Kamienie Wilhelma

Internetowe wydanie ksiązki Andrzeja Czaplinskiego

Get Adobe Flash player

Łowy w Spale

Zanim rozpoczniemy opisywać Spałę i polowania spalskie należy przedstawić historię Księstwa Łowickiego, które zapoczątkowało spalskie łowy. Najlepiej to zrobić słowami ppłk. Mikołaja Małychina, który był świadkiem polowań Cara Aleksandra III i opisał je w książce pt. "Carskie polowanie w Księstwie Łowickim. Oryginał wydano w Warszawie, w 1886 r. Polskie wydanie, w ilości 99 sztuk, ukazało się  w 2016 r.

[ ... ] Przede wszystkim trzeba zaznajomić was z domenami Księstwa Łowickiego. W czasach rządów pruskich, a potem stworzonego przez Napoleona Księstwa Warszawskiego domeny te nie miały swojej nazwy. Później zostały podarowane przez Napoleona znamienitemu marszałkowi Davout. Wraz z upadkiem Napoleona domeny te przeszły na własność państwa rosyjskiego i Car Aleksander I podarował je jako posag narzeczonej wielkiego księcia Konstantego Pawłowicza, która jednocześnie otrzymała tytuł księżnej łowickiej i w swojej ostatniej woli przekazała je w dziedzictwo Carowi Mikołajowi I. Od tamtej pory Księstwo Łowickie stanowi własność panującego Cara i dlatego jest zarządzane przez Ministerstwo Dworu Panującego. Znajduje się ono na terenie guberni warszawskiej, a obecnie pod jego zarządem pozostają jeszcze dwa państwowe leśnictwa z guberni piotrkowskiej i radomskiej.


Głównym bogactwem, a także ozdobą Księstwa są rozległe nieprzebyte lasy, pilnie strzeżone przed złodziejami i kłusownikami. Wielowiekowe dęby, sosny i świerki spotyka się tam na każdym kroku. W różnych częściach olbrzymy te, stawszy się jednolitą masą, tworzą zupełnie nieprzenikalną formę. […] Zarząd Księstwa Łowickiego mieści się w Skierniewicach, gdzie znajduje się niewielki, lecz piękny pod względem architektonicznym dworek, z dużym parkiem i licznym zwierzyńcem.

Dwór w Skierniewicach

W dworku tym spędził ostatnie lata swego życia  generał feldmarszałek książę Aleksander Iwanowicz Bariatyński, w hałaśliwym kręgu swoich wielbicieli, towarzyszy broni i dostojnych gości.

Książę Aleksander Bariatyński

Z hrabią Bariatyńskim związana jest taka oto historia:
Tuż za torami dawnej Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej w parku miejskim znajduje się niewielki XIX – wieczny pałacyk – Willa „Aleksandria”, zwany również pałacykiem myśliwskim „Sabediany”. Nazwa, willa „Aleksandria”, pochodzi z II połowy XIX wieku, gdzie zajmowali ją adiutanci Cara Aleksandra II. Kolejna nazwa ma swoje źródło w legendzie, która głosi, że kiedy właścicielem dóbr skierniewickich był książę Aleksander Bariatyński (lata 70. XIX wieku), willa stanowiła mieszkanie, a zarazem więzienie pięknej Czerkieski, porwanej przez księcia na Kaukazie. Nadał on brance imię Sabediana, ponieważ „mądrością królowej Sabie dorównuje, a zgrabnością – bogini rzymskiej Dianie”. 

Sabediana

Nieszczęsna branka miała zostać żoną feldmarszałka, który umieścił ją w skierniewickiej willi. W rzeczywistości nazywała się Nina, lecz mieszkańcy mieli dla niej własne przezwisko - Cyganicha. Budziła powszechne zgorszenie. Rzucano za nią kamieniami, mimo iż należała od osób wykształconych i pochodziła z bogatej rodziny. Wieść niesie, że w końcu popełniła samobójstwo kindżałem, który przekazał jej po kryjomu stary sługa. Podobno w tutejszym parku można czasem spotkać ducha pięknej Sabediany.

 

Legenda o Sabedianie – nieszczęsna branka


Wieczorową porą w okolicy stawu, w parku za torami kolejowymi, ukazuje się postać dziewczyny w stroju wschodnim. Najstarsi mieszkańcy Skierniewic opowiadali o figurce pięknej dziewczyny w powiewnych szatach znajdującej się w pocz.  XX wieku na wysepce niewielkiego stawu w pobliżu willi Aleksandria. Rzeźba  została zniszczona i leży gdzieś na dnie stawu. Figurka symbolizowała młodą Czerkieskę  przywiezioną do Skierniewic w 1877 roku przez feldmarszałka Aleksandra Bariatyńskiego, który w nagrodę za zwycięski podbój Kaukazu, otrzymał od Cara w bezpłatną dzierżawę dobra  skierniewickie. Książę, sprowadzając się do skierniewickiego pałacu, przywiózł wielkiej piękności brankę wojenną. Umieścił swoją faworytę w willi w północnej części parku otaczającego rezydencję carską. Willa, wybudowana w 1841 roku przez Idźkowskiego, znanego architekta Warszawy, zwana była willą Aleksandria  albo potocznie  pałacykiem myśliwskim, gdyż przeznaczono ją dla adiutantów carskich, którzy stąd wyjeżdżali na polowania. Piękną Czerkieskę  Ninę nazywano w mieście Cyganichą. Ulicznicy często rzucali za nią kamieniami, a mieszkańcy gorszyli się na jej widok.


Dziewczyna  pochodziła z wysokich gór Kaukazu. Ojciec jej był bogaczem, posiadał ogromne winnice na stokach gór nad rzeką Terek. Nina była dziewczyną wykształconą. Potrafiła czytać i pisać, mówiła po francusku. Była dziewczyną dumną i szczęśliwą  do czasu, gdy  do ich domu zawitał ze swoimi wojskami książę Bariatyński. Zachwycony urodą dziewczyny, wódz wojsk rosyjskich  porwał ją. Nina stała się jego niewolnicą i  łupem wojennym. W ostatniej chwili stary sługa zdążył po kryjomu przekazać dziewczynie kindżał  od ojca, którym wedle tradycji,  powinna popełnić samobójstwo. Honor czerkieski nie pozwalał by obcy mężczyźni zobaczyli twarz niewiasty, a cóż dopiero gdy stała się branką.  Dziewczynie zabrakło odwagi i tym sposobem znalazła się w niewoli w Skierniewicach. Książę zabrał jej nie tylko cześć ale i imię. Bariatyński zadecydował, że Nina, dorównująca  mądrością królowej Saby, a pięknością  bogini rzymskiej Dianie, nazwana zostanie Sabedianą.


Aleksander III, podczas pobytu w Skierniewicach, zachwycił się piękną branką, proponując Bariatyńskiemu odkupienie dziewczyny w zamian za przedłużenie dzierżawy dóbr skierniewickich. Co się stało z piękną Niną? Czy zaopiekował się nią Carewicz, czy ogarnięta tęsknotą za górami Kaukazu i melancholią  targnęła się na swoje życie? Legenda głosi, że popełniła samobójstwo przebijając się kindżałem przywiezionym z rodzinnych stron.

 

Po śmierci księcia w willi zatrzymywali się goście rosyjskiego Cara, którzy przybywali na polowania do pobliskiego Zwierzyńca. Na początku XX wieku w willi zamieszkiwała rodzina hrabiów Wielopolskich.

Willa Aleksandria zwana "Sabedianą"

 [ ... ] Po śmierci księcia dwór w Skierniewicach i park opustoszały. Obecnie zaś dworek skierniewicki znowu ożył, stawszy się rezydencją Ich Cesarskich Mości i przeszedł do historii jako miejsce spotkania trzech Cesarzy.

Spotkanie trzech Cesarzy znane w historii jako spotkanie Trzech Czarnych Orłów. Od lewej: Cesarz Austro-Węgier Franciszek Józef, Cesarz Niemiec Wilhelm I i Cesarz (Car) Rosji Aleksander III z żoną Marią Fiodorowną

Cała Europa milionami ust powtarzała nazwę nieznanego dotychczas miasteczka, gubiąc się w domysłach, jakież to postanowienia zapadły w pomieszczeniach tego skromnego dworku. Nazwa Skierniewice nabrała historycznego wymiaru również w świecie myśliwych, gdyż w skierniewickim zwierzyńcu miało miejsce niebywale rzadkie wydarzenie: w tym samym dniu polowało razem trzech Cesarzy, trzech najpotężniejszych monarchów na świecie. Już od kilku lat księstwem zarządza funkcjonariusz dworu carskiego margrabia Gonzaga Myszkowski – hrabia Zygmunt Wielopolski, do którego obowiązków należy również przygotowanie dworu na przyjęcie dostojnych gości i organizacje polowań. [ ... ].

Hrabia Zygmunt Andrzej Wielopolski

Cesarz Aleksaner III i Cesarzowa Maria Fiodorowna, a także następca Cesarzewicz Mikołaj Aleksandrowicz, wielka księżna Maria Pawłowna i wielcy książęta – Mikołaj Mikołajewicz Starszy, Michał Mikołajewicz, Włodzimierz Mikołajewicz, Włodzimierz Aleksandrowicz, Piotr Mikołajewicz, Michał Michajłowicz i Gieorgij Aleksandrowicz – raczyli przybyć do Skierniewic 2 września 1884 r., w oczekiwaniu na przyjazd Cesarzy Niemiec (Wilhelma I) i Austrii (Franciszka Józefa). Uroczystości związane z powitaniem, mające po części wojskowy charakter, przyjęcia i prezentacje ciągnące się nieprzerwanym korowodem zajęły cały pierwszy dzień pobytu w Skierniewicach Szlachetnych i Dostojnych Gości; na drugi dzień, tj. 4 września, przewidziano polowanie w zwierzyńcu. [ ... ].

 

Opis tej wizyty zamieszczany w ówczesnej prasie (daty wg kalendarza gregoriańskiego obowiązującego w Europie):

 

W dniach 15-17 września 1884 roku w Skierniewicach odbył się zjazd trzech Cesarzy: Franciszka Józefa – Cesarza Austro-Wegier, Wilhelma I – Cesarza Niemiec oraz Aleksandra III – Cesarza Rosji. Zjazd „Trzech Czarnych Orłów”, jak ich wówczas nazywano, miał na celu odnowienie przymierza zawartego w 1881 roku, a także stanowił demonstracje dobrych stosunków międzypaństwowych.


Dziennikarz „Neue Freie Presse” oznajmił trochę na wyrost: „Nazwa Skierniewice niemile brzmi dla ucha cudzoziemca. Ale i z tą melodią niezbyt harmonijnych zgłosek oswoić się będzie musiał świat – ba, już się oswoił…”. Dziennikarze i korespondenci oglądali z bliska przyjazd i wyjazd Cesarzy, będąc w grupie wybranych oficjeli na peronie. Wydarzenie fotografował Konrad Brandel. Brandel skonstruował ręczny aparat fotograficzny do zdjęć migawkowych zwany fotorewolwerem, który pozwalał na wykonywanie zdjęć reporterskich. Dzięki temu wynalazkowi stał się pierwszym fotografem prasowym, autorem reportażu ze zjazdu trzech Cesarzy w Skierniewicach.

Fotograf Konrad Brandel

Car Aleksander III, jak na dobrego gospodarza przystało, przybył do miasta wcześniej i oczekiwał na swoich gości. 15 września po południu, w asyście rodziny i dworu powitał na dworcu skierniewickim Cesarza austriackiego Franciszka Józefa I. Na czas przyjazdu pociągów cesarskich wydano zakaz wstępu na peron obowiązujący każdego, poza orszakiem cesarskim i dziennikarzami. „Pociąg dworski zatrzymał się przed dawną stacją obecnie na teatr zamienioną. Cesarz Franciszek Józef wysiadłszy żywo podał rękę Najjaśniejszemu panu, oczekującemu dostojnego swojego gościa i ucałował Go trzykrotnie.” Następnie wyściskał i wycałował na powitanie całą rodzinę carską.

Powitanie gości

Aby podkreślić obopólną przyjaźń Franciszek Józef przywdział mundur generała wojsk rosyjskich, a Aleksander mundur austriackiego pułku piechoty. Grunt to zachować pozory dla mediów. Dwie godziny później skierniewicki dworzec powitał następnego przebierańca. Cesarz Niemiec – Wilhelm I wysiadł z pociągu w mundurze rosyjskiego generała. Na powitanie pospieszyli mu Cesarze – Franciszek Józef i Aleksander, tym razem w mundurach pruskich. Wilhelm, jak przystało na Niemca, nie był zbyt wylewny. Obyło się bez pocałunków. Wystarczyły uściski i wymiana uprzejmości. Cesarzom towarzyszyli ministrowie: Gustav Siegmund Kalnoky, Nikolaj Giers i Otto von Bismarck – główny inicjator spotkania. Podążała za nimi też liczna świta oficjeli.

Goście zatrzymali się w Pałacu Prymasowskim w Skierniewicach. Pałac należał przez wiele lat do arcybiskupów gnieźnieńskich. Rezydował w nim m.in. wybitny poeta doby oświecenia biskup Ignacy Krasicki. W 1831 r. pałac przeszedł w ręce Carów rosyjskich. Jak podawała prasa: „Podczas zjazdu trój - cesarskiego w pałacu skierniewickim, apartamenta położone po lewej stronie od wnijścia na dole i na górze zajmowali Najjaśniejsi Państwo, po prawej zaś Cesarz Niemiecki i Cesarz Austriacki. Wspólne monarchom były sala jadalna i biblioteka.

Dlaczego akurat małe Skierniewice stały się miejscem zjazdu trzech wielkich Cesarzy? Odpowiedź jest prosta i banalna. W drugiej połowie XIX wieku, dzięki kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, Skierniewice posiadały świetne, szybkie i nowoczesne jak na tamte czasy połączenia kolejowe z Petersburgiem, Wiedniem i Berlinem. A właśnie z tych miast przybyli do Skierniewic trzej Cesarze.


Tygodnik polityczny „Nowy Czas” z 13.09.1884 r. donosił też o innym udogodnieniu: „Wybór tej miejscowości zdecydowało najgłówniej bliskie jej oddalenie od granicy rosyjskiej i względy bezpieczeństwa osoby Carskiej. Pałac, w którym zatrzymają się monarchowie stoi tuż prawie koło dworca kolejowego, zupełnie odosobniony, wśród wielkiego parku, który wybiega na rozległą równinę. Wszystko to ułatwia nadzór ścisły nad pałacem i jego otoczeniem i niepostrzeżone zbliżenie się jakiegoś indywiduum podejrzanego, czy to z dworca czy z innej strony jest rzeczą wręcz niemożliwą.”

Policja carska była wszędzie, nawet w lasach, gdzie miały odbywać się polowania. Obstawione zostały wszystkie posterunki w okolicy. Tor kolejowy strzeżony był gęstym szpalerem wojskowym. Były ku temu powody. Car Aleksander III, prywatnie dobroduszny i łagodny misiek, nieustająco zakochany w swojej drobnej lecz charakternej żonie Marii Fiodorownie (urodzonej jako Dagmara Duńska), dla Polaków już taki dobroduszny nie był. Tępił wszelkie przejawy polskości i konsekwentnie prowadził swoją politykę rusyfikacji.


Goście Ich Cesarskich Mości i dygnitarze znaleźli pomieszczenie w dwóch nowych skrzydłach pałacu". Było im chyba trochę ciasno, ale gość w dom… Sypialnia Cesarza austriackiego była urządzona kolorze zielonym, a niemieckiego w szarym. Po bezalkoholowym obiedzie, a właściwie obiadokolacji, bo do stołu zasiedli o godz. 19.00 monarchowie udali się na spoczynek. Drugi dzień zjazdu, po porannej herbatce, rozpoczęła parada wojskowa i przegląd wojsk. A potem kilka karet wyruszyło na polowanie do zwierzyńca. Ogółem zwierzyny padło kilkadziesiąt sztuk. Zabito 35 danieli, w tym 4 ręką Cara Aleksandra, a jednego ustrzelił Cesarz Franciszek Józef. Po powrocie do pałacu prowadzono rozmowy dyplomatyczne.


Obrady obradami, ale część artystyczna jest nieodzownym punktem większości międzynarodowych spotkać dyplomatycznych. Także w Skierniewicach przygotowano dla Cesarzy coś dla ducha i dla ucha. Specjalny pociąg teatralny wiozący 130 artystów opery i baletu z Warszawy przybył rano do miasta. Artyści ćwiczyli przed wieczorną galą w teatrze na dworcu carskim. O godz. 21.00 obszerna i gustowna sala teatralna zapełniła się widzami. Z samej Warszawy przyjechało 83 gości. Trzej Cesarze w towarzystwie dobrze urodzonych dam zajęli najlepsze miejsca na widowni. Na galerii ulokowali się korespondenci. Artyści odtańczyli krakowiaka z baletu „Pan Twardowski”, pas de dix i kujawiaka. Były też tańce perskie, mazur w strojach wieśniaczych, czardasz i walc. Występy bardzo się podobały.

Wyjazd z teatru

Cesarz Wilhelm opuścił Skierniewice 17 września 1884 r. o godz. 9.00 rano. Na dworcu zgromadzili się wszyscy dostojnicy obecni w mieście. Oczywiście nie obyło się bez obowiązkowych przebieranek i buziaków. Cesarze - Wilhelm i Franciszek Józef wystąpili w mundurach rosyjskich, zaś Car Aleksander i Wielcy Książęta w mundurach pruskich. Wilhelm ucałował dłoń i policzek Marii Fiodorowny, uściskał się dwukrotnie z Aleksandrem i Franciszkiem Józefem. Do oficerów zawołał po rosyjsku „Żegnajcie!”. Wsiadł do pociągu i odjechał do Berlina. A szanowne towarzystwo wróciło do pałacu. Nie odpoczęli tam długo, bo o godz. 10.00 Cesarz Franciszek Józef miał pociąg do Wiednia. Przed 10.00 cała świta stawiła się ponownie na dworcu. Nastąpił ciąg dalszy przebieranek i buziaków, chociaż Franciszek Józef nie musiał się ponownie przebierać. Miał wciąż na sobie mundur rosyjski. Natomiast Car Aleksander i Wielcy Książęta ubrani byli na modłę wojska austriackiego.


W kwestii pożegnania Franciszek Józef był bardziej wylewny od Cesarza Wilhelma: „Przed wejściem do wagonu pocałował w rękę Jej Cesarską Mość i trzykrotnie pocałował się z jego Cesarską Mością i z Wielkimi Książętami. Pociąg przez kilka minut zwlekał z odejściem, gdy ruszył nareszcie, stojący we drzwiach wagonu Cesarz Franciszek Józef rzucił jeszcze raz do Jego Cesarskiej Mości ostatnie słowa pożegnania ‘Żegnajcie, jeszcze raz Wam dziękuję!’, na co Najjaśniejszy Pan odpowiedział ‘Szczęśliwej podróży!.” Po tym czułym i demonstracyjnym pożegnaniu rosyjska para cesarska mogła wreszcie wrócić do swoich skierniewickich apartamentów i odpocząć. Wszak następnego dnia wybierali się na kilkudniowe polowanie.

 

Wracamy do opisów Mikołaja Małychina:

 

[ ... ] 3 września 1884 r. wg kalendarza juliańskiego. Przed przystąpieniem do opisania znamienitych łowów trzech cesarzy, które zapewniły wieczną sławę skierniewickiemu zwierzyńcowi, należy nadmienić, że pierwszą ofiarą na ołtarzu Diany złożył w Skierniewicach wielki książę Włodzimierz Aleksandrowicz, gdyż  Jego Wysokość w przededniu polowania w zwierzyńcu, wraz z z hrabią Woroncowem-Daszkowem i generałem Martynowem przeprowadzili na okolicznych polach i  zagaiskach polowanie spod wyżła na kuropatwy i bażanty. [ … ] w ciągu niecałych dwóch godzin, wliczając w to jeszcze drogę do łowiska i drogę powrotną, przy jednym tylko psie upolowano 39 kuropatw, 3 zające i 1 bażanta, a ponadto podczas przejazdu przez zwierzyniec wielki książę zdołał jeszcze położyć jelenia. Pomocnicy myśliwych później opowiadali, że strzałów niecelnych w ogóle nie widzieli, a dublety następowały jeden po drugim.

 

4 września  1884 r. wg kalendarza juliańskiego. Sławetne polowanie nie mogło rozpocząć się z rana, bowiem na ten dzień wyznaczono naradę wojskową. Po śniadaniu orszak myśliwych wyruszył ze Skierniewic i dokładnie o godzinie drugiej zatrzymał się przed bramą zwierzyńca. Cesarzowi i Cesarzowej towarzyszyli: wielka księżna Maria Pawłowna, wielki książę Mikołaj Mikołajewicz Starszy, wielki książę Włodzimierz Aleksandrowicz i Piotr Mikołajewicz, minister dworu cesarskiego, a także generał Czerewin. Cesarzowi Wilhelmowi towarzyszyli: generał adiutant książę Radziwiłł i hrabia Lehndorf. Cesarzowi Franciszkowi Józefowi towarzyszył generał adiutant Mondl. W myśliwskim orszaku znajdowali się także: niemiecki poseł w Petersburgu Schweinitz i generał adiutant Werder.


Kiedy Dostojni Goście, Cesarz wraz z Cesarzową a następnie wszyscy uczestnicy polowania pozajmowali stanowiska, dano sygnał ruszenia naganki, który został powtórzony na obu flankach. Naganka ruszyła. Nie upłynęły dwie minuty, jak przed strzelcami z różnych kierunków zaczęły przemykać daniele. W miarę jak się przybliżała naganka, zwierza ukazywało się coraz więcej i więcej. Pojawiły się również jelenie. Truchtem zbliżały się do linii myśliwych. Co chwila przystawały i nasłuchiwały. Ale oto rozległ się pierwszy strzał – i natychmiast uderzyły do tyłu. Wśród naganiaczy podnosi się krzyk i widać, jak ścieśniają szereg i nie przepuszczają zwierza, lecz co odważniejsze sztuki rzucają się między ludzi i umykają. Na całej linii znać wielkie poruszenie. Wystrzały słychać coraz częściej i i częściej. Dziesiątki wystraszonych danieli biega między naganką a myśliwymi. Niektóre, wyrwawszy się z kręgu, znów wracają na poprzednie miejsce. Z każdym miotem liczba pozyskanej zwierzyny się zwiększa. Dokładnie o godzinie czwartej polowanie się zakończyło, a na pokocie znalazło się 5 jeleni i 31 danieli.


Car prawdziwie wyśmienitym strzałem ubił przepięknego daniela łopatacza. Cesarz Wilhelm jednym strzałem także powalił dużego samca, zaś Cesarz Franciszek Józef trzema celnymi pociskami położył trzy wspaniałe byki. Strzał w wykonaniu wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza Starszego wprawił świadków w prawdziwy zachwyt. Daniel w pełnym pędzie zakreśla łuk w odległości 150 kroków od stanowiska Jego Wysokości. Wielki książę, stojąc nieruchomo, śledzi go wzrokiem. Jeszcze chwila, a zwierza skryje gąszcz. Lecz w momencie, gdy daniel przecinał linię myśliwych, Jego Wysokość szybko dokonał zwrotu, błyskawicznie przyrzucił sztucer i wystrzelił. Daniel uczynił długi przedśmiertny skok, po czym skoziołkował jak zając. Kula ugodziła zwierza w skos przez lewą łopatkę.

Wielki książę Mikołaj Mikołajewicz Starszy

Przy drugim pędzeniu miało miejsce zabawne zdarzenie z udziałem znakomitego strzelca i myśliwego – właściciela ziemskiego Łuszczewskiego, który należał do grona organizatorów polowania. Rzeczony Łuszczewski, zobaczywszy śmiertelnie postrzelonego daniela, pobiegł ku niemu z kordelasem, lecz zanim zdążył wyprowadzić cios, zwierz w okamgnieniu odwrócił się i machną porożem. Na szczęście trochę zbyt śmiały myśliwiec zdążył się odsunąć, tak że został tylko muśnięty końcem poroża. Jeden z sęków łopaty zahaczył o pierś i zawadził o kilka żeber, inny zaczepił o nos, lekko nadrywając prawe skrzydełko. Drugi raz jednakże daniel już nie zdołał uderzyć, bowiem niemal dokładnie w tym samym momencie wprawna ręka myśliwego wbiła kordelas po samą rękojeść w lewą flankę zwierzęcia, co położyło kres tej nieoczekiwanej potyczce.


Wiele rąk musiało zostać zatrudnionych, by po zakończeniu łowów zebrać wszystką ubitą zwierzynę i odstawić ją miejsca przeznaczenia, zaś już rankiem następnego dnia 49 par lepszych poroży – znakomicie spreparowanych, oprawionych i odpowiednio opisanych na czerepach dostarczono uczestnikom tego polowania.

 

Następne polowania odbywały się już w "swoim" gronie. Mikołaj Malychin pisał:

 

"Przypadło mi w udziale szczęście bycia bliskim świadkiem wszystkich polowań przygotowanych dla Cesarza i Cesarzowej w domenach Księstwa Łowickiego we wrześniu 1884 roku. Wiele by dali również nie myśliwi, by móc zobaczyć carskie łowy, by móc choć przelotnie spojrzeć na towarzyszące im niezwykłe okoliczności. Wyobraźcie zatem sobie, co musiało to znaczyć dla mnie, zamiłowanego myśliwego, żołnierza w głębi sercu i byłego kadeta – mieć możność codziennie patrzeć z bliska na uwielbianą Parę Cesarską, móc uchwycić łaskawe spojrzenie Monarchy, słyszeć Jego miłościwe słowo. I to gdzie? Na polowaniu! I to jeszcze na jakim polowaniu!


Wielu z was, moi drodzy przyjaciele i współtowarzysze, pozazdrościłoby mi, ale ja czuję się szczęśliwy, że mogę podzielić się z wami moimi wrażeniami. Zresztą nie podzielić się byłoby grzechem niewybaczalnym! Interesujemy się przecież polowaniami wszelkiego rodzaju, jakie odbywały się na wielkiej ziemi rosyjskiej, piszemy o nich całe tomy, wiemy, jak poluje u nas myśliwy zawodowy, urzędnik i dziedzic, od Wisły do Wołgi, i od Wołgi do Amuru … To jakże mielibyśmy nic nie wiedzieć o polowaniu cesarskim!"

 

5 września 1884 r. W środę 5 września, już po odjeździe Cesarzy, niemieckiego i austriackiego, przeprowadzono polowanie w okolicach Skierniewic, w rzadkich zaroślach i na polach, w pobliżu Słomkowa, Krężec i Makowa. Polowano głównie na zające, bażanty i kuropatwy z naganką i w kotły. [ … ] Polowanie z 5 września z udziałem Cara trwało niedługo, przeprowadzono bowiem tylko jedno pędzenie, a następnie jeden „kocioł”.  Ale jakimż polowanie to zakończyło się wynikiem, jeśli na rozkładzie znalazły się 2 lisy, 80 zajęcy, 25 bażantów i 57 kuropatw! W jednym „kotle” padło 46 zajęcy! Spośród tej liczby 15 przypadło na Cara. Można sobie wyobrazić, jaka kanonada miała miejsce w tymże „kotle”. Strzały nie ustawały, a dwóch jegrów podawało rozgrzane strzelby.


Cesarzowa nie uczestniczyła w rozpoczęciu polowania, a tylko przy tworzeniu „kotła’, kiedy to Jej Wysokość raczyła przybyć konno. Monarchini towarzyszyła wielka księżna Maria Pawłowna, świty Jego Wysokości generała majora księcia saksońsko-altenburskiego  Alberta, hrabia Aleksander Gustawowicz Berg i pułkownik Włodzimierz Aleksandrowicz Szeremietew.

Aleksander III i jego świta

Po zakończeniu „kotła” w drodze powrotnej do Skierniewic Monarcha z Cesarzową raczyli długo przyglądać się łowieniu ryb w jednym z niewielkich jezior skierniewickiego zwierzyńca. Niewód ledwie mógł utrzymać żywą masę grubej ryby wyciąganej z każdej toni. Wieczór był zupełnie letni, a promienie zachodzącego słońca jaskrawo oświetlały przepiękną scenę owego obfitego połowu. Zmierzch już zapadł, kiedy orszak myśliwski znowu wyruszył i dotarł do rozświetlonych ogniami Skierniewic.

 

6 września 1884 r. Na drugi dzień, 6 września, zaplanowano polowanie z naganką w leśnictwie skierniewickim, w lasach w okolicy Pszczonowa. [ … ] polowano tylko na sarny, lisy, zające, bażanty i kuropatwy. Wyjechać miano o ósmej trzydzieści rano.  Już na półtorej godziny przed wyjazdem Monarchy Cesarzowa wyjechała na polowanie par force po drugiej stronie Skierniewic, w towarzystwie tychże samych osobistości co dnia poprzedniego, a ponadto zaproszono na ten dzień Hrabiego Augusta Mawrikiewicza Potockiego  z siostrą hrabiną Natalią Potocką. [ … ]

Caryca bardzo dobrze jeździła konno i uwielbiała polowania par force

Dokładnie o godzinie ósmej trzydzieści Car wyszedł na ganek i carskie linijki ruszyły. [ … ] Do pierwszego miotu było kilkaset kroków. Monarcha i wszyscy myśliwi poszli na piechotę.  Zegar wskazywał równo dziesiątą, wtedy, na sygnał leśniczego, naganka ruszyła. [ … ] Wszelako nim upłynęły trzy minuty, rozległy się strzały: ruszone zostały sarny. Były także zające dolegające na skraju lasu, tak że miot przeszedł moje oczekiwania. Drugi i trzeci miot wypadły jeszcze lepiej i wystrzały nie milkły. Po trzecim miocie postanowiono pojechać na śniadanie, które podano niedaleko, na małej leśnej polance.

Monarsze śniadanie w przerwie polowania

Nie przypuszczał margrabia Wielopolski, polując z Carem Aleksandrem III w lasach spalskich, a potem po polowaniu spożywając z nim śniadanie na uroczej polanie nieopodal rzeki Gaci, że Car wyrazi życzenie wybudowania w tym miejscu myśliwskiego pałacyku.

 

[ … ] Zaledwie Monarcha i inni uczestnicy polowania zbliżyli się do stołu, podjechał strzelec z wiadomością, że nadjeżdża Cesarzowa. [ …] Okazało się , że polowanie par force udało się nadzwyczajnie, jako że nie zważając na upał, wzięto kozła, lisa i zająca. Usiadłszy za stołem Cesarzowe raczyła opowiedzieć wszystkie szczegóły tego jakże udanego polowania. [ … ]

Caryca przybywa na śniadanie

Ze wszystkich pędzeń przeprowadzonych po śniadaniu najbardziej udane było przedostatnie. [ … ] Na rozkładzie w wyniku tego polowania znalazło się : 12 kozłów, 73 zające, 5 bażantów, 8 kuropatw i 4 cietrzewie.


Nie będziemy opisywać w szczegółach wszystkich polowań z tej książki ponieważ Mikołaj Małychin miał „lekkie” pióro i opisy są długie i barwne, tym niemniej bardzo ciekawe. Podamy tylko daty kolejnych polowań:


- 7 września 1884 r. - przejazd ze Skierniewic do leśnictwa lubochniańskiego. Cesarz, Cesarzowa i goście pojechali koleją przez Koluszki. Jegrzy, konie, psy i myśliwskie ekwipaże wysłano dnia poprzedniego. Cesarska para zamieszkała we wsi Lubochnia w odświeżonym domu leśniczego.

Caryca wychodzi z domu leśniczego w Lubochenku. Na fotografii ponadto: pułkownik Białosielski-Białozierski, pułkownik Szeremietiew, hrabia Aleksander Berg i kozak

Ponieważ miano polować na dziki postanowiono je zgromadzić w dwóch ogrodzonych  miejscach: Spale i Sługocicach. Po polowaniu Cesarz i Cesarzowe raczyli pojechać obejrzeć nowo zbudowany most na rzece Pilicy oraz miejsce, na którym postanowiono wybudować siedzibę myśliwską – pałacyk w Spale.

Wyjazd z Koluszek na polowanie

- 8 września 1884 r. – polowanie w dziale leśnym Szczurek. Strzelano tylko do zwierzyny grubej. Wydarzeniem było strzelenie ogromnego dzika przez pułkownika Szeremietiewa. Po wypatroszeniu i obieleniu ważył 12 pudów (ok. 200 kg), podczas gdy największy jeleń wraz z wieńcem i przed obieleniem waży 11 pudów.


- 9 września 1884 r. - polowanie w lesie Konewka na terenie leśnictwa lubochniańskiego. Hrabia Aleksander Gustawowicz Berg ustrzelił jelenia i jak pisze Małychin [ … ] Był to pierwszy jeleń strzelony w lubochniańskim leśnictwie i pierwszy wolny, dziki i piękny przedstawiciel leśnej fauny z Księstwa Łowickiego, który padł w 1884 r. [ … ].


- 10 września 1884 r. – polowanie w lasach Bugaj i Sługocice po drugiej stronie rzeki Pilicy głównie na dziki.

.
- 11 września 1884 r. – polowanie w lasach Gelsowa i Ciebłowic na jelenie. Monarcga wreszcie strzelił jelenia a tak to opisał Mikołaj Małychin [ … ] Jeleń upolowany przez Monarchę okazał się osobnikiem rzadkiego rodzaju: powierzchnia szerokiego wieńca była całkowicie gładka, podczas gdy powierzchnia poroża zazwyczaj u nas spotykanego jelenia zawsze jest chropowata, mnóstwo na niej wgłębień i guzowatości. [ … ] Monarcha na tym polowaniu strzelił jeszcze jednego jelenia.

Pierwszy byk Cara

Drugi byk Cara

 - 12 września 1884 r. – polowanie w lasach Zielonej i Ciebłowic na dziki i jelenie. Podczas wszystkich pędzeń pozyskano jelenia, dzika i 2 kozły.


- 13 września 1884 r. – polowanie Cara podczas rykowiska. Monarcha strzelił jelenia, którego odnaleziono na drugi dzień, martwego. Potem Cesarzowa polowała par force w lesie Kruszewiec, położonym blisko Lubochni, pokazując swój kunszt jeździecki. [ … ] Polowanie zbiorowe toczyło się swoją koleją. Monarcha powróciwszy rankiem z rykowiska, w polowaniu zbiorowym już nie uczestniczył, a Jej Wysokość z polowania par force udała się wprost do Lubochenka. Na polowanie zbiorowe przybył tylko wielki książę Włodzimierz Aleksandrowicz.  Po przybyciu myśliwskiego pocztu do Lubochenka wszyscy dowiedzieli się, że polowanie, które się odbyło było już ostatnim, i że nazajutrz, w piątek 14 września, o godzinie dziesiątej rano nastąpi wyjazd Monarchy.


I znowu Michał Małychin:
„Tak zakończył się pobyt Pary Cesarskiej w domenach Księstwa Łowickiego. Dwanaście dni minęło jak jeden dzień. Przy czym jedenaście dni pod rząd wypełniło polowanie! [ … ] A tak się przedstawia sumaryczny rozkład rozpisany na poszczególne gatunki:
Jelenie byki – 17;
Daniele – 31;
Sarny kozły – 22;
Dziki duże – 19;
Dziki małe – 12;
Zające – 156;
Bażanty – 34;
Kuropatwy – 104;
Cietrzewie – 1;
Lisy – 3.
Razem – 396 sztuk
Dokładnie 396 sztuk, z czego 101 sztuk to zwierzyna gruba. Nie uwzględniono tutaj zwierzyny podniesionej po zakończeniu polowania, schwytanej w czasie obławy itp.


Cześć i chwała myśliwym, cześć i chwała organizatorom, cześć i chwała Księstwu Łowickiemu! Niech rozkwita ono na wszystkich niwach, ku chwale swojego Dostojnego Władcy.”

 

I jeszcze jedna zdobycz z tego pobytu Cara Aleksandra III – decyzja o wybudowaniu pałacyku myśliwskiego w Spale.

 

Carska Spała

 

Dzieje Spały sięgają początku XVII wieku, a może nawet końca XVI. W XVIII wieku rozpoczęto eksploatację lasów. Początku reprezentacyjnej funkcji Spały należy szukać w XIX wieku, kiedy to Car Aleksander III przebywając na polowaniu w spalskich lasach w 1876 roku, zwrócił uwagę na urzekający fragment puszczy nad Pilicą.

 

Spała w czasach Aleksandra III

 

Car Aleksander III Romanow i Caryca Maria Fiodorowna

 Myśliwskie walory Puszczy Pilickiej rozsławili rosyjscy Carowie - Aleksander III (1845-1894) i jego syn Mikołaj II (1868-1918). W lasach pod Spałą urządzono zwierzyniec, odbywały się tutaj niezwykle uroczyste łowy z udziałem imperatorów i zaproszonych gości. Zanim Car rosyjski Aleksander III upodobał sobie na tereny myśliwskie nadpilickie lasy w Spale, istniał tu młyn rodziny Spałów i kilka domów śródleśnej osady. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX w. Car bywał w lasach nadpilickich kilka razy, zatrzymując się zwykle w Skierniewicach, Lubochenku lub Smardzewicach (w 1876 r. jako następca tronu i w1884 r. jako Car Aleksander III). Dopiero na początku lat 80. XIX w. dojrzała myśl zbudowania w Spale pałacu myśliwskiego z obszernym zapleczem. W 1885 roku wybudowano drewniany pałacyk według projektu Leona Mikuckiego - krakowskiego architekta.

Zaprojektowany przez Leona Mikuckiego zespół spalski został doskonale wpisany w otaczającą go przyrodę. Jego głównym akcentem był klasycyzujący pałac carski z murowanym parterem dla świty i drewnianym piętrem dla Cesarza, który miał tam swój gabinet, salon, sypialnię, jadalnię i narożne werandy. Choć z zewnątrz pałac nie był zbyt wyszukany, wnętrze wyposażono w meble z najlepszych europejskich wytwórni, łącznie z pozłacaną armaturą łazienkową. Pałac łączył się z budynkiem gospodarczym, mieszczącym kuchnie i spiżarnie. W obrębie zespołu pałacowego powstały w tym samym mniej więcej stylu domy dla personelu i służby, koszary dla kozackiej ochrony, stajnie, wozownie, elektrownia, 36-metrowa wieża wodociągowa z pompownią i siecią wodociągowo-kanalizacyjną. Nieopodal stanęła misternie wycięta w drewnie wiata na przystanku kolejowym „Jeleń”.

Wieża wodociągowa

Architektonicznie zespół rezydencjonalny nawiązywał do niektórych budowli rosyjskich, choć wszystkie one reprezentowały tzw. „styl myśliwski” – eklektyzm architektury tyrolskiej, neogotyckiej i klasycystycznej. Budynki wtopiono w zieleń otaczającego go lasu i parku krajobrazowego, ukształtowanego na sposób angielski, z licznymi egzotycznymi nasadzeniami (m.in. z Kaukazu). Niedługo potem uzupełniono zabudowania o hotele dla carskich gości: „Savoy” (dzisiejszy „Rogacz”) i „Bristol” (dzisiejszy „Dzik”) oraz budynek zarządcy zespołu, którym był w czasach Aleksandra III margrabia Zygmunt Wielopolski, a później jego syn – Władysław. Osobny kompleks zabudowań stanowiła rezydencja łowczego.

Hotel Bristol - dzisiejszy "Dzik"

Hotel Sawoy - dzisiejszy "Rogacz"

Całość rezydencji zajmowała duży obszar. Zarządzał nim początkowo margrabia Wielopolski, potem krótko jego syn, a od 1888 roku Ignacy Bończa-Modzelewski jako łowczy polowań carskich w Księstwie Łowickim z siedzibą w Spale. Jemu podlegali jegrzy, pełniący funkcję służby leśnej. Ich zadaniem była ochrona i dokarmianie zwierzyny, odstrzał drapieżników i dostarczanie upolowanej zwierzyny na stół. Wstęp do lasu i na teren rezydencji był zabroniony zwykłym ludziom. Rodzinę carską chroniła sotnia kozacka. By zapewnić spokój carskim gościom wysiedlono z okolic Spały kilka wsi. Tereny po nich zalesiono a mieszkańców przeniesiono w okolice Nagórzyc. W taki sposób powstały przysiółki Swolszewic Małych i Dużych.

Siedziba łowczego w Spale 1897 r.

 Zatem najstarsze polowania carskie na terytorium Królestwa Polskiego, powstałego w wyniku Kongresu Wiedeńskiego w 1815 r., miały miejsce na terenach Księstwa Łowickiego w okolicach Skierniewic, ok. 70 km od Warszawy w kierunku południowo-zachodnim. Właśnie w Skierniewicach znajdował się dawny pałac Arcybiskupów Gnieźnieńskich, który pełnił rolę centralnego ośrodka dóbr ziemskich tego księstwa. Jeszcze w okresie panowania Cara Mikołaja I stał się jednym z miejsc wypoczynku dla rodziny Romanowów.


Aleksander III, nie przepadał nadmiernie za dworskimi formami życia, szukał więc dla siebie i najbliższej swojej rodziny tak ustronnego i atrakcyjnego miejsca, aby mógł tam spędzać czas przeznaczony na wypoczynek tak jak sobie życzył i lubił.


Każdego ranka Aleksander III zrywał się o siódmej, mył się w lodowatej wodzie, ubierał w chłopskie odzienie, robił sobie kubek kawy i zasiadał przy biurku. Później, kiedy wstawała Maria, zjadali razem śniadanie, składające się z żytniego chleba i gotowanych jajek. Dzieci spały na prostych wojskowych pryczach z twardymi poduszkami, każdego ranka kąpały się w zimnej rodzie, a na śniadanie jadły owsiankę. W czasie obiadu, który spożywały razem z dorosłymi, na stole było mnóstwo jedzenia, ale ponieważ obsługiwano je na końcu, po wszystkich gościach, i gdy ojciec się podnosił, one również musiały wstawać od stołu, często pozostawały głodne. [...] Dzieci mogły zjeść więcej przy kolacji, którą spożywały same, choć te posiłki bez rodziców często zamieniały się w krzykliwą zabawę, kiedy to bracia i siostry obrzucali się nawzajem kawałkami chleba.

Car Aleksander III z księżniczką Tyru i Carycą Marią

Carska rodzina wiodła proste i zadziwiająco skromne życie, zgodnie z osobistym życzeniem Aleksandra III. Dotyczyło to także dzieci, które spały na twardych łóżkach i myły się w zimnej wodzie - Car miał kiedyś powiedzieć, że chce mieć "normalne rosyjskie dzieci, a nie cieplarniane roślinki". Plan ich dnia także był przez niego ułożony i ściśle przestrzegany. Aleksander III był surowym ojcem, z całą pewnością wzbudzał respekt i nie był przyzwyczajony do tego, by mu się sprzeciwiać, stąd jego dzieci, a zwłaszcza trzej synowie byli od niego zależni. "Gdy mówił, wydawało się, że zaraz uderzy swojego rozmówcę" - tak opisywał go jeden z dworskich urzędników.

Z całą odpowiedzialnością można też stwierdzić, że rezydencja w Spale, jak na pozycję jego gospodarza była  wyjątkowo skromna, żeby nawet nie powiedzieć uboga. Zasadniczo różniła się nie tylko od wykwintnych i kapiących bogactwem i przepychem innych pałaców Romanowów, ale nawet od pałaców i dworów polskiej arystokracji. W zasadzie zasługiwała raczej na miano dużej willi.

Miesiąc wrzesień był tradycyjną porą rozpoczynania carskich polowań w Spale. Zazwyczaj trwały one dwa tygodnie i były łączone z podobnymi polowaniami w Białowieży, głównie na żubry i Skierniewicach na zwierzynę drobną. Aleksander III jako Car przyjeżdżał pięciokrotnie do swojej rezydencji myśliwskiej w Spale. Oprócz inauguracyjnej wizyty w 1886 roku, przebywał on tutaj jeszcze w latach: 1888, 1890, 1892 i 1894, a więc równo co dwa lata. W porównaniu z innymi rezydencjami, Spała dysponowała wręcz spartańskimi warunkami. Potwierdzają to zachowane do dzisiaj w petersburskim Rosyjskim Państwowym Archiwum Historycznym dokumenty związane z przygotowaniami do wyjazdu Cara Aleksandra III do Spały w 1894 roku. W jednym z nich wymieniono pomieszczenia, które mogła zająć ponad 70-osobowa świta Cara. Rzeczywiście, do jej dyspozycji było niewiele lokali. Umieszczanie po kilka osób, zwłaszcza niższej rangi w jednym pokoju nie należało do rzadkości. Przybyłych wraz z Carem stangretów i pocztylionów lokowano nawet w stajniach. Zaproszeni na polowanie byli w lepszej sytuacji, gdyż mogli skorzystać ze zbudowanych właśnie w 1894 roku dwóch budynków-oficyn dla gości. Jeden z nich postawiono obok wieży wodociągowej, a drugi - nieopodal mostu na Pilicy. Obydwie, zachowane do dzisiaj budowle, nazywane kiedyś „domkami szwajcarskimi", otrzymały identyczny kształt i oryginalny wystrój w stylu uzdrowiskowym. Posiadają parter murowany z pełnej cegły ceramicznej, zaś pierwsze piętro zbudowane z drewnianych bali. Obydwie budowle ozdabia loggia wsparta na drewnianych słupach i upiększona rzeźbioną w drewnie balustradą.


Dzięki wspomnieniom doktora N. A. Wieliaminowa, który towarzyszył Aleksandrowi III podczas polowań w Spale w 1892 roku możemy poznać nie tylko organizację samych polowań, ale także niezwykle ciekawe jego spostrzeżenia z życia codziennego pary cesarskiej w Spale. Dzięki tym unikalnym zapisom nadwornego lekarza możemy dzisiaj bardzo dokładnie przedstawić sobie atmosferę, obyczaje i zachowanie pełne drobnych szczegółów, które charakteryzowały pobyt imperatora Aleksandra III w Spale. N.A. Wieliaminow na wstępie trafnie scharakteryzował osobowość Cara, który wg niego był, po nieoczekiwanej śmierci jego starszego brata, wyniesiony na tron całkowicie przypadkowo. Podporządkował się on całkowicie swoim obowiązkom, chociaż wg nadwornego lekarza nie urodził się, aby być monarchą.

 

"Będąc osobą głęboko wierzącą uznał, że z woli Boga stał się jego pomazańcem i wiernie wykonywał obowiązki Cara samodzierżawcy. Nie bacząc na swoje problemy ze zdrowiem nieustannie pracował ponad siły, które doprowadzały jego organizm do krańcowego wyczerpania. Z tych powodów w swoim reżimie pracy pozwalał sobie na jeden miesiąc w roku odpoczywać i robić to, na co ma ochotę. On lubił ciszę, odosobnienie, prostotę otoczenia, rodzinne ognisko i przyrodę, i dlatego tak kochał zacisze w Gatczinie. Jednakże, bliskość Gatcziny od stolicy i konieczność kontynuowania tam zajmowania się sprawami państwowymi go nie zadawalała.

