latach 1701-1704 przez Johanna Caspra Hindersina na miejscu wcześniejszego dworu z ok. 1560 roku.

Markowo około 1905 roku

Pałac przebudowano w wieku XIX, dobudowując wieżę. Do 1945 roku pałac w Markowie posiadał bogate zbiory dzieł sztuki, w tym kolekcję kilkuset obrazów (galeria portretu rodowego Dohnów, obrazy szkoły holenderskiej), dwadzieścia gobelinów z XVII wieku przedstawiających historię Św. Józefa, skrzynię posagową z 1617 roku, cenne meble, porcelanę, ogromną bibliotekę.

Pałac nie uległ zniszczeniu w czasie II wojny światowej, jednak po jej zakończeniu cenne wyposażenie pałacu zostało rozszabrowane i w części zniszczone. Ocalała część galerii obrazów eksponowana jest dziś w muzeum w Morągu (w tzw. „Zameczku Dohnów”). Pałac znajdował się w stanie ruiny. Dzisiaj jest własnością prywatną.

 

Przy pałacu w Markowie zachował się położony w lesie, w odległości około 2 km, w leśnictwie Strużyna cmentarz rodu Dohnów. Składa się on z kamiennego półokręgu, grobowców Friedricha Ludwiga (1873-1924†) i jego syna Christopha Friedricha (1907 - 1934†) Burgraf und Graf zu Dohna, kamiennych schodów i innych kamiennych elementów architektonicznych. Za cmentarzem, od strony południowej, znajduje się brzozowy krąg, w którego centrum, na ośmiobocznym postumencie wzniesiono drewniany krzyż.

Nagrobne inskrypcje

Friedrich Ludwig Burggraf und Graf zu Dohna-Lauck 4.4.1874 †1.7.1924. Płytę ozdobiono herbem rodu. Wzdłuż boków gotycki napis: So spricht der Geist, sie sollen ausruchen von ihren Mühen, denn ihre Werke folgen ihnen nach Offb. Johannis 14.v.13. (Tak mówi duch: powinniście odpocząć od swoich trudów, gdyż Wasze czyny pójdą za Wami)

Obok płyty nagrobnej syna znajduje się kamień z napisem: Der Tod ist verschlungen in der Sieg Cor.15.52 (Śmierć jest zaplątana w zwycięstwo) oraz Ich morte auf den Christus. (Umrę w Chrystusie) Adolf Hitler. Z drugiej strony kamienia wyryto hitlerowską swastykę.

Christoph zu Dohna (12.12.1907 – 3.9.1934) miał zginąć w wypadku samochodowym, nad jeziorem Bodeńskim, w miejscowości  Hennigkofen, kiedy wracał z rajdu Monte Carlo, w którym miał brać udział. Jego auto miało się stoczyć do Jeziora Bodeńskiego Tako rzecze internet i "znawcy tematu". Nie dajmy się jednak zwieść plotkom i mitom. Hrabia Christoph zu Dohna-Lauck zginął w wypadku samochodowym 3.9.1934 roku, ale  pod Stuttgartem. Wiózł znajome małżeństwo powracające z kuracji w Kressbronn, nad Jeziorem Bodeńskim (dawne Hennigkofen właśnie). Zginął więc ponad 200 kilometrów od Jeziora Bodeńskiego.  Podczas wyprzedzania rowerzysty, auto wpadło do rowu, kierowca uderzył głową w kamień i zginął na miejscu. Pasażerowie odnieśli poważne obrażenia.  Informacja ta była podana następnego dnia, na pierwszej stronie Westpreussische Zeitung (źródło: Grzegorz Pepe Pepłowski)

"Cmentarz robi niesamowite wrażenie. Założono go na wzór megalitycznych budowli. Dwie potężne płyty nagrobne hrabiów zu Dohna-Lauck, jedna ozdobiona płaskorzeźbionym herbem. Groby ojca i syna. A dookoła potężne głazy – trzymający straż zaklęci rycerze ze starogermańskich sag" - pisze Grzegorz Pepe Pepłowski.

„Tropiciele tajemnic” podejrzewają, że miejsce w którym lokowano cmentarz musi kryć jakąś zagadkę, w przeciwnym razie nie powstałby w miejscu tak odludnym, w środku lasu, z tak trudnym dostępem. Pan Grzegorz Pepłowski tak ową zagadkę wyjaśnia:
"Las ma to do siebie, że czasem jest, a czasem go nie ma. Dzisiaj jest. Ale obiekt, przed wojną nie był ukryty w lesie, lecz znajdował się na rozległej polanie.  Od północy, a więc od strony zbocza również drzew nie było, a ze wzgórza rozciągał się piękny widok na położone poniżej łąki, sama nekropolia była też widoczna z daleka.  Nie było więc to miejsce odludne, a silnie wyeksponowane.  W zachodniej części cmentarza znajdowała się droga, biegła ona  na południe, potem na południowy zachód, w stronę pałacu w Markowie (część tej drogi jest dzisiaj widoczna na polach, obok Markowa).   Po wojnie drogę przy cmentarzu zlikwidowano i posadzono las.  Być może  po to, aby utrudnić dostęp do nekropolii.
Miejsce na cmentarz wybrał hrabia Friedrich Ludwig zu Dohna-Lauck (ojciec).
Hrabia był myśliwym, jak i wrażliwcem. Przez lata spędzał długie, jesienne wieczory na wzgórzu, obserwując odbywające się na łąkach poniżej, rykowisko jeleni. Była to jego ulubiona „miejscówka”. Jego życzeniem było zostać tu pochowanym. Syna złożono obok ojca. Pogrzeb Christopha, jak twierdził jego brat, Adalbert Victor zu Dohna -Lauck (03.09.1914-27.05.2006), odbył się nocą, w świetle pochodni, co było modnym wówczas rytuałem."

Markowo zostało założone w latach 1402-1408, zaś w roku 1561 wieś otrzymał na prawie lennym od księcia Albrechta Hohenzollerna burgrabia Piotr zu Dohna. Członkowie tego rodu przybyli do Prus Książęcych w XVI wieku i walczyli jako dowódcy wojsk zaciężnych podczas ostatniej wojny polsko-krzyżackiej (1519-21). Markowo stanowiło jedną z głównych siedzib rodu (linia zu Dohna-Reichertswalde), w XIX wieku przeszło we władanie linii zu Dohna-Lauck. W czasie II Wojny Światowej w majątku przebywali jeńcy sowieccy, którzy byli raczej dobrze traktowani, bowiem uratowali oni życie matce ostatniego właściciela majątku, która nie uciekła przez zbliżającą się Armią Czerwoną. W XIX wieku we wsi znajdowały się cegielnia, mleczarnia i tartak.

Najbardziej znanym zabytkiem Markowa są ruiny pałacu Dohnów. Pierwszy dwór obronny powstał po 1561 roku. W latach 1701-1704 rezydencje rozbudował ponad dwukrotnie, nadworny architekt Dohnów Jan Kacper Hindersin. W XIX wieku przebudowano dach, po 1905 roku dobudowano alkierzowe wieże. W pałacu mieściła się kolekcja portretu rodowego, posiadająca m.in. portrety szkoły holenderskiej. Część z nich przetrwała zawieruchę wojenną i znajduje się w zbiorach Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie oraz jego filii w Morągu. Po II Wojnie Światowej w rezydencji znalazł siedzibę PGR. Pałac był nawet w tym okresie remontowany. W latach siedemdziesiątych budynek opustoszał i od tej pory stopniowo popada w ruinę. Obecnie jest to własność prywatna, ostatnie rozbiórki sprawiły, że zachowane są tylko fragmenty z początku XX wieku (mury obwodowe alkierzy i resztki schodów)

Ruiny pałacu

Najbardziej okazałym i malowniczym budynkiem wsi jest barokowa rządcówka z charakterystycznym podcieniem szachulcowym. W przeszłości mieściła się tu administracja majątku, poczta i nadleśnictwo.

Rządcówka

Obecnie jest własnością prywatną (podzielona na osiem oddzielnych mieszkań, z których kilka jest niezamieszkanych). Ponieważ budynek został wpisany do rejestru zabytków, wszelkie remonty wymagają zgody konserwatora zabytków. Niestety, jest to miecz obosieczny – to, co w założeniach ma chronić wiekowe, wyjątkowej urody domy, często jest też powodem ich całkowitej ruiny. Ponieważ remont przeprowadzony zgodnie z wytycznymi konserwatora jest kosztowny, zazwyczaj niezamożni właściciele po prostu nie remontują.  To dotyczy też rządcówki – niestety zniszczenia widać gołym okiem. Szkoda, bo to naprawdę wspaniały, klimatyczny  budynek o pięknych proporcjach,  z niesamowitym szachulcowym podcieniem, uroczymi, szprosowymi oknami i okienkami.

We wsi liczne zabudowania podworskie, w tym m.in. wieża ciśnień. Warto zwrócić uwagę na park oraz stawy, między którymi znajduje się rezydencja. We wsi znajduje się pomnik poległych w I Wojnie Światowej. (źródło: http://www.marienburg.pl)

 

Stan obecny

W tym miejscu chcę przytoczyć w całości artykuł, na który natknąłem się w Internecie pt. "Nieznany XVII-wieczny obraz z pałacu w Markowie na rynku aukcyjnym". Dziennik Bałtycki z 29 października 2008r doniósł:
"Historycy sztuki mówią, że sprawa jest interesująca, jeśli nie sensacyjna. Na rynku aukcyjnym w Europie pojawił się nieznany XVII-wieczny obraz ze szkoły flamandzkiej, przedstawiający wnętrze gdańskiej bazyliki Mariackiej ze słynnym "Sądem Ostatecznym" Hansa Memlinga na pierwszym planie.
- Ten obraz jest prawdopodobnie jedynym ukazującym, jak wyglądało przed czterema wiekami wnętrze bazyliki i jakie miejsce zajmował w niej ołtarz - mówi prof. Juliusz Chrościcki, kierownik Zakładu Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego, który podjął się dokładnego zbadania dzieła. - Można go jedynie przyrównać do siedemnastowiecznych malowideł przedstawiających kościoły w Antwerpii. Co ciekawsze, obraz nie jest wymieniany w literaturze przedmiotu!
Dzieło nieznanego mistrza, z tryptykiem Memlinga w roli głównej, należało przed wojną do właścicieli pałacu w Reichertswalde, dziś w Markowie koło Morąga.
Po 1945 roku trafiło do Galerie Moritzburg-Halle, skąd po długich staraniach zostało odzyskane przez potomków przedwojennych właścicieli. To oni zdecydowali o wystawieniu XVII-wiecznego obrazu do sprzedaży. Na rynku aukcyjnym wypatrzył go Mirosław Zeidler, zabytkoznawca, właściciel galerii w Gdańsku. O wyjątkowym dla bazyliki Mariackiej dziele Zeidler zawiadomił ks. infułata Stanisława Bogdanowicza.
- Nigdy nie miałem wątpliwości, że "Sąd Ostateczny" wisiał w bazylice przez 400 lat i właśnie tutaj jest jego miejsce - stwierdza ks. infułat Bogdanowicz. - Na pewno dobrze by było, żeby dokumentujący kilkaset lat historii flamandzki obraz także znalazł się w Gdańsku. Nas na wydanie kilkunastu tysięcy euro nie stać, musimy najpierw wyremontować kościół. Może jednak znajdzie się muzeum albo prywatny nabywca chętny do zainwestowania w sztukę. Warto.
Ksiądz infułat Bogdanowicz marzy o wybudowaniu tuż obok bazyliki Mariackiej muzeum dla "Sądu Ostatecznego". Uzupełnieniem ekspozycji mógłby się stać odkryty właśnie XVII-wieczny "obraz o obrazie".

 

Ławki (Lauck)

Ławki (Lauck)

Ławki (Lauck) 

Ławki (Lauck) położone są w powiecie braniewskim, gminie Wilczęta. Wieś była w posiadaniu rodziny Dohna-Lauck od XVI w. Pałac Dohnów w Ławkach został rozebrany ok. 1930 r. W ewidencji zabytków wpis dotyczący Ławek brzmi: "Pałac wraz z otaczającym parkiem" co jest mylące. Zachowała się jedynie oficyna, która była dostawiona do skrzydła pałacu (także obecnie służąca jako budynek mieszkalny). Oprócz oficyny zachowała się stodoła, która jest w stanie kompletnej ruiny. Niedaleko niej znajdują się ruiny kościoła wybudowanego w XIV-XV w. Przed nimi pomnik poległych w czasie I wojny światowej.

O historii pałacu i kościoła poczytać można w artykule Pana Lecha Słodownika zamieszczonym w "Głosie Pasłęka". Pozwalam sobie zacytować fragment:

"(...) Niewątpliwie ważną datą w historii wsi i okolicy jest dzień 26.02.1527 r., kiedy to została na prawie lennym z 60 łanami ziemi zapisana dla Piotra von Dohna (1483-1553). (...) Dohnowie z Ławek używali imienia Dohna-Lauck. (...) Kościół został wybudowany w stylu gotyckim, prawdopodobnie w połowie XIV w. (...) Zbudowano go na rzucie prostokąta, z fundamentem z kamieni polnych i cegły o wiązaniu gotyckim. Wejście i zakrystia znajdowały się w części południowej nawy. Natomiast w północnej części nawy znajdowała się krypta, gdzie chowano zmarłych członków rodu von und zu Dohna-Lauck. Kościół nie miał przypór wzmacniających mury boczne, a wewnątrz znajdował się płaski sufit. Wieża do wysokości dachu kościoła była z cegły, a następnie drewniana. Były w niej dwa dzwony, których dźwięk przedostawał się przez otwory – okienka. Na wieży znajdowała się tzw. wiatrówka dachowa z blachy, z herbem Dohnów i datą: 1775. Od północnej i południowej strony miała zegar, z czarnym cyferblatem i jasnym wskazówkami. Wschodni szczyt kościoła (od strony ołtarza) był jego najcenniejszą i najpiękniejszą częścią, miał pięć pionowych – otynkowanych, wąskich blend, wspierany przez przypory. Były także blendy okrągłe i nadstawki (nadbudówki).

Wyposażenie kościoła to przede wszystkim barokowy ołtarz z 1686 r. wykonany w królewieckim warsztacie Johannesa Pfeffera. Po obu stronach głównego obrazu ołtarza „Ukrzyżowanie Chrystusa” – miał dwie skręcane kolumny, oplecione po bokach winoroślą. U podnóża ołtarza znajdowały się dwie głowy aniołów, a nad obrazem figury ewangelistów Mateusza i Jana, z dobrze wyrzeźbionymi głowami. W górnej części ołtarza było dwóch innych ewangelistów, św. Marek i św. Łukasz. W koronie ołtarza znajdowały się dwa stojące anioły, symbolizujące cudowne ozdrowienie. Były cztery świeczniki z mosiądzu na ołtarzu i dwa gotyckie świeczniki z ok. 1500 r., których podnóżkami były lwy (podobne jak w kościele w Wilczętach). Na ścianach kościelnych były dwa epitafia z herbami z XVI w., obraz przedstawiający pastora Johanna Christiana Andersona (8.10.1698, †9.04.1779), który był tu proboszczem przez 53 lata. Ambona z XVII w., z barokową snycerką, wsparta na kolumnie oplecionej misterną snycerką z winorośli. Był granitowy kamień chrzcielny z XVII w., w kształcie ośmiobocznego kielicha. Prospekt organowy pochodził z roku 1770, w stylu genre rocaille, a organy zbudowano w 1816 r. Przy ołtarzu, po lewej stronie znajdowała się barokowa empora, z kolumienkami w kształcie herm, przeznaczona dla Dohnów. W muzeum Towarzystwa Powiatowego Pr. Holland w Itzehoe znajduje się złoty kielich mszalny i patena do hostii w kształcie czarki, noszące datę: 9. October 1700. W nieznany sposób zostały uratowane z kościoła i przewiezione do Niemiec. Były jeszcze niezwykle wartosciowe utensylia z cyny, podarowane przez nieznanego darczyńcę w 1662 r. (a więc wkrótce po zakończonej II wojnie polsko-szwedzkiej), ale wysłane ok. 1945 r. do Niemiec, jeszcze przed nadejściem wojsk sowieckich, zaginęły. Po prawej stronie ołtarza znajdowała się tablica z nazwiskami poległych mieszkańców parafii Ławki w I Wojnie Światowej.

Przy południowej stronie kościoła (między przedsionkiem wejściowym a zakrystią) zachował się do dziś granitowy pomnik ku czci poległych w wojnie 1914-18. Przedstawia żołnierza w mundurze i z karabinem z czasów I wojny światowej, a w kamień wbudowano żelazny krzyż i datę: 1914 – 1918 oraz napis: Unseren Gefallenen Brudern/Zum Ehrenden Gedächtniss/Die Kirchengemeinde Lauck – Naszym poległym braciom/ku chwalebnej pamięci/Parafia Ławki. Staraniem Towarzystwa Mniejszości Niemieckiej w Pasłęku i Przewodniczącego Towarzystwa Powiatowego Pr. Holland w Itzehoe – p. Bernda Hinza, pomnik ten został zrekonstruowany i poświęcony w dniu 5.07.1999 r.

W połowie roku 1944 r. dzwony z kościoła w Ławkach zostały zdjęte i przekazane na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Dalszy ich los jest nieznany. Pod koniec stycznia i na początku lutego 1945 r. w okolicy toczyły się ciężkie walki i w wyniku ostrzału sowieckiej artylerii z kierunku Młynar, tutejszy kościół uległ częściowemu zniszczeniu. Ocalały tylko mury zewnętrzne, wspomniany szczyt wschodni oraz mury wieży. Uległo zniszczeniu również całe wyposażenie kościoła, chociaż według niektórych mieszkańców ołtarz główny zachował się jeszcze po wojnie, a następnie został prawdopodobnie wywieziony do m. Ruda w Rzeszowskiem, skąd przybyli pierwsi powojenni, polscy mieszkańcy Ławek. Według miejscowych przekazów, trumny z krypty Dohnów wywieźli Rosjanie. Cmentarz wiejski, znajdujący się na sporym wzniesieniu, przy wylocie w kierunku na starą cegielnię i Sośnicę (Friedrichshof), już dawno jest nie używany, zdewastowany, stopniowo zarasta.

