Kamienie Wilhelma

Internetowe wydanie ksiązki Andrzeja Czaplinskiego

Get Adobe Flash player

Łowy w Spale

Zanim rozpoczniemy opisywać Spałę i polowania spalskie należy przedstawić historię Księstwa Łowickiego, które zapoczątkowało spalskie łowy. Najlepiej to zrobić słowami ppłk. Mikołaja Małychina, który był świadkiem polowań Cara Aleksandra III i opisał je w książce pt. "Carskie polowanie w Księstwie Łowickim. Oryginał wydano w Warszawie, w 1886 r. Polskie wydanie, w ilości 99 sztuk, ukazało się  w 2016 r.

[ ... ] Przede wszystkim trzeba zaznajomić was z domenami Księstwa Łowickiego. W czasach rządów pruskich, a potem stworzonego przez Napoleona Księstwa Warszawskiego domeny te nie miały swojej nazwy. Później zostały podarowane przez Napoleona znamienitemu marszałkowi Davout. Wraz z upadkiem Napoleona domeny te przeszły na własność państwa rosyjskiego i Car Aleksander I podarował je jako posag narzeczonej wielkiego księcia Konstantego Pawłowicza, która jednocześnie otrzymała tytuł księżnej łowickiej i w swojej ostatniej woli przekazała je w dziedzictwo Carowi Mikołajowi I. Od tamtej pory Księstwo Łowickie stanowi własność panującego Cara i dlatego jest zarządzane przez Ministerstwo Dworu Panującego. Znajduje się ono na terenie guberni warszawskiej, a obecnie pod jego zarządem pozostają jeszcze dwa państwowe leśnictwa z guberni piotrkowskiej i radomskiej.


Głównym bogactwem, a także ozdobą Księstwa są rozległe nieprzebyte lasy, pilnie strzeżone przed złodziejami i kłusownikami. Wielowiekowe dęby, sosny i świerki spotyka się tam na każdym kroku. W różnych częściach olbrzymy te, stawszy się jednolitą masą, tworzą zupełnie nieprzenikalną formę. […] Zarząd Księstwa Łowickiego mieści się w Skierniewicach, gdzie znajduje się niewielki, lecz piękny pod względem architektonicznym dworek, z dużym parkiem i licznym zwierzyńcem.

Dwór w Skierniewicach

W dworku tym spędził ostatnie lata swego życia  generał feldmarszałek książę Aleksander Iwanowicz Bariatyński, w hałaśliwym kręgu swoich wielbicieli, towarzyszy broni i dostojnych gości.

Książę Aleksander Bariatyński

Z hrabią Bariatyńskim związana jest taka oto historia:
Tuż za torami dawnej Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej w parku miejskim znajduje się niewielki XIX – wieczny pałacyk – Willa „Aleksandria”, zwany również pałacykiem myśliwskim „Sabediany”. Nazwa, willa „Aleksandria”, pochodzi z II połowy XIX wieku, gdzie zajmowali ją adiutanci Cara Aleksandra II. Kolejna nazwa ma swoje źródło w legendzie, która głosi, że kiedy właścicielem dóbr skierniewickich był książę Aleksander Bariatyński (lata 70. XIX wieku), willa stanowiła mieszkanie, a zarazem więzienie pięknej Czerkieski, porwanej przez księcia na Kaukazie. Nadał on brance imię Sabediana, ponieważ „mądrością królowej Sabie dorównuje, a zgrabnością – bogini rzymskiej Dianie”. 

Sabediana

Nieszczęsna branka miała zostać żoną feldmarszałka, który umieścił ją w skierniewickiej willi. W rzeczywistości nazywała się Nina, lecz mieszkańcy mieli dla niej własne przezwisko - Cyganicha. Budziła powszechne zgorszenie. Rzucano za nią kamieniami, mimo iż należała od osób wykształconych i pochodziła z bogatej rodziny. Wieść niesie, że w końcu popełniła samobójstwo kindżałem, który przekazał jej po kryjomu stary sługa. Podobno w tutejszym parku można czasem spotkać ducha pięknej Sabediany.

 

Legenda o Sabedianie – nieszczęsna branka


Wieczorową porą w okolicy stawu, w parku za torami kolejowymi, ukazuje się postać dziewczyny w stroju wschodnim. Najstarsi mieszkańcy Skierniewic opowiadali o figurce pięknej dziewczyny w powiewnych szatach znajdującej się w pocz.  XX wieku na wysepce niewielkiego stawu w pobliżu willi Aleksandria. Rzeźba  została zniszczona i leży gdzieś na dnie stawu. Figurka symbolizowała młodą Czerkieskę  przywiezioną do Skierniewic w 1877 roku przez feldmarszałka Aleksandra Bariatyńskiego, który w nagrodę za zwycięski podbój Kaukazu, otrzymał od Cara w bezpłatną dzierżawę dobra  skierniewickie. Książę, sprowadzając się do skierniewickiego pałacu, przywiózł wielkiej piękności brankę wojenną. Umieścił swoją faworytę w willi w północnej części parku otaczającego rezydencję carską. Willa, wybudowana w 1841 roku przez Idźkowskiego, znanego architekta Warszawy, zwana była willą Aleksandria  albo potocznie  pałacykiem myśliwskim, gdyż przeznaczono ją dla adiutantów carskich, którzy stąd wyjeżdżali na polowania. Piękną Czerkieskę  Ninę nazywano w mieście Cyganichą. Ulicznicy często rzucali za nią kamieniami, a mieszkańcy gorszyli się na jej widok.


Dziewczyna  pochodziła z wysokich gór Kaukazu. Ojciec jej był bogaczem, posiadał ogromne winnice na stokach gór nad rzeką Terek. Nina była dziewczyną wykształconą. Potrafiła czytać i pisać, mówiła po francusku. Była dziewczyną dumną i szczęśliwą  do czasu, gdy  do ich domu zawitał ze swoimi wojskami książę Bariatyński. Zachwycony urodą dziewczyny, wódz wojsk rosyjskich  porwał ją. Nina stała się jego niewolnicą i  łupem wojennym. W ostatniej chwili stary sługa zdążył po kryjomu przekazać dziewczynie kindżał  od ojca, którym wedle tradycji,  powinna popełnić samobójstwo. Honor czerkieski nie pozwalał by obcy mężczyźni zobaczyli twarz niewiasty, a cóż dopiero gdy stała się branką.  Dziewczynie zabrakło odwagi i tym sposobem znalazła się w niewoli w Skierniewicach. Książę zabrał jej nie tylko cześć ale i imię. Bariatyński zadecydował, że Nina, dorównująca  mądrością królowej Saby, a pięknością  bogini rzymskiej Dianie, nazwana zostanie Sabedianą.


Aleksander III, podczas pobytu w Skierniewicach, zachwycił się piękną branką, proponując Bariatyńskiemu odkupienie dziewczyny w zamian za przedłużenie dzierżawy dóbr skierniewickich. Co się stało z piękną Niną? Czy zaopiekował się nią Carewicz, czy ogarnięta tęsknotą za górami Kaukazu i melancholią  targnęła się na swoje życie? Legenda głosi, że popełniła samobójstwo przebijając się kindżałem przywiezionym z rodzinnych stron.

 

Po śmierci księcia w willi zatrzymywali się goście rosyjskiego Cara, którzy przybywali na polowania do pobliskiego Zwierzyńca. Na początku XX wieku w willi zamieszkiwała rodzina hrabiów Wielopolskich.

Willa Aleksandria zwana "Sabedianą"

 [ ... ] Po śmierci księcia dwór w Skierniewicach i park opustoszały. Obecnie zaś dworek skierniewicki znowu ożył, stawszy się rezydencją Ich Cesarskich Mości i przeszedł do historii jako miejsce spotkania trzech Cesarzy.

Spotkanie trzech Cesarzy znane w historii jako spotkanie Trzech Czarnych Orłów. Od lewej: Cesarz Austro-Węgier Franciszek Józef, Cesarz Niemiec Wilhelm I i Cesarz (Car) Rosji Aleksander III z żoną Marią Fiodorowną

Cała Europa milionami ust powtarzała nazwę nieznanego dotychczas miasteczka, gubiąc się w domysłach, jakież to postanowienia zapadły w pomieszczeniach tego skromnego dworku. Nazwa Skierniewice nabrała historycznego wymiaru również w świecie myśliwych, gdyż w skierniewickim zwierzyńcu miało miejsce niebywale rzadkie wydarzenie: w tym samym dniu polowało razem trzech Cesarzy, trzech najpotężniejszych monarchów na świecie. Już od kilku lat księstwem zarządza funkcjonariusz dworu carskiego margrabia Gonzaga Myszkowski – hrabia Zygmunt Wielopolski, do którego obowiązków należy również przygotowanie dworu na przyjęcie dostojnych gości i organizacje polowań. [ ... ].

Hrabia Zygmunt Andrzej Wielopolski

Cesarz Aleksaner III i Cesarzowa Maria Fiodorowna, a także następca Cesarzewicz Mikołaj Aleksandrowicz, wielka księżna Maria Pawłowna i wielcy książęta – Mikołaj Mikołajewicz Starszy, Michał Mikołajewicz, Włodzimierz Mikołajewicz, Włodzimierz Aleksandrowicz, Piotr Mikołajewicz, Michał Michajłowicz i Gieorgij Aleksandrowicz – raczyli przybyć do Skierniewic 2 września 1884 r., w oczekiwaniu na przyjazd Cesarzy Niemiec (Wilhelma I) i Austrii (Franciszka Józefa). Uroczystości związane z powitaniem, mające po części wojskowy charakter, przyjęcia i prezentacje ciągnące się nieprzerwanym korowodem zajęły cały pierwszy dzień pobytu w Skierniewicach Szlachetnych i Dostojnych Gości; na drugi dzień, tj. 4 września, przewidziano polowanie w zwierzyńcu. [ ... ].

 

Opis tej wizyty zamieszczany w ówczesnej prasie (daty wg kalendarza gregoriańskiego obowiązującego w Europie):

 

W dniach 15-17 września 1884 roku w Skierniewicach odbył się zjazd trzech Cesarzy: Franciszka Józefa – Cesarza Austro-Wegier, Wilhelma I – Cesarza Niemiec oraz Aleksandra III – Cesarza Rosji. Zjazd „Trzech Czarnych Orłów”, jak ich wówczas nazywano, miał na celu odnowienie przymierza zawartego w 1881 roku, a także stanowił demonstracje dobrych stosunków międzypaństwowych.


Dziennikarz „Neue Freie Presse” oznajmił trochę na wyrost: „Nazwa Skierniewice niemile brzmi dla ucha cudzoziemca. Ale i z tą melodią niezbyt harmonijnych zgłosek oswoić się będzie musiał świat – ba, już się oswoił…”. Dziennikarze i korespondenci oglądali z bliska przyjazd i wyjazd Cesarzy, będąc w grupie wybranych oficjeli na peronie. Wydarzenie fotografował Konrad Brandel. Brandel skonstruował ręczny aparat fotograficzny do zdjęć migawkowych zwany fotorewolwerem, który pozwalał na wykonywanie zdjęć reporterskich. Dzięki temu wynalazkowi stał się pierwszym fotografem prasowym, autorem reportażu ze zjazdu trzech Cesarzy w Skierniewicach.

Fotograf Konrad Brandel

Car Aleksander III, jak na dobrego gospodarza przystało, przybył do miasta wcześniej i oczekiwał na swoich gości. 15 września po południu, w asyście rodziny i dworu powitał na dworcu skierniewickim Cesarza austriackiego Franciszka Józefa I. Na czas przyjazdu pociągów cesarskich wydano zakaz wstępu na peron obowiązujący każdego, poza orszakiem cesarskim i dziennikarzami. „Pociąg dworski zatrzymał się przed dawną stacją obecnie na teatr zamienioną. Cesarz Franciszek Józef wysiadłszy żywo podał rękę Najjaśniejszemu panu, oczekującemu dostojnego swojego gościa i ucałował Go trzykrotnie.” Następnie wyściskał i wycałował na powitanie całą rodzinę carską.

Powitanie gości

Aby podkreślić obopólną przyjaźń Franciszek Józef przywdział mundur generała wojsk rosyjskich, a Aleksander mundur austriackiego pułku piechoty. Grunt to zachować pozory dla mediów. Dwie godziny później skierniewicki dworzec powitał następnego przebierańca. Cesarz Niemiec – Wilhelm I wysiadł z pociągu w mundurze rosyjskiego generała. Na powitanie pospieszyli mu Cesarze – Franciszek Józef i Aleksander, tym razem w mundurach pruskich. Wilhelm, jak przystało na Niemca, nie był zbyt wylewny. Obyło się bez pocałunków. Wystarczyły uściski i wymiana uprzejmości. Cesarzom towarzyszyli ministrowie: Gustav Siegmund Kalnoky, Nikolaj Giers i Otto von Bismarck – główny inicjator spotkania. Podążała za nimi też liczna świta oficjeli.

Goście zatrzymali się w Pałacu Prymasowskim w Skierniewicach. Pałac należał przez wiele lat do arcybiskupów gnieźnieńskich. Rezydował w nim m.in. wybitny poeta doby oświecenia biskup Ignacy Krasicki. W 1831 r. pałac przeszedł w ręce Carów rosyjskich. Jak podawała prasa: „Podczas zjazdu trój - cesarskiego w pałacu skierniewickim, apartamenta położone po lewej stronie od wnijścia na dole i na górze zajmowali Najjaśniejsi Państwo, po prawej zaś Cesarz Niemiecki i Cesarz Austriacki. Wspólne monarchom były sala jadalna i biblioteka.

Dlaczego akurat małe Skierniewice stały się miejscem zjazdu trzech wielkich Cesarzy? Odpowiedź jest prosta i banalna. W drugiej połowie XIX wieku, dzięki kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, Skierniewice posiadały świetne, szybkie i nowoczesne jak na tamte czasy połączenia kolejowe z Petersburgiem, Wiedniem i Berlinem. A właśnie z tych miast przybyli do Skierniewic trzej Cesarze.


Tygodnik polityczny „Nowy Czas” z 13.09.1884 r. donosił też o innym udogodnieniu: „Wybór tej miejscowości zdecydowało najgłówniej bliskie jej oddalenie od granicy rosyjskiej i względy bezpieczeństwa osoby Carskiej. Pałac, w którym zatrzymają się monarchowie stoi tuż prawie koło dworca kolejowego, zupełnie odosobniony, wśród wielkiego parku, który wybiega na rozległą równinę. Wszystko to ułatwia nadzór ścisły nad pałacem i jego otoczeniem i niepostrzeżone zbliżenie się jakiegoś indywiduum podejrzanego, czy to z dworca czy z innej strony jest rzeczą wręcz niemożliwą.”

Policja carska była wszędzie, nawet w lasach, gdzie miały odbywać się polowania. Obstawione zostały wszystkie posterunki w okolicy. Tor kolejowy strzeżony był gęstym szpalerem wojskowym. Były ku temu powody. Car Aleksander III, prywatnie dobroduszny i łagodny misiek, nieustająco zakochany w swojej drobnej lecz charakternej żonie Marii Fiodorownie (urodzonej jako Dagmara Duńska), dla Polaków już taki dobroduszny nie był. Tępił wszelkie przejawy polskości i konsekwentnie prowadził swoją politykę rusyfikacji.


Goście Ich Cesarskich Mości i dygnitarze znaleźli pomieszczenie w dwóch nowych skrzydłach pałacu". Było im chyba trochę ciasno, ale gość w dom… Sypialnia Cesarza austriackiego była urządzona kolorze zielonym, a niemieckiego w szarym. Po bezalkoholowym obiedzie, a właściwie obiadokolacji, bo do stołu zasiedli o godz. 19.00 monarchowie udali się na spoczynek. Drugi dzień zjazdu, po porannej herbatce, rozpoczęła parada wojskowa i przegląd wojsk. A potem kilka karet wyruszyło na polowanie do zwierzyńca. Ogółem zwierzyny padło kilkadziesiąt sztuk. Zabito 35 danieli, w tym 4 ręką Cara Aleksandra, a jednego ustrzelił Cesarz Franciszek Józef. Po powrocie do pałacu prowadzono rozmowy dyplomatyczne.


Obrady obradami, ale część artystyczna jest nieodzownym punktem większości międzynarodowych spotkać dyplomatycznych. Także w Skierniewicach przygotowano dla Cesarzy coś dla ducha i dla ucha. Specjalny pociąg teatralny wiozący 130 artystów opery i baletu z Warszawy przybył rano do miasta. Artyści ćwiczyli przed wieczorną galą w teatrze na dworcu carskim. O godz. 21.00 obszerna i gustowna sala teatralna zapełniła się widzami. Z samej Warszawy przyjechało 83 gości. Trzej Cesarze w towarzystwie dobrze urodzonych dam zajęli najlepsze miejsca na widowni. Na galerii ulokowali się korespondenci. Artyści odtańczyli krakowiaka z baletu „Pan Twardowski”, pas de dix i kujawiaka. Były też tańce perskie, mazur w strojach wieśniaczych, czardasz i walc. Występy bardzo się podobały.

Wyjazd z teatru

Cesarz Wilhelm opuścił Skierniewice 17 września 1884 r. o godz. 9.00 rano. Na dworcu zgromadzili się wszyscy dostojnicy obecni w mieście. Oczywiście nie obyło się bez obowiązkowych przebieranek i buziaków. Cesarze - Wilhelm i Franciszek Józef wystąpili w mundurach rosyjskich, zaś Car Aleksander i Wielcy Książęta w mundurach pruskich. Wilhelm ucałował dłoń i policzek Marii Fiodorowny, uściskał się dwukrotnie z Aleksandrem i Franciszkiem Józefem. Do oficerów zawołał po rosyjsku „Żegnajcie!”. Wsiadł do pociągu i odjechał do Berlina. A szanowne towarzystwo wróciło do pałacu. Nie odpoczęli tam długo, bo o godz. 10.00 Cesarz Franciszek Józef miał pociąg do Wiednia. Przed 10.00 cała świta stawiła się ponownie na dworcu. Nastąpił ciąg dalszy przebieranek i buziaków, chociaż Franciszek Józef nie musiał się ponownie przebierać. Miał wciąż na sobie mundur rosyjski. Natomiast Car Aleksander i Wielcy Książęta ubrani byli na modłę wojska austriackiego.


W kwestii pożegnania Franciszek Józef był bardziej wylewny od Cesarza Wilhelma: „Przed wejściem do wagonu pocałował w rękę Jej Cesarską Mość i trzykrotnie pocałował się z jego Cesarską Mością i z Wielkimi Książętami. Pociąg przez kilka minut zwlekał z odejściem, gdy ruszył nareszcie, stojący we drzwiach wagonu Cesarz Franciszek Józef rzucił jeszcze raz do Jego Cesarskiej Mości ostatnie słowa pożegnania ‘Żegnajcie, jeszcze raz Wam dziękuję!’, na co Najjaśniejszy Pan odpowiedział ‘Szczęśliwej podróży!.” Po tym czułym i demonstracyjnym pożegnaniu rosyjska para cesarska mogła wreszcie wrócić do swoich skierniewickich apartamentów i odpocząć. Wszak następnego dnia wybierali się na kilkudniowe polowanie.

 

Wracamy do opisów Mikołaja Małychina:

 

[ ... ] 3 września 1884 r. wg kalendarza juliańskiego. Przed przystąpieniem do opisania znamienitych łowów trzech cesarzy, które zapewniły wieczną sławę skierniewickiemu zwierzyńcowi, należy nadmienić, że pierwszą ofiarą na ołtarzu Diany złożył w Skierniewicach wielki książę Włodzimierz Aleksandrowicz, gdyż  Jego Wysokość w przededniu polowania w zwierzyńcu, wraz z z hrabią Woroncowem-Daszkowem i generałem Martynowem przeprowadzili na okolicznych polach i  zagaiskach polowanie spod wyżła na kuropatwy i bażanty. [ … ] w ciągu niecałych dwóch godzin, wliczając w to jeszcze drogę do łowiska i drogę powrotną, przy jednym tylko psie upolowano 39 kuropatw, 3 zające i 1 bażanta, a ponadto podczas przejazdu przez zwierzyniec wielki książę zdołał jeszcze położyć jelenia. Pomocnicy myśliwych później opowiadali, że strzałów niecelnych w ogóle nie widzieli, a dublety następowały jeden po drugim.

 

4 września  1884 r. wg kalendarza juliańskiego. Sławetne polowanie nie mogło rozpocząć się z rana, bowiem na ten dzień wyznaczono naradę wojskową. Po śniadaniu orszak myśliwych wyruszył ze Skierniewic i dokładnie o godzinie drugiej zatrzymał się przed bramą zwierzyńca. Cesarzowi i Cesarzowej towarzyszyli: wielka księżna Maria Pawłowna, wielki książę Mikołaj Mikołajewicz Starszy, wielki książę Włodzimierz Aleksandrowicz i Piotr Mikołajewicz, minister dworu cesarskiego, a także generał Czerewin. Cesarzowi Wilhelmowi towarzyszyli: generał adiutant książę Radziwiłł i hrabia Lehndorf. Cesarzowi Franciszkowi Józefowi towarzyszył generał adiutant Mondl. W myśliwskim orszaku znajdowali się także: niemiecki poseł w Petersburgu Schweinitz i generał adiutant Werder.


Kiedy Dostojni Goście, Cesarz wraz z Cesarzową a następnie wszyscy uczestnicy polowania pozajmowali stanowiska, dano sygnał ruszenia naganki, który został powtórzony na obu flankach. Naganka ruszyła. Nie upłynęły dwie minuty, jak przed strzelcami z różnych kierunków zaczęły przemykać daniele. W miarę jak się przybliżała naganka, zwierza ukazywało się coraz więcej i więcej. Pojawiły się również jelenie. Truchtem zbliżały się do linii myśliwych. Co chwila przystawały i nasłuchiwały. Ale oto rozległ się pierwszy strzał – i natychmiast uderzyły do tyłu. Wśród naganiaczy podnosi się krzyk i widać, jak ścieśniają szereg i nie przepuszczają zwierza, lecz co odważniejsze sztuki rzucają się między ludzi i umykają. Na całej linii znać wielkie poruszenie. Wystrzały słychać coraz częściej i i częściej. Dziesiątki wystraszonych danieli biega między naganką a myśliwymi. Niektóre, wyrwawszy się z kręgu, znów wracają na poprzednie miejsce. Z każdym miotem liczba pozyskanej zwierzyny się zwiększa. Dokładnie o godzinie czwartej polowanie się zakończyło, a na pokocie znalazło się 5 jeleni i 31 danieli.


Car prawdziwie wyśmienitym strzałem ubił przepięknego daniela łopatacza. Cesarz Wilhelm jednym strzałem także powalił dużego samca, zaś Cesarz Franciszek Józef trzema celnymi pociskami położył trzy wspaniałe byki. Strzał w wykonaniu wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza Starszego wprawił świadków w prawdziwy zachwyt. Daniel w pełnym pędzie zakreśla łuk w odległości 150 kroków od stanowiska Jego Wysokości. Wielki książę, stojąc nieruchomo, śledzi go wzrokiem. Jeszcze chwila, a zwierza skryje gąszcz. Lecz w momencie, gdy daniel przecinał linię myśliwych, Jego Wysokość szybko dokonał zwrotu, błyskawicznie przyrzucił sztucer i wystrzelił. Daniel uczynił długi przedśmiertny skok, po czym skoziołkował jak zając. Kula ugodziła zwierza w skos przez lewą łopatkę.

Wielki książę Mikołaj Mikołajewicz Starszy

Przy drugim pędzeniu miało miejsce zabawne zdarzenie z udziałem znakomitego strzelca i myśliwego – właściciela ziemskiego Łuszczewskiego, który należał do grona organizatorów polowania. Rzeczony Łuszczewski, zobaczywszy śmiertelnie postrzelonego daniela, pobiegł ku niemu z kordelasem, lecz zanim zdążył wyprowadzić cios, zwierz w okamgnieniu odwrócił się i machną porożem. Na szczęście trochę zbyt śmiały myśliwiec zdążył się odsunąć, tak że został tylko muśnięty końcem poroża. Jeden z sęków łopaty zahaczył o pierś i zawadził o kilka żeber, inny zaczepił o nos, lekko nadrywając prawe skrzydełko. Drugi raz jednakże daniel już nie zdołał uderzyć, bowiem niemal dokładnie w tym samym momencie wprawna ręka myśliwego wbiła kordelas po samą rękojeść w lewą flankę zwierzęcia, co położyło kres tej nieoczekiwanej potyczce.


Wiele rąk musiało zostać zatrudnionych, by po zakończeniu łowów zebrać wszystką ubitą zwierzynę i odstawić ją miejsca przeznaczenia, zaś już rankiem następnego dnia 49 par lepszych poroży – znakomicie spreparowanych, oprawionych i odpowiednio opisanych na czerepach dostarczono uczestnikom tego polowania.

 

Następne polowania odbywały się już w "swoim" gronie. Mikołaj Malychin pisał:

 

"Przypadło mi w udziale szczęście bycia bliskim świadkiem wszystkich polowań przygotowanych dla Cesarza i Cesarzowej w domenach Księstwa Łowickiego we wrześniu 1884 roku. Wiele by dali również nie myśliwi, by móc zobaczyć carskie łowy, by móc choć przelotnie spojrzeć na towarzyszące im niezwykłe okoliczności. Wyobraźcie zatem sobie, co musiało to znaczyć dla mnie, zamiłowanego myśliwego, żołnierza w głębi sercu i byłego kadeta – mieć możność codziennie patrzeć z bliska na uwielbianą Parę Cesarską, móc uchwycić łaskawe spojrzenie Monarchy, słyszeć Jego miłościwe słowo. I to gdzie? Na polowaniu! I to jeszcze na jakim polowaniu!


Wielu z was, moi drodzy przyjaciele i współtowarzysze, pozazdrościłoby mi, ale ja czuję się szczęśliwy, że mogę podzielić się z wami moimi wrażeniami. Zresztą nie podzielić się byłoby grzechem niewybaczalnym! Interesujemy się przecież polowaniami wszelkiego rodzaju, jakie odbywały się na wielkiej ziemi rosyjskiej, piszemy o nich całe tomy, wiemy, jak poluje u nas myśliwy zawodowy, urzędnik i dziedzic, od Wisły do Wołgi, i od Wołgi do Amuru … To jakże mielibyśmy nic nie wiedzieć o polowaniu cesarskim!"