Caryca Maria Fiodorowna pierwsza z prawej i członkowir rodziny - 1890 r.

On szukał chociażby czasowego odosobnienia daleko od państwowego kieratu i możliwości życia jak zwykły śmiertelnik. On wyjeżdżał na jakiś czas, będąc jeszcze następcą tronu, do Gapsal, na fińskie szchery, do Danii i na koniec do Spały. Jak mnie mówiono, jeszcze będąc następcą tronu, on pewnego razu zapragnął wcielić w życie zasadę, żeby jesień spędzać w całkowicie jeszcze nieurządzonej posiadłości Spała, położonej wśród bogatych lasów Księstwa Łowickiego. On zamieszkał tam podczas swojego pierwszego przyjazdu z małżonką i kilkoma najbliższymi członkami swojej świty w maleńkim, prawie chłopskim domku. Tam było świetne polowanie na jelenie, które go zainteresowało. Jednakże prawidłowego polowania i ludzi znających się na tym tam nie było i Carewicz zwrócił się po radę i pomoc do lokalnego mieszkańca, wielkiego miłośnika i znawcę polowań, jakiegoś katolickiego księdza (ks. L. Żmudowski – dop. autora). Ten ksiądz, którego nazwiska zapomniałem, okazał się sympatycznym człowiekiem, organizował polowania, przewodził im i stał się bliskim człowiekiem dla Carewicza, a potem Władcy".

Linijka przed spalskim dworem

 

Para cesarska bardzo lubiła spalskie lasy i często wyjeżdżała do nich na przejażdżki

 Władca, ściśle mówiąc nie był zawziętym myśliwym, ale kochał przyrodę, proste życie podczas polowań i całe „gospodarstwo łowieckie", kochał oszczędzanie dzikich zwierząt, ich gromadzenie i hodowanie, ścisłe przestrzeganie łowieckich zasad itp. Spałę pokochał ponieważ tam rzeczywiście odpoczywał i żył tak, jak on kochał żyć. Po wstąpieniu na tron władca zażyczył sobie przynieść Lasy Spalskie do pełnego porządku, nakazał wybudować tam najbardziej wygodny myśliwski dom i jeździł tam co drugi rok, jesienią. Stopniowo w Spale ukształtowało się prawidłowe łowieckie gospodarstwo i Spała stała się jednym z najbardziej bogatych i prawidłowo urządzonych łowieckich posiadłości w całej Europie. Tak stworzył się na Dworze Aleksandra III zwyczaj co drugi rok spędzać jesień na odpoczynku w Spale i polować na jelenie tylko w towarzystwie najbliższych osób jego świty i rzadkich gości. Otoczenie pałacu myśliwskiego w Spale było całkowicie podporządkowane wyobrażeniom Aleksandra III o prawidłowym gospodarstwie myśliwskim, które miało być jak najbardziej związane z naturą i warunkami przyrodniczymi. Chociaż późniejszy rozwój hodowli zwierząt łownych zaczął pomału zaprzeczać jej istocie. Jeszcze w 1892 roku doktor Wieliaminow opisywał je w sposób następujący. "Wokół dworu niekończące się lasy z wzorcowo zorganizowanym leśnym gospodarstwem. Wśród tych lasów kilka wiosek, otoczonych chłopskimi polami. Wzorcowe myśliwskie gospodarstwo z dokarmianą dziką zwierzyną. Mnóstwo leśników, gajowych i jegrów wszystkich stopni - polowanie organizowane na niemiecki sposób, tak jak we wschodnich Prusach. Główna zwierzyna łowna - szlachetny jeleń, często lokalny, częściowo przychodzący tam na paszę z sąsiednich niemieckich lasów, a nawet z Karpat.

Jeger prezentuje wieniec jelenia

Dużo saren, miejscami niemało dzików. Car nie lubił polować na dziki przebywające w zwierzyńcu, gdyż wg Wieliaminowa nie lubił strzelać do dzików pozbawionych możliwości ucieczki. Dla imperatorowej, tak jak przy poprzednich wizytach w Spale organizowano polowania na jelenie wierzchem z psami we francuskim porządku „chasse a cours". Jak zawsze Maria Fiodorowna wyjeżdżała na to polowanie w wąskim, kilkunastoosobowym gronie. Polowania te były prowadzone w ściśle francuskim, klasycznym stylu i jeźdźcy ubrani byli nawet w czerwone fraki. Gonitwy te dostarczały wiele przyjemności imperatorowej, chociaż Aleksandrowi III szczególnie one się nie podobały.

Polowanie par force Cesarzowej

Za Carem jechała cała świta z kuchnią polową

Gdy myśliwi polowali służba przygotowywała stół

Carski posiłek w przerwie polowania

Car nie przepadał za dziczyzną, dlatego kucharze przygotowywali proste, niewyszukane potrawy. Jego ulubionym daniem był prosiak z grochem, przepadał również za kiszonymi ogórkami. Alkoholu prawie w ogóle nie używał. Jeśli już, to mieszał kwas chlebowy z szampanem - w proporcjach pół na pół.

Zespół trębaczy wojskowych umilający posiłki w lesie

Upolowaną zwierzynę służba zwoziła specjalnymi wozami zwanymi linijkami

Każdego dnia pobytu Cara w Spale po wieczornym obiedzie odbywała się uroczysta ceremonia pokotu. Imperatorska para wraz ze swoimi gośćmi wychodzili na plac przed skrzydłem domu dla przeglądu przy świetle pochodni zastrzelonej w tym dniu dzikiej zwierzyny, malowniczo rozłożonej na polance. Każde zwierzę miało przywiązaną deseczkę z nazwiskiem myśliwego, łowcy tego zwierzęcia; to tak nazywane w Niemczech „strecke". W czasie przeglądu grano fanfary. Ceremonia ta trwała 10-15 minut.

Pokot

Pokot był obgrywany sygnałami myśliwskimi

Następnie po tym, wszystkie osoby świty szły do gościnnych pokoi Imperatora i spędzali tam wieczór. Najczęściej z udziałem Carycy Marii Fiodorownej grano w bilard. Natomiast Car w męskim towarzystwie grał w wista. Aleksander III po grze w wista przechodził do swojego gabinetu i pracował do późnej nocy, gdyż każdego dnia przyjeżdżał do Spały feldjeger z dokumentami. Gra w karty toczyła się do 23.00-23.30 i wszyscy uczestnicy rozchodzili się, gdyż już o 7.00 rano następowało budzenie. W niedzielę rano do śniadania na polowania się nie wyjeżdżało, gdyż wszyscy szli na sumę, która miała miejsce w polowej cerkwi, znajdującej się w namiocie; śpiewali kozacy Szeremietiewa, z czego był on bardzo dumny. Suma zaczynała się o 11.00 i kończyła równo o 12.00.

Cerkiew w namiocie

Ciekawe, że w Spale nie wybudowano prawosławnej cerkwi. Msze odbywały się wyłącznie w specjalnym namiocie koloru zielonego, zaadaptowanym na cerkiew polową.

Jadalnia w spalskim dworze

W niedzielę wszyscy byli, łącznie z władcą ubrani w wojskowe mundury, w surdutach, bez broni. W mundurach też spożywali obiad. Po śniadaniu wyjeżdżano na polowanie, jednak w niedzielę polowania były organizowane w gorszych pod względem ilości zwierzyny częściach lasu i władca niekiedy w ogóle w nich nie uczestniczył, ale życzył sobie aby inni jeździli.

 

Wyjazd na polowanie

Doktor Wieliaminow stwierdził, że Władca z głębi swojej duszy nie był myśliwym, jednak lubił polowania na jelenie z podjazdu (purschen), głównie z powodu, że na takim polowaniu przy wschodzie słońca on mógł zachwycać się prześlicznymi obrazami przyrody. Podczas obławy on nawet nie zawsze strzelał i przepuszczał zwierzynę bez wystrzału, tylko z lubością spoglądał na niego. Jednocześnie Aleksander III żądał od uczestników polowania przestrzegania zasady niestrzelania do samic i młodych egzemplarzy. Odstępstwa od tych zasad i zdarzające się pomyłki myśliwych kończyły się ostrymi reprymendami z jego strony. Nie uniknął ich w ostrych słowach nawet następca tronu Mikołaj.


Kształtowały się też nowe tradycje i obyczaje podczas carskich polowań m.in. zastrzelenie pierwszego i ostatniego jelenia podczas polowania było wieńczone wypiciem z rogu całej butelki szampana.

 

W przeciwieństwie do wiecznie zajętego męża, który w gruncie rzeczy spędzał ze swoimi dziećmi niewiele czasu, Caryca Maria Fiodorowna poświęcała im znacznie więcej uwagi i troski, była pobłażliwa, a niektórzy twierdzą nawet, że nadopiekuńcza - zwłaszcza w stosunku do pierworodnego syna Mikołaja, który stał się jej ulubieńcem. Nic więc dziwnego, że nieśmiały i wrażliwy Niki do końca życia ufał jej bezgranicznie. Caryca nadzorowała także edukację syna, który wykazywał duże chęci do nauki i chętnie czytał. Przyszły Car zdaniem nauczycieli najlepszy był z historii i języków obcych - posługiwał się językiem angielskim, francuskim i niemieckim. Oprócz tego, jako dziecko miał ponoć wykazywać zdolności plastyczne, a z wiekiem nauczył się doskonale jeździć konno, tańczyć i strzelać. Podobnie jak wielu książąt w tamtych czasach skrupulatnie prowadził dziennik.

Caryca podczas odpoczynku w lesie

 Mikołaj II, obejmując władzę w wieku 26 lat, wciąż miał w pamięci obraz ojca - Herkulesa - który uratował swoją rodzinę z wypadku, do jakiego doszło w październiku 1888 r., kiedy to pociąg, którym podróżowali, wykoleił się, wskutek czego zapadł się dach wagonu, w którym akurat jedli posiłek. Aleksander, posiadający wprost niezwykłą siłę fizyczną, uniósł dach i podtrzymywał go na plecach, umożliwiając ucieczkę żonie i dzieciom, którzy dzięki temu wyszli z całej sytuacji cali i zdrowi. (żródło: "Carskie gospodarstwo łowieckie w Spale w latach 1885-1914" oraz "Spała carska rezydencja").

Wykolejenie carskiego pociągu w 1888 roku

 Ciekawostki:

 

Na polowania do Spały Car Alek­sander III przyjeżdżał w wąskim gronie rodziny oraz zaufanych urzędników i wojskowych. Wśród gości bywali książę Albert Sachsen-AItenburg (skoligacony z rodziną Romanowów), który był doskonałym strzelcem, oraz wielka księżna Maria Pawłowna - żona Wło­dzimierza Aleksandrowicza, carskiego brata i przewodniczącego Cesarskiego Towarzystwa Prawidłowego Myślistwa - zapalona łowczyni, która impono­wała wszystkim podczas polowań par force. W swoich gonitwach podniosła poprzeczkę i zamiast lisów ścigała łanie.

Księżna Maria Pawłowna

 

„Panie! Cysorz to był dusza człowiek, honorny był bardzo. Jak sie upił, to położył sie byle gdzie i społ… Czasym dwór sie bawił, a on pisoł i pisoł w swojem gabinecie” – to wspomnienie z pobytów władcy rosyjskiego imperium w Spale zachował jego dawny lokaj. Opisany przez niego sposób bycia wszechpotężnego Cara, dalece odbiegający od oficjalnych biografii i pamiętników osób z jego świty, został przytoczony w artykule Aleksego Rżewskiego, zamieszczonym  na łamach dziennika „Echo Łódzkie” w wydaniu z 30 września 1928 roku. Autor zawarł w nim swoje wrażenia z przyjazdu do Spały niedługo po zakończeniu I Wojny Światowej, bowiem w 1919 roku. Co ciekawe Spała, znajdująca się wtedy pod zarządem Ministerstwa Rolnictwa i Dóbr Państwowych, hipotecznie była jeszcze… osobistą własnością Cara.


W swojej relacji T. Rżewski opisał m.in. spalski pałacyk, po którym oprowadzał go były kamerdyner-lokaj carski, z pochodzenia Polak o nazwisku Głowacki. Chętnie wspominając dawne czasy ze szczególną estymą wyrażał się on o Carze Aleksandrze III. „Służe 30 lat już… Oj, miołem jo ci dobrze!… 85 rubli miesięcznie, wszelkie wygody, a jak cysarstwo byli to 100 rubli za każdą razą dostołem i podarunek zygarek, pierścionek albo inne. A ile to na piwo dostało się od świty, jenerałów i wielkoksiążąt, były to czasy… czasy” – cytował T. Rżewski wspominki carskiego lokaja z  zachowaniem oryginalnego, częściowo gwarowego słownictwa.


Pytał go również o to, czy w spalskiej rezydencji za czasów carskich ktoś rozmawiał z nim po polsku. Okazało się, że jedynym wyjątkiem był tutaj łowczy dworu carskiego – margrabia Zygmunt Wielopolski. „Nie wstydził się, tylko godoł po polsku przy wszystkich, chociaż za to wyśmiewali sie z niego (…) Cysorz po polsku nie umioł wcale. Cysorzowa z córkami mówili ze sobą po francusku i niemiecku. Po rusku mówiła tak jak kużdyn mimiec, śmiesznie” – wspominał były lokaj Cara.

 

W opisanej historii wielce znamienny jest fakt, iż po 1918 roku ten były lokaj carski mógł nadal pracować w spalskiej rezydencji, przekształconej na letnią siedzibę Prezydentów R.P. Co więcej, jak wspominali inni jej pracownicy, cieszył się on tutaj specjalnymi względami; miał choćby przywilej nakręcania wszystkich zegarów pałacowych. Oprócz niego z carskich czasów pozostał w obsłudze spalskiej rezydencji Stanisław Gwieździński. Opatrzoną zdjęciem informację o sędziwym lokaju z charakterystycznymi bokobrodami, pełniącym tutaj służbę jeszcze za czasów Aleksandra III, zamieszczono w niedzielnym dodatku do „Kurjera Porannego” z 29 sierpnia 1926 roku. Znalazła się ona w fotoreportażu zatytułowanym: „Z wywczasów Prezydenta Rzeczypospolitej w Spale”. (źródło: „Historie odnalezione Andrzeja Kobalczyka”).

Na zdjęciu: St. Gwieździński (pierwszy z lewej) z ochroną Prezydenta R.P. w Spale (zdjęcie z lat 20. ub. wieku). Archiwum Andrzeja Kobalczyka

 

Ksiądz Ludwik Żmudowski

Ksiądz Ludwik Żmudowski był zapalonym myśliwym, który chętnie zapraszał innych pasjonatów na polowania do okolicznych lasów. W ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku lasy spalskie stały się szczególnie popularne dzięki jego inicjatywie. W listopadzie 1873 r. gościł przez 3 dni feldmarszałka rosyjskiego ks. A. Bariatyńskiego, a jako znany już myśliwy w dniach 10-18 IX 1876 r. syna Cara Aleksandra II, następcę tronu przyszłego Cara Aleksandra III. Carewicz miał wtedy lat 31, a ks. Żmudowski był dojrzałym, 50-letnim mężczyzną. Dostojnych gości zakwaterowano w Smardzewicach w klasztorze Św. Anny. Ks. Żmudowski wspominał: Jeździliśmy i na polowania i za Pilicę w Lasy Lubochyńskie, ale wysokim Gościom więcej podobało się w naszej Opoczyńskiej Ziemi – tu bowiem było więcej zwierzyny i większy szyk i porządek, a Następca Tronu tak się rozmiłował w naszych lasach, iż ma być tu urządzony dom w lesie – most na Pilicy i jest nadzieja oglądania w roku następnym tu Najjaśniejszego Pana. Polowanie rzeczywiście powiodło się, a ksiądz został nagrodzony cennym pierścieniem. W miejscu, gdzie Carewicz upolował pierwszego jelenia położono kamień pamiątkowy, późniejszy szaniec (grota) Św. Huberta.


Wg legendarnej wersji, innego dnia: W lesie rozegrała się scena jak z „Pana Tadeusza”! Dzik nacierał na żonę Cara i wtedy ksiądz Żmudowski wypalił z flinty prosto między oczy odyńca, tym samym ratując jej życie. Car urządził potem na plebanii wielkie przyjęcie i zaproponował Żmudowskiemu wyniesienie go nawet do godności biskupiej, ale on odmówił i poprosił o przeniesienie go na parafię w Przedborzu. Car rosyjski wkrótce zdecydował się na zbudowanie letniej rezydencji carskiej w Spale.
Opis polowania z września 1890 r. zamieścił „Dziennik Warszawski”:


[13 września] (…) poczem nastąpił odjazd do obrębu Ciebłowice. Tam myśliwi rozstawili się wzdłuż duktu. Pierwszy na linii stał za drzewem ksiądz Żmudowski z bronią, drugim raczył stać Najjaśniejszy Pan. Przy Najjaśniejszym Panu umieściła się Najjaśniejsza Pani i Księżna Kumberlandzka. Na tym zakładzie oddano 22 strzały. Ku stanowisku Najjaśniejszego Pana wybiegły z początku dwie kozy, przepuszczone bez strzału, następnie kilka zajęcy. Przy powrotnem przejściu naganki wyskoczyła koza i rzuciła się na lewe skrzydło łańcucha, a następnie wybiegło stado łań ze starym jeleniem. Rzuciły się one z początku więcej na lewo, stanęły przed księdzem Żmudowskim i po jego strzale rzuciły się w prawo, obok Najjaśniejszego Pana. Najjaśniejszy Pan wystrzelił; choć zwierz nie został zabity na miejscu, ale ciężko raniony. Rezultatem tej obławy były 2 jelenie, 3 kozy i zając.


(…) W dniu 23 września, jako w niedzielę, odbyło się w czasowo urządzonej cerkwi nabożeństwo, po którem dano śniadanie; pomiędzy zaproszonemi na nie osobami byli też: gubernator piotrkowski i rzeczywisty radca stanu Miller i ksiądz kanonik Żmudowski. Tegoż dnia, zaraz po południu, urządzono przed pałacem zabawę dla dzieci, na którą przybyli wychowańcy i wychowanice szkół początkowych w Tomaszowie i szkoły miejskiej w Piotrkowie; na zabawie tej był obecny naczelnik łódzkiej dyrekcyi naukowej, rzeczywisty radca stanu Abramowicz. Najjaśniejsi Państwo i Najdostojniejsi Ich Goście, w towarzystwie margrabiego Wielopolskiego, zbliżyli się do dzieci, które Ich powitały hymnem „Boże Cesarza chroń!”


Ks. Jan Wiśniewski utrwalił następującą anegdotę o ks. Żmudowskim:


Raz gubernator piotrkowski kazał mu w poczekalni zbyt długo czekać na audiencję. Żmudowski opowiedział o tem Carowi. Car wezwał natychmiast gubernatora. A gdy ten wszedł, kazał mu stanąć przy drzwiach i stać jak lokajowi, gdy sam z księdzem siedząc i popijając herbatę, gwarzył. Po pewnym czasie Car rzekł do gubernatora, że może sobie iść, skąd przyszedł.

 

Hrabina Maria Wielopolska

Granitowy krzyż i symboliczny nagrobek hrabiny Marii Wielopolskiej, żony zarządcy Spały za czasów carskich. Po wykryciu jej romansu z carskim oficerem popełniła samobójstwo. Krzyż został postawiony w lesie, kilkaset metrów od obecnego nagrobka w kierunku północno-wschodnim. Nagrobek został przeniesiony w obecne miejsce podczas budowy ośrodka wypoczynkowego. Hrabinę pochowano w grobowcu rodzinnym Wielopolskich na warszawskich Powązkach.

Grota św. Huberta w Spale - W niedalekiej odległości od centrum Spały, w kierunku Inowłodza, stoi monument ułożony z głazów. Dwa z nich, z inicjałami Cara Aleksandra III i datą 1894.IX.14, wskazują na przypisanie obiektu czasom polowań carskich w lasach Puszczy Spalskiej. Ponadto, na jednym z głazów znajduje się tablica pamiątkowa z brązu, ufundowana przez spalskich leśników dla Prezydenta Ignacego Mościckiego, jako podziękowanie za wskrzeszenie tradycji myśliwskich.

Michaly Zichy

Węgierski rysownik i akwarelista Mihály Zichy popularny szczególnie w XIX wieku. Malował na dworze czterech ostatnich carów rosyjskich. Spędził wiele czasu w Puszczy Białowieskiej, którą uwiecznił w swojej twórczości.

 

Mihály Zichy towarzyszył Carowi Aleksandrowi II we wszystkich jego podróżach po kraju i na polowaniach. Był też uczestnikiem pierwszego carskiego polowania w Puszczy Białowieskiej w 1860 roku. Malarz wykonał wówczas sporo interesujących rysunków i akwarel, z których dziewięć trafiło do ekskluzywnego albumu pt. "Ochota w Biełowieżskoj Puszcze", poświęconego temu polowaniu. Album ukazał się w 1862 roku, w niewielkim nakładzie, w dwóch językach (rosyjskim i francuskim). Był przeznaczony dla uczestników polowania. Na akwarelach i rysunkach Zichy przedstawił: Cara Aleksandra II sadzącego pamiątkowe drzewko w Zwierzyńcu, przybycie monarchy do Białowieży, upolowaną zwierzynę, wilki atakujące żubry, walkę żubrów, scenę z dawnego polowania na żubry, obelisk z 1752 roku, Aleksandra II na stanowisku strzeleckim oraz projekt pomnika żubra na pamiątkę tego polowania, który w 1862 roku został wystawiony w Zwierzyńcu.

Walka żubrów

Wilki atakujące żubry

Okres 1860-1880 należy uznać za najbardziej twórczy w życiu Mihálya Zichego. Artysta cieszył się wówczas największą popularnością wśród petersburżan. Jego akwarele i rysunki sprzedawane były w dużej ilości. W 1869 roku odbyła się duża wystawa prac Zichego. Despotyczna atmosfera panująca na carskim dworze oraz prześladowanie czołowych przedstawicieli rosyjskiej inteligencji, skłoniły Mihály Zichego do opuszczenia dworu wraz z rodziną w 1874 roku. Malarz wyjechał do Paryża, jednakże w 1880 roku wrócił do Rosji. Tak jak poprzednio pełnił rolę rysownika-kronikarza różnych ceremonii, teatralnych przedstawień, parad wojskowych, życia koszarowego, polowań, zabaw i innych zdarzeń na dworze carskim. W marcu 1881 roku Car Aleksander II zmarł, na tronie zasiadł Aleksander III. Przedostatni władca Rosji był wielkim wielbicielem twórczości Mihály Zichego. Kolekcjonował jego prace. W 1894 roku na tronie rosyjskim zasiadł Mikołaj II. M. Zichy towarzyszył mu w podróżach i na polowaniach. W 1897 roku był na polowaniu w Puszczy Białowieskiej oraz w Spale. Wykonał wówczas szereg akwarel. W kremlowskim Muzeum w Moskwie przechowywany jest album składający się z 25 akwarel, oprawiony w skórę żółtego koloru, zatytułowany "Ochota impieratora Nikołaja II w Biełowieże i Spali 28 awgusta, 18 sientjabrja 1897 goda". O detalach tego jesiennego polowania opowiadają komentarze do akwarel, podane w językach: rosyjskim, niemieckim i francuskim. Na Kremlu ponoć zachowały się jeszcze dwa inne albumiki Zichego poświęcone polowaniom w Puszczy Białowieskiej i Spale. W 1898 roku Mihály Zichy uhonorowany został tytułem członka Rosyjskiej Akademii Sztuk. W 1903 roku ukazało się monumentalne dzieło Gieorgija Karcowa pt. "Biełowieżskaja Puszcza". Wykorzystano w nim m.in. pięć akwarel Zichego, które wcześniej ozdobiły album "Ochota w Biełowieżskoj Puszcze". Z obu tych pozycji książkowych po ponad stu latach "skrojono" luksusowy album pt. "Ochota w Biełowieżskoj Puszcze", z akwarelami i rysunkami M. Zichego. Wydano go w Moskwie w 2005 roku. Mihály Zichy był ilustratorem licznych powieści m.in. pisarzy rosyjskich i węgierskich. Gruzini po zilustrowaniu przez Zichego ich eposu narodowego "Witeź w tygrysiej skórze", okrzyknęli twórcę swym malarzem narodowym. Wiele prac Zichego tętni humorem i dowcipem. Malarz był doskonałym karykaturzystą. Wyróżniał się ciekawą wyobraźnią i fantazją. Stworzył też bardzo śmiały cykl rysunków erotycznych i zilustrował scenami z polowania Cara Aleksandra II karty do gry. Mihály Zichy zmarł w Sankt-Petersburgu w lutym 1906 roku. Został pochowany na cmentarzu w Łachcie, później rodzina przeniosła jego prochy na cmentarz Kerepesi w Budapeszcie. W rodzinnym Zale utworzone zostało muzeum Mihály Zichego.

 

Ponieważ niewiele wiemy o wnętrzach pałacyku myśliwskiego w Spale warto przytoczyć kilka starych opisów cytując je w całości.

 

Z "Album pamiątkowe z pobytu Ich Cesarskich Mości Najjaśniejszych Państwa w Królestwie Polskiem" (1897):

 

Pałac myśliwski, który służy za mieszkanie Najjaśniejszym Państwu w czasie pobytu w Spale, zewnątrz i wewnątrz odznacza się niezwykłą prostotą. Zewnątrz deski oheblowane i nie pomalowane, wewnątrz wszystkie pokoje, nie wyłączając salonu, obciągnięte żaglowym płótnem, ta prostota nie wyłącza bynajmniej smaku; wewnętrzne urządzenia są mimo niej bardzo piękne; obfitość zaś rogów jelenich, które służą za dekoracyjny leitmotiv pałacyku, dodaje tej rezydencji specjalny, myśliwski charakter.

 

Na parterze znajduje się cały szereg pokoi gościnnych, podobnych do skromnych numerów hotelowych; łóżko, biurko, szafka, umywalka, parę krzeseł - i to wszystko, a na drzwiach tego "numeru" czytamy nazwiska pierwszych dygnitarzy państwa. Na piętrze znajdują się pokoje Cesarskie, a więc sypialnia, gabinet Najjaśnejszego Pana i buduar Najjaśniejszej Pani, salon; przytem w rogach łazienki i poczekalnie. Na ścianach obrazy oryginalne i reprodukcje; dużo kolorowych reprodukcji berlińskiego Muzeum bardzo pięknych, pomiędzy niemi znajduje się "Wazon czy kobieta?" Siemiradzkiego. W salonie całą ścianę zajmują akwarele Zichy'ego, nadwornego malarza, znakomite w rysunku i kolorze, są to rzeczy z podróży i polowań; fantazja humorystyczna kładła artyście w rękę ołówek. Na wielu akwarelach znajdujemy wyniosłą postać margrabiego Wielopolskiego. Na jednej margrabia daje do ucha jakieś rozporządzenie siedzącemu na koniu strzelcowi; margrabia nie tylko stoi na ziemi, ale jeszcze się nachyla, aby się dostać do ucha strzelca; tytuł tego: "Wygoda wysokiego wzrostu".

 

Trochę osobno położoną jest sala jadalna, duża, ciemna, poważna. Na ścianach są tu setki rogów, a na nich napisy, kto właściciela tych rogów zabił. W środku stół, a nad nim bardzo ozdobny i misterny świecznik z łosiowych rogów; fotel Najjaśniejszego Pana, zrobiony przez p. Szczepańskiego, wypychacza zwierząt z Warszawy, zbudowany jest z samych rogów. W kącie duży kominek z cegły nieotynkowanej. Z balkonu widok na małą a prostą polankę, rodzaj łąki czy trawnika, po za którym ciągnie się zaraz poważny, ciemny bór spalski. Osobno stoją kuchnie stajnie i wodociąg, nieco dalej, w ogródku, ładnie utrzymanym i ogrodzonym, domek łowczego jednopiętrowy, bluszczem i winem okryty; tu na piętrze mieszkał margrabia Wielopolski, na dole, zaś łowczy Dworu hrabia Władysław Wielopolski.

 

Fotel Cara

Zewnętrzny wygląd pałacyku myśliwskiego można również dość dokładnie opisać na postawie zachowanych fotografii. Można z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że jak na pozycję jego gospodarza był on wyjątkowo skromny, żeby nawet nie powiedzieć ubogi. Zasadniczo różnił się nie tylko od wykwintniejszych i kapiących przepychem innych pałaców Romanowów, ale nawet od pałaców i dworów polskiej arystokracji. W zasadzie zasługiwał na miano dużej willi bądź dworu szlacheckiego. W rzucie miał kształt prostokąta o długości ok. 48 i szerokości 14 metrów. W części środkowej budynku na szerokości 7,5 m wysunięto część wejściową o 3 m, a z tyłu budynku część jadalną o 9 m. Składał się on z murowanego z czerwonej cegły parteru oraz drewnianego piętra i użytkowego poddasza przeznaczonego na pomieszczenia dla służby. Jedyne wiarygodne obmiary bryły budynku pochodzą z raportu Nikołaja I. de Rocheforta. Powierzchnia całkowita jednej kondygnacji wynosiła około 750 m², całego pałacu więc około 1500 m², nie licząc poddasza i werandy. Frontowe wejście do pałacu prowadziło po kilku kamiennych schodach. Z hallu można było przejść na parterze do herbaciarni bądź schodami na półpiętro, gdzie znajdowało się wejście do jadalni, bądź dodatkowymi schodami na pierwsze piętro. Z parteru na piętro prowadziły też dwie inne klatki schodowe przeznaczone dla służby, jedna była usytuowana w pobliżu galerii łączącej pałac z kuchnią. Jadalnia - najbardziej reprezentacyjne pomieszczenie pałacu z dużym ceglanym kominkiem miało powierzchnię ponad 100 m² i wysokości ok. 5,7 m. Sufit w jadalni był drewniany. Można było z niej wyjść na duży drewniany balkon. Z powodu wysokości jadalni znajdująca się pod nią herbaciarnia miała wysokość tylko 2,7 m. Z herbaciarni można było wyjść na tylną stronę pałacu. Pokoje na parterze miały wysokość niewiele ponad 3 m, a na piętrze ponad 3,7 m. Na parterze po obu stronach korytarza znajdowało się 13 pokoi gościnnych dla carskiej świty oraz pokój kamerfurierski. Ponadto dwa pokoje garderobiane, z których na piętro do pomieszczeń cesarskich prowadziły bezpośrednio dodatkowe schody (do pomieszczeń Cara wąskie, kręte prawdopodobnie metalowe) oraz pokój kamerdynera Cara i trzy pokoje dla służby. Na parterze znajdował się jeszcze jeden wspólny pokój kąpielowy i wspólna ubikacja, dodatkowe dwie toalety wspólne znajdowały się przy wejściu do herbaciarni. Ponadto 10 pieców, z reguły jeden na dwa pokoje, a niektóre z nich ogrzewały również korytarz. W pokoju ministra dworu znajdował się kominek. Na pierwszym piętrze nad hallem był pokój bilardowy, skąd prowadziły drzwi na duży drewniany balkon usytuowany nad wejściem do pałacu. Całe lewe skrzydło pałacu (patrząc na wprost od wejścia) przeznaczone było dla pary cesarskiej. Było to w sumie osiem pokoi o łącznej powierzchni ok. 285 m². Wśród nich gabinet Cara, salon gościnny, dwie łazienki z wannami, osobne dla każdego z małżonków, z osobnymi toaletami. Z obszernej sypialni prowadziło wyjście na taras. Tę cześć pałacu ogrzewały trzy piece i trzy kominki. W prawym skrzydle pałacu dwa pokoje przeznaczone były dla następcy tronu oraz dwa pokoje gościnne dla członków najbliższej rodziny cara, a także pokój szefa carskiej głównej kwatery. Ponadto pomieszczenie dla kamerdynera oraz pokój dla służby. Przy jadalni zaprojektowano bufet jako miejsce przygotowania potraw oraz podręczny magazyn naczyń i sztućców. W tej części pałacu znajdowało się pięć wspólnych wc i jedna łazienka. Ogrzewały ją cztery piece. W pokoju następcy tronu stał kominek. Część środkowa, poza wysuniętą częścią herbaciarni i wejścia, oraz prawe skrzydło budynku było podpiwniczone. W architekturze samego budynku widoczne były wyraźne cechy tzw. stylu uzdrowiskowego lub szwajcarskiego, szczególnie modnego w całej ówczesnej Europie. W zbudowanym pałacyku carskim w Spale uwidoczniły się one zwłaszcza w wyglądzie drewnianego piętra tej budowli, ozdobionego m. in. misternie wyciętymi w drewnie nadokiennymi gzymsami i listwami. Podobny wystrój otrzymała drewniana, dwukondygnacyjna weranda o powierzchni 50 m², przylegająca do rogu budynku od strony wschodniej i południowej, a także balkony w części środkowej budynku. Weranda na piętrze dzięki niezabudowanym ścianom zewnętrznym dawała z pierwszego piętra wspaniały widok na rozpościerającą się nieopodal szeroką panoramę Pilicy. Na werandę na piętrze można było wyjść tylko przez pokoje cesarskie. W tej samej uzdrowiskowej stylistyce była utrzymana drewniana galeria łącząca pałac z usytuowaną poza nim kuchnią, a także misternie wycięta w drewnie wiata na stacji kolejowej Jeleń, tzw. wille szwajcarskie i pozostałe budynki rezydencji. Wszystkie te elementy architektoniczne komponowały się wzajemnie i prezentowały jednolity styl.

 

Czasopismo "Tydzień" (1886, nr 39) z książki "Pałac i ludzie":

 

"Nowy pałacyk myśliwski w Spale leży nad rzeką Pilicą; urządzenie jego wewnętrzne odznacza się gustem i prostotą. Najjaśniejsi Państwo raczyli zamieszkać pierwsze piętro, które składa się z: Ich apartamentów, sali przyjęć, salonu, sali bilardowej i jadalnej; meble tej ostatniej pokryte są skórą jelenią i przyozdobionymi jelenimi rogami. Tutaj to przechowywane są wszystkie rzeźbione drewniane półmiski, na których podarowano Najjaśniejszym Państwu chleb i sól w czasie ich podróży do Warszawy, Nowogieorgijewska i Skierniewic w 1884 roku. Ściany sali bilardowej ozdobione są fotografiami różnych scen z polowania w Skierniewicach w roku 1884 podczas pobytu tamże trzech Cesarzów. Lewą stronę pierwszego piętra, oraz parter, zajmuje świta. W pewnej oddaleniu od pałacyku pobudowano drewniane domy dla służby. Pałac otoczony jest zewsząd lasem"

 

Spała w czasach Mikołaja II

 

Car Mikołaj II Romanow

Po przedwczesnej śmierci swego ojca Aleksandra III, Car Mikołaj II z lubością kontynuował tradycję przyjazdów na polowania do Spały. Przyjeżdżał on tam wielokrotnie - wcześniej ze swoimi rodzicami i rodzeństwem: 1888 r., 1890 r. 1892 r. i 1994 r. Już jako Car przebywał w Spale jeszcze 7-krotnie, w 1896, 1903, 1908, 1897, 1900, 1901, 1903 oraz 1912 roku. Niekiedy łączył je z polowaniami w Białowieży i Skierniewicach. Był osobą, można powiedzieć, w dużym stopniu uzależnioną od polowań, co potwierdzają jednoznacznie jego dzienniki oraz prowadzona przez niego iście buchalteryjna statystyka własnych strzeleckich osiągnięć.

   

Stacja Jeleń 1897 r. Oczekiwanie na przyjazd carskiej pary

 

Rozmowa Cara z witającymi go oficerami

Na stacji Jeleń przesiadano się w powozy i jechano do rezydencji

Powitanie Cara w spalskiej rezydencji

Car Mikołaj II kontynuował zwyczaje ojca, niestety nie miał jego doświadczenia łowieckiego. Pewnie  z tego powodu w łowisku wciąż przybywało jeleni, danieli i saren, co wpływało negatywnie na ich kondycję. Dodatkowo duże chmary jeleni pustoszyły okoliczne pola, powodując spory i zatargi z rolnikami, dlatego Car postanowił poszerzyć łowisko i wykupić dodatkowe 27 tysięcy hektarów. Na marginesie warto powiedzieć, że wspomniana wcześniej obfitość zwierzyny łownej w lasach spalskich była wynikiem intensywnej hodowli prowadzonej z myślą o carskich polowaniach. Jak wynikało z wyliczeń podanych przez ostatniego łowczego dworu carskiego – hrabiego Władysława Wielopolskiego, w 1877 roku znajdowało się tutaj nie więcej niż 50 jeleni, a po upływie 36 lat ich liczba wzrosła do 1.600. W tym czasie na „pokotach”, kończących carskie polowania w lasach spalskich za czasów Aleksandra III i Mikołaja II, znalazło się łącznie 927 jeleni, nie licząc równie wielkiej ilości saren, dzików i innej zwierzyny.

 

Car Mikołaj II na polanie przed pałacykiem myśliwskim w Spale - 1912 r.

W odróżnieniu od ojca Mikołaj II lubił polować z udziałem licznej naganki, dochodzącej do 600 osób. Był przeciętnym strzelcem, ale naganka zapewniała mu bogate rozkłady. W swoich pamiętnikach dawał wyraz swemu niezadowoleniu z własnych osiągnięć i pisał „strzelam ohydnie". Mikołaj II prowadził w dziennikach iście buchalteryjną statystykę strzelonej zwierzyny Przykładowo w 1900 roku strzelił w Lasach Spalskich 33 jelenie, 1 kozła, 5 dzików i 2 lisy, w 1901 roku 20 jeleni, 11 dzików, 1 lisa i 4 zające.

Naganka przed wejściem do lasu

Służba dworska ogląda upolowane byki

Pokot byków w 1900 roku

Jegrzy sygnałami wzywali na polowanie oraz ogrywali pokot

Rozwój Spały ściśle związany jest z lasami i zwierzyną łowną. Urządzano tu polowania na dużą skalę. Ksiądz Łomiński tak opisuje polowania za czasów carskich:


"Odbywały się z wielką pompą. Cara odjeżdżającego i powracającego ze świtą całą z polowania, żegnano i witano orkiestrą. Polowanie odbywały się zazwyczaj z  nagonką. Upolowaną zwierzynę układano rzędem na trawniku przed pałacem, orkiestra grała marsza żałobnego, Car z rodziną swoją radował się widokiem z balkonu swojego pałacu. Otrzymywali potem zwierzynę tę oficjaliści spalscy, którzy po bardzo przystępnej cenie sprzedawali ludności miejscowej mięso z zabitych dzików i jeleni. Zostawiano tylko czaszki z rogami, które następnie rozwieszano na ścianach pokoi i korytarzy pałaców spalskich" (część zachowała się do dzisiaj


Straż leśna śpiewała i grała na trąbkach jako pobudkę "Marsza Spalskiego" zwanego też "pobudką spalską":


   "Dalej bracia, dalej wesoło
    Nim wyruszymy w cienisty bór
    Zebrani razem w miłe nam koło
    Złączmy swe głosy w myśliwski chór!
Ref.  Dalej do Kniei, dalej do lasu
        Hop, hop! Myśliwi, nie traćcie czasu
    Gdy się zbieramy ma polowanie
    To w nas rycerski ożywa duch
    A kiedy trąbki usłyszym granie
    Każdy z nas wesół i każdy zuch."                                                                          
 
Pieśń tę, podobno jako jedyną, pozwalano śpiewać na polowaniach carskich po polsku.                                                                                                                                                        

Uczestnikami carskich polowań w lasach spalskich bywali także polscy arystokraci. Odróżniali się oni od rosyjskich myśliwych nie tylko swoim ubiorem i zachowaniem, ale także celnym okiem. Można o tym przeczytać w artykule Stefana Krzywoszewskiego pt. „Ostatnie polowania Mikołaja II w Białowieży i Spale”, zamieszczonym na łamach „Kurjera Warszawskiego” z 30 listopada 1934 roku. Autor oparł się na wspomnieniach generała Aleksandra Spirydowicza, który czuwał nad bezpieczeństwem Cara Mikołaja II i jego rodziny. Opisując ostatnie carskie łowy w lasach spalskich, trwające jesienią 1912 roku, rosyjski generał napisał, że przedstawiciele arystokracji polskiej znaleźli się kilkakrotnie wśród zaproszonych gości.

 

„Panowie polscy wyróżniali się skomplikowanemi i wyszukanemi strojami myśliwskiemi. W swoich długich kolorowych pelerynach stanowili grupę odrębną, która odcinała się od otoczenia carskiego. Byli grzeczni, lecz nie bez wyniosłości. Rozmawiali po francusku. Otoczenie carskie zachowywało się wobec nich z wielką rezerwą, starając się ukryć swoje istotne uczucia w zdawkowej uprzejmości. Rosjan przytem drażniło, że wytworni polscy panowie lepiej od nich strzelali” – przyznawał obiektywnie generał Spirydowicz.

 

Na pocieszenie dodawał, że honor rosyjskich myśliwych podczas tych łowów ratował jedynie członek świty Cara, jego tzw. figiel-adiutant książę Wiktor Koczubej. Czasem udawało mu się celniej strzelać do zwierzyny niż polscy myśliwi, natomiast wszyscy strzelcy nie mieli problemów z wyborem celów. „Zwierzyny była taka mnogość, że kanonada na linii myśliwych czyniła wrażenie zawziętej walki karabinowej. Po polowaniu, które bywało rzezią jeleni, dzików, danieli, zajęcy, myśliwi zazwyczaj byli zatrzymywani na obiad. Urozmaicały te przyjęcia orkiestry pułkowe, lub koncerty na bałałajkach” – wspominał rosyjski generał. Zwierzył się również, że mimo wszystko „rosyjscy ludzie” w Spale nie czuli się u siebie. Wszak Polska była dla nich wciąż krajem podbitym, zaś Polaków uważali za naród buntowników.

 

Warto dodać, że zarówno Aleksander III, jak i jego syn nigdy natomiast nie zaprosili swojego bliskiego krewnego, Cesarza Niemiec Wilhelma II, pomimo wielu starań z jego strony.

 

Trofea myśliwskie głównie jeleni były pieczołowicie preparowane na miejscu w Spale w specjalnym pomieszczeniu tzw. rogowni, a najwartościowsze z nich, z tytułem, nazwiskiem myśliwego oraz datą ich zdobycia prezentowane były na ścianach pomieszczeń rezydencji carskiej.

 

Trofea preparowano w pomieszczeniach zwanych "rogowniami"

Jak była pogoda czyniono to na zewnątrz

Mikołaj II był niewątpliwie jak na tamte czasy osobą bardzo wysportowaną mimo niskiego wzrostu (172 cm). W Spale namiętnie jeździł konno wierzchem, odbywał piesze długie spacery, grał w tenisa i bilard, wiosłował w łódce i kajaku po Pilicy.

Mikołajowi II, podobnie jak jego ojcu, nie specjalnie doskwierała prostota i nader skromne warunki mieszkaniowe w samym pałacyku myśliwskim w Spale. Obaj bowiem wyżej cenili sobie obcowanie z piękną przyrodą i świetnymi warunkami do polowań. Miał oczywiście nienaganne maniery, ale był ogromnie nieśmiały. Można powiedzieć, że był szczęśliwym (do chwili ujawnienia się choroby Aleksego), kochającym mężem i ojcem. Niestety, całkowicie brakowało mu predyspozycji do rządzenia imperium, lecz jednocześnie był niezwykle przywiązany do tradycji archaicznego rosyjskiego samowładztwa (Sobczak 2009, s. 181).

Jak pisze Massie o pałacyku w "Mikołaju i Aleksandrze":

"Zagubiona na końcu piaszczystej drogi drewniana willa przypominała niewielki wiejski zajazd. Jej wnętrza były ciemne i zagracone, toteż światła paliły się przez cały dzień, aby mieszkańcy mogli poruszać się w ciasnych pokojach i wąskich korytarzach. Na zewnątrz willę otaczał wspaniały las, a czysty, bystry strumyk przecinał rozległy zielony trawnik, z którego skraju wąskie ścieżki prowadziły do lasu; jedną z nich nazywano „Drogą Grzybów”, ponieważ kończyła się przy ławce otoczonej całą ich kolonią".

Co do pałacu odmiennie inne zdanie o tych sprawach miała Caryca Aleksandra Fiodorowna, która wielokrotnie narzekała na ogromną ciasnotę pomieszczeń w pałacu i przygnębiający półmrok panujący na jego korytarzach. Szczególnie silnie odczuwała to podczas kilkutygodniowej choroby Carewicza Aleksego na jesieni 1912 roku.

Ogólny widok zabudowań

Latarnie naftowe oświetlały drogę do rezydencji'

Wyjazd gości spod miejsca zakwaterowania na polowanie

Jeszcze w końcu lat 90-tych XIX wieku Car Mikołaj II polecił odremontować pałac, jak również rozbudować cały kompleks rezydencjalny. Przede wszystkim od strony wschodniej pałacu zbudowano „drugi pałacyk murowany" przeznaczony na pokoje dla gości carskich. Był on zdecydowanie bardziej okazały od samego pałacyku carskiego. Wybudowano go z cegły klinkierowej, a dach pokryto miedzianą blachą. Pokoje w nim były większe, bardziej widne, wyższe od tych w pałacu carskim. Prowadziły do nich szerokie korytarze wraz z obszernym westybulem i okazałymi kamiennymi schodami u głównego wejścia. Istniejący do dziś budynek został upiększony drewnianymi ornamentami w stylu tzw. „uzdrowiskowym" lub „szwajcarskim".

Hotel dla gości

Następny hotel dla gości

W kilka lat później wybudowano przy wjeździe do Spały drugi obiekt hotelowy przeznaczony dla carskich gości. Podobnie do pierwszego był dwukondygnacyjny z czerwonej klinkierowej cegły również z dekoracjami snycerskimi na szczytach dwóch ryzalitów. Ważnym przedsięwzięciem mającym istotny wpływ na unowocześnienie i podniesienie komfortu spalskiej rezydencji było zbudowanie w 1904 roku własnej elektrowni napędzanej maszynami parowymi. Głównym celem tej inwestycji było zapewnienie pełnego oświetlenia elektrycznego w pałacyku carskim oraz niektórych innych obiektach, gdzie do tamtej pory używano oświetlenia  naftowego. Dzięki niej oświetlono również latarniami elektrycznymi cały teren okalający sam pałac.

Car wybiera się na przejażdżkę

Elektrownię usytuowano po prawej stronie drogi wyjazdowej ze Spały w kierunku Konewki. Po 1903 roku rozebrano drewniane stajnie, wybudowane jeszcze w 1885 roku nieopodal pałacu przy głównej drodze do Tomaszowa. Nowe budynki, również z czerwonej cegły stanęły nieco głębiej od zabudowań rezydencjalnych. Na ich poddaszach, tak jak w poprzednich, znajdowały się pomieszczenia dla kozackiej ochrony Cara.

