Kamienie Wilhelma

Internetowe wydanie ksiązki Andrzeja Czaplinskiego

Get Adobe Flash player

Ród von Dohna

Skoro historia kamieni jest związana z Dohnami warto zapoznać się z historią rodu von Dohna. Wszak to dzięki Ryszardowi von Dohna, Wilhelm II polował w prakwickich lasach.  Był to jeden z największych i najbogatszych rodów wschodniopruskich.

Historia rodu

Początków rodu Dohnów (niem. zu Dohna) należy upatrywać już w XII wieku. W 1143 roku Konrad III – pierwszy król Niemiec z dynastii Hohenstaufów utworzył hrabstwo Dohna, które usytuowane było między marchią miśnieńską, a królestwem Czech. W 1156 roku zostało one nadane na zasadzie lenna wraz z tytułem burgrabi, Heinrichowi von Rotha, urodzonemu około 1127 roku, zwanemu od tej pory Heinricus Castellanus de Donin (Henryk I Dohna). Lenno te pozostało w rękach rodu prawie 250 lat (do 1402). W tym czasie panowało po sobie 16 potomków Henryka I, ród rozrósł się i zaczął rywalizować z innymi wielkimi rodami dzisiejszej Saksonii. Doprowadziło to do prywatnej wojny, dla której pretekstem był romans Jeschke zu Dohna z żoną Hansa von Korbitza. Ten drugi zyskał poparcie margrabi miśnieńskiego Wilhelma I i zbrojnie wymierzył sprawiedliwość. Po trwających 17 lat walkach miasto Dohna zostało zdobyte i zniszczone, a Jeschke dostał się do niewoli. Dohnowie zostali zdziesiątkowani i wydziedziczeni ze swoich dóbr, które przejęli Wettinowie. Podczas wojny nie otrzymali pomocy od cesarza Zygmunta Luksemburskiego, który był zajęty wojną z Husytami, ale dzięki bliskim z nim znajomościom mogli się schronić na dworze w Pradze. W Czechach otrzymali nowe ziemie, na których odbudowywali swoje majątki.

Od XIII wieku Rzeczpospolita Polska toczyła boje z Zakonem Krzyżackim. Jednak samych zakonników w armii krzyżackiej było stosunkowo niewielu. Większość stanowiły wojska zaciężne (rodzaj wojsk najemnych), które pod przykrywką szerzenia chrześcijaństwa miały okazji się wzbogacić. W takim charakterze do Państwa Krzyżackiego przybył ze Śląska jeden z tamtejszych Dohnów – Stanisław (Stanislaus).

Zatem protoplastą rodu w Prusach Wschodnich był krzyżacki najemnik Stanislaus (zm.1504/05), dowódca polowy podczas bitwy pod Chojnicami w 1454 roku. Dobra, które otrzymał za zasługi dla Zakonu, stanowiły początek wielkiej fortuny jaką kolejni członkowie rodziny pomnażali przez stulecia. Z drzewa genealogicznego wynika, że ród pochodził z Górnej Saksonii, a do Prus przybył w 1454 roku. Po przegranej, z Polską, wojnie 13 – letniej Zakon Krzyżacki spłacał najemników nadaniami ziemskimi. W 1469 roku Stanislaus von Dohna, otrzymał w ten sposób dobra Wilczęta (niem. Deutschendorf), nadane na wieczne czasy. W następnych latach ród otrzymał Karwiny (niem. Karwinden - 1469 r.), a w 1525 roku Peter von Dohna (1482 – 1553), syn Stanislausa, otrzymał od Zakonu wieś Słobity (niem. Schlobbiten). Stały się one potem siedzibą rodową von Dohnów. Właśnie syn Stanislausa, Peter uważany jest za twórcę potęgi rodu. Ożeniony z córką wojewody pomorskiego Katarzyną Zehmen miał z nią ośmiu synów i jedną córkę. Dopiero jednak jego jeden z synów, Achacy, pobudował pierwszy dom w Słobitach, a pierwszy pałac w Słobitach powstał za sprawą syna Achacego, Abrahama. Abraham zmarł nie pozostawiając męskiego potomka. W tym momencie nastąpił pierwszy podział linii pruskiej na starszą z siedzibą w Słobitach, którą odziedziczył najstarszy w tym momencie brat Abrahama - Christoph i młodszą z siedzibą w Ławkach, którą odziedziczył młodszy, Fabian. Christoph dokonał podziału swojego majątku między trzech synów. Najmłodszy z nich otrzymał Karwiny, środkowy otrzymał Gładysze (ale nie doczekał się męskiego potomka).

Gładysze (Schlodien)

Najstarszy syn Friedrich otrzymał Słobity, a po śmierci brata przejął też Gładysze. Synowie Friedricha doprowadzili do kolejnego podziału. Słobity odziedziczył najstarszy z synów, Aleksander, który jako pierwszy nosił tytuł zu Dohna Schlobitten, jego młodszy brat Christoph otrzymał Gładysze i przyjął tytuł Schlodien. Ich kuzyn natomiast odłączywszy należące mu się ziemie Karwin z majątku słobickiego utworzył trzecia linię, Karwinden, lecz po dwóch pokoleniach ta linia wymarła i jej majątek przeszedł na linie Schlodien zwaną od tej pory Schlodien mit Karwinden.

Na przestrzeni wieków ród powiększył swoje posiadanie o majętności w Bielicy, Gładyszach, Kamieńcu, Ławkach, Markowie, Karwinach, Kątach i Sasinach, a także w Morągu i Prakwicach.

Sasiny

Obecnie są to tereny położone w województwie warmińsko – mazurskim,  jedynie Prakwice znajdują się na Pomorzu. W posiadaniu Dohnów były 2 z 4 pałaców klasy królewskiej: Słobity (Schlobitten) oraz Kamieniec (Finckenstein). Oprócz nich do „królewskich pałaców” zaliczano także: Friedrichstein nad Pregołą (20 km na wschód od Królewca, dzisiaj Kamienka w obwodzie kaliningradzkim) i Drogosze (Dönhoffstädt w powiecie kętrzyńskim, gminie Barciany na Mazurach).

Słobity

Rozgałęzienia rodu Dohnów:

Z linii Carwinden (Karwiny) pochodził Christopher Delphicus, który wyemigrował do Szwecji, gdzie zdobył stopień feldmarszałka w szwedzkim wojsku i za zasługi dla kraju został przyjęty do grona szwedzkiej szlachty. Jego potomkowie żyją tam do dziś.  

Śląska linia Dohnów wymarła w XVIII wieku, doczekawszy się tytułu książęcego i nie doczekawszy panowania pruskiego. Jednak w połowie XIX wieku jeden z członków linii Schlodien został dziedzicem w śląskim Gross-Kotzenau (Chocianów), a jego ród wymarł dopiero z końcem II wojny światowej. Tak samo linia Schlodien (Gładysze), której dwaj ostatni dziedzice zginęli na froncie.  

Najbardziej skomplikowane są losy linii Lauck (Ławki), z której wyodrębniła się linia Reichertswalde (Markowo), która jednak wymarła i majorat przeszedł z powrotem na Dohnów z Ławek. Później znowu się podzielili na linie, by po wymarciu Dohnów z Ławek, majątki Lauck przeszły na linie Dohnów – Reichertswalde. Ostatecznie historia tej linii również kończy się na II wojnie światowej.

Markowo (Reichertswalde)

Ławki (Lauck)

Ławki (Lauck)  

Natomiast potomkowie linii słobickiej (Dohna-Schlobitten) żyją do dzisiaj. Ostatni książę ze Słobit utracił potęgę i bogactwo, ale przeżył wojnę. Istnieją także rozgałęzienia po stronie rosyjskiej czy w Łużycach. Można próbować również dowodzić pochodzenia staropolskiego rodu Dunin od śląskich Dohnów (po łacinie Donin).  Dohnowie byli także skoligaceni poprzez małżeństwa z wielkim rodami niemieckimi, francuskimi czy holenderskimi.

Siedziba rodowa w Słobitach

Dawidy

 

Davids w znanych źródłach wymieniane są po raz pierwszy dopiero w 1531 r., nazwane najprawdopodobniej od pierwszego ich posiadacza z XV w., być może jeszcze Prusa. Jak wynika z rachunków urzędowych z 1600 r. majątek był w tym czasie w posiadaniu Achatiusa Borcka, który miał tu 4 łany. W następnych latach posiadłość stanowiła własność polskiej rodziny Drzewieckich. Po śmierci właściciela, Jerzego Drzewieckiego, wdowa po nim sprzedała w 1663 r. całość dóbr Dohnom.

Od tej pory aż do 1945 r. Dawidy należały do klucza dóbr rodu zu Dohna-Schlobitten (Słobity). Początkowo istniał tu jedynie niewielki folwark. W latach 1730-1731 powstał dwór o cechach baroku holenderskiego wg projektu Johanna Caspara Hindersina. Budynek dwukondygnacyjny, przykryty dachem mansardowym. W niedługim czasie dwór zyskał miano "Domu wdów", gdyż zamieszkiwały tu wdowy lub samotne kobiety z rodziny Dohnów. Dwór pełnił rolę pałacyku myśliwskiego czego dowodem jest istnienie dwóch wędzarni i wielkiej kuchni na parterze dworu. W XIX w. urządzano w nim wiele ważnych spotkań towarzyskich m. in. był tu Cesarz Wilhelm II z rodziną. Często gościł tu książę Aleksander zu Dohna (ostatni właściciel Słobit). Po jego śmierci pensjonat zaczął podupadać. Obecnie zmienił się właściciel i po remoncie otworzono  Pensjonat Dwor Dawidy.

 

Dane historyczne o rodzie zaczerpnąłem ze wspomnień ostatniego właściciela majątku Aleksandra. Są one zawarte w książce autobiograficznej: Dohna-Schlobitten Alexander, Erinnerungen eines alten Ostpreussen, Berlin 1998. Aleksander zu Dohna przedstawia w niej postać dziadka Ryszarda Wilhelma, który zapraszał na polowania ostatniego Cesarza Niemiec i Króla Prus Wschodnich, Wilhelma II, a także opisał je elbląski historyk Lech Słodownik.

 

Ryszard Wilhelm (ur.1843, zm. 1916), był w prostej linii jedenastym potomkiem Stanislausa. Za przyczyną jego starań, na łowy do Prakwic, zjeżdżali najpierw Carl Fredrich von Preussen (członek cesarskiej rodziny), a następnie sam Cesarz Wilhelm II. Ryszard von Dohna uwielbiał Wilhelma, który jeszcze jako kronprinz przyjeżdżał do Słobit, a później już jako Cesarz do Prakwic. Każdy przyjazd Cesarza był powodem dla magnatów pruskich do hucznej fety i stanowił lokalną sensację. W początkowym okresie Cesarz przyjeżdżał pociągiem do Bogaczowa k. Elbląga, a dalsza podróż odbywała się stosownym zaprzęgiem konnym. W późniejszym okresie, po wybudowaniu bardzo urokliwej stacyjki kolejowej w Prawicach, na niej „odbierano” dostojnego gościa.

Podróż zaprzęgiem konnym obfitowała w postoje, podczas których Cesarz Wilhelm był owacyjnie witany. Tak było m.in. w Kątach, 14 maja 1897 roku, gdzie podejmował Cesarza śniadaniem, graf Emanuel Dohna-Kathen.

Ryszard von Dohna - 9 maja 1863 r.

Ryszard Dohna z córką Wilhelma II Wiktorią Luizą - Rominty 1907 r.