Władze powiatowe Pasłęka zwróciły się w 1961 r. pismem do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Olsztynie, w którym powołując się na polecenie Wydziału ds. Wyznań, z prośbą o wyrażenie zgody na rozbiórkę ruin kościoła w Ławkach. Dopiero w roku 1965 władze wojewódzkie przekazały PPRN w Pasłęku ruinę tego kościoła z zaleceniem „(...) wykorzystania na cele gospodarcze z zachowaniem formy obiektu”. Według wykazu kościołów przekazanych w dniu 13.04.1968 r. do rozbiórki i zagospodarowania – „(...) kościół w Ławkach miał być jeszcze w tym roku rozebrany, co jednak nie nastąpiło i do dzisiaj znajduje się w stanie ruiny”. Przed kilku laty mieszkańcy Ławek uruchomili przy kościele małą kapliczkę, w której odbywają się nabożeństwa odprawiane przez dojeżdżającego z Wilcząt księdza. Zamierzają w przyszłości odbudować swój kościół i w tym celu zebrali już niezbędną dokumentację. Ale jak zwykle w takich sprawach, problem finansowy staje się barierą prawie nie do przezwyciężenia.
 
Pałac w Dohnów w Ławkach wybudował na początku XVIII w. w stylu barokowym Christoph Friedrich von Dohna (1652-1734). Usytuowany był na małym wzniesieniu, skąd rozpościerał się wspaniały widok na prawie całą wieś. Pałac miał spadzisty, mansardowy dach i małą wieżę z połowy XIX w. w części wschodniej, przebudowany w 1896 r. Ostatnim właścicielem Ławek w 1932 r. był Adalbert Graf i Burggraf zu Dohna-Lauck, który gospodarzył na 922 ha ziemi i miał ponadto 210 ha lasu. W 1878 r. wymarła linia Dohnów z Markowa (Dohna-Reichertswalde) i w konsekwencji tego Dohnowie z Ławek przenieśli się do Markowa.

Dobra w Ławkach były początkowo dzierżawione, a następnie sprzedane. Pałac popadał w ruinę i na początku lat 30. został rozebrany. Niezwykle cenne meble, bogate archiwum i biblioteka zostały przeniesione również do Markowa. W pięknym założeniu parkowym znajdowała się m.in. oranżeria i bażantarnia. Do dzisiaj zachowały się ślady amfiteatru. Dawny budynek zarządu majątku z XVIII w. (przebudowany w XIX i XX w.) przekształcono na szkołę, a po wojnie, do 1979 r. była tu polska szkoła. (...)

Ponad dwieście lat temu, w 1803 r. pastor z Osieka Wedecke, podczas podróży przez tą część dawnego powiatu pasłęckiego, nazwał Ławki „najpiękniejszą wsią Europy”...."

Źródło: http://www.glospasleka.pl/artykul/16436.html

 

Natomiast potomkowie linii słobickiej (Dohna-Schlobitten) żyją do dzisiaj. Ostatni książę ze Słobit utracił potęgę i bogactwo, ale przeżył wojnę. Istnieją także rozgałęzienia po stronie rosyjskiej czy w Łużycach. Można próbować również dowodzić pochodzenia staropolskiego rodu Dunin od śląskich Dohnów (po łacinie Donin).  Dohnowie byli także skoligaceni poprzez małżeństwa z wielkim rodami niemieckimi, francuskimi czy holenderskimi.

Siedziba rodowa w Słobitach

Dawidy (Davids)

 

Davids w znanych źródłach wymieniane są po raz pierwszy dopiero w 1531 r., nazwane najprawdopodobniej od pierwszego ich posiadacza z XV w., być może jeszcze Prusa. Jak wynika z rachunków urzędowych z 1600 r. majątek był w tym czasie w posiadaniu Achatiusa Borcka, który miał tu 4 łany. W następnych latach posiadłość stanowiła własność polskiej rodziny Drzewieckich. Po śmierci właściciela, Jerzego Drzewieckiego, wdowa po nim sprzedała w 1663 r. całość dóbr Dohnom.

Od tej pory aż do 1945 r. Dawidy należały do klucza dóbr rodu zu Dohna-Schlobitten (Słobity). Początkowo istniał tu jedynie niewielki folwark. W latach 1730-1731 powstał dwór o cechach baroku holenderskiego wg projektu Johanna Caspara Hindersina. Budynek dwukondygnacyjny, przykryty dachem mansardowym. W niedługim czasie dwór zyskał miano "Domu wdów", gdyż zamieszkiwały tu wdowy lub samotne kobiety z rodziny Dohnów. Dwór pełnił rolę pałacyku myśliwskiego czego dowodem jest istnienie dwóch wędzarni i wielkiej kuchni na parterze dworu. W XIX w. urządzano w nim wiele ważnych spotkań towarzyskich m. in. był tu Cesarz Wilhelm II z rodziną. Często gościł tu książę Aleksander zu Dohna (ostatni właściciel Słobit). Po jego śmierci pensjonat zaczął podupadać.

Dawidy 1975 r.

Dwór sięga swą historią do 1720 roku i aż do czasów II Wojny Światowej był własnością rodziny Dohna. Przez lata pełnił funkcje pałacyku myśliwskiego rodziny, gdyż oprócz pięknego parku otoczony jest połaciami lasu, który kiedyś służył jako tereny łowieckie. Miał o niebo więcej szczęścia niż perła w koronie rodu pałac w Słobitach, która po spaleniu pod koniec wojny do dziś dnia jest w ruinie. W latach siedemdziesiątych trafił do rąk prywatnych, natomiast dzisiejszy kształt nadał mu obecny właściciel pan Jan Kozłowski. Obecnie funkcjonuje jako Dwór Dawidy.

 

Dane historyczne o rodzie zaczerpnąłem ze wspomnień ostatniego właściciela majątku Aleksandra. Są one zawarte w książce autobiograficznej: Dohna-Schlobitten Alexander, Erinnerungen eines alten Ostpreussen, Berlin 1998. Aleksander zu Dohna przedstawia w niej postać dziadka Ryszarda Wilhelma, który zapraszał na polowania ostatniego Cesarza Niemiec i Króla Prus Wschodnich, Wilhelma II, a także opisał je elbląski historyk Lech Słodownik.

 

Ryszard Wilhelm (ur.1843, zm. 1916), był w prostej linii jedenastym potomkiem Stanislausa. Za przyczyną jego starań, na łowy do Prakwic, zjeżdżali najpierw Carl Fredrich von Preussen (członek cesarskiej rodziny), a następnie sam Cesarz Wilhelm II. Ryszard von Dohna uwielbiał Wilhelma, który jeszcze jako kronprinz przyjeżdżał do Słobit, a później już jako Cesarz do Prakwic. Każdy przyjazd Cesarza był powodem dla magnatów pruskich do hucznej fety i stanowił lokalną sensację. W początkowym okresie Cesarz przyjeżdżał pociągiem do Bogaczowa k. Elbląga, a dalsza podróż odbywała się stosownym zaprzęgiem konnym. W późniejszym okresie, po wybudowaniu bardzo urokliwej stacyjki kolejowej w Prakwicach, na niej „odbierano” dostojnego gościa.

Podróż zaprzęgiem konnym obfitowała w postoje, podczas których Cesarz Wilhelm był owacyjnie witany. Tak było m.in. w Kątach, 14 maja 1897 roku, gdzie podejmował Cesarza śniadaniem, graf Emanuel Dohna-Kathen.

Ryszard von Dohna - 9 maja 1863 r.

Ryszard Dohna z córką Wilhelma II Wiktorią Luizą - Rominty 1907 r.

Herb rodu von Dohna

Na dworze cesarskim Ryszard Dohna pełnił funkcję Łowczego Dworu oraz Prowadzącego Sforę (niem. Master) królewskich polowań (niem. perfors). Jako Master polowania w Liebenbergu został z bardzo bliska postrzelony śrutem w kostkę (rana odezwie się dopiero po długim czasie, na starość Ryszard będzie podpierał się laską o rączce wykonanej z kości słoniowej). Był okazałym mężczyzną. Na początku lat dziewięćdziesiątych XIX wieku Wojciech Kossak, zauroczony widokiem księcia galopującego na siwku „Glasenapp”, uwiecznił go na portrecie. Ryszard był bardzo barwną postacią. Polowania to była jego pasja, uwielbiał konie i doskonale powoził cztero, pięcio a nawet sześciokonnym zaprzęgiem.

Ryszard Wilhelm zu Dohna - 1903 r.

Julian Fałat (1853-1929)- "Portret Ryszarda Wilhelma von Dohna, Łowczego Dworu Cesarza Wilhelma II" - 1899 akwarela, papier, 31,5 x 26 cm,

 

Ryszard Wilhelm zu Dohna

Pierwszy z prawej Richard zu Dohna, drugi Cesarz Wilelm II

Polował bardzo dużo w swoich włościach, również w Prakwicach. W miejscowości Święty Gaj gm. Dzierzgoń, u Łucji i Czesława Gajdzis, znajduje się poroże jelenia byka, którego opis jednoznacznie wskazuje, że upolował go Ryszard zu Dohna Schlobitten. Data 17 września 1907 roku wskazuje dzień ustrzelenia byka. Obok imienia i nazwiska widnieje napis Studzienitz. Wskazuje on miejsce ustrzelenia jelenia. Było to w Studzienicach koło Pszczyny. Nic w tym dziwnego. W Pszczynie Wilhelm II polował właśnie na jelenie byki. Ówczesny książę pszczyński, Hochberg, Hans, Heinrich XI von Pless, ur. 1833 r., (pełny tytuł: Fürst von Pless, Reichsgraf von Hochberg, Freiherr zu Fürstenstein), był Wielkim Łowczym Cesarstwa Prus, a jego drugą żoną była Mathilde, Ursula hr. zu Dohna Schlobitten. Mógł więc Ryszard zu Dohna strzelić tego byka podczas polowania z Cesarzem, albo podczas innych pobytów w Pszczynie. O strzeleniu tego byka w dobrach pszczyńskich zaświadcza także charakterystyczny opis na czerepie byka. Tak właśnie opisywano pszczyńskie trofea.

Fotografia czerepu z datą

Jest to piękne poroże byka dwunastaka, który w rozłodze (rozstaw pomiędzy tykami wieńca) ma 100 cm. Pod nazwiskiem, miejscem strzelenia i datą widnieją jeszcze cyfry. Bez trudu można odczytać 335 i jest to podana masa (waga poroża) w uncjach. W przeliczeniu na kilogramy, ten wieniec waży ok. 9,5 kg (dokładnie 9,497 kg). Po widocznych cyfrach 335 znajdują się literki un - czyli uncje. Tak oznaczano, w okresie Hochbergów, wieńce jeleni a także parostki rogaczy czy haki kozic strzelone przez właścicieli lub gości podczas polowań w Pszczynie, bądź łowiskach pszczyńskich.

Czesław Gajdzis i Krzysztof Borzym z wieńcem

Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że poroże pochodzi z dworku w Prakwicach. Na początku 1945 roku stało się własnością, nieżyjącego już, Adama Kurnika, którego wojenne losy rzuciły do Dzierzgonia. Jak opowiada Jego żona Irena: „mąż przyniósł je do domu prawdopodobnie z innego, jeszcze nie zamieszkanego, lokalu”. Państwo Kurnikowie, którzy zostali wywiezieni z woj. przemyskiego i krakowskiego na roboty do Niemiec, czyli do ... Elbląga, osiedlili się już w lutym 1945 roku w Dzierzgoniu. Po ucieczce z transportu bydła i koni poniemieckich, którymi kazano im się opiekować, a prowadzonego przez żołnierzy radzieckich w celu wywózki do Rosji, jako jedni z pierwszych osadników tworzyli zręby społeczności w Dzierzgoniu. Ciekawostką jest, że ucieczka z transportu nastąpiła w Starym Mieście w okolicy denkmala, który wybudowali von Dohnowie. Zatem poroże trafiło do Państwa Kurnik podczas urządzania ich mieszkania w Dzierzgoniu, prawdopodobnie w lutym - marcu 1945 r. W tamtych czasach zbierano meble i inny sprzęt z opuszczonych przez Niemców mieszkań. Córka Państwa Kurnik, Łucja otrzymała to poroże od rodziców i po zamążpójściu przeniosła się do Świętego Gaju, gdzie poroże znajduje się do dnia dzisiejszego.

Niestety nie wiadomo w jaki sposób trafiło ono do Dzierzgonia. Najbardziej trafna hipoteza to taka, że po opuszczeniu dworku w Prakwicach przez von Dohnów, padło ono łupem szabrowników albo żołnierze radzieccy zabrali je z dworku i sprzedali jakiemuś mieszkańcowi pobliskiego Dzierzgonia. Jest to jednak tylko hipoteza. Z dużym prawdopodobieństwem można jednak uznać, że pochodzi ono z wystroju dworu prakwickiego.

1 stycznia 1900 r. Ryszard Wilhelm von Dohna został podniesiony przez Cesarza do godności dziedzicznego księcia. Było to na zasadzie primogenitury, tytuł przechodził tylko na najstarszego męskiego potomka tej gałęzi rodu. Nie obeszło się wtedy bez kpin i uszczypliwych uwag ze strony rodziny. „Pierwszy parweniusz w naszej rodzinie”- stwierdził jeden z kuzynów, „biedny Ryszard, jak on będzie mógł się za to odpłacić” - powiedział inny. Ryszard odpłacał Cesarzowi wręcz bałwochwolczym uwielbieniem.

Do 1906 roku Cesarz, nie tylko przy okazji polowań, często gościł w Słobitach. Po każdej z takich wizyt zostawała jakaś cenna pamiątka. Najbardziej wartościową była jedna ze słynnych tabakierek, należącą niegdyś do Fryderyka Wielkiego, wykonana z chryzoprazu i zdobiona bogato diamentami.

Tabakiera z chryzoprazu

Historia chryzoprazu podobno zaczęło się od tego, że pewien pruski oficer zobaczył w jednej z wychodni skalnych cienką żyłę zielonego kamienia. Zachwycił się jego soczystą barwą. Odłupał kawałek i zabrał do oszlifowania. Było to w 1740 r., a rzecz działa się we wsi Szklary niedaleko Ząbkowic Śląskich. Owym kamieniem był chryzopraz, a wieść o jego znalezieniu odbiła się szerokim echem wśród poszukiwaczy skarbów. Kilka lat później cały Dolny Śląsk przeszedł pod władanie Prus, a ich władca Fryderyk II Wielki stał się wielbicielem dolnośląskich kamieni. Fryderyk II Wielki cenił go ponad inne kamienie. Na palcu nosił wielki pierścień wykonany z chryzoprazu otoczonego 15 brylantami. Tabakiery z tego kamienia inkrustowane złotem, diamentami i innymi kamieniami szlachetnymi dawał chętnie w prezencie. Sam miał osiem takich tabakier.

Jedna z tabakier Frderyka II Wielkiego. Muzeum w Londynie

 

Wilhelm II (siostrzeniec Fryderyka) podarował jedną z nich gospodarzom Słobit podczas wizyty, na której wystawiano operę napisaną i skomponowaną na Jego cześć. Tabakiera była tak cenna, że przechowywano ją w specjalnej, żelaznej szafie. Miarą uwielbienia Wilhelma II przez Ryszarda zu Dohna niech będzie ciekawostka, że kazał on zniwelować stromy stok drogi prowadzącej z Prakwic do Dzierzgonia i na skarpie ułożyć z kamieni napis "Niech dobry Bóg prostuje drogi naszemu ukochanemu Cesarzowi".

Po 1906 r. przyjazne stosunki między Cesarzem i księciem jednak znacznie się ochłodziły. Doszło pomiędzy nimi do poważnych scysji z powodu zamieszania Ryszarda von Dohna w skandal polityczno - obyczajowy, w wyniku czego Cesarz zaprzestał odwiedzin w Słobitach. Jednak w 1910 roku nocował i także polował w Prakwicach, przy okazji wielkich manewrów wojskowych, które odbyły się w Prusach Górnych. Za ciekawostkę należy uznać fakt, że wojska pruskie, podczas manewrów, po raz pierwszy wystąpiły w mundurach polowych koloru szarozielonego tzw. feldgrau.

 

Piąty z lewej Richard Wilhelm zu Dohna

 

Rominten 1911 r. Pierwszy z prawej, z laską, Ryszard zu Dohna

Rominten 1910 r. Z laską Ryszard zu Dohna

Rominten 1910 r. Ryszard zu Dohna (pierwszy z lewej - tyłem) podczas oglądania byka "Pascha".

Cesarz i Ryszard zu Dohna

Pomimo nieporozumień Wilhelm II odznaczył Ryszarda, w 1913 roku, orderem Orła Czarnego. W chwili wybuchu I Wojny Światowej w 1914 roku, książę Dohna ukończył osiemdziesiąt trzy lata i pomimo tego zameldował się do czynnej służby wojskowej. Ulokowano dziarskiego staruszka przy sztabie generalnym feldmarszałka Paula von Hindenburga, z przydziałem do Czerwonego Krzyża. Niestety trudy wojny okazały się śmiertelne dla Ryszarda. Zmarł w sierpniu 1916 roku w Wilnie na zapalenie płuc. Pogrzebano księcia 26 sierpnia 1916 roku w Słobitach, a pożegnalną, potrójną salwę honorową oddało „komando” czyli pluton ochrony obozu jenieckiego w Krośnie k. Pasłęka. Pogrzeb zaszczycił swoją obecnością, bliski współpracownik Cesarza, uczestnik cesarskich polowań w Prakwicach, gen. płk. Hans von Plessen. W kościele słobickim, na tablicy kamiennej, umieszczono obok innych nazwisk mieszkańców miejscowości poległych w I Wojnie Światowej, nazwisko Richarda Wilhelma zu Dohna.