Kozacka sotnia stanowiąca ochronę Cara

Widok na stajnie

Pałac cesarski

Miejsca po rozebranych drewnianych stajniach przeznaczono na część parkowo-ogrodową, urządzoną w stylu angielskim. Wykonanie tego skweru powierzono słynnemu ogrodnikowi Walerianowi Kronenbergowi, który m.in. był również twórcą założeń parkowych wokół carskiego pałacu w Białowieży. W. Kronenberg był twórcą również dwóch okazałych gazonów usytuowanych przed carskim pałacykiem oraz sąsiadującym z nim hotelem dla carskich gości. Urządzono je z wielką dbałością, dobierając starannie krzewy i drzewa, sprowadzając je nawet z Kaukazu. Prowadzona z dużym rozmachem w pierwszych latach XX wieku rozbudowa i modernizacja spalskiej rezydencji objęła też sieć kanalizacyjną. Zwracano również baczną uwagę na zapewnienie warunków bezpieczeństwa Carowi i jego najbliższym. Oprócz wymienionych pomieszczeń dla kozackiej eskorty w budynkach stajni, wybudowano ponadto już za rzeczką Gać obok siedziby łowczego, drewnianą budowlę nazwaną „barakiem dla zbiorczego pułku gwardyjskiego".

Siedziba łowczego

Sieć posterunków składała się z kilku rodzajów. Służbę w nich pełniła straż pałacowa, dyżurująca w ośmiu miejscach terenu rezydencji. Trzech strażników znajdowało się w bezpośrednim sąsiedztwie carskiego pałacyku, a inni chronili bramy przy wyjazdach ze Spały w kierunkach do Tomaszowa, Konewki, Inowłodza oraz przed wjazdem na most na Pilicy. Cały teren był też podzielony na osiem rewirów policyjnych.

Brama wjazdowa

Posterunek przy bramie wjazdowej

W Spale w najbliższym otoczeniu pałacu umiejscowiono również dziesięć „posterunków pieszych" pełnionych przez kozaków. W porze nocnej dochodziły jeszcze trzy dodatkowe. W sąsiedztwie pałacu ulokowano jeszcze dwie warty wystawiane przez pułk gwardyjski. Również w tym samym czasie ustawiono na terenie okalającym sam pałac kilka nowych bram. Były one skonstruowane z metalowych elementów z kutymi ornamentami. Słupki bram wieńczyły ozdobne latarnie. Skrzydła bram, spoczywające na rolkach, wypełniała zielona siatka.

Carewicz Aleksy

We wrześniu 1912 roku Spała była miejscem tragicznej choroby Carewicza Aleksieja, jedynego syna Cara Mikołaja II. Carewicz uderzył się w nogę przy wsiadaniu do łódki jeszcze w Petersburgu. Po przybyciu do Spały rozwinęła się gorączka i Carewicz ledwo uniknął śmierci. Kilka dni przeleżał jednak majacząc i krzycząc w gorączce. Po kilku dniach choroby jego stan zaczął się jednak poprawiać. Zbiegiem okoliczności nastąpiło to tuż po telegramie od Rasputina do Carycy: "Bóg zobaczył Twoje łzy i wysłuchał Twoich modlitw. Nie martw się. Mały nie umrze. Nie pozwól doktorom przeszkadzać mu zbytnio". Od tego wydarzenia rozpoczęła się niesłychana kariera Rasputina jako najbardziej zaufanego doradcy i powiernika Carycy. Jednocześnie Caryca odmawiała kolejnych wyjazdów do Spały, która od 1912 roku kojarzyła się jej z dniami strachu i cierpienia.

 

Car w Spale - 1912 rok

Spała 1912 r.

Cesarska para przyjmuje delegacje dzieci szkolnych

Na polowaniu w Spale w 1897 roku

Caryca Aleksandra Fiodorowna na przejażdżce powozem

Główna arteria Spały

Caryca z dziećmi wychodzi po mszy z polowej cerkwi w namiocie

Caryca (ubrana na biało) podczas konnego spaceru

Carska para podczas polowania w drodze na stanowisko

Wyjazd Cara i Carycy z lasu po polowaniu

Powozy zaproszonych na polowanie gości podjeżdżają pod pałac

W chwilach wolnych zabawiano się strzelając do rzutków

Car siedzi pierwszy z prawej, nad nim Caryca

W Spale, po ostatnim, kilkutygodniowym pobycie w 1912 roku cesarskiej pary, spowodowanej leczeniem ich syna Aleksego całą rezydencję poddano po raz kolejny szeroko zakrojonej rozbudowie i modernizacji. Miano ją ukończyć do 1914 roku, tj. do czasu planowanego następnego przyjazdu Mikołaja II. Taka decyzja wynikała z jednej strony ze stale rozrastającej się liczby carskich gości, świty, ochrony i służby, a z drugiej z niedostatecznej nadal, pomimo wysiłków modernizacyjnych, infrastruktury spalskiej rezydencji. Taka sytuacja musiała denerwować i irytować również samego Cara, a zapewne jeszcze bardziej jego małżonkę Aleksandrę Fiodorowną. Założenia budowlane były zakrojone rzeczywiście na dużą skalę. Znaczną ich część zdążono zrealizować. Wybudowano przede wszystkim okazałą budowlę przeznaczoną na garaże oraz turbinę wodną na rzeczce Gać. Jej celem było pozyskanie dodatkowej energii elektrycznej dla lepszego oświetlenia obiektów rezydencji oraz uruchomienie dodatkowej pompy dla podlewania jej części parkowo-ogrodowej. Wybudowano również budyneczki dla służby oraz rozbudowano i zmodernizowano istniejącą sieć wodno-kanalizacyjną.

Spała 1901 rok. Car przyjmuje księcia Henryka Pruskiego

Romanowowie

Wybuch I Wojny Światowej w sierpniu 1914 roku uniemożliwił jesienny przyjazd Mikołaja II na planowane polowanie do Spały. Kolejne zdarzenia historyczne zamknęły definitywnie carski okres w Spale, który przypadał na lata 1885-1914. Już w grudniu 1914 roku wojska niemieckie zajęły Spałę.

 

O tragicznych losach Cara i jego rodziny piszę w innym miejscu. Ale w 1903 roku prawdopodobnie był zamach na Cara Mikołaja II w Skierniewicach (fragmenty artykułu Anety Kapelusz pt. Zamach w Skierniewicach na Cara Mikołaja II Romanowa):

 

Czy zamach na Cara Mikołaja II w listopadzie 1903 roku w Skierniewicach to prawda, czy tzw. „legenda miejska”? Jak zawsze w takich przypadkach odpowiedź nie jest jednoznaczna.


W książce „Spotkania - Rozstania - Powroty”, której autorem jest Wacław Aulaytner, syn dziedzica majątku Studzianki w powiecie rawskim, matka autora - Wanda z Pomian Zakrzewskich Aulaytner, tak wspomina wydarzenia z listopada 1903 roku w Skierniewicach:


"Jesienią 1903 roku wysłano mnie na pensję do Warszawy, do dziadka i ciotek. Miałam wtedy niecałe 13 lat. Wsadzono mnie do pociągu, oddano pod opiekę starszej pani, jakiejś przygodnej pasażerki i pojechałam. Przejechaliśmy szczęśliwie Piotrków, Koluszki, dojechaliśmy do Skierniewic, gdzie nasz pociąg odstawiono na boczny tor, zamykając drzwi i nie informowano, o co chodzi. Jednak któryś z kolejarzy Polaków powiedział nam co się stało.


Otóż do Skierniewic przyjechał na polowanie Car Mikołaj II i rezydował w pałacu biskupim. Po polowaniu, które trwało dwa dni Car zaprosił gości do pałacu. Wszyscy zebrali się wraz z Cesarzem w sali jadalnej i każdy miał wyznaczone miejsce przy stole. Cesarzowa Aleksandra jednak zawiadomiła, że ponieważ źle się czuje, ma anginę, nie weźmie udziału w przyjęciu. Wobec tego pozamieniano miejsca.

Pałac biskupi w Skierniwicach

Cesarz usiadł na miejscu Cesarzowej, na miejscu Cesarza mała księżniczka heska, a na miejscu prezesa rady ministrów książę Radziwiłł. Księżniczka heska i książę Radziwiłł zostali otruci spożywając posiłek przeznaczony dla Cesarza i jego najwyższego ministra. Na stacji w Skierniewicach stał pociąg z trumną księżniczki heskiej, którą przewożono do Niemiec. Dopiero po trzech godzinach pociąg ruszył do Warszawy, gdzie na dworcu oczekiwała mnie niespokojnie ciotka Jadwiga. Cesarz Mikołaj II był tak przerażony tym zamachem, że przez dobre parę lat nie przyjeżdżał do Polski. Policja rosyjska surowo zapowiedziała mieszkańcom Skierniewic i pasażerom pociągu, że o tym wypadku nie wolno nikomu mówić pod jakimiś wysokimi karami.


Jak wyglądały fakty? Rzeczywiście Car Mikołaj II z żoną Aleksandrą, córkami, niemieckim kuzynem Ernestem i jego córka Ellą zatrzymali się w tym czasie w Skierniewicach. Mikołaj II polował w skierniewickim Zwierzyńcu i bawił się świetnie. Dziewczynki podobnie.


Jego żona Aleksandra była zazwyczaj w niedyspozycji zdrowotnej. Caryca ożywiała się jedynie w towarzystwie Rasputina. Ale Rasputina w Skierniewicach nie było. Towarzystwo jadało wystawne kolacje w dawnym pałacu biskupim, ale nie było w tym nic niezwykłego.


Faktem jest, że kilkuletnia księżniczka heska Elżbieta "Ella" zmarła 16 listopada 1903 roku w Skierniewicach, podobno na tyfus. Uczestniczący w przyjęciu książę Michał Piotr Radziwiłł zmarł dzień później, 17 listopada 1903 roku, podobno "nagle". Może więc zamach na Cara Mikołaja II w Skierniewicach naprawdę miał miejsce?


Byłoby to fatalne zrządzenie losu, bo uśmiercono ośmioletnią niewinną dziewczynkę i piszącego wiersze zarządcę dóbr nieborowskich, który nie miał pojęcia o polityce".

 

Podczas I Wojny Światowej Spała znalazła się w niemieckiej strefie okupacyjnej. Urządzono tu wielki szpital wojskowy. W okolicznych lasach prowadzona była rabunkowa gospodarka. Nadleśnictwo lubocheńskie straciło w stosunku do 1913 roku niemal 50% drzewostanu. Wybudowano jednak wtedy linię kolejową Spała – Tomaszów (jej budowę ukończono w 1916). Wycofując się w 1918 roku, Niemcy zrabowali całe wyposażenie pałacyku i zrujnowali lub zniszczyli wiele budynków rezydencji. Pomimo półrocznych ciężkich walk wzdłuż Pilicy Spała nie ucierpiała specjalnie, większość zabudowy jednak ocalała i zastanawiano się po wojnie co z tym miejscem zrobić. Ostatecznie stało się rezydencją głowy państwa.

Warto przytoczyć jeszcze jedną, na poły anegdotyczną historyjkę, zasłyszaną przez A. Rżewskiego podczas jego pobytu w Spale. Wiąże się ona z wkroczeniem wojsk niemieckich do tutejszej rezydencji carskiej w styczniu 1915 roku. W pierwszym roku Niemcy skradli i wywieźli kosztowne dywany perskie, potem przyszła kolej na mosiężne zamki i klamki.


„Aż wreszcie chciwość prusko-monarchistyczna zatrzymała się u wrót sypialni, gdzie znajdowały się dwa wytworne złocone mosiężne łóżka carskiej pary. Wobec zawiłego problematu, Niemcy zwrócili się wtedy do kajzera Wilhelma, z pytaniem - co czynić? Otrzymali odpowiedź, że majestat cesarski, nawet nieprzyjacielskiego panującego, nie pozwala na podobne świętokradztwa i wobec tych pamiątek rozkazuje zachowywać się wojskowym z należytą czcią i szacunkiem (…) Tradycji monarchistycznej stało się zadość, a każdy oficer pruski, wchodząc do carskiej sypialni, stawał na baczność. Złośliwi twierdzą, że cześć tę oddawano szafce nocnej, w której znajdowały się dyskretne przedmioty”.

 

Spała w czasach II Rzeczpospolitej

 

Prezydencka Spała

 

Po I Wojnie Światowej w niepodległej II Rzeczpospolitej nastąpiły zmiany administracyjne w lasach rezydencji spalskiej. Już w 1922 roku władze rządowe ustaliły, iż rezydencja spalska wraz z otaczającymi ją lasami – “mają służyć do celów reprezentacyjnych II Rzeczypospolitej”. Leśny kompleks przydzielony do rezydencji przybiera nazwę Lasy Spalskie. Od 1923 roku Spała staje się rezydencją prezydencką. Istniejący pałac wyremontowano i zmodernizowano na polską modłę a następnie “adoptowano” na pałac prezydencki. Na polecenie prezydenta Stanisława Wojciechowskiego wzniesiono Kaplicę Prezydencką. Autorem projektu był architekt Kazimierz Skórewicz pełniący funkcję kierownika Zarządu Gmachów Reprezentacyjnych I Robót Publicznych. Kaplica prezydencka pod wezwaniem Matki Boskiej Królowej Korony Polskiej erygowana została w sierpniu 1923 roku.

Stanisław Wojciechowski - prezydent II RP w latach 1922 - 1926

Kaplica prezydencka

 

Wprawdzie Józefa Piłsudskiego strzelanie do zwierząt zupełnie nie bawiło, lecz kolejnych prezydentów jak najbardziej. Gardzący łowami marszałek ignorował rządowy pałacyk myśliwski w Spale, natomiast prezydent Stanisław Wojciechowski nakazał go odrestaurować i uczynił zeń ulubioną rezydencję. Niemal w każdy niedzielny poranek wraz z rodziną przyjeżdżał samochodem z Warszawy.

Spalska rezydencja za czasów prezydenta Stanisława Wojciechowskiego

Prezydent S. Wojciechowski przybywa do Spały

Prezydent Wojciechowski bywał w spalskiej rezydencji często i chętnie. W jej leśnym zaciszu dużo czasu spędzał na spacerach z najbliższą rodziną. Zlecił zarządowi rezydencji współpracę z administracją sąsiadujących z rezydencją nadleśnictw, głównie z Glina i Smardzewice. Zarząd rezydencji współdziałał z miejscowymi leśnikami zarówno w sprawach gospodarki leśnej jak i mnożenia zwierzyny. Rozpoczęto prace przy leśnej bażantarni do której sprowadzono bażanty z ordynacji łańcuckiej. Zwierzyna lasów spalskich została dotkliwie przetrzebiona w latach I Wojny Światowej. Toteż reprezentacyjne polowania z udziałem dostojników państwowych i prezydenckich przyjaciół urządzano sporadycznie. Sam prezydent gustował w skromnym samotnym polowaniu – najczęściej na koziołka.

Podczas polowania

Na miejscu chwytał fuzję i szedł do lasu. Często w pałacyku gościli ważni oficjele. Wówczas odbywały się w okolicznych lasach starannie zaplanowane łowy. W polowaniach z udziałem zagranicznych dyplomatów prawie zawsze brali udział minister spraw zagranicznych oraz szef protokołu dyplomatycznego. „Zwierzyna lasów spalskich była jak gdyby świetnie wytresowana i słuchała się nagonki. Wychodziła wprost na strzał zaproszonego na polowanie dyplomaty lub dygnitarza” – wspominał z rozrzewnieniem adiutant prezydenta, porucznik Henryk Comte.


Inaczej łowy zapamiętali goście. „Trzy dni spędziłem w Spale z kilkoma posłami i członkami rządu. Polowanie niesłychanie marne. Nie strzelałem ani razu, bo nie było do czego” – zapisał w dzienniku marszałek Sejmu Maciej Rataj. Mimo to prasa chętnie opisywała myśliwskie wyczyny dygnitarzy, przypisując im liczbę odstrzelonych zwierząt wielokrotnie większą od rzeczywistej. Co ciekawe, prezydent wypraw z politykami nie lubił. „Wojciechowski z uszczęśliwionym obliczem żegnał odjeżdżających i z głęboką ulgą, odetchnąwszy przy pożegnaniu ostatniego dygnitarza, wkładał maciejówkę i szedł do lasu na swoje samotne polowanie” – zapisał Comte.

Prezydent w Spale

Ta pasja w końcu zaważyła na losach Polski. Zamiast czekać do niedzieli, Wojciechowski o świcie w środę 12 maja 1926 roku pojechał do Spały. Uczynił tak pomimo ostrzeżeń, że po nominacji Wincentego Witosa na premiera w wojsku wrze, a zwolennicy Piłsudskiego mogą szykować zamach stanu. Pokusa, aby ze strzelbą zapuścić się w knieje, okazała się silniejsza od instynktu samozachowawczego.


Tymczasem już po wyjeździe prezydenta w Belwederze zjawił się marszałek Piłsudski z informacją, że armia domaga się dymisji Witosa. Badacze dziejów międzywojnia są zgodni, że Piłsudski szukał kompromisu, ale gdy nie zastał Wojciechowskiego, musiał wrócić do Rembertowa i tam mając do wyboru upokarzającą kapitulację lub grę va banque, wydał wiernym sobie pułkom rozkaz marszu na Warszawę. Wprawdzie prezydent wyciągnięty z kniei zdążył wrócić do stolicy i o godzinie 17 spotkał się z Piłsudskim na moście Poniatowskiego, jednak sprawy zaszły już za daleko i kompromis był niemożliwy. Przedkładając przyjemność ubicia leśnego futrzaka nad codzienne obowiązki, Wojciechowski ułatwił marszałkowi zdobycie władzy.

Z żoną Marią w Spale

W 1919 roku Wojciechowski został ministrem spraw zagranicznych w rządzie Ignacego Paderewskiego, a Maria zasłynęła jako jedyna ministrowa, która osobiście robi zakupy na targu.


Po zamachu na Narutowicza Wojciechowski niespodziewanie został prezydentem, a jego żona  Maria - pierwszą damą. Nie czuła się pewnie na salonach, życie towarzyskie ją przytłaczało, nieprzyzwyczajona do służby nie radziła sobie z personelem Belwederu. W dodatku była już wtedy mało reprezentacyjną zażywną starszą panią, co jej wytykano wraz z nieznajomością francuskiego. Warszawska śmietanka towarzyska wyśmiewała się z jej skromnych strojów i towarzyskich gaf.


Maria nie zamierzała brylować na salonach, nie leżało to w jej skromnej naturze. Przez pierwsze lata prezydentury męża niemal ukrywała się w rezydencji w Spale, dopiero w 1924 roku zaczęła się angażować w działalność charytatywną. Na nieliczne przyjęcia organizowane przez prezydentową nie zapraszano arystokracji, tylko ludzi kultury. W dodatku była oszczędna. Maria zamiast przysmaków z cukierni serwowała domowe pączki, a wśród zlekceważonej śmietanki towarzyskiej Warszawy szybko rozeszły się plotki, że są one zakalcowate. Formalnych imprez i balów prezydentowa unikała jak ognia, i z pewną ulgą przyjęła ustąpienie męża po zamachu majowym.

 

Stanisław Wojciechowski zmarł 9 kwietnia 1953. Był człowiekiem skromnym, cichym, uczciwym, i co najważniejsze patriotą - przyznawali to nawet najwięksi krytycy drugiego prezydenta RP. Był też znakomitym i etycznym myśliwym.

 

Po przewrocie majowym nominowany przez Piłsudskiego na prezydenta Ignacy Mościcki pokochał polowania równie mocno jak Wojciechowski. Jednak nowy prezydent w Spale chętniej urządzał dożynki, zaś ze strzelbą jeździł do Białowieży.

                                                                                                                                                                                               

Ignacy Mościcki - prezydant II RP w latach 1926 - 1939

Ignacy Mościcki należał do ścisłej czołówki polujących polityków. Zaczął we wczesnej młodości. Przyszły prezydent, jako młody chłopak, ćwiczył jak należy władać szablą, jeździć konno i oczywiście jak należy strzelać. Jednak zamiłowaniu temu mógł spokojnie oddać się dopiero, jako prezydent Drugiej Rzeczypospolitej. Polował między innymi w Białowieży, Puszczy Nadnoteckiej, w Puszczy Rudnickiej, na Huculszczyźnie, w Wiśle czy Iwacewiczach. Znany był z tego, że miał pewną rękę i celne oko. Na słynnych polowaniach dla dyplomatów, którzy przebywali w Polsce, Mościcki najczęściej bywał mistrzem polowania.

Na stanowisku podczas polowania w Spale

Spała dla Prezydenta Ignacego Mościckiego stała się drugim, po Zamku Królewskim miejscem pracy i wypoczynku. Swoją rezydencję w Spale odwiedzał znacznie częściej niż jego poprzednicy. Właściwie natychmiast po objęciu prezydentury uznając, słusznie zresztą, że cały trud kierowania sprawami kraju wziął na siebie, marszałek Józef Piłsudski skwapliwie oddał się obowiązkom reprezentacyjnym. Spała szybko przybrała zupełnie inny charakter niż za czasów Prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. Ze spokojnego na ogół miejsca wypoczynku głowy państwa stała się miejscem reprezentacyjnym.

Do upodobań nowego gospodarza przystosowano obiekty wchodzące w skład kompleksu rezydencjonalnego. Pałac i przyległe budynki szybko odrestaurowano. Nieustannie przeprowadzano także poprawki kosmetyczne. Spała tętniła życiem. Na zaproszenie Prezydenta z ochotą przybywali członkowie rządu, dyplomaci często z rodzinami.

Szczególnie gwarno stało się z chwilą rozpoczęcia polowań. Rzecz interesująca, że Ignacy Mościcki, który był zapalonym myśliwym w wieku młodzieńczym, dopiero po kilkudziesięciu latach przerwy „postanowił wrócić do myśliwskiego sportu” właśnie w lasach spalskich. Przy tej sposobności jak pisze „doświadczyłem, że w lesie na polowaniu nadzwyczajnie się odpoczywa”.

Przybycie zagranicznych gości na polowanie reprezentacyjne

Ignacy Mościcki oprócz polowań „oficjalnych” o charakterze dyplomatycznym często korzystał z myśliwskich wypadów do lasu w wąskim gronie maksimum 12 osób. W skład takiej grupy wchodzili adiutanci, szefowie i zastępcy szefa Gabinetu Wojskowego i Gabinetu Cywilnego, Zarządca Spały, Ksiądz Kowalski z Inowłodza oraz łowczy. Polowania w Spale odbywały się tak często, że tylko na przełomie lat 1933/34 takich wyjazdów było 132 na odległość ok.40 km. Oczywiście polowania te odbywały się w porozumieniu z okolicznymi nadleśnictwam.

Polowanie z ubezpieczającym strzelcem

Prezydent, który był zresztą inicjatorem powstania Polskiego Związku Łowieckiego utrzymywał serdeczne stosunki z leśnikami. W 1930 roku została ustanowiona nawet specjalna odznaka myśliwska tzw. Spalska.

Spalska Odznaka Myśliwska

Z inicjatywy Ignacego Mościckiego zapoczątkowano w Polsce tradycję obchodów dnia św. Huberta, patrona myśliwych. Do Spały zapraszano wówczas każdego 3 listopada myśliwych i leśników z całego kraju. Nie sposób nie zauważyć z satysfakcją, że obchody dnia św. Huberta w Spale, których pomysłodawcą był Ignacy Mościcki, są kontynuowane od 2003 roku jako centralne święto polskich myśliwych.

Hubertus Spalski

Obchody św. Huberta w Spale

Zainteresowania Prezydenta sprawami łowiectwa, szeroko rozumianej gospodarki leśnej przyczyniły się do przekazania Polsce przez Polonię Kanadyjską 4 bizonów. Ignacy Mościki przekazał ten dar administracji lasów państwowych. Na miejsce ich pobytu wybrano miejscowość Książ, kilkanaście kilometrów od Spały w Nadleśnictwie Smardzewice5. Stały się one zalążkiem dzisiejszego Ośrodka Hodowli Żubrów noszącej imię Ignacego Mościckiego, który stanowi niebagatelną atrakcję turystyczną regionu.

 

Spała - luty 1932 r.

Nie mniejszą atrakcją turystyczną jest spiżowa rzeźba żubra naturalnej wielkości, która stanowi nieoficjalny herb Spały. Rzeźba żubra, chociaż upamiętniała polowanie carskie w Białowieży, trafiła w 1928 roku do Spały z dziedzińca Zamku Królewskiego w Warszawie właśnie na osobiste polecenie Ignacego Mościckiego.

Spalski żubr

Podczas pobytów Prezydenta w Spale odbywały się często wytworne bankiety, przyjęcia i rauty, na których strojem obowiązkowym dla mężczyzn był frak lub mundur galowy, a dla pań- długa suknia.

Dla wielu dyplomatów przyjazd do Spały był nie tylko nobilitacją, ale często również pierwszym wyjazdem poza stolicę miejsca swojej akredytacji. Jednakże ulubioną formą przyjęć były „garden party”, które najczęściej organizowane były na trawniku za Pałacykiem Prezydenckim lub nad przepięknym wysokim brzegiem Pilicy w odległości ok. 1 km. od Pałacu. W tym miejscu zbudowano specjalne zadaszenie, tzw. Grzybka oraz parkiet do tańca. Czas wykorzystywano również na przejażdżki łódkami oraz strzelanie do „rzutków” lub żarówek spuszczanych z nurtem Pilicy. Często występowały także zespoły artystyczne miejscowej ludności. Nierzadko w tego typu spotkaniach brało udział nawet 200 osób specjalnie przyjeżdżających z Warszawy. Spalskie przyjęcia często były opisywane i utrwalane na publikowanych później zdjęciach w najbardziej nakładowych czasopismach.

Przebywać w Spale na zaproszenie Prezydenta RP to była prawdziwa nobilitacja, tym bardziej, że oprócz Prezydenta, częstymi bywalcami w Spale byli: Walery Sławek, Eugeniusz Kwiatkowski, marszałek Edward Rydz-Śmigły, Janusz Jędrzejewicz oraz Juliusz Poniatowski.

Marszałek Polski Edward Rydz - Śmigły na polowaniu

Prezydent I. Mościcki i marszałek E. Rydz - Śmigły. Za bryczką adiutanci prezydenta: z lewej kpt. Stefan Kryński, z prawej kpt. Józef Hartman

 Spała Ignacego Mościckiego to również miejsce jego kontaktów z ludnością wiejską. Prezydent RP będąc wybitnym naukowcem, a przy tym posiadający nienaganne maniery był jednocześnie osobą bezpośrednią i przyjemną w obejściu. Nic więc dziwnego, że doskonale czuł się zarówno w towarzystwie dyplomatów jak i prostych ludzi. Ignacy Mościki żywo interesując się losem mieszkańców wsi doprowadził do kilku wzorcowych przedsięwzięć w okolicach Spały m.in. w Królowej Woli a także zainicjował Dożynki Prezydenckie w Spale.

Dożynki Prezydenckie w Spale

Realizatorem jego pomysłów był zarządca Spały, kpt. Tadeusz Ropelewski, który okazał się bardzo sprawnym organizatorem. Pierwsze Dożynki w Spale miały miejsce już w 1927 roku. Uczestniczyły w nich delegacje organizacji rolniczych z całej Polski, w sumie ok. 10 000 osób. Do obiadu zasiadło 700 przedstawicieli delegacji chłopskich oraz goście z Warszawy, w tym siedmiu ministrów. Tak wielka i doskonale przeprowadzona impreza w Spale odbiła się szerokim echem na środowiskach wiejskich, w których pozytywnie oceniono niewątpliwie polityczny gest Prezydenta RP. Dożynki w Spale spotkały się też ze zmasowaną krytyką i niechęcią ze strony innych środowisk, w tym za stwarzanie konkurencji oficjalnych już Dożynek w Częstochowie. Kolejne Dożynki w Spale, pomimo, że starano się ograniczyć ich zakres, skupiły aż 38 000 uczestników. Nawet dzisiaj trudno wyobrazić sobie problemy organizacyjne, z jakimi musieli się borykać organizatorzy tak gigantycznego przedsięwzięcia.

Tadeusz Ropelewski - zarządca Spały

Zmusiły one gospodarzy Spały do rozpoczęcia nowych inwestycji, które mogłyby sprostać wyzwaniom tak wielkiej imprezy. Już w 1928 roku zbudowano specjalny stadion i kuchnię z zapleczem na uroczystości dożynkowe. Później zbudowano ogromną halę o powierzchni 4000 m2, która miała chronić uczestników przed deszczem. Dożynki spalskie były kontynuowane z powodzeniem aż do wybuchu wojny w 1939 roku. Nieodparcie przychodzi na myśl, że budowana wówczas w Spale infrastruktura sportowo-widowiskowa była osnową powojennych inwestycji sportowych, które zaowocowały powstaniem potężnego i nowoczesnego Centralnego Ośrodka Sportu, jednego z największych kompleksów treningowych w Europie. Doroczne przyjazdy tak licznych rzesz przedstawicieli środowiska wiejskiego do Spały wzbudzały swoistą zazdrość i chęć zaprezentowania swoich umiejętności przed Prezydentem RP innych grup społecznych. Pod różnymi pretekstami do Spały zjeżdżały organizacje sportowe wielkich firm z Łodzi, Pabianic i Zgierza.


W Spale odbywały się też doroczne manewry i spotkania sportowe przysposobienia wojskowego Okręgu Korpusu w Łodzi (np. w 1934 roku przybyło 1000 uczestników). W Spale odbywały się wakacyjne obozy i kursy Związku Strzeleckiego oraz kilkudniowe zloty przysposobienia wojskowego, czy kół Polskiego Czerwonego Krzyża (ponad 5000 uczestników). Przyjeżdżały też liczne wycieczki harcerskie i szkolne. Organizowano „Sobótki dla młodzieży” nad brzegiem Pilicy, czy „Święta wiosny” dla dzieci z okolic Spały. Wszystkie te przyjazdy, pod różnym pretekstem i okolicznościami, musiały posiadać akceptację głównego gospodarza Spały. Widocznie Mościckiemu liczne wizyty kontakty zarówno młodzieży jak i dorosłych sprawiały przyjemność, gdyż było ich coraz więcej i więcej. A maleńka Spała dzięki gościnności Prezydenta stała się miejscowością znaną w całej Polsce.


Najbardziej znaną imprezą okresu przedwojennego w Spale był jubileuszowy Zlot ZHP w lipcu 1935 roku. Zgromadził on ponad 20 000 uczestników, w tym liczne delegacje Polonii i skautów z całego świata. Zbudowano specjalne miasteczko zlotowe, które miało hotel, pocztę, sklepy, służbę porządkową. Przygotowania do Zlotu trwały kilka tygodni, przeprowadzono wiele kilometrów dróg i ścieżek, wykopano 115 studni artezyjskich, założono kilometry rur wodociągowych i przewodów elektrycznych. Wszystkie te inwestycje zostały wykonane przez Harcerskie Hufce Pracy. Pozostałe liczne pamiątki materialne ze Zlotu świadczą jednoznacznie o wielkim zaangażowaniu i perfekcyjnym wykonaniu tego przedsięwzięcia.

Zlot harcerzy w 1935 r.

W Spale odbywały się też bardziej kameralne wydarzenia, takie jak zloty gwiaździste samochodów i motocykli. Spotykały się one z dużym zainteresowaniem samego Prezydenta, który miał ogromną słabość nie tylko do polowań, ale również do motoryzacji. Do wyłącznego użytku Prezydenta pozostawało od czterech do sześciu samochodów typu torpeda i kareta, były to samochody marki cadillac ośmio- i dwunastocylindrowe o pojemności powyżej 6000 cm3. Prezydent Ignacy Mościcki nie rzadko sam prowadził samochód z Warszawy do Spały. Pomimo zaawansowanego wieku utrzymywał się w bardzo dobrej kondycji, służyły mu nie tylko polowania, ale również jazda konna i pływanie kajakiem po Pilicy i gra w tenisa oraz bilard.

Prezydent często na polowania zabierał swojego ulubionego psa o  imieniu Lord

W spalskim parku stanął kamienny obelisk upamiętniający ulubieńca prezydenta

Wielbicielem czworonogów był prezydent Ignacy Mościcki. Jego ulubieńcem był kudłaty pies myśliwski Lord (wyżeł szorstkowłosy), któremu pozwalał na bardzo wiele. Pupil posiadał specjalne posłanie w holu prezydenckiej rezydencji w Spale. Nocą jednak często wbiegał na górę, otwierał łapą drzwi sypialni prezydenta i podkradał mu skarpetki, które zabierał do swojego legowiska. Prezydent podobno nigdy jednak nie był z tego powodu zły na ulubieńca.

 

Jak wspominała podkuchenna ze spalskiej rezydencji Józefa Szymańska w rozmowie z Andrzejem Kobalczykiem, pasjonatem Spały i dyrektorem Skansenu Rzeki Pilicy, po wojnie krążyły opowieści, że Lord zdechł po ukąszeniu w lesie przez żmiję. "Słyszałam nawet, że żona prezydenta Maria miała jakoby wyznaczyć nagrodę w wysokości 5 zł za przyniesienie zabitej żmii, aby się zemścić za śmierć ulubionego psa jej męża. Ale to trzeba włożyć między bajki, bo Lord zdechł w spalskim pałacu, po prostu ze starości. Prawdą jest tylko to, że prezydent pochował go obok kamiennego pomnika św. Huberta, stojącego w lesie nad brzegiem Pilicy. Grób psa przykryto głazem z wyrytym napisem: Lord 1935" - opowiadała Szymańska. Kamień leży tam do dzisiaj.

 

Można powiedzieć dzisiaj, że prezydent był człowiekiem aktywnym i wysportowanym, który doskonale rozumiał potrzebę ruchu, wysiłku fizycznego dla podtrzymania zdrowia. Tym bardziej jest to godne podkreślenia, że tego typu zachowanie w okresie, w którym żył nie były szczególnie częste wśród kręgów władzy i autorytetów naukowych.

W myśliwskim mundurze

Prezydent Ignacy Mościcki opuścił swoją ukochaną Spałę 1 września 1939 roku. Losy wojny spowodowały, że do niej już nigdy nie powrócił. Jednak jego kilkunastoletnia obecność w tej miejscowości stała się dla niej symbolem i chlubą. Pomimo posiadania innych, bardziej okazałych rezydencji, Prezydent RP z największą przyjemnością przyjeżdżał właśnie do tej maleńkiej miejscowości i przebywał w niej regularnie nawet 2-3 dni w tygodniu. Tym częstym wizytom sprzyjała także niewielka odległość od Warszawy, którą pokonywał samochodem nie dłużej niż w dwie godziny. 

 

Bardzo ciekawym miejscem jest też ukryta w lesie Grota św. Huberta. Według podań w tym miejscu Car Aleksander III miał ustrzelić swojego pierwszego jelenia podczas polowania i nakazał wybudować na pamiątkę skalny monument. Dwa elementy na pewno pochodzą z tamtych czasów, gdyż są datowane: 1894-IX-14, resztę ułożono z wielkich głazów przed II \Wojną Światową, a w 1933 roku dodano tablice upamiętniającą prezydenta Ignacego Mościckiego – wskrzesiciela tradycji łowieckiej w Spale. Jednak jest to replika, gdyż oryginał, schowany w czasie II Wojny Światowej, został odsłonięty i zainstalowany w spalskim Kościele w 1990 r. 

Tablica oryginał

 

II Wojna Światowa i czasy powojenne

 

Podczas II Wojny Światowej w Spale mieściło się Naczelne Dowództwo Wojskowe "Wschód" (Oberost). Zaraz po kampanii wrześniowej generał von Manstein zaproponował przeniesienie z Łodzi do Spały sztabu niemieckich wojsk okupacyjnych. Po zajęciu tych ziem hitlerowcy zaadaptowali Spałę pod miejsce kwaterunku sztabu i ważnych oficerów – 20 października jeden z głównych autorów niemieckiego zwycięstwa nad Polską – generał Johannes von Blaskovitz przeniósł tu sztab Wehrmachtu Wschód (Oberost).

Spała 1943 r.

Spała z lotu ptaka 1940 r.

Słynny dowódca zamieszkał w prezydenckiej rezydencji, pałacyku myśliwskim wybudowanym w 1886 roku tuż nad samą Pilicą, z którego przed prezydentami Rzeczpospolitej korzystał Car Rosji Aleksander III oraz Mikołaj II.


Spałę w tym czasie poznał również przyszły kat Polaków – Hans Frank, który otrzymał od Hitlera zadanie zarządzenia Generalną Gubernią (część terenów okupowanych nie wcielonych do Rzeszy), a w grudniu 1939 roku dwukrotnie odwiedził miejscowości i spotkał się w niej z generałem von Blaskovitzem celem przejęcia od wojska administracji na terenami okupacyjnymi. Rozpoczęła się trwająca kilka tygodni walka honorowego żołnierza z bezlitosnym prawnikiem. Niemiecki generał sprzeciwiał się terrorowi i sposobowi traktowania cywili, które narzucała polityka Hansa Franka. 6 lutego doszło w Spale do spotkania w tej sprawie – Hitler (nie brał w nim udziału) poparł Franka, rozwiązał Oberost i odwołał ze stanowiska von Blaskovitza. W okolicach Spały zaczął więc rządzić brunatny terror, któremu swoją drogą aktywnie sprzeciwiały się miejscowe oddziały partyzanckie. Wkrótce Berlin powołał Militärbefehlhaber im Generalgouvernement, czyli dowództwo wojskowe w Generalnej Guberni, którego sztab mieścił się w Spale.

Już 9-10 września 1939 r. w spalskim pałacu rozlokował się sztab jednej z niemieckich dywizji pancernych wchodzących w skład 10 Armii przełamującej polską obronę w rejonie Lubochni i Spały. Dowództwo dywizji pancernej miało w Spale swą przyfrontową siedzibę jedynie kilka dni.


8.09. 1939 r. Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych (OKH – Oberkommando des Heeres) podjęło decyzje o powierzeniu władzy na okupowanych terytoriach Polski powołanemu w tym celu Naczelnemu Dowództwu na Wschodzie (Oberbefehlshaber Ost, w skrócie Oberost), a  25.09.1939 r. Hitler podpisuje rozporządzenie w sprawie okupacyjnego zarządu Wehrmachtu w Polsce, wyznaczające na dowódcę Oberostu gen. Gerda von Rundstedta, a na szefa administracji cywilnej Hansa Franka.  Na ich siedzibę przewidziano Łódź i Spałę. 20.10 gen. Rundstedt zostaje odwołany i przeniesiony wraz ze swym sztabem na Zachód. Dowództwo Oberostu  w Spale obejmuje gen. Johannes von Blaskowitz ( od 5.05.1940 r. gen. Kurt von Gienanth).


Spała doskonale pasowała do niemieckiej koncepcji rozmieszczenia niemieckich sił okupacyjnych w Generalnym Gubernatorstwie. Zabudowania spalskiej rezydencji rozrzucone były w kilkunastohektarowym parku  otoczonym rozległymi lasami. Cała miejscowość była ogrodzona, dostępna od czasów przedwojennych tylko dla osób posiadających przepustki i zaproszonych tutaj gości. Tak więc, wystarczyło otoczenie terenu całej miejscowości posterunkami wartowniczymi oraz wysiedlenie nielicznych mieszkańców i części personelu rezydencji przebywającego tu dotąd na stałe, aby niemieccy sztabowcy mogli się czuć w Spale komfortowo i bezpiecznie. W połowie 1940 r. w Spale przebywało ok. 160 niemieckich oficerów i ponad 600 żołnierzy. Miejscowość otoczona została siecią umocnień ziemnych.

Jesienią, koło Spały ruszyły prace przy budowie ośrodków dowodzenia; potężnych schronów dla pociągów sztabowych i towarzyszących im obiektów w Konewce i Jeleniu. 21.07.1940 r.  rozwiązane zostaje Dowództwo na Wschodzie „Oberost”. W jego miejsce powstaje Dowództwo Wojskowe w Generalnym Gubernatorstwie (Militärbehfelshaber im Generalgouvernement). Siedzibą pozostaje Spała, a dowódcą gen. von Gienanth.


1.09.1942 r. Dowództwo Wojskowe w GG (Militärbefehlshaber im Generalgouvernement) przekształcone zostało w Dowództwo Okręgu Wojskowego GG (Wehrkreisbefehlshaber im Generalgouvernement), co w efekcie doprowadziło do ponownego zmniejszenia jego znaczenia wojskowego i zrównania go organizacyjnie z dowództwami innych okręgów wojskowych w Rzeszy. Siedzibą dowództwa nowego okręgu wojskowego pozostała Spała. Dowodzenie powierzone zostało gen. Siegfriedowi Haenicke. Dowództwo to funkcjonowało w Spale do sierpnia 1943 r., kiedy to cały sztab przeniesiono do Krakowa. Po wyjeździe niemieckiego dowództwa, Spała nadal pozostała miejscowością wydzieloną. Ciągle funkcjonowały tu: szpital, ośrodek rekonwalescencyjny i szkoleniowy. Dopiero w drugiej połowie 1944 r. w Spale i okolicy pojawiło się znów więcej niemieckich żołnierzy, a także robotników przymusowych i zmuszonych do pracy jeńców wojennych.  Wiązało się to z oraz budową linii umocnień wzdłuż Pilicy oraz wykorzystaniem lotniska na Glinniku do celów bojowych. Zapełniły się też spalskie szpitale wojskowe. Transporty rannych niemieckich żołnierzy przybywały tu coraz częściej z przebiegającej wzdłuż Wisły, oddalonej o niecałe 100 kilometrów linii frontu. Wkrótce, z braku szpitalnych łóżek, lżej rannych zaczęto umieszczać w budynkach koszarowych i barakach.

W styczniu 1945 r. Niemcy rozpoczęli ewakuację szpitali i pozostających tu jeszcze nielicznych oddziałów wojskowych. Do obrony miejscowości pozostawiono jedynie 136 bat. zapasowy, ponieważ nie spodziewano się tu rosyjskiego natarcia. Większymi siłami (m.in. 155 B. Sap. oraz 22 i 514 Bat. Sap.) obsadzono węzeł oporu w Teofilowie oraz umocnienia ziemne na granicach Tomaszowa, przy drodze ze Spały.


Po nieudanej próbie przełamania siłami pancernymi z marszu umocnień Linii Pilicy w rejonie Inowłodza, 17 stycznia, Rosjanie przegrupowali się w rejonie Spały i następnego dnia, 18 stycznia, po przygotowaniu artyleryjskim, przystąpili do forsowania rzeki siłami 20 BPanc. wspomaganymi przez inne jednostki. Po przełamaniu słabej, niemieckiej obrony i przeprawie, rosyjskie czołgi od razu skierowały się na Tomaszów.


Następstwem wyboru Spały na siedzibę dowództwa „Oberost” i koncentracji tutaj licznej grupy oficerów oraz znacznych sił wojskowych było uwzględnienie tej miejscowości w dalszych planach wojennych podbojów hitlerowskiej armii. W sierpniu 1940 r. po I Wojnie Światowej (w 1916 r. powstał w Konewce duży tartak). W położonym 6 km na południe od Spały, Jeleniu obiekty kwatery miały powstać nieopodal małej stacji kolejowej i drogi do Spały zwanej Carskim Traktem (tędy carowie dojeżdżali od stacji w Jeleniu do swej rezydencji w Spale). Od listopada 1940 r. stacja kolejowa w Jeleniu została zamknięta dla ruchu pasażerskiego.


Decyzja o budowie ośrodka dowodzenia „Anlage Mitte”  zapadła dopiero we wrześniu lub nawet październiku 1940 r. Do czerwca 1941 r. w Konewce i Jeleniu miały powstać dwa kompleksy żelbetowych schronów. Głównymi obiektami tych kompleksów miały być potężne schrony kolejowe, mogące pomieścić całe składy pociągów sztabowych, których kilkanaście Niemcy wykorzystywali od początku wojny jako ruchome ośrodki dowodzenia dla sztabów wojskowych, a także dla najwyższych dostojników III Rzeszy z Hitlerem na czele.


Na tereny przygotowane do budowy  wkroczyła firma Chemische Werke „Askania”. wyspecjalizowana w budowie obiektów militarnych oraz robotnicy z OT i oddziały Służby Pracy RAD (Reicharbeitdienst, zmilitaryzowana organizacja grupująca robotników, głównie w wieku przedpoborowym). Robotników sprowadzono z różnych rejonów Niemiec i Austrii, zaangażowano także pewną liczbę Włochów. Łącznie bezpośrednio do prac budowlanych zatrudniono ok. 3000 – 4000 ludzi (w tym ok. 1000-1500 Włochów). Ze względu na zachowanie celu budowy w tajemnicy nie zatrudniano miejscowych Niemców, których liczna kolonia istniała już przed wojną w Tomaszowie, nie wykorzystywano przy budowie także jeńców wojennych. Jednak w samym Tomaszowie powstało kilka niemieckich firm pracujących na potrzeby Askanii. Zatrudniały ok. 1000 pracowników, a oprócz Niemców znalazła w nich zatrudnienie także znaczna liczba Polaków. Polaków zatrudniano także przy transporcie materiałów budowlanych, ale nie mogli oni wjeżdżać bezpośrednio na place budowy ogrodzone szczelnymi drewnianymi płotami chroniącymi przed obserwacją i wejściem na teren osób postronnych.

Konewka 1945 r.

Schron kolejowy w Konewce - 1946 r.

W czasie niespełna roku w Konewce i Jeleniu powstały dwa kompleksy podobnych obiektów. Różniące się nieco od siebie kształtem i długością schrony kolejowe; schron w Konewce ma 380 metrów długości i jest prosty, zaś schron w Jeleniu jest nieco krótszy – ma 355 m i kształt łagodnego łuku.

Schron kolejowy w Jeleniu

Obok zbudowano mniejsze schrony zaplecza technicznego mieszczące agregaty prądotwórcze, kotłownie i wentylatory tłoczące podziem¬nymi kanałami ogrzane i filtrowane powietrze do wnętrza schronu kolejowego. Na potrzeby kwatery zajęto również kilka, pamiętających jeszcze czasy carskie budynków w Konewce; w drewnianej willi zbudowanej pod koniec XIX w. dla Carewicza Mikołaja zajęło kierownictwo budowy, później mieściła się tu komendantura kwatery, natomiast budynek mieszkalny dla służby i łowczych zamieniono na kasyno i kwatery oficerskie (kolejne kwatery znalazły się w postawionych obok barakach).


Ponieważ stanowiska dowodzenia znalazły się na ziemiach polskich, będących pod niemiecką okupacją (w Generalnej Guberni) wiele uwagi poświęcono zabezpieczeniu terenu kwater. W Konewce przy skrzyżowaniach dróg i torze kolejowym wykonano system  umocnień ziemnych z gniazdami karabinów maszynowych, a od strony lotniska zbudowano dwa żelbetowe schrony bojowe oraz schron bierny dla oddziałów ochrony kwatery. Teren wokół kwatery był ściśle strzeżony, tak że nawet okoliczni mieszkańcy i ludzie zatrudniani przez Niemców w Spale nie znali przeznaczenia wzniesionych obiektów.