Herb rodu von Dohna

Na dworze cesarskim Ryszard Dohna pełnił funkcję Łowczego Dworu oraz Prowadzącego Sforę (niem. Master) królewskich polowań (niem. perfors). Jako Master polowania w Liebenbergu został z bardzo bliska postrzelony śrutem w kostkę (rana odezwie się dopiero po długim czasie, na starość Ryszard będzie podpierał się laską o rączce wykonanej z kości słoniowej). Był okazałym mężczyzną. Na początku lat dziewięćdziesiątych XIX wieku Wojciech Kossak, zauroczony widokiem księcia galopującego na siwku „Glasenapp”, uwiecznił go na portrecie. Ryszard był bardzo barwną postacią. Polowania to była jego pasja, uwielbiał konie i doskonale powoził cztero, pięcio a nawet sześciokonnym zaprzęgiem.

 

Ryszard zu Dohna - 1903 r.

Julian Fałat (1853-1929)- "Portret Ryszarda Wilhelma von Dohna, Łowczego Dworu Cesarza Wilhelma II" - 1899 akwarela, papier, 31,5 x 26 cm,

 

Ryszard Wilhelm zu Dohna

Polował bardzo dużo w swoich włościach, również w Prakwicach. W miejscowości Święty Gaj gm. Dzierzgoń, u Łucji i Czesława Gajdzis, znajduje się poroże jelenia byka, którego opis jednoznacznie wskazuje, że upolował go Ryszard zu Dohna Schlobitten. Data 17 września 1907 roku wskazuje dzień ustrzelenia byka. Obok imienia i nazwiska widnieje napis Studzienitz. Wskazuje on miejsce ustrzelenia jelenia. Było to w Studzienicach koło Pszczyny. Nic w tym dziwnego. W Pszczynie Wilhelm II polował właśnie na jelenie byki. Ówczesny książę pszczyński, Hochberg, Hans, Heinrich XI von Pless, ur. 1833 r., (pełny tytuł: Fürst von Pless, Reichsgraf von Hochberg, Freiherr zu Fürstenstein), był Wielkim Łowczym Cesarstwa Prus, a jego drugą żoną była Mathilde, Ursula hr. zu Dohna Schlobitten. Mógł więc Ryszard zu Dohna strzelić tego byka podczas polowania z Cesarzem, albo podczas innych pobytów w Pszczynie. O strzeleniu tego byka w dobrach pszczyńskich zaświadcza także charakterystyczny opis na czerepie byka. Tak właśnie opisywano pszczyńskie trofea.

Fotografia czerepu z datą

Jest to piękne poroże byka dwunastaka, który w rozłodze (rozstaw pomiędzy tykami wieńca) ma 100 cm. Pod nazwiskiem, miejscem strzelenia i datą widnieją jeszcze cyfry. Bez trudu można odczytać 335 i jest to podana masa (waga poroża) w uncjach. W przeliczeniu na kilogramy, ten wieniec waży ok. 9,5 kg (dokładnie 9,497 kg). Po widocznych cyfrach 335 znajdują się literki un - czyli uncje. Tak oznaczano, w okresie Hochbergów, wieńce jeleni a także parostki rogaczy czy haki kozic strzelone przez właścicieli lub gości podczas polowań w Pszczynie, bądź łowiskach pszczyńskich.

Czesław Gajdzis i Krzysztof Borzym z wieńcem

Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że poroże pochodzi z dworku w Prakwicach. Na początku 1945 roku stało się własnością, nieżyjącego już, Adama Kurnika, którego wojenne losy rzuciły do Dzierzgonia. Jak opowiada Jego żona Irena: „mąż przyniósł je do domu prawdopodobnie z innego, jeszcze nie zamieszkanego, lokalu”. Państwo Kurnikowie, którzy zostali wywiezieni z woj. przemyskiego i krakowskiego na roboty do Niemiec, czyli do ... Elbląga, osiedlili się już w lutym 1945 roku w Dzierzgoniu. Po ucieczce z transportu bydła i koni poniemieckich, którymi kazano im się opiekować, a prowadzonego przez żołnierzy radzieckich w celu wywózki do Rosji, jako jedni z pierwszych osadników tworzyli zręby społeczności w Dzierzgoniu. Ciekawostką jest, że ucieczka z transportu nastąpiła w Starym Mieście w okolicy denkmala, który wybudowali von Dohnowie. Zatem poroże trafiło do Państwa Kurnik podczas urządzania ich mieszkania w Dzierzgoniu, prawdopodobnie w lutym - marcu 1945 r. W tamtych czasach zbierano meble i inny sprzęt z opuszczonych przez Niemców mieszkań. Córka Państwa Kurnik, Łucja otrzymała to poroże od rodziców i po zamążpójściu przeniosła się do Świętego Gaju, gdzie poroże znajduje się do dnia dzisiejszego.

Niestety nie wiadomo w jaki sposób trafiło ono do Dzierzgonia. Najbardziej trafna hipoteza to taka, że po opuszczeniu dworku w Prakwicach przez von Dohnów, padło ono łupem szabrowników albo żołnierze radzieccy zabrali je z dworku i sprzedali jakiemuś mieszkańcowi pobliskiego Dzierzgonia. Jest to jednak tylko hipoteza. Z dużym prawdopodobieństwem można jednak uznać, że pochodzi ono z wystroju dworu prakwickiego.

1 stycznia 1900 r. Ryszard Wilhelm von Dohna został podniesiony przez Cesarza do godności dziedzicznego księcia. Było to na zasadzie primogenitury, tytuł przechodził tylko na najstarszego męskiego potomka tej gałęzi rodu. Nie obeszło się wtedy bez kpin i uszczypliwych uwag ze strony rodziny. „Pierwszy parweniusz w naszej rodzinie”- stwierdził jeden z kuzynów, „biedny Ryszard, jak on będzie mógł się za to odpłacić” - powiedział inny. Ryszard odpłacał Cesarzowi wręcz bałwochwolczym uwielbieniem.

Do 1906 roku Cesarz, nie tylko przy okazji polowań, często gościł w Słobitach. Po każdej z takich wizyt zostawała jakaś cenna pamiątka. Najbardziej wartościową była jedna ze słynnych tabakierek, należącą niegdyś do Fryderyka Wielkiego, wykonana z chryzoprazu i zdobiona bogato diamentami.

Tabakiera z chryzoprazu

Historia chryzoprazu podobno zaczęło się od tego, że pewien pruski oficer zobaczył w jednej z wychodni skalnych cienką żyłę zielonego kamienia. Zachwycił się jego soczystą barwą. Odłupał kawałek i zabrał do oszlifowania. Było to w 1740 r., a rzecz działa się we wsi Szklary niedaleko Ząbkowic Śląskich. Owym kamieniem był chryzopraz, a wieść o jego znalezieniu odbiła się szerokim echem wśród poszukiwaczy skarbów. Kilka lat później cały Dolny Śląsk przeszedł pod władanie Prus, a ich władca Fryderyk II Wielki stał się wielbicielem dolnośląskich kamieni. Fryderyk II Wielki cenił go ponad inne kamienie. Na palcu nosił wielki pierścień wykonany z chryzoprazu otoczonego 15 brylantami. Tabakiery z tego kamienia inkrustowane złotem, diamentami i innymi kamieniami szlachetnymi dawał chętnie w prezencie. Sam miał osiem takich tabakier.

Jedna z tabakier Frderyka II Wielkiego. Muzeum w Londynie

 

Wilhelm II (siostrzeniec Fryderyka) podarował jedną z nich gospodarzom Słobit podczas wizyty, na której wystawiano operę napisaną i skomponowaną na Jego cześć. Tabakiera była tak cenna, że przechowywano ją w specjalnej, żelaznej szafie. Miarą uwielbienia Wilhelma II przez Ryszarda zu Dohna niech będzie ciekawostka, że kazał on zniwelować stromy stok drogi prowadzącej z Prakwic do Dzierzgonia i na skarpie ułożyć z kamieni napis "Niech dobry Bóg prostuje drogi naszemu ukochanemu Cesarzowi".

Po 1906 r. przyjazne stosunki między Cesarzem i księciem jednak znacznie się ochłodziły. Doszło pomiędzy nimi do poważnych scysji z powodu zamieszania Ryszarda von Dohna w skandal polityczno - obyczajowy, w wyniku czego Cesarz zaprzestał odwiedzin w Słobitach. Jednak w 1910 roku nocował i także polował w Prakwicach, przy okazji wielkich manewrów wojskowych, które odbyły się w Prusach Górnych. Za ciekawostkę należy znać fakt, że wojska pruskie, podczas manewrów, po raz pierwszy wystąpiły w mundurach polowych koloru szarozielonego tzw. feldgrau.

 

Piąty z lewej Richard Wilhelm zu Dohna

 

Rominten 1911 r. Pierwszy z prawej, z laską, Ryszard zu Dohna

Rominten 1910 r. Z laską Ryszard zu Dohna

Rominten 1910 r. Ryszard zu Dohna (pierwszy z lewej - tyłem) podczas oglądania byka "Pascha".

Cesarz i Ryszard zu Dohna

Pomimo nieporozumień Wilhelm II odznaczył Ryszarda, w 1913 roku, orderem Orła Czarnego. W chwili wybuchu I Wojny Światowej w 1914 roku, książę Dohna ukończył osiemdziesiąt trzy lata i pomimo tego zameldował się do czynnej służby wojskowej. Ulokowano dziarskiego staruszka przy sztabie generalnym feldmarszałka Paula von Hindenburga, z przydziałem do Czerwonego Krzyża. Niestety trudy wojny okazały się śmiertelne dla Ryszarda. Zmarł w sierpniu 1916 roku w Wilnie na zapalenie płuc. Pogrzebano księcia 26 sierpnia 1916 roku w Słobitach, a pożegnalną, potrójną salwę honorową oddało „komando” czyli pluton ochrony obozu jenieckiego w Krośnie k. Pasłęka. Pogrzeb zaszczycił swoją obecnością, bliski współpracownik Cesarza, uczestnik cesarskich polowań w Prakwicach, gen. płk. Hans von Plessen. W kościele słobickim, na tablicy kamiennej, umieszczono obok innych nazwisk mieszkańców miejscowości poległych w I Wojnie Światowej, nazwisko Richarda Wilhelma zu Dohna.

Hans von Plessen

Ryszard Wilhelm von Dohna, jak wszyscy wschodniopruscy magnaci, przesiąknięty był poglądami regalistyczno - militarno - konserwatywnymi. Również jego syn Ryszard Emil zu Dohna (1872-1918) był typowym prusakiem. Mając 26 lat ożenił się z Marią Matyldą księżniczką zu Solms - Lich (1873-1953). Ślub odbył się w 1898 roku i nowożeńcy zamieszkali w willowej dzielnicy Poczdamu przy ul. Mangestrasse 7. Dom był wynajęty i jak na owe czasy nowoczesny. Posiadał nawet ogrzewanie gazowe. W pobliskich koszarach elitarnego Garde du Cors, Ryszard Emil odbywał służbę wojskową. Był adiutantem pułku.