 

5 września 1884 r. W środę 5 września, już po odjeździe Cesarzy, niemieckiego i austriackiego, przeprowadzono polowanie w okolicach Skierniewic, w rzadkich zaroślach i na polach, w pobliżu Słomkowa, Krężec i Makowa. Polowano głównie na zające, bażanty i kuropatwy z naganką i w kotły. [ … ] Polowanie z 5 września z udziałem Cara trwało niedługo, przeprowadzono bowiem tylko jedno pędzenie, a następnie jeden „kocioł”.  Ale jakimż polowanie to zakończyło się wynikiem, jeśli na rozkładzie znalazły się 2 lisy, 80 zajęcy, 25 bażantów i 57 kuropatw! W jednym „kotle” padło 46 zajęcy! Spośród tej liczby 15 przypadło na Cara. Można sobie wyobrazić, jaka kanonada miała miejsce w tymże „kotle”. Strzały nie ustawały, a dwóch jegrów podawało rozgrzane strzelby.


Cesarzowa nie uczestniczyła w rozpoczęciu polowania, a tylko przy tworzeniu „kotła’, kiedy to Jej Wysokość raczyła przybyć konno. Monarchini towarzyszyła wielka księżna Maria Pawłowna, świty Jego Wysokości generała majora księcia saksońsko-altenburskiego  Alberta, hrabia Aleksander Gustawowicz Berg i pułkownik Włodzimierz Aleksandrowicz Szeremietew.

Aleksander III i jego świta

Po zakończeniu „kotła” w drodze powrotnej do Skierniewic Monarcha z Cesarzową raczyli długo przyglądać się łowieniu ryb w jednym z niewielkich jezior skierniewickiego zwierzyńca. Niewód ledwie mógł utrzymać żywą masę grubej ryby wyciąganej z każdej toni. Wieczór był zupełnie letni, a promienie zachodzącego słońca jaskrawo oświetlały przepiękną scenę owego obfitego połowu. Zmierzch już zapadł, kiedy orszak myśliwski znowu wyruszył i dotarł do rozświetlonych ogniami Skierniewic.

 

6 września 1884 r. Na drugi dzień, 6 września, zaplanowano polowanie z naganką w leśnictwie skierniewickim, w lasach w okolicy Pszczonowa. [ … ] polowano tylko na sarny, lisy, zające, bażanty i kuropatwy. Wyjechać miano o ósmej trzydzieści rano.  Już na półtorej godziny przed wyjazdem Monarchy Cesarzowa wyjechała na polowanie par force po drugiej stronie Skierniewic, w towarzystwie tychże samych osobistości co dnia poprzedniego, a ponadto zaproszono na ten dzień Hrabiego Augusta Mawrikiewicza Potockiego  z siostrą hrabiną Natalią Potocką. [ … ]

Caryca bardzo dobrze jeździła konno i uwielbiała polowania par force

Dokładnie o godzinie ósmej trzydzieści Car wyszedł na ganek i carskie linijki ruszyły. [ … ] Do pierwszego miotu było kilkaset kroków. Monarcha i wszyscy myśliwi poszli na piechotę.  Zegar wskazywał równo dziesiątą, wtedy, na sygnał leśniczego, naganka ruszyła. [ … ] Wszelako nim upłynęły trzy minuty, rozległy się strzały: ruszone zostały sarny. Były także zające dolegające na skraju lasu, tak że miot przeszedł moje oczekiwania. Drugi i trzeci miot wypadły jeszcze lepiej i wystrzały nie milkły. Po trzecim miocie postanowiono pojechać na śniadanie, które podano niedaleko, na małej leśnej polance.

Monarsze śniadanie w przerwie polowania

Nie przypuszczał margrabia Wielopolski, polując z Carem Aleksandrem III w lasach spalskich, a potem po polowaniu spożywając z nim śniadanie na uroczej polanie nieopodal rzeki Gaci, że Car wyrazi życzenie wybudowania w tym miejscu myśliwskiego pałacyku.

 

[ … ] Zaledwie Monarcha i inni uczestnicy polowania zbliżyli się do stołu, podjechał strzelec z wiadomością, że nadjeżdża Cesarzowa. [ …] Okazało się , że polowanie par force udało się nadzwyczajnie, jako że nie zważając na upał, wzięto kozła, lisa i zająca. Usiadłszy za stołem Cesarzowe raczyła opowiedzieć wszystkie szczegóły tego jakże udanego polowania. [ … ]

Caryca przybywa na śniadanie

Ze wszystkich pędzeń przeprowadzonych po śniadaniu najbardziej udane było przedostatnie. [ … ] Na rozkładzie w wyniku tego polowania znalazło się : 12 kozłów, 73 zające, 5 bażantów, 8 kuropatw i 4 cietrzewie.


Nie będziemy opisywać w szczegółach wszystkich polowań z tej książki ponieważ Mikołaj Małychin miał „lekkie” pióro i opisy są długie i barwne, tym niemniej bardzo ciekawe. Podamy tylko daty kolejnych polowań:


- 7 września 1884 r. - przejazd ze Skierniewic do leśnictwa lubochniańskiego. Cesarz, Cesarzowa i goście pojechali koleją przez Koluszki. Jegrzy, konie, psy i myśliwskie ekwipaże wysłano dnia poprzedniego. Cesarska para zamieszkała we wsi Lubochnia w odświeżonym domu leśniczego.

Caryca wychodzi z domu leśniczego w Lubochenku. Na fotografii ponadto: pułkownik Białosielski-Białozierski, pułkownik Szeremietiew, hrabia Aleksander Berg i kozak

Ponieważ miano polować na dziki postanowiono je zgromadzić w dwóch ogrodzonych  miejscach: Spale i Sługocicach. Po polowaniu Cesarz i Cesarzowe raczyli pojechać obejrzeć nowo zbudowany most na rzece Pilicy oraz miejsce, na którym postanowiono wybudować siedzibę myśliwską – pałacyk w Spale.

Wyjazd z Koluszek na polowanie

- 8 września 1884 r. – polowanie w dziale leśnym Szczurek. Strzelano tylko do zwierzyny grubej. Wydarzeniem było strzelenie ogromnego dzika przez pułkownika Szeremietiewa. Po wypatroszeniu i obieleniu ważył 12 pudów (ok. 200 kg), podczas gdy największy jeleń wraz z wieńcem i przed obieleniem waży 11 pudów.


- 9 września 1884 r. - polowanie w lesie Konewka na terenie leśnictwa lubochniańskiego. Hrabia Aleksander Gustawowicz Berg ustrzelił jelenia i jak pisze Małychin [ … ] Był to pierwszy jeleń strzelony w lubochniańskim leśnictwie i pierwszy wolny, dziki i piękny przedstawiciel leśnej fauny z Księstwa Łowickiego, który padł w 1884 r. [ … ].


- 10 września 1884 r. – polowanie w lasach Bugaj i Sługocice po drugiej stronie rzeki Pilicy głównie na dziki.

.
- 11 września 1884 r. – polowanie w lasach Gelsowa i Ciebłowic na jelenie. Monarcga wreszcie strzelił jelenia a tak to opisał Mikołaj Małychin [ … ] Jeleń upolowany przez Monarchę okazał się osobnikiem rzadkiego rodzaju: powierzchnia szerokiego wieńca była całkowicie gładka, podczas gdy powierzchnia poroża zazwyczaj u nas spotykanego jelenia zawsze jest chropowata, mnóstwo na niej wgłębień i guzowatości. [ … ] Monarcha na tym polowaniu strzelił jeszcze jednego jelenia.

Pierwszy byk Cara

Drugi byk Cara

 - 12 września 1884 r. – polowanie w lasach Zielonej i Ciebłowic na dziki i jelenie. Podczas wszystkich pędzeń pozyskano jelenia, dzika i 2 kozły.


- 13 września 1884 r. – polowanie Cara podczas rykowiska. Monarcha strzelił jelenia, którego odnaleziono na drugi dzień, martwego. Potem Cesarzowa polowała par force w lesie Kruszewiec, położonym blisko Lubochni, pokazując swój kunszt jeździecki. [ … ] Polowanie zbiorowe toczyło się swoją koleją. Monarcha powróciwszy rankiem z rykowiska, w polowaniu zbiorowym już nie uczestniczył, a Jej Wysokość z polowania par force udała się wprost do Lubochenka. Na polowanie zbiorowe przybył tylko wielki książę Włodzimierz Aleksandrowicz.  Po przybyciu myśliwskiego pocztu do Lubochenka wszyscy dowiedzieli się, że polowanie, które się odbyło było już ostatnim, i że nazajutrz, w piątek 14 września, o godzinie dziesiątej rano nastąpi wyjazd Monarchy.


I znowu Michał Małychin:
„Tak zakończył się pobyt Pary Cesarskiej w domenach Księstwa Łowickiego. Dwanaście dni minęło jak jeden dzień. Przy czym jedenaście dni pod rząd wypełniło polowanie! [ … ] A tak się przedstawia sumaryczny rozkład rozpisany na poszczególne gatunki:
Jelenie byki – 17;
Daniele – 31;
Sarny kozły – 22;
Dziki duże – 19;
Dziki małe – 12;
Zające – 156;
Bażanty – 34;
Kuropatwy – 104;
Cietrzewie – 1;
Lisy – 3.
Razem – 396 sztuk
Dokładnie 396 sztuk, z czego 101 sztuk to zwierzyna gruba. Nie uwzględniono tutaj zwierzyny podniesionej po zakończeniu polowania, schwytanej w czasie obławy itp.


Cześć i chwała myśliwym, cześć i chwała organizatorom, cześć i chwała Księstwu Łowickiemu! Niech rozkwita ono na wszystkich niwach, ku chwale swojego Dostojnego Władcy.”

 

I jeszcze jedna zdobycz z tego pobytu Cara Aleksandra III – decyzja o wybudowaniu pałacyku myśliwskiego w Spale.

 

Carska Spała

 

Dzieje Spały sięgają początku XVII wieku, a może nawet końca XVI. W XVIII wieku rozpoczęto eksploatację lasów. Początku reprezentacyjnej funkcji Spały należy szukać w XIX wieku, kiedy to Car Aleksander III przebywając na polowaniu w spalskich lasach w 1876 roku, zwrócił uwagę na urzekający fragment puszczy nad Pilicą.

 

Spała w czasach Aleksandra III

 

Car Aleksander III Romanow i Caryca Maria Fiodorowna

 Myśliwskie walory Puszczy Pilickiej rozsławili rosyjscy Carowie - Aleksander III (1845-1894) i jego syn Mikołaj II (1868-1918). W lasach pod Spałą urządzono zwierzyniec, odbywały się tutaj niezwykle uroczyste łowy z udziałem imperatorów i zaproszonych gości. Zanim Car rosyjski Aleksander III upodobał sobie na tereny myśliwskie nadpilickie lasy w Spale, istniał tu młyn rodziny Spałów i kilka domów śródleśnej osady. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX w. Car bywał w lasach nadpilickich kilka razy, zatrzymując się zwykle w Skierniewicach, Lubochenku lub Smardzewicach (w 1876 r. jako następca tronu i w1884 r. jako Car Aleksander III). Dopiero na początku lat 80. XIX w. dojrzała myśl zbudowania w Spale pałacu myśliwskiego z obszernym zapleczem. W 1885 roku wybudowano drewniany pałacyk według projektu Leona Mikuckiego - krakowskiego architekta.

Zaprojektowany przez Leona Mikuckiego zespół spalski został doskonale wpisany w otaczającą go przyrodę. Jego głównym akcentem był klasycyzujący pałac carski z murowanym parterem dla świty i drewnianym piętrem dla Cesarza, który miał tam swój gabinet, salon, sypialnię, jadalnię i narożne werandy. Choć z zewnątrz pałac nie był zbyt wyszukany, wnętrze wyposażono w meble z najlepszych europejskich wytwórni, łącznie z pozłacaną armaturą łazienkową. Pałac łączył się z budynkiem gospodarczym, mieszczącym kuchnie i spiżarnie. W obrębie zespołu pałacowego powstały w tym samym mniej więcej stylu domy dla personelu i służby, koszary dla kozackiej ochrony, stajnie, wozownie, elektrownia, 36-metrowa wieża wodociągowa z pompownią i siecią wodociągowo-kanalizacyjną. Nieopodal stanęła misternie wycięta w drewnie wiata na przystanku kolejowym „Jeleń”.

Wieża wodociągowa

Architektonicznie zespół rezydencjonalny nawiązywał do niektórych budowli rosyjskich, choć wszystkie one reprezentowały tzw. „styl myśliwski” – eklektyzm architektury tyrolskiej, neogotyckiej i klasycystycznej. Budynki wtopiono w zieleń otaczającego go lasu i parku krajobrazowego, ukształtowanego na sposób angielski, z licznymi egzotycznymi nasadzeniami (m.in. z Kaukazu). Niedługo potem uzupełniono zabudowania o hotele dla carskich gości: „Savoy” (dzisiejszy „Rogacz”) i „Bristol” (dzisiejszy „Dzik”) oraz budynek zarządcy zespołu, którym był w czasach Aleksandra III margrabia Zygmunt Wielopolski, a później jego syn – Władysław. Osobny kompleks zabudowań stanowiła rezydencja łowczego.

Hotel Bristol - dzisiejszy "Dzik"

Hotel Sawoy - dzisiejszy "Rogacz"

Całość rezydencji zajmowała duży obszar. Zarządzał nim początkowo margrabia Wielopolski, potem krótko jego syn, a od 1888 roku Ignacy Bończa-Modzelewski jako łowczy polowań carskich w Księstwie Łowickim z siedzibą w Spale. Jemu podlegali jegrzy, pełniący funkcję służby leśnej. Ich zadaniem była ochrona i dokarmianie zwierzyny, odstrzał drapieżników i dostarczanie upolowanej zwierzyny na stół. Wstęp do lasu i na teren rezydencji był zabroniony zwykłym ludziom. Rodzinę carską chroniła sotnia kozacka. By zapewnić spokój carskim gościom wysiedlono z okolic Spały kilka wsi. Tereny po nich zalesiono a mieszkańców przeniesiono w okolice Nagórzyc. W taki sposób powstały przysiółki Swolszewic Małych i Dużych.

Siedziba łowczego w Spale 1897 r.

 Zatem najstarsze polowania carskie na terytorium Królestwa Polskiego, powstałego w wyniku Kongresu Wiedeńskiego w 1815 r., miały miejsce na terenach Księstwa Łowickiego w okolicach Skierniewic, ok. 70 km od Warszawy w kierunku południowo-zachodnim. Właśnie w Skierniewicach znajdował się dawny pałac Arcybiskupów Gnieźnieńskich, który pełnił rolę centralnego ośrodka dóbr ziemskich tego księstwa. Jeszcze w okresie panowania Cara Mikołaja I stał się jednym z miejsc wypoczynku dla rodziny Romanowów.


Aleksander III, nie przepadał nadmiernie za dworskimi formami życia, szukał więc dla siebie i najbliższej swojej rodziny tak ustronnego i atrakcyjnego miejsca, aby mógł tam spędzać czas przeznaczony na wypoczynek tak jak sobie życzył i lubił.


Każdego ranka Aleksander III zrywał się o siódmej, mył się w lodowatej wodzie, ubierał w chłopskie odzienie, robił sobie kubek kawy i zasiadał przy biurku. Później, kiedy wstawała Maria, zjadali razem śniadanie, składające się z żytniego chleba i gotowanych jajek. Dzieci spały na prostych wojskowych pryczach z twardymi poduszkami, każdego ranka kąpały się w zimnej rodzie, a na śniadanie jadły owsiankę. W czasie obiadu, który spożywały razem z dorosłymi, na stole było mnóstwo jedzenia, ale ponieważ obsługiwano je na końcu, po wszystkich gościach, i gdy ojciec się podnosił, one również musiały wstawać od stołu, często pozostawały głodne. [...] Dzieci mogły zjeść więcej przy kolacji, którą spożywały same, choć te posiłki bez rodziców często zamieniały się w krzykliwą zabawę, kiedy to bracia i siostry obrzucali się nawzajem kawałkami chleba.

Car Aleksander III z księżniczką Tyru i Carycą Marią

Carska rodzina wiodła proste i zadziwiająco skromne życie, zgodnie z osobistym życzeniem Aleksandra III. Dotyczyło to także dzieci, które spały na twardych łóżkach i myły się w zimnej wodzie - Car miał kiedyś powiedzieć, że chce mieć "normalne rosyjskie dzieci, a nie cieplarniane roślinki". Plan ich dnia także był przez niego ułożony i ściśle przestrzegany. Aleksander III był surowym ojcem, z całą pewnością wzbudzał respekt i nie był przyzwyczajony do tego, by mu się sprzeciwiać, stąd jego dzieci, a zwłaszcza trzej synowie byli od niego zależni. "Gdy mówił, wydawało się, że zaraz uderzy swojego rozmówcę" - tak opisywał go jeden z dworskich urzędników.

Z całą odpowiedzialnością można też stwierdzić, że rezydencja w Spale, jak na pozycję jego gospodarza była  wyjątkowo skromna, żeby nawet nie powiedzieć uboga. Zasadniczo różniła się nie tylko od wykwintnych i kapiących bogactwem i przepychem innych pałaców Romanowów, ale nawet od pałaców i dworów polskiej arystokracji. W zasadzie zasługiwała raczej na miano dużej willi.

Miesiąc wrzesień był tradycyjną porą rozpoczynania carskich polowań w Spale. Zazwyczaj trwały one dwa tygodnie i były łączone z podobnymi polowaniami w Białowieży, głównie na żubry i Skierniewicach na zwierzynę drobną. Aleksander III jako Car przyjeżdżał pięciokrotnie do swojej rezydencji myśliwskiej w Spale. Oprócz inauguracyjnej wizyty w 1886 roku, przebywał on tutaj jeszcze w latach: 1888, 1890, 1892 i 1894, a więc równo co dwa lata. W porównaniu z innymi rezydencjami, Spała dysponowała wręcz spartańskimi warunkami. Potwierdzają to zachowane do dzisiaj w petersburskim Rosyjskim Państwowym Archiwum Historycznym dokumenty związane z przygotowaniami do wyjazdu Cara Aleksandra III do Spały w 1894 roku. W jednym z nich wymieniono pomieszczenia, które mogła zająć ponad 70-osobowa świta Cara. Rzeczywiście, do jej dyspozycji było niewiele lokali. Umieszczanie po kilka osób, zwłaszcza niższej rangi w jednym pokoju nie należało do rzadkości. Przybyłych wraz z Carem stangretów i pocztylionów lokowano nawet w stajniach. Zaproszeni na polowanie byli w lepszej sytuacji, gdyż mogli skorzystać ze zbudowanych właśnie w 1894 roku dwóch budynków-oficyn dla gości. Jeden z nich postawiono obok wieży wodociągowej, a drugi - nieopodal mostu na Pilicy. Obydwie, zachowane do dzisiaj budowle, nazywane kiedyś „domkami szwajcarskimi", otrzymały identyczny kształt i oryginalny wystrój w stylu uzdrowiskowym. Posiadają parter murowany z pełnej cegły ceramicznej, zaś pierwsze piętro zbudowane z drewnianych bali. Obydwie budowle ozdabia loggia wsparta na drewnianych słupach i upiększona rzeźbioną w drewnie balustradą.


Dzięki wspomnieniom doktora N. A. Wieliaminowa, który towarzyszył Aleksandrowi III podczas polowań w Spale w 1892 roku możemy poznać nie tylko organizację samych polowań, ale także niezwykle ciekawe jego spostrzeżenia z życia codziennego pary cesarskiej w Spale. Dzięki tym unikalnym zapisom nadwornego lekarza możemy dzisiaj bardzo dokładnie przedstawić sobie atmosferę, obyczaje i zachowanie pełne drobnych szczegółów, które charakteryzowały pobyt imperatora Aleksandra III w Spale. N.A. Wieliaminow na wstępie trafnie scharakteryzował osobowość Cara, który wg niego był, po nieoczekiwanej śmierci jego starszego brata, wyniesiony na tron całkowicie przypadkowo. Podporządkował się on całkowicie swoim obowiązkom, chociaż wg nadwornego lekarza nie urodził się, aby być monarchą.

 

"Będąc osobą głęboko wierzącą uznał, że z woli Boga stał się jego pomazańcem i wiernie wykonywał obowiązki Cara samodzierżawcy. Nie bacząc na swoje problemy ze zdrowiem nieustannie pracował ponad siły, które doprowadzały jego organizm do krańcowego wyczerpania. Z tych powodów w swoim reżimie pracy pozwalał sobie na jeden miesiąc w roku odpoczywać i robić to, na co ma ochotę. On lubił ciszę, odosobnienie, prostotę otoczenia, rodzinne ognisko i przyrodę, i dlatego tak kochał zacisze w Gatczinie. Jednakże, bliskość Gatcziny od stolicy i konieczność kontynuowania tam zajmowania się sprawami państwowymi go nie zadawalała.

Caryca Maria Fiodorowna pierwsza z prawej i członkowir rodziny - 1890 r.

On szukał chociażby czasowego odosobnienia daleko od państwowego kieratu i możliwości życia jak zwykły śmiertelnik. On wyjeżdżał na jakiś czas, będąc jeszcze następcą tronu, do Gapsal, na fińskie szchery, do Danii i na koniec do Spały. Jak mnie mówiono, jeszcze będąc następcą tronu, on pewnego razu zapragnął wcielić w życie zasadę, żeby jesień spędzać w całkowicie jeszcze nieurządzonej posiadłości Spała, położonej wśród bogatych lasów Księstwa Łowickiego. On zamieszkał tam podczas swojego pierwszego przyjazdu z małżonką i kilkoma najbliższymi członkami swojej świty w maleńkim, prawie chłopskim domku. Tam było świetne polowanie na jelenie, które go zainteresowało. Jednakże prawidłowego polowania i ludzi znających się na tym tam nie było i Carewicz zwrócił się po radę i pomoc do lokalnego mieszkańca, wielkiego miłośnika i znawcę polowań, jakiegoś katolickiego księdza (ks. L. Żmudowski – dop. autora). Ten ksiądz, którego nazwiska zapomniałem, okazał się sympatycznym człowiekiem, organizował polowania, przewodził im i stał się bliskim człowiekiem dla Carewicza, a potem Władcy".

Linijka przed spalskim dworem

 

Para cesarska bardzo lubiła spalskie lasy i często wyjeżdżała do nich na przejażdżki

 Władca, ściśle mówiąc nie był zawziętym myśliwym, ale kochał przyrodę, proste życie podczas polowań i całe „gospodarstwo łowieckie", kochał oszczędzanie dzikich zwierząt, ich gromadzenie i hodowanie, ścisłe przestrzeganie łowieckich zasad itp. Spałę pokochał ponieważ tam rzeczywiście odpoczywał i żył tak, jak on kochał żyć. Po wstąpieniu na tron władca zażyczył sobie przynieść Lasy Spalskie do pełnego porządku, nakazał wybudować tam najbardziej wygodny myśliwski dom i jeździł tam co drugi rok, jesienią. Stopniowo w Spale ukształtowało się prawidłowe łowieckie gospodarstwo i Spała stała się jednym z najbardziej bogatych i prawidłowo urządzonych łowieckich posiadłości w całej Europie. Tak stworzył się na Dworze Aleksandra III zwyczaj co drugi rok spędzać jesień na odpoczynku w Spale i polować na jelenie tylko w towarzystwie najbliższych osób jego świty i rzadkich gości. Otoczenie pałacu myśliwskiego w Spale było całkowicie podporządkowane wyobrażeniom Aleksandra III o prawidłowym gospodarstwie myśliwskim, które miało być jak najbardziej związane z naturą i warunkami przyrodniczymi. Chociaż późniejszy rozwój hodowli zwierząt łownych zaczął pomału zaprzeczać jej istocie. Jeszcze w 1892 roku doktor Wieliaminow opisywał je w sposób następujący. "Wokół dworu niekończące się lasy z wzorcowo zorganizowanym leśnym gospodarstwem. Wśród tych lasów kilka wiosek, otoczonych chłopskimi polami. Wzorcowe myśliwskie gospodarstwo z dokarmianą dziką zwierzyną. Mnóstwo leśników, gajowych i jegrów wszystkich stopni - polowanie organizowane na niemiecki sposób, tak jak we wschodnich Prusach. Główna zwierzyna łowna - szlachetny jeleń, często lokalny, częściowo przychodzący tam na paszę z sąsiednich niemieckich lasów, a nawet z Karpat.

Jeger prezentuje wieniec jelenia

Dużo saren, miejscami niemało dzików. Car nie lubił polować na dziki przebywające w zwierzyńcu, gdyż wg Wieliaminowa nie lubił strzelać do dzików pozbawionych możliwości ucieczki. Dla imperatorowej, tak jak przy poprzednich wizytach w Spale organizowano polowania na jelenie wierzchem z psami we francuskim porządku „chasse a cours". Jak zawsze Maria Fiodorowna wyjeżdżała na to polowanie w wąskim, kilkunastoosobowym gronie. Polowania te były prowadzone w ściśle francuskim, klasycznym stylu i jeźdźcy ubrani byli nawet w czerwone fraki. Gonitwy te dostarczały wiele przyjemności imperatorowej, chociaż Aleksandrowi III szczególnie one się nie podobały.

Polowanie par force Cesarzowej

Za Carem jechała cała świta z kuchnią polową

Gdy myśliwi polowali służba przygotowywała stół

Carski posiłek w przerwie polowania

Car nie przepadał za dziczyzną, dlatego kucharze przygotowywali proste, niewyszukane potrawy. Jego ulubionym daniem był prosiak z grochem, przepadał również za kiszonymi ogórkami. Alkoholu prawie w ogóle nie używał. Jeśli już, to mieszał kwas chlebowy z szampanem - w proporcjach pół na pół.