 
W lesie między Lubochnią a Skrzynkami rozpoczęto budowę kolejnej, mniejszej kwatery wojskowej wyposażonej w nieduże schrony bierne (typu Regelbau 102V) przystosowane do celów sztabowych oraz drewniane baraki. Kwatera miała być wykorzystywana przez dowództwo wojsk lądowych OKH, choć niewykluczone, że jej późniejsze wykorzystanie związane było z funkcjonowaniem fabryki amunicji w Niewiadowie (przedwojenne Zakłady Chemiczne  „Nitrat” S.A.) i pobliskim lotniskiem.


Mimo szeroko zakrojonych prac i wielkich nakładów poniesionych na budowę gigantycznych schronów kwatery „Anlage Mitte” Niemcy nie wykorzystali tego ośrodka dowodzenia ani w trakcie przygotowań, ani też w czasie wojny ze Związkiem Radzieckim rozpoczętej przez Hitlera 22 czerwca 1941 r. Były tego dwie przyczyny; po pierwsze, wobec wyboru Wofschanze koło Kętrzyna na kwaterę główną Hitlera i umieszczenia niemieckiego dowództwa wojsk lądowych (OKH) w kompleksie schronów w pobliskich Mamerkach, ciężar dowodzenia operacjami wojskowymi przeniósł się do centrów dowodzenia w Prusach Wschodnich. Po drugie, szybkie posuwanie się Wehrmachtu w głąb rosyjskiego terytorium w pierwszym okresie walk wymusiło podążanie sztabów wojskowych na wschód za oddziałami liniowymi i oddalającą się linią frontu, co sprawiło, że korzystanie z obiektów „Anlage Mitte” stało się zbędne.


Relacje świadków mówią o kilku wizytach pociągów specjalnych w Spale i Konewce. Zwracały one uwagę, gdyż w czasie przejazdów takich pociągów wprowadzano szczególne środki bezpieczeństwa w Tomaszowie i Spale, wzdłuż trasy przejazdu pociągu, w kilkudziesięciometrowych odstępach rozstawieni byli żołnierze i funkcjonariusze służby ochrony kolei (Bahnschutz). Jedna z takich wizyt odnotowana w dzienniku kwatery głównej miała miejsce 28 sierpnia 1941 r., kiedy to do Konewki przybył pociąg osobistej ochrony Hitlera, w związku z przygotowaniami do wizyty Hitlera w Spale. Hitler dwa dni wcześniej spotkał się z przywódcą faszystowskich Włoch Benito Mussolinim w podobnym kompleksie (Strzyżów, Cieszyna-Stępina) koło Rzeszowa i w drodze powrotnej do „Wilczego Szańca” miał zatrzymać się w Spale. Jednak z powodu niechęci do dowódcy Oberostu, gen. Gienantha i potencjalnego zagrożenia związanego z działaniami ruchu oporu na tym terenie, Hitler odwołał swoją wizytę i wrócił prosto do Wolfschanze.


Przez pewien czas obiekty „Anlage Mitte” nie były wykorzystywane. W początkach 1942 r. rozpoczęto demontaż części urządzeń w Jeleniu i według świadków z terenu kwatery wywieziono dwa pociągi (120 wagonów) sprzętu, wyposażenia i zdemontowanych baraków.


W tym czasie w okolicach Winnicy na Ukrainie rozpoczęto wznoszenie kolejnej kwatery Hitlera Werhwolf oraz  szeregu mniejszych kwater dla innych przywódców. Być może robotników Askanii skierowano do ich budowy, a do  wyposażenia nowo wznoszonych obiektów wykorzystano sprzęt zdemontowany w Jeleniu.


Schrony w Jeleniu Niemcy wykorzystali jeszcze raz, pod koniec wojny; w połowie 1944 r. ulokowano tam magazyn i zakład odzyskiwania części z uszkodzonych silników lotniczych należący do tomaszowskiej filii firmy Daimler-Benz Flugmotorenwerke. Zatrudniano tam wówczas jeńców rosyjskich i robotników przymusowych z Tomaszowa i okolicznych miejscowości. Kompleks w Jeleniu znalazł się wówczas w wykazie dyslokacji niemieckich obiektów przemysłowych  pod kryptonimem Goldamsel .


Schron w Konewce utrzymywany był w gotowości do połowy 1944 r., choć od 1942 r. obsadzony był tylko przez szkieletową załogę. Pod koniec wojny, w związku z  bojowym wykorzystaniem pobliskiego lotniska koło Glinnika przez hitlerowską Luftwaffe, schron kolejowy i  teren obok niego wykorzystano jako skład bomb i amunicji lotniczej. Kompleks w Konewce nosił wówczas kryptonim Hühn. Według niemieckiego katalogu dyslokacji obiektów przemysłowych  w miejsca nie zagrożone bombardowaniem z 6 lipca 1944 r. (tzw. plan Geilenberga) pod numerem 2006 oznaczony kryptonimem „Goldamsel” figuruje Deutsche Reichbahn Tunnel Tomaczew, a pod numerem 2009 pod kryptonimem „Hühn” DRT T. Tomaczow-Konewka.

Samolot Storch na lotnisku Glinniku

W styczniu 1945 roku Niemcy bez walki opuścili Konewkę. Schron zaminowano wykorzystując do tego celu tutaj zmagazynowane bomby. Obiektów jednak nie wysadzono, nie zdążono też wywieźć pozostałego tu wyposażenia, a 18 stycznia nieliczna załoga uciekła przed zbliżającymi się od strony Królowej Woli oddziałami  61 Korpusu Piechoty Armii Czerwonej, które po przeprawieniu się przez Pilicę w rejonie Myślakowic i Inowłodza nacierały z rejonu Rzeczycy w kierunku Tomaszowa. Potężne schrony nie wzbudziły większego zainteresowania Rosjan. Od początku budziły zaś sensację wśród okolicznych mieszkańców, którzy po raz pierwszy od ich zbudowania mogli dostać się na teren kwatery „Anlage Mitte” i z bliska obejrzeć betonowe molochy. Mimo groźby wybuchu zgromadzonej tu amunicji schron kolejowy chętnie penetrowali śmiałkowie, tym bardziej, że zgromadzone tu zapasy mundurów, butów i wyposażenia były dla mieszkańców cennymi zdobyczami w trudnych powojennych czasach. Usuwanie leżących w schronie bomb i amunicji polscy saperzy rozpoczęli wiosną 1945 r., a w 1946 r. zdemontowano wyposażenie schronów technicznych, wywożąc je do odbudowywanych fabryk. Na początku lat 50-tych schron w Konewce wykorzystywano jako magazyn „Centrali Rybnej”. Wtedy też do schronu po raz ostatni wjeżdżały wagony kolejowe. Tym razem ich „pasażerami” były śledzie w beczkach. Gdy jednak zaczął się chwiać drewniany wiadukt  kolejowy nad rozlewiskiem rzeczki Gać tory kolejowe zdemontowano. Około 1954 r. zdemontowano również dwie pary pancernych wrót do schronu, zastępując je drewnianymi drzwiami. Od lat siedemdziesiątych do końca wieku schronami w Konewce dysponowało wojsko. W Jeleniu podobnie jak w Konewce były magazyny „Centrali Rybnej”. Zlikwidowano je w dopiero w 1990 r.

Żelbetowy bunkier kolejowy w Konewkach o długości 380 m. Mógł zmieścić się tam pełny skład pociągu. Obok niego znajduje się szereg mniejszych bunkrów technicznych, w których Niemcy ulokowali m.in. siłownię elektryczną i kotłownię. Wszystkie te obiekty połączone są podziemnymi kanałami. Obecnie tunel w Konewce udostępniony jest do zwiedzania. Można tam zobaczyć fragment oryginalnego torowiska oraz pomieszczenia dla obsługi pociągu. Zobaczymy także bogatą ekspozycję militariów oraz wystawy stałe oraz czasowe dotyczące fortyfikacji i historii II Wojny Światowej.

Schron kolejowy  w Konewce czynny jest przez cały rok. Trasa zwiedzania ma około 1 kilometr długości. Można zwiedzać indywidualnie bądź z przewodnikiem.

Zdjęcie lotnicze schronu w Konewce

 Zakrzywiona  betonowa budowla w Jeleniu porośnięta jest mchem, spod którego wyrastają metalowe pręty służące do mocowania siatki maskującej. Bunkier kolejowy przed którym stoimy, jest długi na około 380metrów, wysoki na 9 metrów. Bunkier jest opuszczony i sprawia wrażenie zapomnianego, co jeszcze bardziej pogłębia unoszącą się dookoła mgiełkę tajemnicy

Zdjęcie lotnicze schronu w Jeleniu

 W 1945 roku do miejscowości Spała wkroczyła Armia Czerwona. Pałacyk myśliwski został obrabowany i całkowicie spalony.


W okresie PRL w Spale funkcjonował Fundusz Wczasów Pracowniczych. Później miejscowość podupadła. Na szczęście, w ostatnich latach, dzięki prywatnym inwestorom, dawna rezydencja carów i prezydentów znów odżyła. Zrewitalizowano zabudowania, powstały nowe obiekty noclegowe i gastronomiczne. Dziś z dawnego założenia rezydencjonalnego zachował się park, oraz fundamenty pałacu. W parku stoi też jeden z symboli Spały - pomnik żubra przywieziony tu w 1928 roku ze Zwierzyńca koło Białowieży.


Samego pałacyku już nie ma. Oglądać można jednak pozostałe zabudowania Spały, które poniekąd powstały jako „otoczenie“ rezydencji i były z nią powiązane. Miejscowość ma charakterystyczny myśliwski klimat.


Myśliwskie tradycje nadal są zresztą kultywowane podczas Spalskiego Hubertusa, dwudniowej plenerowej imprezy myśliwskiej i jeździeckiej. W sobotę podczas pokotu można oglądać upolowaną  zwierzynę  i wysłuchać sygnałów odgrywanych na rogu myśliwskim. Następnego dnia odbywa się część jeździecka: pokazy sokolników, hodowców psów, jeźdźców, przejażdżki konne bryczką oraz pogoń za lisem.

 

Carsko - cesarska kolekcja poroży w Spale

 

Rejon Spały pod względem łowieckim był atrakcyjny, ponieważ duże powierzchnie leśne sprzyjały występowaniu przede wszystkim zwierząt kopytnych. W tym rejonie znajdował się pałac myśliwski zbudowany przez Kazimierza Wielkiego k. miejscowości Lubochna, a paręset lat później w innym miejscu powstał również pałac myśliwski zbudowany przez królową Bonę w miejscowości Inowłódz na brzegiem Pilicy. W 1877 roku Aleksander III polował w tym rejonie i wtedy było tam nie więcej niż 50 jeleni. Jelenie ze rejonu Spały pod względem jakości nie ustępowały zwierzętom z innych krajów zachodniej Europy. W tym czasie podjął decyzję o utworzeniu ośrodka łowieckiego i w 1884 roku rozpoczęto budowę pałacu myśliwskiego w Spale. Ogólna powierzchnia ośrodka łowieckiego wg informacji z 1913 roku wynosiła 44156,9 dziesięciny (1 dziesięcina = 1,0925 ha) to jest ok. 48000 ha, na której występowały lasy i pola. Na powierzchni 600 dziesięcin (ok. 655 ha) uprawiane były rośliny z przeznaczeniem dla zjadania przez zwierzynę. Z chwilą tworzenia ośrodka oszacowano liczbę jeleni na 927, saren - 534 i dzików - 757. Poprzez różnorodne działania z zakresu gospodarki łowieckiej, w tym znacznego powiększania bazy pokarmowej liczba jeleni wzrosła do ok. 7000, ale w następnych latach zmalała i w  1913 roku ich liczbę oszacowano na 4800 (1600 byków i 3200 łań), saren - 500 i dzików 800. Gatunkiem który był uznawany za sztandarowy był jeleń i w celu poprawy jakości poroży sprowadzo¬no z Węgier w 1904 roku 16 byków jeleni które w początkowym okresie były przetrzymywane w specjalnej zagrodzie, którą dzisiaj można byłoby określić jako adaptacyjna. O pozytywnym efekcie prowadzonych działań gospodarczych i dobrej jakości osobniczej świadczy odłów i sprzedaż do innych łowisk 1175 jeleni i 516 dzików. Zwierzęta te były sprzedane do wsiedleń i poprawy jakości osobniczej miejscowych zwierząt na terenie Rosji, Niemiec i Austrii. Łowiecka eksploatacja jeleni sprowadzała się do corocznego odstrzału 500-600 jeleni, głównie starszych byków o formie poroża powyżej 10-taka. W strukturze form poroży  pozyskanych 479 byków jeleni w 1909 roku dominowała forma 12-taka (33,0%), następnie 14-taka, a udział najbardziej rozbudowanych form - 22-dwudziestaków i 24-dwudziestaków było 0,4% (2 poroża).

 

Specyficznym zarządzeniem dotyczącym zasad odstrzału byków jeleni była było zezwolenie na odstrzał byków o formie poroża 10-tak, lub wyższej. Zakaz ten miał na celu zachowanie wszystkich młodych byków i utrzymanie ich do wieku kiedy będą mogły nakładać bardziej okazałe wieńce.

 

Za prowadzenia działań gospodarczych w sferze łowieckiej odpowiedzialny był Władysław hr. Wielopolski - naczelnik polowań cesarskich, łowczy Najwyższego Dworu. W 1909 roku łowczym polowań cesarskich był Ignacy Modzelewski, pomocnikiem łowczego - Konrad Walewski, skierniewickim zwierzyńcem zarządzał Władysław Majewski, a bez¬pośrednimi realizatorami prac było 30 pracowników. W tamtym okresie Węgrzy byli uznawani za bardzo dobrych specjalistów w za¬kresie otwartej hodowli jeleni i w Spale był zatrudniony Juliusz Egerviary, który prowadził nadzór nad poprawą jakości wieńców jeleni.

 

Gromadzone przez blisko 30 lat funkcjonowania carskiej rezydencji myśliwskiej w Spale trofea uległy rozproszeniu po wybuchu I Wojny Światowej. W pałacyku w Spale, na parterze umieszczona była kolekcja poroży saren. Ślad po niej całkowicie zaginął, ale nie ona była szczególnie wartościowa.

Dotychczas nie znaleziono wiarygodnej informacji dotyczącej pełnej liczby egzemplarzy zgromadzonych w spalskiej kolekcji poroży z okresu carskiego. Część z nich została wywieziona do Rosji podczas ewakuacji dobytku pałacu spalskiego w 1914 r. W ramach zwrotu w 1924 r. do Polski po Traktacie Ryskim wywiezionych ruchomości w 1914 r. nie było carskich poroży. (Wówczas zwrócono m.in. żeliwny posąg żubra, ale o zwrot wielu carskich pamiątek polskie władze nawet nie występowały).

Ekspozycja Zarządu Cesarskich Polowań w Księstwie Łowickim podczas I Warszawskiej Wystawy Łowieckiej - 1899 r.

W okresie międzywojennym w obiektach rezydencji prezydenckiej w Spale znajdowały się jeszcze 102 egzemplarze poroży z tej kolekcji. Nieznane są natomiast ich losy podczas okupacji hitlerowskiej, chociaż na zachowanych fotografiach z tego okresu można je dostrzec na ścianach różnych pomieszczeń w pałacu i innych budynkach. Szczęśliwie uniknęły też spalenia podczas pożaru pałacyku spalskiego w styczniu 1945 r.

Pałacowa jadalnia 1926 r.

Pałacowy salonik 1926 r.

Pałacowa jadalnia podczas okupacji hitlerowskiej 1940 r.

 Wśród trofeów z byłej kolekcji carskiej zgromadzonej w pałacu w Spale i obecnie eksponowanych w Restauracji Pod Żubrem znajduje się 10 poroży upolowanych i sygnowanych przez Cara Mikołaja II. Ponadto 2 poroża sygnowane są przez księcia greckiego Mikołaja i księcia Alberta Sasko-Altenburgskiego. Poroża zostały zdobyte w latach 1897-1912 na terenie Lasów Spalskich w obrębach Zielona, Konewka, Wiśniowiec, Szczurek, Sługocice, Spała, Jelenia Góra i Taraska. Aż 26 poroży jest sygnowanych przez Cesarza Niemiec Wilhelma II. Zdobył je głównie w łowiskach w Puszczy Rominckiej (8 egzemplarzy), w lasach Schorfheide koło Berlina (15 egzemplarzy) i po 1 egzemplarzu w okolicach Buckenburga w Dolnej Saksonii, Eckartsau w Dolnej Austrii oraz Belley w Alpach Francuskich. Wilhelm II upolował je w latach 1891-1912. Pozostałe 5 poroży nie posiada sygnatury, a tylko wyłącznie datę ich zdobycia.

Restauracja pod Żubrem w Spale

"Bezpretensjonalna, ciepła, pełna starych, oryginalnych mebli pochodzących ze spalskiego pałacu i myśliwskich trofeów będących pamiątkami związanymi z rosyjskim dworem carskim i prezydentem Polski Ignacym Mościckim".

Jeden z wieńców jelenia strzelonego przez Mikołaja II w 1903 r. ...

... oraz przez Wilhelma II pozyskanego w Schorfheide w 1912 r.

W zasobach Domu Pamięci i Martyrologii Leśników i Drzewiarzy Polskich w Spale znajdują się 4 poroża z kolekcji car¬skiej. Wśród nich jest historycznie najcenniejsze trofeum, bo jedyne zachowane w Spale, należące do Cara Aleksandra III z 1886 r. Poroże pochodzi z obrębu Piła. Drugie poroże zostało pozyskane przez Cara Mikołaja II w 1900 r. w obrębie Szczurek. Kolejne dwa poroża przechowywane w Domu Pamięci i Martyrologii Leśników i Drzewiarzy Polskich w Spale należały do Cesarza Wilhelma II i pochodziły z Puszczy Rominckiej z 1906 r. i łowiska Eckartsau z 1908 r.

Dom Pamięci i Martyrologii Leśników i Drzewiarzy Polskich w Spale

Wieniec pozyskany przez Cara Aleksandra III w Spale w 1886 r.

Znacząca liczba trofeów myśliwskich Wilhelma II w zbiorach spalskich wynika zapewne również z faktu, że ewakuacja ruchomości z rezydencji carskiej w 1914 r. nie objęła poroży zdobytych przez tę osobę, którego armia zbliżała się wówczas do Spały. Szczęśliwie nie zostały one zniszczone. Ze względu na brak wiarygodnej informacji o ogólnej liczbie ówczesnej spalskiej kolekcji trudno też określić jaką jej część stanowiły trofea łowieckie Wilhelma II. Należy podkreślić, że Cesarz Niemiec był zagorzałym myśliwym. Polował w licznych łowiskach nie tylko Rzeszy Niemieckiej. Do jego ulubionych należały tereny położone w Prusach - Prakwice, Kadyny i Rominty. Cesarz Niemiec pomimo swojego kalectwa w postaci krótszej i zdeformowanej lewej ręki był doskonałym strzelcem. Chociaż polował praktycznie na wszystkie zwierzęta to szczególną atencją darzył polowania na jelenie. Do 1913 r. miał strzelonych ponad 2000 jeleni.

 

Na terenie Puszczy Rominckiej do dzisiaj znajdują się głazy z napisami upamiętniającymi udane polowania Cesarza w latach 1890-1913. W tym czasie Puszcza Romincka miała powierzchnię 25 tys. ha. W 191 2 r. na tym obszarze zinwentaryzowano 1638 jeleni (struktura płci 11 :1 na korzyść byków). Za byka łownego uznawano osobnika, którego wieniec ważył co najmniej 6 kg. Ale trafiały się wyjątkowe okazy, jak m.in. strzelony przez Cesarza Wilhelma II w 1898 r. w Nadleśnictwie Nassawen czterodwudziestaki, a w 1904 r. ośmiodwudziestak o ciężarze ciała 374 funtów (ok. 152 kg - 1 funt =405,5 g). Ciekawostką było, że leśniczy na terenie którego Cesarz strzelił byka otrzymał gipsowy odlew poroża. Kolejna kopia poroża - wykonana z drewna - trafiła do myśliwskiego pałacu Jagdschloss w Romintach, natomiast oryginalne trofea zawsze były przewożone do zamku w Berlinie.

 

Wiadomo, że z powodu niechęci do Wilhelma II Car Aleksander III i jego syn Mikołaj II nie zapraszali go na polowania do Spały czy Białowieży. Nie wiadomo czy Wilhelm II kiedykolwiek zapraszał Carów na polowania do Puszczy Rominckiej. W każdym bądź razie żaden z Carów nie przebywał w Romintach. Natomiast Mikołaj II wspólnie z Wilhelmem II polowali 23 października 1910 r. na daniele w lasach Oranienburga. Car strzelił osobiście 39 byków na ogólną liczbę 290. Jak wspominał Mikołaj II te sosnowe lasy przypominały mu bardzo Lasy Spalskie.

Polowanie na daniele w lasach koło Oranienburga w 1910 r.

Najliczniejsze trofea jeleni Wilhelma II w carskiej kolekcji poroży w Spale pochodzą z Puszczy Schorfheide położonej ok. 65 km na północny-wschód od Berlina. Cesarz Niemiec polował tam bardzo często zamieszkując w dworku myśliwskim Hubertusstock. Tam polował najczęściej na dorodne jelenie podczas rykowiska. Jeden wieniec zdobyty przez Wilhelma II w spalskiej kolekcji pochodzi z Buckenburga, który był stolicą hrabstwa, a następnie księstwa Schaumburg-Lippe w Dolnej Saksonii. Podczas polowań zatrzymywał się on w zamku - siedzibie władców księstwa. Inny pojedynczy wieniec Wilhelma II pochodzi z Eckartsau, gdzie znajduje się cesarski pałac myśliwski, a wokół niego 27 hektarowy park. Eckartsau leży w kraju związkowym Dolna Austria, w parku narodowym Donau-Auen, a sam pałac zarządzany jest obecnie przez Austriackie Lasy Państwowe. Ostatnim pojedynczym trofeum Wilhelma II w spalskiej kolekcji jest wieniec jelenia upolowanego w Belley we Francji, w regionie Rodan-Alpy w departamencie Ain. Wilhelm II do tego stopnia był namiętnym myśliwym, że w latach 1895-1913 średnio w roku na polowaniach spędzał trzydzieści dziewięć dni, a w 1897 r. nawet sześćdziesiąt dni.

 

Dzięki jego namiętnościom do polowań i zbiegowi okoliczności dziejowych, właśnie trofea myśliwskie Wilhelma II stanowią obecnie najliczniejszą część kolekcji carskich poroży w Spale. Niestety, duża część tej kolekcji uległa rozpuszczeniu. Prawdopodobnie wiele z nich znajduje się w licznych magazynach muzealnych na terenie Federacji Rosyjskiej. Niekiedy na aukcjach międzynarodowych można spotkać oferty sprzedaży pojedynczych egzemplarzy. Część pozostawiona w Spale powinna zostać otoczona szczególną troską i uwagą, aby nie uległa zmniejszeniu. Warto byłoby również podjąć starania o jak najlepsze jej zaprezentowanie, upowszechnienie nie tylko wśród myśliwych przybywających do Spały co roku na obchody św. Huberta, ale również wśród licznie odwiedzających Spałę turystów. (źródło: Spalska kolekcja poroży, autorzy: Roman Dziedzic, Michał Sloniewski).

 

Cóz, były to piękne czasy. Bez wegan, wegetarian, psudoekologów, nawiedzonych celebrytek i zniwieściałych celebrytów. Facet to był facet a na zwierzynę  polował od wieków. Łowiectwo było natchnieniem dla artystów: malarzy, rzeźbiarzy czy poetów. Myśliwy był szanowany a smak dziczyzny i jej walory zdrowotne powszechnie znane. Dziś jemy mięso z torebki foliowej i nikt nie chce napisać poematu o kiełbasie z ... supermarketu. Jestem myśliwym i jestem dumny, że dane jest mi kontynuowanie wielowiekowych tradycji.

 

 

W tym miejscu warto także napisać o polowaniach polskiego ziemiaństwa, które było ostoją rodzimego łowiectwa, zwyczajów i tradycji wywodzących się od szlachty polskiej.

 

Ziemianie, podobnie jak arystokraci, żyli w przekonaniu o własnej szczególnej pozycji w społeczeństwie. Wiązała się ona jednak ze szczególnego rodzaju obowiązkami. Ziemianie musieli respektować zasady kodeksu honorowego, przynależeć do klubów arystokratyczno-ziemiańskich, myśliwskich, „rycerskich”, resurs obywatelskich oraz, co było w dobrym tonie, organizować polowania na zwierzynę.

Dworek ziemiański (szlachecki)

Sezon polowań myśliwskich przypadał zawsze na trzecią porę roku - jesień. Na początku XIX w. twierdzono, że „prawidłowe polowanie i związany z tym odstrzał zwierzyny jest koniecznością. Zwierzostan nieodstrzelany na jesiennym polowaniu jest niczym żniwo, do którego gospodarz przygotowuje się cały rok”. Jednak pod koniec tego samego wieku wielu ówczesnych publicystów zastanawiało się, czy łowiecka namiętność nie przyczynia się, aby zbyt często do upadku ziemiańskich gospodarstw?


Pomijając skutki tejże rozrywki właściciele majątków ze sporym wyprzedzeniem planowali jesienne łowy. Każdemu z nich zależało na obecności najlepszych strzelb w okolicy, chcieli uniknąć różnych amatorów nie trzymających się reguł polowania i kaleczących lub przepuszczających zwierzynę. Od tego czy uda się zgromadzić elitę myśliwską, zależał prestiż i sukces całego przedsięwzięcia.


Zazwyczaj kilka tygodni przed ustalonym dniem polowania wysyłano zaproszenia i przygotowywano szczegółowy plan polowania. Wyznaczano teren, wybierano naganiaczy, dziesiętników, skrzydłowych rozprowadzających nagonkę. W lesie umieszczano płotki i numery na stanowiskach. Przygotowywano fornalki do zwożenia upolowanej zwierzyny i bryczki do rozwożenia myśliwych. Pani domu w tym czasie wydawała dyspozycje w kuchni, ustalała menu myśliwskiego śniadania i uroczystej kolacji, która odbywała się po zakończeniu łowów. Zwieńczeniem polowania był uroczysty bal.

We wspomnieniach Mieczysława Jałowieckiego (ziemianina polskiego) pisze: „Na polowaniu w Kamieniu zapraszałem, co najwyżej osiem strzelb, za to znamienitych. Przeciętny rozkład wahał się zwykle od 150 do 200 sztuk zwierzyny na myśliwego do upolowania w krótkim dniu późnej jesieni”. W latach 30-tych XX w. w majątku Kamień w Wielkopolsce odbyło się polowanie na kilkuset hektarach pól i lasów. W ciągu jednego dnia, od świtu do zmroku ustrzelono wówczas prawie 1600 sztuk zwierzyny, nie licząc królików, zajęcy i bażantów. Według Jałowieckiego to było jedno ze szczególnie udanych polowań.

Organizowane głównie na jesieni i zimą, gdy zwierzyna była najtłustsza i miała najgęstsze futro, polowania były nieodłącznym elementem życia w ziemiańskim dworze i – przynajmniej dla niektórych – jego największym urozmaiceniem. Ta wielka szlachecka namiętność była zarazem jednym z podstawowych wyznaczników przynależności stanowej: aż do połowy XIX wieku szlachcic nawet nie musiał prosić o zgodę na tropienie czy naganianie zwierzyny na cudzych gruntach. Sytuacja zmieniła się po uwłaszczeniu chłopów, kiedy w Królestwie Polskim wprowadzone zostaje prawo ograniczające możność urządzania polowań do gruntów należących do obywatela ziemskiego, obwarowując ją nadto zastrzeżeniem, że obszar taki musi liczyć co najmniej 150 morg. I jakkolwiek ziemianie mogli ubiegać się o pozwolenie na organizowanie łowów na polach czy w lasach sąsiada (oczywiście za jego zgodą i stosowną opłatą), prawo to utemperowało nieco szlachecką fantazję. Takie też było zamierzenie ustawodawców, zaniepokojonych uszczuplającym się z każdym rokiem pogłowiem dzikich zwierząt, stąd dodatkowym obostrzeniem wprowadzonym przez władze carskie było nałożenie podatków na właścicieli chartów i ogarów – odpowiednio 5 i 15 rubli od psa rocznie – co w budżecie ziemiańskiego gospodarstwa, nie mogącego korzystać już teraz z darmowej pracy włościan, było kwotą znaczącą. Nie znaczy to jednak, by na wskutek wprowadzenia tych uregulowań stan rzeczy uległ wyraźnej poprawie, skoro autorzy myśliwskich poradników nadal zgodnie utyskiwali na „barbarzyństwo”, „łupieżtwo”, bezmyślność i krótkowzroczność polujących bez umiaru rodaków, usiłujących, jak zjadliwie komentował Machczyński, „z taką zaciętością pozbyć się zwierzyny, jakby jakiej plagi egipskiej”. Polskie lasy, już w końcu XIX w. zubożone nadmierną eksploatacją i brakiem racjonalnej gospodarki łowieckiej, przetrzebiła ostatecznie Wielka Wojna: zwierzostan dziesiątkowany był zarówno przez cierpiącą głód ludność miejscową, jak i szukającego prowiantu okupanta. Także tuż po pierwszej wojnie światowej polowania organizowano nie tylko dla rozrywki, ale też dla uzupełnienia zapasów w spustoszonych spiżarniach, a brak uregulowań prawnych był w owym czasie przyczyną niejednej hekatomby dzikich zwierząt. W rezultacie zasobna jeszcze przed 1914 r. w zwierzynę Polska w początkach lat dwudziestych dysponowała zaledwie ułamkiem przedwojennego pogłowia. Jak wspomina Jerzy Jerzmanowski w owym czasie na gruntach chłopskich „nie tylko jeleń, sarna czy dzik stały się rzadkością, lecz nawet szarak i kuropatwa liczyły się do osobliwości”. Nieco lepiej było na terenach należących do dworów, jednak i tu potrzebna była przemyślana gospodarka łowiecka, przewidująca m.in. dokarmianie zwierząt, urządzanie dlań ostoi, tępienie wałęsających się kotów i psów czy walkę z kłusownictwem, by przetrzebiony zwierzostan choć w części został odbudowany. Sprzyjające temu procesowi uregulowania prawne pojawiły się dopiero w grudniu 1927 roku, kiedy wprowadzono w życie ujednolicone prawo łowieckie. Od tej chwili obywatel ziemski zwany w ustawie „właścicielem polowania”, mógł wystąpić o utworzenie obwodu łowieckiego na własnych gruntach, o ile dysponował areałem nie mniejszym niż 100 ha „ciągłej powierzchni”, mógł też wydzierżawić obwód lub utworzyć obwód wspólny z sąsiadem na tych samych warunkach. Omawiane prawo zabraniało polowania z chartami i gończymi w obwodach o powierzchni mniejszej niż dwa tysiące hektarów, a także używania w czasie łowów trutek, wnyków, potrzasków, samostrzałów, lepu czy dołów-ostrokołów. Wyjątek czyniono dla zwierząt uważanych za szkodniki tj. wilków, kun, wydr, tchórzy, gronostajów, łasic, jastrzębi, krogulców, srok i wron, które przez cały rok wolno było zwalczać każdemu obywatelowi także przy użyciu wyżej wymienionych metod, a w przypadku ptaków dozwolone było również niszczenie gniazd i wybieranie jaj oraz piskląt. Jednocześnie wprowadzone zostały okresy ochronne dla szeregu gatunków uznawanych za zwierzynę łowną oraz zakaz polowań na żubry, bobry, kozice, świstaki, czarne bociany, samice i cielęta: łosia, jelenia, daniela i sarny, kury bażanta i głuszca, wreszcie niedźwiedzice odchowujące młode.


Łowy organizowane późną jesienią, w październiku czy listopadzie były, jak pisze Maja Łozińska, wielkim towarzyskim wydarzeniem, które z namaszczeniem przygotowywano z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Gości spraszano bardzo wcześnie – już w połowie lata – rozsyłając ręcznie ilustrowane, rzadziej drukowane karty (gotowe zaproszenia można było bowiem kupić już w XIX-wiecznych sklepach), opatrzone stosownym wierszykiem czy sentencją. Chodziło o to, by uprzedzić inne dwory i zarezerwować na czas urządzanego przez siebie polowania okoliczną strzelecką elitę, od której celnego oka i pewnej ręki zależał wynik imprezy, a tym samym i prestiż organizatora. Wedle Mieczysława Markowskiego w województwie kieleckim w okresie międzywojennym na zaszczytne miano „pierwszych strzelb” zasłużyli sobie Paweł hr. Potocki, Andrzej hr. Morstin, bracia Niemojewscy, wreszcie Antoni Grabowski z Lasochowa.


Gospodarz polowania z reguły nie brał w nim udziału, a jedynie pilnował, by wszystko przebiegało zgodnie z planem, a zaproszeni goście czuli się w pełni usatysfakcjonowani. Oznaczało to w pierwszej kolejności troskę o odpowiednią liczebność zwierzyny – tam, gdzie gospodarka łowiecka nie przynosiła pożądanych rezultatów lub w ogóle nie była prowadzana, zasoby naturalne uzupełniano sprowadzając nieraz całymi wagonami dzikie zwierzęta, które wypuszczano na wolność na obszarze, na którym zamierzano zorganizować łowy. Dalej, każde udane polowanie musiało być także dobrze zaplanowane, począwszy od wyznaczenia terenu i stanowisk strzeleckich, a skończywszy na zwołaniu mężczyzn, którzy mieli naganiać zwierzynę, i kobiet, których zadaniem było obmycie i wypatroszenie ubitych zwierząt. Konieczne było także ustalenie menu uroczystego śniadania poprzedzającego łowy i kolacji, która wraz z balem miała je wieńczyć. Kulinarną oprawę uzupełniał często niewielki posiłek organizowany między pędzeniami, w czasie którego myśliwi mogli się pokrzepić gorącym bigosem i kieliszkiem wódki, grzejąc zziębnięte kończyny przy rozpalonym w środku lasu ognisku. Wreszcie, ponieważ obszar, na którym organizowano polowanie, oddalony był od dworu o kilka a nawet kilkanaście kilometrów, zachodziła konieczność dowozu na miejsce tak samych uczestników, jak i sprzętu, po polowaniu zaś – odesłania do dworu ubitej zwierzyny. Do tego zadania przeznaczano najczęściej linijki myśliwskie lub zwykłe, gospodarcze bryczki bądź linijki, wreszcie Jadgwageny, zwane w Wielkopolsce polowcami, sześcioosobowe, kanciaste bryki, z doczepioną z tyłu drabinką służącą do przytraczania upolowanej zwierzyny, które trafiły na ziemie polskie z Prus.

Na linijce

Rezultat polowania, które potrafiło rozciągnąć się na trwającą choćby i tydzień imprezę towarzyską, przechodzi dziś najśmielsze wyobrażenia: dziesiątki ubitych zajęcy, dzików czy saren układano w kunsztowne kompozycje na gołej ziemi czy śniegu. Szeregi ptactwa, rzędy lisów, wreszcie potężne ciała łosi czy jeleni czekały na otrąbienie, tj. na odegranie na trąbce sygnału przyjętego tradycyjnie dla danego gatunku zwierząt. Jak podaje Maja Łozińska w majątku Jałowieckich w latach 30. w ciągu jednego dnia łowów, od świtu do zmroku, ustrzelono 1600 sztuk zwierzyny, nie licząc przy tym mniej cenionych zajęcy czy bażantów. Warto bowiem wiedzieć, że ówcześni myśliwi stosowali swego rodzaju przelicznik pozwalający na oszacowanie wartości upolowanej zwierzyny. Podstawową jednostką była tu „sztuka zwierzyny”, nazywana także „sztuką strzelecką”. Ekwiwalentem jednej sztuki strzeleckiej był zając, kuropatwa, słonka czy bekas. Bóbr, ryś, jeleń albo łoś wart był 15 sztuk, odyniec i niedźwiedź – po 20, rogacz sarny i daniel – 10, wilka latem liczono za 5 sztuk, a zimą za 10, dropia (dziś już nie spotykanego) i głuszca wyceniano na trzy sztuki, cietrzewia, jarząbka czy bażanta rachowano za dwie. Ubita w czasie łowów zwierzyna częściowo wywożona była przez uczestników polowania, a częściowo zapełniała dworskie spiżarnie, stanowiąc niemały wkład w utrzymanie samowystarczalnego gospodarstwa ziemiańskiego. Nadwyżki sprzedawano, jak podaje Aneta Duda, wyspecjalizowanym w skupie dziczyzny firmom jak choćby warszawska spółka „Bracia Pakulscy”, która swoim kontrahentom stawiała szczegółowe wymogi dotyczące warunków przewozu towaru: ptactwo miało być wypatroszone i wypchane jałowcem, bażanty i kuropatwy owinięte papierem, a zające rozpięte po 10 sztuk na specjalnych ramach. W 1931 r., jak podaje autorka, bażanty skupowano po 6 zł, zające – po 7,5 zł, a kuropatwy – po 2,3 zł. Niemałą wartość miały futra drapieżników, np.  lisów, gronostajów czy wilków, z których szyto ciepłe mufki i zimowe okrycia wierzchnie. Ze skór dzików z kolei sporządzano torby myśliwskie i siodła, twarda ich szczecina zaś wykorzystywana była przy produkcji szczotek do pastowania obuwia i dobrze sprawdzała się w roli słomianki do wycierania nóg. Pamiątką z uwieńczonego triumfem polowania były wieńce jeleni, łopaty łosi, parostki kozłów, oręża dzików, które jak dziś preparowano i umieszczano na drewnianych tarczach opatrzonych stosowną datą. Wraz z lirami cietrzewi czy skórami dużych drapieżników trofea te zdobiły później sień dworu, a często także ściany biblioteki albo palarni. W bogatszych domach przeznaczano nań specjalny pokój nazywany myśliwskim, gdzie trzymano także pieczołowicie wyeksponowaną broń palną.

Niezwykle uroczystymi polowaniami były organizowane 3 listopada, w dzień patrona myśliwych św. Huberta, tzw. parforsy (od ang. par force), konne polowania za tropioną zwierzyną, najczęściej lisem, ściganym tak długo, aż padał z wyczerpania. Tradycja ta, wywodząca się z Anglii, zyskała w Polsce doby dwudziestolecia międzywojennego wielką popularność, a rozmach urządzanych u nas polowań w niczym nie ustępował ich brytyjskim odpowiednikom. Mniej liczył się tu rezultat, z definicji nie tak oszałamiający jak polowania z naganką, a bardziej prezentacja umiejętności jeździeckich uczestników i wyszkolenia psów, łaciatych foxhoundów czy Beagle i obowiązkowo towarzyszących odzianym w czerwone fraki myśliwym. Tego rodzaju łowy, jak podaje Markowski, organizowano na kielecczyźnie w dobrach Niemojewskich, zapalonych myśliwych i hodowców psów. Podobnie i wywodzący się z parforsu bieg myśliwski, w którym zamiast żywego lisa goniło się jeźdźca z przypiętą do ramienia lisią kitą, miał, według Łozińskiej, wykazać już nie talent łowiecki, ale zręczność i biegłość w opanowaniu konnej jazdy, w przypadku pań zaś stawał się nieraz prawdziwą rewią mody.

Podczas bardziej kameralnych polowań używano specjalnych pojazdów – wozów podjazdowych lub linijek myśliwskich, których konstrukcja pozwalała na usadzenie szeregu mężczyzn rzędem, bokiem do kierunku jazdy. Różnica między wozem podjazdowym a linijką myśliwską, jak wyjaśnia Aldona Cholewianka-Kruszyńska, polegała na tym, że w tym pierwszym szerokie siedzenie miało wysokie oparcie, co pozwalało na rozsadzanie myśliwych tylko z jednej strony, natomiast linijka dostępna była dla pasażerów z obu stron. Polowanie z podjazdu polegało na spokojnej i równej jeździe leśną przecinką: zwierzyna widząc jednostajnie poruszający się pojazd, brała go za chłopski wóz (jakim w okresie zimowym rozwożono siano do paśników) i zamiast uciekać, zatrzymywała się zaciekawiona, obserwując ruch linijki. Myśliwy, siedzący najbliżej kozła, wypatrzywszy zwierzę, spokojnie opuszczał pojazd i oddawał strzał, po którym siadał na końcu ławki, cała kolejka zaś przesuwała się do przodu, tak, by za każdym razem strzelał ten, kto siedział na samym przedzie. W zimie przy tego rodzaju polowaniach korzystano z sań, które od zwykłych różniły się tym, że – podobnie jak linijka myśliwska – miały siedzenia ustawione bokiem. Dbano też oto, aby przed polowaniem odpiąć od końskiej uprzęży dzwonki.

Sani używano do polowania nie tylko na zwierzynę płową, ale także na cietrzewie, zające i lisy. W tym ostatnim wypadku pojazd stopniowo zacieśniał duże koło wokół upatrzonej zwierzyny. Zwierzę w tym czasie przyzwyczajało się do widoku intruzów, tak, że kiedy sanie znajdowały się wystarczająco blisko, jeden z myśliwych albo strzelał wprost z miarowo jadących sanek albo zeskakiwał z pojazdu i nieruchomiał, same zaś sanie jechały dalej, by zmylić uwagę celu, który po krótkiej chwili padał trafiony strzałem. Odmianą tego rodzaju łowów było polowanie z chartami – przebiegało ono podobnie do wyżej opisanego, ale zamiast strzelać do lisa myśliwi, znalazłszy wystarczająco blisko zwierzyny, wypuszczali ukryte do tej pory pod baranicą psy, po czym ruszali za nimi, by odebrać im zdobycz nim zostanie ona rozszarpana na strzępy. Z chartami polowano jednak najczęściej na zające – rozrywka ta, popularna na ziemiach polskich jeszcze w początkach XIX w., stopniowo traciła swoich zwolenników, aż w końcu, w postaci barwnego reliktu przeszłości, zachowała się jedynie w dobrach Niemojewskich. Warunkiem satysfakcji z takich łowów było posiadanie doskonale wyszkolonych, doświadczonych i zgranych ze sobą psów, charty bowiem rzadko wypuszczano na zdobycz w pojedynkę – efektywność jednego psa była daleko mniejsza niż dwóch czy trzech osobników. Unikano też wyruszania na łowy z chartami, które nie znały się i nie umiały ze sobą współpracować: psy z jednej smyczy, tj. połączone rzemieniem w ten sposób, by można było jednym pociągnięciem zwolnić je wszystkie jednocześnie, stanowić musiały doborową drużynę. Myśliwiec polujący z chartami musiał mieć także dobrego konia, przy czym, jak instruuje Rewieński, „nie należy się nawet ubiegać o wielką szybkość w koniu, gdyż tu nie chodzi wcale o doścignienie w biegu chartów lub zwierza, ale tylko o to, aby pościgu nie tracić z oczu”. Celem polowania z chartami nie było więc pozyskanie zwierzyny (ta bowiem często zostawała przez psy rozszarpana na strzępy, jakkolwiek skłonność charta do rozrywania zdobyczy uważana była za poważną wadę, po części przynajmniej wynikającą z nieprawidłowego ułożenia), lecz upajanie się widokiem uganiających się za szarakiem psów, gdzie szybkość i zwrotność charta była tak samo ważna jak jego intelekt i umiejętność przewidywania.

Polowanie w Olesznie - 1911 r.

Innym rodzajem polowań z psami, który w drugiej połowie XIX w. traci na popularności, są łowy z ogarami, czyli – jak objaśnia cytowany wyżej autor – psami idącymi tropem zwierzyny i goniącymi ją głosem. Polowania takie Rewieński wspomina z nieskrywaną nostalgią: „Któż z myśliwych, zwłaszcza dawniejszej daty, nie znał uroku polowania z ogarami w kniei, w piękne, ciche, nieco mgliste dni późnej jesieni, kiedy dźwięk trąbki budził echa, a las cały grał dziwną muzyką zmięszanych głosów kilku sfór ogarów? Wprawne ucho myśliwego umiało odróżnić, czy psy gonią zająca, czy lisa, to po przerywanem, a potem nagle ożywiającem się graniu psów, albo po ciągłym, równym, ale zażartym gonie. Trąbka grała, psy grały, las cały im odpowiadał”, a strzelcy rozstawieni na dowolnie wybranych stanowiskach, najlepiej na tzw. przesmykach, czyli ścieżkach, którymi zwykły chadzać w lesie dzikie zwierzęta, czekali na pojawienie się umykającej przed obławą zwierzyny… Piękny, melodyjny głos gończych, u niektórych osobników wysoki, podobny do dźwięku dzwonków, u innych niski, basowy, ceniono na równi z czułym węchem i wytrwałością (dobry ogar winien był iść tropem nawet kilka, a bywało i kilkanaście godzin). Pojawiające się u Rewieńskiego porównanie ujadania gończych z muzyką bynajmniej nie jest uczynione na wyrost: amatorzy polowań z ogarami tak dobierali swoje psy, by – jak pisze Korsak – „głosy ich tworzyły dźwięczne akordy, dając prócz emocji i estetyczną rozkosz uszom myśliwych.”

Majątek Niemojewskich. Polowanie z chartami - 1911 r.