Maria Matylda zu Solms - Lich i Ryszard Emil zu Dohna

Ród von Dohna zawsze uroczyście obchodził pruskie święta państwowe. Czczono pamięć wojen napoleońskich, w których członkowie rodu brali udział. Szczególnie 1813 rok, triumf pod Sedanem w 1870 roku i inne wydarzenia historyczne. W okresie późniejszym bardzo pielęgnowano pamięć poległych w I Wojnie Światowej, zarówno członków rodu jak i żołnierzy wywodzących się z ludności pochodzącej z ich dóbr. M.in. w Starym Mieście istniał obiekt - pomnik (niem. denkmal), w którym umieszczono tablicę z nazwiskami poległych żołnierzy, mieszkańców okolicznych dóbr von Dohnów. Ten kompleks pomnikowy, czasami błędnie okraśla się jako cmentarz. Tak czyni m.in. Mieczysław Haftka w książce pt. "Zamki krzyżackie - Dzierzgoń - Przezmark - Sztum" w rzeczywistości był miejscem pamięci, ufundowanym i odsłoniętym w 1924 r. przez Aleksandra von Dohna właśnie w Starym Mieście a nie w Prakwicach, ponieważ tutaj znajdował się kościół ewangelicki a polegli byli parafianami tego kościoła. Całość wynosiła 0,2 ha. Pierwotnie składał się z pomnika, dwóch alei w kształcie krzyża oraz półkolistej bramy zwieńczonej krzyżem na wzór "Żelaznego Krzyża" niemieckiego odznaczenia za męstwo na polu bitwy. Po obustronach bramy widniały napisy: „Heilig sei dieser Ort”- „und Ehrfurcht schütze ihn”- „Uświęcone to miejsce jest - i głęboki szacunek strzeże jego”. Na pomniku, w formie dużego, kamiennego obelisku, umieszczono pierwotnie nazwiska poległych żołnierzy w trzech sąsiadujących rzędach. Do chwili obecnej zachowała się jedna rozbita i mało czytelna tablica inskrypcyjna z czarnego marblitu (materiał szklany). Widoczny jest na niej wizerunek krzyża żelaznego z wieńcem z lauru i dębu.

 

Denkmal w Starym Mieście. Stan około 1925 rok

 

Denkmal stan obecy

Te tablice zniszczono kilka lat temu

Jeszcze kilka lat temu na pomniku był zachowany doskonale widoczny napis, ku pamięci Grafa Ryszarda Emila zu Dohna Schlobitten, który zmarł podczas I Wojny Światowej. Na pomniku widniał napis i wieniec z liści dębu, data urodzin i śmierci - listopad 1918. Widniały też nazwiska poległych mieszkańców - poddanych m.in. ze Starego Miasta, Adamowa.

W takich i podobnych miejscach von Dohnowie urządzali uroczystości patriotyczne z okazji świąt i rocznic państwowych. Ryszard Emil zu Dohna mieszkający od 1908 roku w Bielicy (wybudowano tam nowy dworek) czcząc sedańską wiktorię wytaczał po zapadnięciu zmroku, każdego 2 września, beczkę smoły. Umieszczano ją na pagórku o wysokości 80 m n.p.m. Następnie smołę podpalano i Emil wygłaszał patriotyczne przemówienie na cześć Cesarza i ojczyzny. Potem wspólnie z mieszkańcami śpiewano patriotyczne pieśni. Palące się w całej okolicy beczki ze smołą sprawiały podniosłe wrażenie.

Ryszarda Emila zu Dohnę jako typowego junkra pruskiego zapraszano na wiele uroczystości na terenie całych Prus Górnych. Był m.in. gościem podczas obchodów 25 – lecia organizacji kombatanckiej Kriegsverein w Rychlikach. Skupiała ona weteranów z powiatu pasłęckiego. Wielka uroczystość, odbyła się w sąsiedniej do Starego Dzierzgonia, gminie Rychliki 8 czerwca 1902 roku.

Pałac słobicki pełen był różnych pamiątek. W jego pięknych wnętrzach Dohnowie urządzali zjazdy rodzinne, spotkania z generalicją, urzędnikami Cesarstwa i prowincji.

Komnaty pałacu w Słobitach

 

Warto w tym miejscu opisać siedzibę rodową von Dohnów czyli pałac w Słobitach. Posłużę się opisem zawartym w książce Małgorzaty Jackiewicz - Garniec i Mirosława Garniec pt. "Pałace i dwory dawnych Prus Wschodnich".

"Wielkie założenie pałacowo-parkowe (obecnie w ruinie), wraz z wsią Słobity, usytuowane około 15 km na północny wschód od Pasłęka i około 25 km na wschód od Elbląga. Od 1525 do 1945 r. własność i główna siedziba jednego z najważniejszych arystokratycznych rodów pruskich, rodu zu Dohna. Powstałe tu w dobie baroku założenie architektoniczno-przestrzenne było najwybitniejszą realizacją epoki na terenie Prus.

Członkowie rodu Dohna, wywodzącego się z Saksonii, przybyli do Prus przez Śląsk w okresie późnego średniowiecza (ok. połowy XV wieku), jako rycerze Zakonu Krzyżackiego. Założycielem pruskiej linii rodu rodu jest Stanisław, jeden z dowódców polowych w bitwie pod Chojnicami (1454 r.), który za zasługi oddane Zakonowi otrzymał pierwsze nadania ziemskie. Pod koniec XV wieku był już właścicielem kilku wsi w okolicach Morąga i Pasłęka. Za twórcę potęgi Dohnów, zwieńczonej w 1900 r. tytułem książęcym, uważa się jego syna, Piotra, który ożenił się z Katarzyną Czemą (Zehmen), córką wojewody pomorskiego i miał z nią ośmiu synów i jedną córkę.

Piotr Dohna otrzymał Słobity od Zakonu Krzyżackiego w 1525 r. i prawdopodobnie wzniósł tam niewielki dom mieszkalny. Główną siedzibą Dohnów był w tym czasie tzw. Zameczek   w Morągu, który jednak szybko stał się niewystarczający dla rozgałęziającej się rodziny. Syn Piotra, Achacy, przeniósł swoją siedzibę z Morąga do Słobit i wybudował tam tzw. Nowy Dom, ale dopiero jego syn Abraham, który zdobył gruntowne wykształcenie humanistyczne w kilku uczelniach europejskich, nawiązał ścisłe kontakty z namiestnikami Niderlandów, dynastią Orańskich, przebywał i kształcił się na ich dworze, wzniósł w latach 1621-1624 pierwszy pałac w Słobitach.

Pałac stylistycznie nawiązywał do architektury niderlandzkiej początków XVII wieku. Była to budowla założona na planie mocno spłaszczonej litery H, piętrowa, o elewacjach zwieńczonych licznymi renesansowymi szczytami. Zachowano jej zasadniczy kształt podczas wielkiej rozbudowy założenia, jaka miała miejsce w latach 1696-1732, za czasów Aleksandra zu Dohna. Słobity zostały wówczas przekształcone w reprezentacyjną, barokową rezydencję położoną między dziedzińcem a ogrodem, wkomponowaną w rozległe, architektoniczno-krajobrazowe założenie przestrzenne. Aleksander zu Dohna (1661-1728) urodził się i wykształcił na zachodzie Europy, ale całe swoje dorosłe życie poświęcił rozbudowie i upiększaniu słobickiej posiadłości, osiadł tu, doszedł do wysokich pozycji, był m.in. szefem rządu prowincji pruskiej, gubernatorem Piławy, feldmarszałkiem, a także guwernerem pruskiego następcy tronu Fryderyka Wilhelma. Wykonanie projektu koncepcji całego założenia. Aleksander zu Dohna zamówił u francuskiego architekta Jeana Baptisty Broebes'a. Zachowano pierwszy pałac, przedłużono go po bokach galeriami, do których dostawiono prostopadle skrzydła boczne. Zamknięcie przestrzennej kompozycji architektonicznej tworzyły dwa symetryczne, prostokątne stawy, z kamiennym mostem na osi fasady pałacu. Założenie pałacowe poprzedzał kompleks budynków administracyjno - gospodarczych,  z główną bramą, Szarą, na osi.

Nigdy nie doszło do pełnej realizacji tej części założenia. Wzniesiono równolegle do pałacu dwie oficyny, przy północno-wschodniej dwa prostopadłe budynki gospodarcze i od strony wschodniej stajnię z wozownią, z bramą przejazdową i wieżyczką zegarową na osi. Od strony elewacji ogrodowej pałacu (południowej) został założony rozległy francuski ogród. Jean Baptista Broebes był autorem koncepcji całości założenia i kompozycji ogrodów, od 1704 r. pracami kierował Johann Caspar Hindersin, architekt pracujący dla Dohnów także przy innych realizacjach. Projekt przebudowy głównego korpusu pałacu, jego podwyższenie, nowe elewacje opracował Joachim Schultheiss von Unfriedt, architekt z Królewca. Główny korpus zachował plan pierwszego pałacu, spłaszczonej litery H, był trójkondygnacyjny, przykryty dachem mansardowym. Elewacje zdobił bardzo wysmakowany detal architektoniczny  z elementami rzeźbiarskimi. Ciekawostką projektu był brak w elewacji frontowej reprezentacyjnego wejścia na osi i umieszczenie wejść symetrycznie, po bokach, pod kwadratowymi tarasami wspartymi na kolumnach. Przebudowano również wnętrza pałacu, m.in. na piętrze urządzono wysoką na dwie kondygnacje salę balową, bogato zdobioną sztukateriami i polichromiami i reprezentacyjne apartamenty królewskie. Słobity należały do tzw. pałaców królewskich, gdzie monarchowie zatrzymywali się podczas podróży.
We wnętrzach pracowali artyści: rzeźbiarz i sztukator Josef Anthon Kraus, malarze Giovanni Baptista Schannes, Johann Blommendael. W latach 1718-1725 wybudowano w odległości  1 km na południowy wschód od pałacu barokowy folwark według projektu Johanna C. Hindersina. Interesująca koncepcja architektoniczna folwarku, opierająca się na symetrii i osiowości, była integralnie związana z kompozycją całości założenia rezydencjonalnego, niemającego sobie równych w tej części Prus. Folwark uległ przez stulecia stosunkowo niewielkim przekształceniom, jest dobrze zachowany i obecnie stanowi unikatowy zespół przypałacowy z epoki baroku na terenie Polski północno-wschodniej.

Pałac w Słobitach mieścił wspaniałe kolekcje dzieł sztuki, gromadzone pieczołowicie przez kolejnych właścicieli. Inwentarz pałacowych zbiorów wymienia aż 450 obrazów, z m.in. wspaniałą kolekcją rodowych portretów holenderskich. Znajdowały się tu kolekcje cennych mebli, porcelany (miśnieńskiej, berlińskiej, chińskiej), fajansów z Delft, sreber, monet. Bardzo bogate i cenne były zbiory biblioteczne, w połowie XIX wieku liczyły 55 tysięcy wolumenów.

Ostatni przed wojną właściciel dóbr w Słobitach książę Aleksander zu Dohna (1899-1997) przeprowadził do 1944 r. wiele prac renowacyjnych w rezydencji, planował także odtworzenie francuskiego ogrodu, przekształconego w wieku XIX w założenie krajobrazowe.


Ruiny przydworskiego browaru

W wyniku działań wojennych, w początkach 1945 roku, pałac został spalony, podobnie budynek stajni z wozownią i oficyna. Od tego czasu pałac pozostaje w ruinie, po założeniu ogrodowym prawie nie ma śladu, zachowały się jedynie fragmenty starego, parkowego drzewostanu: aleje dębowe, pomnikowe lipy (sadzone w 1625 roku, z czasów pierwszej budowy rezydencji). Bogate zbiory dzieł sztuki - tylko w części - książę Aleksander zu Dohna zdążył ewakuować, a i te uległy rozproszeniu, niewielka część znajduje się w rękach właścicieli, część w Berlinie, w pałacu Charlottenburg. W Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie zachowały się jedynie cztery obrazy i trzy cynowe posążki z dawnych przebogatych słobickich zbiorów. Własność AWRSP."