Zespół trębaczy wojskowych umilający posiłki w lesie

Upolowaną zwierzynę służba zwoziła specjalnymi wozami zwanymi linijkami

Każdego dnia pobytu Cara w Spale po wieczornym obiedzie odbywała się uroczysta ceremonia pokotu. Imperatorska para wraz ze swoimi gośćmi wychodzili na plac przed skrzydłem domu dla przeglądu przy świetle pochodni zastrzelonej w tym dniu dzikiej zwierzyny, malowniczo rozłożonej na polance. Każde zwierzę miało przywiązaną deseczkę z nazwiskiem myśliwego, łowcy tego zwierzęcia; to tak nazywane w Niemczech „strecke". W czasie przeglądu grano fanfary. Ceremonia ta trwała 10-15 minut.

Pokot

Pokot był obgrywany sygnałami myśliwskimi

Następnie po tym, wszystkie osoby świty szły do gościnnych pokoi Imperatora i spędzali tam wieczór. Najczęściej z udziałem Carycy Marii Fiodorownej grano w bilard. Natomiast Car w męskim towarzystwie grał w wista. Aleksander III po grze w wista przechodził do swojego gabinetu i pracował do późnej nocy, gdyż każdego dnia przyjeżdżał do Spały feldjeger z dokumentami. Gra w karty toczyła się do 23.00-23.30 i wszyscy uczestnicy rozchodzili się, gdyż już o 7.00 rano następowało budzenie. W niedzielę rano do śniadania na polowania się nie wyjeżdżało, gdyż wszyscy szli na sumę, która miała miejsce w polowej cerkwi, znajdującej się w namiocie; śpiewali kozacy Szeremietiewa, z czego był on bardzo dumny. Suma zaczynała się o 11.00 i kończyła równo o 12.00.

Cerkiew w namiocie

Ciekawe, że w Spale nie wybudowano prawosławnej cerkwi. Msze odbywały się wyłącznie w specjalnym namiocie koloru zielonego, zaadaptowanym na cerkiew polową.

Jadalnia w spalskim dworze

W niedzielę wszyscy byli, łącznie z władcą ubrani w wojskowe mundury, w surdutach, bez broni. W mundurach też spożywali obiad. Po śniadaniu wyjeżdżano na polowanie, jednak w niedzielę polowania były organizowane w gorszych pod względem ilości zwierzyny częściach lasu i władca niekiedy w ogóle w nich nie uczestniczył, ale życzył sobie aby inni jeździli.

 

Wyjazd na polowanie

Doktor Wieliaminow stwierdził, że Władca z głębi swojej duszy nie był myśliwym, jednak lubił polowania na jelenie z podjazdu (purschen), głównie z powodu, że na takim polowaniu przy wschodzie słońca on mógł zachwycać się prześlicznymi obrazami przyrody. Podczas obławy on nawet nie zawsze strzelał i przepuszczał zwierzynę bez wystrzału, tylko z lubością spoglądał na niego. Jednocześnie Aleksander III żądał od uczestników polowania przestrzegania zasady niestrzelania do samic i młodych egzemplarzy. Odstępstwa od tych zasad i zdarzające się pomyłki myśliwych kończyły się ostrymi reprymendami z jego strony. Nie uniknął ich w ostrych słowach nawet następca tronu Mikołaj.


Kształtowały się też nowe tradycje i obyczaje podczas carskich polowań m.in. zastrzelenie pierwszego i ostatniego jelenia podczas polowania było wieńczone wypiciem z rogu całej butelki szampana.

 

W przeciwieństwie do wiecznie zajętego męża, który w gruncie rzeczy spędzał ze swoimi dziećmi niewiele czasu, Caryca Maria Fiodorowna poświęcała im znacznie więcej uwagi i troski, była pobłażliwa, a niektórzy twierdzą nawet, że nadopiekuńcza - zwłaszcza w stosunku do pierworodnego syna Mikołaja, który stał się jej ulubieńcem. Nic więc dziwnego, że nieśmiały i wrażliwy Niki do końca życia ufał jej bezgranicznie. Caryca nadzorowała także edukację syna, który wykazywał duże chęci do nauki i chętnie czytał. Przyszły Car zdaniem nauczycieli najlepszy był z historii i języków obcych - posługiwał się językiem angielskim, francuskim i niemieckim. Oprócz tego, jako dziecko miał ponoć wykazywać zdolności plastyczne, a z wiekiem nauczył się doskonale jeździć konno, tańczyć i strzelać. Podobnie jak wielu książąt w tamtych czasach skrupulatnie prowadził dziennik.

Caryca podczas odpoczynku w lesie

 Mikołaj II, obejmując władzę w wieku 26 lat, wciąż miał w pamięci obraz ojca - Herkulesa - który uratował swoją rodzinę z wypadku, do jakiego doszło w październiku 1888 r., kiedy to pociąg, którym podróżowali, wykoleił się, wskutek czego zapadł się dach wagonu, w którym akurat jedli posiłek. Aleksander, posiadający wprost niezwykłą siłę fizyczną, uniósł dach i podtrzymywał go na plecach, umożliwiając ucieczkę żonie i dzieciom, którzy dzięki temu wyszli z całej sytuacji cali i zdrowi. (żródło: "Carskie gospodarstwo łowieckie w Spale w latach 1885-1914" oraz "Spała carska rezydencja").

Wykolejenie carskiego pociągu w 1888 roku

 Ciekawostki:

 

Na polowania do Spały Car Alek­sander III przyjeżdżał w wąskim gronie rodziny oraz zaufanych urzędników i wojskowych. Wśród gości bywali książę Albert Sachsen-AItenburg (skoligacony z rodziną Romanowów), który był doskonałym strzelcem, oraz wielka księżna Maria Pawłowna - żona Wło­dzimierza Aleksandrowicza, carskiego brata i przewodniczącego Cesarskiego Towarzystwa Prawidłowego Myślistwa - zapalona łowczyni, która impono­wała wszystkim podczas polowań par force. W swoich gonitwach podniosła poprzeczkę i zamiast lisów ścigała łanie.

Księżna Maria Pawłowna

 

„Panie! Cysorz to był dusza człowiek, honorny był bardzo. Jak sie upił, to położył sie byle gdzie i społ… Czasym dwór sie bawił, a on pisoł i pisoł w swojem gabinecie” – to wspomnienie z pobytów władcy rosyjskiego imperium w Spale zachował jego dawny lokaj. Opisany przez niego sposób bycia wszechpotężnego Cara, dalece odbiegający od oficjalnych biografii i pamiętników osób z jego świty, został przytoczony w artykule Aleksego Rżewskiego, zamieszczonym  na łamach dziennika „Echo Łódzkie” w wydaniu z 30 września 1928 roku. Autor zawarł w nim swoje wrażenia z przyjazdu do Spały niedługo po zakończeniu I Wojny Światowej, bowiem w 1919 roku. Co ciekawe Spała, znajdująca się wtedy pod zarządem Ministerstwa Rolnictwa i Dóbr Państwowych, hipotecznie była jeszcze… osobistą własnością Cara.


W swojej relacji T. Rżewski opisał m.in. spalski pałacyk, po którym oprowadzał go były kamerdyner-lokaj carski, z pochodzenia Polak o nazwisku Głowacki. Chętnie wspominając dawne czasy ze szczególną estymą wyrażał się on o Carze Aleksandrze III. „Służe 30 lat już… Oj, miołem jo ci dobrze!… 85 rubli miesięcznie, wszelkie wygody, a jak cysarstwo byli to 100 rubli za każdą razą dostołem i podarunek zygarek, pierścionek albo inne. A ile to na piwo dostało się od świty, jenerałów i wielkoksiążąt, były to czasy… czasy” – cytował T. Rżewski wspominki carskiego lokaja z  zachowaniem oryginalnego, częściowo gwarowego słownictwa.


Pytał go również o to, czy w spalskiej rezydencji za czasów carskich ktoś rozmawiał z nim po polsku. Okazało się, że jedynym wyjątkiem był tutaj łowczy dworu carskiego – margrabia Zygmunt Wielopolski. „Nie wstydził się, tylko godoł po polsku przy wszystkich, chociaż za to wyśmiewali sie z niego (…) Cysorz po polsku nie umioł wcale. Cysorzowa z córkami mówili ze sobą po francusku i niemiecku. Po rusku mówiła tak jak kużdyn mimiec, śmiesznie” – wspominał były lokaj Cara.

 

W opisanej historii wielce znamienny jest fakt, iż po 1918 roku ten były lokaj carski mógł nadal pracować w spalskiej rezydencji, przekształconej na letnią siedzibę Prezydentów R.P. Co więcej, jak wspominali inni jej pracownicy, cieszył się on tutaj specjalnymi względami; miał choćby przywilej nakręcania wszystkich zegarów pałacowych. Oprócz niego z carskich czasów pozostał w obsłudze spalskiej rezydencji Stanisław Gwieździński. Opatrzoną zdjęciem informację o sędziwym lokaju z charakterystycznymi bokobrodami, pełniącym tutaj służbę jeszcze za czasów Aleksandra III, zamieszczono w niedzielnym dodatku do „Kurjera Porannego” z 29 sierpnia 1926 roku. Znalazła się ona w fotoreportażu zatytułowanym: „Z wywczasów Prezydenta Rzeczypospolitej w Spale”. (źródło: „Historie odnalezione Andrzeja Kobalczyka”).

Na zdjęciu: St. Gwieździński (pierwszy z lewej) z ochroną Prezydenta R.P. w Spale (zdjęcie z lat 20. ub. wieku). Archiwum Andrzeja Kobalczyka

 

Ksiądz Ludwik Żmudowski

Ksiądz Ludwik Żmudowski był zapalonym myśliwym, który chętnie zapraszał innych pasjonatów na polowania do okolicznych lasów. W ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku lasy spalskie stały się szczególnie popularne dzięki jego inicjatywie. W listopadzie 1873 r. gościł przez 3 dni feldmarszałka rosyjskiego ks. A. Bariatyńskiego, a jako znany już myśliwy w dniach 10-18 IX 1876 r. syna Cara Aleksandra II, następcę tronu przyszłego Cara Aleksandra III. Carewicz miał wtedy lat 31, a ks. Żmudowski był dojrzałym, 50-letnim mężczyzną. Dostojnych gości zakwaterowano w Smardzewicach w klasztorze Św. Anny. Ks. Żmudowski wspominał: Jeździliśmy i na polowania i za Pilicę w Lasy Lubochyńskie, ale wysokim Gościom więcej podobało się w naszej Opoczyńskiej Ziemi – tu bowiem było więcej zwierzyny i większy szyk i porządek, a Następca Tronu tak się rozmiłował w naszych lasach, iż ma być tu urządzony dom w lesie – most na Pilicy i jest nadzieja oglądania w roku następnym tu Najjaśniejszego Pana. Polowanie rzeczywiście powiodło się, a ksiądz został nagrodzony cennym pierścieniem. W miejscu, gdzie Carewicz upolował pierwszego jelenia położono kamień pamiątkowy, późniejszy szaniec (grota) Św. Huberta.


Wg legendarnej wersji, innego dnia: W lesie rozegrała się scena jak z „Pana Tadeusza”! Dzik nacierał na żonę Cara i wtedy ksiądz Żmudowski wypalił z flinty prosto między oczy odyńca, tym samym ratując jej życie. Car urządził potem na plebanii wielkie przyjęcie i zaproponował Żmudowskiemu wyniesienie go nawet do godności biskupiej, ale on odmówił i poprosił o przeniesienie go na parafię w Przedborzu. Car rosyjski wkrótce zdecydował się na zbudowanie letniej rezydencji carskiej w Spale.
Opis polowania z września 1890 r. zamieścił „Dziennik Warszawski”:


[13 września] (…) poczem nastąpił odjazd do obrębu Ciebłowice. Tam myśliwi rozstawili się wzdłuż duktu. Pierwszy na linii stał za drzewem ksiądz Żmudowski z bronią, drugim raczył stać Najjaśniejszy Pan. Przy Najjaśniejszym Panu umieściła się Najjaśniejsza Pani i Księżna Kumberlandzka. Na tym zakładzie oddano 22 strzały. Ku stanowisku Najjaśniejszego Pana wybiegły z początku dwie kozy, przepuszczone bez strzału, następnie kilka zajęcy. Przy powrotnem przejściu naganki wyskoczyła koza i rzuciła się na lewe skrzydło łańcucha, a następnie wybiegło stado łań ze starym jeleniem. Rzuciły się one z początku więcej na lewo, stanęły przed księdzem Żmudowskim i po jego strzale rzuciły się w prawo, obok Najjaśniejszego Pana. Najjaśniejszy Pan wystrzelił; choć zwierz nie został zabity na miejscu, ale ciężko raniony. Rezultatem tej obławy były 2 jelenie, 3 kozy i zając.


(…) W dniu 23 września, jako w niedzielę, odbyło się w czasowo urządzonej cerkwi nabożeństwo, po którem dano śniadanie; pomiędzy zaproszonemi na nie osobami byli też: gubernator piotrkowski i rzeczywisty radca stanu Miller i ksiądz kanonik Żmudowski. Tegoż dnia, zaraz po południu, urządzono przed pałacem zabawę dla dzieci, na którą przybyli wychowańcy i wychowanice szkół początkowych w Tomaszowie i szkoły miejskiej w Piotrkowie; na zabawie tej był obecny naczelnik łódzkiej dyrekcyi naukowej, rzeczywisty radca stanu Abramowicz. Najjaśniejsi Państwo i Najdostojniejsi Ich Goście, w towarzystwie margrabiego Wielopolskiego, zbliżyli się do dzieci, które Ich powitały hymnem „Boże Cesarza chroń!”


Ks. Jan Wiśniewski utrwalił następującą anegdotę o ks. Żmudowskim:


Raz gubernator piotrkowski kazał mu w poczekalni zbyt długo czekać na audiencję. Żmudowski opowiedział o tem Carowi. Car wezwał natychmiast gubernatora. A gdy ten wszedł, kazał mu stanąć przy drzwiach i stać jak lokajowi, gdy sam z księdzem siedząc i popijając herbatę, gwarzył. Po pewnym czasie Car rzekł do gubernatora, że może sobie iść, skąd przyszedł.

 

Hrabina Maria Wielopolska

Granitowy krzyż i symboliczny nagrobek hrabiny Marii Wielopolskiej, żony zarządcy Spały za czasów carskich. Po wykryciu jej romansu z carskim oficerem popełniła samobójstwo. Krzyż został postawiony w lesie, kilkaset metrów od obecnego nagrobka w kierunku północno-wschodnim. Nagrobek został przeniesiony w obecne miejsce podczas budowy ośrodka wypoczynkowego. Hrabinę pochowano w grobowcu rodzinnym Wielopolskich na warszawskich Powązkach.

Grota św. Huberta w Spale - W niedalekiej odległości od centrum Spały, w kierunku Inowłodza, stoi monument ułożony z głazów. Dwa z nich, z inicjałami Cara Aleksandra III i datą 1894.IX.14, wskazują na przypisanie obiektu czasom polowań carskich w lasach Puszczy Spalskiej. Ponadto, na jednym z głazów znajduje się tablica pamiątkowa z brązu, ufundowana przez spalskich leśników dla Prezydenta Ignacego Mościckiego, jako podziękowanie za wskrzeszenie tradycji myśliwskich.

Michaly Zichy

Węgierski rysownik i akwarelista Mihály Zichy popularny szczególnie w XIX wieku. Malował na dworze czterech ostatnich carów rosyjskich. Spędził wiele czasu w Puszczy Białowieskiej, którą uwiecznił w swojej twórczości.

 

Mihály Zichy towarzyszył Carowi Aleksandrowi II we wszystkich jego podróżach po kraju i na polowaniach. Był też uczestnikiem pierwszego carskiego polowania w Puszczy Białowieskiej w 1860 roku. Malarz wykonał wówczas sporo interesujących rysunków i akwarel, z których dziewięć trafiło do ekskluzywnego albumu pt. "Ochota w Biełowieżskoj Puszcze", poświęconego temu polowaniu. Album ukazał się w 1862 roku, w niewielkim nakładzie, w dwóch językach (rosyjskim i francuskim). Był przeznaczony dla uczestników polowania. Na akwarelach i rysunkach Zichy przedstawił: Cara Aleksandra II sadzącego pamiątkowe drzewko w Zwierzyńcu, przybycie monarchy do Białowieży, upolowaną zwierzynę, wilki atakujące żubry, walkę żubrów, scenę z dawnego polowania na żubry, obelisk z 1752 roku, Aleksandra II na stanowisku strzeleckim oraz projekt pomnika żubra na pamiątkę tego polowania, który w 1862 roku został wystawiony w Zwierzyńcu.

Walka żubrów

Wilki atakujące żubry

Okres 1860-1880 należy uznać za najbardziej twórczy w życiu Mihálya Zichego. Artysta cieszył się wówczas największą popularnością wśród petersburżan. Jego akwarele i rysunki sprzedawane były w dużej ilości. W 1869 roku odbyła się duża wystawa prac Zichego. Despotyczna atmosfera panująca na carskim dworze oraz prześladowanie czołowych przedstawicieli rosyjskiej inteligencji, skłoniły Mihály Zichego do opuszczenia dworu wraz z rodziną w 1874 roku. Malarz wyjechał do Paryża, jednakże w 1880 roku wrócił do Rosji. Tak jak poprzednio pełnił rolę rysownika-kronikarza różnych ceremonii, teatralnych przedstawień, parad wojskowych, życia koszarowego, polowań, zabaw i innych zdarzeń na dworze carskim. W marcu 1881 roku Car Aleksander II zmarł, na tronie zasiadł Aleksander III. Przedostatni władca Rosji był wielkim wielbicielem twórczości Mihály Zichego. Kolekcjonował jego prace. W 1894 roku na tronie rosyjskim zasiadł Mikołaj II. M. Zichy towarzyszył mu w podróżach i na polowaniach. W 1897 roku był na polowaniu w Puszczy Białowieskiej oraz w Spale. Wykonał wówczas szereg akwarel. W kremlowskim Muzeum w Moskwie przechowywany jest album składający się z 25 akwarel, oprawiony w skórę żółtego koloru, zatytułowany "Ochota impieratora Nikołaja II w Biełowieże i Spali 28 awgusta, 18 sientjabrja 1897 goda". O detalach tego jesiennego polowania opowiadają komentarze do akwarel, podane w językach: rosyjskim, niemieckim i francuskim. Na Kremlu ponoć zachowały się jeszcze dwa inne albumiki Zichego poświęcone polowaniom w Puszczy Białowieskiej i Spale. W 1898 roku Mihály Zichy uhonorowany został tytułem członka Rosyjskiej Akademii Sztuk. W 1903 roku ukazało się monumentalne dzieło Gieorgija Karcowa pt. "Biełowieżskaja Puszcza". Wykorzystano w nim m.in. pięć akwarel Zichego, które wcześniej ozdobiły album "Ochota w Biełowieżskoj Puszcze". Z obu tych pozycji książkowych po ponad stu latach "skrojono" luksusowy album pt. "Ochota w Biełowieżskoj Puszcze", z akwarelami i rysunkami M. Zichego. Wydano go w Moskwie w 2005 roku. Mihály Zichy był ilustratorem licznych powieści m.in. pisarzy rosyjskich i węgierskich. Gruzini po zilustrowaniu przez Zichego ich eposu narodowego "Witeź w tygrysiej skórze", okrzyknęli twórcę swym malarzem narodowym. Wiele prac Zichego tętni humorem i dowcipem. Malarz był doskonałym karykaturzystą. Wyróżniał się ciekawą wyobraźnią i fantazją. Stworzył też bardzo śmiały cykl rysunków erotycznych i zilustrował scenami z polowania Cara Aleksandra II karty do gry. Mihály Zichy zmarł w Sankt-Petersburgu w lutym 1906 roku. Został pochowany na cmentarzu w Łachcie, później rodzina przeniosła jego prochy na cmentarz Kerepesi w Budapeszcie. W rodzinnym Zale utworzone zostało muzeum Mihály Zichego.

 

Ponieważ niewiele wiemy o wnętrzach pałacyku myśliwskiego w Spale warto przytoczyć kilka starych opisów cytując je w całości.

 

Z "Album pamiątkowe z pobytu Ich Cesarskich Mości Najjaśniejszych Państwa w Królestwie Polskiem" (1897):

 

Pałac myśliwski, który służy za mieszkanie Najjaśniejszym Państwu w czasie pobytu w Spale, zewnątrz i wewnątrz odznacza się niezwykłą prostotą. Zewnątrz deski oheblowane i nie pomalowane, wewnątrz wszystkie pokoje, nie wyłączając salonu, obciągnięte żaglowym płótnem, ta prostota nie wyłącza bynajmniej smaku; wewnętrzne urządzenia są mimo niej bardzo piękne; obfitość zaś rogów jelenich, które służą za dekoracyjny leitmotiv pałacyku, dodaje tej rezydencji specjalny, myśliwski charakter.

 

Na parterze znajduje się cały szereg pokoi gościnnych, podobnych do skromnych numerów hotelowych; łóżko, biurko, szafka, umywalka, parę krzeseł - i to wszystko, a na drzwiach tego "numeru" czytamy nazwiska pierwszych dygnitarzy państwa. Na piętrze znajdują się pokoje Cesarskie, a więc sypialnia, gabinet Najjaśnejszego Pana i buduar Najjaśniejszej Pani, salon; przytem w rogach łazienki i poczekalnie. Na ścianach obrazy oryginalne i reprodukcje; dużo kolorowych reprodukcji berlińskiego Muzeum bardzo pięknych, pomiędzy niemi znajduje się "Wazon czy kobieta?" Siemiradzkiego. W salonie całą ścianę zajmują akwarele Zichy'ego, nadwornego malarza, znakomite w rysunku i kolorze, są to rzeczy z podróży i polowań; fantazja humorystyczna kładła artyście w rękę ołówek. Na wielu akwarelach znajdujemy wyniosłą postać margrabiego Wielopolskiego. Na jednej margrabia daje do ucha jakieś rozporządzenie siedzącemu na koniu strzelcowi; margrabia nie tylko stoi na ziemi, ale jeszcze się nachyla, aby się dostać do ucha strzelca; tytuł tego: "Wygoda wysokiego wzrostu".

 

Trochę osobno położoną jest sala jadalna, duża, ciemna, poważna. Na ścianach są tu setki rogów, a na nich napisy, kto właściciela tych rogów zabił. W środku stół, a nad nim bardzo ozdobny i misterny świecznik z łosiowych rogów; fotel Najjaśniejszego Pana, zrobiony przez p. Szczepańskiego, wypychacza zwierząt z Warszawy, zbudowany jest z samych rogów. W kącie duży kominek z cegły nieotynkowanej. Z balkonu widok na małą a prostą polankę, rodzaj łąki czy trawnika, po za którym ciągnie się zaraz poważny, ciemny bór spalski. Osobno stoją kuchnie stajnie i wodociąg, nieco dalej, w ogródku, ładnie utrzymanym i ogrodzonym, domek łowczego jednopiętrowy, bluszczem i winem okryty; tu na piętrze mieszkał margrabia Wielopolski, na dole, zaś łowczy Dworu hrabia Władysław Wielopolski.

 

Fotel Cara

Zewnętrzny wygląd pałacyku myśliwskiego można również dość dokładnie opisać na postawie zachowanych fotografii. Można z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że jak na pozycję jego gospodarza był on wyjątkowo skromny, żeby nawet nie powiedzieć ubogi. Zasadniczo różnił się nie tylko od wykwintniejszych i kapiących przepychem innych pałaców Romanowów, ale nawet od pałaców i dworów polskiej arystokracji. W zasadzie zasługiwał na miano dużej willi bądź dworu szlacheckiego. W rzucie miał kształt prostokąta o długości ok. 48 i szerokości 14 metrów. W części środkowej budynku na szerokości 7,5 m wysunięto część wejściową o 3 m, a z tyłu budynku część jadalną o 9 m. Składał się on z murowanego z czerwonej cegły parteru oraz drewnianego piętra i użytkowego poddasza przeznaczonego na pomieszczenia dla służby. Jedyne wiarygodne obmiary bryły budynku pochodzą z raportu Nikołaja I. de Rocheforta. Powierzchnia całkowita jednej kondygnacji wynosiła około 750 m², całego pałacu więc około 1500 m², nie licząc poddasza i werandy. Frontowe wejście do pałacu prowadziło po kilku kamiennych schodach. Z hallu można było przejść na parterze do herbaciarni bądź schodami na półpiętro, gdzie znajdowało się wejście do jadalni, bądź dodatkowymi schodami na pierwsze piętro. Z parteru na piętro prowadziły też dwie inne klatki schodowe przeznaczone dla służby, jedna była usytuowana w pobliżu galerii łączącej pałac z kuchnią. Jadalnia - najbardziej reprezentacyjne pomieszczenie pałacu z dużym ceglanym kominkiem miało powierzchnię ponad 100 m² i wysokości ok. 5,7 m. Sufit w jadalni był drewniany. Można było z niej wyjść na duży drewniany balkon. Z powodu wysokości jadalni znajdująca się pod nią herbaciarnia miała wysokość tylko 2,7 m. Z herbaciarni można było wyjść na tylną stronę pałacu. Pokoje na parterze miały wysokość niewiele ponad 3 m, a na piętrze ponad 3,7 m. Na parterze po obu stronach korytarza znajdowało się 13 pokoi gościnnych dla carskiej świty oraz pokój kamerfurierski. Ponadto dwa pokoje garderobiane, z których na piętro do pomieszczeń cesarskich prowadziły bezpośrednio dodatkowe schody (do pomieszczeń Cara wąskie, kręte prawdopodobnie metalowe) oraz pokój kamerdynera Cara i trzy pokoje dla służby. Na parterze znajdował się jeszcze jeden wspólny pokój kąpielowy i wspólna ubikacja, dodatkowe dwie toalety wspólne znajdowały się przy wejściu do herbaciarni. Ponadto 10 pieców, z reguły jeden na dwa pokoje, a niektóre z nich ogrzewały również korytarz. W pokoju ministra dworu znajdował się kominek. Na pierwszym piętrze nad hallem był pokój bilardowy, skąd prowadziły drzwi na duży drewniany balkon usytuowany nad wejściem do pałacu. Całe lewe skrzydło pałacu (patrząc na wprost od wejścia) przeznaczone było dla pary cesarskiej. Było to w sumie osiem pokoi o łącznej powierzchni ok. 285 m². Wśród nich gabinet Cara, salon gościnny, dwie łazienki z wannami, osobne dla każdego z małżonków, z osobnymi toaletami. Z obszernej sypialni prowadziło wyjście na taras. Tę cześć pałacu ogrzewały trzy piece i trzy kominki. W prawym skrzydle pałacu dwa pokoje przeznaczone były dla następcy tronu oraz dwa pokoje gościnne dla członków najbliższej rodziny cara, a także pokój szefa carskiej głównej kwatery. Ponadto pomieszczenie dla kamerdynera oraz pokój dla służby. Przy jadalni zaprojektowano bufet jako miejsce przygotowania potraw oraz podręczny magazyn naczyń i sztućców. W tej części pałacu znajdowało się pięć wspólnych wc i jedna łazienka. Ogrzewały ją cztery piece. W pokoju następcy tronu stał kominek. Część środkowa, poza wysuniętą częścią herbaciarni i wejścia, oraz prawe skrzydło budynku było podpiwniczone. W architekturze samego budynku widoczne były wyraźne cechy tzw. stylu uzdrowiskowego lub szwajcarskiego, szczególnie modnego w całej ówczesnej Europie. W zbudowanym pałacyku carskim w Spale uwidoczniły się one zwłaszcza w wyglądzie drewnianego piętra tej budowli, ozdobionego m. in. misternie wyciętymi w drewnie nadokiennymi gzymsami i listwami. Podobny wystrój otrzymała drewniana, dwukondygnacyjna weranda o powierzchni 50 m², przylegająca do rogu budynku od strony wschodniej i południowej, a także balkony w części środkowej budynku. Weranda na piętrze dzięki niezabudowanym ścianom zewnętrznym dawała z pierwszego piętra wspaniały widok na rozpościerającą się nieopodal szeroką panoramę Pilicy. Na werandę na piętrze można było wyjść tylko przez pokoje cesarskie. W tej samej uzdrowiskowej stylistyce była utrzymana drewniana galeria łącząca pałac z usytuowaną poza nim kuchnią, a także misternie wycięta w drewnie wiata na stacji kolejowej Jeleń, tzw. wille szwajcarskie i pozostałe budynki rezydencji. Wszystkie te elementy architektoniczne komponowały się wzajemnie i prezentowały jednolity styl.