Hans von Plessen

Ryszard Wilhelm von Dohna, jak wszyscy wschodniopruscy magnaci, przesiąknięty był poglądami regalistyczno - militarno - konserwatywnymi. Również jego syn Ryszard Emil zu Dohna (1872-1918) był typowym prusakiem. Mając 26 lat ożenił się z Marią Matyldą księżniczką zu Solms - Lich (1873-1953). Ślub odbył się w 1898 roku i nowożeńcy zamieszkali w willowej dzielnicy Poczdamu przy ul. Mangestrasse 7. Dom był wynajęty i jak na owe czasy nowoczesny. Posiadał nawet ogrzewanie gazowe. W pobliskich koszarach elitarnego Garde du Cors, Ryszard Emil odbywał służbę wojskową. Był adiutantem pułku.

Maria Matylda zu Solms - Lich i Ryszard Emil zu Dohna

Ród von Dohna zawsze uroczyście obchodził pruskie święta państwowe. Czczono pamięć wojen napoleońskich, w których członkowie rodu brali udział. Szczególnie 1813 rok, triumf pod Sedanem w 1870 roku i inne wydarzenia historyczne. W okresie późniejszym bardzo pielęgnowano pamięć poległych w I Wojnie Światowej, zarówno członków rodu jak i żołnierzy wywodzących się z ludności pochodzącej z ich dóbr. M.in. w Starym Mieście istniał obiekt - pomnik (niem. denkmal), w którym umieszczono tablicę z nazwiskami poległych żołnierzy, mieszkańców okolicznych dóbr von Dohnów. Ten kompleks pomnikowy, czasami błędnie okraśla się jako cmentarz. Tak czyni m.in. Mieczysław Haftka w książce pt. "Zamki krzyżackie - Dzierzgoń - Przezmark - Sztum" w rzeczywistości był miejscem pamięci, ufundowanym i odsłoniętym w 1924 r. przez Aleksandra von Dohna właśnie w Starym Mieście a nie w Prakwicach, ponieważ tutaj znajdował się kościół ewangelicki a polegli byli parafianami tego kościoła. Całość wynosiła 0,2 ha. Pierwotnie składał się z pomnika, dwóch alei w kształcie krzyża oraz półkolistej bramy zwieńczonej krzyżem na wzór "Żelaznego Krzyża" niemieckiego odznaczenia za męstwo na polu bitwy. Po obustronach bramy widniały napisy: „Heilig sei dieser Ort”- „und Ehrfurcht schütze ihn”- „Uświęcone to miejsce jest - i głęboki szacunek strzeże jego”. Na pomniku, w formie dużego, kamiennego obelisku, umieszczono pierwotnie nazwiska poległych żołnierzy w trzech sąsiadujących rzędach. Do chwili obecnej zachowała się jedna rozbita i mało czytelna tablica inskrypcyjna z czarnego marblitu (materiał szklany). Widoczny jest na niej wizerunek krzyża żelaznego z wieńcem z lauru i dębu.

 

Denkmal w Starym Mieście. Stan około 1925 rok

 

Denkmal stan obecy

Te tablice zniszczono kilka lat temu

Jeszcze kilka lat temu na pomniku był zachowany doskonale widoczny napis, ku pamięci Grafa Ryszarda Emila zu Dohna Schlobitten, który zmarł podczas I Wojny Światowej. Na pomniku widniał napis i wieniec z liści dębu, data urodzin i śmierci - listopad 1918. Widniały też nazwiska poległych mieszkańców - poddanych m.in. ze Starego Miasta, Adamowa.

W takich i podobnych miejscach von Dohnowie urządzali uroczystości patriotyczne z okazji świąt i rocznic państwowych. Ryszard Emil zu Dohna mieszkający od 1908 roku w Bielicy (wybudowano tam nowy dworek) czcząc sedańską wiktorię wytaczał po zapadnięciu zmroku, każdego 2 września, beczkę smoły. Umieszczano ją na pagórku o wysokości 80 m n.p.m. Następnie smołę podpalano i Emil wygłaszał patriotyczne przemówienie na cześć Cesarza i ojczyzny. Potem wspólnie z mieszkańcami śpiewano patriotyczne pieśni. Palące się w całej okolicy beczki ze smołą sprawiały podniosłe wrażenie.

Ryszarda Emila zu Dohnę jako typowego junkra pruskiego zapraszano na wiele uroczystości na terenie całych Prus Górnych. Był m.in. gościem podczas obchodów 25 – lecia organizacji kombatanckiej Kriegsverein w Rychlikach. Skupiała ona weteranów z powiatu pasłęckiego. Wielka uroczystość, odbyła się w sąsiedniej do Starego Dzierzgonia, gminie Rychliki 8 czerwca 1902 roku.

Pałac słobicki pełen był różnych pamiątek. W jego pięknych wnętrzach Dohnowie urządzali zjazdy rodzinne, spotkania z generalicją, urzędnikami Cesarstwa i prowincji.

Słobity 1919 r.

Komnaty pałacu w Słobitach

Pokój porcelanowy

Biblioteka

 

Warto w tym miejscu opisać siedzibę rodową von Dohnów czyli pałac w Słobitach. Posłużę się opisem zawartym w książce Małgorzaty Jackiewicz - Garniec i Mirosława Garniec pt. "Pałace i dwory dawnych Prus Wschodnich".

"Wielkie założenie pałacowo-parkowe (obecnie w ruinie), wraz z wsią Słobity, usytuowane około 15 km na północny wschód od Pasłęka i około 25 km na wschód od Elbląga. Od 1525 do 1945 r. własność i główna siedziba jednego z najważniejszych arystokratycznych rodów pruskich, rodu zu Dohna. Powstałe tu w dobie baroku założenie architektoniczno-przestrzenne było najwybitniejszą realizacją epoki na terenie Prus.

Członkowie rodu Dohna, wywodzącego się z Saksonii, przybyli do Prus przez Śląsk w okresie późnego średniowiecza (ok. połowy XV wieku), jako rycerze Zakonu Krzyżackiego. Założycielem pruskiej linii rodu rodu jest Stanisław, jeden z dowódców polowych w bitwie pod Chojnicami (1454 r.), który za zasługi oddane Zakonowi otrzymał pierwsze nadania ziemskie. Pod koniec XV wieku był już właścicielem kilku wsi w okolicach Morąga i Pasłęka. Za twórcę potęgi Dohnów, zwieńczonej w 1900 r. tytułem książęcym, uważa się jego syna, Piotra, który ożenił się z Katarzyną Czemą (Zehmen), córką wojewody pomorskiego i miał z nią ośmiu synów i jedną córkę.

Piotr Dohna otrzymał Słobity od Zakonu Krzyżackiego w 1525 r. i prawdopodobnie wzniósł tam niewielki dom mieszkalny. Główną siedzibą Dohnów był w tym czasie tzw. Zameczek   w Morągu, który jednak szybko stał się niewystarczający dla rozgałęziającej się rodziny. Syn Piotra, Achacy, przeniósł swoją siedzibę z Morąga do Słobit i wybudował tam tzw. Nowy Dom, ale dopiero jego syn Abraham, który zdobył gruntowne wykształcenie humanistyczne w kilku uczelniach europejskich, nawiązał ścisłe kontakty z namiestnikami Niderlandów, dynastią Orańskich, przebywał i kształcił się na ich dworze, wzniósł w latach 1621-1624 pierwszy pałac w Słobitach.

Pałac stylistycznie nawiązywał do architektury niderlandzkiej początków XVII wieku. Była to budowla założona na planie mocno spłaszczonej litery H, piętrowa, o elewacjach zwieńczonych licznymi renesansowymi szczytami. Zachowano jej zasadniczy kształt podczas wielkiej rozbudowy założenia, jaka miała miejsce w latach 1696-1732, za czasów Aleksandra zu Dohna. Słobity zostały wówczas przekształcone w reprezentacyjną, barokową rezydencję położoną między dziedzińcem a ogrodem, wkomponowaną w rozległe, architektoniczno-krajobrazowe założenie przestrzenne. Aleksander zu Dohna (1661-1728) urodził się i wykształcił na zachodzie Europy, ale całe swoje dorosłe życie poświęcił rozbudowie i upiększaniu słobickiej posiadłości, osiadł tu, doszedł do wysokich pozycji, był m.in. szefem rządu prowincji pruskiej, gubernatorem Piławy, feldmarszałkiem, a także guwernerem pruskiego następcy tronu Fryderyka Wilhelma.

Aleksander zu Dohna Schlobitten (1661-1728)

Wykonanie projektu koncepcji całego założenia. Aleksander zu Dohna zamówił u francuskiego architekta Jeana Baptisty Broebes'a. Zachowano pierwszy pałac, przedłużono go po bokach galeriami, do których dostawiono prostopadle skrzydła boczne. Zamknięcie przestrzennej kompozycji architektonicznej tworzyły dwa symetryczne, prostokątne stawy, z kamiennym mostem na osi fasady pałacu. Założenie pałacowe poprzedzał kompleks budynków administracyjno - gospodarczych,  z główną bramą, Szarą, na osi.

Folwark

Nigdy nie doszło do pełnej realizacji tej części założenia. Wzniesiono równolegle do pałacu dwie oficyny, przy północno-wschodniej dwa prostopadłe budynki gospodarcze i od strony wschodniej stajnię z wozownią, z bramą przejazdową i wieżyczką zegarową na osi. Od strony elewacji ogrodowej pałacu (południowej) został założony rozległy francuski ogród. Jean Baptista Broebes był autorem koncepcji całości założenia i kompozycji ogrodów, od 1704 r. pracami kierował Johann Caspar Hindersin, architekt pracujący dla Dohnów także przy innych realizacjach. Projekt przebudowy głównego korpusu pałacu, jego podwyższenie, nowe elewacje opracował Joachim Schultheiss von Unfriedt, architekt z Królewca. Główny korpus zachował plan pierwszego pałacu, spłaszczonej litery H, był trójkondygnacyjny, przykryty dachem mansardowym. Elewacje zdobił bardzo wysmakowany detal architektoniczny  z elementami rzeźbiarskimi. Ciekawostką projektu był brak w elewacji frontowej reprezentacyjnego wejścia na osi i umieszczenie wejść symetrycznie, po bokach, pod kwadratowymi tarasami wspartymi na kolumnach. Przebudowano również wnętrza pałacu, m.in. na piętrze urządzono wysoką na dwie kondygnacje salę balową, bogato zdobioną sztukateriami i polichromiami i reprezentacyjne apartamenty królewskie. Słobity należały do tzw. pałaców królewskich, gdzie monarchowie zatrzymywali się podczas podróży.
We wnętrzach pracowali artyści: rzeźbiarz i sztukator Josef Anthon Kraus, malarze Giovanni Baptista Schannes, Johann Blommendael. W latach 1718-1725 wybudowano w odległości  1 km na południowy wschód od pałacu barokowy folwark według projektu Johanna C. Hindersina.

Folwark

Folwark - obecny stan

Interesująca koncepcja architektoniczna folwarku, opierająca się na symetrii i osiowości, była integralnie związana z kompozycją całości założenia rezydencjonalnego, niemającego sobie równych w tej części Prus. Folwark uległ przez stulecia stosunkowo niewielkim przekształceniom, jest dobrze zachowany i obecnie stanowi unikatowy zespół przypałacowy z epoki baroku na terenie Polski północno-wschodniej.

Pałac w Słobitach mieścił wspaniałe kolekcje dzieł sztuki, gromadzone pieczołowicie przez kolejnych właścicieli. Inwentarz pałacowych zbiorów wymienia aż 450 obrazów, z m.in. wspaniałą kolekcją rodowych portretów holenderskich. Znajdowały się tu kolekcje cennych mebli, porcelany (miśnieńskiej, berlińskiej, chińskiej), fajansów z Delft, sreber, monet. Bardzo bogate i cenne były zbiory biblioteczne, w połowie XIX wieku liczyły 55 tysięcy wolumenów.

Słobity przed II Wojną Światową - plan

Ostatni przed wojną właściciel dóbr w Słobitach książę Aleksander zu Dohna (1899-1997) przeprowadził do 1944 r. wiele prac renowacyjnych w rezydencji, planował także odtworzenie francuskiego ogrodu, przekształconego w wieku XIX w założenie krajobrazowe. Oglądając stare fotografie i obecne ruiny żal serce ściska.


Ruiny przydworskiego browaru

W wyniku działań wojennych, w początkach 1945 roku, pałac został spalony, podobnie budynek stajni z wozownią i oficyna. Od tego czasu pałac pozostaje w ruinie, po założeniu ogrodowym prawie nie ma śladu, zachowały się jedynie fragmenty starego, parkowego drzewostanu: aleje dębowe, pomnikowe lipy (sadzone w 1625 roku, z czasów pierwszej budowy rezydencji). Bogate zbiory dzieł sztuki - tylko w części - książę Aleksander zu Dohna zdążył ewakuować, a i te uległy rozproszeniu, niewielka część znajduje się w rękach właścicieli, część w Berlinie, w pałacu Charlottenburg. W Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie zachowały się jedynie cztery obrazy i trzy cynowe posążki z dawnych przebogatych słobickich zbiorów. Własność AWRSP."

Zatem w atmosferze bogactwa i przepychu von Dohnowie wspominali militarną przeszłość ojczyzny i byli dumni z aktualnej sytuacji i potęgi militarnej Cesarstwa. Wszak Niemcy były podówczas jedną z największych potęg Europy i świata. W tej otoczce urodził się i wychował Aleksander, książę zu Dohna, który jak się potem okazało, był ostatnim spadkobiercą fortuny, i którego losy były chyba najtragiczniejsze spośród wszystkich Dohnów. Stał się bowiem świadkiem utraty i zniszczenia całej potęgi rodu.

1930 rok - przed pałacem w Słobitach: od lewej Aleksander Dohna, Hermann Arnim, Evchen Kalckstein, Hermann Otto Solms, Carmen und Vichert Dohna, Beba Wittgenstein, Hermann Dohna, Christof Dohna

Aleksander z żoną

Aleksander von Dohna z rodziną przed pałacem w Słobitach

Kuczer z przygotowanymi do jazdy końmi rasy Trakener

Antoinette zu Dohna z córką Aleksandrą (fot. z lewej) Aleksandra zu Dohna (fot. z prawej)

Córka Dohny Aleksandra od małego dziecka miała zamiłowanie do koni. Po ucieczce odtworzy rasę trakenów z linii słobickiej  w Niemczech

Aleksandra zu Dohna z końmi rasy trakener ze slobickiej linii: Kolibri, Kontessima i Koala

Aleksandra Gräfin zu Dohna z trakenem Kosima z linii słobickiej - 2016 r.


Gniady KISSINGER *2011 (Singolo – Kontessina po Arogno – Ginster) to nowo ogłoszony  Siegerhengst 2013 – Trakehner Hengstmartk Neumünster. Ogier został wyhodowany przez księżnę Aleksandrę Dohna, znaną hodowczynię i równie uznanego fotografa koni, której korzenie rodzinne głęboko sięgają arystokracji dawnych Prus Wschodnich.

Ostatni książę Dohna urodził się w Poczdamie 11 grudnia 1899 roku. Pierwotnie miał mieć na imię Józef, tak chciała matka. Ojciec jednak wymusił aby jego pierworodnego nazwać imionami dziadków Ryszard i Herman oraz Aleksander. Jednak Cesarz Wilhelm II wyraził życzenie, żeby potomek tak znakomitego rodu był jego chrześniakiem. W ostatniej chwili w urzędzie dodano jeszcze imię Wilhelm. Tak więc Wilhelma, Hermana, Aleksandra, Ryszarda zu Dohna ochrzczono pod czterema imionami. Do chrztu, w zastępstwie Cesarza, trzymał go szef sztabu generalnego Helmuth hr. von Moltke zwany Młodszym. Stał się on, podczas chrztu, uczestnikiem komicznej sytuacji. Miał wygłosić mowę i sięgając do kieszeni po kartkę z przemówieniem, niechcący wyciągnął … papier toaletowy, który na oczach wszystkich zgromadzonych rozwinął się i potoczył po kościele. Bycie cesarskim chrześniakiem było powodem do dumy. Zresztą Cesarz nie odmawiał również innym osobom bycia chrzestnym. Gazeta Olsztyńska nr 38 (czwartek, 29 marzec 1900 r.) tak pisała: "Cesarz ojcem chrzestnym. Ogrodnik Hol w Krunzenhort na Śląsku, któremu urodziło się trzech chłopców, poprosił cesarza w „kumotry”. Cesarz zezwolił na zapisanie swego imienna w księgi jako chrzestnego. Chłopcom nadano imię Wilhelm I, Wilhelm II, Wilhelm III. Oprócz nowonarodzonych, ma już szczęśliwy ojciec sześcioro chłopców.”

Helmuth von Moltke

Z czterech imion używano jednego Aleksander. Cesarz dbał o to, aby wyróżniać chrześniaka. Podczas pobytów na polowaniach w Prakwicach wszystkie dzieci Dohnów całowały „najjaśniejszego” w rękę, jedynie Aleksander całowany był przez Cesarza w czoło. W czasie pobytu w Prakwicach (1910 r.) za trzydniowy pobyt „kajzer” wręczył właścicielowi ”olbrzymi napiwek – trinkgeld” w wysokości 1000 złotych marek. W tym czasie kajzer był już skłócony w Ryszardem i widocznie nie chciał być tylko gościem Dohny, a może to był taki cesarski zwyczaj.