Zatem w atmosferze bogactwa i przepychu von Dohnowie wspominali militarną przeszłość ojczyzny i byli dumni z aktualnej sytuacji i potęgi militarnej Cesarstwa. Wszak Niemcy były podówczas jedną z największych potęg Europy i świata. W tej otoczce urodził się i wychował Aleksander, książę zu Dohna, który jak się potem okazało, był ostatnim spadkobiercą fortuny, i którego losy były chyba najtragiczniejsze spośród wszystkich Dohnów. stał się bowiem świadkiem utraty i zniszczenia całej potęgi rodu.

Aleksander z żoną

Aleksander von Dohna z rodziną przed pałacem w Słobitach

Ostatni książę Dohna urodził się w Poczdamie 11 grudnia 1899 roku. Pierwotnie miał mieć na imię Józef, tak chciała matka. Ojciec jednak wymusił aby jego pierworodnego nazwać imionami dziadków Ryszard i Herman oraz Aleksander. Jednak Cesarz Wilhelm II wyraził życzenie, żeby potomek tak znakomitego rodu był jego chrześniakiem. W ostatniej chwili w urzędzie dodano jeszcze imię Wilhelm. Tak więc Wilhelma, Hermana, Aleksandra, Ryszarda zu Dohna ochrzczono pod czterema imionami. Do chrztu, w zastępstwie Cesarza, trzymał go szef sztabu generalnego Helmuth hr. von Moltke zwany Młodszym. Stał się on, podczas chrztu, uczestnikiem komicznej sytuacji. Miał wygłosić mowę i sięgając do kieszeni po kartkę z przemówieniem, niechcący wyciągnął … papier toaletowy, który na oczach wszystkich zgromadzonych rozwinął się i potoczył po kościele. Bycie cesarskim chrześniakiem było powodem do dumy. Zresztą Cesarz nie odmawiał również innym osobom bycia chrzestnym. Gazeta Olsztyńska nr 38 (czwartek, 29 marzec 1900 r.) tak pisała: "Cesarz ojcem chrzestnym. Ogrodnik Hol w Krunzenhort na Śląsku, któremu urodziło się trzech chłopców, poprosił cesarza w „kumotry”. Cesarz zezwolił na zapisanie swego imienna w księgi jako chrzestnego. Chłopcom nadano imię Wilhelm I, Wilhelm II, Wilhelm III. Oprócz nowonarodzonych, ma już szczęśliwy ojciec sześcioro chłopców.”

Helmuth von Moltke

Z czterech imion używano jednego Aleksander. Cesarz dbał o to, aby wyróżniać chrześniaka. Podczas pobytów na polowaniach w Prakwicach wszystkie dzieci Dohnów całowały „najjaśniejszego” w rękę, jedynie Aleksander całowany był przez Cesarza w czoło. W czasie pobytu w Prakwicach (1910 r.) za trzydniowy pobyt „kajzer” wręczył właścicielowi ”olbrzymi napiwek – trinkgeld” w wysokości 1000 złotych marek. W tym czasie kajzer był już skłócony w Ryszardem i widocznie nie chciał być tylko gościem Dohny, a może to był taki cesarski zwyczaj.

W swojej wspomnieniowej książce Aleksander wspomina ciepło okres dzieciństwa, a szczególnie czas zamieszkiwania w Bielicy (niem. Behlenhof). Warto przytoczyć ten czas, jako najszczęśliwszy zdaniem Aleksandra, w jego życiu. Na tym przykładzie można sobie wyobrazić życie szlachty pruskiej i jej doskonałe gospodarowanie całymi dobrami. Przypomnijmy, że w Bielicach od 1908 roku, osiedli się rodzice Aleksandra. Poprzednio należały one do wuja Aleksandra, Achacego von Dohna.

Po objęciu włości w Bielicy Ryszard Emil von Dohna, ojciec Aleksandra, rozpoczął zakrojone na wielką skalę melioracje gruntów, pokrywając większość kosztów z własnej kieszeni. Pomagał mu w tym jego ojciec, właściciel majoratu Słobity. Ryszard Emil stale powiększał swoje włości. Zakupił, w 1910 roku, dobra w Cieszyńcu (niem. Teschenwalde), młyn w Bielicy, który po remoncie i przebudowie przeznaczono na dom pobytowy dla dziewcząt pozbawionych środków do życia. Trzeba dodać, że Dohnowie w swoich dobrach dbali o sprawy socjalne swoich pracowników. W Pachołach (niem, Pachollen) istniał dom dla emerytowanych robotników rolnych, a dom w Bielicy był pierwszym tego typu w Prusach Wschodnich. Otwarty był (oprócz zimy) przez cały rok. Prowadziła go żona Ryszarda Emila zu Dohna, Maria Matylda przy pomocy wolontariuszki z Królewca.

Młody spadkobierca fortuny był starannie edukowany. Początkowo Aleksandrem zajmowała się guwernantka i nauczyciele domowi m.in. Anglik Caney, który uczył go jazdy konnej i gry w futbol. Oczywiście przysposabiano go także do myślistwa. Mając 10 lat Aleksander strzelał z 6 mm krócicy. Łowczy dworu w Bielicy, Wilhelm Becker wywoził go do lasu, gdzie poznawał tajniki łowiectwa.

Wakacje i ferie spędzał Aleksander w dworku myśliwskim w Prakwicach odległym od Bielicy o 46 km. Podróż do Prakwic odbywała się powozem konnym i trwała około 3 godzin. W czasie podróży przejeżdżano przez dobra rodziny von Perbandt w Śliwicy (niem. Nahmgeist), Barzynę (niem. Wiese), która była własnością von der Groben, następnie przez Rychliki, Lipiec (niem. Lippitz) i Królikowo (niem. Königsee). W czasie pobytów w Prakwicach zawsze odwiedzano Kamieniec leżący obecnie w gm. Susz. Piękny barokowy pałac, pochodzący z drugiej połowy XVII w. był własnością Georga zu Dohna. Wujek Aleksandra był bezdzietny i bardzo lubił odwiedziny swoich młodych krewnych. Imponująca budowla słynęła z tego, że gościła w swoich murach Napoleona i Marię Walewską. Ciekawostką był pokój Napoleona „Napoleon – Zimmer”, w którym Cesarz francuzów mieszkał. Była w nim też bogato zdobiona „komnata chińska” oraz największy i najpiękniejszy w Prusach Wschodnich park pałacowy. Park dochodził aż do jeziora Gaudy.

Kamieniec kojarzony jest zwykle z rodem von Finckenstein. Wieś położona w odległości ok. 6 km od Susza, powiat iławski, pierwotnie występowała pod nazwą Hewisdorf, ale już w 1321 roku pojawia się pod nazwą Habersdorf. Jej początki sięgają czasów krzyżackich. W  1532 roku Książę Prus przekazuje wioskę Georgowi von Polenz, biskupowi Pomezanii, od którego w  1653 roku Habersdorf razem z należącymi do niej gruntami kupił Jonasz zu Eulenburg. Od tego ostatniego w 1705 roku folwark Habersdorf z wchodzącymi w jego skład wioskami: Różnowo, Michałowo, Bornice, Piotrkowo i Grodziec, za kwotę 78.100 guldenów kupił marszałek polny Prus Albrecht Konrad Finck von Finckenstein, który już od 1690 roku był właścicielem Iławy, dóbr rudzienickich z folwarkami Dziarny Duże i Małe, Ławice, Szałkowo i Kamień, a od 1699 roku właścicielem dóbr szymbarskich wraz z Ząbrowem i Kamionką, Starzykowem, Szczepkowem, Olbrachtowem i Falknowem. Finckensteinowie po zakupie Habersdorf stali się jednym z najbogatszych rodów magnackich Prus Wschodnich posiadającym tylko na terenie obecnego powiatu iławskiego dobra ziemskie o powierzchni ponad 10.000 ha.

Ten wielki magnacki ród posiadający w swoich dobrach, stary średniowieczny zamek w Szymbarku oraz rozliczne dwory i dworki wiejskie takie jak: w Rudzienicach czy Gardzieniu, nie posiadał jednak rezydencji odpowiednio wielkiej a zarazem okazałej i wygodnej. Świadczącej przy tym o bogactwie i wielkiej świetności rodu. Dlatego po kupnie Habersdorf,  Finckensteinowie postanawili tutaj właśnie zbudować dla sobie swoją rezydencję. Wcześniej jednak zwrócili się o pozwolenie na jej budowę do króla Prus Fryderyka Wilhelma I. Król wydając pozwolenie na budowę pałacu, zmienił swym edyktem z 1718 roku nazwę wsi Habersdorf na Finckenstein, a jednocześnie nałożył na Finckensteinów obowiązek wydzielenia w nowo zbudowanym pałacu oddzielnego skrzydła, przeznaczonego na rezydencję dla siebie i swej małżonki, potrzebną królewskiej parze podczas ich monarszych podróży z Berlina przez Kwidzyń i Prabuty do Królewca.

Budowę pałacu zakończono w 1720 roku. Zbudowany został w stylu francuskiego baroku, jego budowniczym był znany ze swych wcześniej zbudowanych rezydencji pałacowych dla wschodniopruskich magnatów Dohnów i Denhoffów, bardzo zdolny architekt angielski John von Collas. Do nowej rezydencji Finckensteinów z racji jej urody, przepychu, bogatego wystroju wnętrz oraz wspaniałych ogrodów i parku otaczających pałac, przylgnęła nazwa Wschodniopruskiego Wersalu. Pałac usytuowany frontem ku zachodowi miał dwa skrzydła boczne; północne i południowe. Część środkowa pałacu miała wymiary 65,5 m x 83,5 m, dwupiętrowe skrzydła boczne zajmowały powierzchnię o jednakowych wymiarach 65,5 m x 83,5 m.” (por. Wiesław Niesiobędzki, „Zamki, pałace, dwory i inne zabytki powiatu iławskiego”, Iława 2003).

Pałac stał się własnością von Dohnów po ożenku z siostrą Finckensteinów i wykupieniu go w 1782 roku, przez marszałka wielkiego Prus Aleksandra zu Dohna, syna Fryderyka Aleksandra zu Dohna. W rękach margrafów zu Dohna von Schlobitten skoligaconych wielokrotnie z grafami Finck von Finckensteinami, Kamieniec pozostawał do 1945 roku i jego ostatnim właścicielem był Aleksander zu Dohna. Po zajęciu tych terenów przez zwycięska armię radziecką pałac nazywany Pruskim Wersalem został ograbiony i spalony. Zachowały się jednak, szczególnie w archiwach niemieckich, liczne opisy i fotografie tej imponującej budowli.

 

Zespół pałacowo - parkowy w Kamieńcu – okres międzywojenny

Kamieniec - stan obecny

Okres dzieciństwa i młodości Aleksandra przerwał wybuch I Wojny Światowej, który zresztą przez cały ród został przyjęty z entuzjazmem. Całe Prusy Wschodnie i Niemcy (zjednoczone przez Wilhelma II) popierały politykę monarchy. Okres wojny rodzina Emila spędziła początkowo w Darmstad, a następnie w Słobitach. Aleksander został pod koniec wojny powołany do wojska gdzie po niedługim czasie zastała go kapitulacja Niemiec i dotarła do niego wiadomość o upadku monarchii,  abdykacji i banicji Cesarza Wilhelma II.