 

Czasopismo "Tydzień" (1886, nr 39) z książki "Pałac i ludzie":

 

"Nowy pałacyk myśliwski w Spale leży nad rzeką Pilicą; urządzenie jego wewnętrzne odznacza się gustem i prostotą. Najjaśniejsi Państwo raczyli zamieszkać pierwsze piętro, które składa się z: Ich apartamentów, sali przyjęć, salonu, sali bilardowej i jadalnej; meble tej ostatniej pokryte są skórą jelenią i przyozdobionymi jelenimi rogami. Tutaj to przechowywane są wszystkie rzeźbione drewniane półmiski, na których podarowano Najjaśniejszym Państwu chleb i sól w czasie ich podróży do Warszawy, Nowogieorgijewska i Skierniewic w 1884 roku. Ściany sali bilardowej ozdobione są fotografiami różnych scen z polowania w Skierniewicach w roku 1884 podczas pobytu tamże trzech Cesarzów. Lewą stronę pierwszego piętra, oraz parter, zajmuje świta. W pewnej oddaleniu od pałacyku pobudowano drewniane domy dla służby. Pałac otoczony jest zewsząd lasem"

 

Spała w czasach Mikołaja II

 

Car Mikołaj II Romanow

Po przedwczesnej śmierci swego ojca Aleksandra III, Car Mikołaj II z lubością kontynuował tradycję przyjazdów na polowania do Spały. Przyjeżdżał on tam wielokrotnie - wcześniej ze swoimi rodzicami i rodzeństwem: 1888 r., 1890 r. 1892 r. i 1994 r. Już jako Car przebywał w Spale jeszcze 7-krotnie, w 1896, 1903, 1908, 1897, 1900, 1901, 1903 oraz 1912 roku. Niekiedy łączył je z polowaniami w Białowieży i Skierniewicach. Był osobą, można powiedzieć, w dużym stopniu uzależnioną od polowań, co potwierdzają jednoznacznie jego dzienniki oraz prowadzona przez niego iście buchalteryjna statystyka własnych strzeleckich osiągnięć.

   

Stacja Jeleń 1897 r. Oczekiwanie na przyjazd carskiej pary

 

Rozmowa Cara z witającymi go oficerami

Na stacji Jeleń przesiadano się w powozy i jechano do rezydencji

Powitanie Cara w spalskiej rezydencji

Car Mikołaj II kontynuował zwyczaje ojca, niestety nie miał jego doświadczenia łowieckiego. Pewnie  z tego powodu w łowisku wciąż przybywało jeleni, danieli i saren, co wpływało negatywnie na ich kondycję. Dodatkowo duże chmary jeleni pustoszyły okoliczne pola, powodując spory i zatargi z rolnikami, dlatego Car postanowił poszerzyć łowisko i wykupić dodatkowe 27 tysięcy hektarów. Na marginesie warto powiedzieć, że wspomniana wcześniej obfitość zwierzyny łownej w lasach spalskich była wynikiem intensywnej hodowli prowadzonej z myślą o carskich polowaniach. Jak wynikało z wyliczeń podanych przez ostatniego łowczego dworu carskiego – hrabiego Władysława Wielopolskiego, w 1877 roku znajdowało się tutaj nie więcej niż 50 jeleni, a po upływie 36 lat ich liczba wzrosła do 1.600. W tym czasie na „pokotach”, kończących carskie polowania w lasach spalskich za czasów Aleksandra III i Mikołaja II, znalazło się łącznie 927 jeleni, nie licząc równie wielkiej ilości saren, dzików i innej zwierzyny.

 

Car Mikołaj II na polanie przed pałacykiem myśliwskim w Spale - 1912 r.

W odróżnieniu od ojca Mikołaj II lubił polować z udziałem licznej naganki, dochodzącej do 600 osób. Był przeciętnym strzelcem, ale naganka zapewniała mu bogate rozkłady. W swoich pamiętnikach dawał wyraz swemu niezadowoleniu z własnych osiągnięć i pisał „strzelam ohydnie". Mikołaj II prowadził w dziennikach iście buchalteryjną statystykę strzelonej zwierzyny Przykładowo w 1900 roku strzelił w Lasach Spalskich 33 jelenie, 1 kozła, 5 dzików i 2 lisy, w 1901 roku 20 jeleni, 11 dzików, 1 lisa i 4 zające.

Naganka przed wejściem do lasu

Służba dworska ogląda upolowane byki

Pokot byków w 1900 roku

Jegrzy sygnałami wzywali na polowanie oraz ogrywali pokot

Rozwój Spały ściśle związany jest z lasami i zwierzyną łowną. Urządzano tu polowania na dużą skalę. Ksiądz Łomiński tak opisuje polowania za czasów carskich:


"Odbywały się z wielką pompą. Cara odjeżdżającego i powracającego ze świtą całą z polowania, żegnano i witano orkiestrą. Polowanie odbywały się zazwyczaj z  nagonką. Upolowaną zwierzynę układano rzędem na trawniku przed pałacem, orkiestra grała marsza żałobnego, Car z rodziną swoją radował się widokiem z balkonu swojego pałacu. Otrzymywali potem zwierzynę tę oficjaliści spalscy, którzy po bardzo przystępnej cenie sprzedawali ludności miejscowej mięso z zabitych dzików i jeleni. Zostawiano tylko czaszki z rogami, które następnie rozwieszano na ścianach pokoi i korytarzy pałaców spalskich" (część zachowała się do dzisiaj


Straż leśna śpiewała i grała na trąbkach jako pobudkę "Marsza Spalskiego" zwanego też "pobudką spalską":


   "Dalej bracia, dalej wesoło
    Nim wyruszymy w cienisty bór
    Zebrani razem w miłe nam koło
    Złączmy swe głosy w myśliwski chór!
Ref.  Dalej do Kniei, dalej do lasu
        Hop, hop! Myśliwi, nie traćcie czasu
    Gdy się zbieramy ma polowanie
    To w nas rycerski ożywa duch
    A kiedy trąbki usłyszym granie
    Każdy z nas wesół i każdy zuch."                                                                          
 
Pieśń tę, podobno jako jedyną, pozwalano śpiewać na polowaniach carskich po polsku.                                                                                                                                                        

Uczestnikami carskich polowań w lasach spalskich bywali także polscy arystokraci. Odróżniali się oni od rosyjskich myśliwych nie tylko swoim ubiorem i zachowaniem, ale także celnym okiem. Można o tym przeczytać w artykule Stefana Krzywoszewskiego pt. „Ostatnie polowania Mikołaja II w Białowieży i Spale”, zamieszczonym na łamach „Kurjera Warszawskiego” z 30 listopada 1934 roku. Autor oparł się na wspomnieniach generała Aleksandra Spirydowicza, który czuwał nad bezpieczeństwem Cara Mikołaja II i jego rodziny. Opisując ostatnie carskie łowy w lasach spalskich, trwające jesienią 1912 roku, rosyjski generał napisał, że przedstawiciele arystokracji polskiej znaleźli się kilkakrotnie wśród zaproszonych gości.

 

„Panowie polscy wyróżniali się skomplikowanemi i wyszukanemi strojami myśliwskiemi. W swoich długich kolorowych pelerynach stanowili grupę odrębną, która odcinała się od otoczenia carskiego. Byli grzeczni, lecz nie bez wyniosłości. Rozmawiali po francusku. Otoczenie carskie zachowywało się wobec nich z wielką rezerwą, starając się ukryć swoje istotne uczucia w zdawkowej uprzejmości. Rosjan przytem drażniło, że wytworni polscy panowie lepiej od nich strzelali” – przyznawał obiektywnie generał Spirydowicz.

 

Na pocieszenie dodawał, że honor rosyjskich myśliwych podczas tych łowów ratował jedynie członek świty Cara, jego tzw. figiel-adiutant książę Wiktor Koczubej. Czasem udawało mu się celniej strzelać do zwierzyny niż polscy myśliwi, natomiast wszyscy strzelcy nie mieli problemów z wyborem celów. „Zwierzyny była taka mnogość, że kanonada na linii myśliwych czyniła wrażenie zawziętej walki karabinowej. Po polowaniu, które bywało rzezią jeleni, dzików, danieli, zajęcy, myśliwi zazwyczaj byli zatrzymywani na obiad. Urozmaicały te przyjęcia orkiestry pułkowe, lub koncerty na bałałajkach” – wspominał rosyjski generał. Zwierzył się również, że mimo wszystko „rosyjscy ludzie” w Spale nie czuli się u siebie. Wszak Polska była dla nich wciąż krajem podbitym, zaś Polaków uważali za naród buntowników.

 

Warto dodać, że zarówno Aleksander III, jak i jego syn nigdy natomiast nie zaprosili swojego bliskiego krewnego, Cesarza Niemiec Wilhelma II, pomimo wielu starań z jego strony.

 

Trofea myśliwskie głównie jeleni były pieczołowicie preparowane na miejscu w Spale w specjalnym pomieszczeniu tzw. rogowni, a najwartościowsze z nich, z tytułem, nazwiskiem myśliwego oraz datą ich zdobycia prezentowane były na ścianach pomieszczeń rezydencji carskiej.

 

Trofea preparowano w pomieszczeniach zwanych "rogowniami"

Jak była pogoda czyniono to na zewnątrz

Mikołaj II był niewątpliwie jak na tamte czasy osobą bardzo wysportowaną mimo niskiego wzrostu (172 cm). W Spale namiętnie jeździł konno wierzchem, odbywał piesze długie spacery, grał w tenisa i bilard, wiosłował w łódce i kajaku po Pilicy.

Mikołajowi II, podobnie jak jego ojcu, nie specjalnie doskwierała prostota i nader skromne warunki mieszkaniowe w samym pałacyku myśliwskim w Spale. Obaj bowiem wyżej cenili sobie obcowanie z piękną przyrodą i świetnymi warunkami do polowań. Miał oczywiście nienaganne maniery, ale był ogromnie nieśmiały. Można powiedzieć, że był szczęśliwym (do chwili ujawnienia się choroby Aleksego), kochającym mężem i ojcem. Niestety, całkowicie brakowało mu predyspozycji do rządzenia imperium, lecz jednocześnie był niezwykle przywiązany do tradycji archaicznego rosyjskiego samowładztwa (Sobczak 2009, s. 181).

Jak pisze Massie o pałacyku w "Mikołaju i Aleksandrze":

"Zagubiona na końcu piaszczystej drogi drewniana willa przypominała niewielki wiejski zajazd. Jej wnętrza były ciemne i zagracone, toteż światła paliły się przez cały dzień, aby mieszkańcy mogli poruszać się w ciasnych pokojach i wąskich korytarzach. Na zewnątrz willę otaczał wspaniały las, a czysty, bystry strumyk przecinał rozległy zielony trawnik, z którego skraju wąskie ścieżki prowadziły do lasu; jedną z nich nazywano „Drogą Grzybów”, ponieważ kończyła się przy ławce otoczonej całą ich kolonią".

Co do pałacu odmiennie inne zdanie o tych sprawach miała Caryca Aleksandra Fiodorowna, która wielokrotnie narzekała na ogromną ciasnotę pomieszczeń w pałacu i przygnębiający półmrok panujący na jego korytarzach. Szczególnie silnie odczuwała to podczas kilkutygodniowej choroby Carewicza Aleksego na jesieni 1912 roku.

Ogólny widok zabudowań

Latarnie naftowe oświetlały drogę do rezydencji'

Wyjazd gości spod miejsca zakwaterowania na polowanie

Jeszcze w końcu lat 90-tych XIX wieku Car Mikołaj II polecił odremontować pałac, jak również rozbudować cały kompleks rezydencjalny. Przede wszystkim od strony wschodniej pałacu zbudowano „drugi pałacyk murowany" przeznaczony na pokoje dla gości carskich. Był on zdecydowanie bardziej okazały od samego pałacyku carskiego. Wybudowano go z cegły klinkierowej, a dach pokryto miedzianą blachą. Pokoje w nim były większe, bardziej widne, wyższe od tych w pałacu carskim. Prowadziły do nich szerokie korytarze wraz z obszernym westybulem i okazałymi kamiennymi schodami u głównego wejścia. Istniejący do dziś budynek został upiększony drewnianymi ornamentami w stylu tzw. „uzdrowiskowym" lub „szwajcarskim".

Hotel dla gości

Następny hotel dla gości

W kilka lat później wybudowano przy wjeździe do Spały drugi obiekt hotelowy przeznaczony dla carskich gości. Podobnie do pierwszego był dwukondygnacyjny z czerwonej klinkierowej cegły również z dekoracjami snycerskimi na szczytach dwóch ryzalitów. Ważnym przedsięwzięciem mającym istotny wpływ na unowocześnienie i podniesienie komfortu spalskiej rezydencji było zbudowanie w 1904 roku własnej elektrowni napędzanej maszynami parowymi. Głównym celem tej inwestycji było zapewnienie pełnego oświetlenia elektrycznego w pałacyku carskim oraz niektórych innych obiektach, gdzie do tamtej pory używano oświetlenia  naftowego. Dzięki niej oświetlono również latarniami elektrycznymi cały teren okalający sam pałac.

Car wybiera się na przejażdżkę

Elektrownię usytuowano po prawej stronie drogi wyjazdowej ze Spały w kierunku Konewki. Po 1903 roku rozebrano drewniane stajnie, wybudowane jeszcze w 1885 roku nieopodal pałacu przy głównej drodze do Tomaszowa. Nowe budynki, również z czerwonej cegły stanęły nieco głębiej od zabudowań rezydencjalnych. Na ich poddaszach, tak jak w poprzednich, znajdowały się pomieszczenia dla kozackiej ochrony Cara.

Kozacka sotnia stanowiąca ochronę Cara

Widok na stajnie

Pałac cesarski

Miejsca po rozebranych drewnianych stajniach przeznaczono na część parkowo-ogrodową, urządzoną w stylu angielskim. Wykonanie tego skweru powierzono słynnemu ogrodnikowi Walerianowi Kronenbergowi, który m.in. był również twórcą założeń parkowych wokół carskiego pałacu w Białowieży. W. Kronenberg był twórcą również dwóch okazałych gazonów usytuowanych przed carskim pałacykiem oraz sąsiadującym z nim hotelem dla carskich gości. Urządzono je z wielką dbałością, dobierając starannie krzewy i drzewa, sprowadzając je nawet z Kaukazu. Prowadzona z dużym rozmachem w pierwszych latach XX wieku rozbudowa i modernizacja spalskiej rezydencji objęła też sieć kanalizacyjną. Zwracano również baczną uwagę na zapewnienie warunków bezpieczeństwa Carowi i jego najbliższym. Oprócz wymienionych pomieszczeń dla kozackiej eskorty w budynkach stajni, wybudowano ponadto już za rzeczką Gać obok siedziby łowczego, drewnianą budowlę nazwaną „barakiem dla zbiorczego pułku gwardyjskiego".

Siedziba łowczego

Sieć posterunków składała się z kilku rodzajów. Służbę w nich pełniła straż pałacowa, dyżurująca w ośmiu miejscach terenu rezydencji. Trzech strażników znajdowało się w bezpośrednim sąsiedztwie carskiego pałacyku, a inni chronili bramy przy wyjazdach ze Spały w kierunkach do Tomaszowa, Konewki, Inowłodza oraz przed wjazdem na most na Pilicy. Cały teren był też podzielony na osiem rewirów policyjnych.

Brama wjazdowa

Posterunek przy bramie wjazdowej

W Spale w najbliższym otoczeniu pałacu umiejscowiono również dziesięć „posterunków pieszych" pełnionych przez kozaków. W porze nocnej dochodziły jeszcze trzy dodatkowe. W sąsiedztwie pałacu ulokowano jeszcze dwie warty wystawiane przez pułk gwardyjski. Również w tym samym czasie ustawiono na terenie okalającym sam pałac kilka nowych bram. Były one skonstruowane z metalowych elementów z kutymi ornamentami. Słupki bram wieńczyły ozdobne latarnie. Skrzydła bram, spoczywające na rolkach, wypełniała zielona siatka.

Carewicz Aleksy

We wrześniu 1912 roku Spała była miejscem tragicznej choroby Carewicza Aleksieja, jedynego syna Cara Mikołaja II. Carewicz uderzył się w nogę przy wsiadaniu do łódki jeszcze w Petersburgu. Po przybyciu do Spały rozwinęła się gorączka i Carewicz ledwo uniknął śmierci. Kilka dni przeleżał jednak majacząc i krzycząc w gorączce. Po kilku dniach choroby jego stan zaczął się jednak poprawiać. Zbiegiem okoliczności nastąpiło to tuż po telegramie od Rasputina do Carycy: "Bóg zobaczył Twoje łzy i wysłuchał Twoich modlitw. Nie martw się. Mały nie umrze. Nie pozwól doktorom przeszkadzać mu zbytnio". Od tego wydarzenia rozpoczęła się niesłychana kariera Rasputina jako najbardziej zaufanego doradcy i powiernika Carycy. Jednocześnie Caryca odmawiała kolejnych wyjazdów do Spały, która od 1912 roku kojarzyła się jej z dniami strachu i cierpienia.

 

Car w Spale - 1912 rok

Spała 1912 r.

Cesarska para przyjmuje delegacje dzieci szkolnych

Na polowaniu w Spale w 1897 roku

Caryca Aleksandra Fiodorowna na przejażdżce powozem

Główna arteria Spały

Caryca z dziećmi wychodzi po mszy z polowej cerkwi w namiocie

Caryca (ubrana na biało) podczas konnego spaceru

Carska para podczas polowania w drodze na stanowisko

Wyjazd Cara i Carycy z lasu po polowaniu

Powozy zaproszonych na polowanie gości podjeżdżają pod pałac

W chwilach wolnych zabawiano się strzelając do rzutków

Car siedzi pierwszy z prawej, nad nim Caryca

W Spale, po ostatnim, kilkutygodniowym pobycie w 1912 roku cesarskiej pary, spowodowanej leczeniem ich syna Aleksego całą rezydencję poddano po raz kolejny szeroko zakrojonej rozbudowie i modernizacji. Miano ją ukończyć do 1914 roku, tj. do czasu planowanego następnego przyjazdu Mikołaja II. Taka decyzja wynikała z jednej strony ze stale rozrastającej się liczby carskich gości, świty, ochrony i służby, a z drugiej z niedostatecznej nadal, pomimo wysiłków modernizacyjnych, infrastruktury spalskiej rezydencji. Taka sytuacja musiała denerwować i irytować również samego Cara, a zapewne jeszcze bardziej jego małżonkę Aleksandrę Fiodorowną. Założenia budowlane były zakrojone rzeczywiście na dużą skalę. Znaczną ich część zdążono zrealizować. Wybudowano przede wszystkim okazałą budowlę przeznaczoną na garaże oraz turbinę wodną na rzeczce Gać. Jej celem było pozyskanie dodatkowej energii elektrycznej dla lepszego oświetlenia obiektów rezydencji oraz uruchomienie dodatkowej pompy dla podlewania jej części parkowo-ogrodowej. Wybudowano również budyneczki dla służby oraz rozbudowano i zmodernizowano istniejącą sieć wodno-kanalizacyjną.

Spała 1901 rok. Car przyjmuje księcia Henryka Pruskiego

Romanowowie

Wybuch I Wojny Światowej w sierpniu 1914 roku uniemożliwił jesienny przyjazd Mikołaja II na planowane polowanie do Spały. Kolejne zdarzenia historyczne zamknęły definitywnie carski okres w Spale, który przypadał na lata 1885-1914. Już w grudniu 1914 roku wojska niemieckie zajęły Spałę.

 

O tragicznych losach Cara i jego rodziny piszę w innym miejscu.

 

Podczas I Wojny Światowej Spała znalazła się w niemieckiej strefie okupacyjnej. Urządzono tu wielki szpital wojskowy. W okolicznych lasach prowadzona była rabunkowa gospodarka. Nadleśnictwo lubocheńskie straciło w stosunku do 1913 roku niemal 50% drzewostanu. Wybudowano jednak wtedy linię kolejową Spała – Tomaszów (jej budowę ukończono w 1916). Wycofując się w 1918 roku, Niemcy zrabowali całe wyposażenie pałacyku i zrujnowali lub zniszczyli wiele budynków rezydencji. Pomimo półrocznych ciężkich walk wzdłuż Pilicy Spała nie ucierpiała specjalnie, większość zabudowy jednak ocalała i zastanawiano się po wojnie co z tym miejscem zrobić. Ostatecznie stało się rezydencją głowy państwa.

Warto przytoczyć jeszcze jedną, na poły anegdotyczną historyjkę, zasłyszaną przez A. Rżewskiego podczas jego pobytu w Spale. Wiąże się ona z wkroczeniem wojsk niemieckich do tutejszej rezydencji carskiej w styczniu 1915 roku. W pierwszym roku Niemcy skradli i wywieźli kosztowne dywany perskie, potem przyszła kolej na mosiężne zamki i klamki.


„Aż wreszcie chciwość prusko-monarchistyczna zatrzymała się u wrót sypialni, gdzie znajdowały się dwa wytworne złocone mosiężne łóżka carskiej pary. Wobec zawiłego problematu, Niemcy zwrócili się wtedy do kajzera Wilhelma, z pytaniem - co czynić? Otrzymali odpowiedź, że majestat cesarski, nawet nieprzyjacielskiego panującego, nie pozwala na podobne świętokradztwa i wobec tych pamiątek rozkazuje zachowywać się wojskowym z należytą czcią i szacunkiem (…) Tradycji monarchistycznej stało się zadość, a każdy oficer pruski, wchodząc do carskiej sypialni, stawał na baczność. Złośliwi twierdzą, że cześć tę oddawano szafce nocnej, w której znajdowały się dyskretne przedmioty”.

 

Spała w czasach II Rzeczpospolitej

 

Prezydencka Spała

 

Po I Wojnie Światowej w niepodległej II Rzeczpospolitej nastąpiły zmiany administracyjne w lasach rezydencji spalskiej. Już w 1922 roku władze rządowe ustaliły, iż rezydencja spalska wraz z otaczającymi ją lasami – “mają służyć do celów reprezentacyjnych II Rzeczypospolitej”. Leśny kompleks przydzielony do rezydencji przybiera nazwę Lasy Spalskie. Od 1923 roku Spała staje się rezydencją prezydencką. Istniejący pałac wyremontowano i zmodernizowano na polską modłę a następnie “adoptowano” na pałac prezydencki. Na polecenie prezydenta Stanisława Wojciechowskiego wzniesiono Kaplicę Prezydencką. Autorem projektu był architekt Kazimierz Skórewicz pełniący funkcję kierownika Zarządu Gmachów Reprezentacyjnych I Robót Publicznych. Kaplica prezydencka pod wezwaniem Matki Boskiej Królowej Korony Polskiej erygowana została w sierpniu 1923 roku.

Stanisław Wojciechowski - prezydent II RP w latach 1922 - 1926

Kaplica prezydencka

 

Wprawdzie Józefa Piłsudskiego strzelanie do zwierząt zupełnie nie bawiło, lecz kolejnych prezydentów jak najbardziej. Gardzący łowami marszałek ignorował rządowy pałacyk myśliwski w Spale, natomiast prezydent Stanisław Wojciechowski nakazał go odrestaurować i uczynił zeń ulubioną rezydencję. Niemal w każdy niedzielny poranek wraz z rodziną przyjeżdżał samochodem z Warszawy.

Spalska rezydencja za czasów prezydenta Stanisława Wojciechowskiego

Prezydent S. Wojciechowski przybywa do Spały

Prezydent Wojciechowski bywał w spalskiej rezydencji często i chętnie. W jej leśnym zaciszu dużo czasu spędzał na spacerach z najbliższą rodziną. Zlecił zarządowi rezydencji współpracę z administracją sąsiadujących z rezydencją nadleśnictw, głównie z Glina i Smardzewice. Zarząd rezydencji współdziałał z miejscowymi leśnikami zarówno w sprawach gospodarki leśnej jak i mnożenia zwierzyny. Rozpoczęto prace przy leśnej bażantarni do której sprowadzono bażanty z ordynacji łańcuckiej. Zwierzyna lasów spalskich została dotkliwie przetrzebiona w latach I Wojny Światowej. Toteż reprezentacyjne polowania z udziałem dostojników państwowych i prezydenckich przyjaciół urządzano sporadycznie. Sam prezydent gustował w skromnym samotnym polowaniu – najczęściej na koziołka.