Kres polowaniom z ogarami czy chartami przyniosły wspomniane na początku rozdziału zmiany społeczno-gospodarcze, jak również udoskonalenie i rozpowszechnienie broni palnej, które wraz ze spadkiem pogłowia grubej zwierzyny wpłynęło na zmianę stylu polowań i doprowadziło w XIX stuleciu do nagłego wzrostu popularności wyżłów, zwa¬nych też legawcami (bo też początkowo wystawiały ptactwo przylegając do ziemi, tak, aby nie spłoszyć upatrzonej zwierzyny, którą myśliwi przykrywali następnie z góry siecią, zgarniając po kilka, kilkanaście ptaków na raz; w ten sposób polowano na przepiórki jeszcze na początku XX w.). Ich zadaniem było tropienie i wypłaszanie dzikiego ptactwa, a następnie odnajdywanie strąconej w locie zdobyczy. Największym powodzeniem wśród myśliwych cieszyły się tu cietrzewie, bekasy, bażanty, kuropatwy, głuszce (rzadkie na ziemiach polskich już w drugiej połowie XIX w., a widywane, jak podaje Kurowski, niemal wyłącznie w Górach Świętokrzyskich), jarząbki i kaczki. Na te ostatnie polowano, jak pisze Żenkiewicz, niemal cały rok, najchętniej jednak późnym latem i jesienią, kiedy ptaki, szykując się do odlotu, nabierały tuszy (jakkolwiek niecierpliwi myśliwi zaczynali łowy na kaczki już od połowy lipca, zasadzając się na nielotne jeszcze młode). Na łowy wyruszano w pojedynkę z nieodzownym wyżłem przy boku, lub w większym towarzystwie, które rozstawione po stawowych groblach czy nad brzegiem jeziora czekało cierpliwie na moment wypłoszenia ptactwa z szuwarów, w którym to oddawano długą kanonadę strzałów, trzebiąc wzlatujące stado. Wiosną z kolei wabiono kaczory, umieszczając na stawie żywą kaczkę (tzw. krekuchę) uwiązaną do zatopionego w wodzie ciężarku, która swoim rozpaczliwym kwakaniem przyciągała nieostrożnych „absztyfikantów” – cel polowania. Na wabia polowano również na cietrzewie – w tym wypadku używano nie żywego ptaka, lecz jego makiety, tzw. bałwana. Kukłę wykonywano z kawałka czarnego, lśniącego sukna wypchanego słomą czy sianem, naszywając nań w odpowiednich miejscach białe pasy i podogonie, dosztukowując czerwone brwi z materiału lub kawałka laku, wreszcie doczepiając ogon prawdziwego ptaka. „Zwracać trzeba uwagę – pouczał Korsak, – by bałwan miał garb dostatecznie wypukły i szyję krótką, wciągniętą, co u cietrzewia oznacza stan spokoju i bezpieczeństwa.” Gotową kukłę myśliwy umieszczał na drzewie, sam zaś zaczajał się w pobliskim szałasie. W tym czasie naganiacze płoszyli okoliczne ptaki, które szukając bezpiecznego miejsca, zlatywały na drzewa stojące w sąsiedztwie spokojnie siedzącego bałwana, dzięki czemu łatwo było je ustrzelić. W XIX stuleciu chętnie łowiono także drobne ptactwo, które dziś nie przyciągnęłoby uwagi żadnego myśliwego: gołębie grzywacze, turkawki, paszkoty, kwiczoły, szpaki, a nawet skowronki, zięby i trznadle. Ów ptasi drobiazg Kurowski radził wabić na… puszczyka: oswojoną sowę sadzano na paliku, do którego przywiązywano ją rzemieniem, i czekano, aż zlecą się doń okoliczne ptaki „czyli to dla jakowegoś nad osobliwszą [jej] postacią zastanowienia, czyli bardziej dla wrodzonej ku [niej] złości lub antypatyi.” Uzupełnieniem tej metody był lep przygotowywany z jagód jemioły, którym smarowano tyczki wbijane dookoła uwięzionego na paliku puszczyka: przylatujące ptaki siadały na nich i albo przyklejały się do patyków, albo ze sklejonymi piórami spadały na ziemię, gdzie drogę ucieczki zastawiano im niskimi siatkami.

Prócz wymienionych rodzajów polowań istniały i inne, a było ich mnóstwo. I tak na przykład myśliwi zaczajali się na niedźwiedzie w barłogu i dziki w owsie; wabili łosie i jelenie na rykowiskach; wyprawiali się z jamnikami (zwanymi z niemiecka taksami) na borsuki i lisy (psy wpuszczano do upatrzonej nory, a następnie kopano w miejscu, z którego dochodziły odgłosy psiego ujadania i walki); tropili rysie, kuny i gronostaje oraz czatowali na wydry; wreszcie strzelali do zwabionych wyciem lub padliną wilków (w międzywojniu bardzo już nielicznych). Na te ostatnie polowano także z fladrami, czyli sznurami z jaskrawoczerwonymi chorągiewkami, które rozwieszano wokół wytropionej watahy – zwierzęta bały się przekroczyć wyznaczoną w ten sposób granicę, co znacznie ułatwiało zorganizowanie obławy. W XIX w., gdy – jak podaje Korsak – na południowych ziemiach polskich występowała jeszcze krótkonoga, rudawa i śmielsza od północnej odmiana wilków, na wygłodniałe wilcze stada polowano z iście szlachecką fantazją. Otóż zimową nocą myśliwi siadali z prosięciem do sań, za którymi w odległości 15 m ciągnięto wypchany sianem worek lub pęk grochowin. „Uciskając” prosiaka (wedle słów Korsaka „zwykle dużego, by się szybko nie męczył”) zmuszano go do żałosnego kwiku wabiącego drapieżniki, które, biorąc grochowiny za prosię, trafiały prosto pod lufy myśliwskich strzelb. Polowanie takie było widowiskowe i niebezpieczne – bywało, że wilki rzucały się na konie, toteż przed wyruszeniem na łowy należało zabezpieczyć końskie szyje skórzaną płachtą, a chrapy obwiązać szmatami, by nie docierał do nich wilczy zapach. Zwyczaj ten praktykowano w niektórych stronach jeszcze w międzywojniu, z mniejszym jednak powodzeniem, wilki były bowiem mniej już liczne i nie tak zuchwałe.


Nie można też zapominać o zającach. W dwudziestoleciu międzywojennym obowiązywały trzy sposoby polowania na szaraki: indywidualny, „na pomyka”, oraz grupowe: „kocioł” i „s(z)treifa”. Obecnie zakazane łowy „na pomyka”, podczas których myśliwy wraz z towarzyszącym mu psem przemierzał samotnie pole strzelając do podrywających się do biegu zajęcy, prowadziły do znacznego spadku pogłowia samic, mających w zwyczaju dłużej czekać w ukryciu niż samce i pryskać tuż spod nóg łowcy, stanowiąc przez to łatwy dla niego cel. Wymagający udziału naganiaczy „kocioł” polegał z kolei na powolnym zacieśnianiu kręgu przez uczestników polowania i strzelaniu do wypłaszanych tym sposobem szaraków. Gdy promień koła zmniejszył się do ok. 200 m, do jego środka wchodziła naganka, pozostający zaś na stanowiskach myśliwi celowali do zwierzyny wybiegającej na zewnątrz okręgu. W ulubionej przez ziemian „streifie”, zwanej także ławą czeską, myśliwi szli zwartym szeregiem, wyprzedzanym po bokach przez naganiaczy ciągnących wzdłuż osi marszu siatki, uniemożliwiające zwierzynie wydostanie się z obławy. Ta metoda polowania, jak pisze Jerzmanowski, umożliwiała na zasobnych gruntach dworskich uzyskanie fantastycznych w dobie międzywojennej Polski rozkładów dochodzących do tysiąca szaraków. „Były to wyniki efektowne – przyznaje autor – lecz polowanie przypominało jatkę.”

Dwór w Radoniach

 Przerwę w łowach robiono w maju i w czerwcu, kiedy – cytując Kurowskiego – „wszystko lęże i wylęga”, wyjątek robiąc dla uważanych za szkodniki drapieżnych ptaków i zwierząt (głównie jastrzębi i lisów, dalej: łasic, kun i tchórzy, które Wincenty Pol radzi tropić „małemu myśliwemu”, wreszcie „swojskich kotów, które to ostatnie – jak pisze Kurowski – w tym czasie ze wsiów na pole wychodzą i młody płód tak zajęcy jak i kuropatw, jednem słowem, co tylko napotkają zagryzają”; nie koniec jednak na tym, bowiem Sztolcman wydłuża listę „zasługujących na tępienie” gatunków o borsuki, wydry, żbiki, wiewiórki [niszczące jaja ptaszków owadożernych], orły, bieliki, rybołowy, sokoły, kanie, błotniaki, wrony, sroki i sójki). Au¬torzy poradników zgodnie uważali te miesiące za najlepszy – i najwyższy – czas na układanie młodych psów myśliwskich.

Łowy uznawano powszechnie za rozrywkę tyleż godziwą, co pożyteczną, a nawet nie pozbawioną potencjału wychowawczego, bowiem, jak pisał Kurowski, polowanie „w przyzwoitych granicach wykonywane, oprócz przyjemności jakie miłośnikom myślistwa sprawia, ma jeszcze tę zaletę, że zdrowie hartuje, do znoszenia niewygód przyzwyczaja, wstrzymuje od zniewieściałości, nadto wprawia młodzież do odwagi; wzmacnia siły powodując koniecznie do ruchu, ożywia imaginacyą rozmaitością przedmiotów i pokrzepia umysł niewinnością zabawy na ogromnym teatrze przyrodzenia”. Dziwić zatem nie powinno, że w łowach uczestniczyli nie tylko dorośli, ale i dzieci – kilkuletni nieraz chłopcy, którzy, gdy nieco podrośli, tj. po osiągnięciu 10-11 roku życia, dostawali na Gwiazdkę swoją pierwszą, wyczekaną wiatrówkę. Dorośli mężczyźni niemniej byli podekscytowani, porównując swoją broń ze strzelbą sąsiada, wychwalając zalety jednej, a ganiąc niedostatki drugiej. Jeszcze do połowy XIX wieku używano broni nabijanej od przodu, co wymagało noszenia z sobą pełnego oprzyrzą¬dowania koniecznego do załadowania strzelby: prochownic, zapalników, spłonek, kapsli. Oddanie strzału było więc skoplikowane, deszcz zaś, który powodował zawilgocenie prochu i kapsli, nieodmiennie oznaczał koniec polowania. Dopiero w drugiej połowie wieku XIX pojawia się broń ładowana od tyłu, co pozwala na pokonanie wyżej wymienionych trudności. Wysokiej jakości dubeltówka, jak angielskiej produkcji strzelby firm „Holland-Holland” czy „Purdey”, bywała w latach międzywojennych warta tyle co dobry samochód, a nawet i kilka razy więcej. Na Kielecczyźnie, jak wspomina Jerzy Jerzmanowski, jedynym posiadaczem takiego rarytasu aż do wybuchu II Wojny Światowej był adwokat Koczanowski. Za swoją dwururkę „Holland-Holland” musiał zapłacić siedem tysięcy złotych, równowartość siedmiu morgów żyznej ziemi. Ewentualnych nabywców zniechęcała także polityka firmy, która sprzedawała swoje strzelby wyłącznie parami, wychodząc z założenie, że jeśli „kogo stać na tak drogą fuzję ten dla swych potrzeb łowieckich utrzymuje strzelca, który nabija drugą broń, kiedy z pierwszej myśliwy oddaje strzał”. Zasobność kieszeni amatorów polowań, indywidualne upodobania, a często i wieloletnie przyzwyczajenia przekładały się na rozmaitość typów broni, jakich używano podczas łowów – „od nowoczesnych strzelb aż po flinty na proch dymny”.

W wydanym w 1843 r. „Dworze wiejskim” Karolina Nakwaska zżyma się na zwyczaj trzymania psów w domu: „Upodobanie trzymania psów w pokojach nie jest dobrem, tam osobliwie, gdzie są dzieci. Ileż przypadków ukąszenia, w stanie wścieklizny! a do tego, jaki ciężar dla służących i ile nieczystości! Zdaje mi się, iż Bóg stworzył psa, aby był stróżem, sługą, obrońcą Pana; lecz nie dał mu go za towarzysza społecznego. Pies przy stole nie tylko nudzi i niepokoi obecnych, lecz i obrzydzenie sprawia. Trzymanie licznych psiarni, jak się to w licznych dworach widuje, jest prawdziwie kosztownem. Ileż razy o¬dejdzie ubogi bez pomocy tam, gdzie smycze w zbytku chowane!” Żywe oburzenie Nakwaskiej każe nam się domyślać, że krytykowane przez nią obyczaje były raczej regułą niż wyjątkiem. Psiarnia przeznaczona dla myśliwskiej sfory, na którą tak pomstuje Nakwaska, była odrębnym budynkiem z własnym wybiegiem, otoczonym szczelnym i wysokim parkanem. Podłogę psiarni radzono wyłożyć kamieniem i cegłą tak, by obniżała się stopniowo ku biegnącemu środkiem kanałowi, służącemu do odprowadzenia nieczystości, dzięki czemu można było łatwo spłukiwać ją wodą. Psie posłania umieszczano na drewnianych ławach wykładanych słomą, zawieszonych jakieś 15 cm nad ziemią, co chroniło zwierzęta przed wilgocią. Pomieszczenia przeznaczone dla psów hodowlanych (bo też niektóre majątki ziemskie specjalizowały się w hodowli psów – najczęściej myśliwskich – określonej rasy: foksterierów, pointerów czy springer spanieli) musiały spełniać bardziej wyśrubowane wymagania – konieczne na przykład było ich ogrzewanie w silne mrozy, tak by temperatura wewnątrz nie spadała poniżej 5 stopni Réaumura (czyli ok. 6 stopni Celsjusza). Tam, gdzie zadowalano się jednym, wiernym wyżłem, pies myśliwski często sypiał w tym samym pokoju, co właściciel, tam też dostawał z ręki swego pana jedzenie i poddawany był wstępnej tresurze, z chwilą rozpoczęcia której Włodzimierz Korsak radził myśliwemu nie rozstawać się podopiecznym ani na chwilę. Pies taki żywiony był zwykle odpadkami z pańskiego stołu (choć autorzy poradników radzili unikać przypraw i soli). Podobnie karmiono rozpieszczane pieski pokojowe, którym jednak częściej trafiały się także różne łakocie jak ciastka czy czekolada. Psy myśliwskie i podwórzowe jadały skromniej: zalecaną w XIX w. dla nich karmą była osypka owsiana zaparzona wrzątkiem i wymieszana z kuchennymi pomyjami i wywarem z nóg baranich. W dwudziestoleciu międzywojennym wskazówki dotyczące żywienia psów były już bardziej szczegółowe, obfitując w rozróżnienia poszczególnych składników paszy (jak białka, tłuszcze, sole mineralne, witaminy itp.) i opisy ich wpływu na kondycję zwierzęcia. Zasadność udzielanych rad potwierdzały teraz już nie doświadczenia autora poradnika, lecz badania naukowe. I tak norma dzienna dla wyżła według Trybulskiego (za Meguinem) to 750 gr chleba, 300-350 gr mięsa oraz 200 gr kaszy (ryżu) i jarzyn.

O popularności danej rasy decydowała nie tylko moda, lecz przede wszystkim walory użytkowe. Przykładowo w II poł. XIX w. w majątkach ziemiańskich coraz rzadziej spotyka się niezwykle wcześniej rozpowszechnione w szlacheckich obejściach polskie charty czy ogary (co też doprowadziło koniec końców do niemal całkowitego zaniku obu ras, z trudem odtworzonych w latach powojennych). Spadek popularności obu typów psów myśliwskich wytłumaczyć można tak przemianami gospodarczymi, związanymi z uwłaszczeniem chłopów, które wymuszają na dworach nieraz daleko idące oszczędności, jak i rozpowszechnieniem się udoskonalonej broni palnej, co pociągnęło za sobą zmiany w stylu łowów. W rezultacie tak charty, widowiskowo ścigające zdobycz, jak i sfory psów gończych, pełniące rolę naganki, stają się zarazem mało przydatne i zbyt kosztowne w utrzymaniu. Wydatki na psiarnie wzrosły jeszcze po wprowadzeniu na ziemiach Królestwa Polskiego podatku od chartów i ogarów, mającego na celu ograniczenie aktywności łowieckiej szlachty, której efektem był stopniowy spadek pogłowia dzikich zwierząt. Że decyzja ta nie była bezzasadna, niech świadczy krytyczny głos Władysława Gniewosza, autora „Słówka o myślistwie”, który nie szczędzi ostrych słów pod adresem obu wymienionych ras, dowodząc, że psy te, zbiegłszy w czasie polowania właścicielowi, potrafią wyrządzić znaczne szkody, płosząc i trzebiąc zwierzynę.


Miejsce rodzimych ogarów w wielu majątkach zajmują z czasem angielskie rasy psów gończych – łaciate foxhoundy i harriery – niezastąpione w modnych polowaniach par force. Pozorna to sprzeczność, trzeba bowiem uwzględnić, że zdążył zmienić się sposób i cel polowania, gdyż, jak zauważa Rewieński, „gronu myśliwych, pędzących na dzielnych koniach za psami, nie chodzi wcale o comber zająca na rożnie, bo zgoniony zając w jednej chwili zostaje przez psy rozszarpany, ale tylko o wykazanie dzielności koni”.

 Typem psów, który w XIX w. zdobywa ogromną popularność, jest wyżeł, zwany także legawcem, „ponieważ – objaśnia Rewieński – skradając się ostrożnie do lotnej zwierzyny, przylega przed nią, jakby starając się ukryć i nie spłoszyć jej przedwcześnie”. Wystawianie zwierzyny w ten niewidywany już dziś sposób było istotne w epoce, kiedy na drobne ptactwo (kuropatwy, przepiórki, dubelty, kszyki) polowano podkradając się niepostrzeżenie i zarzuca-jąc nań z góry sieci. Używano też wyżłów w dawnych polowaniach z sokołami, gdzie zadaniem psa było wypłoszenie ptaka, stanowiącego cel ataku sokoła. Wyżeł jako typ psa myśliwskiego istniał zatem przed XIX w., ale, cytując Rewieńskiego, „nabrał wielkiego znaczenia w myśliwstwie, dopiero w bieżącem stuleciu, gdy dosyć już udoskonalona broń palna, chociaż jeszcze skałkowa, dała się użyć i w łowiectwie.” Od tego momentu zadaniem towarzyszącego myśliwemu wyżła jest wystawienie zwierzyny, na dany znak wypłoszenie jej, a następnie przyniesienie ubitej strzałem sztuki. W typowo angielskich polowaniach z pointerami pies nie aportował ptaka, lecz od razu ruszał szukać kolejnych, ukrytych w zaroślach kuropatw. Zadanie odnajdywania i odnoszenia myśliwskich trofeów przypadało w udziale retrieverom, które na ziemiach polskich były jednak nieliczne, tak jak stosunkowo rzadko spotykane były inne, wysoko wyspecjalizowane angielskie rasy psów myśliwskich jak choćby setery (uży¬wane podobnie do pointerów w polowaniach na kuropatwy, ale na podmokłym terenie) czy spaniele (z którymi wyprawiano się na bekasy czy kaczki), Polacy preferowali bowiem bardziej wszechstronne wyżły. I wysoko je cenili. Pisał w swoim dziełku poświęconym myślistwu Kurowski: „Dobrym strzelcem może być tylko ten, kto ma wzrok dobry, wytrwałe nogi, strzelbę dobrą, a mianowicie dobrego wyżła, bo od [tego] ostatniego wszystko zależy”. Korsak nieomal stawia wyżła na piedestale, twierdząc, że jest to „najbardziej rozwinięta psia rasa, o głębokiej inteligencji, granic której zbadać nie jesteśmy w możności”. Wtórując mu, tak krytyczny w stosunku do ogarów i chartów Gniewosz określa wyżła mianem „najszlachetniejszego z psów”, pod tym jednak warunkiem, że jest dobrze wyszkolony i prawidłowo użytkowany. Bo też jedną sprawą było uzyskanie obiecującego miotu lub kupno dobrze zapowiadającego się psa określonej rasy, drugą zaś – jego tresura. Nie była to sprawa łatwa, gdyż odpowiednie ułożenie młodego psa jest pracą mozolną, na którą wiecznie zajęty swym gospodarstwem ziemianin po prostu nie chciał marnować czasu. Stąd, jak pisał z niezadowoleniem Rewieński, „[n]a stu takich którzyby tego próbowali, siedmdziesięciu pięciu psa zepsuje na nic, a reszta zniechęci się do psa i do polowania. Pozostają układający psy z rzemiosła; takich albo nie posiadamy wcale, albo zupełnie nieodpowiadających zadaniu; są to zwykle gajowi, tzw. strzelcy, ludzie o bardzo niedostatecznym wykształceniu umysłowem, nie posiadający innych wiadomości nad bezmyślną rutynę, wierzący niezachwianie we wszechpotęgę bata i kolczatych korali,” krótko mówiąc ludzie, którzy nie tylko nie spełnią pokładanych w nich nadziei, ale całkiem zmarnują tak obiecujące i nieraz nabyte za duże pieniądze zwierzę. „Położenie zaiste smutne i śmieszne zarazem – komentował Rewieński; – polować z wyżłem chcemy, wyżły posiadamy, ale ułożyć ich nie umiemy i czasu na to nam braknie; powierzyć zaś układania nie mamy komu.” Patowa ta sytuacja niewiele się zmieniła na przestrzeni lat, bo, jak wspomina Jerzy Jerzmanowski, aż do II wojny światowej w Kielcach nie było zawodowego tresera psów myśliwskich i amatorzy polowań musieli układać swe wyżły czy norowce we własnym zakresie. Najwięksi oryginałowie stosowali przy tym nietypowe metody – przykładowo Sergiusz Niemojewski miał trenować swoje dzikarze w otoczonym palisadą okólniku, do środka którego wpierw wpuszczany był dzik, a następnie w towarzystwie swych psów „wkraczał [sam] Niemojewski z naganem w jednej i kordelasem w drugiej ręce”. Choć całość szkolenia ubezpieczał Czerkies czuwający z strzelbą na ogrodzeniu, była to procedura niezwykle ryzykowna, nieraz kończąca się okaleczeniem, a nawet śmiercią psów, a i sam Niemojewski swej dezynwoltury raz omal nie przypłacił zdrowiem, a kto wie czy nie życiem. Po tym wypadku pan na Podzamczu zrezygnował z tych wprawdzie przynoszących mu sławę, ale jednak skrajnie niebezpiecznych popisów.

W sukurs nie mogącym skorzystać z pomocy specjalistów myśliwym szły różnorodne poradniki, udzielające wskazówek jak ułożyć charta, norowca czy „wyżła dowodnego”. Obok tych książek pojawiają się i inne, traktujące ogólnie o opiece i tresurze psów, w których oprócz opisu nauki podstawowych komend jak siadanie, warowanie czy aportowanie, można znaleźć rady jak nauczyć pupila skakania przez laskę czy obręcz, kichania na rozkaz bądź „liczenia”. „Wszystkie te sztuczki są na oko zabawkami bez wartości praktycznej” komentował Ernst von Otto, w rzeczywistości jednak okazują się one nad wyraz przydatne, zacieśniając więź między właścicielem a jego psem, który „rozumie dokładnie głos, ton, nawet każdy ruch swego pana, o czem niesłusznie się mówi, że rozumie każde nasze słowo.” O ile jednak w książkach poświęconych ujeżdżaniu koni jak mantra powtarza się teza o pamiętliwości koni i konieczności łagodnego obchodzenia się z nimi, przy tresurze psów w razie niesubordynacji zalecane są kary fizyczne: potrząśnięcie krnąbrnym delikwentem czy uderzenie batem (nie wolno jednak dać unieść się gniewem – kopnięcie psa czy wytarganie go za uszy przynosi ujmę właścicielowi, który nie umiejąc zapanować nad sobą, ulega niskim i godnym potępienia popędom). Należało przy tym przestrzegać kilku podstawowych zasad, a mianowicie „w udzielaniu nagród, to jest pieszczot i przysmaków [pod tym ostatnim terminem kryje się u Rewieńskiego kawałek bułki lub chleba] być oszczędnym, w wymierzaniu kary nader oględnym, ale zawsze postawić na swojem i nie puścić płazem żadnego nieposłuszeństwa.”

U Potockich w Potoku

W majątkach ziemiańskich prócz myśliwskich psów rasowych trzymano także użyteczne mieszańce czy to w charakterze podwórzowych stróżów, czy psów pasterskich (trzeba bowiem pamiętać, że jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym powszechnie hodowano, także i na kielecczyźnie, owce). W tym ostatnim wypadku zalecano psy „koloru białego, z głową małą, spiczastą”, wystarczająco duże i silne, by mogły „oprzeć się wilkowi”, a przy tym posłuszne i łagodne względem owiec. Stróżujące brytany były z kolei, ciągle cytując Jana Sikorskiego, „okazałe, wielkie i silne, głowę mają grubą, wargi górne obwisłe, oczy czarne, iskrzące, uszy krótkie, wiszące, włos gładki, słuch ostry, powonienie zbyt czułe, głos silny, gruby i donośny”. Pokrój psa stróżującego czy pasterskiego liczył się zdecydowanie mniej niż w przypadku reprezentacyjnych psów myśliwskich, chowanych po dworach z należytą atencją i dbałością o czystość rasy, stanowiącą gwarancję nie tylko przydatności, ale i urody psa (rzecz niemałej wagi podczas tak ważnych dla ziemiaństwa imprez towarzyskich, jakimi były polowania). Trybulski w swoim „Psie gospodarskim” wychwala więc zalety wiejskich kundli, które w opinii autora mogłyby dać początek nowej rasie psa podwórzowego „bardziej użytecznego niż osławione rasy psów zagranicznych”. Pies gospodarski to pies dobrze wypełniający poruczone mu zadania, rasowy czy nie. Jeśli rasowy – to owczarek niemiecki, ewentualnie sznaucer, najlepiej jednak rodzimy owczarek polski (podhalański lub nizinny). Owczarek podhalański był zresztą mocno promowany po odzyskaniu niepodległości jako rasa bez mała „narodowa”.

Rok 1938. Zimowe polowanie w majątku Wrońska (powiat Płońsk) Widoczni na zdjęciu od lewej: Artur Jaworowski z majątku Bogusławice, Jerzy Kalinowski ze Szpondowa, Kazimierz Chamski z Drożdżyna, Miniewski, Anna Jaworowska z domu Abramowicz - pani domu, Antoni Jaworowski - pan domu, NN (siedzi), p. Abramowiczowa z Niewikli - matka pani domu, Janusz Kalinowski ze Szpondowa - autor opowiadania, Michał Płoski ze Smardzewa, Jerzy Marczewski z Ćwiklina, p. Abramowicz z Niewikli - ojciec pani domu.

 

Janusz Kalinowski - Polowanie z moich wspomnień


Nasza płońska okolica nie była zasobna w zwierzynę łowną. Ziemie były dostatnie, urodzajne i to sprawiało, że już w XVIII wieku, w okresie kiedy wojewodą mazowieckim był Andrzej Mokronowski herbu Bogoria (1713-1784), a następnie Antoni Małachowski h. Nałęcz (1737-1796), puszcze leśne zaczęły ustępować polom uprawnym. Zniszczenia lasów dopełniły rosyjskie władze okupacyjne, które prowadziły na Mazowszu rabunkową gospodarkę leśną.

 

Pierwsza wojna światowa, która trwała przeszło cztery lata i przetaczała się swoim walcem przez Mazowsze, spowodowała dalszą degradację zwierząt. Najstarsi ludzie nie pamiętali spotkania z niedźwiedziem, w okolicach Połońska nie było również rysia ani wilka. Ze zwierząt łownych występowały tylko zające, rzadziej króliki i lisy rudzielce. Z ptaków polowało się na kuropatwy i bażanty, a dzikie kaczki występowały tylko przy zbiornikach wodnych.

 

Wiadomą jest rzeczą, że zwierzyna trzyma się z dala od osiedli ludzkich, jej największym wrogiem są psy, koty, no i człowiek. Ziemianie, którym zależało na powiększeniu pogłowia zwierzyny łownej, podejmowali liczne działania w tym kierunku. W okresie zimy organizowane były karmniki, do których dostarczano buraki pastewne, brukiew, czasem ziemniaki lub siano. W Szpondowie ojciec dbał o pogłowie zwierzyny. W tym celu Piotr, który pełnił funkcję furmana (miał do pomocy forysia), szofera i polowego, posiadał do dyspozycji fuzję i miał obowiązek zabijania wszystkich bezpańskich psów i kotów wałęsających się po polach szpondowskich. Za każdy dostarczony do dworu ogon psa lub kota otrzymywał specjalną premię. Dzięki takiemu działaniu pogłowie zajęcy i kuropatw bardzo się powiększyło. Zając może mieć dwa, czasem trzy mioty w ciągu roku. To powoduje, że regeneracja pogłowia odbywa się bardzo szybko. Sęk w tym, że wszędzie czyhają wrogowie na biednego, bezbronnego zająca, który jest zwierzęciem biernym, sam nikomu nie zagraża i nie zrobi krzywdy. Do wrogów szaraka, oprócz psa i kota należy lis, orzeł, jastrząb, nawet wrona i sroka, no i człowiek Nie tylko myśliwy, ale przede wszystkim kłusownik, który poluje w porze zakazanej, rozstawia sidła na wydeptanych przez zające ścieżkach. W ten sposób ginie bardzo dużo zajęcy i kuropatw.


"Pierwsza strzelba" w okolicy - Michał Abramowicz h. Abdank z Niewikli, w początku lat trzydziestych naszego stulecia, sprowadził kilka gniazd bażantów do swojego, podmokłego lasku liściastego. W pierwszych latach były pieczołowicie chronione, co spowodowało, że bardzo szybko rozprzestrzeniły się po całej okolicy i przysparzały potem dużo atrakcji myśliwym. Po dziś dzień piękne koguty paradują dumnie po całej okolicy.

 

W okresie międzywojennym ustalił się zwyczaj urządzania polowań w poszczególnych majątkach co dwa lata. Miało to na celu odtworzenie ilości zwierząt do stanu optymalnego po ubytku spowodowanego polowaniem. Okres polowań zimowych trwał od grudnia do końca stycznia roku następnego. Dla mnie, studenta, był to okres intensywnej nauki przez kolokwiami i egzaminami kończącymi pierwszy semestr. Ponadto, bezpośrednio po świętach Bożego Narodzenia i przez cały styczeń trwał okres karnawału. Młoda krew marzyła tylko, aby się wyszumieć, wyhasać na balu. A bale odbywały się w karnawale w każdą sobotę i nie tylko. Gdy była okazja polowania, nic mnie nie było w stanie powstrzymać w Warszawie. Leciałem jak na skrzydłach do domu rodzinnego, do rodziców, do zwierząt domowych: psów, kotów, koni, źrebiąt. Pieszczot z moją ukochaną jamniczką Kropą i moją wierzchówką, kasztanką Elsterą nie było końca.

Dom rodzinny autora wspomnień w Szpondowie

Ze stajni wracam do domu. Jutrzejsze polowanie, które ma się odbyć u mojego wuja Antoniego Jaworowskiego we Wrońskach, czuć już w każdym pomieszczeniu dworu. Piotr wyjmuje strzelby z futerałów, ojca Le Beaux, moją Sauerkę, obydwie kalibru 12, czyści je, przeciera z konserwującego smaru, sprawdza czy eżektory prawidłowo działają, muszka nie poruszona. Powinno wystarczyć, nie zapowiada się zbyt obfita zwierzyna, tym bardziej gruby zwierz, więc naboi kulowych nie bierzemy.


Jest 11 stycznia 1938 r. Mróz siarczysty, zatem trzeba się ubrać ciepło. Obowiązkowe jegry (ciepłe kalesony), grube skarpety, buty filcowe z cholewami, koszula flanelowa, ciepły pulower, marynarka, krótki kożuszek. Wszystko to przygotowane na krześle przy łóżku. Halina, pokojówka, pod okiem mamy pakuje do walizki ubrania wieczorowe ojca i moje. Panie tym razem nie były przewidziane na polowaniowym przyjęciu. A teraz szybko spać, bo trzeba się zerwać o 6 rano.


Gdy wstajemy jest jeszcze ciemno. Szklanka herbaty i jazda! Piotr już czeka samochodem przed gankiem. Do Wronek niedaleko, ok. 15 km, ale po kiepskiej drodze. Gdy przyjeżdżamy, państwo już czekają, witają nas serdecznie. Są znani w całej okolicy z wyjątkowej gościnności. Naturalnie zasadzają nas od razu do śniadania. Jest jeszcze trochę czasu, nie wszyscy myśliwi zdążyli przybyć. Gdy się wszyscy zjechali następuje najważniejsza, wstępna czynność. Pan domu podchodzi do każdego myśliwego i proponuje wylosowanie jednej z wcześniej przygotowanych kartek, na których podano numer myśliwego oraz stanowisko, które ma zająć w czasie każdego pędzenia lub kotła.

 

Dzieci państwa domu: Teresa i Ignaś  jeszcze zbyt młodzi, sami nie polowali. Odziedziczona żyłka myśliwska nie pozwoliła im jednak siedzieć w domu. Towarzyszyli myśliwym. Dziś są wybitnymi fachowcami, znanymi z wyników swojej pracy w środowisku rolniczym i hodowlanym, zarówno w Polsce jak i zagranicą.


Polowania ówczesne były organizowane w dwóch wariantach, uzależnione od konfiguracji terenu, na którym miało się polować. Pędzenie: myśliwi ustawiali się wzdłuż linii, na odległość strzału od siebie. Nagonka ustawiona w tyralierze, kilkaset metrów przed myśliwymi, na dany znak ruszyła do przodu i pędziła zwierzynę w kierunku myśliwych. Kocioł: myśliwi i nagonka rozstawiała się z czterech narożników obszaru łownego. Rozstawiając się, szli po linii obwodu kotła, w kolejności: dwa naganiacze, myśliwy, czterej naganiacze, myśliwy, itd. W ten sposób myśliwi byli zawsze przedzieleni czterema naganiaczami.

 

Pan domu dał sygnał do rozpoczęcia polowania. Przed gankiem stoją już 4 pojazdy zaprzężone w doborowe konie. Każdy pojazd, jak i na stałe przydzieleni do niego myśliwi, byli oznaczeni odrębnym kolorem - chorągiewką w kolorach: białym, czerwonym, niebieskim i żółtym. Każdy myśliwy zajmuje miejsce w pojeździe odpowiadającym mu kolorem. Ruszamy. Za nami nagonka na wozach, które też są oznakowane naszym kolorem. Każdy naganiacz ma też przypiętą kokardę odpowiedniego koloru. Każdy myśliwy dostaje przydzielonego naganiacza do noszenia i opiekowania się ubitą zwierzyną. Oprócz pana domu, który ma pieczę nad całością, organizatorem polowania jest ktoś do tego wyznaczony. Przeważnie bywał nim zarządca majątku. On wskazuje kolejność odjazdu pojazdów sprzed ganku, w zależności od odległości do miejsca, gdzie grupa ma dotrzeć. Ona daje sygnał do przejazdu na następne stanowiska.


Jestem żółty. Ruszamy pierwsi, gdyż mamy najdalej położony punkt rozprowadzenia. Docieramy na miejsce. Tu też stoi żerdź, na której powiewa żółta chorągiewka, wskazując miejsce, z którego mamy się rozchodzić. Wyciągam wylosowaną kartkę. Pod pkt. 1 mam napisane "1 w lewo". Zatem puszczam najpierw dwóch naganiaczy i po odejściu przez nich kilkunastu kroków, wyruszam. Gdy uszedłem 400-500 m., widzę, że idący przede mną naganiacze spotkali się już z naganiaczami niebieskimi, naszymi sąsiadami. Znak, że kocioł od naszej strony jest już zamknięty. W tym momencie słyszę głos sygnałówki, trąbki myśliwskiej, która daje znać do rozpoczęcia miotu i kierowania się wolnym krokiem w kierunku środka kotła. Rozglądam się wkoło. Po mojej lewej stronie wuj Artur Jaworowski, po prawej Kazimierz Chamski. Obydwaj świetni myśliwi. Gdzie mnie się równać z nimi ! Ale nie mogę się zblamować. Kilkaset metrów przede mną stoi drąg wkopany w ziemię, a na niej wiecha Jest to znak, że w tym miejscu jest środek koła, do którego mają się kierować wszyscy i tu powinien się zejść miot.


Moje stanowisko jest trochę na wzniesieniu. To dobry znak. Myśliwi wiedzą, że zając lubi biec pod nieznaczną górkę. Rozlegają się pierwsze strzały, po przeciwnej stronie kotła. To też jest dla nas dobra prognoza. Szarak, słysząc odgłos strzałów, ucieka przed nimi, a zatem będzie ciągnął w naszym kierunku. Zające zaczynają pędzić już i w naszą stronę. Są zdezorientowane. Patrzą w lewo, patrzą w prawo, wszędzie widzą ruszające się figury zagrażające ich życiu. Niektóre stają słupka, bacznie się przyglądają i po namyśle kierują się nieubłaganie pod ziejące śrutem lufy krwiożerczych myśliwych. A w nich wyzwala się jakiś atawistyczny instynkt. Kto więcej zabije! Kto zostanie królem polowania! Byle szybciej, byle więcej. Walą na mnie dwa zające. Składam się. Do pierwszego pudłuję. Widocznie z emocji, ładnie się zaczęło. Drugiego kładę trupem. Łamię strzelbę, zmieniam ładunki. Nagle wyskakuje trzeci zając. Nie zdążyłem strzelić, uciekł poza kocioł. Może samica, może na wiosnę będzie miała młode... W ferworze polowania nie zorientowałem się, że miot już się kończy. Patrzę na chłopaka, który nosi zabite przeze mnie zające, obładowanego już 5 dorodnymi kotami. W tym momencie trąbka daje znać, że nagonka ma się kierować do środka. Myśliwi zatrzymują się na swoich miejscach. Może jeszcze jakiś zając wyskoczy ze środka. Jeden, drugi strzał i koniec miotu.
Naganiacze, przydzieleni do myśliwych dla zbierana ubitej zwierzyny, układają pokot przed całym zgromadzeniem. Magazynier przyjmuje zabite zające na specjalnie przygotowany do tego wóz, zawiesza je na rusztowaniu, zapisując przy numerze i nazwisku myśliwego ilość ubitej zwierzyny. Po pierwszym miocie uplasowałem się na 6 pozycji. Nie jest więc źle.

 

Prowadzący polowanie popędza do zajmowania następnych stanowisk, bo dzień krótki. Siadamy na bryczki, ruszamy. Pojazdy zajeżdżają razem, kierują się na polną drogę i kolejno wyrzucają myśliwych według numerów podanych na wylosowanej karteczce, pod nr. 2. Mnie wyrzucono jako jednego z pierwszych, stoję pod drzewem i obserwuję przedpole. Sąsiadów znowu mam renomowanych - z lewej Michał Abramowicz, brat pani domu, z prawej wuj Michał Płoski ze Smardzewa. Nie upłynęło 10 minut, odezwała się kniejówka (sygnałówka) - znak, że zarówno myśliwi jak i nagonka gotowi są do łowów. Nagonka ruszyła. Słychać pokrzykiwania i hałasy. Odezwały się zaraz strzały z lewej i z prawej strony, początkowo pojedyncze, poczem liczniejsze... Cisza. Nagle wyskakuje szarak. Wali na mnie skosem. Najłatwiejszy strzał. Kładę go pierwszym złożeniem. Nadciągają następne. Strzelam jak w transie, prawie nie pudłuję. Znowu mam na rozkładzie 6 zajęcy.


Następny kocioł poprzedzał śniadanie. Któż jest w stanie barwniej opowiedzieć ten fragment polowania, jak zrobił to wieszcz Adam Mickiewicz, który pisał: "W kociołkach bigos grzano; w słowach wydać trudno bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną; słów tylko brzęk usłyszy i rytmów porządek, ale treści ich miejski nie pojmie żołądek... Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy". Wszyscy byli podnieceni. Opowieściom, kto ile zabił, a ile spudłował, nie było końca. Byli i tacy, którzy podpatrując sąsiadów ze stanowiska myśliwego, nie zawsze byli zgodni w ocenie z oratorem.


Znaleźliśmy się na polanie leśnej niewielkiego zagajnika, a na niej rozstawiony prowizoryczny, zbity z desek stół, zastawiony dymiącymi wazami z bigosem, a także kilkoma butelkami czystej luksusowej. Tu znowu brylował Michał Abramowicz z Niewikli, znany z chęci do białogłów, jak i do jadła i wypitki. Ja również nie dawałem wyprzedzić się innym. Bigos i to taki, na winie przy kilkustopniowym mrozie - daje podniebieniu niezapomniane i niebiańskie wrażenia. O ile byliśmy bogatsi w odczucia kulinarne od cesarzy rzymskich, którzy takiego bigosu i w takich okolicznościach nie znali. Takiej czystej, jak nasze przedwojenna luksusowa też niewątpliwie nie pijali. Ale tej było w normie, aby panowie myśliwi nie wzięli naganiacza za niedźwiedzia. Byłem na takim polowaniu. W Strzelcach, w kutnowskim, u p. Zygmunta Cichowskiego. Ale to innym razem.


Gospodarz popędzał, bo czas uciekał, a za dwie godziny zmrok. Wsiedliśmy do pojazdów. Zawieziono nas na następne stanowiska, co również zakończyło się zabiciem kilkudziesięciu zajęcy. Nikt jakoś nie mógł pochwalić się upolowaniem kuropatwy. Zbliżał się ostatni kocioł, pamiętam go do dziś, jakby to było wczoraj.


Jestem w czołówce myśliwych w zabitych dotychczas zającach. Rozchodzimy się do ostatniego kotła. Ruszamy. Padają pojedyncze strzały, potem całe serie. Ja też strzelam. Mój chłopiec dźwiga już kilka sztuk. Szybko zbliżamy się do środka i wiechy wskazującej centrum miotu. W pewnym momencie odzywa się sygnałówka. Znak, że nagonka ma się kierować do środka, myśliwi pozostają na miejscu. Nagle, po przeciwnej stronie kotła wyrywa się samotna kuropatwa. Nie wytrzymała napięcia i wyskoczyła w górę. Szarzało już. W tym momencie rozpoczęła się istna kanonada. Kuropatwa, nieświadoma rzeczywistości, przedefilowała wzdłuż całej tyraliery stojących w skupieniu myśliwych. Każdy z nich wypalił w jej kierunku co najmniej po dwa naboje, ale ponieważ rywalizacja była ogromna wszyscy spudłowali. Ja stałem na końcu tej tyraliery. Rozpędzona do możliwych granic kura zbliżała się w moim kierunku. Nie myślałem wówczas, że ona czuje potworny, zwierzęcy strach i pędzi ze wszystkich, swoich sił do przodu aby zachować swoje krótkie, podłe życie. Złożyłem, pociągnąłem za cyngiel. Padł strzał, a kuropatwa jak rażona piorunem, padła martwa tuż koło moich stóp. A tam, koło rowu, pod krzakiem tarniny czekał kogut, jej partner. Nie doczekał się. Nie wróciła już więcej do stada. Leżała martwa tuż koło mnie.

 

Czułem się szczęśliwy i onieśmielony zarazem. Nigdy nie należałem do przodujących myśliwych. Byłem na to za młody. Moi dawni znajomi wiedzą o tym, że to nie żadna licentia poetica, ale tak było naprawdę. Wszyscy myśliwi podchodzili do mnie i gratulowali. Wszyscy z konieczności byli świadkami mojego strzału i tryumfu. Ojciec i Piotr (był moim pierwszym instruktorem w strzelaniu) chodzą dumni jak pawie.


Po dokładnym obliczeniu okazało się, że mam tyle samo ubitej zwierzyny, co następny myśliwy, ale ponieważ ja miałem na rozkładzie kuropatwę, a on same zające, a w tym przypadku "pióro liczy się więcej" niż czworonóg - mnie okrzyknięto królem polowania. Byłem najmłodszy wśród myśliwych i pierwszy raz w życiu doznawałem takiego zaszczytu. W tym momencie ściemniło się już na dobre. Wsiedliśmy do pojazdów i w świetnych humorach skierowaliśmy się do dworu. Tam każdy miał już przygotowany pokój gościnny i łóżko do drzemki. Po pewnym czasie przyniesiono nam kawę lub herbatę i wspaniałe, własnego wypieku, ciasto.
Zatwardziałych śpiochów obudzono około 8 wieczorem. Po umyciu, ogoleniu i przebraniu w wizytowe ubrania, zaproszono nas na tzw. przekąskę. Stół uginał się pod frykasami. Cynaderki, móżdżek w kokilkach, szynki, balerony wędzone, gotowane we wszelkich postaciach, ryby: szczupak, sandacz w galarecie, łosoś i węgorz wędzony, sardynki w oliwie, raki w majonezie, grzyby duszone, wołowiny i wieprzowiny duszone na zimno. Można było dostać oczopląsu. Całe egzotyczne zaopatrzenie przyjechało od Pakulskich z Warszawy. Wszystko to było suto zakrapiane alkoholem, w którym poczesne miejsce miała czysta z wermutem oraz starka i jarzębiak. Baczewskiego. Konsumpcja odbywała się na stojąco. Mimo to sjesta trwała długo. Nie było możliwości choćby po trochu wszystkiego spróbować. W miarę konsumpcji humory stawały się coraz lepsze, myśli błyskotliwsze, a dyskusje coraz bardziej zapalczywe. Nikt nie myślał o troskach dnia codziennego. Po wyczerpaniu wszystkich możliwości w jadle i napitkach gospodarz zaprosił do następnej atrakcji, do stolików brydżowych. Przy każdym po pięć osób. Gospodarz, który był świetnym brydżystą, rozsadził zebranych według posiadanych przez nich kwalifikacji. Na zielonym suknie stolika było wypisanych pięć nazwisk i te osoby wspólnie rozgrywały partie.


Gdy żołądki wszystkich zebranych trochę uporały się z nagromadzonym pokarmem, a z głów wyparował alkohol, gospodarze ponownie zaprosili do stołu. Tym razem była to uczta zasiadana. Składała się z pieczystego z przystawkami, z alkoholi: piwa i wytrawnego wina. Zbliżał się kulimnacyjny moment uroczystości. Wuj Antoni Jaworowski, gospodarz, uderzając w kryształowy kieliszek (znak, że prosi o głos), wstał i wzniósł toast na moją cześć, jako króla polowania. W krótkich słowach podkreślił mój młody wiek, i że mimo to nie dałem się wyprzedzić starym i doświadczonym myśliwym. Wszyscy wstali i wypili moje zdrowie.

 

Jako król polowania zostałem zaszczycony i posadzony w czasie uczty przy Pani domu, ciotce Hani. Teraz przyszła kolej na mnie. W gardle mi zaschło, język kołkiem stanął. Chętnie schowałbym się w mysią dziurę. Ciotka dodawała mi otuchy. Uderzyłem w kielich i zacząłem mówić. Przyszło mi to tym łatwiej, że ciocię Hanie (Abramowiczównę z domu) i wuja Antoniego bardzo lubiłem, darzyłem ich wielką sympatią. Byli tacy prości, serdeczni, bezpośredni. Wuj był świetnym rolnikiem i hodowcą, a jednocześnie niesłychanie skromnym człowiekiem. Podkreśliłem ich serdeczną gościnność, wspaniałą organizację polowania, podziękowałem za wykwintną ucztę. Życzyłem, aby w czasie następnego polowania, za dwa lata, gospodarz osiągnął jeszcze lepsze efekty łowieckie. Wzniosłem toast na cześć gospodarzy w ręce Pani Domu. Wszyscy z aplauzem, na stojąco wychylili do dna kieliszki. Niestety za dwa lata polowanie we Wrońskach się nie odbyło, a gospodarze cudem uniknęli więzienia hitlerowskiego. Przypominam - był to rok 1940.


Po spożyciu kolacji i deserów zebrani znowu powrócili do stolików brydżowych. Podano kawę i likiery, nalewki własnej roboty, które przewyższały w smaku wszelkie inne napoje alkoholowe, a także różne wspaniałe ciasteczka wypieku pani domu.

 

Przy kartach i likierach spędzono czas do wczesnych godzin rannych nie przewidując, że czarna chmura nadciągająca z Zachodu zniszczy na zawsze zwyczaje i tradycje ziemiańskie. (opublikowano w "Verbum Nobile", nr 3/4, Sopot 1993)

Ulubione rozrywki tamtej epoki to polowanie, balowanie i konsumowanie darów bożych. Nie wszystkim było w smak ciągłe jedzenie, na przykład Witold Gombrowicz z sarkazmem opisał wakacje w dobrach przyjaciela, gdzie za główną rozrywkę uważano niemal całodzienne spożywanie smakowitych posiłków. Jedno pewne: nasi przodkowie umieli cieszyć się życiem, sytuacjami odświętnymi i sobą nawzajem. Może warto do tego wrócić?