W swojej wspomnieniowej książce Aleksander wspomina ciepło okres dzieciństwa, a szczególnie czas zamieszkiwania w Bielicy (niem. Behlenhof). Warto przytoczyć ten czas, jako najszczęśliwszy zdaniem Aleksandra, w jego życiu. Na tym przykładzie można sobie wyobrazić życie szlachty pruskiej i jej doskonałe gospodarowanie całymi dobrami. Przypomnijmy, że w Bielicach od 1908 roku, osiedli się rodzice Aleksandra. Poprzednio należały one do wuja Aleksandra, Achacego von Dohna.

Po objęciu włości w Bielicy Ryszard Emil von Dohna, ojciec Aleksandra, rozpoczął zakrojone na wielką skalę melioracje gruntów, pokrywając większość kosztów z własnej kieszeni. Pomagał mu w tym jego ojciec, właściciel majoratu Słobity. Ryszard Emil stale powiększał swoje włości. Zakupił, w 1910 roku, dobra w Cieszyńcu (niem. Teschenwalde), młyn w Bielicy, który po remoncie i przebudowie przeznaczono na dom pobytowy dla dziewcząt pozbawionych środków do życia. Trzeba dodać, że Dohnowie w swoich dobrach dbali o sprawy socjalne swoich pracowników. W Pachołach (niem, Pachollen) istniał dom dla emerytowanych robotników rolnych, a dom w Bielicy był pierwszym tego typu w Prusach Wschodnich. Otwarty był (oprócz zimy) przez cały rok. Prowadziła go żona Ryszarda Emila zu Dohna, Maria Matylda przy pomocy wolontariuszki z Królewca.

Młody spadkobierca fortuny był starannie edukowany. Początkowo Aleksandrem zajmowała się guwernantka i nauczyciele domowi m.in. Anglik Caney, który uczył go jazdy konnej i gry w futbol. Oczywiście przysposabiano go także do myślistwa. Mając 10 lat Aleksander strzelał z 6 mm krócicy. Łowczy dworu w Bielicy, Wilhelm Becker wywoził go do lasu, gdzie poznawał tajniki łowiectwa.

Wakacje i ferie spędzał Aleksander w dworku myśliwskim w Prakwicach odległym od Bielicy o 46 km. Podróż do Prakwic odbywała się powozem konnym i trwała około 3 godzin. W czasie podróży przejeżdżano przez dobra rodziny von Perbandt w Śliwicy (niem. Nahmgeist), Barzynę (niem. Wiese), która była własnością von der Groben, następnie przez Rychliki, Lipiec (niem. Lippitz) i Królikowo (niem. Königsee). W czasie pobytów w Prakwicach zawsze odwiedzano Kamieniec leżący obecnie w gm. Susz. Piękny barokowy pałac, pochodzący z drugiej połowy XVII w. był własnością Georga zu Dohna. Wujek Aleksandra był bezdzietny i bardzo lubił odwiedziny swoich młodych krewnych. Imponująca budowla słynęła z tego, że gościła w swoich murach Napoleona i Marię Walewską.

 

Kamieniec (Finckenstein)

Maria Walewska

Ciekawostką był pokój Napoleona „Napoleon – Zimmer”, w którym Cesarz francuzów mieszkał. Była w nim też bogato zdobiona „komnata chińska” oraz największy i najpiękniejszy w Prusach Wschodnich park pałacowy. Park dochodził aż do jeziora Gaudy.

Napoleon - Zimmer

Kamieniec (Finckeinstein) kojarzony jest zwykle z rodem von Finckenstein. Wieś położona w odległości ok. 6 km od Susza, powiat iławski, pierwotnie występowała pod nazwą Hewisdorf, ale już w 1321 roku pojawia się pod nazwą Habersdorf. Jej początki sięgają czasów krzyżackich. W  1532 roku Książę Prus przekazuje wioskę Georgowi von Polenz, biskupowi Pomezanii, od którego w  1653 roku Habersdorf razem z należącymi do niej gruntami kupił Jonasz zu Eulenburg. Od tego ostatniego w 1705 roku folwark Habersdorf z wchodzącymi w jego skład wioskami: Różnowo, Michałowo, Bornice, Piotrkowo i Grodziec, za kwotę 78.100 guldenów kupił marszałek polny Prus Albrecht Konrad Finck von Finckenstein, który już od 1690 roku był właścicielem Iławy, dóbr rudzienickich z folwarkami Dziarny Duże i Małe, Ławice, Szałkowo i Kamień, a od 1699 roku właścicielem dóbr szymbarskich wraz z Ząbrowem i Kamionką, Starzykowem, Szczepkowem, Olbrachtowem i Falknowem. Finckensteinowie po zakupie Habersdorf stali się jednym z najbogatszych rodów magnackich Prus Wschodnich posiadającym tylko na terenie obecnego powiatu iławskiego dobra ziemskie o powierzchni ponad 10.000 ha.

Ten wielki magnacki ród posiadający w swoich dobrach, stary średniowieczny zamek w Szymbarku oraz rozliczne dwory i dworki wiejskie takie jak: w Rudzienicach czy Gardzieniu, nie posiadał jednak rezydencji odpowiednio wielkiej a zarazem okazałej i wygodnej. Świadczącej przy tym o bogactwie i wielkiej świetności rodu. Dlatego po kupnie Habersdorf,  Finckensteinowie postanawili tutaj właśnie zbudować dla sobie swoją rezydencję. Wcześniej jednak zwrócili się o pozwolenie na jej budowę do króla Prus Fryderyka Wilhelma I. Król wydając pozwolenie na budowę pałacu, zmienił swym edyktem z 1718 roku nazwę wsi Habersdorf na Finckenstein, a jednocześnie nałożył na Finckensteinów obowiązek wydzielenia w nowo zbudowanym pałacu oddzielnego skrzydła, przeznaczonego na rezydencję dla siebie i swej małżonki, potrzebną królewskiej parze podczas ich monarszych podróży z Berlina przez Kwidzyń i Prabuty do Królewca.

Budowę pałacu zakończono w 1720 roku. Zbudowany został w stylu francuskiego baroku, jego budowniczym był znany ze swych wcześniej zbudowanych rezydencji pałacowych dla wschodniopruskich magnatów Dohnów i Denhoffów, bardzo zdolny architekt angielski John von Collas. Do nowej rezydencji Finckensteinów z racji jej urody, przepychu, bogatego wystroju wnętrz oraz wspaniałych ogrodów i parku otaczających pałac, przylgnęła nazwa Wschodniopruskiego Wersalu. Pałac usytuowany frontem ku zachodowi miał dwa skrzydła boczne; północne i południowe. Część środkowa pałacu miała wymiary 65,5 m x 83,5 m, dwupiętrowe skrzydła boczne zajmowały powierzchnię o jednakowych wymiarach 65,5 m x 83,5 m.” (por. Wiesław Niesiobędzki, „Zamki, pałace, dwory i inne zabytki powiatu iławskiego”, Iława 2003).

Pałac stał się własnością von Dohnów po ożenku z siostrą Finckensteinów i wykupieniu go w 1782 roku, przez marszałka wielkiego Prus Aleksandra zu Dohna, syna Fryderyka Aleksandra zu Dohna. W rękach margrafów zu Dohna von Schlobitten skoligaconych wielokrotnie z grafami Finck von Finckensteinami, Kamieniec pozostawał do 1945 roku i jego ostatnim właścicielem był Aleksander zu Dohna. Po zajęciu tych terenów przez zwycięska armię radziecką pałac nazywany Pruskim Wersalem został ograbiony i spalony. Zachowały się jednak, szczególnie w archiwach niemieckich, liczne opisy i fotografie tej imponującej budowli.

 

Zespół pałacowo - parkowy w Kamieńcu – okres międzywojenny

 

Kamieniec - stan obecny

Portal wschodni dawniej i dzisaj

Fasada zachodnia dawniej i dziśiaj

Okres dzieciństwa i młodości Aleksandra przerwał wybuch I Wojny Światowej, który zresztą przez cały ród został przyjęty z entuzjazmem. Całe Prusy Wschodnie i Niemcy (zjednoczone przez Wilhelma II) popierały politykę monarchy.

Mały Aleksander przed pałacem w Słobitach

Z siostrą Ursulą-Anną w Bielicach

Okres wojny rodzina Emila spędziła początkowo w Darmstad, a następnie w Słobitach. Aleksander został pod koniec wojny powołany do wojska gdzie po niedługim czasie zastała go kapitulacja Niemiec i dotarła do niego wiadomość o upadku monarchii,  abdykacji i banicji Cesarza Wilhelma II.

Aleksander Dohna 1918 r. Kadet Regimentu Garde du Corps

W 1918 roku zmarł ojciec Aleksandra, Richard Emil zu Dohna i w wieku dziewiętnastu lat, jako najstarszy syn, został księciem i spadkobiercą całego majątku słobickiego. Nie mógł pogodzić się z upadkiem monarchii i nigdy nie zaakceptował Republiki Weimarskiej.

Z powodu luki w wykształceniu rolniczym, po objęciu schedy, odbył praktyki rolnicze w gospodarstwach ziemiańskich u Karla Görg'a w Rydzówce oraz miejscowości Licze k. Kwidzyna. Z pobytu koło Kwidzyna zapamiętał plebiscyt w 1920 roku i jego wyniki. Prawie 95% mieszkańców tzw. rejencji kwidzyńskiej było za pozostaniem jej w Niemczech.

Nasiąknięty nurtem monarchistycznym działał na niwie politycznej początkowo w przemianowanej z Partii Konserwatywnej, Deutschnationale Voksparti, następnie w Haimatbundzie, z ramienia której prowadził nawet rozmowy z Adolfem Hitlerem będącym wtedy przywódcą NSDAP. Prowadził bardzo rozległą działalność polityczną mającą na celu przywrócenie w Niemczech monarchii. Obracał się w gronie najznakomitszych młodych przedstawicieli rodów arystokratycznych.

Jesienią 1925 r. podczas polowania, na zaproszenie kronprinza Wilhelma, Alexander zu Dohna-Schlobitten poznał „piękną i mądrą” Fredę Antoinette hrabinę von Arnim z domu Muskau (ur. 1905), popularnie zwaną w najbliższym towarzystwie „Titi”. Młodsza o sześć lat z miejsca przypadła mu do gustu, a zaproszenia na bale i polowania (w których niekiedy dzielnie mu towarzyszyła), pierwsze „nieśmiałe pocałunki”, spowodowały, że między młodymi zrodziło się gorące uczucie.

Frieda Antoinette von Arnim

Związek ten zyskał z miejsca aprobatę obu wielce nobilitowanych i znanych rodzin, trudno było bowiem o lepszą partię. Niedługo potem Aleksander ubrany we frak i cylinder poprosił Adolfa von Arnim o rękę jego córki - jedynaczki „Titi”. Zaręczyny ogłoszono oficjalnie w tym samym czasie w Słobitach i Bad Muskau - to obecny Mużaków na granicy polsko-niemieckiej, dawna siedziba księcia Hermanna von Pücklera, gdzie pałac znajduje się po stronie niemieckiej, a imponujące założenie parkowe po stronie polskiej. Dawną posiadłość dzieli przepływająca rzeka Nysa Łużycka.

Pałac w Bad Muskau - siedziba rodowa hrabiny Friedy Antoinette von Arnim

Bad Muskau

Pałac w Słobitach - siedziba rodowa Aleksandra zu Dohna Schlobitten

Do ślubu przygotowywano się pieczołowicie. Zmieniono wystrój sali w pałacu w Muskau, omawiano podróż poślubną, szyto stroje. Teść Aleksndra bardzo pragnął aby ten podczas ślubu wystąpił w tradycyjnym, wschodniopruskim uniformie stanowym. Zgodę na taki strój weselny wydał Tajny Radca von Berg szef cywilnego gabinetu kajzera Wilhelma II. Pomimo, że Wilhelm II przebywał już wtedy na wygnaniu, Aleksander zwrócił się do niego o tę zgodę.

Aleksander zu Dohna

Na ten paradny i elegancki uniform składał się surdut do kolan w ciemnozielonym kolorze, z czerwonymi wypustkami na rękawach,  biała kamizelka, białe spodnie i biały, dwurzędowy szamerunek z szablą przy boku. Krój uniformu pochodził z połowy XVIII wieku.

Oczywiście Aleksander zu Dohna miał wcześniej wesoły wieczór kawalerski, w czasie którego kuzyn „Titti” - Ulrich Wilhelm hrabia von Schwerin-Schwanenfield, ubrany w stój kąpielowy doskonale naśladował Dohnę, akcentując charakterystyczną dlań postawę, tj. lekko pochyloną do przodu głowę. Obrączki ślubne zostały wygrawerowane wg starego słobickiego zwyczaju literami „G g G”(Gott gebe Gnade) – „Boże bądź łaskaw”. Świeżo poślubiona żona dostała od rodziców zaopatrzenie w wysokości 1000 marek miesięcznie, bogate wyposażenie, w tym bieliznę, ubiory, pościel, talerze deserowe z porcelany miśnieńskiej oraz obrusy z wyszytymi herbami rodów von Dohna i von Arnim.

Aleksander zu Dohna z żoną

Strój został założony przez Aleksandra tylko jeden raz w życiu - podczas ślubu. Na weselu było zaproszonych sto osób z najznakomitszych rodów pruskich. Wśród gości byli m.in. Wielki Książę i Księżna Hesji - następczyni tronu pruskiego Cecylia oraz znani przedstawiciele arystokracji niemieckiej, niekiedy skoligaceni z rodem von und zu Dohna ze Słobit. Zamek, miasto i kościół w Bad Muskau udekorowano girlandami i flagami. Ślub odbył się 29 maja 1926 roku.

Pałac w Bad Muskau, ślub księcia Alexandra zu Dohna-Schlobiten. Zdjęcie wykonane 29 maja 1926 roku

(Fotografia ze strony internetowej www.slobity.com.pl)

Jeszcze w czasie trwania wesela, młoda para udała się w podróż poślubną. Wyjechali samochodem Isotta Fraschini do Montreux w Szwajcarii poprzez Drezno, Wolfach w Szwardzwaldzie, Bazyleję, Evian les Bains nad jez. Genewskim.

 

Samochód Isotta Fraschini

Po dwutygodniowym pobycie w Szwajcarii, przybyli do Hesji, do miejscowości Lich, a następnie do Prakwic. Gdy nowożeńcy odpoczywali w Prakwicach, w Słobitach trwały gorączkowe przygotowania na powitanie dziedzica i jego żony.

Wyciągnięto z powozowni najcenniejszą, odkrytą karocę, którą do tej pory używał tylko Cesarz Wilhelm II i członkowie jego świty. Był to wystawny powóz koloru czarnego, wyściełany jasnym rypsem. Karoca nie miała kozła dla kuczera. Powozili ją dwaj kuczerzy, z których jeden siedział na lewym z sześciu koni w pierwszej dwójce a drugi na lewym koniu trzeciej dwójki. Obaj byli ubrani w cylindry i uroczyste liberie. Aleksander z żoną przyjechał do Słobit samochodem, ale w pobliskim lesie nowożeńcy przesiedli się do karocy. Z tyłu usiedli: przyboczny łowczy dworu Gustaw Adolf Schmitd z pióropuszem w kapeluszu i kordelasem myśliwskim oraz trzeci kuczer Gustaw Vill.

Przyjazd nowożeńców do Słobit cesarskim powozem

Przed dobrami przywitało ich trzech głównych zarządców siedzących na koniach i ubranych w odświętne surduty. Przed wejściem do pałacu zgromadzili się mieszkańcy Słobit, pracownicy majątku, pastor May, przedstawiciele organizacji młodzieżowej Deutschnationale Volskpartei oraz zaproszeni goście. Mowę powitalną wygłosiła matka Aleksandra. On sam podziękował wszystkim zgromadzonym i goście udali się na przyjęcie do komnaty zwanej uroczystą. Pracownicy majątku i mieszkańcy Słobit świętowali w ogrodzie.

Przywitanie nowożeńców w Słobitach

Małżonkowie mieli sześcioro dzieci: Sophie Mathildie (ur. 1927), Richarda (ur. 1929 zm. 1939 r.), Friedricha (ur. 1933 r. - potem miał 5. dzieci), Alexandrę (ur. 1934 r.), Ludwiga (ur. 1937 r.) i Johanna (ur. 1943 - miał 1 dziecko).

Małżonkowie von Dohna rozpoczęli urzędowanie w dobrach w skomplikowanej sytuacji politycznej Niemiec. Aleksander mocno zaangażował się w politykę. Poparł nawet Adolfa Hitlera i wstąpił do NSDAP. Jak już wspomniałem, historię ostatniego księcia ze Słobit, szczegółowo opisał Lech Słodownik z Elbląga  i jest  ona opublikowana na łamach Głosu Pasłęka i na stronie internetowej www.glospasleka.pl. Niewątpliwie zasługą Alekandra zu Dohna było to, że doskonale administrował majątkiem słobickim. Przeprowadził remonty pałacu w Słobitach i dworku w Prakwicach. Jako ciekawostkę podam tylko, że jesienią 1932 roku spotkał się z Adolfem Hitlerem, następny raz w 1933 roku - podczas pobytu kanclerza Niemiec w Kamieńcu. Jego kolegą szkolnym był też osobisty adiutant Hitlera Karl Wolff. Aleksander spotykał się z dygnitarzami III Rzeszy: Reinhardem Heydrichem, Heinrichem Himmlerem, a Hermana Göringa zaprosił nawet na polowanie do Prakwic.  W swojej wspomnieniowej książce Aleksander jawi się jako przeciwnik nazizmu. Osobiście jednak uważam, że tym przeciwnikiem stał się dopiero po upadku III Rzeszy (jeśli stał się nim naprawdę - dop. autora). Był członkiem NSDAP (srebrną odznakę utopił w stawie w Słobitach „po przemyśleniach” jak sam pisze) i jak większość arystokracji popierał Hitlera w dojściu do władzy, przynajmniej na początku ruchu narodowosocjalistycznego, widząc w nim budowniczego „Wielkich Niemiec”. W czasie II Wojny Światowej Aleksander zu Dohna służył w Wermachcie, był nawet pod Stalingradem i w ostatniej chwili ocalał ze stalingradzkiego kotła. Wprawdzie osobiście zwalczał gaulaitera Kocha, ale nieznane są tego przyczyny.  Był na pewno wysokim oficerem wywiadu III Rzeszy, skoro ostatnim samolotem wyrwał się z "kotła stalingradzkiego" i na pewno był ważny dla III Rzeszy.