Podczas polowania

Na miejscu chwytał fuzję i szedł do lasu. Często w pałacyku gościli ważni oficjele. Wówczas odbywały się w okolicznych lasach starannie zaplanowane łowy. W polowaniach z udziałem zagranicznych dyplomatów prawie zawsze brali udział minister spraw zagranicznych oraz szef protokołu dyplomatycznego. „Zwierzyna lasów spalskich była jak gdyby świetnie wytresowana i słuchała się nagonki. Wychodziła wprost na strzał zaproszonego na polowanie dyplomaty lub dygnitarza” – wspominał z rozrzewnieniem adiutant prezydenta, porucznik Henryk Comte.


Inaczej łowy zapamiętali goście. „Trzy dni spędziłem w Spale z kilkoma posłami i członkami rządu. Polowanie niesłychanie marne. Nie strzelałem ani razu, bo nie było do czego” – zapisał w dzienniku marszałek Sejmu Maciej Rataj. Mimo to prasa chętnie opisywała myśliwskie wyczyny dygnitarzy, przypisując im liczbę odstrzelonych zwierząt wielokrotnie większą od rzeczywistej. Co ciekawe, prezydent wypraw z politykami nie lubił. „Wojciechowski z uszczęśliwionym obliczem żegnał odjeżdżających i z głęboką ulgą, odetchnąwszy przy pożegnaniu ostatniego dygnitarza, wkładał maciejówkę i szedł do lasu na swoje samotne polowanie” – zapisał Comte.

Prezydent w Spale

Ta pasja w końcu zaważyła na losach Polski. Zamiast czekać do niedzieli, Wojciechowski o świcie w środę 12 maja 1926 roku pojechał do Spały. Uczynił tak pomimo ostrzeżeń, że po nominacji Wincentego Witosa na premiera w wojsku wrze, a zwolennicy Piłsudskiego mogą szykować zamach stanu. Pokusa, aby ze strzelbą zapuścić się w knieje, okazała się silniejsza od instynktu samozachowawczego.


Tymczasem już po wyjeździe prezydenta w Belwederze zjawił się marszałek Piłsudski z informacją, że armia domaga się dymisji Witosa. Badacze dziejów międzywojnia są zgodni, że Piłsudski szukał kompromisu, ale gdy nie zastał Wojciechowskiego, musiał wrócić do Rembertowa i tam mając do wyboru upokarzającą kapitulację lub grę va banque, wydał wiernym sobie pułkom rozkaz marszu na Warszawę. Wprawdzie prezydent wyciągnięty z kniei zdążył wrócić do stolicy i o godzinie 17 spotkał się z Piłsudskim na moście Poniatowskiego, jednak sprawy zaszły już za daleko i kompromis był niemożliwy. Przedkładając przyjemność ubicia leśnego futrzaka nad codzienne obowiązki, Wojciechowski ułatwił marszałkowi zdobycie władzy.

Z żoną Marią w Spale

W 1919 roku Wojciechowski został ministrem spraw zagranicznych w rządzie Ignacego Paderewskiego, a Maria zasłynęła jako jedyna ministrowa, która osobiście robi zakupy na targu.


Po zamachu na Narutowicza Wojciechowski niespodziewanie został prezydentem, a jego żona  Maria - pierwszą damą. Nie czuła się pewnie na salonach, życie towarzyskie ją przytłaczało, nieprzyzwyczajona do służby nie radziła sobie z personelem Belwederu. W dodatku była już wtedy mało reprezentacyjną zażywną starszą panią, co jej wytykano wraz z nieznajomością francuskiego. Warszawska śmietanka towarzyska wyśmiewała się z jej skromnych strojów i towarzyskich gaf.


Maria nie zamierzała brylować na salonach, nie leżało to w jej skromnej naturze. Przez pierwsze lata prezydentury męża niemal ukrywała się w rezydencji w Spale, dopiero w 1924 roku zaczęła się angażować w działalność charytatywną. Na nieliczne przyjęcia organizowane przez prezydentową nie zapraszano arystokracji, tylko ludzi kultury. W dodatku była oszczędna. Maria zamiast przysmaków z cukierni serwowała domowe pączki, a wśród zlekceważonej śmietanki towarzyskiej Warszawy szybko rozeszły się plotki, że są one zakalcowate. Formalnych imprez i balów prezydentowa unikała jak ognia, i z pewną ulgą przyjęła ustąpienie męża po zamachu majowym.

 

Stanisław Wojciechowski zmarł 9 kwietnia 1953. Był człowiekiem skromnym, cichym, uczciwym, i co najważniejsze patriotą - przyznawali to nawet najwięksi krytycy drugiego prezydenta RP. Był też znakomitym i etycznym myśliwym.

 

Po przewrocie majowym nominowany przez Piłsudskiego na prezydenta Ignacy Mościcki pokochał polowania równie mocno jak Wojciechowski. Jednak nowy prezydent w Spale chętniej urządzał dożynki, zaś ze strzelbą jeździł do Białowieży.

                                                                                                                                                                                               

Ignacy Mościcki - prezydant II RP w latach 1926 - 1939

Ignacy Mościcki należał do ścisłej czołówki polujących polityków. Zaczął we wczesnej młodości. Przyszły prezydent, jako młody chłopak, ćwiczył jak należy władać szablą, jeździć konno i oczywiście jak należy strzelać. Jednak zamiłowaniu temu mógł spokojnie oddać się dopiero, jako prezydent Drugiej Rzeczypospolitej. Polował między innymi w Białowieży, Puszczy Nadnoteckiej, w Puszczy Rudnickiej, na Huculszczyźnie, w Wiśle czy Iwacewiczach. Znany był z tego, że miał pewną rękę i celne oko. Na słynnych polowaniach dla dyplomatów, którzy przebywali w Polsce, Mościcki najczęściej bywał mistrzem polowania.

Na stanowisku podczas polowania w Spale

Spała dla Prezydenta Ignacego Mościckiego stała się drugim, po Zamku Królewskim miejscem pracy i wypoczynku. Swoją rezydencję w Spale odwiedzał znacznie częściej niż jego poprzednicy. Właściwie natychmiast po objęciu prezydentury uznając, słusznie zresztą, że cały trud kierowania sprawami kraju wziął na siebie, marszałek Józef Piłsudski skwapliwie oddał się obowiązkom reprezentacyjnym. Spała szybko przybrała zupełnie inny charakter niż za czasów Prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. Ze spokojnego na ogół miejsca wypoczynku głowy państwa stała się miejscem reprezentacyjnym.

Do upodobań nowego gospodarza przystosowano obiekty wchodzące w skład kompleksu rezydencjonalnego. Pałac i przyległe budynki szybko odrestaurowano. Nieustannie przeprowadzano także poprawki kosmetyczne. Spała tętniła życiem. Na zaproszenie Prezydenta z ochotą przybywali członkowie rządu, dyplomaci często z rodzinami.

Szczególnie gwarno stało się z chwilą rozpoczęcia polowań. Rzecz interesująca, że Ignacy Mościcki, który był zapalonym myśliwym w wieku młodzieńczym, dopiero po kilkudziesięciu latach przerwy „postanowił wrócić do myśliwskiego sportu” właśnie w lasach spalskich. Przy tej sposobności jak pisze „doświadczyłem, że w lesie na polowaniu nadzwyczajnie się odpoczywa”.

Przybycie zagranicznych gości na polowanie reprezentacyjne

Ignacy Mościcki oprócz polowań „oficjalnych” o charakterze dyplomatycznym często korzystał z myśliwskich wypadów do lasu w wąskim gronie maksimum 12 osób. W skład takiej grupy wchodzili adiutanci, szefowie i zastępcy szefa Gabinetu Wojskowego i Gabinetu Cywilnego, Zarządca Spały, Ksiądz Kowalski z Inowłodza oraz łowczy. Polowania w Spale odbywały się tak często, że tylko na przełomie lat 1933/34 takich wyjazdów było 132 na odległość ok.40 km. Oczywiście polowania te odbywały się w porozumieniu z okolicznymi nadleśnictwam.

Polowanie z ubezpieczającym strzelcem

Prezydent, który był zresztą inicjatorem powstania Polskiego Związku Łowieckiego utrzymywał serdeczne stosunki z leśnikami. W 1930 roku została ustanowiona nawet specjalna odznaka myśliwska tzw. Spalska.

Spalska Odznaka Myśliwska

Z inicjatywy Ignacego Mościckiego zapoczątkowano w Polsce tradycję obchodów dnia św. Huberta, patrona myśliwych. Do Spały zapraszano wówczas każdego 3 listopada myśliwych i leśników z całego kraju. Nie sposób nie zauważyć z satysfakcją, że obchody dnia św. Huberta w Spale, których pomysłodawcą był Ignacy Mościcki, są kontynuowane od 2003 roku jako centralne święto polskich myśliwych.

Hubertus Spalski

Obchody św. Huberta w Spale

Zainteresowania Prezydenta sprawami łowiectwa, szeroko rozumianej gospodarki leśnej przyczyniły się do przekazania Polsce przez Polonię Kanadyjską 4 bizonów. Ignacy Mościki przekazał ten dar administracji lasów państwowych. Na miejsce ich pobytu wybrano miejscowość Książ, kilkanaście kilometrów od Spały w Nadleśnictwie Smardzewice5. Stały się one zalążkiem dzisiejszego Ośrodka Hodowli Żubrów noszącej imię Ignacego Mościckiego, który stanowi niebagatelną atrakcję turystyczną regionu.

 

Spała - luty 1932 r.

Nie mniejszą atrakcją turystyczną jest spiżowa rzeźba żubra naturalnej wielkości, która stanowi nieoficjalny herb Spały. Rzeźba żubra, chociaż upamiętniała polowanie carskie w Białowieży, trafiła w 1928 roku do Spały z dziedzińca Zamku Królewskiego w Warszawie właśnie na osobiste polecenie Ignacego Mościckiego.

Spalski żubr

Podczas pobytów Prezydenta w Spale odbywały się często wytworne bankiety, przyjęcia i rauty, na których strojem obowiązkowym dla mężczyzn był frak lub mundur galowy, a dla pań- długa suknia.

Dla wielu dyplomatów przyjazd do Spały był nie tylko nobilitacją, ale często również pierwszym wyjazdem poza stolicę miejsca swojej akredytacji. Jednakże ulubioną formą przyjęć były „garden party”, które najczęściej organizowane były na trawniku za Pałacykiem Prezydenckim lub nad przepięknym wysokim brzegiem Pilicy w odległości ok. 1 km. od Pałacu. W tym miejscu zbudowano specjalne zadaszenie, tzw. Grzybka oraz parkiet do tańca. Czas wykorzystywano również na przejażdżki łódkami oraz strzelanie do „rzutków” lub żarówek spuszczanych z nurtem Pilicy. Często występowały także zespoły artystyczne miejscowej ludności. Nierzadko w tego typu spotkaniach brało udział nawet 200 osób specjalnie przyjeżdżających z Warszawy. Spalskie przyjęcia często były opisywane i utrwalane na publikowanych później zdjęciach w najbardziej nakładowych czasopismach.

Przebywać w Spale na zaproszenie Prezydenta RP to była prawdziwa nobilitacja, tym bardziej, że oprócz Prezydenta, częstymi bywalcami w Spale byli: Walery Sławek, Eugeniusz Kwiatkowski, marszałek Edward Rydz-Śmigły, Janusz Jędrzejewicz oraz Juliusz Poniatowski.

Marszałek Polski Edward Rydz - Śmigły na polowaniu

Prezydent I. Mościcki i marszałek E. Rydz - Śmigły. Za bryczką adiutanci prezydenta: z lewej kpt. Stefan Kryński, z prawej kpt. Józef Hartman

 Spała Ignacego Mościckiego to również miejsce jego kontaktów z ludnością wiejską. Prezydent RP będąc wybitnym naukowcem, a przy tym posiadający nienaganne maniery był jednocześnie osobą bezpośrednią i przyjemną w obejściu. Nic więc dziwnego, że doskonale czuł się zarówno w towarzystwie dyplomatów jak i prostych ludzi. Ignacy Mościki żywo interesując się losem mieszkańców wsi doprowadził do kilku wzorcowych przedsięwzięć w okolicach Spały m.in. w Królowej Woli a także zainicjował Dożynki Prezydenckie w Spale.

Dożynki Prezydenckie w Spale

Realizatorem jego pomysłów był zarządca Spały, kpt. Tadeusz Ropelewski, który okazał się bardzo sprawnym organizatorem. Pierwsze Dożynki w Spale miały miejsce już w 1927 roku. Uczestniczyły w nich delegacje organizacji rolniczych z całej Polski, w sumie ok. 10 000 osób. Do obiadu zasiadło 700 przedstawicieli delegacji chłopskich oraz goście z Warszawy, w tym siedmiu ministrów. Tak wielka i doskonale przeprowadzona impreza w Spale odbiła się szerokim echem na środowiskach wiejskich, w których pozytywnie oceniono niewątpliwie polityczny gest Prezydenta RP. Dożynki w Spale spotkały się też ze zmasowaną krytyką i niechęcią ze strony innych środowisk, w tym za stwarzanie konkurencji oficjalnych już Dożynek w Częstochowie. Kolejne Dożynki w Spale, pomimo, że starano się ograniczyć ich zakres, skupiły aż 38 000 uczestników. Nawet dzisiaj trudno wyobrazić sobie problemy organizacyjne, z jakimi musieli się borykać organizatorzy tak gigantycznego przedsięwzięcia.

Tadeusz Ropelewski - zarządca Spały

Zmusiły one gospodarzy Spały do rozpoczęcia nowych inwestycji, które mogłyby sprostać wyzwaniom tak wielkiej imprezy. Już w 1928 roku zbudowano specjalny stadion i kuchnię z zapleczem na uroczystości dożynkowe. Później zbudowano ogromną halę o powierzchni 4000 m2, która miała chronić uczestników przed deszczem. Dożynki spalskie były kontynuowane z powodzeniem aż do wybuchu wojny w 1939 roku. Nieodparcie przychodzi na myśl, że budowana wówczas w Spale infrastruktura sportowo-widowiskowa była osnową powojennych inwestycji sportowych, które zaowocowały powstaniem potężnego i nowoczesnego Centralnego Ośrodka Sportu, jednego z największych kompleksów treningowych w Europie. Doroczne przyjazdy tak licznych rzesz przedstawicieli środowiska wiejskiego do Spały wzbudzały swoistą zazdrość i chęć zaprezentowania swoich umiejętności przed Prezydentem RP innych grup społecznych. Pod różnymi pretekstami do Spały zjeżdżały organizacje sportowe wielkich firm z Łodzi, Pabianic i Zgierza.


W Spale odbywały się też doroczne manewry i spotkania sportowe przysposobienia wojskowego Okręgu Korpusu w Łodzi (np. w 1934 roku przybyło 1000 uczestników). W Spale odbywały się wakacyjne obozy i kursy Związku Strzeleckiego oraz kilkudniowe zloty przysposobienia wojskowego, czy kół Polskiego Czerwonego Krzyża (ponad 5000 uczestników). Przyjeżdżały też liczne wycieczki harcerskie i szkolne. Organizowano „Sobótki dla młodzieży” nad brzegiem Pilicy, czy „Święta wiosny” dla dzieci z okolic Spały. Wszystkie te przyjazdy, pod różnym pretekstem i okolicznościami, musiały posiadać akceptację głównego gospodarza Spały. Widocznie Mościckiemu liczne wizyty kontakty zarówno młodzieży jak i dorosłych sprawiały przyjemność, gdyż było ich coraz więcej i więcej. A maleńka Spała dzięki gościnności Prezydenta stała się miejscowością znaną w całej Polsce.


Najbardziej znaną imprezą okresu przedwojennego w Spale był jubileuszowy Zlot ZHP w lipcu 1935 roku. Zgromadził on ponad 20 000 uczestników, w tym liczne delegacje Polonii i skautów z całego świata. Zbudowano specjalne miasteczko zlotowe, które miało hotel, pocztę, sklepy, służbę porządkową. Przygotowania do Zlotu trwały kilka tygodni, przeprowadzono wiele kilometrów dróg i ścieżek, wykopano 115 studni artezyjskich, założono kilometry rur wodociągowych i przewodów elektrycznych. Wszystkie te inwestycje zostały wykonane przez Harcerskie Hufce Pracy. Pozostałe liczne pamiątki materialne ze Zlotu świadczą jednoznacznie o wielkim zaangażowaniu i perfekcyjnym wykonaniu tego przedsięwzięcia.

Zlot harcerzy w 1935 r.

W Spale odbywały się też bardziej kameralne wydarzenia, takie jak zloty gwiaździste samochodów i motocykli. Spotykały się one z dużym zainteresowaniem samego Prezydenta, który miał ogromną słabość nie tylko do polowań, ale również do motoryzacji. Do wyłącznego użytku Prezydenta pozostawało od czterech do sześciu samochodów typu torpeda i kareta, były to samochody marki cadillac ośmio- i dwunastocylindrowe o pojemności powyżej 6000 cm3. Prezydent Ignacy Mościcki nie rzadko sam prowadził samochód z Warszawy do Spały. Pomimo zaawansowanego wieku utrzymywał się w bardzo dobrej kondycji, służyły mu nie tylko polowania, ale również jazda konna i pływanie kajakiem po Pilicy i gra w tenisa oraz bilard.

Prezydent często na polowania zabierał swojego ulubionego psa o  imieniu Lord

W spalskim parku stanął kamienny obelisk upamiętniający ulubieńca prezydenta

Wielbicielem czworonogów był prezydent Ignacy Mościcki. Jego ulubieńcem był kudłaty pies myśliwski Lord (wyżeł szorstkowłosy), któremu pozwalał na bardzo wiele. Pupil posiadał specjalne posłanie w holu prezydenckiej rezydencji w Spale. Nocą jednak często wbiegał na górę, otwierał łapą drzwi sypialni prezydenta i podkradał mu skarpetki, które zabierał do swojego legowiska. Prezydent podobno nigdy jednak nie był z tego powodu zły na ulubieńca.

 

Jak wspominała podkuchenna ze spalskiej rezydencji Józefa Szymańska w rozmowie z Andrzejem Kobalczykiem, pasjonatem Spały i dyrektorem Skansenu Rzeki Pilicy, po wojnie krążyły opowieści, że Lord zdechł po ukąszeniu w lesie przez żmiję. "Słyszałam nawet, że żona prezydenta Maria miała jakoby wyznaczyć nagrodę w wysokości 5 zł za przyniesienie zabitej żmii, aby się zemścić za śmierć ulubionego psa jej męża. Ale to trzeba włożyć między bajki, bo Lord zdechł w spalskim pałacu, po prostu ze starości. Prawdą jest tylko to, że prezydent pochował go obok kamiennego pomnika św. Huberta, stojącego w lesie nad brzegiem Pilicy. Grób psa przykryto głazem z wyrytym napisem: Lord 1935" - opowiadała Szymańska. Kamień leży tam do dzisiaj.

 

Można powiedzieć dzisiaj, że prezydent był człowiekiem aktywnym i wysportowanym, który doskonale rozumiał potrzebę ruchu, wysiłku fizycznego dla podtrzymania zdrowia. Tym bardziej jest to godne podkreślenia, że tego typu zachowanie w okresie, w którym żył nie były szczególnie częste wśród kręgów władzy i autorytetów naukowych.

W myśliwskim mundurze

Prezydent Ignacy Mościcki opuścił swoją ukochaną Spałę 1 września 1939 roku. Losy wojny spowodowały, że do niej już nigdy nie powrócił. Jednak jego kilkunastoletnia obecność w tej miejscowości stała się dla niej symbolem i chlubą. Pomimo posiadania innych, bardziej okazałych rezydencji, Prezydent RP z największą przyjemnością przyjeżdżał właśnie do tej maleńkiej miejscowości i przebywał w niej regularnie nawet 2-3 dni w tygodniu. Tym częstym wizytom sprzyjała także niewielka odległość od Warszawy, którą pokonywał samochodem nie dłużej niż w dwie godziny. 

 

Bardzo ciekawym miejscem jest też ukryta w lesie Grota św. Huberta. Według podań w tym miejscu Car Aleksander III miał ustrzelić swojego pierwszego jelenia podczas polowania i nakazał wybudować na pamiątkę skalny monument. Dwa elementy na pewno pochodzą z tamtych czasów, gdyż są datowane: 1894-IX-14, resztę ułożono z wielkich głazów przed II \Wojną Światową, a w 1933 roku dodano tablice upamiętniającą prezydenta Ignacego Mościckiego – wskrzesiciela tradycji łowieckiej w Spale. Jednak jest to replika, gdyż oryginał, schowany w czasie II Wojny Światowej, został odsłonięty i zainstalowany w spalskim Kościele w 1990 r. 

Tablica oryginał

 

II Wojna Światowa i czasy powojenne

 

Podczas II Wojny Światowej w Spale mieściło się Naczelne Dowództwo Wojskowe "Wschód" (Oberost). Zaraz po kampanii wrześniowej generał von Manstein zaproponował przeniesienie z Łodzi do Spały sztabu niemieckich wojsk okupacyjnych. Po zajęciu tych ziem hitlerowcy zaadaptowali Spałę pod miejsce kwaterunku sztabu i ważnych oficerów – 20 października jeden z głównych autorów niemieckiego zwycięstwa nad Polską – generał Johannes von Blaskovitz przeniósł tu sztab Wehrmachtu Wschód (Oberost).

Spała 1943 r.

Spała z lotu ptaka 1940 r.

Słynny dowódca zamieszkał w prezydenckiej rezydencji, pałacyku myśliwskim wybudowanym w 1886 roku tuż nad samą Pilicą, z którego przed prezydentami Rzeczpospolitej korzystał Car Rosji Aleksander III oraz Mikołaj II.


Spałę w tym czasie poznał również przyszły kat Polaków – Hans Frank, który otrzymał od Hitlera zadanie zarządzenia Generalną Gubernią (część terenów okupowanych nie wcielonych do Rzeszy), a w grudniu 1939 roku dwukrotnie odwiedził miejscowości i spotkał się w niej z generałem von Blaskovitzem celem przejęcia od wojska administracji na terenami okupacyjnymi. Rozpoczęła się trwająca kilka tygodni walka honorowego żołnierza z bezlitosnym prawnikiem. Niemiecki generał sprzeciwiał się terrorowi i sposobowi traktowania cywili, które narzucała polityka Hansa Franka. 6 lutego doszło w Spale do spotkania w tej sprawie – Hitler (nie brał w nim udziału) poparł Franka, rozwiązał Oberost i odwołał ze stanowiska von Blaskovitza. W okolicach Spały zaczął więc rządzić brunatny terror, któremu swoją drogą aktywnie sprzeciwiały się miejscowe oddziały partyzanckie. Wkrótce Berlin powołał Militärbefehlhaber im Generalgouvernement, czyli dowództwo wojskowe w Generalnej Guberni, którego sztab mieścił się w Spale.

Już 9-10 września 1939 r. w spalskim pałacu rozlokował się sztab jednej z niemieckich dywizji pancernych wchodzących w skład 10 Armii przełamującej polską obronę w rejonie Lubochni i Spały. Dowództwo dywizji pancernej miało w Spale swą przyfrontową siedzibę jedynie kilka dni.


8.09. 1939 r. Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych (OKH – Oberkommando des Heeres) podjęło decyzje o powierzeniu władzy na okupowanych terytoriach Polski powołanemu w tym celu Naczelnemu Dowództwu na Wschodzie (Oberbefehlshaber Ost, w skrócie Oberost), a  25.09.1939 r. Hitler podpisuje rozporządzenie w sprawie okupacyjnego zarządu Wehrmachtu w Polsce, wyznaczające na dowódcę Oberostu gen. Gerda von Rundstedta, a na szefa administracji cywilnej Hansa Franka.  Na ich siedzibę przewidziano Łódź i Spałę. 20.10 gen. Rundstedt zostaje odwołany i przeniesiony wraz ze swym sztabem na Zachód. Dowództwo Oberostu  w Spale obejmuje gen. Johannes von Blaskowitz ( od 5.05.1940 r. gen. Kurt von Gienanth).


Spała doskonale pasowała do niemieckiej koncepcji rozmieszczenia niemieckich sił okupacyjnych w Generalnym Gubernatorstwie. Zabudowania spalskiej rezydencji rozrzucone były w kilkunastohektarowym parku  otoczonym rozległymi lasami. Cała miejscowość była ogrodzona, dostępna od czasów przedwojennych tylko dla osób posiadających przepustki i zaproszonych tutaj gości. Tak więc, wystarczyło otoczenie terenu całej miejscowości posterunkami wartowniczymi oraz wysiedlenie nielicznych mieszkańców i części personelu rezydencji przebywającego tu dotąd na stałe, aby niemieccy sztabowcy mogli się czuć w Spale komfortowo i bezpiecznie. W połowie 1940 r. w Spale przebywało ok. 160 niemieckich oficerów i ponad 600 żołnierzy. Miejscowość otoczona została siecią umocnień ziemnych.

Jesienią, koło Spały ruszyły prace przy budowie ośrodków dowodzenia; potężnych schronów dla pociągów sztabowych i towarzyszących im obiektów w Konewce i Jeleniu. 21.07.1940 r.  rozwiązane zostaje Dowództwo na Wschodzie „Oberost”. W jego miejsce powstaje Dowództwo Wojskowe w Generalnym Gubernatorstwie (Militärbehfelshaber im Generalgouvernement). Siedzibą pozostaje Spała, a dowódcą gen. von Gienanth.