 

Lasy zawsze odgrywały w gospodarce majątków ziemskich ważną rolę, spełniając wielorakie funkcje. Dostarczały materiału budowlanego zarówno dla dworu, jak i dla ludności wiejskiej, stąd też w ich pobliżu zazwyczaj funkcjonowały tartaki. Ponadto lasy stanowiły dla dóbr ziemskich stałe i pewne źródło dochodów.


Do końca osiemnastego wieku lasy w obrębie jednych dóbr nie stanowiły oddzielnego działu gospodarki folwarcznej. Dopiero na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku lasy wydzielono z ogółu gruntów dworskich jako odrębną gałąź gospodarki. Tworzenie gospodarki leśnej, poza odłączeniem lasów od użytków rolnych, polegało na wytyczeniu i zmierzeniu granic, podzieleniu lasów na jednostki gospodarcze oraz zorganizowaniu administracji leśnej.


Opiekę nad lasami sprawowali ludzie odpowiednio przygotowani, zazwyczaj mający odpowiednią wiedzę i doświadczenie. Początki oświaty poświęconej leśnictwu w Polsce sięgają początku dziewiętnastego wieku, kiedy to przy Uniwersytecie Warszawskim powołano Szkołę Szczególną Leśnictwa. Była to pierwsza polska uczelnia leśna. Równocześnie rozwijała się inna uczelnia, Instytut Agronomiczny w Marymoncie. Początkowo była to szkoła rolnicza, następnie przekształcono ją w rolniczo-leśną, a w 1840 roku zreorganizowano – od tego momentu nosiła nazwę Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa z dwoma równoległymi oddziałami: rolniczym i leśnym. W 1861 roku instytut w Marymoncie zamknięto, jego kontynuacją miało być otwarcie dwóch oddziałów, rolniczego i leśnego, powstałego w 1862 roku Instytutu Politechnicznego i Rolniczo-Leśnego w Puławach. Wykłady przerwał w 1863 roku wybuch powstania styczniowego, w którym udział wzięła puławska młodzież.


Nad całością gospodarki leśnej w dobrach czuwał nadleśniczy. Jego obowiązkiem była znajomość stanu drzewa w powierzonym jego dozorowi lesie. Wydawał on również asygnacje i kwity na drzewo. Nadleśniczy sprawował również nadzór nad oficjalistami leśnymi: leśniczymi i ich podwładnymi – gajowymi. Podsumowując: nadleśniczy jako szef podstawowej jednostki gospodarczej odpowiadał za stan lasów, organizację pracy i prowadzenie rachunkowości. Warto podkreślić, że w dobrach włodawskich nadleśniczy miał do pomocy pomocnika (sekretarza), który wyręczał go w czynnościach kancelaryjnych.

W lasach dóbr zatrudnienie znajdowały osoby, które nie tylko miały odpowiednie przygotowanie zawodowe, ale też cieszyły się zaufaniem właściciela. O oficjalistach leśnych właściciel miał zazwyczaj dobra opinię. W źródłach pracowników określano następująco: „pilni, uczciwi, umiejący czytać i pisać, obznajomieni ze szkółkami, kulturami i tropieniem dziczyzny”. Właściciele lasów dbali również o żyjącą w nich zwierzynę. Dzięki racjonalnej gospodarce leśnej i walce z kłusownictwem oraz niezłomnej postawie wobec wszelkich klęsk naturalnych rozwijali hodowlę saren, dzików, cietrzewi, kuropatw, bażantów. Dowodem tego były liczne przepisy dotyczące polowań. Przede wszystkim istniał zakaz polowania, dotyczący również oficjalistów leśnych, bez wyraźnego zezwolenia administracji dóbr lub właściciela. Właściciel wydawał tez zgodę na odstrzał określonej liczby drapieżników, to jest wilków i lisów, jeżeli ich pogłowie zbytnio się zwiększyło, co zagrażało innym leśnym zwierzętom. Skóry wilków i lisów leśnicy oddawali do skarbu. Organizując polowania, przestrzegano okresów ochronnych. Zabitą zwierzynę leśnicy dostarczali na wyznaczone miejsce lub sprzedawali, a pieniądze oddawali do kasy. Pod koniec roku leśnicy przedstawiali przełożonemu rachunek zastrzelonej zwierzyny.

 

Taki przykład stanowi relacja Jana Sztolcmana (1854–1928) „Polowanie na dziki w Różance”, opisująca polowanie w okolicznych dobrach Augusta Adama Zamoyskiego, właściciela dóbr włodawskich. Artykuł ukazał się dwa razy drukiem. Pierwszy raz w pierwszym numerze Łowcy Polskiego w 1899 roku, a drugi – w reprincie zbiorczym pierwszego roku wydawniczego 1899 r. wznowionym specjalnie dla czytelników Łowcy Polskiego w 110. rocznicę powstania pisma.


W relacji można się dowiedzieć o kłuciu dzików w Różance w kluczu włodawskim. Opisano też psiarnię Augusta Adama Zamoyskiego. Warto podkreślić, że obecna w dobrach Zamoyskiego w Różance delegacja (hrabia Ksawery Branicki, hrabia Władysław Zamoyski, pan Aleksander Szwede) mogła mieć plenipotencje na sprawdzenie, jakie są osiągnięcia hrabiego Augusta Adama Zamoyskiego, o czym mogła się dowiedzieć komisja Pierwszej Warszawskiej Wystawy Łowieckiej, a oręż dzików kłutych w Różance prezentowano podczas Pierwszej Warszawskiej Wystawie Łowieckiej. Również trofea hrabiego Ksawerego Branickiego były prezentowane na tej wystawie.


Relacja została przepisana w oryginale.


Polowanie na dziki w Różance.


W niedzielę, 5 marca 1899 r, udaliśmy się pociągiem kolei Terespolskiej na Brześć do Włodawy, zaproszeni na dziki przez Augusta [Adama] hr. Zamoyskiego. Było nas czterech, a mianowicie hr. Branicki Ksawery, hr. Zamoyski Władysław, p. Szwede Aleksander i piszący te słowa [Jan Sztolcman]. We Włodawie stanęliśmy w poniedziałek, o godzinie 11½, a stamtąd w niespełna trzy kwadranse rącze konie dowiozły nas do Różanki, gdzie nas oczekiwały niespodzianki wspaniałego polowania. Zjadłszy na prędce obiad, udaliśmy zaraz do lasu, gdzie nasza drużynę myśliwską oprócz szanownego gospodarza, wzmocniły siły miejscowe w osobach pp. Pawlasa, nadleśniczego dóbr Różańskich, i Pliszewskiego – plenipotenta hr. Zamoyskiego.


Polowania Różańskie cieszą się od lat dziesięciu zasłużoną sławą. Na zimowych łowach pada tam dziennie sto kilkadziesiąt zajęcy, kilkanaście kozłów, kilka dzików i lisów. Nadto w Różance kwitnie jedyny dzisiaj w naszym kraju, a może i w całej Europie, rodzaj polowania, polegający na kłóciu dzików przy psach. To też najciekawszą dla mnie rzeczą do obejrzenia była psiarnia, z którą już miałem sposobność zapoznać się lat temu kilka na polowaniu w Staszowie.


Na Psiarnię różańską składa się kilkanaście psów, najrozmaitszego pochodzenia, maści i wielkości. Są to zwykłe wiejskie kundysy, rekrutowane tu i ówdzie w miarę tego, jak się przekonano o ich zajadłości i ciętości w stosunkach z trzodą chlewną. Naprężno będziemy tu szukali rasy lub kształtów; poczciwe Szarki, Burki, Kruczki itp. nie zachwycą nas ani jednym, ani drugim. Niemniej jednak są to wszystko zasłużeni weterani, którzy niejedną ranę odnieśli w zapasach z rozjuszonemi dzikami. Ten ma szyję pokiereszowaną, tamten brzuch cerowany, inny na lędźwiach nosi olbrzymie szramy, ten wreszcie stracił to, co miał najdroższego, słowem ani jednego pomiędzy niemi nie znajdziesz całego.


Najważniejszą, choć najmniej ryzykującą swe życie, osobistością – jeśli nie tak wolno wyrazić – w tej całej drużynie jest „Bodrosz”, rodzaj owczarka, sprowadzonego z Węgier i używanego za tropowca. Jego to puszcza się za tropem zdrowego i postrzelonego dzika. „Bodrosz”, chwyciwszy raz trop, szybko mknie za nim, a skoro zwierza dojdzie, zaczyna głośno naszczekiwać. Zwykle dzik atakowany przez pojedynczego psa, zwraca się ku niemu, nie myśląc bynajmniej uciekać. Wówczas myśliwi podsuwają się, o ile można, najszybciej do miejsca, gdzie pies stanowi; tuż za nimi biegną psiarki, mając każdy po dwa psy na smyczach. Podbiegłszy jak najbliżej do zwierza, na dany znak psiarki winni spuścić wszystkie psy naraz, aby te kupą dopadłszy dzika, mogły go wspólnie nakryć, gdyż inaczej, dochodząc pojedynczo, zwierza spłoszą i nie będą do w stanie utrzymać. Myśliwy ma wtedy o tyle ułatwione zadanie, że może podejść do dzika i skłóć go kordonem (chodzi prawdopodobnie o kordelas)..


Ujemną stroną tego rodzaju polowania w Różance są straszne gąszcze. Znaczna część lasu w tym majątku składa się z młodych zagajeń sosnowych tak gęstych, jak szczotka, a ponieważ atakowany zwierz najczęściej w takich zagajnikach się kryje, więc zwykle kłóć go wypada w trudnym do przebycia gąszczu, gdzie w razie zaczepnej ze strony jego akcyi, myśliwy nie jest w stanie uskoczyć na krok jeden. A mimo że dotychczas skłuto w Różance 133 dzików (w tej liczbie przeszło sto niestrzelanych, a między niemi sporo odyńców i wycinków) odbyło się szczęśliwie bez wypadków z ludźmi.


Kłócie dzików w Różance ma swą księgę i swego kronikarza. Na jednej stronicy tej księgi są porobione rubryki, w których się zapisuje data polowania, rewir, w którym dzik został skłutym, nazwy psów użytych do polowania i nazwisko myśliwego, który skłół dzika. Na drugiej zaś stronie hr. August własnoręcznie opisuje wszystkie perypetie polowania. Jako pamiątkę zachowuje się wszystkie szczęki skłutych dzików, które odpowiednio oprawione zdobią przedsionek pałacu Różanieckiego.


Zanim przystąpię do zdania relacji z naszego polowania, opiszę pokrótce samą psiarnię, jako wzorowo urządzoną. Jest to czworobok otoczony wysokim parkanem. Front zajmuje budynek przedzielony na dwoje sienią: na prawo znajduje się kuchnia dla psów, na lewo t. z. lazaret, a którym poszwankowane sztuki przebywają do czasu wyzdrowienia. W koło podwórza znajdują się budy, a raczej jedna wielka buda, w przedniej ścianie której są porobione otwory na psy; każdy pies jest na łańcuchu, i gdy siedzi na zewnątrz, robi wrażenie, jakby był izolowany od reszty towarzystwa; wewnątrz jednak wszystkie psy widzą się wzajemnie, a nawet sąsiadujące ze sobą mogą się zbliżana długość łańcucha. Nad każdym otworem wypisana jest białą farbą nazwa psa. Wewnątrz budy na całej jej długości ciągnie się na stopę lub może więcej nad ziemią pomost, wysłany miękko słomą. Otwory dla psów opatrzone są drzwiami; w razie silnego zimna drzwi zamyka się.


Do wożenia psów na polowanie używa się wielkiego szarabana, zwanego w lokalnej gwarze „tramwayem”, a opatrzonego w koło galeryjką, do której wszystkie psy są przywiązane. Tym sposobem unika się wszelkich nieporozumień pomiędzy temi zaciętymi zapaśnikami. Właściciel ma zawsze ze sobą sztuciec w instrumentami chirurgicznymi do cerowania silnej pokaleczonych.
Zapoznawszy czytelnika z systemem polowania, w Różance, możemy wrócić do naszej relacji.


Brak śniegu utrudnił bardzo zadanie i dlatego nasz szanowny gospodarz był bardzo niespokojny o pomyślny rezultat łowów. Za to pogodę mieliśmy doskonałą, jasne słońce usposabiało wesoło całe towarzystwo, a mrozik kilkostopniowy, przy ostrym wietrze szczypał nas nieco w uszy. Polować mieliśmy ze sztucerami, a tylko postrzałków brać psami i dokółować.


Cały las Różański jest doskonale do polowania urządzony. Regularnie linie, przecinają go na wszystkie strony. A chociaż linie te są bardzo wąskie, to niemniej zajmują one około 50 włók na całej przestrzeni lasu. Niektóre z nich zaorywa się i obsiewa bulwą, lub innemi roślinami pastewnemi. W zagajeniach, aby ułatwić nieco strzały, chojaki są podkrzesane przy liniach na odległość kilku kroków po obu stronach, a przed stałemi stanowiskami porobione małe przecinki, ułatwiające spostrzeżenie zwierza, gdy ten do linii dochodzi.


Ponieważ dziki trzymają się przeważnie najbardziej gęstych zagajeń, więc i zadanie prowadzącego łowy polegało głównie na pędzeniu tych kultur. Pierwszego zaraz dnia, jakkolwiek zaczęliśmy polować dopiero koło 2-ej po południu, udało nam się mieć na rozkładzie trzy dziki, z których jeden piękny pojedynek (350 funtów) legł od kuli hr. Augusta.


Najlepiej powiodło nam się polowanie dopiero drugiego dnia, to jest we wtorek 7 marca, w dniu tym bowiem padło 7 dzików i 2 lisy. Było tam i kilka pudeł, lecz takowe łatwo wytłumaczyć się dają wązkością linij i strasznym gąszczem po obu stronach. Zauważyliśmy też, że nie tylko dziki, ale nawet i lisy w gąszczu tym wykorzystują zwykle do ostatniej chwili i dopiero wyskakują niespodzianie, gdy obławnicy są już na odległość kilkunastu kroków od linii. Dnia tego obława przeszła obok, niezauważywszy dużego zabitego pojedynka, a jednak ludzie szli na odległość zaledwie kilku kroków jeden od drugiego. Na dwa postrzelone dziki puszczaliśmy psy i wzięte przez nie dokłówaliśmy. Dzień 8 marca był znacznie gorszy, gdyż padło tylko 3 dziki (jeden pojedynek 375 funtów, zabity przez hr. Augusta), lecz dnia tego było więcej pudeł, jak sztuk zabitych.


Wreszcie ostatni dzień (9 marca) dał nam 5 dzików, w liczbie których – na szczęście – 3 prośne lochy. Trudno było jednak ustrzedz się od zabicia macior, tak strzały do dzików były niespodziane i zrywcze.


Gdy dnia następnego szykowaliśmy się do odjazdu, spoglądaliśmy dumnie z okien pałacu różańskiego na szubienicę, ustawioną vis a vis, na której majestatycznie wisiało 18 dzików (w nich liczbie 3 pojedynki) i 2 lisy. Podziękowaliśmy Szanownemu Gospodarzowi za prawdziwą ucztę myśliwską, jakiej nam dostarczał, z żalem opuściliśmy Różankę, bo chwile tam spędzone zaliczamy, do najmilszych.


Świetny rezultat łowów, wobec kompletnego braku śniegu, zawdzięczać należy w znacznej części p. Pawlasowi, nadleśnemu dóbr Różańskich, którzy nadzwyczaj umiejętnie całe polowanie prowadził.

 

Litewskie rojsty


Od mokradeł na Kresach po afrykański busz. Tak polował Benedykt Tyszkiewicz, jeden z największych myśliwych międzywojnia. W dwudziestoleciu międzywojennym Benedykt Tyszkiewicz był w środowisku myśliwych osobą bardzo szanowaną i dlatego piastował zaszczytne stanowisko prezesa oddziału wileńskiego PZŁ. Jego łowiska pełne były zwierza, a rezultaty polowań udowadniały, że jest jednym z największych hodowców.

Benedykt Jan Tyszkiewicz

Benedykt Jan Tyszkiewicz był ostatnim dziedzicem Czerwo¬nego Dworu, pięknego zamku nad Niewiażą (obecnie Litwa), którego historia sięga jeszcze czasów ekspan¬sji zakonu krzyżackiego na Żmudź. Jego łowiska i wspaniałe polowa¬nia często były opisywane w prasie międzywojennej. Bolesław Święto¬rzecki w swoim pamiętniku „Myśli¬stwo na Kresach Wschodnich” tak opisał majątek hrabiego: „Wyjątkowo wzorowo prowadzony rewir łowiecki w byłej Kowieńszczyźnie stanowił klucz Czerwono-Dworski położony w pobliżu Kowna, własność Benedykta hr. Tysz¬kiewicza. Gospodarstwo rolne było w wysokiej kulturze. Zwierzostan u Benedykta hr. Tyszkiewicza pełen był zajęcy, jarząbków, bażantów i kuropatw posta¬wiony nadzwyczaj wysoko. Bażantarnia doskonale utrzymana, masa bażantów w remizach i na polach położonych nad rzeką Niewiażą oraz w zagajnikach, gdzie były prowadzone na dziko”.

Polowanie w Czerwonym Dworze

Zamieszczone w „Łowcu Polskim” łączne zestawienie upolowanej w tym łowisku zwierzyny powinno dać każ¬demu wytrawnemu łowczemu wiele wskazówek, jak polowano w dawnych czasach. W 1911 roku na dorocznym dwudniowym polowaniu w 12 strzelb rozkład wyniósł: 1042 zające, 1 lis, 53 jarząbki, 846 bażantów i 54 kuropatwy, razem 2007 sztuk. Taki pokot robi wiel¬kie wrażenie, ale trzeba pamiętać, że był wynikiem dwóch lat hodowania zwie¬rzyny i tępienia wszelkich drapieżników.
Łącznie w tym sezonie upolowano 57 lisów, 4 rogacze, 1129 zajęcy sza¬raków, 13 bielaków, 14 borsuków, 6 kun, 10 cietrzewi, 76 jarząbków, 167 kuropatw, 1 przepiórkę, 922 bażanty, 91 kaczek, 11 słonek, 1 dubelta, 28 kszy¬ków, drapieżników drobnych 397 sztuk, drapieżników pierzastych 2310 oraz psów i kotów 283 sztuki. Razem sztuk zwierzyny użytkowej 2537, a szkodni¬ków 2990 sztuk!

Polowanie na wilki w dobrach Tyszkiewiczów

Słynnym rewirem Benedykta Tyszkiewicza były również Pierszaje (powiat wołożyński0, gdzie znajdował się czterystuhektarowy zwierzyniec, w którym było kilkadziesiąt jeleni, daniele i sarny nie licząc bielaków, jarząbków, kaczek i innej zwierzyny. Na wiosnę hrabia wypuszczał ze zwierzyńca kilkanaście sztuk jeleni, aby te szlachetna zwierzyna zasiedlała łowiska. W Pirszajach była zakrojona na dużą skalę hodowla zajęcy i bażantów. Polowania na nie odbywały się tylko co drugi rok; przy 12 strzelbach w 3 – 4 dni padało 200 – 250 zajęcy.


Główny łowczy i bażantarnik Antoni Wukszan pilnie strzegł i doglądał rewirów. Zamieszczał w Łowcu Polskim krótkie  notatki z polowań. Między innymi w nr 23/1907 czytamy:


„W dniach 28 i 30 sierpnia odbyło się polowanie na kuropatwy w dobrach Czerwony Dwór, koweńskiej guberni i powiatu, Benedykta hr. Tyszkiewicza. Polowano półtora dnia w pięć strzelb. Ubito 315 sztuk, z których najwięcej na rozkładzie miał Eustachy książę Sapieha (senior)”.

Pałacyk myśliwski w Wiałej

Wiele wrażeń przynosiły także polowania w Wiałej, gdzie w sercu puszczy stał drewniany pałacyk myśliwski Tyszkiewiczów. Piętrowy, z biegnącą wokół ścian galerią, ażurowym szczytem z wieńcami jeleni. Niedaleko pałacyku na wielkim mszarze były rozległe tokowiska głuszców. Zjeżdżano też do Wiałej jesienią na łosie oraz dziki. Strzelano też niedźwiedzie, ostatni miś padł w 1887 roku.

Benedykt Jan Tyszkiewicz z upolowanym dzikiem

Na safarii

W 1924 roku Benedykt brał udział w wyprawie, którą zorganizował Alfred hr. Potocki – ordynat łańcucki. Pojechali z nim również Jerzy Potocki, Adam i Zygmunt Zamoyscy oraz Roman Potocki. W sumie strzelili 3 lwy, 4 słonie, 12 bawołów, 5 hipopotamów, 3 żyrafy, nie licząc mniejszego zwierza. (Łowiec Polski, nr 9/2017 r. autor Piotr Załęski).

 

 

Polowania w Ordynacji Potockich - Łańcut i Antoniny

 

Potoccy to rodzina bardzo mocno osadzona w kulturze europejskiej, należąca do najwyższej socjety, przede wszystkim przez koligacje i polityczne kontakty, ale i stawiająca sobie wysokie wymagania, dążąca do ciągłych udoskonaleń, i ambitnie, mniej lub bardziej świadomie rywalizująca nie tylko między sobą, ale i z innymi domami.

 

Rodzina Potockich wywodzi się z Potoka koło Jędrzejowa. Pierwsza wzmianka Potockich bez podania herbu pochodzi z 1236 roku. Pierwszym mitycznym Potockim był Żyrosław z Potoka. Według legendy dzieci jego syna, Aleksandra, były protoplastami nowych rodów takich jak Moskorzewscy, Stanisławscy, Tworowscy, Borowscy i Stosłowscy.

 

Potoccy używają herbu Pilawa w sposób udokumentowany dopiero od Jakuba podkomorzego halickiego, a więc od 1535 roku, kiedy pojawia się pierwsza wzmianka w dokumentach z herbem Pilawa. Ród nabiera znaczenia od początku XVII wieku od czasów hetmana Stanisława Rewery Potockiego, przeżywając szczyt największej potęgi w wieku XVIII będąc wtedy jednym z najbogatszych, najbardziej wpływowym i najpotężniejszych rodów magnackich w Polsce. Ród ten dał Rzeczypospolitej zarówno szereg dzielnych wodzów, jak i zdrajców. W XVIII wieku część rodu (prymas Teodor Andrzej Potocki, Franciszek Salezy Potocki, hetman Józef Potocki) jako antyrosyjscy „republikanci” zwalczała reformatorski program stronnictwa Familii i zrywała sejmy, inna część w osobach najwybitniejszych swych przedstawicieli, Ignacego i Stanisława Kostki, opowiadała się za reformami i brała udział w pracach Stronnictwa Patriotycznego, jednocześnie w osobie prorosyjskiego Stanisława Szczęsnego popierając targowiczan. Zaznaczyli się mocno w wielkim dziele odrodzenia narodu w dobie stanisławowskiej i organizacji oświaty w Księstwie Warszawskiem i Królestwie Kongresowym, członkowie jego zajmowali wybitne stanowiska w życiu politycznym b. zaboru austriackiego. Dokładna genealogia rodu Potockich opisana jest w „Złotej księdze szlachty polskiej” Żychlińskiego.

 

Protoplastą linii żyjącej do teraz jest Jakub Potocki (ok. 1481-1551). Ród podzielił się na trzy główne linie:

    hetmańską zwaną „Srebrna Pilawa”,
    prymasowską zwaną „Złota Pilawa”,
    wielkopolską (uważaną za najstarszą) zwaną „Żelazna Pilawa”, pierwotnie używającą herbu Szeliga.

Dwie pierwsze z wymienionych wyżej linii rozpadły się na liczne gałęzie, z których najważniejsze to:

    „Gałąź łańcucka”,
    „Gałąź krzeszowicka”,
    „Gałąź tulczyńska” (wymarła w 1921),
    „Gałąź podhajecka”,
    „Gałąź wilanowska”,
    „Gałąź buczacka”,
    „Gałąź smotrycka”,
    „Gałąź lwowska”,
    „Gałąź guzowska”,
    „Gałąź chrząstowska”.

 

Pierwsze regulacje prawne dotyczące łowiectwa w dobrach Potockich w Wilanowie

Aleksander Stanisław Potocki

Aleksander Stanisław Potocki herbu Pilawa z gałęzi wilanowskiej (ur. 15 maja 1778 w Wilanowie, zm. 26 marca 1845 w Warszawie) – hrabia w Królestwie Kongresowym w 1820 roku, wielki koniuszy dworu królewskiego Mikołaja I Romanowa w 1830 roku, dziedzic m.in. dóbr wilanowskich, szambelan Cesarza Napoleona Bonaparte, Wielki Koniuszy Dworu Króla Jegomości w Warszawie w 1811 roku.


•  Aleksander Stanisław Potocki był właścicielem pałacu w Wilanowie (zgromadzone w nim zbiory sztuki udostępnił do zwiedzania w 1805 r. jego ojciec Stanisław Kostka Potocki).
•  Jedną z największych jego pasji były konie – sprawował urząd Wielkiego Koniuszego Korony, jest autorem rozpraw o hodowli koni, a także za jego kadencji jako Dyrektora Generalnego Stad i Stacji Stadnych Królestwa Polskiego, został wyhodowany specjalny typ konia janowskiego w stadninie w Janowie.


Najstarszym przekazem, w którym można odnaleźć regulacje dotyczące funkcjonowania i organizacji łowiectwa w dobrach rodziny Potockich, jest "Instrukcja do pana Winklera leśniczego lasów osieckich od Aleksandra Potockiego" wydana 20 sierpnia 1811 r. w Otwocku. Dokument ten wystawił Aleksander Potocki, który właśnie w 1811 r. nabył Osieck od ks. Józefa Poniatowskiego. Dzięki temu dobra te stały się częścią ogromnego latyfundium rodziny Potockich, którego centralną część stanowiły dobra Wilanów. Trzeba zaznaczyć, iż jest to jedna z nielicznych oraz najprawdopodobniej najstarsza instrukcja dotycząca funkcjonowania administracji i gospodarki leśnej w dobrach magnackich. Dokument ten składa się z czterech kart, na których zostało spisanych dziewięć artykułów, z tego trzy dotyczą łowiectwa:


VII. O konserwie zwierza różnego,
VIII. O polowaniu i łowiectwie,
IX. O utrzymaniu psów.

 
Artykuł VII zakazywał w okresie wiosennym polować na ptactwo oraz pozostałą zwierzynę z wyłączeniem wilków. Nakazywano tępić te drapieżniki na wszelkie możliwe sposoby, i to przez cały rok. Artykuł zabraniał także gajowym urządzania polowań w lasach oraz spacerowania z psami, gdyż w ten sposób płoszyli zwierzynę.


Kolejny artykuł zawiera najistotniejsze informacje dotyczące ówczesnej gospodarki łowieckiej w dobrach wilanowskich. Sezon łowiecki na ptactwo trwał wówczas od 1 września do 1 marca. Polowania na ten rodzaj zwierzyny łownej, jak również na lisy i zające, były organizowane najczęściej, gdyż nie wymagały dużych przygotowań. Gajowi i podleśniczowie odpowiedzialni byli za monitorowanie zwierzyny znajdującej się na terenie dóbr i tej, która przeszła z przyległych gruntów. Obserwowano m.in.: łosie, niedźwiedzie, dziki, jelenie, sarny i wilki. O każdym przemieszczeniu zwierząt informowany był leśniczy, który po osobistym zweryfikowaniu wiadomości miał obowiązek niezwłocznie zorganizować łowy. Aby polowania były skuteczne, angażował odpowiednią liczbę ludzi na obławę, a także psy, które miał do swojej dyspozycji. Całą upolowaną zwierzynę odstawiano po łowach do kuchni pałacowej.


W artykule VIII mamy także bardzo interesującą wzmiankę dotyczącą amunicji myśliwskiej. Dowiadujemy się z niej, że z 1 funta prochu i 6 funtów śrutu wytwarzano 60 naboi (w tych czasach polowano ze strzelbami kurkówkami ładowanymi od strony wylotu lufy, i to właśnie bezpośrednio w lufie sporządzany był ładunek). Od tej liczby odliczano z góry trzecią część na pudła, z tego też powodu za każdą kolejną 40. upolowaną sztukę zwierzyny leśniczy otrzymywał od Zarządu Głównego Dóbr 1 funt prochu i 6 funtów śrutu oraz kul w odpowiedniej proporcji.


Artykuł IX, jak wskazuje jego tytuł, dotyczy psów myśliwskich. Informuje on, iż leśniczy opiekował się jedną sforą gończych (czyli dwoma psami), którą otrzymał od skarbu. Nie mógł używać ich do własnych celów łowieckich, miał za to obowiązek korzystać z nich, gdy zaistniała potrzeba dostarczenia zwierzyny do kuchni pałacowej. Miał również polować z psami wyłącznie przy dobrej widoczności, aby przypadkiem ich nie utracić.


Zapisy omawianej instrukcji ukazują istotną rolę gospodarki łowieckiej w dobrach należących do rodziny Potockich oraz wysoki poziom jej organizacji i funkcjonowania.

 

Niewiele jest przekazów o polowaniach w Wilanowie, tym bardziej swoistym "białym krukiem" jest opis polowania zorganizowanego dla Cara Aleksandra II. Wilanów podówczas był własnością Augusta Potockiego.

August Potocki

August Potocki (1806–1867), starszy syn Aleksandra i Anny z Tyszkiewiczów, wnuk Stanisława Kostki, z działów rodzinnych otrzymał klucz wilanowski, dobra międzyrzeckie oraz inne posiadłości, pomnożone o posag jego żony Aleksandry Potockiej. Chociaż  piastował urzędy rzeczywistego radcy stanu i koniuszego dworu rosyjskiego i był także kawalerem orderu Legii Honorowej, w gruncie rzeczy okazał się postacią dość przeciętną. Nie zaprzątał sobą uwagi współczesnych pamiętnikarzy, toteż niewiele można o nim powiedzieć. Jego małżonka Aleksandra (w najbliższym gronie zwana Aleksą) o wyraziście zarysowanej osobowości, odgrywała w tym stadle, jak się zdaje, rolę dominującą. Długoletnia korespondentka hrabiny Augustowej,  Eliza z Branickich Krasińska, żartobliwie ale uparcie nazywała w swoich listach Potockiego Don Gugulem, co sugeruje, iż wnuk Stanisława Kostki, raczej dobroduszny, nie był jednak pozbawiony poczucia humoru.

 

August Potocki poślubił swą kuzynkę Aleksandrę w Edynburgu 11 stycznia 1840 r., o czym donosił „Kurier Warszawski” z dnia 4 lutego tego roku, anonsując między innymi: „Błogosławił miejscowy Biskup, otoczony licznem Duchowieństwem. Po obrzędzie religijnym, młodzi Małżonkowie udali się do maiętności Lorda Dunmore, gdzie mieli przez kilka dni zabawić (...). nowożeńcy odwiedzili sąsiednie znakomite domy, i są w Warszawie spodziewani w przyszłym miesiącu” .Wyprawę panny młodej, według prasy paryskiej, szacowano na 200 tysięcy franków. Trwające 28 lat małżeństwo państwa Potockich pozostało bezdzietne (nb. Aleksandra, jak wynika z jej korespondencji z Elizą Krasińską, miała niewytłumaczalną awersję do dzieci), natomiast z wielką pasją kontynuowała dzieło kolekcjonerskie Stanisława Kostki i Aleksandra Potockich, powiększając zbiory wilanowskie. Małżonkowie kupowali obrazy zarówno w kraju, jak i za granicą, toteż galeria pałacowa w końcu  XIX wieku liczyła ich ponad tysiąc i była jedną z największych w ówczesnej Polsce.

Aleksandra Potocka

Aleksandra Potocka (1818-1892), zwana po mężu Augustową; opiekunka Wilanowa, która restaurowała pałac i wraz z mężem ufundowała wilanowski kościół św. Anny, była opiekunką ubogich, fundatorką szpitala dziecięcego i propagatorką nowoczesnego rolnictwa, dostawała nawet liczne nagrody za rzadkie rośliny hodowane w ogrodach wilanowskich. Jej pracowitość i - co tu kryć - nadmierna surowość obyczajów stały się źródłem wielu anegdot.

 

Car Aleksander II na polowaniu w Wilanowie:

 

Dnia 29 września 1858 r. na życzenie Cesarza Aleksandra II zorganizowane zostały huczne łowy w dobrach wilanowskich. Okazją do ich wyprawienia była wizyta Cesarza Francuzów Napoleona III Bonaparte w Warszawie. Polowanie odbyło się na terenie parku natolińskiego oraz zwierzyńca, a oprócz Cesarzy wzięli w nich udział także m.in. książę weimarski Karol Aleksander oraz namiestnik Królestwa Polskiego Michaił Dymitrowicz Gorczakow.


Przygotowania do łowów rozpoczęto ponad dwa tygodnie wcześniej. Za jeden z głównych celów postawiono sobie odzianie służby leśnej w nowe stroje. Według przekazów źródłowych leśniczowie, podleśniczowie, bażantnik oraz strzelcy, którzy stali w trakcie łowów przy myśliwych, brani byli w zielone kurtki i szare spodnie, dodatkowo głowę każdego zdobiła zielona czapka, a u pasa przy boku widniał kordelas. Gajowi i dozorca zwierzyńca mieli na sobie szare mundury oraz czapki z zielonymi wypustkami, a do tego czarne pasy z herbem Potockich.


Mimo że w polowaniu uczestniczyło tylko kilku myśliwych, nad sprawną organizacją łowów czuwało wówczas 66 osób ze służby leśnej, w tym: siedmiu leśniczych, sześciu podleśniczych, 45 gajowych, bażantnik, dozorca zwierzyńca i sześciu strzelców. Liczba strzelców wskazuje jednocześnie liczbę myśliwych biorących udział w łowach. Niestety nie zachowały się przekazy mówiące o tym, kim były dwie pozostałe osoby biorące udział w polowaniu.


Za udział w polowaniu każdy leśniczy i podleśniczy otrzymał wynagrodzenie w wysokości 5 złotych polskich, zaś gajowi po 2 złote polskie. Po zakończeniu polowania leśniczowie i podleśniczowie dostali nakaz zwrócenia otrzymanych kordelasów nadleśnemu generalnemu. Obława biorąca udział w polowaniu liczyła aż 660 osób. Składała się z chłopów z przyległych wsi, nie przyjmowano do niej kobiet. Wymagano, aby obławnicy byli czysto i schludnie ubrani oraz zachowywali się jak najciszej.


Po tych hucznych łowach na pokocie znalazły się cztery daniele byki, osiemnaście zajęcy i dwadzieścia sześć bażantów. Najcelniejszym okiem wykazał się Cesarz Aleksander II, który upolował dwa daniele byki, pięć zajęcy i dziewięć bażantów. Napoleon III oraz Karol Aleksander strzelili zaś jedynie po cztery bażanty i trzy zające. Relacja z tego polowania ukazała się nawet na łamach „Kuriera Warszawskiego” z 30 września 1858 r.


Organizacja łowów w dobrach Wilanów należała do leśniczych, którzy doskonale znali podległe im lasy i miejsca przebywania zwierzyny. Przed polowaniem zlecali oni gajowym objazdy rewirów, z których otrzymywali raporty dotyczące liczby oraz gatunku obtropionej zwierzyny. Posiadając te informacje, leśniczy obmyślał plan rozpoczęcia oraz kierunku polowania w taki sposób, by jak najbardziej skrócić długość marszu, zarówno myśliwym, jak i nagance, w drodze do kolejnego miotu, czyli terenu łowiska. Dzięki temu możliwe było opolowanie większego terenu. Gotowy plan polowania w formie papierowej wraz z liczbą mających się odbyć miotów leśniczy przedstawiał właścicielowi dóbr do akceptacji. Do zadań leśniczego należało także przygotowanie stanowisk dla myśliwych, tak by zapewnić polującym wygodę. W miejscach, gdzie nie było żadnego pnia lub pochyłego drzewa, sporządzano ławeczkę, a pod nogi rzucano słomę lub suchy mech. Wycinano również wszelkie zakrzaczenia i drzewka, które mogłyby przeszkadzać myśliwemu w oddaniu strzału, jeżeli zaś stanowisko było zbyt odkryte, zasłaniano je gałęziami.


Przed rozpoczęciem łowów polujący losowali numery stanowisk, a następnie leśniczy odprowadzał każdego w wyznaczone miejsce i informował, skąd przyjdzie obława oraz gdzie odbędzie się zbiórka myśliwych po odbytym pędzeniu. Zakończywszy rozprowadzenie, leśniczy instruował, dokąd mają udać się bryczki lub sanie i gdzie należy rozpalić ogniska. Zazwyczaj rozstawiane były przy nich ławki, a czasem nawet duży stół, przy którym spożywano posiłek. Po wykonaniu owych czynności leśniczy podjeżdżał konno do obławy i na trąbce albo wystrzałem dawał znak do ruszenia.


W skład obławy wchodzili miejscowi ludzie wyznaczeni przez sołtysów wsi przyległych do terenu, gdzie odbywało się polowanie. Byli to wyłącznie starsi chłopcy i mężczyźni, dobrze odziani oraz, co ważne, trzeźwi. Za organizację i dyrygowanie nimi odpowiedzialni byli gajowi, których obowiązkiem było unikać przepychanek i zbędnych krzyków. Nagankę ustawiano w taki sposób, aby młodzi stali na przemian ze starszymi. Czasami każdy z uczestników otrzymywał numer, aby ułatwić odtworzenie pierwotnego układu. Było to konieczne, gdyż naganka w tym samym ustawieniu musiała chodzić przez całe polowanie, co pozwalało na uniknięcie chaosu. Obławnikom rozdawano grzechotki przygotowanie wcześniej przez gajowych oraz kazano zaopatrzyć się w kije. Przed polowaniem leśniczy powiadamiał gajowych, w którą stronę po dojściu do linii stanowisk mają skierować nagankę. Dzięki temu również unikano niepotrzebnych krzyków, które psuły polowanie i płoszyły zwierzynę z nieopolowanych jeszcze części lasu. Czasem wyznaczano nawet dodatkowe wynagrodzenie, by skłonić obławników do zachowania ciszy podczas całego polowania. Szli oni w milczeniu, używając tylko od czasu do czasu grzechotki lub postukując o drzewa kijami. Naganka cichła zupełnie, gdy zbliżała się na odległość ok. stu kroków do linii strzelców.


Przy wystarczającej liczbie obławników podczas polowaniu na grubego zwierza urządzano również tzw. obławę stojącą. Wyglądała ona tak, że prócz normalnej idącej w kierunku linii myśliwych naganki na bokach miotów stali lidzie, którzy co jakiś czas postukiwali kijami o drzewa i nie pozwalali zwierzynie wymknąć się z miotu. Po zakończonym polowaniu gajowi mieli obowiązek zliczyć obławników, którzy następnie spisywani byli przez leśniczego. Potrzebowano tego do późniejszego policzenia im przez dwór za pańszczyznę lub do zapłaty.


Polowania organizowane w przedstawiony powyżej sposób miały przede wszystkim sprawiać przyjemność polującym, a zwłaszcza właścicielowi dóbr. Były one jednocześnie źródłem pozyskania potrzebnej w kuchni pałacowej dziczyzny. Trzeba również nadmienić, że polowania z obławą odbywały się jedynie raz, najwyżej dwa razy do roku. Dlatego też starano się ze wszech miar, aby ich organizacja była przeprowadzana jak najsprawniej i zwieńczona pozyskaniem pokaźnej ilości zwierzyny.

 

Z bardzo wielu bogatych i słynnych, dzisiaj już legendarnych, dóbr i rezydencji magnackiego rodu Pilawitów Potockich, jak Buchacz, Stanisławów, Raj, Krystynopol, Radzyń, Wilanów, Tulczyn, Peczara, Jabłonna, Zator, Wysokie Litewskie czy Pomorzany, na przełomie XIX i XX wieku sławą szczególną i wyjątkowym zainteresowaniem cieszyły się dwa majątki: Łańcut – rezydencja ordynacka położona w ówczesnej Galicji w monarchii austro – węgierskiej i Antoniny – wielkie dobra wołyńskie należące w czasach zaborów do imperium rosyjskiego.


Potoccy z Łańcuta są w prostej linii potomkami hetmańskiej gałęzi Pilawitów – Potockich na Stanisławowie – ich prywatnej twierdzy. Gałąź zwie się hetmańską, bowiem może poszczycić się aż sześcioma hetmanami.


Domy w Łańcucie i Antoninach łączyła więź rodzinna. Wiązały ich małżeństwa, wzajemne wizyty, polowania, wspólne spędzenie świąt i braterska zażyłość pomiędzy synami Romanów i Józefów Potockich, co przełożyło się na następne pokolenia. (por. Aldona Cholewianka – Kruszyńska, Łańcut i Antoniny. Polowania u Potockich).

 

Historia Łańcuta sięga wczesnego średniowiecza. Za datę lokacji miasta przyjmuje się 1349 rok i wiąże się ją z królem Kazimierzem Wielkim. Łańcut należał kolejno do Pileckich, Stadnickich, Lubomirskich i Potockich.


Pierwsza siedziba "panów na Łańcucie" usytuowana była na wzgórzu w północnej części miasta. Obecny Zamek wzniesiony został na polecenie Stanisława Lubomirskiego w latach 1629 - 1642. Była to wówczas nowoczesna rezydencja typu "palazzo in fortezza", składająca się z budynku mieszkalnego z wieżami w narożach otoczonego fortyfikacjami bastionowymi. Przy jej budowie zatrudnieni byli m.in. Maciej Trapola, Krzysztof Mieroszewski, Tylman z Gameren i Giovanni Battista Falconi.

Rycina pochodzi z dzieła Leonarda Chodźki La Pologne historique....

W drugiej połowie XVIII w. ówczesna właścicielka Łańcuta Izabella z Czartoryskich Lubomirska przekształciła fortecę w zespół pałacowo - parkowy. W Łańcucie pracowało wówczas wielu wybitnych artystów m.in. Szymon Bogumił Zug, Jan Christian Kamsetzer, Christian Piotr Aigner, Fryderyk Bauman i Vincenzo Brenna.

Najważniejsze zmiany wprowadzono w układzie i wyposażeniu zamku, dostosowując je do potrzeb i podporządkowując aktualnie panującej modzie. Pałac wypełnił się znakomitymi dziełami sztuki. W latach siedemdziesiątych XVIII w. rozpoczęto kształtowanie parku otaczającego Zamek Po zniwelowaniu przedwałów, usytuowanych wzdłuż drogi krytej obiegającej fosę, zasadzono lipy i w ten sposób utworzono aleję spacerową.

Salon Bouchera odrestaurowany i urządzony przez Romanów Potockich

Salon Narożny zaaranżowany przez Romanów Potockich

Pokój w Łańcucie 1937 r.

Pod koniec XVIII w. Łańcut należał do najwspanialszych rezydencji w Polsce. Kwitło tutaj życie muzyczne i teatralne, bywało wielu znakomitych gości. W 1816 r. po śmierci księżnej Lubomirskiej, cała posiadłość stała się własnością jej wnuka Alfreda I Potockiego, który utworzył tutaj w 1830 r. ordynację.

Łańcut - stan obecny


Alfred I Potocki


Po podziale majątku Alfred Potocki otrzymał dobra łańcuckie oraz dobra lwowskie z pałacem w stolicy Galicji i ziemie na Podolu i ustanowił ordynację, w której rządy do jej likwidacji w lipcu 1939 roku sprawowali kolejno: on – jako Alfred I, Alfred II, Roman i ostatni, Alfred III.

Alfred Potocki (urodzony 4.03.1786, w Paryżu – zmarł 23.12.1862, Łańcut) pełnił wiele funkcji państwowych nadanych przez Wiedeń w tytularnym królestwie Galicji i Lodomerii. Jego największą zasługą dla Łańcuta było utworzenie ordynacji z zasadą niepodzielności, niezbywalności i nieobciążalności dóbr. Ich dziedzicem mógł być wyłącznie najstarszy syn ordynata. W przypadku wygaśnięcia zaś rodu połowa majątku miała być przeznaczona na wsparcie uczącej się młodzieży, a druga dla wojskowych w stanie spoczynku.

Łopaty daniela strzelonego przez I ordynata. Najstarsze zachowane trofeum Potockich

Alfred Potocki był ożeniony z piękną Józefiną Marią z Czartoryskich. Zarówno ta, jak i kolejne hrabiowskie pary dokonywały remontów i przebudów zamku i jego otoczenia. Po pierwszym ordynacie do naszych czasów dotrwały przede wszystkim park w angielskim stylu krajobrazowym oraz kryta ujeżdżalnia w stylu klasycystycznym.

Józefina Maria Potocka

Dziedzicami Łańcuta od 1816 roku byli: wnuk księżnej Lubomirskiej, Alfred Potocki i jego żona Józefina (Józefa) z Czartoryskich, zwana w rodzinie Juzią (takiej używano pisowni). Józefina była córką księcia Józefa Klemensa Czartoryskiego z Korca - postaci zasłużonej dla polskiej historii, a przede wszystkim gospodarki. Także jej mąż, Alfred Potocki, pierwszy łańcucki ordynat, był pochłonięty sprawami gospodarczymi – modernizował majątek i wznosił bardzo wiele związanych z rolnictwem, leśnictwem i przemysłem nowych obiektów. Za jego czasów powstał też nowy zamkowy zespół hippiczny. Natomiast Józefina Potocka w znacznym stopniu kreowała sposób urządzenia i funkcjonowania zamku. Była jednak niezwykle chimeryczna i dość wyniosła. Potrafiła zostawić gości i wyjść w czasie przyjęcia do swoich pokoi. W przeciwieństwie do męża nie utrzymywała też kontaktów z okolicznymi, mniej, lub bardziej zamożnymi sąsiadami. Ale to ona spowodowała wiele zmian, jakie wprowadzili ordynatowie w zamku. Za pierwszego ordynata wyremontowano wiele wnętrz pierwszego i drugiego piętra, sprowadzając z Wiednia i Londynu nowe wyposażenie. Wtedy też powstały słynne mozaikowe podłogi, które znajdują się w większości wnętrz na pierwszym piętrze. Józefina urządziła także apartament dla swego młodszego syna Alfreda Józefa i jego żony Marii, sprowadzając wówczas z Wiednia niezwykle piękną, neorokokową boazerię. Salonik ten, w jednym z apartamentów na drugim piętrze, zachował się do dziś w niezmienionym stanie i jest symbolem gustu tamtej epoki i samej hrabiny.