W internecie natknąłem się na artykuł pt. "Słobity - gdzie są skarby książąt zu Dohna?", który warto w całości zacytować jako ciekawostkę:

"W mroźną, styczniową noc dźwięk silnika automobilu stojącego przed pałacem wydawał się głośniejszy niż zwykle. Również twarz szofera tak zawsze rubasznego, tym razem była inna. Tym razem była jakby nieobecna...
Dopiero co obudzone przez guwernantkę dzieci, szybko nakarmione i ubrane w płaszczyki z dużymi, futrzanymi kołnierzami, jeszcze przecierały zaspane oczy, nie rozumiejąc dlaczego wyciągnięto je z ciepłych łóżek w środku nocy. Odkąd ojciec wrócił z wojny dom stanął na głowie. Od kilku dni szykowano się do opuszczenia pałacu. Matka mówiła, że być może na zawsze...
Jest 22 stycznia 1945 roku. Rodzina książąt zu Dohna ze Słobit w Prusach Wschodnich pośpiesznie opuszcza swój posiadany od kilkuset lat majątek. Ewakuują się w ostatniej chwili. Nazajutrz do Słobit wkraczają Rosjanie. Trzydziestoosobowy konwój księcia zu Dohna po dwóch miesiącach szczęśliwie dociera pod Bremen. Lecz nie przywożą ze sobą ogromnych zbiorów ze słobickiego pałacu. Nie mają ze sobą liczącej 50.000 woluminów, założonej w 1627 roku biblioteki. Nie ma zbiorów malarstwa niderlandzkiego. Nie ma kolekcji chińskiej i miśnieńskiej porcelany, złotych przedmiotów użytkowych, broni. Nie ma unikatowej kolekcji instrumentów muzycznych, zbieranych od średniowiecza... Jeden z największych prywatnych zbiorów w Europie rozpływa się w powietrzu. Skarby kultury ze słobickiego pałacu zostają gdzieś w Prusach Wschodnich...
Przyjrzyjmy się więc, czym był pałac w Słobitach, zanim zamieniono go w stertę gruzu, która świadczyłaby o tym, iż Matka Natura popełniła błąd pozwalając niektórym osobnikom zbyt wcześnie zejść z drzewa i dała do łapy ogień.
Będąc w okolicach Pasłęka zjedziemy z szosy na mało subtelną drogę, brukowaną kamieniami i to na odcinku kilku ładnych kilometrów. Zachowując auto i zęby w całości dotelepiemy się do wsi Słobity, gdzie przywita nas szczerząca się w ponurym uśmiechu ruina Pałacu Królewskiego, strasząca pustymi oczodołami okien, w których pająki tkają swoje gęste sieci, trwając od dziesięcioleci w wierze w niezmienność ich małego wszechświata.
Wyfasowany jeszcze w średniowieczu pałac, kilkukrotnie przebudowywany, ostatnio w stylu barokowym, znany był z niespotykanego rozmachu i przepychu. Odznaczał się bogactwem zdobień i wspomnianymi już, ogromnymi zbiorami. Do tego stopnia, iż w 1944 roku zjechali do Słobit niemieccy konserwatorzy, aby wykonać kilkaset kolorowych fotografii pałacowych fresków, najnowocześniejszym w owym czasie sprzętem. Freski rok później już nie istniały. O Słobitach mówiło się wtedy, że w wyjątkowości obiektu w równym stopniu mają swój udział Natura, Fortuna i Sztuka.
Pałac wybudował siedzący w Prusach Wschodnich od 500 lat ród zu Dohna. Przywlekli się oni na te ziemie wraz z Krzyżakami ze Śląska. Spokrewnieni z polską szlachtą Dunin oraz z obecnie panującą w Holandii dynastią Orańską-Nassau. Pełnili najwyższe w kraju urzędy, bywali dyplomatami i posłami. Jeden z zu Dohna negocjował z Napoleonem zawieszenie broni w 1807 roku, co ponoć skończyło się później ostrą balangą, kiedy Bonaparte gościł u zu Dohnów...
Dzierżyli również stanowiska Wielkich Łowczych Cesarstwa oraz opiekunów małoletnich królów. Anegdota mówi o tym, jak to jeden z zu Dohna zamknął w areszcie domowym, w pałacu w pobliskich Gładyszach 14-letniego następce tronu, późniejszego króla Fryderyka Wilhelma IV, gdy ten bawiąc tam agroturystycznie z bratem, nieco przesadził w zabawie w straż pożarną. Możemy się tylko domyślać, iż szczeniaki zjarały jeden z tych bezcenny arrasów lub dywanów, którymi później będzie zachwycał się Kossak, goszczący w Gładyszach. Choć wydaje się, że zakaz opuszczania komnaty, skutkujący kilkudniową przerwą w obłapianiu wiejskich dziewuch, był karą nazbyt surową, wobec straty jakiegoś tam gobelina.
U Dohnów gościli królowie na słynnych polowaniach, gościł car Rosji Paweł I, który upolował tam jelenia w lesie oraz ponoć jakąś blondynkę na sianie. Ród zu Dohna od pokoleń odznaczał się zamiłowaniem do sztuki. W dobrach mile widziani byli artyści, pisarze, aktorzy, którzy zawsze grosz jakiś tam zarobić mogli. Sami zu Dohna kultywowali przez generacje tradycje muzyczne, często dając koncerty na starych instrumentach w pałacowym parku, zarówno dla gości jak i dla gawiedzi. Jak ten na początku XX wieku dla dziewcząt z seminarium muzycznego w Hanowerze.
Ciekawym kaprysem było organizowanie ogólnodostępnych wycieczek i pikników, koleją lub konno, do miejsc związanych z historią lub do okolicznych pałaców. Lansowano w ten sposób poczucie piękna i dziedzictwa kulturowego wśród ludu i gości (niżej podpisany stara się tę zacną tradycję kontynuować) Dobrowolnie, jeszcze przed reformą Steina-Hardenberga, zwolnili też chłopów z poddaństwa, choć osobiście aż tak daleko bym się nie posuwał - rozumiem wycieczki, pikniki, ale tu już przesadzili.
Ostatnim panem na Słobitach zostaje książę Aleksander zu Dohna (1899-1997) , chrześniak króla Prus. W młodości kumpluje się z Himmlerem, Göringiem, spotyka się też z Adolfem. Książe wstępuje również do SS. Lecz w 1939 roku następuje przełom. Na pogrzebie swego syna, który wracając z bibki Hitlerjugend, w dniu urodzin Hitlera, przewraca się nieszczęśliwie na rowerze i ginie, a książę zrywa z trumny flagę ze swastyką i przykrywa flagą herbową, po czym srebrna odznaka SS ląduje w przypałacowym stawie. Później nazwisko księcia będzie się przewijać w związku z zamachem na Hitlera.
Książę podczas wojny walczy w Wehrmachcie i cudem wyrywa się z oblężenia pod Stalingradem. Feldmarszałek Paulus czując że sprawa się rypie, w ostatnim momencie wysyła dokumenty armii samolotem na zachód. Właśnie pod opieką księcia zu Dohna... W marcu 1944 roku książę odmawia rozstrzelania jeńców amerykańskich. Jeńcy i tak zostają rozstrzelani, a książę zdegradowany. W styczniu 1945 książę zu Dohna dociera w końcu na swoje włości, do Słobit, do pałacu, do rodziny...
Rosjanie są już w Prusach Wschodnich. Książę ma ma mało czasu i ograniczone możliwości transportowe. Postanawia więc ewakuować rodzinę i całą służbę oraz kilka ulubionych obrazów z gołymi babami. Nie może zabrać całej kolekcji. O tym co z nią zrobić miał czas myśleć jeszcze siedząc w sztabie. Wiemy też, że odmówił dr Rhode, opiekunowi bursztynowej komnaty, przyjęcia tej kupy bursztynu na przechowanie do Słobit tłumacząc się, że ze swoimi zbiorami będzie miał spory ambaras.
Kiedy za zakrętem znikają tylne światła samochodów i końskie ogony, do wsi wkraczają Rosjanie o mongolskich twarzach i sześciu zegarkach na ręku. W ślad za nimi, niczym wyżły podążają oficerowie z brygady trofiejnej, zajmującej się profesjonalnym rabowaniem dzieł sztuki. Lecz w pałacu prócz mebli, biblioteki i jeszcze ciepłych kartofli w pałacowej kuchni nie znajdują nic. Zniesmaczeni tą porażką palą bibliotekę (w latach 70tych ekipa z Uniwersytetu Gdańskiego, badająca ruiny natknie się na spalone grzbiety starodruków). Lecz kilkusetletnie księgi płoną szybko i fajerszoł nie robi na żołnierzach odpowiedniego wrażenia. Wrażliwi na piękno ognia czerwonoarmiści palą więc pałac, zaspokoiwszy tym samym swoje potrzeby estetyczne i splunąwszy za siebie, cisną dalej. Na Berlin.
W Słobitach książę pozostawia ogrodnika. Ten miast czmychnąć na zachód, nie tylko pozostaje w dzikim kraju, ale stara się też o obywatelstwo. To budzi podejrzenia polskiego UB, które słusznie się domyśla, iż ogrodnik pozostał w charakterze powiernika zbiorów. Służby przechwytują korespondencje od księcia, w której zawarte jest pytanie o bezpieczeństwo kolekcji. Oficerowie próbują zwerbować ogrodnika, w konsekwencji nawiązując kontakt z samym księciem zu Dohna. Książę raczy podjąć ze służbami grę w kotka i myszkę. Zwodzi ich i mami, w końcu wskazuje jakąś skrytkę w murach zrujnowanego pałacu, z kilkoma bibelotami. Jakieś kielichy, figurki, lichy łup...Lecz na tym kontakt się kończy. Skarbów nie ma.
Ruiny przez lata są poligonem doświadczalnym poszukiwaczy skarbów, którzy kują mury i ryją w piwnicach. Ale książę musiałby być głupcem, aby zbiory ukryć w pałacu. A głupcem nie był. Ród zu Dohna posiadał w swych domenach wystarczająco dużo dworów, pałaców i kościołów, aby w panice, która ogarnęła Prusy Wschodnie, na spokojnie zdeponować zbiory. A sucha krypta w gotyckim kościele nie tylko zachowa w dobrym stanie zasuszony uśmiech wujka Hainricha, ale i skrzypki Stradivariusa, owinięte w van Dycka. Poddasze w jakimś klasztorku również wydaje się być odpowiednim miejscem (niżej podpisany grasując na poddaszu chociażby bazyliki w Kętrzynie, ponad potężnymi sklepieniami, potrzebował lin, aby spenetrować wnęki kilkumetrowej głębokości, zawalone liśćmi, guanem, deskami, zbierającymi się tam od wieków. A przez kilka dni przejrzał zaledwie nikły fragment...)
Jest też jeszcze niesamowity cmentarz zu Dohna, ukryty w lasach pod Morągiem, obok wsi Markowo, do którego wstępu bronią natrętne niczym Luftwaffe komary. Niektórzy mówią, że tam należy szukać wskazówek... Niektórzy szukają ich z łopatami w rękach...
Dalszą część tej historii pozostawiam bujnej wyobraźni dziennikarzy, oraz różnej maści poszukiwaczom-regionalistom, którzy pod każdym głazem wietrzą tunel pełen skarbów. Dla mnie niech skarbem pozostanie ta pociągająca w swym majestacie ruina (nieco karkołomne sformułowanie, ale wiadomo o co chodzi) oraz park, w którym, gdy już umęczony nudą i bezrobociem lud położy głowę na poduszce, a w okolicznych, niewybrednych chatkach przestanie jazgotać bum-box informujący mnie, że "ona tańczy dla mnie" (gorszej tortury nawet Naziści by nie wymyślili), jeśli się wsłuchać w szum starych dębów, można usłyszeć echa koncertów dawanych tu niegdyś przez książąt zu Dohna. Tych, co królów karcić mogli." (źródło:Grzegorz 'Pepe' Pepłowski)

 
O wpływach rodu von und zu Dohna-Schlobitten na dworze cesarskim w Berlinie zaświadcza do dzisiaj m.in. przebieg linii kolejowej z Berlina przez Elblag do Królewca (tzw. Ostbahn, Kolej Wschodnia). Koncepcja jej budowy powstała w 1842 roku a pierwsze prace rozpoczeto w 1846 r. W 1851 roku  linia z Krzyża dotarła do Bydgoszczy, następnie (1852) do Gdanska i w (1853) Królewca. Odcinek Tczew - Malbork, ze względu na trwającą budowę mostów na Wiśle i Nogacie, do 1857 r. pasażerowie przebywali dyliżansami konnymi. Budowę linii kontynuowano i w 1860r.  poprzez Insterburg dotarła do granicy z Rosja w Eydtkuhnen (pol. Ejtkuny). Wykorzystując fakt, iż Pasłęk dyktował wysokie ceny wykupu gruntów i nie był skłonny do ustępstw, Dohnowie zaproponowali, by pominąć Pasłęk, a linie poprowadzić z Elbląga przez Bogaczewo na Młynary, oczywiście przez Słobity. By nie powodować zbędnego wydłużenia linii kolejowej stację zdecydowano wybudować w pewnym oddaleniu od wsi.  Również z inspiracji tego rodu wybudowano w latach międzywojennych linie kolejowa ze Słobit do Ornety (stacje kolejowe w Janówku, Dobrym i Bażynach), dzięki czemu można było m.in. dojechać bezpośrednio do Kętrzyna (Rastenburg), w sumie 121,1km. Wkrótce stacja w Słobitach stała sie jednym z większych kolejowych węzłów wiejskich w tej cześci Prus Wschodnich (Ostpreussen) i wydatnie umożliwiała nie tylko Dohnom korzystanie z dobrodziejstw tego środka komunikacji. Niestety, linia do Dobrego została po niespełna 20. latach użytkowania rozebrana - w lipcu 1945 r. przez Sowietów.

Dworzec kolejowy w Słobitach

 Peron na dworcu w Schlobbiten

Dla mieszkańców Starego Dzierzgonia istotną jest informacja, że brał udział w pogrzebie Dietricha Henrici, zastrzelonego w lasach białobłodzkich k. Starego Dzierzgonia, przez spadochroniarzy radzieckich. Henrici był nadleśniczym w Starym Dzierzgoniu, poetą i prozaikiem zaprzyjaźnionym z generałem von Tresckow, uczestnikiem zamachu na Hitlera.

Dietrich Henrici z córką Renate oraz psem, także zastrzelonym przez spadochroniarzy. Fot. z 1944 r. Fot. archiwum rodzinne R. Henrici

Spadochroniarzy potem wytropiono i zastrzelono. Była wśród nich młoda radiotelegrafistka. Ją samą zastrzelili jej towarzysze, ponieważ wcześniej została ranna podczas jednej z potyczek. W obławie na spadochroniarzy brali udział mieszkańcy Starego Dzierzgonia, policja i wojsko.