W 1918 roku zmarł ojciec Aleksandra, Richard Emil zu Dohna i w wieku dziewiętnastu lat, jako najstarszy syn, został księciem i spadkobiercą całego majątku słobickiego. Nie mógł pogodzić się z upadkiem monarchii i nigdy nie zaakceptował Republiki Weimarskiej.

Z powodu luki w wykształceniu rolniczym, po objęciu schedy, odbył praktyki rolnicze w gospodarstwach ziemiańskich u Karla Görg'a w Rydzówce oraz miejscowości Licze k. Kwidzyna. Z pobytu koło Kwidzyna zapamiętał plebiscyt w 1920 roku i jego wyniki. Prawie 95% mieszkańców tzw. rejencji kwidzyńskiej było za pozostaniem jej w Niemczech.

Nasiąknięty nurtem monarchistycznym działał na niwie politycznej początkowo w przemianowanej z Partii Konserwatywnej, Deutschnationale Voksparti, następnie w Haimatbundzie, z ramienia której prowadził nawet rozmowy z Adolfem Hitlerem będącym wtedy przywódcą NSDAP. Prowadził bardzo rozległą działalność polityczną mającą na celu przywrócenie w Niemczech monarchii. Obracał się w gronie najznakomitszych młodych przedstawicieli rodów arystokratycznych.

W 1925 roku, na polowaniu,  poznał, jak sam mówił „piękną i mądrą Fredę Antoinette hrabinę von Arnim z domu Muskau”. Związek popierały wszystkie znaczące rodziny pruskie i niemieckie. Zaręczyny oficjalne ogłoszono jednocześnie w Słobitach i Muskau, siedzibach rodowych narzeczonych. Do ślubu przygotowywano się pieczołowicie. Zmieniono wystrój sali w pałacu w Muskau, omawiano podróż poślubną, szyto stroje. Teść Aleksndra bardzo pragnął aby ten podczas ślubu wystąpił w tradycyjnym, wschodniopruskim uniformie stanowym. Zgodę na taki strój weselny wydał Tajny Radca, szef cywilnego gabinetu kajzera Wilhelma II. Pomimo, że Wilhelm II przebywał już wtedy na wygnaniu, Aleksander zwrócił się do niego o tę zgodę.

Na ten paradny i elegancki uniform składał się surdut do kolan w ciemnozielonym kolorze, z czerwonymi wypustkami na rękawach,  biała kamizelka, białe spodnie i biały, dwurzędowy szamerunek z szablą przy boku. Krój uniformu pochodził z połowy XVIII wieku.

Aleksander zu Dohna z żoną

Strój został założony przez Aleksandra tylko jeden raz w życiu - podczas ślubu. Na weselu było zaproszonych sto osób z najznakomitszych rodów pruskich. Zamek i kościół w Moskau udekorowano girlandami i flagami. Ślub odbył się 29 maja 1926 roku.

(Fotografia ze strony internetowej www.slobity.com.pl)

Jeszcze w czasie trwania wesela, młoda para udała się w podróż poślubną. Wyjechali samochodem Isotta Fraschini do Montreux w Szwajcarii poprzez Drezno, Wolfach w Szwardzwaldzie, Bazyleję, Evian les Bains nad jez. Genewskim.

 

Samochód Isotta Fraschini

Po dwutygodniowym pobycie w Szwajcarii, przybyli do Hesji, do miejscowości Lich, a następnie do Prakwic. Gdy nowożeńcy odpoczywali w Prakwicach, w Słobitach trwały gorączkowe przygotowania na powitanie dziedzica i jego żony.

Wyciągnięto z powozowni najcenniejszą, odkrytą karocę, którą do tej pory używał tylko Cesarz Wilhelm II i członkowie jego świty. Był to wystawny powóz koloru czarnego, wyściełany jasnym rypsem. Karoca nie miała kozła dla kuczera. Powozili ją dwaj kuczerzy, z których jeden siedział na lewym z sześciu koni w pierwszej dwójce a drugi na lewym koniu trzeciej dwójki. Obaj byli ubrani w cylindry i uroczyste liberie. Aleksander z żoną przyjechał do Słobit samochodem, ale w pobliskim lesie nowożeńcy przesiedli się do karocy. Z tyłu usiedli: przyboczny łowczy dworu Gustaw Adolf Schmitd z pióropuszem w kapeluszu i kordelasem myśliwskim oraz trzeci kuczer Gustaw Vill.  Przed dobrami przywitało ich trzech głównych zarządców siedzących na koniach i ubranych w odświętne surduty. Przed wejściem do pałacu zgromadzili się mieszkańcy Słobit, pracownicy majątku, pastor May, przedstawiciele organizacji młodzieżowej Deutschnationale Volskpartei oraz zaproszeni goście. Mowę powitalną wygłosiła matka Aleksandra. On sam podziękował wszystkim zgromadzonym i goście udali się na przyjęcie do komnaty zwanej uroczystą. Pracownicy majątku i mieszkańcy Słobit świętowali w ogrodzie.

Małżonkowie von Dohna rozpoczęli urzędowanie w dobrach w skomplikowanej sytuacji politycznej Niemiec. Aleksander mocno zaangażował się w politykę. Poparł nawet Adolfa Hitlera i wstąpił do NSDAP. Jak już wspomniałem, historię ostatniego księcia ze Słobit, szczegółowo opisał Lech Słodownik z Elbląga  i jest  ona opublikowana na łamach Głosu Pasłęka i na stronie internetowej www.glospasleka.pl. Niewątpliwie zasługą Alekandra zu Dohna było to, że doskonale administrował majątkiem słobickim. Przeprowadził remonty pałacu w Słobitach i dworku w Prakwicach. Jako ciekawostkę podam tylko, że jesienią 1932 roku spotkał się z Adolfem Hitlerem, następny raz w 1933 roku - podczas pobytu kanclerza Niemiec w Kamieńcu. Jego kolegą szkolnym był też osobisty adiutant Hitlera Karl Wolff. Aleksander spotykał się z dygnitarzami III Rzeszy: Reinhardem Heydrichem, Heinrichem Himmlerem, a Hermana Göringa zaprosił nawet na polowanie do Prakwic.  W swojej wspomnieniowej książce Aleksander jawi się jako przeciwnik nazizmu. Osobiście jednak uważam, że tym przeciwnikiem stał się dopiero po upadku III Rzeszy (jeśli stał się nim naprawdę - dop. autora). Był członkiem NSDAP (srebrną odznakę utopił w stawie w Słobitach „po przemyśleniach” jak sam pisze) i jak większość arystokracji popierał Hitlera w dojściu do władzy, przynajmniej na początku ruchu narodowosocjalistycznego, widząc w nim budowniczego „Wielkich Niemiec”. W czasie II Wojny Światowej Aleksander zu Dohna służył w Wermachcie, był nawet pod Stalingradem i w ostatniej chwili ocalał ze stalingradzkiego kotła. Wprawdzie osobiście zwalczał gaulaitera Kocha, ale nieznane są tego przyczyny.  Był na pewno wysokim oficerem wywiadu III Rzeszy, skoro ostatnim samolotem wyrwał się z "kotła stalingradzkiego" i na pewno był ważny dla III Rzeszy.

Dla mieszkańców Starego Dzierzgonia istotną jest informacja, że brał udział w pogrzebie Dietricha Henrici, zastrzelonego w lasach białobłodzkich k. Starego Dzierzgonia, przez spadochroniarzy radzieckich. Henrici był nadleśniczym w Starym Dzierzgoniu, poetą i prozaikiem zaprzyjaźnionym z generałem von Tresckow, uczestnikiem zamachu na Hitlera.

Dietrich Henrici z córką Renate oraz psem, także zastrzelonym przez spadochroniarzy. Fot. z 1944 r. Fot. archiwum rodzinne R. Henrici 

Spadochroniarzy potem wytropiono i zastrzelono. Była wśród nich młoda radiotelegrafistka. Ją samą zastrzelili jej towarzysze, ponieważ wcześniej została ranna podczas jednej z potyczek. W obławie na spadochroniarzy brali udział mieszkańcy Starego Dzierzgonia, policja i wojsko.

 

W 2014 r. przeglądając Internet natknąłem się na informację, którą zamieścił internauta o pseudonimie "Ewingi", którą w całości cytuję:

 

Partyzanci w St. Dzierzgoniu


Działania radzieckiej partyzantki w Lasach Starodzierzgońskich opisane były przez Kazimierza Skrodzkiego w Dzieje ziemi zalewskiej 1305-2005, Zalewo 2005, s. 243-244. Przytaczam fragment rozdziału Ziemia Zalewska w latach 1914-1944:

"Okolice Iławy i Zalewa, ze względu na położenie na przewidzianym kierunku natarcia oraz ze względu na węzły kolejowe w Iławie i Myślicach, były terenem zainteresowania Rosjan, szczególnie przed ostatecznym rozgromieniem wojsk niemieckich w Prusach Wschodnich. Rejon ten był zupełnie "nierozpracowany", dowództwo radzieckie nie dysponowało żadnymi wiadomościami o niemieckich przygotowaniach do obrony tego terenu. Do rozpoznania tyłów wroga kierowano doborowe oddziały komandosów, które zrzucano z samolotów na duże obszary leśne.
Wieczorem 24 sierpnia 1944 r. nadleśniczy w Starym Dzierzgoniu (12 km od Zalewa), Dietrich Henrici, udał się wraz z żoną na polowanie. Sam obserwował sarny na łąkach Mortunger Brücher (Mortąskie Trzęsawisko), natomiast jego żona czuwała na ambonie, umiejscowionej blisko granicy z Kamieńcem, 2 km na północ od trzęsawiska. W nocy obudził ją hałas nisko lecącego samolotu. Rankiem kobieta postrzeliła jelenia, lecz tylko go zraniła, dlatego państwo Henrici postanowili po południu go odszukać. Wyjechali z domu samochodem około godziny szesnastej. Poszukiwania postrzałka rozpoczęli koło ambony, gdzie leśniczyna spędziła noc. Udali się w kierunku Kamieńca, graniczącego z wielkim karczowiskiem, później rozdzielili się. Po kilku minutach pani Henrici usłyszała strzał, potem kilka następnych. Nie wiedząc co się stało, powróciła do auta. Czekała na męża, ale on nie wracał. Wieczorem udała się pieszo do oddalonego 7 km Forstmühle koło Białych Błot, skąd powiadomiono o całym wydarzeniu garnizon w Morągu. Wczesnym rankiem 26 sierpnia trzy oddziały Wehrmachtu zaczęły przeczesywanie lasu w poszukiwaniu zrzutu. Na karczowisku i pobliskich drzewach znaleziono 11 spadochronów. Nieopodal natrafiono na jednego ze skoczków, trafionego dwoma strzałami oraz zabitego psa nadleśniczego. Poszukiwania kontynuowano również następnego dnia. Znaleziono wtedy trzech spadochroniarzy. Wieczorem tego samego dnia przyjaciele znaleźli ciało leśniczego, w niewielkim fragmencie lasu. Pogrzeb Dietrycha Henrici odbył się 31 sierpnia. Pochowany został w lesie, niedaleko drogi ze Starego Dzierzgonia do Kamieńca, w brzozowym młodniku koło Białych Błot .
Henrici był poetą, prozaikiem i wykształconym leśnikiem, zaprzyjaźnionym z gen. Hennigiem von Tresckow, członkiem antyhitlerowskiej opozycji w armii. Mimo, że trzymał się z dala od narodowego socjalizmu, większość uczestników pogrzebu przybyła w brunatnych i czarnych mundurach. Był też książę Aleksander zu Dohna ze Słobit .
Według relacji Renate Henrici, pozostali przy życiu skoczkowie podzielili się na dwuosobowe grupy nękające okoliczną ludność. Organizowano więc na nich obławy, a pochwyconych, po przesłuchaniu, rozstrzeliwano na miejscu. Z jedenastu spadochroniarzy do października 1944 r. wyłapano dziewięciu, w tym jedną kobietę. Sądzono, że dwaj ostatni przedostali się przez linię frontu do swoich . Jednak na początku grudnia dwóch Rosjan próbowało odebrać pewnemu polskiemu chłopcu, przebywającemu tutaj na robotach przymusowych, konia z bryczką. Przysłany na drugi dzień, batalion wojska z Morąga wytropił ostatnich rosyjskich komandosów schowanych w paśniku dla zwierząt, których natychmiast po przesłuchaniu rozstrzelano.
W literaturze polskiej, poświęconej operacjom rozpoznawczym Armii Czerwonej na ziemi wroga, mowa jest o zrzucie w okolicach Zalewa. Mianowicie 21 sierpnia, w lesie, na terenie bagnistym, koło miasta, zrzucono siedmioosobową podgrupę desantową. Skoczkami dowodził Iwan Czurkin, a w składzie grupy był między innymi jeden Austriak, kolega Alfreda Scholza, który zrelacjonował później całe wydarzenie. W walce z obławą większość zwiadowców poległa, zabito przy tym dwóch Niemców. Czurkin, wraz ze skoczkiem Iwanem Wasiliewem, ukrywali się potem w lasach koło Nowego Miasta Lubawskiego. Jednak 9 listopada 1944 r. wpadli w ręce Niemców.
Według W. Góry i S. Okęckiego, w nocy z 17 na 18 sierpnia 1944 r. na dalekim zapleczu nieprzyjaciela, wylądowały dwie siedmioosobowe podgrupy, w ramach jednostki wywiadowczej Sztabu Generalnego Armii Radzieckiej. W jednej z podgrup znajdował się niemiecki antyfaszysta Alfred Scholz. Z drugą podgrupą, w skład której wchodził podoficer Priganost (robotnik wiedeński z dzielnicy Floridsdorf), od początku nie nawiązano kontaktu. Według późniejszych informacji lądowanie jej nastąpiło w pobliżu małej stacji kolejowej, gdzie znajdowały się liczne oddziały wojsk niemieckich. W wyniku natychmiastowej obławy w lesie wywiązała się walka, w której podobno wszyscy członkowie tej podgrupy desantowej zginęli".