Neobarokowa stajnia zamkowa w Łańcucie

Józefina słynęła z niezwykłej urody i prezencji. Była wysoka (pozostałe panie na Łańcucie były niskie), miała królewską postawę, kruczoczarne włosy, piękne oczy i brwi. Lubowała się w wytwornych strojach, a obraz Łańcuta, jako z wielkim smakiem urządzonego domu wynikał właśnie z jej wyczucia estetyki, ale i otwarcia na obce wzorce. Za czasów Józefiny Alfredowej Potockiej wprowadzono nowy, niespotykany w Polsce zwyczaj korzystania, o określonych porach dnia, ze stołów bufetowych zaopatrzonych w zimne mięsa i owoce nazywane fruktami. I choć jadano przy stołach nie była to jednak forma polskiego, długiego i hucznego biesiadowania z domownikami i gośćmi – co nie wszystkim się wówczas podobało. Dopiero po godzinie dwudziestej gromadzono się na dłużej przy stole, by zjeść wieczorny posiłek nazywany obiadem. Nie tylko dom, także stajnie prowadzono na sposób angielski. Łańcut był pierwszym, polskim majątkiem, w którym wprowadzono angielskie polowania par force, podobnie jak wyścigi konne. Alfred Potocki, a po nim jego potomkowie, był anglofilem. W czasach pierwszego ordynata było to sensacją - dotyczyło to, nie tylko prowadzenia domu, hippiki i sportów ale także form gospodarowania. I być może dlatego, że całe sąsiedzkie otoczenie było bardzo polskie, a Łańcut był tak bardzo angielski. Interesujące jest, że choć Józefina Potocka swoim wyglądem i strojami skupiała na sobie uwagę wszystkich, to dziś znany jest tylko jeden jej wizerunek, do tego tylko w formie fotografii ze starych, łańcuckich zbiorów. Gdzie obecnie znajduje się ów portret Józefiny – nie wiadomo. W przeciwieństwie do księżnej Izabelli Lubomirskiej, która ma bardzo wiele portretów - podobnie jak synowa Józefiny, czy żona jej wnuka Romana - sama pierwsza ordynatowa jawi się nam, jako dość tajemnicza osoba.


Alfred II Potocki


Kolejny ordynat, Alfred II Potocki (urodzony 29.07.1817, Łańcut – zmarł 18.05.1889, Paryż) ożenił się z Marią Klementyną z Sanguszków, dzięki czemu znacznie powiększył swój majątek o dobra na Wołyniu i Mazowszu. Pełnił m.in. funkcję ministra rolnictwa, premiera gabinetu królestwa Galicji i Lodomerii oraz namiestnika Galicji. Był wielkim faworytem Cesarza Franciszka Józefa, który zwracał się do niego po imieniu. Zaszczytu tego dostąpili jedynie członkowie rodziny cesarskiej, obcy panujący oraz hrabia Eduard von Taaffe, przyjaciel z dzieciństwa.

Alfred II gościł kilkakrotnie Franza Josepha. Wiele razy podejmował też jego syna, arcyksięcia Rudolfa. Cesarz odznaczył go m.in. Orderem Złotego Runa. Niestety, pod koniec życia, które spędzał głównie we Lwowie i Wiedniu, zaniedbał zamek.

Pałac łańcucki za czasów II ordynata

Maria Klementyna Potocka

Przeciwieństwem księżnej marszałkowej Lubomirskiej i pierwszej ordynatowej, Józefiny Alfredowej Potockiej była Maria Klementyna Sanguszkówna, żona drugiego ordynata. Urodziła się w roku wybuchu Powstania Listopadowego i już w kilka tygodni po urodzeniu została osierocona przez matkę. Jej ojciec, książę Roman Sanguszko przystąpił do Powstania w wyniku czego trafił na zesłanie. Mimo tragicznych losów udało mu się po kilkunastu latach wrócić do Sławuty, gdzie Maria wychowywana była przez jego rodziców - Klementynę z Czartoryskich (siostrę Józefiny Potockiej) i Eustachego Sanguszków – w kulcie córki zesłańca. Pisano na jej cześć wiersze, przyrównywano ją do białych konwalii, nazywano sierotą po hetmanie. Babka Klementyna, jako wotum za uwolnienie syna zrezygnowała z mieszkania w pałacu, który zamieniła na oficynę. Mała Maria przywykła więc do skromnych, wręcz siermiężnych warunków życia, choć była dziedziczką olbrzymiego majątku.  Kiedy dorosła, wszyscy kawalerowie pochodzący z najbogatszych, arystokratycznych polskich rodów starali się o jej rękę, choć znana była jako osoba krnąbrna i uparta, ale i o niezłomnym charakterze. Porównywano ją do stepowego rumaka. Została wydana za mąż za swojego dalekiego kuzyna, Alfreda Józefa, syna Józefiny. Kiedy w 1862 roku umierają Józefina i Alfred Potoccy, młodzi Alfred Józef i Maria zaczynają niepodzielnie rządzić Łańcutem i całą ordynacją - aż do 1889 roku.

Książę Roman Sanguszko (ojciec Marii Klementyny Potockiej)  pośród swego stada arabskich koni. Akwarela Juliusza Kossaka z 1871 r.

 Ale przywykła do skromnych warunków Maria i nie lubiący blichtru Alfred, nie modernizują i nie remontują zamku. Maria polecała przy tym w listach, aby służba ogrzewała wnętrza tylko do temperatury 13 stopni. Zamek nie miał łazienek - goście przywozili sobie do kąpieli gumowe wanny. Słynne „jenerały”, czyli nocniki chowano w szafkach przy łóżkach. Nad Wielką Jadalnią zawalił się sufit niszcząc znaczną część cennego serwisu chińskiego po Janie III Sobieskim, którym szczycono się jednak podczas wizyty Cesarza Franciszka Józefa (odwiedzał Łańcut dwukrotnie!). W ruinę popadł także teatr księżnej Lubomirskiej. Zamek nie miał nawet rynien. Mimo to Maria Potocka bardzo interesowała się historią i znała wartość zabytków. Sprowadzała do zamku kopie dokumentów rodzinnych z archiwów Potockich spoza Łańcuta (także w swoim rodowym majątku  założyła archiwum i bibliotekę). Zgromadzone dokumenty eksponowała w gablotach, co na owe czasy było dużą ekstrawagancją. Kupowała też stare cenne meble - dwie szafy gdańskie i angielską szafę kredensową – słynną „gruszkę” (jest wielką osobliwością - stanowi dzisiaj jedyny, znany na całym świecie tego typu mebel) możemy podziwiać w sali pod stropem na pierwszym piętrze. Podczas wizyty pary cesarskiej chlubiła się apartamentem po księżnej, jednak na co dzień był on zamknięty na klucz, gdyż zgromadzić tam kazała najcenniejsze dzieła sztuki po Marszałkowej. Tak jak jej teściowa, Maria urządziła apartament młodszych państwa na drugim piętrze, do tego dwa razy (jej syn Roman był dwukrotnie żonaty), kaplicę na parterze oraz na tarasie wschodnim altanę z datą 1863 r.

 

W osobowości Marii jawi się pewna ambiwalencja: z jednej strony doskonale zdawała sobie sprawę z wyjątkowości miejsca, w jakim przyszło jej żyć i z wartości dzieł sztuki, jakie Łańcut posiadał, ale z drugiej nie czuła potrzeby otaczania się nimi - mówi Aldona Cholewianka- Kruszyńska.  Znając wartość zabytków, jednocześnie pozwalała na ich zniszczenie. Interesujący jest też fakt, że ówczesny, niekomfortowy Łańcut był obiektem podziwu, do którego, mimo niewygód, ściągali goście, uważając zaproszenie do zamku w czasach Marii i Alfreda za towarzyskie „Złote Runo”, a niewygody traktując z wyrozumiałością. Zapewne zaszczytem i wartością było dla nich obcowanie z samymi właścicielami.


Roman Potocki


Do jego renowacji i modernizacji przystąpił na przełomie wieków trzeci ordynat – Roman Potocki (urodzony 16.12.1852, Łańcut – zmarł 24.09.1915, Łańcut). Ożenił się najpierw z Izabelą z Potockich po matce Sapieżanką, dziedzicząc ogromne dobra na Podolu. A gdy ta po 4 miesiącach zmarła na serce, wziął za żonę Elżbietę Radziwiłłównę, córkę ordynata nieświeskiego i kleckiego, Antoniego i Marii Doroty margrabianki de Castellane. Ich ślub odbył się w Berlinie. Elżbieta była przyjaciółką Cesarzowej Augusty. Cesarza Wilhelma I Hohenzollerna reprezentował jego syn Fryderyk Wilhelm (późniejszy Cesarz Fryderyk III) z żoną Wiktorią, która była córką angielskiej królowej Wiktorii.

W ten sposób Roman Potocki stał się właścicielem największej fortuny w Galicji i zyskał powiązania ze wszystkimi niemal panującymi domami Europy.

Izabella Potocka - pierwsza żona Romana Potockiego

21 marca 1883 roku zmarła we Lwowie w dziewiętnastej wiośnie życia Izabella Potocka, młodziutka żona hrabiego Romana Potockiego z Łańcuta. Przyczyną choroby była ukryta wada serca. Małżeństwo to trwało ledwie cztery miesiące: młodzi pobrali się 21 listopada 1882 roku w Warszawie. Hrabia Roman, mimo iż mariaż był dziełem jego matki i ojca panny młodej, od pierwszego wejrzenia zakochał się w pięknej Izabeli. I rzeczywiście, spoglądając dzisiaj na zachowane fotografie w kolorze sepii, widzimy urodziwą szatynkę, z pięknym długim warkoczem, o dużych, mądrych oczach. Ponieważ Izabela była kuzynką Romana (spokrewnioną z nim w trzecim stopniu), postarano się o dyspensę papieską, której udzielił młodym nuncjusz apostolski w Polsce. Potocki starszy był od swojej małżonki o trzynaście lat. Po czterech miesiącach od ślubu Łańcut był świadkiem niezwykle smutnej uroczystości. Na peronie, przystrojonym w czarne chorągwie, czekali najbliżsi Potockich i mieszkańcy Łańcuta. Tonąca w kwiatach trumna przewieziona została w uroczystym orszaku do kościoła parafialnego pw. św. Stanisława bpa. W uroczystościach uczestniczyło 200 kapłanów oraz czterech biskupów. Trumnę złożono w podziemiach kościoła farnego. Choć trzeci ordynat ożenił się po kilku latach ponownie - z hrabiną Elżbietą z Radziwiłłów nazywaną Betką - to jednak do końca życia nosił ponoć przy sobie fotografię ukochanej pierwszej żony, a na łożu śmierci wyszeptał jej imię: Izabelcia.

Roman Potocki

Roman Potocki z drugą żoną Elżbietą Radziwiłłówną

Roman Potocki był też dzieckiem szczęścia. Dopisywało mu ono szczególnie w grze w karty. Doszło do tego, że po ograniu kilku znakomitości sam Cesarz Franciszek Józef zabronił mu zasiadania za zielonym stolikiem. Ale ponoć w ten sposób zarobione środki inwestował m.in. w rozwój Łańcuta. Nie oszczędzał na wydatkach. Wzory czerpał z rezydencji najbogatszego człowieka w monarchii austro-węgierskiej, barona Nathaniela Rotschilda, a niektóre z cesarskiego pałacu Schönbrunn. Robotników zaś sprowadzał z Włoch, Wiednia, Francji. W Łańcucie założono łazienki i instalację wodociągową oraz kanalizację. Na przełomie wieków zamek został przebudowany i zyskał nową fasadę w stylu neobaroku francuskiego. Od 1906 roku zamek miał własną elektrownię, a później także telefony. Wreszcie po wielu innych modernizacjach i przebudowach w 1911 roku odnowiono i przebudowano teatr istniejący do dziś. Wokół zamku powstały: ogród włoski, ogród różany, palmiarnia i storczykarnia. Zbudowano także nową powozownię. Tuż przed I Wojną Światową rezydencja Potockich nie miała równych wśród innych rezydencji arystokracji polskiej.

Palmiarnia w Łańcucie

Storczykarnia w Łańcucie

Od początku przejęcia dóbr Potoccy rozpoczęli ożywioną działalność gospodarczą i budowlaną. Dzięki temu miasto od połowy XIX wieku zaczęło dźwigać się z marazmu. Uruchomiono browar, fabrykę likierów i rosolisów, rafinerie spirytusu, cukrownie, spichlerze, chmielarnie.

 

W powyższym tekście pada słowo "rosolis". Wymaga ono wyjaśnienia:

 

"Rosolisy to wysokoprocentowe likiery o smakach : ziołowo-gorzkim, różanym i kawowym. Rosolisy były znane w Europie już w XIV w. Jako pierwsi zaczęli je wyrabiać Włosi, najpierw alchemicy, a później zakonnicy i likworyści. Alechemikom zawdzięczają rosolisy swoją nazwę, pochodzącą od łacińskiego określenia "ros solis", czyli rosa słoneczna. Nalewki te uważano nie tylko za przysmaki, ale i za lekarstwa. Receptura rosolisów trafiła do Polski w XVII wieku. Dawna Uprzywilejowana Fabryka Likierów, Rosolisów i Rumu Alfreda hr. Potockiego, która powstała w 1764 roku, zasłynęła z produkcji tych znakomitych trunków. Znane w całej Europie rosolisy z Łańcuta uchodziły za najlepsze i najdroższe alkohole podawane na ucztach możnych ówczesnego świata. Cesarz Austrii, Franciszek Józef I, składając wizytę hrabiemu Potockiemu, ugoszczony został przez niego rosolisami. W Łańcucie rosolisy produkowane są od czasów Alfreda I hr. Potockiego. Obecnie w Polsce tylko Fabryka Wódek "POLMOS ŁAŃCUT" posiada prawo ich wytwarzania. Receptury rosolisów stanowią tajemnicę Firmy. Etykiety są wzorowane na XIX-wiecznych orginałach, które można obejrzeć w należącym do Spółki Muzeum Gorzelnictwa w Łańcucie".

Wytwórnia rosolisów Potockich

Do rozwoju miasta w znacznym stopniu przyczyniła się również budowa linii kolejowej Kraków – Lwów. W 1910 roku w Łańcucie zamieszkiwało około 5,5 tys. mieszkańców, z czego 1/3 stanowiła ludność pochodzenia żydowskiego.

 

Julin

Pałacyk myśliwski w Julinie

Julin był dziełem Romana Potockiego (1851–1915), wielkiego pasjonata łowiectwa, starszego syna II ordynata Alfreda Józefa Potockiego (1822–1889). Kiedy Roman został kolejnym ordynatem, z niezwykłym rozmachem i dużym nakładem kosztów rozbudował już i tak doskonale zorganizowaną łowiecką gospodarkę, czyniąc z Łańcuta miejsce corocznych wielkich zjazdów myśliwskich. Do wybudowania Julina doprowadził jeszcze za życia ojca w 1880 roku, Potoccy bowiem, choć urządzali wystawne polowania, nie mieli do tego czasu myśliwskiej, reprezentacyjnej siedziby.


Pałac juliński, oddalony od Łańcuta o 15 km i usytuowany w „uroczym ustroniu”, pośród rozległych obfitujących w zwierzynę lasów, wznoszono od wczesnej wiosny 1879 roku do kwietnia 1880 roku. Zaprojektowany przez pracującego dla Potockich architekta W. Panenkę, jest typową dla tego okresu eklektyczną budowlą z elementami neogotyku i szwajcarskiej willi. Pałacyk wzniesiono z polakierowanych, drewnianych bali, w przekroju kwadratowych, jedynie na narożach zaokrąglonych, co sprawia wrażenie jakby były to okrąglaki. Niezwykłej malowniczości przydała temu domowi bogata stolarka szczytów, okien i balustrad – ażurowa z motywami stylizowanej wici roślinnej i liści akantu oraz czteroliści i rombu.

Pałacyk otrzymał również elementy odnoszące się do łowiectwa – ponad dachem piętrowego korpusu wzniesiono, dzisiaj zupełnie wyjątkową, ośmioboczną, przeszkloną wieżę-latarnię z lampą, która po zmroku miała ułatwiać myśliwym dotarcie do pałacyku. Obok pałacu zaś ustawiono pomnik z rzeźbą św. Huberta oraz strzelnicę.

Hol ze stołem bilardowym w pałacyku w Julinie

Jadalnia w Julinie

Pokój myśliwski Romana Potockiego w Julinie

Rzeźba św. Huberta

Zjeżdżali tu gospodarze i goście zazwyczaj na sierpniowy wypoczynek połączony z pierwszymi w Polsce polowaniami par force. Ten świat jeźdźców w czerwonych frakach i czarnych dżokejkach wśród zgraj psów myśliwskich utrwalił na zawsze Juliusz Kossak w swych obrazach. Rankiem polowano w otaczających Julin lasach, wieczorami balowano, gdyż Potoccy zwykle przywozili ze sobą liczną służbę, zdolną obsłużyć wielu gości. Ci, którzy pragnęli oddać się modlitwie czy kontemplacji, mogli udać się na spacer do swoistej Świątyni Dumania, czyli kapliczki na uroczysku Kudłacz poświęconej Dziuli ze Steckich Potockiej. (...)

Alfred i Józef Potoccy z Wandą i Adamem Tarnowskimi przed pałacem w Julinie

Pałacyk wzniesiony został na rzucie zbliżonym do litery „T”, częściowo dwukondygnacyjny budynek nakryty został konstrukcją złożoną z kilku dwuspadowych dachów. W niej swe miejsce znalazły dekoracyjne kominy i wieżyczka z obiegającą ją galeryjką. Po dziś dzień zachowała się dekoracja architektoniczna pałacu: ażurowe obramowania okien i drzwi, naczółki okienne, ozdobne szczyty, balkony, balustrady i okapy dachowe. Wnętrza zdobiła bogata stolarka okienna i drzwiowa, boazerie, ozdobne stropy, piece i kominki, kute balustrady, szafy biblioteczne. Centralne miejsce zajmował hol, z którego na piętro mieszkalne prowadziły dwuramienne schody. (...)

Ze względu na wyjątkową oryginalność rozwiązań architektonicznych, jak i niepowtarzalność całego założenia parkowego wykorzystującego naturalne leśne położenie, Julin w 1979 roku wciągnięto w rejestr zabytków nieruchomych województwa rzeszowskiego.

 

Obecnie w skład kompleksu wchodzą: pałacyk myśliwski, służbówka zwana „dyrektorówką” lub „adiunktówką”, budynek kuchni i lodownia. Po dawnych właścicielach w Julinie pozostała także anegdotka. Otóż Alfred Potocki nakazał jeść swoim chłopom bez zginania ręki. Aby im to utrudnić, a zarazem mieć pyszną zabawę, polecił wykonać półmetrowe łyżki. Chłopi jednak przechytrzyli swego pana. Wykonali z drewna sztućce, zasiedli przy stole jeden naprzeciwko drugiego i zgodnie z zaleceniem bez zginania ręki karmili się nawzajem.

Dyrektorówka w Julinie

Myśliwski pałacyk w Julinie to obecnie jedyna z trzech zachowanych w Polsce magnackich XIX -wiecznych myśliwskich rezydencji. Inne to Antonin książąt Radziwiłłów w Poznańskiem, wybudowany w latach 20. XIX wieku, oraz Promnice na Śląsku, wzniesione w latach 60. XIX wieku dla książąt Hochberg, właścicieli zamków w Pszczynie i Książu. W obu tych myśliwskich rezydencjach hrabiowie Potoccy z Łańcuta zresztą bywali. W odróżnieniu od Antonina i Pszczyny, Julin nie został jednak po II Wojnie Światowej zaadaptowany i poddany zmianom. Pomimo blisko 70 lat, jakie minęły od opuszczenia go przez właściciela, juliński pałacyk zachował się w stanie niemal oryginalnym.

Julin pałac - stan obecny

Julin kuchnia - stan obecny

Medalion dzika strzelonego przez Romana Potockiego

Ostatnie trofeum Romana Potockiego z 1914 roku. Zbiory Muzeum-Zamek w Łańcucie.

Elżbieta Matylda z Radziwiłłów - druga żona Romana Potockiego

U progu XX wieku w łańcuckiej rezydencji znów pojawiły się wielkie zmiany. Łańcucki zamek zaczyna odzyskiwać swój blask – do rezydencji wkracza nowoczesność, choć zapewne gdyby nie okres stagnacji pod rządami Marii, kolejna para ordynatów nie miałaby tak wielkiego pola do popisu. Jako młodzi ludzie mieli przy tym wielką odwagę kreowania swojego otoczenia. Syn Marii dwukrotnie się żenił. Najpierw z piękną Izabellą Potocką z Brzeżan, swoją daleką, bardzo skromną kuzynką, w której był bardzo zakochany, a która po kilku miesiącach zmarła. Aldona Cholewianka- Kruszyńska stawia tezę, że gdyby Izabella żyła, Łańcut nigdy nie przeszedłby modernizacji na tak olbrzymią skalę, jaka miała miejsce za życia ostatniej ordynatowej. Trzy lata później Roman ożenił się z Elżbietą Matyldą z Radziwiłłów z linii berlińskiej, panną nieładną, ale niezwykle kreatywną, bystrą, o bardzo silnej osobowości, choć w momencie zamążpójścia nie mającą w ogóle gustu. - To kolejny fenomen! – stwierdza historyk sztuki, kustosz łańcuckiego Zamku. Jej pojawienie się we Lwowie wprowadziło wszystkich w konsternację, tak fatalnie była ubrana. Po kilku latach stała się arbitrem elegancji. Te zmiany prawdopodobnie spowodowało samouświadomienie (a może ktoś to zrobił), inteligencja i spostrzegawczość, musiała też mieć wrodzone poczucie estetyki, nie wyzwolone wcześniej, którego raczej nie można się nauczyć. Być może asumptem były jej wizyty w Wiedniu słynnym z elegancji pań. Wszyscy z jej towarzystwa podkreślali z czasem, że Elżbieta Romanowa jest zawsze ubrana właściwie do okoliczności i miejsca – z wielkim szykiem i en vogue. To jej poczucie estetyki i wykwintnego smaku spowodowało, że w tak cudowny sposób zaaranżowała Łańcut (oczywiście przy pomocy architektów i przy aprobacie męża).

Wiedeńskie ogrodzenie firmy Hutter i Schrantz przy kompleksie hippicznym w Łańcucie

Elżbieta Matylda z Radziwiłłów Potocka podczas polowania par force na portrecie Wojciecha Kossaka z 1905 roku. Obraz ozdabiał szorownię w stajniach łańcuckich

Ordynat Roman Potocki z żoną w parku stajennym w 1903 roku

Teść Elżbiety zmarł w roku 1889, w Paryżu. Jego zwłoki przywieziono koleją do Łańcuta, gdzie szykowano wielką, pożegnalna uroczystość – specjalnym pociągiem przyjechało pół Wiednia i przedstawiciel Cesarza, a także wdowa. Ale kiedy pani Alfredowa chciała udać się do swoich apartamentów, które miała na pierwszym piętrze (apartament przejęty niegdyś po swojej teściowej Józefinie), jeden z jej dawnych służących wykrztusił, że hrabina musi udać się na drugie piętro (pierwsze piętro było zarezerwowane dla aktualnej Pani na Łańcucie). Faktem jest, że po tym incydencie pani Alfredowa już nie zasiadła z wszystkimi do stołu, a kiedy później przyjeżdżała na grób męża, nie zatrzymywała się w zamku. Jednak w zachowanej korespondencji pani Alfredowa zawsze ciepło i taktownie zwracała się do swej synowej, która z kolei dość obcesowo pisała do męża o jego matce. Elżbieta była osobą niezwykle ambitną – była Radziwiłłówną. Zwracano się do niej: ekscelencjo. Na biletach wizytowych do końca jej życia pisano „z Radziwiłłów Potocka”. Oczywiście – była księżniczką - ale wszystkie panie na Łańcucie były księżniczkami! Jednak poczucie swego urodzenia miała szczególne. I to ona przede wszystkim spowodowała wielkie prace, które wraz z Romanem podjęli w Łańcucie. Była przecież córką odnowicielki Nieświeża - księżnej Marii Radziwiłłowej. Wszystko to, co obecnie widzimy w Łańcucie: neobarokową elewację zamku, bramy i mosty, rozbudowany pawilon biblioteczny, wszystkie partery kwiatowe, odrestaurowaną oranżerię i wzorowane na wiedeńskich szklarnie, w których hodowano storczyki, amarylisy i goździki, kazali wznieść Romanowie. Obok stanęła wielka palmiarnia wzorowana, na tej słynnej, cesarskiej z Schönbrunn (w tym miejscu jest obecnie kort tenisowy). Kolejny ewenement to zespół hippiczny ze Stajnią na wzór słynnych stajni z Chantilly, i Wozownią, gdzie w dwóch oddzielnych, mniejszych wozowniach zgromadzono żółte, powozy czyli używane na wsi, oraz czarne do jazdy w mieście. Tak bogate wozownie były bardzo rzadkie. To był kolejny, łańcucki ewenement i pozostał nim do dziś. Oba imponujące budynki były zaprojektowane przez architekta Potockich - Amanda Bauque, który miał swoje biuro w Wiedniu. Stworzono także park okalający Wozownię i Stajnie tworząc tym samym reprezentacyjną cześć rezydencji. Wcześniej było to zaplecze nie pokazywane gościom.  Romanowie założyli też aleję czerwonolistnych buków, Elizin, staw, po którym pływały czarne łabędzie, powiększyli park od strony zachodniej zamku poprzez grunt zakupiony od miasta przez Romana, a cały park ogrodzili.

Stajnia i wozownia w Łańcucie

Sień w zamku łańcuckim urządzona jako wytworny westybul z kanapami i fotelami

Sień zamku w Łańcucie

Korytarz Biały

Korytarz Czerwony

W zamku – główne wejście do niego, pełniące rolę przejazdowej Sieni, urządzili Romanowie jako pyszny westybul z fotelami, gdzie także jadano śniadania. Z wielkim przepychem stworzono Korytarz Biały, Korytarz Czerwony, amfiladę wnętrz recepcyjnych - salonów i jadalni, z własnymi mieszkalnymi apartamentami - odrestaurowane, na nowo urządzone, ale ze świadomym odwołaniem się do wszystkiego, co wcześniej było już w tych wnętrzach. Nie wprowadzano stylu w dekoracji, który kłóciłby się z historycznym, wcześniejszym. Projektowaną aranżację wnętrza często podporządkowywano wartościowemu dziełu sztuki czy ich zespołowi. Elżbieta pisała w swoich wspomnieniach, że z całym pietyzmem zachowano w zmodernizowanym i odrestaurowanym zamku pamiątki przeszłości. Ostatnimi budynkami, które wnieśli był Zarząd Dóbr obok Stajni i Wozowni. Wraz z wybuchem I Wojny Światowej kończą się wszystkie, wspólne prace Potockich - trzeci ordynat umiera w roku 1915. Elżbieta Romanowa Potocka, przy bezżennym ostatnim ordynacie - Alfredzie Antonim, panią na Łańcucie pozostała do końca.

 Na przełomie XIX/XX w. rezydencje Potockich, łańcucka i antonińska, przeżywały okres rozkwitu. Obaj bracia – Roman w Łańcucie i Józef Mikołaj w Antoninach – równolegle prowadzili podobne inwestycje modernizacyjne.


Położone na kresach wschodnich Rzeczypospolitej Antoniny w drugiej połowie XIX w. stały się własnością rodu Potockich. Odziedziczył je Józef Mikołaj, młodszy brat Romana Potockiego, trzeciego ordynata na Łańcucie. Wcześniej należały do ich matki, dla której były ulubionym miejscem. Maria z Sanguszków spędzała tu dzieciństwo w towarzystwie babki Klementyny z Czartoryskich. Dwór znany jest z trzech rycin. Jedna z nich, wykonaną w 1829 r. przez Józefa Richtera, nieco go chyba upiększa, podczas gdy dwa późniejsze rysunki Napoleona Ordy, pochodzące z lat sześćdziesiątych XIX w., są bliższe prawdy.

Antoniny - rycina wykonana w 1829 r. przez Józefa Richtera

Antoniny - rysunek Napoleona Ordy, pochodzące z lat sześćdziesiątych XIX w

Widok od ogrodu - rysunek Napoleona Ordy

Antoniny "pawilon chiński" - rysunek Napoleona Ordy

Hrabia Józef Mikołaj Potocki (1862-1922), właściciel, legendarnych, wołyńskich Antonin

Helena i Józef Potoccy. W zawartym w 1892 roku małżeństwie z Heleną z książąt Radziwiłłów (1874-1959) miał dwóch synów: Romana Antoniego (1893-1971) oraz Józefa Alfreda (1895-1968) dyplomatę.

Józef Potocki, syn ordynata łańcuckiego Alfreda Józefa i Marii z Sanguszków oraz młodszy brat Romana Potockiego z Łańcuta był jednym z największych polskich myśliwych – polującym w kraju, ale i w Indiach, na Cejlonie i trzykrotnie w Afryce. Poza tym, jako jedyny spisywał ze swoich kolejnych słynnych egzotycznych myśliwskich wypraw wspomnienia, które wydawał w bogato ilustrowanych, luksusowych książkach. U siebie w Antoninach urządzał zresztą z wielkim rozmachem i stylowością nie mniej głośne, sezony polowań jesiennych, na które składały się polowania ze strzelbą oraz par force. Te konne polowania na jelenie, daniele i zające organizowane od 1884 roku znane były w całej Europie ze swojej wystawności, rasowości i rozmachu. Nie mniej słynne były zimowe polowania na grubego zwierza urządzane przez hrabiego, co dwa lata w Szepetówce.

Antoniny - wyjazd na polowanie jubileuszowe par force. Na pierwszym planie w środku Józef Potocki

Myśliwi przed wyjazdem na polowanie par force w Antoninach w 1907 r. Pierwszy z lewej stoi Jerzy Potocki, na stopniu za nim siedzą Benedykt Tyszkiewicz i Stanisław Radziwiłł, pomiędzy nimi stoi Helena Potocka, pierwsza z prawej stoi Dolores Radziwiłłowa, obok siedzi Alfred Potocki, za nim Schaweł dostawca wierzchowców z Wiednia dla Łańcuta i Antonin, pośrodku pań stoi Elżbieta Romanowa Potocka.

 

Jubileuszowe polowanie par force u Józefa Potockiego w Antoninach


W Antoninach na Wołyniu istniała do 1919 roku, dzisiaj już legendarna, rezydencja Józefa Potockiego, młodszego syna Marii z Sanguszków i Alfreda Józefa Potockich z Łańcuta. Kresowe Antoniny Józefa Potockiego słynęły ze swojego bogactwa, tradycji hodowli koni, konnych polowań par force oraz wielkiej nowoczesności – określane były jako „kawał zachodu na południe Rusi przeniesiony”. W Antoninach, prowadził Józef Potocki, jako bezpośredni spadkobierca części sławuckiego stada – po swym dziadzie, księciu Romanie Sanguszce „Sybiraku” – hodowlę arabów, z których najsłynniejszym był urodzony tam w 1909 roku Skowronek, po Ibrahimie od Jaskółki.

Skowronek przed antonińską stajnią

Potomkowie rodzin, które zapisały piękne karty w historii polskiej hodowli koni czystej krwi, nadal pielęgnują pamięć o rodzinnej tradycji. Marek Potocki, wnuk hrabiego Józefa Potockiego z Antonin (niegdyś letniej rezydencji książęcego rodu Sanguszków, potem siedziby młodszego syna Marii z Sanguszków Alfredowej Potockiej), chętnie dzieli się swoimi wspomnieniami. „W mojej rodzinie historia hodowli sięga pierwszych lat XIX wieku, czasów emira Rzewuskiego – mówi. – Ja sam nie miałem nic do czynienia z końmi, ale wiele zapamiętałem z dzieciństwa. Żywa jest w mojej rodzinie opowieść o sprzedaży Skowronka, która miała miejsce po jednym z polowań w Antoninach. Mój dziad Józef Potocki dał ogłoszenie w gazetach międzynarodowych, że sprzeda „prawo do zabicia żubra” (stary żubr zabijał bowiem młode byki). Odpowiedział Amerykanin o nazwisku Winans. Personel antoniński zorganizował profesjonalnie wystawienie wielkiego byka dla niego. Winans strzelał z winchestera. Kurz leciał z żubra jak ze starego dywanu, ale że żubr był ogromny i mocny, to nie padał. Gdy w końcu padł, mój dziad przyjął Winansa i oprowadził po stajniach. Ten się go spytał, czy nie ma na sprzedaż może jakichś ogierów -  roczniaków. Dziad pokazał mu Skowronka. I on go kupił od ręki! Czy się targowali? Wątpię, myślę, że on od razu zaoferował bardzo dobrą cenę. 2 tysiące dolarów w złocie, które zapłacił, to wtedy była ogromna suma. I tak Skowronek wyjechał do Ameryki. Był tam stosunkowo krótko, do lat późnych dziesiątych, może do 1920 lub 21 roku. Później kupiła go znana hodowczyni arabów Lady Wentworth. Używała go jako reproduktora. Ojciec mój Roman Potocki powiedział, że brała 200 gwinei za udane pokrycie, co też było ogromną kwotą na owe czasy. Skowronek żył długo, do późnych lat 30. i zakończył życie jako dostojny "jubilat”. Gdyby nie owo pamiętne polowanie, być może Skowronek nie zostałby sprzedany i przepadłby jak wiele innych cennych koni w mającej nadejść pożodze.

Pilawin

Józef Potocki był także zawołanym i znanym w całej Europie myśliwym. Sławę przyniosły mu polowania w Afryce i Azji. Po każdej swej egzotycznej myśliwskiej wyprawie spisywał wspomnienia, które ukazywały się jako bibliofilskie wydania książkowe. Założył także od podstaw w swoich wołyńskich dobrach aklimatyzacyjny park Pilawin, w którym hodował w naturalnych warunkach liczne gatunki zwierząt sprowadzanych z innych szerokości geograficznych.

Pilawin - dworek myśliwski

Pilawin - budynek służby leśnej

Oficyna

Pierwszym gatunkiem były łosie a potem jelenie amerykańskie wapiti pozyskane w 1902 roku bezpośrednio z Kanady za pośrednictwem firmy Carla Hagenbecka z Hamburga. W 1903 roku nadleśniczy Romuald Sokalski sprowadził z Syberii jelenie marale i sarny syberyjskie. W tym samym roku kupiono w ogrodzie zoologicznym w Berlinie i u Hagenbecka jelenie mandżurskie. Potem doszły marale kaukaskie oraz marale syberyjskie. Pomnożono także pogłowie łosi poprzez darowizny: pięć sztuk z lasów rzepichowskich dostarczył Konstanty Potocki z Peczary, jedną klempę ofiarował książę Ferdynand Radziwiłł z Ołyki, a teść Józefa Potockiego, książę Antoni Radziwiłł z Nieświeża, przesłał kolejne sztuki złowione w Dawidgródku. W ogrodzie zoologicznym w Berlinie zakupiono jelenia perskiego. W końcu roku rozszerzono teren zwierzyńca do 3000 hektarów, zakładając też drogi dla pojazdów i tworząc pola karmowe, wzorowane na rewirach w Spale. w 1905 r. zakupiono parę bizonów amerykańskich. Kolejnego byka otrzymał Józef Potocki od księcia Bedford, a nastepnego zakupił w Berlinie. Bizony te jednak padły. W tym samym roku hrabia otrzymał w darze od Cara Mikołaja II żubry z Puszczy Białowieskiej - byka i dwie krowy. Hodowla żubrów powiodła się. "Wyglądają lepiej niż w Białowieży a nie gorzej niż w Pless" - pisał hrabia.

Bizony z Pilawin

Żubry

Jelenie wapiti

W 1910 roku poza łosiami, żubrami i sarnami krajowymi - zwierzyniec liczył 157 jeleni (syberyjskich, wapiti, Dybowskiego i perskich) oraz 58 saren uralskich. Żyły tutaj poza tym: lisy, borsuki, bobry, kuny, łasice, wiewiórki i sprowadzane zające bielaki. Pośród licznego ptactwa: głuszce, cietrzewie, jastrzębie, jarząbki, orły, żurawie, bociany czarne i inne.

Pomnik żubra w Pilawinie k. Antonin, liczącym około 6000 hektarów zwierzyńcu Potockich. Za prawo zastrzelenia żubra Amerykanin Walter Winans zapłacił Józefowi Potockiemu 15 tysięcy rubli w złocie

Ostatecznie teren Pilawina obejmował ponad 6000 hektarów. Był ogrodzony wysokim na 2 metry parkanem. Zwierzęta były dokarmiane na poletkach obsianych owsem, saradelą, ziemniakami, gryką, żytem i łubinem. Rozstawiono na całym terenie ponad 60 paśników. Józef Potocki był dumny ze swojego Pilawina a finalnym zamiarem hrabiego, po pomyślnej aklimatyzacji, było wypuszczenie zadomowionych zwierząt na obszarze całego Wołynia.

 

Na skraju zwierzyńca stała myśliwska rezydencja Potockich, obszerna piętrowa willa zwana pałacykiem o ścianach wyłożonych brzozowąc korą i ozdobionych porożami kozłów.

Przed pałacykiem w Pilawinie

Wyjazd na polowanie w Pilawinie

Oryginalny był potężne wieszadło na upolowaną zwierzynę. Było to uschnięte drzewo ustawione korzeniami do góry. Jego parasolowata korona z równo przyciętych korzeni, przy których metalowymi obejmami przymocowane były metalowe krążki z linami służyły do troczenia upolowanych zwierząt. Wokół usypano z ziemi dość wysokie, okrągłe podwyższenie, na które prowadziły dziwięciostopniowe, drewnane schody. Przy tym wieszadle robiono sobie zdjęcia.

Wieszadło

 

Amerykański myśliwy Walter Winans z upolowanym jeleniem wapiti

Antoni Potocki przy upolowanym wapiti

Roman Potocki z synem Alfredem z trofeami przy wieszadle w Pilawinie

                                                                                                                                       

Rokrocznie, w październiku odbywał się u Józefa Potockiego sezon polowań jesiennych, na które składały się polowania ze strzelbą, przede wszystkim na bażanty i kaczki oraz polowania par force, głównie na daniele i jelenie. Te ostatnie organizowano tutaj od 1884 roku. Antonińskie parforsy słynęły w całej Europie ze swojej wystawności, rasowości i rozmachu. Prowadzono tu specjalną myśliwską stajnię, hodując konie półkrwi oraz sprowadzając huntery z Irlandii. Trzymano sfory myśliwskich psów, jelenie do parforsów sprowadzono ze Spały. „Pamiętam tam – wspomina Maria Małgorzata Franciszkowa Potocka – w angielskim guście polowania na pysznych anglo-arabach z beaglami, w obowiązkowych czerwonych frakach. Les cors de chesse (rogi francuskie), dojeżdżacze francuscy, wykwint we wszystkim”.

 

W 1909 roku zorganizowano w Antoninach jubileuszowy sezon polowań – w tym roku przypadało bowiem dwudziestopięciolecie polowań par force. Wojciech Kossak – częsty bywalec antonińskich parforsów – namalował akwarelowe zaproszenia ze sceną wyjazdu na polowanie. Specjalnie na to jubileuszowe polowanie skomponowano również „jubileuszową fanfarę”. Ona także otrzymała tę samą co zaproszenie malarską winietkę, która wyszła spod pędzla Kossaka. Przedstawia ona scenę wyjazdu spod antonińskiego pałacu jeźdźców i pikierów wraz ze sforą. Ponad tą sceną Kossak umieścił banderolę z napisem „1884 / EQUIPAGE D´ANTONINY / 1909”, zaś powyżej niej liczbę „XXV”. Zaprojektowano również (być może także Kossak) „jubileuszowe” guziki przy antonińskich liberiach i spinki do krawatów, które ozdobione były emblematem z toczkiem, rogiem myśliwskim, skrzyżowanymi dwoma harapami i znaną już banderolą z napisem „EQUIPAGE D´ANTONINY” i liczbą „XXV”.

Zaproszenie na jubileuszowe polowanie autostwa Wojciecha Kossaka

Fanfara antoniśka na zaproszeniu

"Jubileuszowe” guziki przy antonińskich liberiach i spinki do krawatów, które ozdobione były emblematem z toczkiem, rogiem myśliwskim,

Plan polowań na jubileuszowy sezon ułożony został przez Józefa Potockiego. Rozpoczynał się 12. października polowaniem konnym, następnego dnia polowano na kaczki, 14. października znowu konno, 15. strzelano do kaczek i słonek, 16. w sobotę zaplanowany był, jak napisał Potocki, „Wielki Dzień Jubileuszowy.” Jubileuszowy sezon kończył się 18. października polowaniem na bażanty.

 

Najważniejszym dniem był ten „Wielki Dzień Jubileuszowy”. Odbyło się wówczas polowanie par force za specjalnie tresowanym jeleniem. Dzień rozpoczął się mszą w pałacowej kaplicy. Potem nastąpiło wręczenie Józefowi Potockiemu prezentów. Stali uczestnicy polowań – Zdzisław Tarnowski z Dzikowa, jego brat Juliusz Tarnowski z Końskich, Zdzisław Lubomirski z Małej Wsi, Tomasz Zamoyski z Jabłonia, August Zamoyski z Różanki, Jan Zamoyski z Podzamcza i Stanisław Siemieński z Chorostkowa zamówili odpowiednio wcześniej u Wojciecha Kossaka swój wspólny wraz z Józefem Potockim portret, jako scenę z polowania antonińskiego. Koordynatorem tego przedsięwzięcia był Zdzisław Tarnowski – znany hodowca koni pełnej krwi, doskonały jeździec, zamiłowany myśliwy i przyjaciel Józefa Potockiego. Wojciech Kossak całą scenę podarowania obrazu, opisał w gorącej relacji w liście do żony. „Wczorajszy dzień był dniem mojego triumfu. Podczas mszy w kaplicy ustawiłem obraz w hallu, gdzie inne dary również były złożone. Zdziś Tarnowski i reszta „starych” stanęli w czerwonych surdutach już gotowi do polowania i wobec zgromadzonych gości Zdziś piękną mowę wypowiedział, makata okrywająca obraz spadła i akt ofiarowania nastąpił. Sukces ogromny, rzeczywisty, niekłamany a moi mandatariusze ze mnie uszczęśliwieni”. Podarowany obraz ukazywał Józefa Potockiego jako mastra i pozostałych siedmiu jeźdźców oraz sforę z huntsmanem i whipem. Tłem obrazu była słynna Dębina antonińska, skąd rozpoczynano polowania. Innym prezentem, który otrzymał w tym dniu Józef Potocki od stałych i starych uczestników polowań, była rzeźba odlana w srebrze, przedstawiająca konny portret Józefa Potockiego w stroju mastra. Rzeźba autorstwa Biernackiego odlana była w firmie „Braci Łopieńskich”. Nie wiemy jakie były te „inne dary”, o których, w liście do żony, wspomina Kossak.

Wyjazd na jubileuszowe polowanie par force w Antoninach - Wojciech Kossak

Do śniadania w jadalni antonińskiej, podczas którego wygłoszono toasty, zasiadło kilkadziesiąt osób. Mowy wygłosili Zdzisław Zamoyski, Aleksander Wielopolski i Józef Potocki. Po śniadaniu ustawiono się do wspólnej fotografii. Było tradycją, że w Antoninach przed polowaniami fotografowano się przed głównym wejściem do pałacu, które ozdabiały ustawione po bokach naturalnej wielkości rzeźby huntsmanów z gończymi. Po odegraniu jubileuszowej fanfary wyruszono na polowanie.

Alfred Potocki i hrabia Kinsky z Dolores Stanisławową Radziwiłłową, z lewej Jan Pogorski, dalej Roman Potocki, po prawej Juliusz Szczucki na tle skrzydła stajni

Antoniny - z boków naturalnej wielkości rzeźby huntsmanów z psami

Początkowo planował Józef Potocki, że w „Wielki Dzień Jubileuszowy” odbędzie się Jagdritt. – Cross-country na dystansie ok. 6-7 kilometrów, z naturalnymi przeszkodami, prowadzony przez Józefa Potockiego jako mastra. Jednak, jak napisał do przyjaciela i najwierniejszego bywalca konnych polowań w Antoninach, hrabiego Zdzisława Tarnowskiego, z powodu „przeciążenia mej stajni myśliwskiej częstymi polowaniami i trudnością rozdziału koni względem wagi [...] między tak różnorodnych jeźdźców, od projektu oficjalnego Jagdrittu odstąpiłem”. W zamian za to Józef Potocki zaplanował „konne polowanie na jelenia dziesiątaka, specjalnie tresowanego”.

 

Na to polowanie, wbrew regułom, lecz – co podkreślał – świadomie, Józef, jako master, do czerwonego jeździeckiego fraka, jakich w Antoninach używano, założył nie cylinder, a toczek.

 

Wojciech Kossak pozostawił także relację z samego polowania. „Polowanie było straszne, jak żyję nic podobnego nie przeżyłem. O pierwszej siedliśmy na konie, trzy godziny galopowaliśmy za tym wściekłym jeleniem, przeszkody straszne [...] Dachowski się zwalił les quatre fers en l´air, zgniotło mu trąbę, cylinder. [...] jeden z najlepszych importowanych koni padł na ściernisku porażony atakiem serca. [...] Trzy konie reprezentujące 10.000 złotych reńskich  padły, bo i mój biedactwo już zdaje się w agonii. [...] Pan Józef ani wspomina o tym, très chic, il faut rendre cette justice. [...] Wróciliśmy późną nocą w przymrozek, na koniach ciężko chorych a dwóch piechotą. Dopiero na parę wiorst od Antonin (polowanie odleciało 30 wiorst [ok. 30 km] od Antonin) zaświeciły światła automobilów trzech, naładowanych stajennymi chłopcami i futrami. Chłopcy na nasze konie skoczyli, a my do futer i automobili. Dachowski, Lubomirski i Giżycki pognali dalej (ale mieli konie inne do zmiany, wrócili późno w nocy) i tak jelenia nie dostali. Dwa pozostałe konne polowania w jubileuszowym sezonie października odbyto z harriersami na zające i z beaglami na dziki.

Helena Potocka podczas powrotu z polowania jubileuszowego w 1909 roku - Wojciech KossaK

Piękny obraz Kossaka, który otrzymał Józef Potocki, powieszono w Antoninach w holu, gdzie wisiało olbrzymie płótno zamówione przez hrabiego u Brandta „Rewera pod Cudnowem”, jego akwarelowy portret pędzla Fałata oraz myśliwskie, głównie egzotyczne trofea. Rzeźba portretowa – niedużych rozmiarów – stanęła w Siodlarni Galowej w Stajniach, na etażerce, blisko kominka. Poza tym podarowanym obrazem, jubileuszowe polowanie stanowiło także tło kolejnych dwóch płócien, jakie wyszły spod pędzla Kossaka w tym samym 1909 roku. Były to: konny portret żony hrabiego, Heleny z Radziwiłłów Potockiej – umieszczony w Szorowni nad kominkiem oraz konny portret jednego ze stałych uczestników polowań par force w Antoninach – Tadeusza Dachowskiego, który został sportretowany na klaczy Mira.