 

W 2014 r. przeglądając Internet natknąłem się na informację, którą zamieścił internauta o pseudonimie "Ewingi", którą w całości cytuję:

 

Partyzanci w St. Dzierzgoniu


Działania radzieckiej partyzantki w Lasach Starodzierzgońskich opisane były przez Kazimierza Skrodzkiego w Dzieje ziemi zalewskiej 1305-2005, Zalewo 2005, s. 243-244. Przytaczam fragment rozdziału Ziemia Zalewska w latach 1914-1944:

"Okolice Iławy i Zalewa, ze względu na położenie na przewidzianym kierunku natarcia oraz ze względu na węzły kolejowe w Iławie i Myślicach, były terenem zainteresowania Rosjan, szczególnie przed ostatecznym rozgromieniem wojsk niemieckich w Prusach Wschodnich. Rejon ten był zupełnie "nierozpracowany", dowództwo radzieckie nie dysponowało żadnymi wiadomościami o niemieckich przygotowaniach do obrony tego terenu. Do rozpoznania tyłów wroga kierowano doborowe oddziały komandosów, które zrzucano z samolotów na duże obszary leśne.
Wieczorem 24 sierpnia 1944 r. nadleśniczy w Starym Dzierzgoniu (12 km od Zalewa), Dietrich Henrici, udał się wraz z żoną na polowanie. Sam obserwował sarny na łąkach Mortunger Brücher (Mortąskie Trzęsawisko), natomiast jego żona czuwała na ambonie, umiejscowionej blisko granicy z Kamieńcem, 2 km na północ od trzęsawiska. W nocy obudził ją hałas nisko lecącego samolotu. Rankiem kobieta postrzeliła jelenia, lecz tylko go zraniła, dlatego państwo Henrici postanowili po południu go odszukać. Wyjechali z domu samochodem około godziny szesnastej. Poszukiwania postrzałka rozpoczęli koło ambony, gdzie leśniczyna spędziła noc. Udali się w kierunku Kamieńca, graniczącego z wielkim karczowiskiem, później rozdzielili się. Po kilku minutach pani Henrici usłyszała strzał, potem kilka następnych. Nie wiedząc co się stało, powróciła do auta. Czekała na męża, ale on nie wracał. Wieczorem udała się pieszo do oddalonego 7 km Forstmühle koło Białych Błot, skąd powiadomiono o całym wydarzeniu garnizon w Morągu. Wczesnym rankiem 26 sierpnia trzy oddziały Wehrmachtu zaczęły przeczesywanie lasu w poszukiwaniu zrzutu. Na karczowisku i pobliskich drzewach znaleziono 11 spadochronów. Nieopodal natrafiono na jednego ze skoczków, trafionego dwoma strzałami oraz zabitego psa nadleśniczego. Poszukiwania kontynuowano również następnego dnia. Znaleziono wtedy trzech spadochroniarzy. Wieczorem tego samego dnia przyjaciele znaleźli ciało leśniczego, w niewielkim fragmencie lasu. Pogrzeb Dietrycha Henrici odbył się 31 sierpnia. Pochowany został w lesie, niedaleko drogi ze Starego Dzierzgonia do Kamieńca, w brzozowym młodniku koło Białych Błot.
Henrici był poetą, prozaikiem i wykształconym leśnikiem, zaprzyjaźnionym z gen. Hennigiem von Tresckow, członkiem antyhitlerowskiej opozycji w armii. Mimo, że trzymał się z dala od narodowego socjalizmu, większość uczestników pogrzebu przybyła w brunatnych i czarnych mundurach. Był też książę Aleksander zu Dohna ze Słobit.
Według relacji Renate Henrici, pozostali przy życiu skoczkowie podzielili się na dwuosobowe grupy nękające okoliczną ludność. Organizowano więc na nich obławy, a pochwyconych, po przesłuchaniu, rozstrzeliwano na miejscu. Z jedenastu spadochroniarzy do października 1944 r. wyłapano dziewięciu, w tym jedną kobietę. Sądzono, że dwaj ostatni przedostali się przez linię frontu do swoich. Jednak na początku grudnia dwóch Rosjan próbowało odebrać pewnemu polskiemu chłopcu, przebywającemu tutaj na robotach przymusowych, konia z bryczką. Przysłany na drugi dzień, batalion wojska z Morąga wytropił ostatnich rosyjskich komandosów schowanych w paśniku dla zwierząt, których natychmiast po przesłuchaniu rozstrzelano.
W literaturze polskiej, poświęconej operacjom rozpoznawczym Armii Czerwonej na ziemi wroga, mowa jest o zrzucie w okolicach Zalewa. Mianowicie 21 sierpnia, w lesie, na terenie bagnistym, koło miasta, zrzucono siedmioosobową podgrupę desantową. Skoczkami dowodził Iwan Czurkin, a w składzie grupy był między innymi jeden Austriak, kolega Alfreda Scholza, który zrelacjonował później całe wydarzenie. W walce z obławą większość zwiadowców poległa, zabito przy tym dwóch Niemców. Czurkin, wraz ze skoczkiem Iwanem Wasiliewem, ukrywali się potem w lasach koło Nowego Miasta Lubawskiego. Jednak 9 listopada 1944 r. wpadli w ręce Niemców.
Według W. Góry i S. Okęckiego, w nocy z 17 na 18 sierpnia 1944 r. na dalekim zapleczu nieprzyjaciela, wylądowały dwie siedmioosobowe podgrupy, w ramach jednostki wywiadowczej Sztabu Generalnego Armii Radzieckiej. W jednej z podgrup znajdował się niemiecki antyfaszysta Alfred Scholz. Z drugą podgrupą, w skład której wchodził podoficer Priganost (robotnik wiedeński z dzielnicy Floridsdorf), od początku nie nawiązano kontaktu. Według późniejszych informacji lądowanie jej nastąpiło w pobliżu małej stacji kolejowej, gdzie znajdowały się liczne oddziały wojsk niemieckich. W wyniku natychmiastowej obławy w lesie wywiązała się walka, w której podobno wszyscy członkowie tej podgrupy desantowej zginęli".

 

Zacytuję jeszcze ciekawy tekst sprawozdania w tłumaczeniu Pana Kazimierza Madeli z Jerzwałdu. Ein westpreussisches Heimatbuch: Der Kreis Rosenberg - Alfred Müsse 1963. Autorem sprawozdania jest Gustav König - leśniczy z Kamieńca albo z Doliny.

 

Komandosi radzieccy w kamienieckich lasach w 1944 r.

"Rozpoczęło się wszystko w małej wsi Dolina, gdzie jest leśniczówka, szkoła, kilka domów robotników leśnych, trochę łąki i kawał pola. Wieś ta jest otoczona ze wszystkich stron lasem, a niedaleko niej znajduje się jezioro Bądze. Na polu przy wsi uprawiano kartofle i warzywa, zaś w ogrodach drzewa owocowe. Ziemia była tam dobra i nadawała się do tego celu, ale dziczyzna wychodziła w nocy z lasu i żerowała na tych uprawach. Dlatego do ich pilnowania wyznaczono strażnika nocnego. Był nim 45. letni Polak o nazwisku Kolecki, którego przysłano ze wsi Kazanice z powiatu Lubawskiego, gdzie od wielu lat pracował w lasach i pokazał się jako godny zaufania robotnik, mimo że Polak. Człowiek ten we wsi Dolina pełnił służbę strażnika od zmroku do świtu i nie był uzbrojony.


Rankiem 24 sierpnia 1944 r. podleśniczy Kaul z Doliny zameldował, że Kolecki nie wrócił ze służby nocnej do domu. Natychmiast więc rozpoczęto przeszukiwanie terenu wokół wsi. Już po krótkim czasie odkryto na piaszczystym polu kartofli odciski butów naszego strażnika, a obok nich nieznane ślady butów trzech innych ludzi. Ślady te wskazywały, jakby Kolecki był przez kogoś prowadzony do pobliskiego lasu i były jeszcze dobrze widoczne na drodze leśnej na odcinku jednego kilometra, potem zanikły w podszyciu leśnym. Poszukiwanie Koleckiego rozpoczęto dopiero następnego dnia, ale już przy udziale policji, leśników, robotników leśnych i paru osób cywilnych. W wyniku intensywnego przeczesywania terenu znaleziono niespodziewanie spadochrony ukryte w gęstych krzakach. Stało się więc oczywiste, że mamy do czynienia z komandosami radzieckimi. Tego samego dnia przeszukano bezskutecznie jeszcze spory kawał lasu. Dopiero przed zmrokiem kilku robotników leśnych, wśród nich byli ludzie znający język polski i rosyjski, natknęło się w gęstym zagajniku na trzech komandosów siedzących na małym pagórku. Komandosi przepytali natychmiast owych ludzi, co tutaj robią, a ci wyjaśnili, że szukają kolegi zawieruszonego w lesie. Wtedy komandosi rozkazali im usiąść na ziemi i nie ruszać się z miejsca. Ale po kilku minutach puścili wszystkich wolno, pod warunkiem, że nie zdradzą nikomu o tym spotkaniu, bo w przeciwnym razie czeka ich śmierć. Mimo tej groźby ludzie ci przybiegli do nas i opowiedzieli o całym zdarzeniu. Wysiadłem wtedy z samochodu i pieszo udałem się do uczestników akcji poszukiwawczej. Gdy doszedłem do długiego szpaleru naszych ludzi przeszukujących teren, zabrzmiały strzały karabinowe skierowane w naszym kierunku. Terkot broni maszynowej dochodził z odległego o 60 kroków mokradła zarośniętego krzakami, gdzie było obniżenie gruntu i z boku mały pagórek.  Strzelcy byli dobrze ukryci i mieli świetne pole obserwacji na odkryty teren, gdzie w tej chwili znajdowałem się obok naszych ludzi. Natychmiast rzuciliśmy się wszyscy na ziemię i leżeliśmy na niej nieruchomo, ale kanonada strzałów trwała nadal. Wtedy dało się też słyszeć huk jeszcze innych wystrzałów z miejsca odległego ode mnie o 250 kroków, gdzie przebiegała granica między leśnictwami  Stary Dzierzgoń i Kamieniec. Akurat tam i dokładnie o tej porze byłem umówiony na spotkanie z nadleśniczym Dietrichem Henricim ze Starego Dzierzgonia. W pewnej chwili zobaczyłem znanego mi wyżła nadleśniczego Henriciego, który właśnie stamtąd pędził wielkimi susami w kierunku ukrytych komandosów. Ale zanim tam dobiegł, został rozszarpany kulami naszych wrogów – padł w skoku. Zaraz potem, prawie jednocześnie, zabrzmiała seria z karabinu maszynowego i dwa strzały z fuzji myśliwskiej, te ostatnie prawdopodobnie z dubeltówki nadleśniczego Henriciego. Wtedy nastała zupełna cisza i do zapadnięcia ciemności nie padły już żadne strzały. Ludzie z kordonu poszukiwawczego otrzymali rozkaz pozostania na miejscu i czuwania do rana. Jeszcze tej samej nocy okolicę mokradła otoczyło dodatkowo 450 żołnierzy Wehrmachtu sprowadzonych z Iławy. O świcie rozpoczęto dalsze poszukiwania. Ale już nie tylko Koleckiego, lecz również nadleśniczego Henriciego, który nie wrócił na noc do domu, co zgłosiła jego żona. Poszukiwania dotyczyły teraz tylko tych dwóch zaginionych, gdyż uważaliśmy, że otoczeni półokręgiem komandosi zdążyli zbiec i zmienić miejsce swojego ukrycia. Jednak rzeczywistość okazała się inna. Gdy o świcie przeszło pół tysiąca ludzi zaczęło poruszać się koncentrycznie w kierunku mokradła, wywiązała się gwałtowna strzelanina w odległości kilkuset metrów od wczorajszego miejsca. Krótko potem udało się schwytać rannego w udo komandosa, który przedtem zdążył zabić jednego naszego żołnierza i postrzelić w nogę dowódcę Wehrmachtu. Tego samego dnia ujęto następnego komandosa, a w dziurze po korzeniu starego drzewa znaleziono przywalone chrustem zwłoki Koleckiego. Kolecki miał w okolicy serca dwie rany od pchnięcia sztyletem i twarz przysypaną piachem. Stan zwłok wskazywał, że śmierć nastąpiła już trzy dni wcześniej, chyba zaraz po uprowadzeniu. Znaleziono też martwego rolnika Ernsta Nowarka z Bornic, osierocił 6 dzieci. Niedaleko mokradła odkryto też porzucone obozowisko komandosów, gdzie obok kawałka anteny radiowej znaleziono ukrytą pod mchem dubeltówkę nadleśniczego Henriciego ze śladami krwi na kolbie i lufie. Zdaje się więc, że poprzedniego dnia wieczorem nadleśniczy Henrici natknął się na granicy leśnictw Stary Dzierzgoń i Kamieniec na drugą grupę komandosów. Dubeltówka Henriciego musiała być zatem jeszcze tej samej nocy przyniesiona do tego obozowiska. Dalsze poszukiwania nadleśniczego Henriciego prowadzone przez Wehrmacht przy użycia policyjnych psów tropiących i myśliwskich Henriciego nie dały żadnych wyników ani tego samego, ani następnego dnia. W niedzielę 28 sierpnia prowadzono dalsze poszukiwania z psami - bez skutku. Zdecydowaliśmy się wtedy przeczesać większy teren lasu, gdyż byliśmy przekonani, że nadleśniczy Henrici został uprowadzony przez komandosów w inne miejsce. Z kilkoma leśnikami wsiadłem wtedy do mojej bryczki i zaproponowałem dowódcy Wehrmachtu, aby podążył za nami. Jednak on poprosił wpierw o krótką przerwę śniadaniową dla swojego oddziału. Pojechaliśmy zatem bryczką tylko kilkaset metrów dalej i zatrzymaliśmy się, aby poczekać na posilających się żołnierzy. Nagle jeden z koni zaczął niespokojnie parskać. Zwróciłem na to uwagę, ale jeden z kolegów leśników odpowiedział, że to chyba nic nie znaczy, gdyż zapewne konie reagują w ten sposób na zapach pozostawiony tu przez psy tropiące. Obejrzałem się do tyłu i na pagórkowatym terenie zobaczyłem zbliżających się żołnierzy. Pomachałem do nich ręką i wtedy na mój znak przyspieszyli marsz w moim kierunku. Nadal jeden z koni sapał i prychał, jednocześnie położył łeb na grzbiecie drugiej chabety. Akurat doszli do nas żołnierze Wehrmachtu i rozeszli się na lewo i prawo od bryczki. Już po krótkiej chwili jeden z nich zawołał z gęstego młodnika grabowego – „tutej leży nadleśniczy i jeszcze jeden”. Były to zwłoki Henriciego, a pięć kroków od niech leżał martwy komandos. Henrici miał na piersi ranę od kuli i kilka ran postrzałowych głowy oraz strasznie zdruzgotaną szczękę dolną, prawdopodobnie od uderzenia jego własną dubeltówką, był bez butów, brakowało jego czapki, portfela, noża myśliwskiego i lornetki - część tej ostatniej znaleziono w torbie pochwyconego później komandosa. Prawdopodobnie Henrici szedł wzdłuż granicy leśnictw i niespodziewania natknął się na komandosów ukrytych w gęstym zagajniku, którzy natychmiast zaczęli do niego strzelać z odległości jakichś 10 m. Henrici zdążył jeszcze wystrzelić ze swojej dubeltówki i śmiertelnie trafić jednego z napastników, zaraz potem ugodziły go kule wrogów. Komandosi wciągnęli zwłoki nadleśniczego i swojego kolegi głęboko w gąszcz tego zagajnika, gdzie zostały one znalezione dzięki instynktowi koni. Po potyczkach z komandosami w ostatnich dniach sierpnia zdawało się, że ślad po nich całkiem zaginął. Ale spokój trwał krótko. Zaczęły bowiem znikać owoce i warzywa z ogrodów mieszkańców wsi Dolina oraz pojawiły się podejrzane ślady na słabo uczęszczanych dróżkach leśnych odległych o 2-3 km na południe od wsi. Stało się więc jasne, że komandosi zmienili swoje obozowisko, ale nie opuścili naszej okolicy. Ich nowa kryjówka znajdowała się prawdopodobnie gdzieś w gąszczach leśnych na terenie bagien i trzcinowisk wokół jeziora Gaudy. Gdy obszar ten bezskutecznie przeczesało 500 żołnierzy z oddziałem policjantów, zaprzestano dalszych poszukiwań i zarządzono tylko wzmocnione obserwacje tego terenu przez Wehrmacht i policję. W szkole we wsi Dolina zakwaterowanych było 12 pracowników leśnych, byli to w większości Polacy. Z nieznanych nam powodów zostali oni pewnej wrześniowej nocy napadnięci przez komandosów. Napastnicy walili do drzwi i żądali ich otwarcia, ale robotnicy nie chcieli ich oczywiście wpuścić do środku i zabarykadowali wejście. Gdy komandosi zaczęli rozbijać drzwi, napadnięci wyskoczyli oknem z tyłu budynku i uciekli do oddalonej o 150 m leśniczówki. Hałas i krzyki wołania o pomoc zaalarmowały okoliczne posterunki wartownicze. Po szybkim przybyciu na miejsce policji komandosów już nie było, zbiegli do lasu w nieznanym kierunku
Któregoś następnego dnia duży oddział Wehrmachtu z 20 psami tropiącymi przeszukał kilkadziesiąt hektarów gęstych młodników świerkowo-sosnowych. Kolumna wojska przeczesywała teren, a jeden żołnierz od drugiego miał być oddalony tylko o jeden krok. Z powodu niezwykłego gąszczu drzew nie było to jednak możliwe, nawet psy straciły orientację. I tym razem poszukiwania nie przyniosły efektu. Ale w tych gęstwinach kryjówki komandosów wcale nie było, tak zeznał dwa dni później jeden z nich, pochwycony podczas wieczornej strzelaniny. Okazało się bowiem, że gdy nasze wojsko przeszukiwało coraz to inne regiony lasu, komandosi ukrywali się przez cały czas w zagajniku blisko leśniczówki wsi Dolina. Odnaleziono tam potem spore ilości skórek po pomidorach, ogórkach, kartoflach i marchwi oraz resztki psich kości i sierści, co wyjaśniło losy zaginionego w pobliżu leśniczówki myśliwskiego teriera. W tym porzuconym obozowisku leżały też zwłoki telegrafistki rosyjskiej, gdzieś 20-25 letniej dziewczyny. Pochwyceni później komandosi zeznali, że telegrafistka złamała kość udową podczas skoku spadochronowego. W to miejsce przynieśli ją koledzy na prowizorycznych noszach i opatrzyli ranę, a następnie czekali na poprawę jej zdrowia. Gdy okazało się, że bez pomocy lekarskiej nie ma na to szans, dowódca komandosów zastrzelił ją strzałem w skroń - dziewczyna spała wtedy. Huk tego właśnie wystrzału było nawet słychać o zmierzchu dwa albo trzy dni wcześniej w leśniczówce we wsi Dolina, ale nie można było ustalić, z jakiego kierunku dochodził.
Podczas kolejnej potyczki na skrzyżowaniu leśnych dróg ciężko rannych zostało dwóch żołnierzy Wehrmachtu, ale ujęto przy tym jednego komandosa i jednego zraniono. Tego ostatniego uratowali jego koledzy i razem udało się im uciec. Odkryto też nowe obozowisko komandosów w olszynowym zabagnieniu nad jeziorem Gaudy, gdzie wywiązała się strzelanina i lekko draśnięty został jeden żołnierz Wehrmachtu. Gdy nasi wrogowie stamtąd zbiegli, znaleziono tam porzucony nadajnik radiowy i zwłoki tego wcześniej rannego komandosa, który został zabity przez swoich strzałem w głowę. Nową kryjówków komandosów był zagajnik położony 4 km dalej od tego miejsca w kierunku południowo-wschodnim, na co wskazywały ślady odkryte w lesie. Po ich zauważeniu przegrupowano oddziały wojska oraz policji i nakazano obserwować ten teren. Każdej następnej nocy dochodziło tam do strzelaniny, jednak bez ofiar po naszej stronie.
Dnia 13 października rozpoczęto w lasach wielką i dobrze przygotowaną obławę na komandosów. Tego właśnie dnia znaleziono przy jamie borsuczej karabin oparty o złamaną sosnę. Było to na skraju leśnej przesieki, gdzie wokoło leżały opadłe liście bukowe i nic nie wskazywało na ludzkie ślady. Również przy wejściu do nory borsuka nie było widać nic podejrzanego. Niemniej nasi żołnierze wrzucili do tej nory dwa granaty i ostrzelali ją z karabinu maszynowego. Zaraz potem wyczołgało się niej dwóch komandosów. Okazało się, że we wnętrzu nory borsuka komandosi wygrzebali komorę o wielkości 1,5 m – 1,0 m i tam się sprytnie ukryli. Po rozkopaniu całości skrytki znaleziono w niej trzeciego komandosa, ale ten był już martwy. Być może został trafiony naszymi kulami, albo zginął z własnej ręki.  Ostatni dwaj komandosi próbowali przebić się na południe, gdzie chcieli połączyć się z innymi zrzuconymi w okolicy Lidzbarka Welskiego albo frontem sowieckim idącym na Warszawę. Pochwyceni zostali podczas snu na skraju leśnej przesieki przez poranny patrol leśniczego oddziałowego ze Zbiczna (Powiat Nowomiejski). Nie doszło przy tym do walki."