 

Zacytuję jeszcze ciekawy tekst sprawozdania w tłumaczeniu Pana Kazimierza Madeli z Jerzwałdu. Ein westpreussisches Heimatbuch: Der Kreis Rosenberg - Alfred Müsse 1963. Autorem sprawozdania jest Gustav König - leśniczy z Kamieńca albo z Doliny.

 

Komandosi radzieccy w kamienieckich lasach w 1944 r.

"Rozpoczęło się wszystko w małej wsi Dolina, gdzie jest leśniczówka, szkoła, kilka domów robotników leśnych, trochę łąki i kawał pola. Wieś ta jest otoczona ze wszystkich stron lasem, a niedaleko niej znajduje się jezioro Bądze. Na polu przy wsi uprawiano kartofle i warzywa, zaś w ogrodach drzewa owocowe. Ziemia była tam dobra i nadawała się do tego celu, ale dziczyzna wychodziła w nocy z lasu i żerowała na tych uprawach. Dlatego do ich pilnowania wyznaczono strażnika nocnego. Był nim 45. letni Polak o nazwisku Kolecki, którego przysłano ze wsi Kazanice z powiatu Lubawskiego, gdzie od wielu lat pracował w lasach i pokazał się jako godny zaufania robotnik, mimo że Polak. Człowiek ten we wsi Dolina pełnił służbę strażnika od zmroku do świtu i nie był uzbrojony.


Rankiem 24 sierpnia 1944 r. podleśniczy Kaul z Doliny zameldował, że Kolecki nie wrócił ze służby nocnej do domu. Natychmiast więc rozpoczęto przeszukiwanie terenu wokół wsi. Już po krótkim czasie odkryto na piaszczystym polu kartofli odciski butów naszego strażnika, a obok nich nieznane ślady butów trzech innych ludzi. Ślady te wskazywały, jakby Kolecki był przez kogoś prowadzony do pobliskiego lasu i były jeszcze dobrze widoczne na drodze leśnej na odcinku jednego kilometra, potem zanikły w podszyciu leśnym. Poszukiwanie Koleckiego rozpoczęto dopiero następnego dnia, ale już przy udziale policji, leśników, robotników leśnych i paru osób cywilnych. W wyniku intensywnego przeczesywania terenu znaleziono niespodziewanie spadochrony ukryte w gęstych krzakach. Stało się więc oczywiste, że mamy do czynienia z komandosami radzieckimi. Tego samego dnia przeszukano bezskutecznie jeszcze spory kawał lasu. Dopiero przed zmrokiem kilku robotników leśnych, wśród nich byli ludzie znający język polski i rosyjski, natknęło się w gęstym zagajniku na trzech komandosów siedzących na małym pagórku. Komandosi przepytali natychmiast owych ludzi, co tutaj robią, a ci wyjaśnili, że szukają kolegi zawieruszonego w lesie. Wtedy komandosi rozkazali im usiąść na ziemi i nie ruszać się z miejsca. Ale po kilku minutach puścili wszystkich wolno, pod warunkiem, że nie zdradzą nikomu o tym spotkaniu, bo w przeciwnym razie czeka ich śmierć. Mimo tej groźby ludzie ci przybiegli do nas i opowiedzieli o całym zdarzeniu. Wysiadłem wtedy z samochodu i pieszo udałem się do uczestników akcji poszukiwawczej. Gdy doszedłem do długiego szpaleru naszych ludzi przeszukujących teren, zabrzmiały strzały karabinowe skierowane w naszym kierunku. Terkot broni maszynowej dochodził z odległego o 60 kroków mokradła zarośniętego krzakami, gdzie było obniżenie gruntu i z boku mały pagórek.  Strzelcy byli dobrze ukryci i mieli świetne pole obserwacji na odkryty teren, gdzie w tej chwili znajdowałem się obok naszych ludzi. Natychmiast rzuciliśmy się wszyscy na ziemię i leżeliśmy na niej nieruchomo, ale kanonada strzałów trwała nadal. Wtedy dało się też słyszeć huk jeszcze innych wystrzałów z miejsca odległego ode mnie o 250 kroków, gdzie przebiegała granica między leśnictwami  Stary Dzierzgoń i Kamieniec. Akurat tam i dokładnie o tej porze byłem umówiony na spotkanie z nadleśniczym Dietrichem Henricim ze Starego Dzierzgonia. W pewnej chwili zobaczyłem znanego mi wyżła nadleśniczego Henriciego, który właśnie stamtąd pędził wielkimi susami w kierunku ukrytych komandosów. Ale zanim tam dobiegł, został rozszarpany kulami naszych wrogów – padł w skoku. Zaraz potem, prawie jednocześnie, zabrzmiała seria z karabinu maszynowego i dwa strzały z fuzji myśliwskiej, te ostatnie prawdopodobnie z dubeltówki nadleśniczego Henriciego. Wtedy nastała zupełna cisza i do zapadnięcia ciemności nie padły już żadne strzały. Ludzie z kordonu poszukiwawczego otrzymali rozkaz pozostania na miejscu i czuwania do rana. Jeszcze tej samej nocy okolicę mokradła otoczyło dodatkowo 450 żołnierzy Wehrmachtu sprowadzonych z Iławy. O świcie rozpoczęto dalsze poszukiwania. Ale już nie tylko Koleckiego, lecz również nadleśniczego Henriciego, który nie wrócił na noc do domu, co zgłosiła jego żona. Poszukiwania dotyczyły teraz tylko tych dwóch zaginionych, gdyż uważaliśmy, że otoczeni półokręgiem komandosi zdążyli zbiec i zmienić miejsce swojego ukrycia. Jednak rzeczywistość okazała się inna. Gdy o świcie przeszło pół tysiąca ludzi zaczęło poruszać się koncentrycznie w kierunku mokradła, wywiązała się gwałtowna strzelanina w odległości kilkuset metrów od wczorajszego miejsca. Krótko potem udało się schwytać rannego w udo komandosa, który przedtem zdążył zabić jednego naszego żołnierza i postrzelić w nogę dowódcę Wehrmachtu. Tego samego dnia ujęto następnego komandosa, a w dziurze po korzeniu starego drzewa znaleziono przywalone chrustem zwłoki Koleckiego. Kolecki miał w okolicy serca dwie rany od pchnięcia sztyletem i twarz przysypaną piachem. Stan zwłok wskazywał, że śmierć nastąpiła już trzy dni wcześniej, chyba zaraz po uprowadzeniu. Znaleziono też martwego rolnika Ernsta Nowarka z Bornic, osierocił 6 dzieci. Niedaleko mokradła odkryto też porzucone obozowisko komandosów, gdzie obok kawałka anteny radiowej znaleziono ukrytą pod mchem dubeltówkę nadleśniczego Henriciego ze śladami krwi na kolbie i lufie. Zdaje się więc, że poprzedniego dnia wieczorem nadleśniczy Henrici natknął się na granicy leśnictw Stary Dzierzgoń i Kamieniec na drugą grupę komandosów. Dubeltówka Henriciego musiała być zatem jeszcze tej samej nocy przyniesiona do tego obozowiska. Dalsze poszukiwania nadleśniczego Henriciego prowadzone przez Wehrmacht przy użycia policyjnych psów tropiących i myśliwskich Henriciego nie dały żadnych wyników ani tego samego, ani następnego dnia. W niedzielę 28 sierpnia prowadzono dalsze poszukiwania z psami - bez skutku. Zdecydowaliśmy się wtedy przeczesać większy teren lasu, gdyż byliśmy przekonani, że nadleśniczy Henrici został uprowadzony przez komandosów w inne miejsce. Z kilkoma leśnikami wsiadłem wtedy do mojej bryczki i zaproponowałem dowódcy Wehrmachtu, aby podążył za nami. Jednak on poprosił wpierw o krótką przerwę śniadaniową dla swojego oddziału. Pojechaliśmy zatem bryczką tylko kilkaset metrów dalej i zatrzymaliśmy się, aby poczekać na posilających się żołnierzy. Nagle jeden z koni zaczął niespokojnie parskać. Zwróciłem na to uwagę, ale jeden z kolegów leśników odpowiedział, że to chyba nic nie znaczy, gdyż zapewne konie reagują w ten sposób na zapach pozostawiony tu przez psy tropiące. Obejrzałem się do tyłu i na pagórkowatym terenie zobaczyłem zbliżających się żołnierzy. Pomachałem do nich ręką i wtedy na mój znak przyspieszyli marsz w moim kierunku. Nadal jeden z koni sapał i prychał, jednocześnie położył łeb na grzbiecie drugiej chabety. Akurat doszli do nas żołnierze Wehrmachtu i rozeszli się na lewo i prawo od bryczki. Już po krótkiej chwili jeden z nich zawołał z gęstego młodnika grabowego – „tutej leży nadleśniczy i jeszcze jeden”. Były to zwłoki Henriciego, a pięć kroków od niech leżał martwy komandos. Henrici miał na piersi ranę od kuli i kilka ran postrzałowych głowy oraz strasznie zdruzgotaną szczękę dolną, prawdopodobnie od uderzenia jego własną dubeltówką, był bez butów, brakowało jego czapki, portfela, noża myśliwskiego i lornetki - część tej ostatniej znaleziono w torbie pochwyconego później komandosa. Prawdopodobnie Henrici szedł wzdłuż granicy leśnictw i niespodziewania natknął się na komandosów ukrytych w gęstym zagajniku, którzy natychmiast zaczęli do niego strzelać z odległości jakichś 10 m. Henrici zdążył jeszcze wystrzelić ze swojej dubeltówki i śmiertelnie trafić jednego z napastników, zaraz potem ugodziły go kule wrogów. Komandosi wciągnęli zwłoki nadleśniczego i swojego kolegi głęboko w gąszcz tego zagajnika, gdzie zostały one znalezione dzięki instynktowi koni. Po potyczkach z komandosami w ostatnich dniach sierpnia zdawało się, że ślad po nich całkiem zaginął. Ale spokój trwał krótko. Zaczęły bowiem znikać owoce i warzywa z ogrodów mieszkańców wsi Dolina oraz pojawiły się podejrzane ślady na słabo uczęszczanych dróżkach leśnych odległych o 2-3 km na południe od wsi. Stało się więc jasne, że komandosi zmienili swoje obozowisko, ale nie opuścili naszej okolicy. Ich nowa kryjówka znajdowała się prawdopodobnie gdzieś w gąszczach leśnych na terenie bagien i trzcinowisk wokół jeziora Gaudy. Gdy obszar ten bezskutecznie przeczesało 500 żołnierzy z oddziałem policjantów, zaprzestano dalszych poszukiwań i zarządzono tylko wzmocnione obserwacje tego terenu przez Wehrmacht i policję. W szkole we wsi Dolina zakwaterowanych było 12 pracowników leśnych, byli to w większości Polacy. Z nieznanych nam powodów zostali oni pewnej wrześniowej nocy napadnięci przez komandosów. Napastnicy walili do drzwi i żądali ich otwarcia, ale robotnicy nie chcieli ich oczywiście wpuścić do środku i zabarykadowali wejście. Gdy komandosi zaczęli rozbijać drzwi, napadnięci wyskoczyli oknem z tyłu budynku i uciekli do oddalonej o 150 m leśniczówki. Hałas i krzyki wołania o pomoc zaalarmowały okoliczne posterunki wartownicze. Po szybkim przybyciu na miejsce policji komandosów już nie było, zbiegli do lasu w nieznanym kierunku
Któregoś następnego dnia duży oddział Wehrmachtu z 20 psami tropiącymi przeszukał kilkadziesiąt hektarów gęstych młodników świerkowo-sosnowych. Kolumna wojska przeczesywała teren, a jeden żołnierz od drugiego miał być oddalony tylko o jeden krok. Z powodu niezwykłego gąszczu drzew nie było to jednak możliwe, nawet psy straciły orientację. I tym razem poszukiwania nie przyniosły efektu. Ale w tych gęstwinach kryjówki komandosów wcale nie było, tak zeznał dwa dni później jeden z nich, pochwycony podczas wieczornej strzelaniny. Okazało się bowiem, że gdy nasze wojsko przeszukiwało coraz to inne regiony lasu, komandosi ukrywali się przez cały czas w zagajniku blisko leśniczówki wsi Dolina. Odnaleziono tam potem spore ilości skórek po pomidorach, ogórkach, kartoflach i marchwi oraz resztki psich kości i sierści, co wyjaśniło losy zaginionego w pobliżu leśniczówki myśliwskiego teriera. W tym porzuconym obozowisku leżały też zwłoki telegrafistki rosyjskiej, gdzieś 20-25 letniej dziewczyny. Pochwyceni później komandosi zeznali, że telegrafistka złamała kość udową podczas skoku spadochronowego. W to miejsce przynieśli ją koledzy na prowizorycznych noszach i opatrzyli ranę, a następnie czekali na poprawę jej zdrowia. Gdy okazało się, że bez pomocy lekarskiej nie ma na to szans, dowódca komandosów zastrzelił ją strzałem w skroń - dziewczyna spała wtedy. Huk tego właśnie wystrzału było nawet słychać o zmierzchu dwa albo trzy dni wcześniej w leśniczówce we wsi Dolina, ale nie można było ustalić, z jakiego kierunku dochodził.
Podczas kolejnej potyczki na skrzyżowaniu leśnych dróg ciężko rannych zostało dwóch żołnierzy Wehrmachtu, ale ujęto przy tym jednego komandosa i jednego zraniono. Tego ostatniego uratowali jego koledzy i razem udało się im uciec. Odkryto też nowe obozowisko komandosów w olszynowym zabagnieniu nad jeziorem Gaudy, gdzie wywiązała się strzelanina i lekko draśnięty został jeden żołnierz Wehrmachtu. Gdy nasi wrogowie stamtąd zbiegli, znaleziono tam porzucony nadajnik radiowy i zwłoki tego wcześniej rannego komandosa, który został zabity przez swoich strzałem w głowę. Nową kryjówków komandosów był zagajnik położony 4 km dalej od tego miejsca w kierunku południowo-wschodnim, na co wskazywały ślady odkryte w lesie. Po ich zauważeniu przegrupowano oddziały wojska oraz policji i nakazano obserwować ten teren. Każdej następnej nocy dochodziło tam do strzelaniny, jednak bez ofiar po naszej stronie.
Dnia 13 października rozpoczęto w lasach wielką i dobrze przygotowaną obławę na komandosów. Tego właśnie dnia znaleziono przy jamie borsuczej karabin oparty o złamaną sosnę. Było to na skraju leśnej przesieki, gdzie wokoło leżały opadłe liście bukowe i nic nie wskazywało na ludzkie ślady. Również przy wejściu do nory borsuka nie było widać nic podejrzanego. Niemniej nasi żołnierze wrzucili do tej nory dwa granaty i ostrzelali ją z karabinu maszynowego. Zaraz potem wyczołgało się niej dwóch komandosów. Okazało się, że we wnętrzu nory borsuka komandosi wygrzebali komorę o wielkości 1,5 m – 1,0 m i tam się sprytnie ukryli. Po rozkopaniu całości skrytki znaleziono w niej trzeciego komandosa, ale ten był już martwy. Być może został trafiony naszymi kulami, albo zginął z własnej ręki.  Ostatni dwaj komandosi próbowali przebić się na południe, gdzie chcieli połączyć się z innymi zrzuconymi w okolicy Lidzbarka Welskiego albo frontem sowieckim idącym na Warszawę. Pochwyceni zostali podczas snu na skraju leśnej przesieki przez poranny patrol leśniczego oddziałowego ze Zbiczna (Powiat Nowomiejski). Nie doszło przy tym do walki."