1.09.1942 r. Dowództwo Wojskowe w GG (Militärbefehlshaber im Generalgouvernement) przekształcone zostało w Dowództwo Okręgu Wojskowego GG (Wehrkreisbefehlshaber im Generalgouvernement), co w efekcie doprowadziło do ponownego zmniejszenia jego znaczenia wojskowego i zrównania go organizacyjnie z dowództwami innych okręgów wojskowych w Rzeszy. Siedzibą dowództwa nowego okręgu wojskowego pozostała Spała. Dowodzenie powierzone zostało gen. Siegfriedowi Haenicke. Dowództwo to funkcjonowało w Spale do sierpnia 1943 r., kiedy to cały sztab przeniesiono do Krakowa. Po wyjeździe niemieckiego dowództwa, Spała nadal pozostała miejscowością wydzieloną. Ciągle funkcjonowały tu: szpital, ośrodek rekonwalescencyjny i szkoleniowy. Dopiero w drugiej połowie 1944 r. w Spale i okolicy pojawiło się znów więcej niemieckich żołnierzy, a także robotników przymusowych i zmuszonych do pracy jeńców wojennych.  Wiązało się to z oraz budową linii umocnień wzdłuż Pilicy oraz wykorzystaniem lotniska na Glinniku do celów bojowych. Zapełniły się też spalskie szpitale wojskowe. Transporty rannych niemieckich żołnierzy przybywały tu coraz częściej z przebiegającej wzdłuż Wisły, oddalonej o niecałe 100 kilometrów linii frontu. Wkrótce, z braku szpitalnych łóżek, lżej rannych zaczęto umieszczać w budynkach koszarowych i barakach.

W styczniu 1945 r. Niemcy rozpoczęli ewakuację szpitali i pozostających tu jeszcze nielicznych oddziałów wojskowych. Do obrony miejscowości pozostawiono jedynie 136 bat. zapasowy, ponieważ nie spodziewano się tu rosyjskiego natarcia. Większymi siłami (m.in. 155 B. Sap. oraz 22 i 514 Bat. Sap.) obsadzono węzeł oporu w Teofilowie oraz umocnienia ziemne na granicach Tomaszowa, przy drodze ze Spały.


Po nieudanej próbie przełamania siłami pancernymi z marszu umocnień Linii Pilicy w rejonie Inowłodza, 17 stycznia, Rosjanie przegrupowali się w rejonie Spały i następnego dnia, 18 stycznia, po przygotowaniu artyleryjskim, przystąpili do forsowania rzeki siłami 20 BPanc. wspomaganymi przez inne jednostki. Po przełamaniu słabej, niemieckiej obrony i przeprawie, rosyjskie czołgi od razu skierowały się na Tomaszów.


Następstwem wyboru Spały na siedzibę dowództwa „Oberost” i koncentracji tutaj licznej grupy oficerów oraz znacznych sił wojskowych było uwzględnienie tej miejscowości w dalszych planach wojennych podbojów hitlerowskiej armii. W sierpniu 1940 r. po I Wojnie Światowej (w 1916 r. powstał w Konewce duży tartak). W położonym 6 km na południe od Spały, Jeleniu obiekty kwatery miały powstać nieopodal małej stacji kolejowej i drogi do Spały zwanej Carskim Traktem (tędy carowie dojeżdżali od stacji w Jeleniu do swej rezydencji w Spale). Od listopada 1940 r. stacja kolejowa w Jeleniu została zamknięta dla ruchu pasażerskiego.


Decyzja o budowie ośrodka dowodzenia „Anlage Mitte”  zapadła dopiero we wrześniu lub nawet październiku 1940 r. Do czerwca 1941 r. w Konewce i Jeleniu miały powstać dwa kompleksy żelbetowych schronów. Głównymi obiektami tych kompleksów miały być potężne schrony kolejowe, mogące pomieścić całe składy pociągów sztabowych, których kilkanaście Niemcy wykorzystywali od początku wojny jako ruchome ośrodki dowodzenia dla sztabów wojskowych, a także dla najwyższych dostojników III Rzeszy z Hitlerem na czele.


Na tereny przygotowane do budowy  wkroczyła firma Chemische Werke „Askania”. wyspecjalizowana w budowie obiektów militarnych oraz robotnicy z OT i oddziały Służby Pracy RAD (Reicharbeitdienst, zmilitaryzowana organizacja grupująca robotników, głównie w wieku przedpoborowym). Robotników sprowadzono z różnych rejonów Niemiec i Austrii, zaangażowano także pewną liczbę Włochów. Łącznie bezpośrednio do prac budowlanych zatrudniono ok. 3000 – 4000 ludzi (w tym ok. 1000-1500 Włochów). Ze względu na zachowanie celu budowy w tajemnicy nie zatrudniano miejscowych Niemców, których liczna kolonia istniała już przed wojną w Tomaszowie, nie wykorzystywano przy budowie także jeńców wojennych. Jednak w samym Tomaszowie powstało kilka niemieckich firm pracujących na potrzeby Askanii. Zatrudniały ok. 1000 pracowników, a oprócz Niemców znalazła w nich zatrudnienie także znaczna liczba Polaków. Polaków zatrudniano także przy transporcie materiałów budowlanych, ale nie mogli oni wjeżdżać bezpośrednio na place budowy ogrodzone szczelnymi drewnianymi płotami chroniącymi przed obserwacją i wejściem na teren osób postronnych.

Konewka 1945 r.

Schron kolejowy w Konewce - 1946 r.

W czasie niespełna roku w Konewce i Jeleniu powstały dwa kompleksy podobnych obiektów. Różniące się nieco od siebie kształtem i długością schrony kolejowe; schron w Konewce ma 380 metrów długości i jest prosty, zaś schron w Jeleniu jest nieco krótszy – ma 355 m i kształt łagodnego łuku.

Schron kolejowy w Jeleniu

Obok zbudowano mniejsze schrony zaplecza technicznego mieszczące agregaty prądotwórcze, kotłownie i wentylatory tłoczące podziem¬nymi kanałami ogrzane i filtrowane powietrze do wnętrza schronu kolejowego. Na potrzeby kwatery zajęto również kilka, pamiętających jeszcze czasy carskie budynków w Konewce; w drewnianej willi zbudowanej pod koniec XIX w. dla Carewicza Mikołaja zajęło kierownictwo budowy, później mieściła się tu komendantura kwatery, natomiast budynek mieszkalny dla służby i łowczych zamieniono na kasyno i kwatery oficerskie (kolejne kwatery znalazły się w postawionych obok barakach).


Ponieważ stanowiska dowodzenia znalazły się na ziemiach polskich, będących pod niemiecką okupacją (w Generalnej Guberni) wiele uwagi poświęcono zabezpieczeniu terenu kwater. W Konewce przy skrzyżowaniach dróg i torze kolejowym wykonano system  umocnień ziemnych z gniazdami karabinów maszynowych, a od strony lotniska zbudowano dwa żelbetowe schrony bojowe oraz schron bierny dla oddziałów ochrony kwatery. Teren wokół kwatery był ściśle strzeżony, tak że nawet okoliczni mieszkańcy i ludzie zatrudniani przez Niemców w Spale nie znali przeznaczenia wzniesionych obiektów.

 
W lesie między Lubochnią a Skrzynkami rozpoczęto budowę kolejnej, mniejszej kwatery wojskowej wyposażonej w nieduże schrony bierne (typu Regelbau 102V) przystosowane do celów sztabowych oraz drewniane baraki. Kwatera miała być wykorzystywana przez dowództwo wojsk lądowych OKH, choć niewykluczone, że jej późniejsze wykorzystanie związane było z funkcjonowaniem fabryki amunicji w Niewiadowie (przedwojenne Zakłady Chemiczne  „Nitrat” S.A.) i pobliskim lotniskiem.


Mimo szeroko zakrojonych prac i wielkich nakładów poniesionych na budowę gigantycznych schronów kwatery „Anlage Mitte” Niemcy nie wykorzystali tego ośrodka dowodzenia ani w trakcie przygotowań, ani też w czasie wojny ze Związkiem Radzieckim rozpoczętej przez Hitlera 22 czerwca 1941 r. Były tego dwie przyczyny; po pierwsze, wobec wyboru Wofschanze koło Kętrzyna na kwaterę główną Hitlera i umieszczenia niemieckiego dowództwa wojsk lądowych (OKH) w kompleksie schronów w pobliskich Mamerkach, ciężar dowodzenia operacjami wojskowymi przeniósł się do centrów dowodzenia w Prusach Wschodnich. Po drugie, szybkie posuwanie się Wehrmachtu w głąb rosyjskiego terytorium w pierwszym okresie walk wymusiło podążanie sztabów wojskowych na wschód za oddziałami liniowymi i oddalającą się linią frontu, co sprawiło, że korzystanie z obiektów „Anlage Mitte” stało się zbędne.


Relacje świadków mówią o kilku wizytach pociągów specjalnych w Spale i Konewce. Zwracały one uwagę, gdyż w czasie przejazdów takich pociągów wprowadzano szczególne środki bezpieczeństwa w Tomaszowie i Spale, wzdłuż trasy przejazdu pociągu, w kilkudziesięciometrowych odstępach rozstawieni byli żołnierze i funkcjonariusze służby ochrony kolei (Bahnschutz). Jedna z takich wizyt odnotowana w dzienniku kwatery głównej miała miejsce 28 sierpnia 1941 r., kiedy to do Konewki przybył pociąg osobistej ochrony Hitlera, w związku z przygotowaniami do wizyty Hitlera w Spale. Hitler dwa dni wcześniej spotkał się z przywódcą faszystowskich Włoch Benito Mussolinim w podobnym kompleksie (Strzyżów, Cieszyna-Stępina) koło Rzeszowa i w drodze powrotnej do „Wilczego Szańca” miał zatrzymać się w Spale. Jednak z powodu niechęci do dowódcy Oberostu, gen. Gienantha i potencjalnego zagrożenia związanego z działaniami ruchu oporu na tym terenie, Hitler odwołał swoją wizytę i wrócił prosto do Wolfschanze.


Przez pewien czas obiekty „Anlage Mitte” nie były wykorzystywane. W początkach 1942 r. rozpoczęto demontaż części urządzeń w Jeleniu i według świadków z terenu kwatery wywieziono dwa pociągi (120 wagonów) sprzętu, wyposażenia i zdemontowanych baraków.


W tym czasie w okolicach Winnicy na Ukrainie rozpoczęto wznoszenie kolejnej kwatery Hitlera Werhwolf oraz  szeregu mniejszych kwater dla innych przywódców. Być może robotników Askanii skierowano do ich budowy, a do  wyposażenia nowo wznoszonych obiektów wykorzystano sprzęt zdemontowany w Jeleniu.


Schrony w Jeleniu Niemcy wykorzystali jeszcze raz, pod koniec wojny; w połowie 1944 r. ulokowano tam magazyn i zakład odzyskiwania części z uszkodzonych silników lotniczych należący do tomaszowskiej filii firmy Daimler-Benz Flugmotorenwerke. Zatrudniano tam wówczas jeńców rosyjskich i robotników przymusowych z Tomaszowa i okolicznych miejscowości. Kompleks w Jeleniu znalazł się wówczas w wykazie dyslokacji niemieckich obiektów przemysłowych  pod kryptonimem Goldamsel .


Schron w Konewce utrzymywany był w gotowości do połowy 1944 r., choć od 1942 r. obsadzony był tylko przez szkieletową załogę. Pod koniec wojny, w związku z  bojowym wykorzystaniem pobliskiego lotniska koło Glinnika przez hitlerowską Luftwaffe, schron kolejowy i  teren obok niego wykorzystano jako skład bomb i amunicji lotniczej. Kompleks w Konewce nosił wówczas kryptonim Hühn. Według niemieckiego katalogu dyslokacji obiektów przemysłowych  w miejsca nie zagrożone bombardowaniem z 6 lipca 1944 r. (tzw. plan Geilenberga) pod numerem 2006 oznaczony kryptonimem „Goldamsel” figuruje Deutsche Reichbahn Tunnel Tomaczew, a pod numerem 2009 pod kryptonimem „Hühn” DRT T. Tomaczow-Konewka.

Samolot Storch na lotnisku Glinniku

W styczniu 1945 roku Niemcy bez walki opuścili Konewkę. Schron zaminowano wykorzystując do tego celu tutaj zmagazynowane bomby. Obiektów jednak nie wysadzono, nie zdążono też wywieźć pozostałego tu wyposażenia, a 18 stycznia nieliczna załoga uciekła przed zbliżającymi się od strony Królowej Woli oddziałami  61 Korpusu Piechoty Armii Czerwonej, które po przeprawieniu się przez Pilicę w rejonie Myślakowic i Inowłodza nacierały z rejonu Rzeczycy w kierunku Tomaszowa. Potężne schrony nie wzbudziły większego zainteresowania Rosjan. Od początku budziły zaś sensację wśród okolicznych mieszkańców, którzy po raz pierwszy od ich zbudowania mogli dostać się na teren kwatery „Anlage Mitte” i z bliska obejrzeć betonowe molochy. Mimo groźby wybuchu zgromadzonej tu amunicji schron kolejowy chętnie penetrowali śmiałkowie, tym bardziej, że zgromadzone tu zapasy mundurów, butów i wyposażenia były dla mieszkańców cennymi zdobyczami w trudnych powojennych czasach. Usuwanie leżących w schronie bomb i amunicji polscy saperzy rozpoczęli wiosną 1945 r., a w 1946 r. zdemontowano wyposażenie schronów technicznych, wywożąc je do odbudowywanych fabryk. Na początku lat 50-tych schron w Konewce wykorzystywano jako magazyn „Centrali Rybnej”. Wtedy też do schronu po raz ostatni wjeżdżały wagony kolejowe. Tym razem ich „pasażerami” były śledzie w beczkach. Gdy jednak zaczął się chwiać drewniany wiadukt  kolejowy nad rozlewiskiem rzeczki Gać tory kolejowe zdemontowano. Około 1954 r. zdemontowano również dwie pary pancernych wrót do schronu, zastępując je drewnianymi drzwiami. Od lat siedemdziesiątych do końca wieku schronami w Konewce dysponowało wojsko. W Jeleniu podobnie jak w Konewce były magazyny „Centrali Rybnej”. Zlikwidowano je w dopiero w 1990 r.

Żelbetowy bunkier kolejowy w Konewkach o długości 380 m. Mógł zmieścić się tam pełny skład pociągu. Obok niego znajduje się szereg mniejszych bunkrów technicznych, w których Niemcy ulokowali m.in. siłownię elektryczną i kotłownię. Wszystkie te obiekty połączone są podziemnymi kanałami. Obecnie tunel w Konewce udostępniony jest do zwiedzania. Można tam zobaczyć fragment oryginalnego torowiska oraz pomieszczenia dla obsługi pociągu. Zobaczymy także bogatą ekspozycję militariów oraz wystawy stałe oraz czasowe dotyczące fortyfikacji i historii II Wojny Światowej.

Schron kolejowy  w Konewce czynny jest przez cały rok. Trasa zwiedzania ma około 1 kilometr długości. Można zwiedzać indywidualnie bądź z przewodnikiem.

Zdjęcie lotnicze schronu w Konewce

 Zakrzywiona  betonowa budowla w Jeleniu porośnięta jest mchem, spod którego wyrastają metalowe pręty służące do mocowania siatki maskującej. Bunkier kolejowy przed którym stoimy, jest długi na około 380metrów, wysoki na 9 metrów. Bunkier jest opuszczony i sprawia wrażenie zapomnianego, co jeszcze bardziej pogłębia unoszącą się dookoła mgiełkę tajemnicy

Zdjęcie lotnicze schronu w Jeleniu

 W 1945 roku do miejscowości Spała wkroczyła Armia Czerwona. Pałacyk myśliwski został obrabowany i całkowicie spalony.


W okresie PRL w Spale funkcjonował Fundusz Wczasów Pracowniczych. Później miejscowość podupadła. Na szczęście, w ostatnich latach, dzięki prywatnym inwestorom, dawna rezydencja carów i prezydentów znów odżyła. Zrewitalizowano zabudowania, powstały nowe obiekty noclegowe i gastronomiczne. Dziś z dawnego założenia rezydencjonalnego zachował się park, oraz fundamenty pałacu. W parku stoi też jeden z symboli Spały - pomnik żubra przywieziony tu w 1928 roku ze Zwierzyńca koło Białowieży.


Samego pałacyku już nie ma. Oglądać można jednak pozostałe zabudowania Spały, które poniekąd powstały jako „otoczenie“ rezydencji i były z nią powiązane. Miejscowość ma charakterystyczny myśliwski klimat.


Myśliwskie tradycje nadal są zresztą kultywowane podczas Spalskiego Hubertusa, dwudniowej plenerowej imprezy myśliwskiej i jeździeckiej. W sobotę podczas pokotu można oglądać upolowaną  zwierzynę  i wysłuchać sygnałów odgrywanych na rogu myśliwskim. Następnego dnia odbywa się część jeździecka: pokazy sokolników, hodowców psów, jeźdźców, przejażdżki konne bryczką oraz pogoń za lisem.

 

Carsko - cesarska kolekcja poroży w Spale

 

Rejon Spały pod względem łowieckim był atrakcyjny, ponieważ duże powierzchnie leśne sprzyjały występowaniu przede wszystkim zwierząt kopytnych. W tym rejonie znajdował się pałac myśliwski zbudowany przez Kazimierza Wielkiego k. miejscowości Lubochna, a paręset lat później w innym miejscu powstał również pałac myśliwski zbudowany przez królową Bonę w miejscowości Inowłódz na brzegiem Pilicy. W 1877 roku Aleksander III polował w tym rejonie i wtedy było tam nie więcej niż 50 jeleni. Jelenie ze rejonu Spały pod względem jakości nie ustępowały zwierzętom z innych krajów zachodniej Europy. W tym czasie podjął decyzję o utworzeniu ośrodka łowieckiego i w 1884 roku rozpoczęto budowę pałacu myśliwskiego w Spale. Ogólna powierzchnia ośrodka łowieckiego wg informacji z 1913 roku wynosiła 44156,9 dziesięciny (1 dziesięcina = 1,0925 ha) to jest ok. 48000 ha, na której występowały lasy i pola. Na powierzchni 600 dziesięcin (ok. 655 ha) uprawiane były rośliny z przeznaczeniem dla zjadania przez zwierzynę. Z chwilą tworzenia ośrodka oszacowano liczbę jeleni na 927, saren - 534 i dzików - 757. Poprzez różnorodne działania z zakresu gospodarki łowieckiej, w tym znacznego powiększania bazy pokarmowej liczba jeleni wzrosła do ok. 7000, ale w następnych latach zmalała i w  1913 roku ich liczbę oszacowano na 4800 (1600 byków i 3200 łań), saren - 500 i dzików 800. Gatunkiem który był uznawany za sztandarowy był jeleń i w celu poprawy jakości poroży sprowadzo¬no z Węgier w 1904 roku 16 byków jeleni które w początkowym okresie były przetrzymywane w specjalnej zagrodzie, którą dzisiaj można byłoby określić jako adaptacyjna. O pozytywnym efekcie prowadzonych działań gospodarczych i dobrej jakości osobniczej świadczy odłów i sprzedaż do innych łowisk 1175 jeleni i 516 dzików. Zwierzęta te były sprzedane do wsiedleń i poprawy jakości osobniczej miejscowych zwierząt na terenie Rosji, Niemiec i Austrii. Łowiecka eksploatacja jeleni sprowadzała się do corocznego odstrzału 500-600 jeleni, głównie starszych byków o formie poroża powyżej 10-taka. W strukturze form poroży  pozyskanych 479 byków jeleni w 1909 roku dominowała forma 12-taka (33,0%), następnie 14-taka, a udział najbardziej rozbudowanych form - 22-dwudziestaków i 24-dwudziestaków było 0,4% (2 poroża).

 

Specyficznym zarządzeniem dotyczącym zasad odstrzału byków jeleni była było zezwolenie na odstrzał byków o formie poroża 10-tak, lub wyższej. Zakaz ten miał na celu zachowanie wszystkich młodych byków i utrzymanie ich do wieku kiedy będą mogły nakładać bardziej okazałe wieńce.

 

Za prowadzenia działań gospodarczych w sferze łowieckiej odpowiedzialny był Władysław hr. Wielopolski - naczelnik polowań cesarskich, łowczy Najwyższego Dworu. W 1909 roku łowczym polowań cesarskich był Ignacy Modzelewski, pomocnikiem łowczego - Konrad Walewski, skierniewickim zwierzyńcem zarządzał Władysław Majewski, a bez¬pośrednimi realizatorami prac było 30 pracowników. W tamtym okresie Węgrzy byli uznawani za bardzo dobrych specjalistów w za¬kresie otwartej hodowli jeleni i w Spale był zatrudniony Juliusz Egerviary, który prowadził nadzór nad poprawą jakości wieńców jeleni.

 

Gromadzone przez blisko 30 lat funkcjonowania carskiej rezydencji myśliwskiej w Spale trofea uległy rozproszeniu po wybuchu I Wojny Światowej. W pałacyku w Spale, na parterze umieszczona była kolekcja poroży saren. Ślad po niej całkowicie zaginął, ale nie ona była szczególnie wartościowa.

Dotychczas nie znaleziono wiarygodnej informacji dotyczącej pełnej liczby egzemplarzy zgromadzonych w spalskiej kolekcji poroży z okresu carskiego. Część z nich została wywieziona do Rosji podczas ewakuacji dobytku pałacu spalskiego w 1914 r. W ramach zwrotu w 1924 r. do Polski po Traktacie Ryskim wywiezionych ruchomości w 1914 r. nie było carskich poroży. (Wówczas zwrócono m.in. żeliwny posąg żubra, ale o zwrot wielu carskich pamiątek polskie władze nawet nie występowały).

Ekspozycja Zarządu Cesarskich Polowań w Księstwie Łowickim podczas I Warszawskiej Wystawy Łowieckiej - 1899 r.

W okresie międzywojennym w obiektach rezydencji prezydenckiej w Spale znajdowały się jeszcze 102 egzemplarze poroży z tej kolekcji. Nieznane są natomiast ich losy podczas okupacji hitlerowskiej, chociaż na zachowanych fotografiach z tego okresu można je dostrzec na ścianach różnych pomieszczeń w pałacu i innych budynkach. Szczęśliwie uniknęły też spalenia podczas pożaru pałacyku spalskiego w styczniu 1945 r.

Pałacowa jadalnia 1926 r.

Pałacowy salonik 1926 r.

Pałacowa jadalnia podczas okupacji hitlerowskiej 1940 r.

 Wśród trofeów z byłej kolekcji carskiej zgromadzonej w pałacu w Spale i obecnie eksponowanych w Restauracji Pod Żubrem znajduje się 10 poroży upolowanych i sygnowanych przez Cara Mikołaja II. Ponadto 2 poroża sygnowane są przez księcia greckiego Mikołaja i księcia Alberta Sasko-Altenburgskiego. Poroża zostały zdobyte w latach 1897-1912 na terenie Lasów Spalskich w obrębach Zielona, Konewka, Wiśniowiec, Szczurek, Sługocice, Spała, Jelenia Góra i Taraska. Aż 26 poroży jest sygnowanych przez Cesarza Niemiec Wilhelma II. Zdobył je głównie w łowiskach w Puszczy Rominckiej (8 egzemplarzy), w lasach Schorfheide koło Berlina (15 egzemplarzy) i po 1 egzemplarzu w okolicach Buckenburga w Dolnej Saksonii, Eckartsau w Dolnej Austrii oraz Belley w Alpach Francuskich. Wilhelm II upolował je w latach 1891-1912. Pozostałe 5 poroży nie posiada sygnatury, a tylko wyłącznie datę ich zdobycia.

Restauracja pod Żubrem w Spale

"Bezpretensjonalna, ciepła, pełna starych, oryginalnych mebli pochodzących ze spalskiego pałacu i myśliwskich trofeów będących pamiątkami związanymi z rosyjskim dworem carskim i prezydentem Polski Ignacym Mościckim".

Jeden z wieńców jelenia strzelonego przez Mikołaja II w 1903 r. ...

... oraz przez Wilhelma II pozyskanego w Schorfheide w 1912 r.

W zasobach Domu Pamięci i Martyrologii Leśników i Drzewiarzy Polskich w Spale znajdują się 4 poroża z kolekcji car¬skiej. Wśród nich jest historycznie najcenniejsze trofeum, bo jedyne zachowane w Spale, należące do Cara Aleksandra III z 1886 r. Poroże pochodzi z obrębu Piła. Drugie poroże zostało pozyskane przez Cara Mikołaja II w 1900 r. w obrębie Szczurek. Kolejne dwa poroża przechowywane w Domu Pamięci i Martyrologii Leśników i Drzewiarzy Polskich w Spale należały do Cesarza Wilhelma II i pochodziły z Puszczy Rominckiej z 1906 r. i łowiska Eckartsau z 1908 r.

Dom Pamięci i Martyrologii Leśników i Drzewiarzy Polskich w Spale

Wieniec pozyskany przez Cara Aleksandra III w Spale w 1886 r.

Znacząca liczba trofeów myśliwskich Wilhelma II w zbiorach spalskich wynika zapewne również z faktu, że ewakuacja ruchomości z rezydencji carskiej w 1914 r. nie objęła poroży zdobytych przez tę osobę, którego armia zbliżała się wówczas do Spały. Szczęśliwie nie zostały one zniszczone. Ze względu na brak wiarygodnej informacji o ogólnej liczbie ówczesnej spalskiej kolekcji trudno też określić jaką jej część stanowiły trofea łowieckie Wilhelma II. Należy podkreślić, że Cesarz Niemiec był zagorzałym myśliwym. Polował w licznych łowiskach nie tylko Rzeszy Niemieckiej. Do jego ulubionych należały tereny położone w Prusach - Prakwice, Kadyny i Rominty. Cesarz Niemiec pomimo swojego kalectwa w postaci krótszej i zdeformowanej lewej ręki był doskonałym strzelcem. Chociaż polował praktycznie na wszystkie zwierzęta to szczególną atencją darzył polowania na jelenie. Do 1913 r. miał strzelonych ponad 2000 jeleni.

 

Na terenie Puszczy Rominckiej do dzisiaj znajdują się głazy z napisami upamiętniającymi udane polowania Cesarza w latach 1890-1913. W tym czasie Puszcza Romincka miała powierzchnię 25 tys. ha. W 191 2 r. na tym obszarze zinwentaryzowano 1638 jeleni (struktura płci 11 :1 na korzyść byków). Za byka łownego uznawano osobnika, którego wieniec ważył co najmniej 6 kg. Ale trafiały się wyjątkowe okazy, jak m.in. strzelony przez Cesarza Wilhelma II w 1898 r. w Nadleśnictwie Nassawen czterodwudziestaki, a w 1904 r. ośmiodwudziestak o ciężarze ciała 374 funtów (ok. 152 kg - 1 funt =405,5 g). Ciekawostką było, że leśniczy na terenie którego Cesarz strzelił byka otrzymał gipsowy odlew poroża. Kolejna kopia poroża - wykonana z drewna - trafiła do myśliwskiego pałacu Jagdschloss w Romintach, natomiast oryginalne trofea zawsze były przewożone do zamku w Berlinie.