Tłumaczenie Kazimierz Madela Jerzwałd

 

W ksiące pt. Die Heimatchronik der westpreussischen Stadt Christburg und des Landes am Sorgefluss - 1961 r. Otto Piepkorn podaje, że nad lasami kamienieckimi zrzucono siedmiu komandosów radzieckich i że wszyscy byli Azjatami. To ostatnie nie wydaje się prawdopodobne, gdyż nie wspomina o tym Gustav König, który widział zwłoki kilku komandosów i fakt ten nie uszedłby raczej jego uwadze.

 

Wiadomo, że grób nadleśniczego Dietricha Henriciego znajduje się miejscowości Białe Błoto, prawdopodobnie zginął w tym miejscu. Groby komandosów radzieckich nie są znane, nikt nie zna też nazwisk tych dzielnych chłopaków i odważnej dziewczyny.

 

Grób Dietricha Henrici znajduje się w miejscowości Białe Błoto na terenie leśnej szkółki i opiekuje się nim leśnik Jerzy Grążawski i jego żona Renata. Córka Henriciego, frau Renate Henrici, często go odwiedza. Ponoć pogrzeb, 25 sierpnia 1944 roku, był manifestacją nazistowską. Większość uczestników przybyła w brunatnych mundurach, a Aleksander zu Dohna wystąpił na nim po raz ostatni w mundurze oficera Wermachtu. Nie dziwi to nikogo, wprawdzie Dietrich Henrici był przeciwnikiem nazizmu, ale jego żona była fanatyczną zwolenniczką ruchu (wspomina o tym jej córka Renate) i urządziła pogrzeb jako manifestację. Podczas odwiedzin Renate Henrici w Starym Dzierzgoniu w 2008 roku spytałem ją o mundury, w które byli ubrani uczestnicy pogrzebu i otrzymałem odpowiedź, że "dla wielu uczestników mundur był najlepszym ubraniem jakie posiadali i dlatego ubrali je na pogrzeb". Pozostawiam to bez komentarza. Niestety czas biegnie i nie ma już wśród żywych leśniczego Jerzego Grążawskiego i  Renate Henrici. Grobem Dietricha Henrici opiekuje się nadal Pani Renata Grążawska.

Grób Dietricha Henrici - 1944 rok

Grób Dietricha Henrici - stan obecny

Jak wspomniałem Dietrich Henrici był bliskim przyjacielem generała Henniga von Treskov. Tuż przed wybucham II Wojny Światowej generał, wraz ze sztabem dywizji piechoty, w której służył, kwaterował w Starym Dzierzgoniu. Sztab dywizji ulokowany był w budynku nadleśnictwa. Wspominała o tym Renate Henrici w rozmowie ze mną.

 

Budynek nadleśnictwa, w którym mieszkał D. Henrici był miejscem zakwaterowania sztabu dywizji piechoty tuż przed uderzeniem na Polskę w 1939 r. Budynek istnieje do dnia dzisiejszego.

Dietrich Henrici z rodziną tuż przed wyruszeniem na front. Fot. archiwum R. Henrici

Renate Henrici z bratem w Starym Dzierzgoniu. Fot. archiwum R. Henrici

Z powodu ciężkiej choroby Dietrich Henrici został z frontu zwolniony i aż do śmierci był dalej nadleśniczym w Starym Dzierzgoniu. Trzeba mu oddać, że dbał o pracowników leśnych, zbierał dla nich żywność. Np. pod pozorem dokarmiania zwierzyny siał na leśnych polanach zboże, które potem rozdawał potrzebującym. W lasach starodzierzgońskich zachowała się droga, którą Dietrich Henrici utwardził kołkami dębowymi, wbijanymi pionowo w drogę.

Dietrich Henrici na zrębie w Jerzwałdzie. Fot. archiwum R. Henrici

Powróćmy jednak do losów Aleksandra zu Dohna.

Koniec wojny to dla Aleksandra okres ratowania majątku. Kolumna wozów konnych wyruszyła ze Słobit 22 stycznia 1945 roku.  Aleksander długo żegnał się z majątkiem. Objeżdżał konno pola i lasy, nie mógł przeboleć, że pałac w którym od ponad trzystu lat zamieszkiwał ród von Dohna, zostanie stracony na zawsze. Z dobytkiem zapakowanym na wozy, dosiadając ulubionego wałacha „Ollo” wyruszył na zachód. Trasa wiodła prze Prusy, Niemcy i po wielu tygodniach zakończyła się, 22 marca 1945 roku, w miejscowości Eystrup koło Bremen.

Kolumna na trasie ucieczki

Po drodze niby zaginęło prawie wszystko. Chyba jednak nie do końca, ponieważ cała kolumna wozów jednak dotarła na miejsce. Jednak historia „ukarała”  ostatniego z książąt von Dohnów. Uratował życie, lecz stracił wszystko, co życie to wypełniało. Zniszczeniu uległy piękne pałace w Słobitach, Kamieńcu i dworek w Prakwicach. Po II Wojnie Światowej wielokrotnie odwiedzał Słobity i Prakwice. Próbował namówić włdze polske do odbudowy Słobit. Nic z tego nie wyszło. Dzisiaj oba pałace są w kompletnej ruinie, podobnie jak pałac w Kamieńcu. Jednak Aleksander był bardzo ciekawą postacią, zresztą jak wszyscy członkowie rodu von Dohna. Zmarł w 1997 r. W ostatnich latach życia stracił wzrok ale nic nie stracił na aktywności. Ciągle wspominał świetność rodu. Napisał swoją wspomnieniową książkę, nagrywał programy w niemieckiej telewizji oraz powstał film DVD z jego wspomnieniami pt. "Prökelwitz und Schlobitten".

Trasa ewakuacji

Rodzina Dohnów początkowo była katolicka i nie uległa od razu wpływom nauki Lutra - dopiero znacznie później. Sądzić by wypadało, że w czasach katolickich w Słobitach był jakiś kościół, bo magnaci mniejszej rangi o to się starali przy swoich majątkach. Jest  rzeczą pewną, że w 1586 roku Burggraf  Achatius zbudował w Słobitach kościół i w tym kościele było pochowanych dwoje jego dzieci Fabian i Barbara.

Dohnowie zbudowali sobie w Słobitach wspaniały pałac. Kościółek tymczasem był skromny i prosty. Bliższych danych o pierwszym kościele niema, ale przypuszczać należy, że był on z drewna i być może uległ jakiejś katastrofie, bo w Słobitach powstaje nowy kościół w latach1656-1657, co widać z dat na dwu cegłach oraz z dokumentów w Archiwum słobickim.
Ten kościół był prosty i skromny, bez wieży, jedno-halowy z przybudówką na zakrystie od strony południowej i drugą przybudówką od  strony wschodniej jako mauzoleum na groby rodziny Dohnów. Dzwony były umieszczone w specjalnej wieży zbudowanej blisko kościoła. Wnętrze było proste tylko okna były oszklone. Ołtarz był zdobiony skrzydłami przeniesionymi ze starego ołtarza. W 1724 r. ołtarz i te skrzydła były odnowione. W ścianie z tyłu ołtarza od wchodu były drzwi prowadzące do grobowców rodziny Dohnów. Było w nim 14 trumien. Ambona w tym kościele była również odnowiona w 1724 r., dokonał tego Michał Kindermann z Elbląga.
Organy były małą pozytywką z 1667 r. wykonaną przez Jana Teicherta z Walfendorfu. Potem zostały w 1746 roku sprzedane przez Steinhauera J. Dan. Bechmanna za 33 talary i 30 groszy a na ich miejsce zafundowano sobie organy bez pedału. Miały one dwa wyciągi boczne, jeden dla kalikanta a drugi na dzwon. Szafa była rzeźbiona w stylu rococo 2,7 szerokosci na 1,01 głębokości. W 1872 roku organy te podarowano kościołowi w Friedrichabruck w powiecie Konitz, a do nowego kościoła sprawiono sobie nowe organy. W tym kościele był kamień-chrzcielnica z 1669 roku i wisiał na ścianie tzw. Kuppelbau - chyba jakiś zegar ze wskazówkami drewnianymi (56 cm i 24 cm), ofiarowany przez małżonków Korn w 1822 roku na pamiątkę ich zmarłych dzieci.
Kościół był lichy i nieładny. Wstyd było pokazywać tak wybitnym gościom jak sam Cesarz taką ruderę i dlatego rodzina Dohnów postanowiła ten kościół rozebrać i wybudować inny, ładniejszy. Dnia 15 lutego 1863 roku, po południu, odbyło się ostatni raz nabożeństwo połączone z jubileuszem jednego z mieszczan Huberta Friendensa. Trumny z mauzoleum przeniesiono wtedy do wieży, a kościół rozebrano.
Burggraf  zu Dohna Ryszard Fryderyk za własne pieniądze w ciągu dwóch lat wybudował nowy murowany kościół w stylu neogotyku i w jednej przybudówce urządzono mauzoleum, do którego przeniesiono czternaście trumien z dawnych czasów, ponieważ od 1809 roku Dohnowie grzebali się na cmentarzu przy kościele. Kościół zaplanował architekt z Pasłęka Baumgart, a majstrami murarskimi byli Coetner i Bhlert, obydwaj z Młynar. W niedługim czasie zmarł architekt Baumgart, a jego miejsce zajął Foelsche i on zaplanował wieże. Wskutek wojny niemiecko-francuskiej w 1869 – 1870 roku roboty wykończeniowe były trochę zahamowane, ale potem prowadzone dalej. Do tego kościoła wstawiono w 1868 roku nowe, duże organy, dzieło gdańskiego mistrza organowego Józefa Junzena, które kosztowały 1300 talarów. Organy te miały dwa manuały, o 4 i 2 oktawach od contra C do f i pedał również dwu-oktawowy. Ponadto były 4 dzwoneczki z wiatraczkiem. Wiatrownica była umieszczona na wieży.
Gdy kościół był wykończony na zewnątrz i wewnątrz,  nastąpiło jego poświęcenie 11 sierpnia 1872 roku. Dohnowie na poświęcenie zaprosili dużo wybitnych gości. Przyjechał generalny superintendent z Królewca – D. Moll, powiatowy superintendent z Pasłęka, miejscowy superintendent Schiffdecker,  pastor R. Erdmann z Nowicy. Przemawiali Burgraf Ryszard Fryderyk zu Dohna - jako patron. Kazanie wygłosił Schiffdecker, a ceremonię liturgiczną odprawil Erdmann.
Kościół zbudowano na planie prostokąta o wymiarach 29,5x15,1 na zewnątrz a wewnętrzne wymiary to 27,2x14,2. Jest zbudowany na fundamencie z kamienia polnego i cegły, kryty dachówką tzw. „Biberschwanze”. Dla wzmocnienia ścian postawiono po czterech rogach nawy głównej przystawki wzmacniające. Dwie przy rogach wieży, trzy od strony południowej i dwie od strony północnej. Wejście do kościoła jest od strony zachodniej przez wieżę i od strony południowej. Okna w ścianach to cztery gotyckie od strony północnej-południowej, dwa gotyckie od strony zachodniej i jedno gotyckie od strony wschodniej. Okna były oszklone na razie zwykłym szkłem, a potem zastąpione szkłem kolorowym.
Dzwony były zawieszone na wieży, przeniesione ze starego kościoła. Były dwa. Jeden większy o wysokości 91 cm i rozpiętości kołnierza do 102 cm.  Napis: „bądź pogodny (wesoły) w nadziei, cierpliwy w trudnościach, wytrwały w modlitwie, czuwaj stojąc w wierze, bądź mężny i silny” (I Kor. 16.13) Drugi dzwon miał rozmiary 83 cm średnicy i 68 cm wysokości, miał napis ten sam co na dużym dzwonie.  Obydwa te dzwony pochodziły z 1825 roku i byłe odlane w Królewcu w giserni Ludwika Copinusa, Odlano je za patrona Fryderyka-Ferdynanda Burggrafa zu Dohna, a proboszczem (pastorem) wówczas był Dreist, sołtysem Gottfryd Porsch. Odlanie tych dzwonów w 1825 roku kosztowało 362 talary, z czego 200 dał patron, a na 162 złożyli się wierni.
Ołtarz był dębowy, rzeźbiony w stylu gotyckim przez berlińskiego rzeźbiarza Selicha. W 1873 roku ołtarz odmalował profesor z Berlina Karol Gotfryd Pfannschmidt. W czterech obrazach autor przedstawił: A) Złożenie Pana Jezusa od grobu; B) Zmartwychwstanie; C) Smutek Pana Jezusa; D) Przemienienie.
Ambona utrzymana była w stylu gotyckim z drewna dębowego rzeźbiona przez snycerza Seliga z Berlina. Pierwotnie drzwi na ambonę prowadziły z zakrystii, ale potem z racji ogrzewania kościoła drzwi te zamurowano.
Stół chrzcielny był nowy, cynkowy z napisem: Lasset die Kindlein zu mir kommen (pozwólcie dziateczkom przyjść do mnie). Ławki były również dębowe pomalowane na ciemno, rzeźbione, na 460 osób. Oświetlenie z czterech dużych mosiężnych świeczników o 18 świecach, na każdym tablica pomięci poległych na wojnie w 1864 roku z parafii Słobity. Kielichy jeden srebrny, pozłacany, 22 cm wysoki, wysadzany kamieniami z 1602 roku. Srebrna pozłacana patena 17 cm średnicy z 1602 roku, dzban srebrny z 1846 roku.
Piwnice są tylko pod ołtarzem, a pod kościołem ich nie ma, stąd od 1814 roku zmarli z rodziny Dohnów są grzebani na cmentarzu. Cmentarz grzebalny w Słobitach ma pamiątki z XIX wieku z długimi napisami przeważnie z rozgałęzionej rodziny Dohnów. W zasadzie kościół przetrwał wojnę i ocalał cały, ale znać było nim wandalizm wojenny i działania atmosferyczne. Dach był bardzo lichy, rynny oberwane, podmurówki wykruszone, okna powybijane, organy rozszabrowany, cmentarz zarośnięty, słowem kościół zniszczony w dużym procencie. Do 1963 roku opieki większej nad tym kościołem nie bylo.

Wieś Słobity po 1954 roku
Do 1970 roku, do znanego porozumienia W. Brandt – W. Gomułka w Warszawie, jakiekolwiek przyjazdy byłych mieszkańców dawnych ziem niemieckich przyznanych Polsce, były niemożliwe.
Przyjazdy nie były również możliwe dla właściciela majoratu w Słobitach, Aleksandra księcia zu Dohna. Ale od tego czasu, w latach 70-tych, 80-tych i na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia przebywał on 11 razy w Polsce. Z reguły wspólnie z żoną oraz niekiedy z dziećmi. Zwiedził praktycznie całą Polskę od Śląska po Białystok. Nawiązał szereg osobistych kontaktów i znalazł tu wielu nowych przyjaciół.

W swoich wspomnieniach wymienia m.in. dyr. Muzeum Narodowego w Warszawie prof. Stanisława Lorentza, który nota bene – był przeciwnikiem odbudowy Zamku w Malborku, byłego kustosza Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie dr Kamilę Wróblewską oraz nieodłączną tłumaczkę rodziny von und zu Dohna - Izabellę Płatkowską.
Kontaktował się z muzeami w Elblągu i Olsztynie, a od 1974 r. regularnie odwiedzał Słobity, i jak wspomina, zawsze było to dla niego ciężkie przeżycie. Ostatni raz przyjechał tu z najbliższymi we wrześniu 1992 r. Wieś wyglądała wówczas smutnie i szaro, była zaniedbana, porośnięta chwastami i krzakami.

Wiele budynków w centrum, wybudowanych niegdyś z czerwonej cegły i pokrytych takimiż dachami, popadło w ruinę i zostało rozebranych. Na obrzeżu wsi wybudowano nowe domy, których architektura była typowa dla wielu pegeerowskich wsi – szare, cementowe tynki i azbestowo-eternitowe dachy. Trudno było mówić o jakiejś planowej harmonijnej zabudowie, po prostu tam budowano, gdzie miejsca stało.