Tłumaczenie Kazimierz Madela Jerzwałd

 

W ksiące pt. Die Heimatchronik der westpreussischen Stadt Christburg und des Landes am Sorgefluss - 1961 r. Otto Piepkorn podaje, że nad lasami kamienieckimi zrzucono siedmiu komandosów radzieckich i że wszyscy byli Azjatami. To ostatnie nie wydaje się prawdopodobne, gdyż nie wspomina o tym Gustav König, który widział zwłoki kilku komandosów i fakt ten nie uszedłby raczej jego uwadze.

 

Wiadomo, że grób nadleśniczego Dietricha Henriciego znajduje się miejscowości Białe Błoto, prawdopodobnie zginął w tym miejscu. Groby komandosów radzieckich nie są znane, nikt nie zna też nazwisk tych dzielnych chłopaków i odważnej dziewczyny.

 

Grób Dietricha Henrici znajduje się w miejscowości Białe Błoto na terenie leśnej szkółki i opiekuje się nim leśnik Jerzy Grążawski i jego żona Renata. Córka Henriciego, frau Renate Henrici, często go odwiedza. Ponoć pogrzeb, 25 sierpnia 1944 roku, był manifestacją nazistowską. Większość uczestników przybyła w brunatnych mundurach, a Aleksander zu Dohna wystąpił na nim po raz ostatni w mundurze oficera Wermachtu. Nie dziwi to nikogo, wprawdzie Dietrich Henrici był przeciwnikiem nazizmu, ale jego żona była fanatyczną zwolenniczką ruchu (wspomina o tym jej córka Renate) i urządziła pogrzeb jako manifestację. Podczas odwiedzin Renate Henrici w Starym Dzierzgoniu w 2008 roku spytałem ją o mundury, w które byli ubrani uczestnicy pogrzebu i otrzymałem odpowiedź, że "dla wielu uczestników mundur był najlepszym ubraniem jakie posiadali i dlatego ubrali je na pogrzeb". Pozostawiam to bez komentarza.

 

Grób Dietricha Henrici - 1944 rok

Grób Dietricha Henrici - stan obecny

Jak wspomniałem Dietrich Henrici był bliskim przyjacielem generała Henniga von Treskov. Tuż przed wybucham II Wojny Światowej generał, wraz ze sztabem dywizji piechoty, w której służył, kwaterował w Starym Dzierzgoniu. Sztab dywizji ulokowany był w budynku nadleśnictwa. Wspominała o tym Renate Henrici w rozmowie ze mną.

 

Budynek nadleśnictwa, w którym mieszkał D. Henrici był miejscem zakwaterowania sztabu dywizji piechoty tuż przed uderzeniem na Polskę w 1939 r. Budynek istnieje do dnia dzisiejszego.

D. Henrici z rodziną tuż przed wyruszeniem na front. Fot. archiwum R. Henrici

Z powodu ciężkiej choroby Dietrich Henrici został z frontu zwolniony i aż do śmierci był dalej nadleśniczym w Starym Dzierzgoniu. Trzeba mu oddać, że dbał o pracowników leśnych, zbierał dla nich żywność. Np. pod pozorem dokarmiania zwierzyny siał na leśnych polanach zboże, które potem rozdawał potrzebującym. W lasach starodzierzgońskich zachowała się droga, którą Dietrich Henrici utwardził kołkami dębowymi, wbijanymi pionowo w drogę.

Dietrich Henrici na zrębie w Jerzwałdzie. Fot. archiwum R. Henrici

Powróćmy jednak do losów Aleksandra zu Dohna.

Koniec wojny to dla Aleksandra okres ratowania majątku. Kolumna wozów konnych wyruszyła ze Słobit 22 stycznia 1945 roku.  Aleksander długo żegnał się z majątkiem. Objeżdżał konno pola i lasy, nie mógł przeboleć, że pałac w którym od ponad trzystu lat zamieszkiwał ród von Dohna, zostanie stracony na zawsze. Z dobytkiem zapakowanym na wozy, dosiadając ulubionego wałacha „Ollo” wyruszył na zachód. Trasa wiodła prze Prusy, Niemcy i po wielu tygodniach zakończyła się, 22 marca 1945 roku, w miejscowości Eystrup koło Bremen.