 

Wiadomo, że z powodu niechęci do Wilhelma II Car Aleksander III i jego syn Mikołaj II nie zapraszali go na polowania do Spały czy Białowieży. Nie wiadomo czy Wilhelm II kiedykolwiek zapraszał Carów na polowania do Puszczy Rominckiej. W każdym bądź razie żaden z Carów nie przebywał w Romintach. Natomiast Mikołaj II wspólnie z Wilhelmem II polowali 23 października 1910 r. na daniele w lasach Oranienburga. Car strzelił osobiście 39 byków na ogólną liczbę 290. Jak wspominał Mikołaj II te sosnowe lasy przypominały mu bardzo Lasy Spalskie.

Polowanie na daniele w lasach koło Oranienburga w 1910 r.

Najliczniejsze trofea jeleni Wilhelma II w carskiej kolekcji poroży w Spale pochodzą z Puszczy Schorfheide położonej ok. 65 km na północny-wschód od Berlina. Cesarz Niemiec polował tam bardzo często zamieszkując w dworku myśliwskim Hubertusstock. Tam polował najczęściej na dorodne jelenie podczas rykowiska. Jeden wieniec zdobyty przez Wilhelma II w spalskiej kolekcji pochodzi z Buckenburga, który był stolicą hrabstwa, a następnie księstwa Schaumburg-Lippe w Dolnej Saksonii. Podczas polowań zatrzymywał się on w zamku - siedzibie władców księstwa. Inny pojedynczy wieniec Wilhelma II pochodzi z Eckartsau, gdzie znajduje się cesarski pałac myśliwski, a wokół niego 27 hektarowy park. Eckartsau leży w kraju związkowym Dolna Austria, w parku narodowym Donau-Auen, a sam pałac zarządzany jest obecnie przez Austriackie Lasy Państwowe. Ostatnim pojedynczym trofeum Wilhelma II w spalskiej kolekcji jest wieniec jelenia upolowanego w Belley we Francji, w regionie Rodan-Alpy w departamencie Ain. Wilhelm II do tego stopnia był namiętnym myśliwym, że w latach 1895-1913 średnio w roku na polowaniach spędzał trzydzieści dziewięć dni, a w 1897 r. nawet sześćdziesiąt dni.

 

Dzięki jego namiętnościom do polowań i zbiegowi okoliczności dziejowych, właśnie trofea myśliwskie Wilhelma II stanowią obecnie najliczniejszą część kolekcji carskich poroży w Spale. Niestety, duża część tej kolekcji uległa rozpuszczeniu. Prawdopodobnie wiele z nich znajduje się w licznych magazynach muzealnych na terenie Federacji Rosyjskiej. Niekiedy na aukcjach międzynarodowych można spotkać oferty sprzedaży pojedynczych egzemplarzy. Część pozostawiona w Spale powinna zostać otoczona szczególną troską i uwagą, aby nie uległa zmniejszeniu. Warto byłoby również podjąć starania o jak najlepsze jej zaprezentowanie, upowszechnienie nie tylko wśród myśliwych przybywających do Spały co roku na obchody św. Huberta, ale również wśród licznie odwiedzających Spałę turystów. (źródło: Spalska kolekcja poroży, autorzy: Roman Dziedzic, Michał Sloniewski).

 

Cóz, były to piękne czasy. Bez wegan, wegetarian, psudoekologów, nawiedzonych celebrytek i zniwieściałych celebrytów. Facet to był facet a na zwierzynę  polował od wieków. Łowiectwo było natchnieniem dla artystów: malarzy, rzeźbiarzy czy poetów. Myśliwy był szanowany a smak dziczyzny i jej walory zdrowotne powszechnie znane. Dziś jemy mięso z torebki foliowej i nikt nie chce napisać poematu o kiełbasie z ... supermarketu. Jestem myśliwym i jestem dumny, że dane jest mi kontynuowanie wielowiekowych tradycji.

 

 

W tym miejscu warto także napisać o polowaniach polskiego ziemiaństwa, które było ostoją rodzimego łowiectwa, zwyczajów i tradycji wywodzących się od szlachty polskiej.

 

Ziemianie, podobnie jak arystokraci, żyli w przekonaniu o własnej szczególnej pozycji w społeczeństwie. Wiązała się ona jednak ze szczególnego rodzaju obowiązkami. Ziemianie musieli respektować zasady kodeksu honorowego, przynależeć do klubów arystokratyczno-ziemiańskich, myśliwskich, „rycerskich”, resurs obywatelskich oraz, co było w dobrym tonie, organizować polowania na zwierzynę.

Dworek ziemiański (szlachecki)

Sezon polowań myśliwskich przypadał zawsze na trzecią porę roku - jesień. Na początku XIX w. twierdzono, że „prawidłowe polowanie i związany z tym odstrzał zwierzyny jest koniecznością. Zwierzostan nieodstrzelany na jesiennym polowaniu jest niczym żniwo, do którego gospodarz przygotowuje się cały rok”. Jednak pod koniec tego samego wieku wielu ówczesnych publicystów zastanawiało się, czy łowiecka namiętność nie przyczynia się, aby zbyt często do upadku ziemiańskich gospodarstw?


Pomijając skutki tejże rozrywki właściciele majątków ze sporym wyprzedzeniem planowali jesienne łowy. Każdemu z nich zależało na obecności najlepszych strzelb w okolicy, chcieli uniknąć różnych amatorów nie trzymających się reguł polowania i kaleczących lub przepuszczających zwierzynę. Od tego czy uda się zgromadzić elitę myśliwską, zależał prestiż i sukces całego przedsięwzięcia.


Zazwyczaj kilka tygodni przed ustalonym dniem polowania wysyłano zaproszenia i przygotowywano szczegółowy plan polowania. Wyznaczano teren, wybierano naganiaczy, dziesiętników, skrzydłowych rozprowadzających nagonkę. W lesie umieszczano płotki i numery na stanowiskach. Przygotowywano fornalki do zwożenia upolowanej zwierzyny i bryczki do rozwożenia myśliwych. Pani domu w tym czasie wydawała dyspozycje w kuchni, ustalała menu myśliwskiego śniadania i uroczystej kolacji, która odbywała się po zakończeniu łowów. Zwieńczeniem polowania był uroczysty bal.

We wspomnieniach Mieczysława Jałowieckiego (ziemianina polskiego) pisze: „Na polowaniu w Kamieniu zapraszałem, co najwyżej osiem strzelb, za to znamienitych. Przeciętny rozkład wahał się zwykle od 150 do 200 sztuk zwierzyny na myśliwego do upolowania w krótkim dniu późnej jesieni”. W latach 30-tych XX w. w majątku Kamień w Wielkopolsce odbyło się polowanie na kilkuset hektarach pól i lasów. W ciągu jednego dnia, od świtu do zmroku ustrzelono wówczas prawie 1600 sztuk zwierzyny, nie licząc królików, zajęcy i bażantów. Według Jałowieckiego to było jedno ze szczególnie udanych polowań.

Organizowane głównie na jesieni i zimą, gdy zwierzyna była najtłustsza i miała najgęstsze futro, polowania były nieodłącznym elementem życia w ziemiańskim dworze i – przynajmniej dla niektórych – jego największym urozmaiceniem. Ta wielka szlachecka namiętność była zarazem jednym z podstawowych wyznaczników przynależności stanowej: aż do połowy XIX wieku szlachcic nawet nie musiał prosić o zgodę na tropienie czy naganianie zwierzyny na cudzych gruntach. Sytuacja zmieniła się po uwłaszczeniu chłopów, kiedy w Królestwie Polskim wprowadzone zostaje prawo ograniczające możność urządzania polowań do gruntów należących do obywatela ziemskiego, obwarowując ją nadto zastrzeżeniem, że obszar taki musi liczyć co najmniej 150 morg. I jakkolwiek ziemianie mogli ubiegać się o pozwolenie na organizowanie łowów na polach czy w lasach sąsiada (oczywiście za jego zgodą i stosowną opłatą), prawo to utemperowało nieco szlachecką fantazję. Takie też było zamierzenie ustawodawców, zaniepokojonych uszczuplającym się z każdym rokiem pogłowiem dzikich zwierząt, stąd dodatkowym obostrzeniem wprowadzonym przez władze carskie było nałożenie podatków na właścicieli chartów i ogarów – odpowiednio 5 i 15 rubli od psa rocznie – co w budżecie ziemiańskiego gospodarstwa, nie mogącego korzystać już teraz z darmowej pracy włościan, było kwotą znaczącą. Nie znaczy to jednak, by na wskutek wprowadzenia tych uregulowań stan rzeczy uległ wyraźnej poprawie, skoro autorzy myśliwskich poradników nadal zgodnie utyskiwali na „barbarzyństwo”, „łupieżtwo”, bezmyślność i krótkowzroczność polujących bez umiaru rodaków, usiłujących, jak zjadliwie komentował Machczyński, „z taką zaciętością pozbyć się zwierzyny, jakby jakiej plagi egipskiej”. Polskie lasy, już w końcu XIX w. zubożone nadmierną eksploatacją i brakiem racjonalnej gospodarki łowieckiej, przetrzebiła ostatecznie Wielka Wojna: zwierzostan dziesiątkowany był zarówno przez cierpiącą głód ludność miejscową, jak i szukającego prowiantu okupanta. Także tuż po pierwszej wojnie światowej polowania organizowano nie tylko dla rozrywki, ale też dla uzupełnienia zapasów w spustoszonych spiżarniach, a brak uregulowań prawnych był w owym czasie przyczyną niejednej hekatomby dzikich zwierząt. W rezultacie zasobna jeszcze przed 1914 r. w zwierzynę Polska w początkach lat dwudziestych dysponowała zaledwie ułamkiem przedwojennego pogłowia. Jak wspomina Jerzy Jerzmanowski w owym czasie na gruntach chłopskich „nie tylko jeleń, sarna czy dzik stały się rzadkością, lecz nawet szarak i kuropatwa liczyły się do osobliwości”. Nieco lepiej było na terenach należących do dworów, jednak i tu potrzebna była przemyślana gospodarka łowiecka, przewidująca m.in. dokarmianie zwierząt, urządzanie dlań ostoi, tępienie wałęsających się kotów i psów czy walkę z kłusownictwem, by przetrzebiony zwierzostan choć w części został odbudowany. Sprzyjające temu procesowi uregulowania prawne pojawiły się dopiero w grudniu 1927 roku, kiedy wprowadzono w życie ujednolicone prawo łowieckie. Od tej chwili obywatel ziemski zwany w ustawie „właścicielem polowania”, mógł wystąpić o utworzenie obwodu łowieckiego na własnych gruntach, o ile dysponował areałem nie mniejszym niż 100 ha „ciągłej powierzchni”, mógł też wydzierżawić obwód lub utworzyć obwód wspólny z sąsiadem na tych samych warunkach. Omawiane prawo zabraniało polowania z chartami i gończymi w obwodach o powierzchni mniejszej niż dwa tysiące hektarów, a także używania w czasie łowów trutek, wnyków, potrzasków, samostrzałów, lepu czy dołów-ostrokołów. Wyjątek czyniono dla zwierząt uważanych za szkodniki tj. wilków, kun, wydr, tchórzy, gronostajów, łasic, jastrzębi, krogulców, srok i wron, które przez cały rok wolno było zwalczać każdemu obywatelowi także przy użyciu wyżej wymienionych metod, a w przypadku ptaków dozwolone było również niszczenie gniazd i wybieranie jaj oraz piskląt. Jednocześnie wprowadzone zostały okresy ochronne dla szeregu gatunków uznawanych za zwierzynę łowną oraz zakaz polowań na żubry, bobry, kozice, świstaki, czarne bociany, samice i cielęta: łosia, jelenia, daniela i sarny, kury bażanta i głuszca, wreszcie niedźwiedzice odchowujące młode.


Łowy organizowane późną jesienią, w październiku czy listopadzie były, jak pisze Maja Łozińska, wielkim towarzyskim wydarzeniem, które z namaszczeniem przygotowywano z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Gości spraszano bardzo wcześnie – już w połowie lata – rozsyłając ręcznie ilustrowane, rzadziej drukowane karty (gotowe zaproszenia można było bowiem kupić już w XIX-wiecznych sklepach), opatrzone stosownym wierszykiem czy sentencją. Chodziło o to, by uprzedzić inne dwory i zarezerwować na czas urządzanego przez siebie polowania okoliczną strzelecką elitę, od której celnego oka i pewnej ręki zależał wynik imprezy, a tym samym i prestiż organizatora. Wedle Mieczysława Markowskiego w województwie kieleckim w okresie międzywojennym na zaszczytne miano „pierwszych strzelb” zasłużyli sobie Paweł hr. Potocki, Andrzej hr. Morstin, bracia Niemojewscy, wreszcie Antoni Grabowski z Lasochowa.


Gospodarz polowania z reguły nie brał w nim udziału, a jedynie pilnował, by wszystko przebiegało zgodnie z planem, a zaproszeni goście czuli się w pełni usatysfakcjonowani. Oznaczało to w pierwszej kolejności troskę o odpowiednią liczebność zwierzyny – tam, gdzie gospodarka łowiecka nie przynosiła pożądanych rezultatów lub w ogóle nie była prowadzana, zasoby naturalne uzupełniano sprowadzając nieraz całymi wagonami dzikie zwierzęta, które wypuszczano na wolność na obszarze, na którym zamierzano zorganizować łowy. Dalej, każde udane polowanie musiało być także dobrze zaplanowane, począwszy od wyznaczenia terenu i stanowisk strzeleckich, a skończywszy na zwołaniu mężczyzn, którzy mieli naganiać zwierzynę, i kobiet, których zadaniem było obmycie i wypatroszenie ubitych zwierząt. Konieczne było także ustalenie menu uroczystego śniadania poprzedzającego łowy i kolacji, która wraz z balem miała je wieńczyć. Kulinarną oprawę uzupełniał często niewielki posiłek organizowany między pędzeniami, w czasie którego myśliwi mogli się pokrzepić gorącym bigosem i kieliszkiem wódki, grzejąc zziębnięte kończyny przy rozpalonym w środku lasu ognisku. Wreszcie, ponieważ obszar, na którym organizowano polowanie, oddalony był od dworu o kilka a nawet kilkanaście kilometrów, zachodziła konieczność dowozu na miejsce tak samych uczestników, jak i sprzętu, po polowaniu zaś – odesłania do dworu ubitej zwierzyny. Do tego zadania przeznaczano najczęściej linijki myśliwskie lub zwykłe, gospodarcze bryczki bądź linijki, wreszcie Jadgwageny, zwane w Wielkopolsce polowcami, sześcioosobowe, kanciaste bryki, z doczepioną z tyłu drabinką służącą do przytraczania upolowanej zwierzyny, które trafiły na ziemie polskie z Prus.

Na linijce

Rezultat polowania, które potrafiło rozciągnąć się na trwającą choćby i tydzień imprezę towarzyską, przechodzi dziś najśmielsze wyobrażenia: dziesiątki ubitych zajęcy, dzików czy saren układano w kunsztowne kompozycje na gołej ziemi czy śniegu. Szeregi ptactwa, rzędy lisów, wreszcie potężne ciała łosi czy jeleni czekały na otrąbienie, tj. na odegranie na trąbce sygnału przyjętego tradycyjnie dla danego gatunku zwierząt. Jak podaje Maja Łozińska w majątku Jałowieckich w latach 30. w ciągu jednego dnia łowów, od świtu do zmroku, ustrzelono 1600 sztuk zwierzyny, nie licząc przy tym mniej cenionych zajęcy czy bażantów. Warto bowiem wiedzieć, że ówcześni myśliwi stosowali swego rodzaju przelicznik pozwalający na oszacowanie wartości upolowanej zwierzyny. Podstawową jednostką była tu „sztuka zwierzyny”, nazywana także „sztuką strzelecką”. Ekwiwalentem jednej sztuki strzeleckiej był zając, kuropatwa, słonka czy bekas. Bóbr, ryś, jeleń albo łoś wart był 15 sztuk, odyniec i niedźwiedź – po 20, rogacz sarny i daniel – 10, wilka latem liczono za 5 sztuk, a zimą za 10, dropia (dziś już nie spotykanego) i głuszca wyceniano na trzy sztuki, cietrzewia, jarząbka czy bażanta rachowano za dwie. Ubita w czasie łowów zwierzyna częściowo wywożona była przez uczestników polowania, a częściowo zapełniała dworskie spiżarnie, stanowiąc niemały wkład w utrzymanie samowystarczalnego gospodarstwa ziemiańskiego. Nadwyżki sprzedawano, jak podaje Aneta Duda, wyspecjalizowanym w skupie dziczyzny firmom jak choćby warszawska spółka „Bracia Pakulscy”, która swoim kontrahentom stawiała szczegółowe wymogi dotyczące warunków przewozu towaru: ptactwo miało być wypatroszone i wypchane jałowcem, bażanty i kuropatwy owinięte papierem, a zające rozpięte po 10 sztuk na specjalnych ramach. W 1931 r., jak podaje autorka, bażanty skupowano po 6 zł, zające – po 7,5 zł, a kuropatwy – po 2,3 zł. Niemałą wartość miały futra drapieżników, np.  lisów, gronostajów czy wilków, z których szyto ciepłe mufki i zimowe okrycia wierzchnie. Ze skór dzików z kolei sporządzano torby myśliwskie i siodła, twarda ich szczecina zaś wykorzystywana była przy produkcji szczotek do pastowania obuwia i dobrze sprawdzała się w roli słomianki do wycierania nóg. Pamiątką z uwieńczonego triumfem polowania były wieńce jeleni, łopaty łosi, parostki kozłów, oręża dzików, które jak dziś preparowano i umieszczano na drewnianych tarczach opatrzonych stosowną datą. Wraz z lirami cietrzewi czy skórami dużych drapieżników trofea te zdobiły później sień dworu, a często także ściany biblioteki albo palarni. W bogatszych domach przeznaczano nań specjalny pokój nazywany myśliwskim, gdzie trzymano także pieczołowicie wyeksponowaną broń palną.

Polowanie konne w ordynacji hr. Alfreda Potockiego w Łańcucie

Niezwykle uroczystymi polowaniami były organizowane 3 listopada, w dzień patrona myśliwych św. Huberta, tzw. parforsy (od ang. par force), konne polowania za tropioną zwierzyną, najczęściej lisem, ściganym tak długo, aż padał z wyczerpania. Tradycja ta, wywodząca się z Anglii, zyskała w Polsce doby dwudziestolecia międzywojennego wielką popularność, a rozmach urządzanych u nas polowań w niczym nie ustępował ich brytyjskim odpowiednikom. Mniej liczył się tu rezultat, z definicji nie tak oszałamiający jak polowania z naganką, a bardziej prezentacja umiejętności jeździeckich uczestników i wyszkolenia psów, łaciatych foxhoundów czy Beagle i obowiązkowo towarzyszących odzianym w czerwone fraki myśliwym. Tego rodzaju łowy, jak podaje Markowski, organizowano na kielecczyźnie w dobrach Niemojewskich, zapalonych myśliwych i hodowców psów. Podobnie i wywodzący się z parforsu bieg myśliwski, w którym zamiast żywego lisa goniło się jeźdźca z przypiętą do ramienia lisią kitą, miał, według Łozińskiej, wykazać już nie talent łowiecki, ale zręczność i biegłość w opanowaniu konnej jazdy, w przypadku pań zaś stawał się nieraz prawdziwą rewią mody.

Podczas bardziej kameralnych polowań używano specjalnych pojazdów – wozów podjazdowych lub linijek myśliwskich, których konstrukcja pozwalała na usadzenie szeregu mężczyzn rzędem, bokiem do kierunku jazdy. Różnica między wozem podjazdowym a linijką myśliwską, jak wyjaśnia Aldona Cholewianka-Kruszyńska, polegała na tym, że w tym pierwszym szerokie siedzenie miało wysokie oparcie, co pozwalało na rozsadzanie myśliwych tylko z jednej strony, natomiast linijka dostępna była dla pasażerów z obu stron. Polowanie z podjazdu polegało na spokojnej i równej jeździe leśną przecinką: zwierzyna widząc jednostajnie poruszający się pojazd, brała go za chłopski wóz (jakim w okresie zimowym rozwożono siano do paśników) i zamiast uciekać, zatrzymywała się zaciekawiona, obserwując ruch linijki. Myśliwy, siedzący najbliżej kozła, wypatrzywszy zwierzę, spokojnie opuszczał pojazd i oddawał strzał, po którym siadał na końcu ławki, cała kolejka zaś przesuwała się do przodu, tak, by za każdym razem strzelał ten, kto siedział na samym przedzie. W zimie przy tego rodzaju polowaniach korzystano z sań, które od zwykłych różniły się tym, że – podobnie jak linijka myśliwska – miały siedzenia ustawione bokiem. Dbano też oto, aby przed polowaniem odpiąć od końskiej uprzęży dzwonki.

Sani używano do polowania nie tylko na zwierzynę płową, ale także na cietrzewie, zające i lisy. W tym ostatnim wypadku pojazd stopniowo zacieśniał duże koło wokół upatrzonej zwierzyny. Zwierzę w tym czasie przyzwyczajało się do widoku intruzów, tak, że kiedy sanie znajdowały się wystarczająco blisko, jeden z myśliwych albo strzelał wprost z miarowo jadących sanek albo zeskakiwał z pojazdu i nieruchomiał, same zaś sanie jechały dalej, by zmylić uwagę celu, który po krótkiej chwili padał trafiony strzałem. Odmianą tego rodzaju łowów było polowanie z chartami – przebiegało ono podobnie do wyżej opisanego, ale zamiast strzelać do lisa myśliwi, znalazłszy wystarczająco blisko zwierzyny, wypuszczali ukryte do tej pory pod baranicą psy, po czym ruszali za nimi, by odebrać im zdobycz nim zostanie ona rozszarpana na strzępy. Z chartami polowano jednak najczęściej na zające – rozrywka ta, popularna na ziemiach polskich jeszcze w początkach XIX w., stopniowo traciła swoich zwolenników, aż w końcu, w postaci barwnego reliktu przeszłości, zachowała się jedynie w dobrach Niemojewskich. Warunkiem satysfakcji z takich łowów było posiadanie doskonale wyszkolonych, doświadczonych i zgranych ze sobą psów, charty bowiem rzadko wypuszczano na zdobycz w pojedynkę – efektywność jednego psa była daleko mniejsza niż dwóch czy trzech osobników. Unikano też wyruszania na łowy z chartami, które nie znały się i nie umiały ze sobą współpracować: psy z jednej smyczy, tj. połączone rzemieniem w ten sposób, by można było jednym pociągnięciem zwolnić je wszystkie jednocześnie, stanowić musiały doborową drużynę. Myśliwiec polujący z chartami musiał mieć także dobrego konia, przy czym, jak instruuje Rewieński, „nie należy się nawet ubiegać o wielką szybkość w koniu, gdyż tu nie chodzi wcale o doścignienie w biegu chartów lub zwierza, ale tylko o to, aby pościgu nie tracić z oczu”. Celem polowania z chartami nie było więc pozyskanie zwierzyny (ta bowiem często zostawała przez psy rozszarpana na strzępy, jakkolwiek skłonność charta do rozrywania zdobyczy uważana była za poważną wadę, po części przynajmniej wynikającą z nieprawidłowego ułożenia), lecz upajanie się widokiem uganiających się za szarakiem psów, gdzie szybkość i zwrotność charta była tak samo ważna jak jego intelekt i umiejętność przewidywania.

Polowanie w Olesznie - 1911 r.

Innym rodzajem polowań z psami, który w drugiej połowie XIX w. traci na popularności, są łowy z ogarami, czyli – jak objaśnia cytowany wyżej autor – psami idącymi tropem zwierzyny i goniącymi ją głosem. Polowania takie Rewieński wspomina z nieskrywaną nostalgią: „Któż z myśliwych, zwłaszcza dawniejszej daty, nie znał uroku polowania z ogarami w kniei, w piękne, ciche, nieco mgliste dni późnej jesieni, kiedy dźwięk trąbki budził echa, a las cały grał dziwną muzyką zmięszanych głosów kilku sfór ogarów? Wprawne ucho myśliwego umiało odróżnić, czy psy gonią zająca, czy lisa, to po przerywanem, a potem nagle ożywiającem się graniu psów, albo po ciągłym, równym, ale zażartym gonie. Trąbka grała, psy grały, las cały im odpowiadał”, a strzelcy rozstawieni na dowolnie wybranych stanowiskach, najlepiej na tzw. przesmykach, czyli ścieżkach, którymi zwykły chadzać w lesie dzikie zwierzęta, czekali na pojawienie się umykającej przed obławą zwierzyny… Piękny, melodyjny głos gończych, u niektórych osobników wysoki, podobny do dźwięku dzwonków, u innych niski, basowy, ceniono na równi z czułym węchem i wytrwałością (dobry ogar winien był iść tropem nawet kilka, a bywało i kilkanaście godzin). Pojawiające się u Rewieńskiego porównanie ujadania gończych z muzyką bynajmniej nie jest uczynione na wyrost: amatorzy polowań z ogarami tak dobierali swoje psy, by – jak pisze Korsak – „głosy ich tworzyły dźwięczne akordy, dając prócz emocji i estetyczną rozkosz uszom myśliwych.”

Majątek Niemojewskich. Polowanie z chartami - 1911 r.