Już w kilka tygodni po rozwiązaniu konwoju uciekinierów ze Słobit i Prakwic w marcu 1945 r. w miejscowości Hoya pod Bremą, Aleksander dowiedział się, że pałac w Słobitach spłonął wkrótce po zajęciu go przez żołnierzy sowieckich. Niestety, prawie wszystkie pałace rodu von und zu Dohna uległy zniszczeniu. Przykładem tego są losy pałaców w Karwinach, Gładyszach, Prakwicach, Sasinach, Kątach, Markowie, Kamieńcu… Książę Aleksander zastanawiał się w pewnym momencie - komu na tym zależało? Po jakimś czasie wszystko się wyjaśniło. Otóż już po zakończeniu wojny w wielu pałacach, dworach wojskowe władze sowieckie miały swoje kwatery, komendantury.

Wówczas nie było światła elektrycznego, sowieccy żołnierze używali prowizorycznego oświetlenia, by się ogrzać palili czym się dało i gdzie się dało. A przecież nie stronili od alkoholu. W czasie każdorazowego pobytu w Słobitach książę odwiedzał tutejszy kościół i cmentarz, na którym spoczywa około 20 jego przodków i członków najbliższej rodziny. Najstarsze groby pochodzą z początku XIX w., a na tablicy znajdującej się na ścianie kościoła upamiętniającej poległych mieszkańców Słobit w I Wojnie Światowej, znajdują się nazwiska jego dziadka i ojca. Wszystkie groby miały płyty z graniu szwedzkiego, o wymiarach 100 x 180 cm, ważące ok. tony.

Z boku kościoła tablica poświęcona mieszkańcom parafii, którzy zginęli na frontach I Wojny Światowej. Obok chłopskich nazwisk jest tam tez wyryte nazwisko księcia Richarda Wilhelma zu Dohna (1843-1916), który w 1914 roku ochotniczo zgłosił do wojska. Pracował w Czerwonym Krzyżu i zmarł na zapalenie płuc w Wilnie.

W czasie pobytu w 1975 r. stwierdził, że skradziono 3 płyty, które prawdopodobnie sprzedano do jednej z firm kamieniarskich w pobliskich Młynarach. Kradzież ta zbulwersowała ówczesnego proboszcza S. Gadomskiego, jak i miejscową ludność. Niedługo potem ks. Gadomski odgrodził od ulicy kościół i cmentarz siatką drucianą, którą Aleksander dostarczył z Niemiec. Jednakże następnej zimy ponownie skradziono 2 płyty nagrobne. Po wspólnych uzgodnieniach, postanowiono przenieść pozostałe płyty granitowe do kościoła i wmurować je w ściany boczne. Koszty tej operacji, w wysokości 200 dolarów, pokrył książę Alexander. Pięknym uzupełnieniem tych działań była kościelna uroczystość, która odbyła się w 1981 r. Ks. Gadomski wygłosił homilię, a następnie poświęcił płyty nagrobne i odmówił modlitwy za zmarłych Dohnów, podkreślając, że byli pobożnymi ewangelikami. Książę Aleksander, w imieniu swej rodziny, serdecznie podziękował. Siedział z żoną na dwóch wyściełanych fotelach poniżej ołtarza, a obok tłumaczka. Mimo, iż był to zwykły dzień pracy, zebrało się około 30 parafian - mieszkańców Słobit i okolicy. Na ich życzenie Aleksander opowiedział historię swego rodu, wsi i pałacu. Obecni na tej ekumenicznej mszy zgłosili chęć ofiarowania robocizny przy jego ewentualnej odbudowie. Wreszcie pewna kobieta wyraziła życzenie, by państwo Dohnowie powrócili do Słobit, gdyż powinni być tu pochowani, obok swoich przodków. W sumie całe spotkanie, zważywszy, iż był to 1981 rok, miało wzruszający charakter i służyło prawdziwemu pojednaniu.

Niestety, rok później okazało się, że słowa o przebaczeniu, pojednaniu i szacunku dla zmarłych, dla nowego proboszcza ks. M. Szczęsnego, miały tylko fasadowy charakter. Był on wówczas młodym duchownym, przeniesionym z jednej z parafii we wschodniej Polsce, a Słobity były jego pierwszym probostwem. Z miejsca zanegował obecność kamiennych płyt nagrobkowych Dohnów w kościele i oświadczył, że polscy parafianie nie mogą modlić się wśród niemieckich napisów. Zaproponował, by wszystkie płyty zdemontować i wmurować na specjalnym murze na dziedzińcu kościelnym, oczywiście na koszt Dohny. Tą propozycję książę Aleksander odrzucił. Przy okazji następnej podróży do Polski w 1983 r. stwierdził, że wszystkie jego wysiłki w tym kierunku poszły na marne. Płyty ze ścian kościoła zostały zdjęte i wmurowane w podłogę przy wejściu... napisami do dołu.

Wobec niektórych parafian ks. Szczęsny wyraził opinię, że teraz Dohna „będzie musiał się podkopać, by zobaczyć, kogo dana płyta dotyczy, a dla wielu samo stąpanie po tych płytach będzie również pewną satysfakcją”. Posunięcie proboszcza spowodowało interwencję na najwyższych szczeblach hierarchii kościelnej i dyplomatycznej. W celu załagodzenia sytuacji stwierdzono, że płyty były zamocowane bez zezwolenia konserwatora zabytków i zagrażały bezpieczeństwu wiernych. Na ścianie pozostawiono jedynie płytę nagrobną pradziadka księcia - Richarda Friedricha zu Dohna (1807-1894) budowniczego tegoż kościoła w 1871 roku. Nieco później Aleksander dowiedział się od ludzi, że ojciec proboszcza zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym. Zrozumiał więc jego stanowisko i decyzje.

W sierpniu 1974 r. odwiedził po raz pierwszy J. Konarzewskiego, ówczesnego dyrektora PGR w Słobitach, z którym z miejsca się zaprzyjaźnił. Przekazał mu wiele danych z posiadanych ksiąg gospodarstwa na temat stanu pogłowia bydła i wydajności zbóż. Dyr. Konarzewski, który dobrze posługiwał się językiem niemieckim, przyjął wskazówki z zadowoleniem i porównywał je z aktualnymi wynikami gospodarstwa. Książę stwierdził, że rozmowy „w cztery oczy” były bardzo otwarte i wkrótce skonstatowali, że wiele ich łączy.

Ojciec dyr. Konarzewskiego miał gospodarstwo w Polsce centralnej, z którego został wywłaszczony i podobnie jak Dohna, także w 1944 r. kopał pod przymusem Niemców rowy przeciwczołgowe. Ich bilateralne kontakty towarzyskie nie mogły ujść uwadze pasłęckim władzom „bezpieczeństwa” i bezpośrednim przełożonym. Dyr. Konarzewski miał z tego tytułu wiele nieprzyjemności, ale nie zważając na nic, „przechodził nad tym do porządku dziennego i nie umniejszał swojej gościnności”.
Lech SłodownikŹródło: Dziennik Elbląski

Wizyta w Prakwicach w 1965 r. i wspólna fotografia z mieszkańcami

Książę Aleksander zu Dohna ostatni raz przebywał w Słobitach, Prakwicach, Dawidach i Kwitajnach w dniach 11 - 18 września 1992 roku. Był już wówczas niewidomy i towarzyszył mu osobisty lekarz oraz ekipa telewizji niemieckiej kręcąca biograficzny film pt. „Świadek stulecia”. Praktycznie do końca swego życia zachował doskonałą pamięć i aktywność.

Aleksander Dohna ogląda głowę swojej żony z brązu - fot. Lech Słodownik

Książę Aleksander zmarł 29 października 1997 roku w Bazylei w Szwajcarii. W nekrologu podpisanym przez wszystkich członków najbliższej rodziny, czytamy m.in.: „W wierze w Boga, Pana Naszego i nadziei na błogosławione Zmartwychwstanie, jak stoi na grobach jego przodków, zakończył swoje wypełnione życie, mój kochany Mąż, nasz Ojciec, Dziadek i Pradziadek Aleksander Książę zu Dohna- Schlobitten, burggraf zu Dohna, ostatni właściciel fideikomisu w Słobitach i Prakwicach, odznaczony Krzyżem Żelaznym I- i II-giej Klasy oraz innymi odznaczeniami. Urodzony 11 grudnia 1899, zmarł 29 października 1997:

Freda Antoinette Księżniczka zu Dohna-Schlobitten, z domu grafini von Arnim a.d. Boizenburg" (por. Lech Słodownik).

 

Nabożeństwo żałobne odbędbyło się w Kościele Gellerta w Bazylei w poniedziałek, 31istopada 1997 roku o godzinie 11.00. Pogrzeb miał miejsce na cmentarzu klasztornym w Arnsburgu, D-35423 Lich, w środę, 5 listopada 1997 roku o godzinie 14.00. Zamiast wieńców, zgodnie z wolą Zmarłego, przekazywano datki na przytułek dla ubogich.

Książę Aleksander spoczął obok swojej matki - Marii Matyldy księżniczki zu Solms-Hohensolms-Lich (1873-1953), której przodkowie z dawien dawna w Lich (Hesja) mieli swe dobra rodzinne.

 

Z pałacem słobickim związana jest jeszcze jedna tajemnica. Ponoć była w nim ukryta słynna Bursztynowa Komnata. Faktem jest, że dr Alfred Rhode królewiecki  opiekun słynnej Bursztynowej Komnaty wystosował do Aleksandra list z prośbą. Prośba dr Rhode dotyczyła możliwości przechowania najbardziej wartościowych eksponatów Bursztynowej Komnaty w Słobitach.

dr Alfred Rhode

Książę w piśmie z 11 września 1944 roku odmówił prośbie stwierdzając, że jego majątek nie nadaje się do tego zadania. Potwierdzają to rosyjscy historycy. Niemiecki badacz, Paul Enke twierdzi, że przyczyną odmowy był fakt, że pałac w Słobitach zamieniono wcześniej na składnicę dzieł sztuki Wehrmachtu. Stanisław Stulin (autor książki "Gdzie ukryto Bursztynową Komnatę?") uważa zaś, że Aleksander zu Dohna brał jednak czynny udział w ewakuacji dzieł sztuki. Wiadomo, że udało mu się wywieźć dużą część słobickiej kolekcji, współpracował przy ukrywaniu zbiorów z Malborka. Jest więc bardzo prawdopodobne, że miał swój udział w tajemniczych losach Bursztynowej Komnaty.
Po zajęciu Słobit przez Rosjan, pałac został doszczętnie ograbiony i spalony. Dziś pozostaje ruiną, ale jego piwnice wciąż przyciągają poszukiwaczy. Prawdziwym znawcą losów ostatniego księcia ze Słobit jest Pan Lech Słodownik z Elbląga. W 2004 roku napisał artykuł na temat związków Aleksandra zu Dohny z losami Bursztynowej Komnaty. Ukazał się on na łamach NetGazetaGłosPasłęka. Pozwolę sobie zacytować go w całości:

"Zagadka zaginięcia Bursztynowej Komnaty ciągle wraca na łamy środków masowego przekazu, ale jak się okazuje tylko i wyłącznie w celu epatowania czytelników, czy też telewidzów, danymi nastawionymi na tanią sensację. Tak było również w listopadzie 2003 r. w programie TVN „Nie do wiary”, gdzie zamieszczono relację z ruin pałacu w Słobitach z sugestią, że w jego zasypanych piwnicach może być zmagazynowana słynna Bursztynowa Komnata. Zabrzmiało to niezwykle sensacyjnie, ale niestety, miało mało wspólnego z prawdą, co jest zresztą typowe dla konwencji tego programu. W podobnym stylu został zredagowany artykuł Cezarego Gmyza „Testament Ericha Kocha” w świątecznym wydaniu „Wprost” z 31 grudnia 2003 r., ale tygodnik ten w ostatnim okresie wybitnie „dołuje” i dziwne jest również to, że do tego poziomu dopasowuje się red. S. Bratkowski pisząc mało udane artykuły o Prusach Wschodnich, o tragedii wypędzonych Niemców itp. Wspomniany tekst C. Gmyza bazuje na materiałach ściągniętych bezkrytycznie z biografii Ericha Kocha, wydanej przez niemieckiego historyka Ralfa Meindela. Mimo tak sensacyjnie brzmiącego tytułu, nie ma tu nic związanego z meritum interesującej nas sprawy. Natomiast ten niby testament ostatniego Gauleitera Prus Wschodnich jest tylko i wyłącznie listem osobistym i pożegnalnym E. Kocha do najbliższej rodziny, napisanym w obliczu czekającej go ciężkiej operacji, którą notabene przeżył. Nie wiadomo kim jest C. Gmyz, ale we wspomnianym artykule nie zadał sobie żadnego trudu, by cokolwiek wyjaśnić. Podał nazwy dwóch miejscowości, w których jakoby miała być zmagazynowana Bursztynowa Komnata, ale nawet nie określił dokładnie, gdzie się one znajdują. Tego typu informacje są typową manipulacją, a niepotwierdzone źródłowo są niedopuszczalne".

Tymczasem słobickie ślady Bursztynowej Komnaty są następujące.
Zamek, lub pałac w Słobitach zaliczany był już wkrótce po rozbudowie na początku XVIII w. do tzw. „zamków królewskich”. Nazwa ta ma związek z niespotykanym wówczas rozmachem w jakim go wybudowano, z przepychem wnętrz i wyposażenia. Przede wszystkim jednak Słobity były „pałacem królewskim” z tego powodu, że przebywali w nim od 1701 r. wszyscy królowie Prus podróżujący do Królewca, mieszkał w nim car Rosji Paweł I, marszałek Jean Baptiste Bernadotte i wiele innych osobistości z omawianego okresu. Do tzw. „królewskich” rezydencji zaliczano wówczas m.in. Finckenstein (obecnie Kamieniec k. Susza), Friedrichstein (obecnie Kamienka w obwodzie kaliningradzkim) oraz Dönhoffstadt (Drogosze pow. Kętrzyn). Ostatnim właścicielem pałacu i olbrzymich dóbr w Słobitach był książę Aleksander zu Dohna-Schlobitten (1899-1997), autor pięknej książki „Erinnerungen eines alten Ostpreußen” – „Wspomnienia starych Prus Wschodnich”.


Właśnie z tej książki dowiadujemy się nieco o „słobickim śladzie Bursztynowej Komnaty”. Otóż w połowie stycznia 1945 r., gdy było już słychać kanonadę zbliżającego się frontu, przybył do Słobit Ernst Otto hrabia von Solms-Laubach (1890-1970), oficer ds. sztuki (Kunstoffzier) na froncie wschodnim. Był on spowinowacony z rodziną Dohnów ze Słobit poprzez Achacego I zu Dohna (1533 –1601), wnuka Stanisława von Dohna, pierwszego z tej rodziny, który przybył do Prus w 1454 r. Hrabia Ernst Otto von Solms-Laubach wraz ze swym współpracownikiem – dr Hansem R. Weihrauchem, dokonał demontażu w 1943 r. „Bursztynowej Komnaty” w Carskim Siole. Wówczas przybyli do Słobit z zadaniem ratowania cennego wyposażenia pałacu słobickiego, ale ... dysponowali tylko jednym samochodem. Nieco wcześniej dyrektor muzeum „Prussia” w Królewcu – dr. Alfred Rhode sondował Dohnę w sprawie możliwości zdeponowania „Bursztynowej Komnaty” w podziemiach słobickiego pałacu. Książę Aleksander zu Dohna odmówił, tłumacząc się brakiem odpowiednich możliwości, mając jednak przede wszystkim świadomość, że byłoby to miejsce tymczasowe, gdyż Prusy Wschodnie będą utracone. Zresztą demontaż i wywóz zbiorów z cennego wyposażenia pałacu słobickiego rozpoczął już w czasie rocznego urlopu po powrocie spod Stalingradu w styczniu 1943 r.
Powyższe stanowisko zawarł książę Aleksander zu Dohna jeszcze raz w liście z dnia 27 września 1994 r. skierowanym do p. T. Balickiego z Młynar (zm. w 2003 r.). Omówił w nim propozycję zarządu miasta Królewca i tamtejszego dyrektora prowincjonalnego muzeum – dr A. Rhode, w sprawie ewentualnego przechowania „Bursztynowej Komnaty” w piwnicach słobickiego pałacu. Dr Alfred Rhode pozostał z żoną do końca w oblężonym Królewcu, został uwięziony, a następnie zamordowany przez NKWD na Łubiance w 1945 r. Niezwykle wykwintny, barokowy pałac w Słobitach został spalony przez żołnierzy sowieckich w marcu lub sierpniu 1945 r. Nie ulega wątpliwości, że właśnie E. Koch był prawdopodobnie jedną z ostatnich osób, które doskonale znały losy „Bursztynowej Komnaty”. Skazany w 1959 r. na śmierć przez Sąd Wojewódzki w Warszawie, zmarł w 1986 r. w więzieniu w Barczewie. Zagadka niewykonania wyroku śmierci na Kochu tłumaczona jest m.in. tym, że znał on tajemnicę przechowywania Bursztynowej Komnaty, jak również tym, że miał problemy z poruszaniem się, a w myśl polskiego prawa, skazany musi wejść o własnych siłach na szafot. Są pewne przypuszczenia, że E. Koch część z cennych zbiorów obrazów, mebli i in. przechowywał w pałacu w Wysokiej k. Rychlik, który już przed wojną został włączony do tzw. Fundacji E. Kocha. Ale pałac ten też został wysadzony w styczniu 1945 r. przez wycofujące się oddziały Wehrmachtu, w celu „zatarcia śladów”. Czy była tu przechowywana Bursztynowa Komnata – trudno powiedzieć".
Lech Słodownik
13.08.2004