Kolumna na trasie ucieczki

Po drodze niby zaginęło prawie wszystko. Chyba jednak nie do końca, ponieważ cała kolumna wozów jednak dotarła na miejsce. Jednak historia „ukarała”  ostatniego z książąt von Dohnów. Uratował życie, lecz stracił wszystko, co życie to wypełniało. Zniszczeniu uległy piękne pałace w Słobitach, Kamieńcu i dworek w Prakwicach. Po II Wojnie Światowej wielokrotnie odwiedzał Słobity i Prakwice. Próbował namówić włdze polske do odbudowy Słobit. Nic z tego nie wyszło. Dzisiaj oba pałace są w kompletnej ruinie, podobnie jak pałac w Kamieńcu. Jednak Aleksander był bardzo ciekawą postacią, zresztą jak wszyscy członkowie rodu von Dohna. Zmarł w 1997 r. W ostatnich latach życia stracił wzrok ale nic nie stracił na aktywności. Ciągle wspominał świetność rodu. Napisał swoją wspomnieniową książkę, nagrywał programy w niemieckiej telewizji oraz powstał film DVD z jego wspomnieniami pt. "Prökelwitz und Schlobitten".

Trasa ewakuacji

"Książę Aleksander zu Dohna ostatni raz przebywał w Słobitach, Prakwicach, Dawidach i Kwitajnach w dniach 11 - 18 września 1992 roku. Był już wówczas niewidomy i towarzyszył mu osobisty lekarz oraz ekipa telewizji niemieckiej kręcąca biograficzny film pt. „Świadek stulecia”. Praktycznie do końca swego życia zachował doskonałą pamięć i aktywność.

Książę Aleksander zmarł 29 października 1997 roku w Bazylei w Szwajcarii. W nekrologu podpisanym przez wszystkich członków najbliższej rodziny, czytamy m.in.: „W wierze w Boga, Pana Naszego i nadziei na błogosławione Zmartwychwstanie, jak stoi na grobach jego przodków, zakończył swoje wypełnione życie, mój kochany Mąż, nasz Ojciec, Dziadek i Pradziadek Aleksander Książę zu Dohna- Schlobitten, burggraf zu Dohna, ostatni właściciel fideikomisu w Słobitach i Prakwicach, odznaczony Krzyżem Żelaznym I- i II-giej Klasy oraz innymi odznaczeniami. Urodzony 11 grudnia 1899, zmarł 29 października 1997:

Freda Antoinette Księżniczka zu Dohna-Schlobitten, z domu grafini von Arnim a.d. Boizenburg" (por. Lech Słodownik).

 

Nabożeństwo żałobne odbędbyło się w Kościele Gellerta w Bazylei w poniedziałek, 31istopada 1997 roku o godzinie 11.00. Pogrzeb miał miejsce na cmentarzu klasztornym w Arnsburgu, D-35423 Lich, w środę, 5 listopada 1997 roku o godzinie 14.00. Zamiast wieńców, zgodnie z wolą Zmarłego, przekazywano datki na przytułek dla ubogich.

Książę Aleksander spoczął obok swojej matki - Marii Matyldy księżniczki zu Solms-Hohensolms-Lich (1873-1953), której przodkowie z dawien dawna w Lich (Hesja) mieli swe dobra rodzinne.

 

Z pałacem słobickim związana jest jeszcze jedna tajemnica. Ponoć była w nim ukryta słynna Bursztynowa Komnata. Faktem jest, że dr Alfred Rhode królewiecki  opiekun słynnej Bursztynowej Komnaty wystosował do Aleksandra list z prośbą. Prośba dr Rhode dotyczyła możliwości przechowania najbardziej wartościowych eksponatów Bursztynowej Komnaty w Słobitach. Książę w piśmie z 11 września 1944 roku odmówił prośbie stwierdzając, że jego majątek nie nadaje się do tego zadania. Potwierdzają to rosyjscy historycy. Niemiecki badacz, Paul Enke twierdzi, że przyczyną odmowy był fakt, że pałac w Słobitach zamieniono wcześniej na składnicę dzieł sztuki Wehrmachtu. Stanisław Stulin (autor książki "Gdzie ukryto Bursztynową Komnatę?") uważa zaś, że Aleksander zu Dohna brał jednak czynny udział w ewakuacji dzieł sztuki. Wiadomo, że udało mu się wywieźć dużą część słobickiej kolekcji, współpracował przy ukrywaniu zbiorów z Malborka. Jest więc bardzo prawdopodobne, że miał swój udział w tajemniczych losach Bursztynowej Komnaty.
Po zajęciu Słobit przez Rosjan, pałac został doszczętnie ograbiony i spalony. Dziś pozostaje ruiną, ale jego piwnice wciąż przyciągają poszukiwaczy. Prawdziwym znawcą losów ostatniego księcia ze Słobit jest Pan Lech Słodownik z Elbląga. W 2004 roku napisał artykuł na temat związków Aleksandra zu Dohny z losami Bursztynowej Komnaty. Ukazał się on na łamach NetGazetaGłosPasłęka. Pozwolę sobie zacytować go w całości:

"Zagadka zaginięcia Bursztynowej Komnaty ciągle wraca na łamy środków masowego przekazu, ale jak się okazuje tylko i wyłącznie w celu epatowania czytelników, czy też telewidzów, danymi nastawionymi na tanią sensację. Tak było również w listopadzie 2003 r. w programie TVN „Nie do wiary”, gdzie zamieszczono relację z ruin pałacu w Słobitach z sugestią, że w jego zasypanych piwnicach może być zmagazynowana słynna Bursztynowa Komnata. Zabrzmiało to niezwykle sensacyjnie, ale niestety, miało mało wspólnego z prawdą, co jest zresztą typowe dla konwencji tego programu. W podobnym stylu został zredagowany artykuł Cezarego Gmyza „Testament Ericha Kocha” w świątecznym wydaniu „Wprost” z 31 grudnia 2003 r., ale tygodnik ten w ostatnim okresie wybitnie „dołuje” i dziwne jest również to, że do tego poziomu dopasowuje się red. S. Bratkowski pisząc mało udane artykuły o Prusach Wschodnich, o tragedii wypędzonych Niemców itp. Wspomniany tekst C. Gmyza bazuje na materiałach ściągniętych bezkrytycznie z biografii Ericha Kocha, wydanej przez niemieckiego historyka Ralfa Meindela. Mimo tak sensacyjnie brzmiącego tytułu, nie ma tu nic związanego z meritum interesującej nas sprawy. Natomiast ten niby testament ostatniego Gauleitera Prus Wschodnich jest tylko i wyłącznie listem osobistym i pożegnalnym E. Kocha do najbliższej rodziny, napisanym w obliczu czekającej go ciężkiej operacji, którą notabene przeżył. Nie wiadomo kim jest C. Gmyz, ale we wspomnianym artykule nie zadał sobie żadnego trudu, by cokolwiek wyjaśnić. Podał nazwy dwóch miejscowości, w których jakoby miała być zmagazynowana Bursztynowa Komnata, ale nawet nie określił dokładnie, gdzie się one znajdują. Tego typu informacje są typową manipulacją, a niepotwierdzone źródłowo są niedopuszczalne".

Tymczasem słobickie ślady Bursztynowej Komnaty są następujące.
Zamek, lub pałac w Słobitach zaliczany był już wkrótce po rozbudowie na początku XVIII w. do tzw. „zamków królewskich”. Nazwa ta ma związek z niespotykanym wówczas rozmachem w jakim go wybudowano, z przepychem wnętrz i wyposażenia. Przede wszystkim jednak Słobity były „pałacem królewskim” z tego powodu, że przebywali w nim od 1701 r. wszyscy królowie Prus podróżujący do Królewca, mieszkał w nim car Rosji Paweł I, marszałek Jean Baptiste Bernadotte i wiele innych osobistości z omawianego okresu. Do tzw. „królewskich” rezydencji zaliczano wówczas m.in. Finckenstein (obecnie Kamieniec k. Susza), Friedrichstein (obecnie Kamienka w obwodzie kaliningradzkim) oraz Dönhoffstadt (Drogosze pow. Kętrzyn). Ostatnim właścicielem pałacu i olbrzymich dóbr w Słobitach był książę Aleksander zu Dohna-Schlobitten (1899-1997), autor pięknej książki „Erinnerungen eines alten Ostpreußen” – „Wspomnienia starych Prus Wschodnich”.


Właśnie z tej książki dowiadujemy się nieco o „słobickim śladzie Bursztynowej Komnaty”. Otóż w połowie stycznia 1945 r., gdy było już słychać kanonadę zbliżającego się frontu, przybył do Słobit Ernst Otto hrabia von Solms-Laubach (1890-1970), oficer ds. sztuki (Kunstoffzier) na froncie wschodnim. Był on spowinowacony z rodziną Dohnów ze Słobit poprzez Achacego I zu Dohna (1533 –1601), wnuka Stanisława von Dohna, pierwszego z tej rodziny, który przybył do Prus w 1454 r. Hrabia Ernst Otto von Solms-Laubach wraz ze swym współpracownikiem – dr Hansem R. Weihrauchem, dokonał demontażu w 1943 r. „Bursztynowej Komnaty” w Carskim Siole. Wówczas przybyli do Słobit z zadaniem ratowania cennego wyposażenia pałacu słobickiego, ale ... dysponowali tylko jednym samochodem. Nieco wcześniej dyrektor muzeum „Prussia” w Królewcu – dr. Alfred Rhode sondował Dohnę w sprawie możliwości zdeponowania „Bursztynowej Komnaty” w podziemiach słobickiego pałacu. Książę Aleksander zu Dohna odmówił, tłumacząc się brakiem odpowiednich możliwości, mając jednak przede wszystkim świadomość, że byłoby to miejsce tymczasowe, gdyż Prusy Wschodnie będą utracone. Zresztą demontaż i wywóz zbiorów z cennego wyposażenia pałacu słobickiego rozpoczął już w czasie rocznego urlopu po powrocie spod Stalingradu w styczniu 1943 r.
Powyższe stanowisko zawarł książę Aleksander zu Dohna jeszcze raz w liście z dnia 27 września 1994 r. skierowanym do p. T. Balickiego z Młynar (zm. w 2003 r.). Omówił w nim propozycję zarządu miasta Królewca i tamtejszego dyrektora prowincjonalnego muzeum – dr A. Rhode, w sprawie ewentualnego przechowania „Bursztynowej Komnaty” w piwnicach słobickiego pałacu. Dr Alfred Rhode pozostał z żoną do końca w oblężonym Królewcu, został uwięziony, a następnie zamordowany przez NKWD na Łubiance w 1945 r. Niezwykle wykwintny, barokowy pałac w Słobitach został spalony przez żołnierzy sowieckich w marcu lub sierpniu 1945 r. Nie ulega wątpliwości, że właśnie E. Koch był prawdopodobnie jedną z ostatnich osób, które doskonale znały losy „Bursztynowej Komnaty”. Skazany w 1959 r. na śmierć przez Sąd Wojewódzki w Warszawie, zmarł w 1986 r. w więzieniu w Barczewie. Zagadka niewykonania wyroku śmierci na Kochu tłumaczona jest m.in. tym, że znał on tajemnicę przechowywania Bursztynowej Komnaty, jak również tym, że miał problemy z poruszaniem się, a w myśl polskiego prawa, skazany musi wejść o własnych siłach na szafot. Są pewne przypuszczenia, że E. Koch część z cennych zbiorów obrazów, mebli i in. przechowywał w pałacu w Wysokiej k. Rychlik, który już przed wojną został włączony do tzw. Fundacji E. Kocha. Ale pałac ten też został wysadzony w styczniu 1945 r. przez wycofujące się oddziały Wehrmachtu, w celu „zatarcia śladów”. Czy była tu przechowywana Bursztynowa Komnata – trudno powiedzieć".
Lech Słodownik
13.08.2004