Kres polowaniom z ogarami czy chartami przyniosły wspomniane na początku rozdziału zmiany społeczno-gospodarcze, jak również udoskonalenie i rozpowszechnienie broni palnej, które wraz ze spadkiem pogłowia grubej zwierzyny wpłynęło na zmianę stylu polowań i doprowadziło w XIX stuleciu do nagłego wzrostu popularności wyżłów, zwa¬nych też legawcami (bo też początkowo wystawiały ptactwo przylegając do ziemi, tak, aby nie spłoszyć upatrzonej zwierzyny, którą myśliwi przykrywali następnie z góry siecią, zgarniając po kilka, kilkanaście ptaków na raz; w ten sposób polowano na przepiórki jeszcze na początku XX w.). Ich zadaniem było tropienie i wypłaszanie dzikiego ptactwa, a następnie odnajdywanie strąconej w locie zdobyczy. Największym powodzeniem wśród myśliwych cieszyły się tu cietrzewie, bekasy, bażanty, kuropatwy, głuszce (rzadkie na ziemiach polskich już w drugiej połowie XIX w., a widywane, jak podaje Kurowski, niemal wyłącznie w Górach Świętokrzyskich), jarząbki i kaczki. Na te ostatnie polowano, jak pisze Żenkiewicz, niemal cały rok, najchętniej jednak późnym latem i jesienią, kiedy ptaki, szykując się do odlotu, nabierały tuszy (jakkolwiek niecierpliwi myśliwi zaczynali łowy na kaczki już od połowy lipca, zasadzając się na nielotne jeszcze młode). Na łowy wyruszano w pojedynkę z nieodzownym wyżłem przy boku, lub w większym towarzystwie, które rozstawione po stawowych groblach czy nad brzegiem jeziora czekało cierpliwie na moment wypłoszenia ptactwa z szuwarów, w którym to oddawano długą kanonadę strzałów, trzebiąc wzlatujące stado. Wiosną z kolei wabiono kaczory, umieszczając na stawie żywą kaczkę (tzw. krekuchę) uwiązaną do zatopionego w wodzie ciężarku, która swoim rozpaczliwym kwakaniem przyciągała nieostrożnych „absztyfikantów” – cel polowania. Na wabia polowano również na cietrzewie – w tym wypadku używano nie żywego ptaka, lecz jego makiety, tzw. bałwana. Kukłę wykonywano z kawałka czarnego, lśniącego sukna wypchanego słomą czy sianem, naszywając nań w odpowiednich miejscach białe pasy i podogonie, dosztukowując czerwone brwi z materiału lub kawałka laku, wreszcie doczepiając ogon prawdziwego ptaka. „Zwracać trzeba uwagę – pouczał Korsak, – by bałwan miał garb dostatecznie wypukły i szyję krótką, wciągniętą, co u cietrzewia oznacza stan spokoju i bezpieczeństwa.” Gotową kukłę myśliwy umieszczał na drzewie, sam zaś zaczajał się w pobliskim szałasie. W tym czasie naganiacze płoszyli okoliczne ptaki, które szukając bezpiecznego miejsca, zlatywały na drzewa stojące w sąsiedztwie spokojnie siedzącego bałwana, dzięki czemu łatwo było je ustrzelić. W XIX stuleciu chętnie łowiono także drobne ptactwo, które dziś nie przyciągnęłoby uwagi żadnego myśliwego: gołębie grzywacze, turkawki, paszkoty, kwiczoły, szpaki, a nawet skowronki, zięby i trznadle. Ów ptasi drobiazg Kurowski radził wabić na… puszczyka: oswojoną sowę sadzano na paliku, do którego przywiązywano ją rzemieniem, i czekano, aż zlecą się doń okoliczne ptaki „czyli to dla jakowegoś nad osobliwszą [jej] postacią zastanowienia, czyli bardziej dla wrodzonej ku [niej] złości lub antypatyi.” Uzupełnieniem tej metody był lep przygotowywany z jagód jemioły, którym smarowano tyczki wbijane dookoła uwięzionego na paliku puszczyka: przylatujące ptaki siadały na nich i albo przyklejały się do patyków, albo ze sklejonymi piórami spadały na ziemię, gdzie drogę ucieczki zastawiano im niskimi siatkami.

Prócz wymienionych rodzajów polowań istniały i inne, a było ich mnóstwo. I tak na przykład myśliwi zaczajali się na niedźwiedzie w barłogu i dziki w owsie; wabili łosie i jelenie na rykowiskach; wyprawiali się z jamnikami (zwanymi z niemiecka taksami) na borsuki i lisy (psy wpuszczano do upatrzonej nory, a następnie kopano w miejscu, z którego dochodziły odgłosy psiego ujadania i walki); tropili rysie, kuny i gronostaje oraz czatowali na wydry; wreszcie strzelali do zwabionych wyciem lub padliną wilków (w międzywojniu bardzo już nielicznych). Na te ostatnie polowano także z fladrami, czyli sznurami z jaskrawoczerwonymi chorągiewkami, które rozwieszano wokół wytropionej watahy – zwierzęta bały się przekroczyć wyznaczoną w ten sposób granicę, co znacznie ułatwiało zorganizowanie obławy. W XIX w., gdy – jak podaje Korsak – na południowych ziemiach polskich występowała jeszcze krótkonoga, rudawa i śmielsza od północnej odmiana wilków, na wygłodniałe wilcze stada polowano z iście szlachecką fantazją. Otóż zimową nocą myśliwi siadali z prosięciem do sań, za którymi w odległości 15 m ciągnięto wypchany sianem worek lub pęk grochowin. „Uciskając” prosiaka (wedle słów Korsaka „zwykle dużego, by się szybko nie męczył”) zmuszano go do żałosnego kwiku wabiącego drapieżniki, które, biorąc grochowiny za prosię, trafiały prosto pod lufy myśliwskich strzelb. Polowanie takie było widowiskowe i niebezpieczne – bywało, że wilki rzucały się na konie, toteż przed wyruszeniem na łowy należało zabezpieczyć końskie szyje skórzaną płachtą, a chrapy obwiązać szmatami, by nie docierał do nich wilczy zapach. Zwyczaj ten praktykowano w niektórych stronach jeszcze w międzywojniu, z mniejszym jednak powodzeniem, wilki były bowiem mniej już liczne i nie tak zuchwałe.


Nie można też zapominać o zającach. W dwudziestoleciu międzywojennym obowiązywały trzy sposoby polowania na szaraki: indywidualny, „na pomyka”, oraz grupowe: „kocioł” i „s(z)treifa”. Obecnie zakazane łowy „na pomyka”, podczas których myśliwy wraz z towarzyszącym mu psem przemierzał samotnie pole strzelając do podrywających się do biegu zajęcy, prowadziły do znacznego spadku pogłowia samic, mających w zwyczaju dłużej czekać w ukryciu niż samce i pryskać tuż spod nóg łowcy, stanowiąc przez to łatwy dla niego cel. Wymagający udziału naganiaczy „kocioł” polegał z kolei na powolnym zacieśnianiu kręgu przez uczestników polowania i strzelaniu do wypłaszanych tym sposobem szaraków. Gdy promień koła zmniejszył się do ok. 200 m, do jego środka wchodziła naganka, pozostający zaś na stanowiskach myśliwi celowali do zwierzyny wybiegającej na zewnątrz okręgu. W ulubionej przez ziemian „streifie”, zwanej także ławą czeską, myśliwi szli zwartym szeregiem, wyprzedzanym po bokach przez naganiaczy ciągnących wzdłuż osi marszu siatki, uniemożliwiające zwierzynie wydostanie się z obławy. Ta metoda polowania, jak pisze Jerzmanowski, umożliwiała na zasobnych gruntach dworskich uzyskanie fantastycznych w dobie międzywojennej Polski rozkładów dochodzących do tysiąca szaraków. „Były to wyniki efektowne – przyznaje autor – lecz polowanie przypominało jatkę.”

Dwór w Radoniach

 Przerwę w łowach robiono w maju i w czerwcu, kiedy – cytując Kurowskiego – „wszystko lęże i wylęga”, wyjątek robiąc dla uważanych za szkodniki drapieżnych ptaków i zwierząt (głównie jastrzębi i lisów, dalej: łasic, kun i tchórzy, które Wincenty Pol radzi tropić „małemu myśliwemu”, wreszcie „swojskich kotów, które to ostatnie – jak pisze Kurowski – w tym czasie ze wsiów na pole wychodzą i młody płód tak zajęcy jak i kuropatw, jednem słowem, co tylko napotkają zagryzają”; nie koniec jednak na tym, bowiem Sztolcman wydłuża listę „zasługujących na tępienie” gatunków o borsuki, wydry, żbiki, wiewiórki [niszczące jaja ptaszków owadożernych], orły, bieliki, rybołowy, sokoły, kanie, błotniaki, wrony, sroki i sójki). Au¬torzy poradników zgodnie uważali te miesiące za najlepszy – i najwyższy – czas na układanie młodych psów myśliwskich.


Łowy uznawano powszechnie za rozrywkę tyleż godziwą, co pożyteczną, a nawet nie pozbawioną potencjału wychowawczego, bowiem, jak pisał Kurowski, polowanie „w przyzwoitych granicach wykonywane, oprócz przyjemności jakie miłośnikom myślistwa sprawia, ma jeszcze tę zaletę, że zdrowie hartuje, do znoszenia niewygód przyzwyczaja, wstrzymuje od zniewieściałości, nadto wprawia młodzież do odwagi; wzmacnia siły powodując koniecznie do ruchu, ożywia imaginacyą rozmaitością przedmiotów i pokrzepia umysł niewinnością zabawy na ogromnym teatrze przyrodzenia”. Dziwić zatem nie powinno, że w łowach uczestniczyli nie tylko dorośli, ale i dzieci – kilkuletni nieraz chłopcy, którzy, gdy nieco podrośli, tj. po osiągnięciu 10-11 roku życia, dostawali na Gwiazdkę swoją pierwszą, wyczekaną wiatrówkę. Dorośli mężczyźni niemniej byli podekscytowani, porównując swoją broń ze strzelbą sąsiada, wychwalając zalety jednej, a ganiąc niedostatki drugiej. Jeszcze do połowy XIX wieku używano broni nabijanej od przodu, co wymagało noszenia z sobą pełnego oprzyrzą¬dowania koniecznego do załadowania strzelby: prochownic, zapalników, spłonek, kapsli. Oddanie strzału było więc skoplikowane, deszcz zaś, który powodował zawilgocenie prochu i kapsli, nieodmiennie oznaczał koniec polowania. Dopiero w drugiej połowie wieku XIX pojawia się broń ładowana od tyłu, co pozwala na pokonanie wyżej wymienionych trudności. Wysokiej jakości dubeltówka, jak angielskiej produkcji strzelby firm „Holland-Holland” czy „Purdey”, bywała w latach międzywojennych warta tyle co dobry samochód, a nawet i kilka razy więcej. Na Kielecczyźnie, jak wspomina Jerzy Jerzmanowski, jedynym posiadaczem takiego rarytasu aż do wybuchu II Wojny Światowej był adwokat Koczanowski. Za swoją dwururkę „Holland-Holland” musiał zapłacić siedem tysięcy złotych, równowartość siedmiu morgów żyznej ziemi. Ewentualnych nabywców zniechęcała także polityka firmy, która sprzedawała swoje strzelby wyłącznie parami, wychodząc z założenie, że jeśli „kogo stać na tak drogą fuzję ten dla swych potrzeb łowieckich utrzymuje strzelca, który nabija drugą broń, kiedy z pierwszej myśliwy oddaje strzał”. Zasobność kieszeni amatorów polowań, indywidualne upodobania, a często i wieloletnie przyzwyczajenia przekładały się na rozmaitość typów broni, jakich używano podczas łowów – „od nowoczesnych strzelb aż po flinty na proch dymny”.

W wydanym w 1843 r. „Dworze wiejskim” Karolina Nakwaska zżyma się na zwyczaj trzymania psów w domu: „Upodobanie trzymania psów w pokojach nie jest dobrem, tam osobliwie, gdzie są dzieci. Ileż przypadków ukąszenia, w stanie wścieklizny! a do tego, jaki ciężar dla służących i ile nieczystości! Zdaje mi się, iż Bóg stworzył psa, aby był stróżem, sługą, obrońcą Pana; lecz nie dał mu go za towarzysza społecznego. Pies przy stole nie tylko nudzi i niepokoi obecnych, lecz i obrzydzenie sprawia. Trzymanie licznych psiarni, jak się to w licznych dworach widuje, jest prawdziwie kosztownem. Ileż razy o¬dejdzie ubogi bez pomocy tam, gdzie smycze w zbytku chowane!” Żywe oburzenie Nakwaskiej każe nam się domyślać, że krytykowane przez nią obyczaje były raczej regułą niż wyjątkiem. Psiarnia przeznaczona dla myśliwskiej sfory, na którą tak pomstuje Nakwaska, była odrębnym budynkiem z własnym wybiegiem, otoczonym szczelnym i wysokim parkanem. Podłogę psiarni radzono wyłożyć kamieniem i cegłą tak, by obniżała się stopniowo ku biegnącemu środkiem kanałowi, służącemu do odprowadzenia nieczystości, dzięki czemu można było łatwo spłukiwać ją wodą. Psie posłania umieszczano na drewnianych ławach wykładanych słomą, zawieszonych jakieś 15 cm nad ziemią, co chroniło zwierzęta przed wilgocią. Pomieszczenia przeznaczone dla psów hodowlanych (bo też niektóre majątki ziemskie specjalizowały się w hodowli psów – najczęściej myśliwskich – określonej rasy: foksterierów, pointerów czy springer spanieli) musiały spełniać bardziej wyśrubowane wymagania – konieczne na przykład było ich ogrzewanie w silne mrozy, tak by temperatura wewnątrz nie spadała poniżej 5 stopni Réaumura (czyli ok. 6 stopni Celsjusza). Tam, gdzie zadowalano się jednym, wiernym wyżłem, pies myśliwski często sypiał w tym samym pokoju, co właściciel, tam też dostawał z ręki swego pana jedzenie i poddawany był wstępnej tresurze, z chwilą rozpoczęcia której Włodzimierz Korsak radził myśliwemu nie rozstawać się podopiecznym ani na chwilę. Pies taki żywiony był zwykle odpadkami z pańskiego stołu (choć autorzy poradników radzili unikać przypraw i soli). Podobnie karmiono rozpieszczane pieski pokojowe, którym jednak częściej trafiały się także różne łakocie jak ciastka czy czekolada. Psy myśliwskie i podwórzowe jadały skromniej: zalecaną w XIX w. dla nich karmą była osypka owsiana zaparzona wrzątkiem i wymieszana z kuchennymi pomyjami i wywarem z nóg baranich. W dwudziestoleciu międzywojennym wskazówki dotyczące żywienia psów były już bardziej szczegółowe, obfitując w rozróżnienia poszczególnych składników paszy (jak białka, tłuszcze, sole mineralne, witaminy itp.) i opisy ich wpływu na kondycję zwierzęcia. Zasadność udzielanych rad potwierdzały teraz już nie doświadczenia autora poradnika, lecz badania naukowe. I tak norma dzienna dla wyżła według Trybulskiego (za Meguinem) to 750 gr chleba, 300-350 gr mięsa oraz 200 gr kaszy (ryżu) i jarzyn.

O popularności danej rasy decydowała nie tylko moda, lecz przede wszystkim walory użytkowe. Przykładowo w II poł. XIX w. w majątkach ziemiańskich coraz rzadziej spotyka się niezwykle wcześniej rozpowszechnione w szlacheckich obejściach polskie charty czy ogary (co też doprowadziło koniec końców do niemal całkowitego zaniku obu ras, z trudem odtworzonych w latach powojennych). Spadek popularności obu typów psów myśliwskich wytłumaczyć można tak przemianami gospodarczymi, związanymi z uwłaszczeniem chłopów, które wymuszają na dworach nieraz daleko idące oszczędności, jak i rozpowszechnieniem się udoskonalonej broni palnej, co pociągnęło za sobą zmiany w stylu łowów. W rezultacie tak charty, widowiskowo ścigające zdobycz, jak i sfory psów gończych, pełniące rolę naganki, stają się zarazem mało przydatne i zbyt kosztowne w utrzymaniu. Wydatki na psiarnie wzrosły jeszcze po wprowadzeniu na ziemiach Królestwa Polskiego podatku od chartów i ogarów, mającego na celu ograniczenie aktywności łowieckiej szlachty, której efektem był stopniowy spadek pogłowia dzikich zwierząt. Że decyzja ta nie była bezzasadna, niech świadczy krytyczny głos Władysława Gniewosza, autora „Słówka o myślistwie”, który nie szczędzi ostrych słów pod adresem obu wymienionych ras, dowodząc, że psy te, zbiegłszy w czasie polowania właścicielowi, potrafią wyrządzić znaczne szkody, płosząc i trzebiąc zwierzynę.


Miejsce rodzimych ogarów w wielu majątkach zajmują z czasem angielskie rasy psów gończych – łaciate foxhoundy i harriery – niezastąpione w modnych polowaniach par force. Pozorna to sprzeczność, trzeba bowiem uwzględnić, że zdążył zmienić się sposób i cel polowania, gdyż, jak zauważa Rewieński, „gronu myśliwych, pędzących na dzielnych koniach za psami, nie chodzi wcale o comber zająca na rożnie, bo zgoniony zając w jednej chwili zostaje przez psy rozszarpany, ale tylko o wykazanie dzielności koni”.

 Typem psów, który w XIX w. zdobywa ogromną popularność, jest wyżeł, zwany także legawcem, „ponieważ – objaśnia Rewieński – skradając się ostrożnie do lotnej zwierzyny, przylega przed nią, jakby starając się ukryć i nie spłoszyć jej przedwcześnie”. Wystawianie zwierzyny w ten niewidywany już dziś sposób było istotne w epoce, kiedy na drobne ptactwo (kuropatwy, przepiórki, dubelty, kszyki) polowano podkradając się niepostrzeżenie i zarzuca-jąc nań z góry sieci. Używano też wyżłów w dawnych polowaniach z sokołami, gdzie zadaniem psa było wypłoszenie ptaka, stanowiącego cel ataku sokoła. Wyżeł jako typ psa myśliwskiego istniał zatem przed XIX w., ale, cytując Rewieńskiego, „nabrał wielkiego znaczenia w myśliwstwie, dopiero w bieżącem stuleciu, gdy dosyć już udoskonalona broń palna, chociaż jeszcze skałkowa, dała się użyć i w łowiectwie.” Od tego momentu zadaniem towarzyszącego myśliwemu wyżła jest wystawienie zwierzyny, na dany znak wypłoszenie jej, a następnie przyniesienie ubitej strzałem sztuki. W typowo angielskich polowaniach z pointerami pies nie aportował ptaka, lecz od razu ruszał szukać kolejnych, ukrytych w zaroślach kuropatw. Zadanie odnajdywania i odnoszenia myśliwskich trofeów przypadało w udziale retrieverom, które na ziemiach polskich były jednak nieliczne, tak jak stosunkowo rzadko spotykane były inne, wysoko wyspecjalizowane angielskie rasy psów myśliwskich jak choćby setery (uży¬wane podobnie do pointerów w polowaniach na kuropatwy, ale na podmokłym terenie) czy spaniele (z którymi wyprawiano się na bekasy czy kaczki), Polacy preferowali bowiem bardziej wszechstronne wyżły. I wysoko je cenili. Pisał w swoim dziełku poświęconym myślistwu Kurowski: „Dobrym strzelcem może być tylko ten, kto ma wzrok dobry, wytrwałe nogi, strzelbę dobrą, a mianowicie dobrego wyżła, bo od [tego] ostatniego wszystko zależy”. Korsak nieomal stawia wyżła na piedestale, twierdząc, że jest to „najbardziej rozwinięta psia rasa, o głębokiej inteligencji, granic której zbadać nie jesteśmy w możności”. Wtórując mu, tak krytyczny w stosunku do ogarów i chartów Gniewosz określa wyżła mianem „najszlachetniejszego z psów”, pod tym jednak warunkiem, że jest dobrze wyszkolony i prawidłowo użytkowany. Bo też jedną sprawą było uzyskanie obiecującego miotu lub kupno dobrze zapowiadającego się psa określonej rasy, drugą zaś – jego tresura. Nie była to sprawa łatwa, gdyż odpowiednie ułożenie młodego psa jest pracą mozolną, na którą wiecznie zajęty swym gospodarstwem ziemianin po prostu nie chciał marnować czasu. Stąd, jak pisał z niezadowoleniem Rewieński, „[n]a stu takich którzyby tego próbowali, siedmdziesięciu pięciu psa zepsuje na nic, a reszta zniechęci się do psa i do polowania. Pozostają układający psy z rzemiosła; takich albo nie posiadamy wcale, albo zupełnie nieodpowiadających zadaniu; są to zwykle gajowi, tzw. strzelcy, ludzie o bardzo niedostatecznym wykształceniu umysłowem, nie posiadający innych wiadomości nad bezmyślną rutynę, wierzący niezachwianie we wszechpotęgę bata i kolczatych korali,” krótko mówiąc ludzie, którzy nie tylko nie spełnią pokładanych w nich nadziei, ale całkiem zmarnują tak obiecujące i nieraz nabyte za duże pieniądze zwierzę. „Położenie zaiste smutne i śmieszne zarazem – komentował Rewieński; – polować z wyżłem chcemy, wyżły posiadamy, ale ułożyć ich nie umiemy i czasu na to nam braknie; powierzyć zaś układania nie mamy komu.” Patowa ta sytuacja niewiele się zmieniła na przestrzeni lat, bo, jak wspomina Jerzy Jerzmanowski, aż do II wojny światowej w Kielcach nie było zawodowego tresera psów myśliwskich i amatorzy polowań musieli układać swe wyżły czy norowce we własnym zakresie. Najwięksi oryginałowie stosowali przy tym nietypowe metody – przykładowo Sergiusz Niemojewski miał trenować swoje dzikarze w otoczonym palisadą okólniku, do środka którego wpierw wpuszczany był dzik, a następnie w towarzystwie swych psów „wkraczał [sam] Niemojewski z naganem w jednej i kordelasem w drugiej ręce”. Choć całość szkolenia ubezpieczał Czerkies czuwający z strzelbą na ogrodzeniu, była to procedura niezwykle ryzykowna, nieraz kończąca się okaleczeniem, a nawet śmiercią psów, a i sam Niemojewski swej dezynwoltury raz omal nie przypłacił zdrowiem, a kto wie czy nie życiem. Po tym wypadku pan na Podzamczu zrezygnował z tych wprawdzie przynoszących mu sławę, ale jednak skrajnie niebezpiecznych popisów.

W sukurs nie mogącym skorzystać z pomocy specjalistów myśliwym szły różnorodne poradniki, udzielające wskazówek jak ułożyć charta, norowca czy „wyżła dowodnego”. Obok tych książek pojawiają się i inne, traktujące ogólnie o opiece i tresurze psów, w których oprócz opisu nauki podstawowych komend jak siadanie, warowanie czy aportowanie, można znaleźć rady jak nauczyć pupila skakania przez laskę czy obręcz, kichania na rozkaz bądź „liczenia”. „Wszystkie te sztuczki są na oko zabawkami bez wartości praktycznej” komentował Ernst von Otto, w rzeczywistości jednak okazują się one nad wyraz przydatne, zacieśniając więź między właścicielem a jego psem, który „rozumie dokładnie głos, ton, nawet każdy ruch swego pana, o czem niesłusznie się mówi, że rozumie każde nasze słowo.” O ile jednak w książkach poświęconych ujeżdżaniu koni jak mantra powtarza się teza o pamiętliwości koni i konieczności łagodnego obchodzenia się z nimi, przy tresurze psów w razie niesubordynacji zalecane są kary fizyczne: potrząśnięcie krnąbrnym delikwentem czy uderzenie batem (nie wolno jednak dać unieść się gniewem – kopnięcie psa czy wytarganie go za uszy przynosi ujmę właścicielowi, który nie umiejąc zapanować nad sobą, ulega niskim i godnym potępienia popędom). Należało przy tym przestrzegać kilku podstawowych zasad, a mianowicie „w udzielaniu nagród, to jest pieszczot i przysmaków [pod tym ostatnim terminem kryje się u Rewieńskiego kawałek bułki lub chleba] być oszczędnym, w wymierzaniu kary nader oględnym, ale zawsze postawić na swojem i nie puścić płazem żadnego nieposłuszeństwa.”

U Potockich

W majątkach ziemiańskich prócz myśliwskich psów rasowych trzymano także użyteczne mieszańce czy to w charakterze podwórzowych stróżów, czy psów pasterskich (trzeba bowiem pamiętać, że jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym powszechnie hodowano, także i na kielecczyźnie, owce). W tym ostatnim wypadku zalecano psy „koloru białego, z głową małą, spiczastą”, wystarczająco duże i silne, by mogły „oprzeć się wilkowi”, a przy tym posłuszne i łagodne względem owiec. Stróżujące brytany były z kolei, ciągle cytując Jana Sikorskiego, „okazałe, wielkie i silne, głowę mają grubą, wargi górne obwisłe, oczy czarne, iskrzące, uszy krótkie, wiszące, włos gładki, słuch ostry, powonienie zbyt czułe, głos silny, gruby i donośny”. Pokrój psa stróżującego czy pasterskiego liczył się zdecydowanie mniej niż w przypadku reprezentacyjnych psów myśliwskich, chowanych po dworach z należytą atencją i dbałością o czystość rasy, stanowiącą gwarancję nie tylko przydatności, ale i urody psa (rzecz niemałej wagi podczas tak ważnych dla ziemiaństwa imprez towarzyskich, jakimi były polowania). Trybulski w swoim „Psie gospodarskim” wychwala więc zalety wiejskich kundli, które w opinii autora mogłyby dać początek nowej rasie psa podwórzowego „bardziej użytecznego niż osławione rasy psów zagranicznych”. Pies gospodarski to pies dobrze wypełniający poruczone mu zadania, rasowy czy nie. Jeśli rasowy – to owczarek niemiecki, ewentualnie sznaucer, najlepiej jednak rodzimy owczarek polski (podhalański lub nizinny). Owczarek podhalański był zresztą mocno promowany po odzyskaniu niepodległości jako rasa bez mała „narodowa”.

Ulubione rozrywki tamtej epoki to polowanie, balowanie i konsumowanie darów bożych. Nie wszystkim było w smak ciągłe jedzenie, na przykład Witold Gombrowicz z sarkazmem opisał wakacje w dobrach przyjaciela, gdzie za główną rozrywkę uważano niemal całodzienne spożywanie smakowitych posiłków. Jedno pewne: nasi przodkowie umieli cieszyć się życiem, sytuacjami odświętnymi i sobą nawzajem. Może warto do tego wrócić?