Tadeusz Dachowski na klaczy Mira - Wojciech Kossak

Kiedy podczas śniadania w dniu jubileuszowego polowania wygłaszał toast Zdzisław Tarnowski, życzył gospodarzowi, by ofiarowany mu obraz Kossaka „na zawsze jako pamiątka, pozostał w pałacu w Antoninach, Antoninach położonych na tych kresach, których ziemie przed wielu laty, przodkowie zlewali krwią własną”. Niestety życzenie to nie miało się spełnić. Na mocy Traktatu Ryskiego ta część Wołynia pozostała poza Polską. Pałac antoniński spalono w 1919 roku. W 1920 roku starszemu synowi Józefa, Romanowi udało się wywieźć do Warszawy ruchomości, bibliotekę i archiwum. Obraz Kossaka trafił do majątku Romana Derażne nad Horyniem. Tam też przechowywano czerwony frak Romana Potockiego z jubileuszowego polowania. Nieznane są wojenne losy obrazu Kossaka – rodzina Potockich została wysiedlona z domu już w początkach września. Po II Wojnie Światowej odnalazł się w Krakowie i odkupiony znalazł się ponownie w rękach Rodziny. Nie wiemy, co stało się ze srebrną statuetką – portretem konnym hrabiego ani też portretem hrabiny pędzla Kossaka. Portret Tadeusza Dachowskiego znajduje się dzisiaj w Łucku na Ukrainie, w tamtejszym muzeum. (tekst: Aldona Cholewianka-Kruszyńska).

Pałac w Antoninach

Polowanie w Antoninach - kartka pocztowa

Pałac i garaże

Garaże

Pierwszy samochód antoniński. Obok szofera Józef Potocki, na tylnym siedzeniu Ewa i Eufemia Rzyszczewskie ze Sławuty, za samochodem hrabina Józefowa z synami Romanem i Józefem

Antoniny - powozownia

Stajnie

Antoniny stajnie - 1903 r.

Antoniny - pałac od frontu w 1903 r.

Myślistwo było wielką, czy nie największą, pasją Józefa Potockiego. Znalazło to także odzwierciedlenie w antonińskim pałacu przebudowanym przez hrabiego po 1903 roku na neobarokową rezydencję, który  przy całej swojej europejskiej elegancji i luksusie, ale i sarmackim przepychu był siedzibą myśliwego z portyku oraz parterowymi recepcyjnymi holem i salonem z trofeami – porożami, medalionami czy skórami dzikich zwierząt zaściełającymi podłogi czy rozwieszonymi na ścianach. Poza imponującym obrazem "Rewera pod Cudnowem" Brandta i portretem matki hrabiego pędzla Matejki ściany ozdabiały obrazy o tematyce myśliwskiej czy oprawne akwarele Stachiewicza ukazujących polowania egzotyczne.

Także aż na 9 ze 13 malarskich, rysunkowych i rzeźbiarskich wizerunkach przedstawiony został Józef Potocki  jako myśliwy. Był zresztą najczęściej portretowanym Polakiem w scenerii czy kontekście łowieckim. Jedynie Zdzisław Tarnowski z Dzikowa (daleki kuzyn i przyjaciel, z którym wspólnie w Antoninach i Dzikowie polował) może poszczycić się pięcioma wizerunkami myśliwskimi, których tłem są jednak tylko polowania krajowe i ze strzelbą.

W polowaniach konnych dzielnie towarzyszyła Józefowi Potockiemu jego żona Helena. Za to nie bardzo lubiła polowania ze strzelbą. Towarzyszyła jednak mężowi podczas jego zamorskich wypraw łowieckich.

Helena Potocka w obozie podczas polowania na Cejlonie

W pełni samodzielne rządy w Antoninach Józef Mikołaj rozpoczął po zawarciu małżeństwa z Heleną Radziwiłłówną. Okres od lat 80. XIX w. do pierwszej wojny światowej był czasem rozkwitu i przeobrażeń. Wprowadzony wówczas nowy układ urbanistyczny pozostaje czytelny do dziś. Był on pomyślany na miarę europejską, z dominantą spinającą wszystkie elementy założenia. Stara rezydencja została poprzedzona osiowo założonym skwerem, na obrzeżu którego wybudowano szereg willi, malowniczych domów i dworków dla zatrudnionych w dobrach antonińskich urzędników i specjalistów.

Willa koniuszego antonińskiego Kadischa zwana od jego nazwiska "Kadiszówką"

Przed rezydencją skwer kończył się obszernym placem przylegającym do ogrodzenia pałacu. Monumentalne bramy z rzeźbionymi w kamieniu herbami Potockich, Radziwiłłów i Sanguszków prowadziły na dziedziniec. Zaprojektował je zamieszkały w Warszawie francuski architekt Franciszek Arveuf. Za bramą główną po prawej stał pałac, po lewej stajnie, za nimi wozownia, a w głębi maneż.

Stajnie

Ujeżdżalnia w Antoninach

Antoniny - wozownia (widok współczesny)

Na obrzeżu poza ogrodzeniem wzniesiono budynki gospodarcze: garaż z warsztatami, elektrownię, budynek straży ogniowej. Na prawo za pałacem rozciągał się wzdłuż rzeki Ikopeti malowniczy park, a w nim oranżeria, szklarnie, pawilony. Rezydencja nabrała ostatecznego kształtu przed 1906 r. Po śmierci Arveufa, znany wiedeński architekt Ferdynand Fellner spiął skrzydła istniejącego pałacu neobarokowym pawilonem wejściowym, tworząc mocny, dominujący akcent architektoniczny. W podobnym stylu przeprojektował stojące naprzeciwko pałacu stajnie i głębiej położoną wozownię. W najbliższej Antoninom okolicy pobudowano psiarnie, gajówki, leśniczówki, a na folwarkach – budynki gospodarcze. Większość z nich już nie istnieje, przetrwały tylko niektóre, ale za to bardzo piękne. Pałac antoniński, broniony dzielnie przez administrację i służbę przed najrozmaitszymi napadami w czasie pierwszej wojny światowej, został w końcu spalony w sierpniu 1919 r. przez bolszewików. Pożar, który szalał przez kilka dni, zniszczył dokumentnie cały gmach. W czasie pożaru pracownicy i część mieszkańców osiedla przenieśli zbiory dzieł sztuki, meble, bibliotekę oraz archiwum do pobliskich stajen i wozowni, skąd przedmioty te w 1920 r. przewiezione zostały do Warszawy.

Helena Augusta Paulina Zofia Maria Radziwiłł (Potocka) ur. 14 luty 1874 r. zm. 12 grudzień 1958 r.

Ocalałe zbiory umieszczono w Warszawie w pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie wraz z nim spłonęły w 1944 r. w czasie powstania warszawskiego. Uratowały się tylko niektóre obrazy, porcelana korecka, lustra z herbami Sanguszków z zamku Zasławskiego i popiersie króla Jana III. Rzeczy te ocalały bądź dlatego, że złożone zostały przez Niemców w Muzeum Narodowym, bądź też nawet przez nich wywiezione, ale następnie odnalezione i rewindykowane. Zarówno obrazy, jak porcelana przeszły na własność Muzeum drogą darowizny lub kupna. Popiersie Jana III oddane zostało na Wawel. Pastwą płomieni padła wszakże biblioteka, a także malowidła pędzla Matejki, Kossaków, Laszló i wiele innych. Obraz Brandta Rewera pod Beresteczkiem w ogóle nie trafił do Polski. Przepadła też ta część zbiorów antonińskich, które odziedziczył Roman Potocki i umieścił ją w swoim majątku Derażne na Wołyniu.

Myśl urządzenia parforsów w Antoninach wyszła od Marii Alfredowej Potockiej, a z listu Józefa do ojca wynika, że nie był to nagły impuls, lecz powzięty już wcześniej i ponawiany zamysł hrabiny, która chociaż miała nie lubić polowań, to jak widać miała sentyment do parforsów, które znać musiała przecież dobrze z Łańcuta. „Nie wiem czy Mama zawsze trwa w chęci urządzenia polowania za psami w Antoninach, teraz by był najwyższy czas o tym pomyśleć", pisał do ojca Józef w początkach 1884 roku. On sam, zamiłowany myśliwy i jeździec par force, i to z triumfami, polował wówczas u Branickich w Stawiszczach.

 

W przeciwieństwie do Łańcuta, a potem Białej Cerkwi i Stawiszcz, Józef Potocki w organizacji par forsów w znacznym stopniu czerpał wzorce nie tyle z Anglii, co z Francji. Tam właśnie zakupił ogary do polowań par force, z którymi odbył pierwsze polowanie w 1884 roku. Dopiero w 1886 roku dokupił od Branickich z Białej Cerkwi foxhoundy. Te dwie rasy dały lokalną odmianę, zwaną gończymi antonińskimi, i z tą wciąż odnawianą i liczącą 60 psów sforą polowano w Antoninach, chociaż od 1903 roku używano też oryginalnych angielskich foxhoundów, których „całą psiarnię" Józef Potocki zakupił w Anglii. W jubileuszowym XXV sezonie polowań w 1909 roku używano także harrierów i beagli. Poza nimi było w Antoninach kilka gryfonów francuskich oraz foksterier do wypłaszania lisów z nor. Także huntsmanami, których Józef Potocki nazywał z francuska piąuerami, byli w Antoninach Francuzi, początkowo Pillot, a potem Larerteur. Także Francuzem był pierwszy dojeżdżacz Duchatel. Z Francji brał się także krój czerwonych antonińskich rajtroków huntsmenów i dojeżdżaczy, z aksamitnymi kołnierzami i mankietami w herbowych kolorach - granatowych - lamowanymi srebrnym galonem. Ze srebrnego galonu był także otok toczka służby myśliwskiej. Piquer używał także klasycznego francuskiego myśliwskiego rogu, trompe de chasse. Polowano tutaj zarówno na lisy, jak i hodowane w zwierzyńcu w folwarku Józin zające, sarny i daniele, ale przede wszystkim w najbardziej hucznych polowaniach na hodowane lub specjalnie kupowane w tym celu jelenie (sprowadzano je do Antonin także ze Spały), tak typową zwierzynę dla parforsów francuskich.

Karawana ze Wschodu przed pałacem - 1907 r.

Ogród zimowy

Antonińska oranżeria

Antoniny nie były właściwie nigdy ani miasteczkiem, ani wsią, lecz wielkim osiedlem skoncentrowanym wokół rezydencji właściciela. Dokoła niej grupowały się bowiem stajnie, nie mające sobie równych w kraju, z głośnym stadem wschodnim, hodowanym od kilku pokoleń, oranżerie, psiarnia, baza, hotel dla interesantów, szpital dla pracowników dóbr, elektrownia, straż ogniowa, warsztaty samochodowe, zarząd dóbr oraz polskie gimnazjum czteroklasowe. Po obu brzegach wielkiego stawu wznosiły się schludne, większe i mniejsze dworki administracji i oficjalistów, tonące w zieleni i kwiatach.

Antoniny - od lewej brama wjazdowa, budynek bramny, stajnie i pałac

Helena z Radziwiłłów Potocka

Józef Mikołaj Potocki zmarł wskutek obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym.

 

Oto pełny życiorys tego fascynującego człowieka:  

 

Potocki Józef  Mikołaj (1862–1922), ziemianin, polityk, podróżnik, myśliwy, kolekcjoner. Ur. 9 IX we Lwowie, był drugim synem Alfreda, ordynata łańcuckiego i namiestnika Galicji  i Marii z Sanguszków.


Wykształcenie średnie otrzymał Potocki w domu rodzinnym. Około 1882 roku ukończył Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu w  Lwowie (wg „Dzien. Kijowskiego” 1906 nr 63  - nauki pobierał we Lwowie, a w Wilnie ukończył fakultet prawny, również wg życiorysu w „Pamiętniku kijowskim” studia ukończył w Wiedniu).


Po śmierci dziadka Romana Sanguszki w 1881 roku Potocki był wyznaczony przez ojca do objęcia rozległych dóbr ziemskich na Wołyniu, stanowiących wiano matki, na które składały się cztery klucze: antoniński, piszczowski, szepietowski i smołdyrowski między Horyniem a Słuczą o łącznej powierzchni 63 000 ha w pow. Zasław i Zwiahel; były to częściowo zwarte kompleksy leśne, częściowo folwarki o wysokiej kulturze rolnej. Około 1885 r. Potocki uzyskał obywatelstwo rosyjskie i objął dobra w swoje posiadanie. Dokończył uwłaszczenia chłopów, udoskonalał już wtedy nowoczesną tutaj uprawę roli, meliorował folwarki, zakładał stawy rybne. Na szeroką skalę rozwinął uprawę buraków cukrowych, zbóż i roślin okopowych, opierając się o prowadzone w Antoninach i Piszczowie własne stacje hodowli roślin. Umożliwiło to dalszy rozwój przemysłu cukrowniczego i gorzelnianego. Staraniem Potockiego rozbudowano 4 duże cukrownie (Kłębówka, Krzemieńczugi i Szepietówka w pow. zasławskim oraz Korzec w pow. zwiahelskim), fabryki sukna, browary, olejarnie, młyny, gorzelnię i miodosytnię w Korcu; rozwinięto też hodowlę koni roboczych, wołów roboczych i opasowych. Nastąpił dalszy rozkwit stadniny założonej przez Sanguszków w majątku Chrestówka oraz stadniny w Antoninach i innych dobrach, gdzie wyhodowano kilka tysięcy koni rasy arabskiej, angielskiej i anglo-arabskiej.

Znane były szeroko ogiery-reproduktory Szumka I, Barbało i Skowronek, które przyczyniły się do wyhodowania znakomitych koni wierzchowych i do poprawy hodowli na całym Wołyniu; w szczególności konie stadniny Potockiego kupowano jako materiał zarodowy do najznakomitszych stadnin państwowych i prywatnych Węgier, Austrii, Rosji, Niemiec, Anglii. Konie brały też od 1897 r. zawsze czołowy udział w wyścigach w Warszawie. Przed pierwszą wojną światową hrabia powiększył obszar swoich majątków, gdyż za pieniądze uzyskane ze sprzedaży akcji kopalni złota w Afryce Płd. zakupił dobra Nowosielica, Żerebsk i Maniowce w pow. Stary Konstantynów. Planował także utworzenie ordynacji koreckiej (przeznaczonej dla młodszego syna) niezrealizowanej wskutek wybuchu pierwszej wojny światowej. Najważniejszym przedsięwzięciem gospodarczym Potockiego była, w latach 1895–1910, budowa lokalnej podolskiej linii kolei normalnotorowej prowadzącej z północy na południe od Korostenia przez Owrucz do Kamieńca Podolskiego. Projekt spotkał się z niechętnym przyjęciem władz oraz kół ziemiańskich i przemysłowych cesarstwa rosyjskiego. Dzięki staraniom Józefa Potockiego Car Mikołaj II udzielił ostatecznie koncesji na tę budowę przez Towarzystwo Akcyjne Kolei Podolskiej, którego znaczną część akcji posiadał inicjator całego przedsięwzięcia. Linia kolejowa połączyła część Polesia i Wołynia z zachodnim Podolem. W 1892 r. Potocki zlecił rozbudowę swojej rezydencji w Antoninach (4 mile od Zasławia), którą prowadził architekt wiedeński F. Fellner młodszy. Całość utrzymana w stylu angielskim obejmowała obszerny pałac, czterdziestohektarowy park, cieplarnie, oranżerie, palmiarnie i mały zwierzyniec.

Szczególnie słynny był tamtejszy ogród botaniczny, pozostający w kontakcie z wieloma ogrodami zachodniej Rosji i Europy. Utrzymanie rezydencji wraz z licznym dworem kosztowało 150 000 rubli rocznie. Potocki dbał o warunki pracy i bytu robotników zatrudnionych w jego majątkach i fabrykach, rozbudował posiadające źródła antyreumatyczne zdrojowisko w Szepietówce, ustanowił opiekę lekarską, z której korzystała również miejscowa ludność, utworzył fundusz emerytalny dla robotników i troszczył się o rozwój szkolnictwa podstawowego i zawodowego, m. in. budował szkoły (w tym rzemieślnicze w Krzemieńczugach i Piszczowie).


Działalność polityczną rozpoczął Potocki po wojnie rosyjsko-japońskiej (lata 1904–1905). Początkowo uzyskał z nominacji, później z wyboru, mandat radnego ziemskiego do władz powiatowych i gubernialnych. W  1906 r. jako reprezentant kurii szlacheckiej z guberni wołyńskiej był posłem do Pierwszej Dumy Państwowej w Petersburgu, gdzie w Kole Polaków z Litwy i Rusi należał do parlamentarnej grupy Zachodnich Kresów. Wystąpienia jego w Dumie w kwestii reformy agrarnej należały do najbardziej antychłopskich. Wykorzystując swoje znajomości ułatwiał polskim członkom Rady Państwa i Dumy kontakty. Hipolit Milewski pisał wprawdzie później: „Śp. Józef Potocki, członek pierwszej Dumy Państwowej, osiadłszy wówczas w Petersburgu pozostał w nim, zdaje się, aż do końca wojny wszechświatowej, lecz obcował prawie wyłącznie z rosyjską przydworną arystokracją”. Natomiast Edward Woyniłłowicz wspominał: „W gruncie jeden był tylko salon … polityczny polski, to hrabiostwa Józefostwa Potockich z Antonin … nieraz z ich gościnności korzystałem, bądź w ścisłym kółku domowym, bądź na obiadach wysoce oficjalnych, które wydawali. Dom prowadzili na stopie wielkopańskiej, w otoczeniu licznej służby i kozaków nadwornych, w ciągłych stosunkach z wielkimi książętami i korpusem dyplomatycznym”. Jako polityk konserwatywny Potocki reprezentował stanowisko ugodowe wobec caratu. Wyrazem tego była jego działalność w ramach grupy skupionej wokół petersburskiego tygodnika „Kraj”, złożonej z wielkich posiadaczy ziemskich i finansjery (od 1891 r. Potocki wchodził w skład spółki akcyjnej wydającej „Kraj”). W swoich wypowiedziach dawał wyraz przekonaniu, że Polacy w zaborze rosyjskim mogą uzyskać pewną autonomię jedynie przez wzmocnienie swojej pozycji ekonomicznej. Poglądy te spotykały się z opozycją nawet wśród członków wspomnianej grupy (np. polemizował z nimi Włodzimierz Grocholski w „Dzieniku Kijowskim”). W 1905 r. przeznaczył znaczne fundusze jako zasiłek dla „Kraju” i dla warszawskiego „Słowa”. Położył duże zasługi dla utworzonego w  1907 r. Towarzystwa Naukowego Warszawskiego (TNW), które w 1910 r. wybrało go na kuratora. Dnia 25 XI 1911 r. ofiarował Towarzystwu nabyty przez siebie w tym celu gmach (wartości 209 000 rubli) przy ul. Kaliksta 8 (obecnie Śniadeckich), który stał się siedzibą Towarzystwa. Potocki został mianowany członkiem-protektorem TNW. Uczczono go też okolicznościową (zachowaną do dziś) tablicą pamiątkową. W 1912 r. wchodził w skład delegacji TNW, która pojechała do Paryża celem nakłonienia Marii Curie-Skłodowskiej, by przeniosła się do Warszawy i objęła kierownictwo projektowanego laboratorium radiologicznego.

 

Wielką pasją Józefa Potockiego było podróżowanie i myślistwo połączone z zainteresowaniami przyrodniczymi, geograficznymi i etnograficznymi. Po objęciu dóbr antonińskich organizował coroczne polowania, wśród których łowy na dziki w Szepietówce zdobyły sobie europejski rozgłos.

Szepietówka Józefa Potockiego - 1893 r. W środku z laską stoi hrabia Józef Potocki

O ich rozmiarach świadczyło, że np. w 1911 r. 14 myśliwych w ciągu trzech dni ubiło 140 dzików, 48 rogaczy i 10 danieli.

W latach latach 1890 i 1894 urządził  dwie wyprawy do Indii i na Cejlon, które opisał w swoich książkach (Notatki myśliwskie z Indii, a następnie w wersji poszerzonej pt. Notatki myśliwskie z Dalekiego Wschodu, Tom I: Indie, Tom II: Ceylon). Kolejną wyprawę odbył w latach 1896–1897 do Somali, którą również opisał w książce ilustrowanej przez P. Stachiewicza i Juliana Fałata Notatki myśliwskie z Afryki. Somali.  W  1901 r. zorganizował wielką wyprawę do Sudanu z udziałem znanego podróżnika Jana Sztolcmana, który opisał jej przebieg w książce „Nad Nilem Niebieskim”.

W lutym 1902 r. na polowaniu w Dawidgródku został ciężko postrzelony w nogę. W okresie rekonwalescencji znacznym nakładem środków założył w swoich dobrach Piszczów wielki zwierzyniec Pilawin (powierzchnia ok. 6 500 ha) fauny krajowej (żubry, bobry, dziki, jelenie), potem też egzotycznej, zarówno dla celów myśliwskich, jak i naukowych. Na zlecenie Potockiego znany myśliwy i przedsiębiorca zoologiczny Karl Hagenbeck dostarczył do Pilawina bizony amerykańskie, słonie, wielbłądy, jelenie azjatyckie, strusie i inną zwierzynę egzotyczną, w celu badań nad aklimatyzacją zwierząt. „Dla polskich miłośników przyrody – pisał Potocki – wrota Pilawina będą zawsze na oścież otwarte. Chciałbym, aby się stał on duchową własnością polskiego przyrodoznawstwa i łowiectwa”. Rezerwat zdobył sobie zasłużoną sławę i doczekał się opisu pióra kustosza British Museum R. Lydekkera („A trip to Pilawin. The deer-part of Count Joseph Potocki in Wolhynia ”, London 1908), lecz uległ zagładzie po pierwszej wojnie światowej. W 1907 r. odbył  zimową wyprawę myśliwską na niedźwiedzie nad rzekę Suchonę (gub. wołogodzka).


Potocki zgromadził w Antoninach kolekcję obrazów (Marceli Bacciarelli, Jan Chrzciciel Lampi, Jan Matejko – m. in. portret matki Potockiego, Józef Brandt – m. in. „Stanisław Rewera Potocki pod Beresteczkiem”, Józef Chełmoński, Juliusz Kossak, Julian Fałat, Kazimierz Pochwalski, Piotr Stachiewicz i in.), zbiór starych sztychów angielskich i włoskich.

Obraz "Stanisław Rewera Potocki pod Beresteczkiem" - Józef Brandt

Posiadał również kolekcję rzeźb (m. in. popiersia Jana III, Stanisława Augusta, prymasa Michała Poniatowskiego), zbiory starej porcelany saskiej, z Sevrès i koreckiej, własnej produkcji brązy z Zasławia oraz bogaty zbiór trofeów myśliwskich. Jego staraniem została w Antoninach utworzona zasobna biblioteka (ok. 20 000 vol.), do której włączono częściowo księgozbiory pozostałe po Romanie Sanguszce i Alfredzie Potockim. Biblioteka ta dzieliła się na główną (ok. 15 000 vol.), księgozbiory pałacowe Potockiego i jego żony (ok. 1 500 vol.), złożone z wydawnictw luksusowych i albumów, oraz księgozbiory w Szepietówce i Nowosielicy posiadające charakter użytkowy z zakresu gospodarstwa rolnego.


Pierwsza Wojna Światowa położyła kres aktywności gospodarczej hrabiego, gdyż doszło do zniszczenia jego majątków i fabryk podczas działań wojennych i po wybuchu rewolucji październikowej. W 1915 r. po zajęciu części Galicji przez wojska rosyjskie Potocki przeniósł się na krótko do Lwowa. Na początku 1916 r. wszedł do działającego w Szwajcarii Komitetu Generalnego Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce – jako reprezentant Polaków z zaboru rosyjskiego. Podczas rewolucji lutowej 1917 r. przebywał w Piotrogrodzie, potem w Antoninach, skąd z początkiem 1918 r. przez Szwecję przybył do Polski. Będąc jeszcze w swoich dobrach na Wołyniu przekazał 600 koni na potrzeby 2 pułku  ułanów, który sformował się w Antoninach i wszedł w skład I Korpusu Wschodniego gen. Józefa Dowbor-Muśnickiego (1917–1918). W 1919 r. przebywał w Paryżu, gdzie przez krótki czas współpracował z Komitetem Narodowym Polskim. W maju tego roku jako jeden z sześciu przedstawicieli ziemiaństwa polskiego na Ukrainie podpisał pismo do Ignacego Paderewskiego zawierające postulaty w sprawie granicy południowo-wschodniej. W lipcu 1921 r.  ponownie był w Paryżu, gdzie załatwiał sprawy majątkowe związane ze śmiercią Mikołaja Potockiego, który zapisał całą swoją fortunę bratankowi Potockiego, Alfredowi, ostatniemu ordynatowi łańcuckiemu. W tym okresie mieszkał w Warszawie, nie biorąc udziału w życiu politycznym.


Po traktacie ryskim 1921 r. Potocki utracił przeważającą część swoich dóbr, które znalazły się w granicach państwa radzieckiego. Na terytorium Polski pozostały tylko 2 klucze (3 500 ha) oraz cukrownia i inne fabryki w Korcu. Ze zniszczonej po wybuchu rewolucji październikowej rezydencji w Antoninach wraz ze zbiorami sztuki ocalała jedynie biblioteka i część archiwum, które miejscowi chłopi przewieźli furmankami do stacji kolejowej w Czarnym Ostrowie; stąd następnie zostały przetransportowane w 1920 r. do Warszawy, gdzie Potocki zamierzał przy pomocy rodziny utworzyć archiwum rodowe i bibliotekę Potockich. Plan ten jednak nie został zrealizowany. W 1921 r. Jozef Potocki urządził wraz z synami ostatnią wielką wyprawę w dorzecze Nilu Niebieskiego, z której wrażenia utrwalił w książce Nad Setitem. Kartki z wyprawy myśliwskiej (wydanej w 1921 r.). Zgromadzone w czasie swoich podróży i polowań zbiory zoologiczne ofiarował częściowo do zbiorów Branickich w Warszawie (późniejsze Muzeum Zoologiczne PAN). Podróżując w 1922 r. po Francji samochodem Potocki uległ wypadkowi drogowemu, który stał się przyczyną jego śmierci. Zmarł 25 VIII 1922 r. w Montrésor i został pochowany na tamtejszym cmentarzu.


W małżeństwie (od  1892 r.) z Heleną, córką Antoniego Radziwiłła, generała pruskiego, miał dwóch  synów: Romana Antoniego (1893-1971) oraz Józefa Alfreda (1895-1968) dyplomatę.


Zbiory biblioteczne i archiwalne z Antonin, przechowywane do drugiej wojny światowej w pałacu Branickich przy Krakowskim Przedmieściu 15 (obecnie siedziba Min. Kultury i Sztuki), uległy zniszczeniu w 1944 r.


Alfred III Potocki


Ostatnim, czwartym ordynatem był Alfred Antoni Potocki (ur. 14.06.1886, Łańcut, zm. 30.04.1958, Genewa). Za jego panowania zamek wzbogacił się o piękny kort tenisowy zbudowany na miejscu palmiarni, liczne trofea myśliwskie przywiezione z safari w Afryce, a przede wszystkim bogatą kolekcję dzieł sztuki odziedziczoną po Mikołaju Potockim z Paryża. Były to m.in. portrety rodzinne malowane przez Fragonarda, Lampiego i Scheffera, dwa cenne gobeliny z manufaktury w Aubusson z herbem Potockich, część zbiorów z dawnej biblioteki z Tulczyna, kilka bezcennych powozów, rokokowe saneczki Marii Antoniny oraz akcesoria końskie.

Alfred III Potocki był jednym z najlepiej wykształconych ludzi w Polsce. Uczył się w domu i Wiedniu, potem studiował w Oxfordzie i Lwowie. W czasie studiów w Oxfordzie bywał na wyścigach konnych w Ascot, potrafił wydawać jednorazowo pieniądze na zakup pięćdziesięciu koszul w najdroższych londyńskich domach towarowych. Miał niebywałą pozycję towarzyską w świecie. Był przyjmowany na audiencjach przez papieża Piusa X i Cesarza Franciszka Józefa, tańczył na balach w pałacach książąt Schwarzenbergów i Fuerstenbergów w Wiedniu oraz w pałacu Buckingham w Londynie. Gościł w Łańcucie arcyksięcia Ferdynanda, grał w tenisa z Glorią Swanson, bywał na obiadach u króla Rumunii Karola, Douglasa Fairbanksa i Mary Pickford, odwiedzał prezydenta Roosevelta i gen. Pershinga, polował z Clemenceau i Pétainem, składał wizytę Dalaj Lamie.

Alfred III Antoni Potocki (z prawej) z matką Elżbietą Matyldą Radziwiłł i ministrem spraw zagranicznych Józefem Backiem

Należał do ścisłego establishmentu II Rzeczypospolitej i często świadczył na jej rzecz usługi recepcyjne. To w jego zamku w Łańcucie organizowano bale dla korpusu dyplomatycznego, tenisowe turnieje i polowania. Podejmował też gości zagranicznych, m.in. króla rumuńskiego Ferdynanda I i królową Marię, Jerzego, księcia Kentu, czy ministra propagandy III Rzeszy, Joachima Ribbentropa.

Hrabia Alfred Potocki, księżna Kentu Marina i towarzyszące im osoby w powozie w drodze na przejażdżkę

Zamek posiadał już w podziemiach luksusową łaźnię rzymską, saunę, wanny, urządzenia do elektroterapii, sale gimnastyczne. W łaźni znajdował się barek i była ona połączona z wyższymi kondygnacjami windą.


W dwudziestoleciu międzywojennym miasto znów popadło w zastój, wiodąc żywot prowincjonalnego miasteczka. Podczas dwóch wojen światowych Łańcut nie poniósł większych strat materialnych, natomiast duże straty w ludności, szczególnie żydowskiej.


W mieście stacjonował 10 Pułk Strzelców Konnych, który w 1937 r. wszedł w skład 10 Brygady Kawalerii pod dowództwem płk Stanisława Maczka. Jego obecność stabilizowała bezpieczeństwo właścicieli Łańcuta narażonych coraz częściej na ataki ze strony radykalizujących się organizacji chłopskich. W maju 1933 r. pułk i policja powstrzymały marsz na Łańcut, w którym wzięło udział ok. 10-12 tys. chłopów z okolicy.

Alfred Antoni Potocki przed pałacem w Łańcucie

Ekwipaż myśliwski przed pałacem

Karpaty Wschodnie zawsze przyciągały myśliwych, również Alfreda Potockiego. Polowania na niedźwiedzie oraz odbywające się tam rykowiska przyciągały najlepszych myśliwych Rzeczypospolitej. Niedźwiedzia, który na sumieniu miał trzech ludzi, ubił w tych rewirach hrabia Adam Zdzisław Zamoyski.


W styczniu 1931 r. łańcucki ordynat Alfred Potocki na zaproszenie właśnie hrabiego Adama Zamoyskiego polował w Sołotwinie Miziuńskiej, którą wraz z nadleśnictwem Polanica dzierżawił Adam Zdzisław hrabia Zamoyski (1872-1933) z gałęzi Zamoyskich na Wysocku, właściciel pałacu w Romanowie i następnie mieszkaniec Krakowa. Razem z braćmi Zygmuntem z Wysocka i Władysławem z Racewa tworzyli wzorową drużynę łowiecką, znakomicie strzelająca i pielęgnującą cnoty myśliwskie. Hrabia Alfred Potocki w takim towarzystwie polował na niedźwiedzie, z dobrym skutkiem, w nadleśnictwie Sołotwina.

Adam Zdzisław Zamoyski przed pawilonem myśliwskim

Alfred Potocki

Alfred Antoni Potocki na polowaniu w Sołotwinie

Hrabia Adam Zdzisław Zamoyski (drugi z prawej) i hrabia Alfred Potocki (trzeci z prawej) w rozmowie z kierownikiem Nadleśnictwa Mizuń - Kosterkiewiczem (pierwszy z prawej) przy saniach na drodze. Towarzyszy im redaktor Jan Lankau (pierwszy z lewej).Hrabia Adam Zdzisław Zamoyski (drugi z prawej) i hrabia Alfred Potocki (trzeci z prawej) w rozmowie z kierownikiem Nadleśnictwa Mizuń - Kosterkiewiczem (pierwszy z prawej) przy saniach na drodze. Towarzyszy im redaktor Jan Lankau (pierwszy z lewej).

Uczestnicy polowania podczas rozmowy przed pawilonem myśliwskim. Od lewej widoczni: hrabia Alfred Potocki, kierownik Nadleśnictwa Mizuń - Kosterkiewicz i hrabia Adam Zdzisław Zamoyski

Uczestnicy polowania przed pawilonem myśliwskim. Widoczni m.in.: hrabia Alfred Potocki (pierwszy z lewej) i hrabia Adam Zdzisław Zamoyski (drugi z lewej na schodach)

Od lewej: hrabia Adam Zdzisław Zamoyski, hrabia Alfred Potocki i kierownik Nadleśnictwa Mizuń - Kosterkiewicz

Uczestnicy polowania z psami przed pawilonem myśliwskim. Widoczny m.in. kierownik Nadleśnictwa Mizuń - Kosterkiewicz (trzeci z lewej).

Polowanie na niedźwiedzie w nadleśnictwie Sołotwina, w lasach należących do hrabiego Adama Zdzisława Zamoyskiego. Uczestnicy polowania na schodach przed pawilonem myśliwskim. Widoczni m.in.: hrabia Alfred Potocki (drugi z lewej) i kierownik Nadleśnictwa Mizuń - Kosterkiewicz (pierwszy z prawej)

Uczestnicy polowania na koniach, w drodze na miejsce polowania. Na pierwszym planie na koniu widoczny hrabia Adam Zdzisław Zamoyski, za nim hrabia Alfred Potocki i kierownik Nadleśnictwa Mizuń - Kosterkiewicz.

Uczestnicy łowów na niedźwiedzie w nadleśnictwie Sołotwina w lasach należących do hrabiego Adama Zdzisława Zamoyskiego, zsiedli z koni i dalej jadą kolejką wąskotorową na miejsce polowania. Fotografia ze stycznia 1931 r.

Alfred Potocki na stanowisku

Hrabia Adam Zdzisław Zamoyski na stanowisku podczas polowania

Hrabia Alfred Potocki przy upolowanym przez siebie niedźwiedziu

Hrabia Adam Zdzisław Zamoyski (z lewej) gratuluje strzału hrabiemu Alfredowi Potockiemu

Hrabia Adam Zdzisław Zamoyski (z lewej) i kierownik Nadleśnictwa Mizuń - Kosterkiewicz przy upolowanym niedźwiedziu

Alfred Potocki oprowadza Prezydenta Ignacego Mościckiego po łańcuckich ogrodach

Prezydent Ignacy Mościcki i Alfred Potocki

Po przyłączeniu do ordynacji kluczy dóbr leżajskich i łąckich liczyła ona 3 miasta, 56 wsi i 28 folwarków i w chwili likwidacji w lipcu 1939 roku sytuowała się na 5. miejscu w Polsce.


Hitlerowcy podczas okupacji nie prześladowali Alfreda III Potockiego. Nie dostarczał on im zresztą do tego powodów. Na zamku mieścił się sztab wojsk Wehrmachtu stacjonujących w okolicy. Zasługi byłego ordynata dla ruchu oporu nie były wielkie. Przyjął na służbę ok. 40 dodatkowych osób, prowadził także tzw. głodną kuchnię dla ok. 400 najbardziej potrzebujących osób.


Na 6 dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej w 1944 roku, Potockiemu udało się uciec na Zachód. W 11 wagonach wywiózł około 600 skrzyń zabytkowych dóbr ruchomych. Niemcom najprawdopodobniej bardzo imponowały koneksje i rodzinne powiązania hrabiego (jego ojcem chrzestnym był Cesarz niemiecki, Wilhelm I, a dzięki matce, Elżbiecie z Radziwiłłów, był spokrewniony z dwunastoma domami panującymi w Europie przed I Wojną śŚwiatową), toteż bez większych problemów pozwolili mu wywieźć z Łańcuta do Wiednia najcenniejsze zbiory z zamkowych wnętrz.

 

Dnia 23 lipca 1944 roku opuszczał swą ukochaną rezydencję IV ordynat na Łańcucie Alfred hr Potocki udając się via Kraków do Wiednia - pisze Teresa Fabijańska - Żurawska. Nie myślał wtedy o rychłym powrocie do rodzinnego gniazda, ale był pełen ufności, że Zamek i tym razem ostatnie się zawierusze wojennej, będąc jak zawsze pod opieką „dobrego Anioła Stróża”, jak sam określił. Wszak wraz z matką swą Elżbietą z Radziwiłłów, jeździł do Leżajska, by przed cudownym obrazem jaśniejącej Matki Najświętszej powierzyć Zamek i siebie Jej opiece. Czy wierzyli na prawdę w tę siłę nadprzyrodzoną? Faktem jest, że Zamek ocalał, a właściciele dożyli swoich dni.


Ostatnie miesiące Łańcuckiej egzystencji wypełnione były pracą przy pakowaniu i wysyłaniu rzeczy do Wiednia. W swoim pamiętniku Alfred hr Potocki opisuje niemal dzień po dniu przygotowania, jakich dokonywano w Zamku do końca marca 1944 roku. Należy wspomnieć, że w czasie okupacji sztab wojska niemieckiego zajął część Zamku pozostawiając ograniczoną swobodę gospodarzom.


Pakowanie stało się faktem. Uprzątaliśmy komnatę jedną po drugiej z obrazów, mebli, porcelany, kryształów i całej reszty. Niektóre z nich moi służący opłakiwali łzami, niezdolni do powstrzymywania emocji. To wyglądało jak koniec świata (…) Pamiętam jak stanąłem w pustym pokoju patrząc jak pada śnieg, a oficerowie niemieccy wchodzili i wychodzili z Zamku (…) To już nie było moje ognisko. Przychodzili poinformować mnie, że cały zamek będzie zajęty.


Pracowaliśmy w nocy wśród pomruków bombowców latających tam i z powrotem nad Zamkiem. Niejednokrotnie byłem na nogach aż do świtu doglądając pakowania porcelany i kryształów.


Nasze zasoby wyczerpywały się. Każdego dnia wydawaliśmy 400 posiłków bez liczenia tych, dostarczanych do około 200 uciekinierów i dla naszych biednych na miejscu. Na początku maja 200 uciekinierów dodatkowo przybyło ze Lwowa. Wydałem rozporządzenie by ich karmili aż do momentu, gdy nie zostanie ani jedna kromka chleba.


Zdecydowałem się  wysłać do Wiednia zapakowane skrzynie i 10 maja załadowano 75 na dworcu w Łańcucie. Dwa dni później posłano 174 dodatkowo. Widziałem jak odjeżdżały i pytałem siebie czy je jeszcze zobaczę.


W połowie lipca Elżbieta Potocka wyjechała do Bad-Gastein, a następnie do Wiednia. Syn dołączył do niej 1 sierpnia 1944 r. Zamieszkali w hotelu „Bristol”, gdzie nie byli jedynymi uciekinierami z Polski. Rzeczy łańcuckie, w sumie około 640 skrzyń dojechały do Wiednia i zostały w pałacu Lichtensteinów. W czasie bombardowań niektóre uległy zniszczeniu. Później podzielono je na dwie części. Jedna pojechała do Waduz, druga do Feldkirch w Austrii przy granicy z Lichtensteinem na odpłatne przechowanie w firmie Gebruder Weiss. Naloty zmusiły Potockich do wyjazdu 15 marca 1945 do księstwa Lichtenstein, później do Lozanny w Szwajcarii.


Dziś w Łańcucie wielu ludzi wspomina hrabiego Alfreda z najwyższym szacunkiem, szczególnie gdy w latach okupacji zatrudniał ich w Zamku czy w ogrodach dając możność tym samym przeżycia całym rodzinom i uratowania ich od wywózki na przymusowe roboty do Niemiec. Kobiety znajdowały zatrudnienie w szkole hafciarstwa założonej przez hrabinę Romanową lub przygotowaniu obiadów dla uciekinierów i biednych. Zamek zawsze opiekował się nimi i czyniła to osobiście każdorazowo ordynatowa. Tak było i w ten czas niewoli.

 

Aleksander Świątoniowski – lokaj ostatniego ordynata tak go wspomina: - „Kiedy zjeżdżali  się ważni goście, to mieliśmy masę roboty i to prawie całą dobę. Potocki z matką przyjeżdżali do Łańcuta na Święta Bożego Narodzenia. Goście pojawiali się dopiero na Sylwestra i bawili do Trzech Króli. Potem Potocki jechał za granicę. Wracał w wakacje, lub jesienią w sezonie polowań. Później znów gdzieś wyjeżdżał. I tak co roku.


O, było tu i na co popatrzeć, było. Na przykład taka wizyta hinduskiego Maharadży. Co tu był wtedy za ruch, ile kolorowych wspaniałości. Błyszczące stroje, dziwne obyczaje. I ta egzotyka w naszym, galicyjskim Łańcucie.
-  Albo ta aktorka Laura. Ile było z nią zamieszania”.


Z urywanego potoku słów można wywnioskować, że przez pewien czas mieszkańcy zamku interesowali się plotkami o pięknej aktorce Laurze, Amerykance, grającej podobno w Hollywood. Hrabia Potocki przywiózł ją do Łańcuta ze swoich amerykańskich wojaży. Szczerze w niej zakochany chciał się nawet z nią ożenić i zrobić piękną Laurę panią na Łańcucie. No, ale przecież matka ordynata, spokrewniona z europejskimi rodzinami panującymi, nie mogła dopuścić do takiego skandalu. Jej synowa, żona łańcuckiego ordynata – aktorką. Nie, to byłoby straszne.


Na wielki opór w sprawie synowej, wpłynął pewnie też dawny obyczaj, że po ślubie syna – ordynata, matka – wdowa, powinna opuścić reprezentacyjny apartament na pierwszym piętrze i przenieść się do bardziej kameralnych pokoi na drugim piętrze. W związku z tym energiczna postawa Elżbiety Potockiej zmieniła tok wydarzeń. Piękna Laura musiała wyjechać.
– W saloniku, na fortepianie do dziś stoi jej fotografia. To ta urodziwa kobieta z koralami na szyi.
Pan Hrabia to był swój chłop – kończy swoje wspomnienia stary lokaj. – Gorsza była matka, bo wie pani, to Niemka. A on to i na wesele do nas przyszedł i na chrzciny. I zadbał o ludzi, jak było potrzeba.


Oczywiście wspominają i dobre czasy: polowania, przyjmowanie dostojnych gości, piękne powozy i widowiskowe zaprzęgi. Łańcut był salonem Rzeczpospolitej dla oficjalnych gości rządowych i salonem Europy dla gości Potockich.

Elżbieta Maria Matylda z Radziwiłłów Potocka, urodzona w Berlinie, córka Antoniego ks. Radziwiłła i Marii de Castellane, żona Romana hr Potockiego, matka Alfreda i Jerzego

W rodzinie nazywana była Betką, a przez służbę Excellencją. Jej to właściwie Zamek zawdzięcza dzisiejszy wygląd, modernizację (słynne łazienki, elektryczność, system ogrzewania etc.), założenie obecnych ogrodów w obrębie fortyfikacji i trzydziestohektarowego parku poza fosą.

Biała jadalnia

Także wzniesienie nowych, monumentalnych budynków stajni i powozowni. Wraz z mężem swym, poślubionym w Berlinie w 1885 roku z nadzwyczajną wytrwałością i świadomym programem pracowała nad wspaniałością Łańcuta nie niszcząc tego, co dawne, piękne, historyczne. Szczególnie zachowując wnętrza-komnaty zamkowe księżnej Marszałkowej Izabeli Lubomirskiej słynącej z umiłowania sztuk pięknych, dobrego smaku i zatrudniania najlepszych artystów epoki.

Kompleks hippiczny w Łańcucie widziany od zachodu

Powozownia zamkowa

Ekskluzywny powóz do polowań

O swoich pierwszych wrażeniach i przebudowie całego zamku pisze Elżbieta hr Potocka we „Wspomnieniach”, które zachowały się w rękopisie w bibliotece muzealnej. Są pisane barwnie, a przy tym z dokładnością dokumentu czasu. Świadczą o jej żywości umysłu, wyobraźni i poczuciu humoru. Pokazują też ogrom pracy włożonej przed z górą stu laty, widocznej dzisiaj.

 

Wszystko to, by Łańcut błyszczał i promieniował swą kulturą w następnych, nieraz bardzo trudnych ekonomicznie i politycznie latach. Można powiedzieć, że zawsze uczył i radował, inspirował i zachwycał.

Łańcut około 1920 roku

Pierwsze lata małżeństwa Elżbieta hr Potocka spędziła z mężem w Wiedniu, gdzie zasłynęła nie tyle urodą co urokiem, elegancją, pięknem toalet i ekwipaży. Później, po śmierci teścia w 1889 roku, gdy została ordynatową, czuła się i była z górą pół wieku panią na Łańcucie.

Portret z lat 30. dwudziestego wieku

W ostatnich latach życia dane jej było dzielić wraz z synem los emigrantów. Zmarła w sędziwym wieku 89 lat dnia 13 maja 1950 roku w Lozannie i tam została pochowana na pięknym cmentarzu patrzącym na jezioro Leman (Genewskie).

Jerzy (z lewej) i Alfred Potoccy

Jej starszy syn, Alfred Antoni ur. 14 czerwca 1886 roku w Łańcucie, został po śmierci ojca w 1915 roku czwartym ordynatem łańcuckim. Był dziedzicznym członkiem Izby Panów i prezesem krakowskiej „Resursy”. W ostatnich latach życia został kawalerem Krzyża Maltańskiego.


Młodszy syn Elżbiety – Jerzy Józef urodzony w Wiedniu 21 stycznia 1889 roku otrzymał dobra pomorzańskie położone na wschód od Lwowa. Malowniczy renesansowy zamek w Pomorzanach posiadał niegdyś czworoboczny dziedziniec z krużgankami, po którym zostały dwa okazałe skrzydła z narożnymi wieżami i oficyną z późniejszych czasów. Jeszcze dzisiaj podziwiać można szlachetne propozycje i detal architektoniczny wysokiej klasy. Do Pomorza wiedzie przepiękna, szeroka droga przez Złoczów. Wielowiekowy, historyczny zamek był niszczony najpierw najazdami Tatarów, później innymi wojnami, ale został pięknie odrestaurowany na początku lat trzydziestych przez Jerzego hr Potockiego i jego żonę Susanę Iturregui y Orbegoso, która, jak tradycyjnie każda z pań Potockich, inicjatywą i finansami wsparła to niełatwe i kosztowne przedsięwzięcie. Ta para urodziwych ludzi ślub zawarła w Paryżu w obecności obu matek – wdów, dnia 28 czerwca 1930 roku i na pierwsze lata osiedlili się we Francji nie zapominając o swym tak bardzo włoskim zamku w Pomorzanach. Zauroczona jego wspaniałą architekturą i historią nowa pani domu, szykowna i miła, gospodarna, dobra i zapobiegliwa, wzorowo zajmowała się wszystkim. Władając językiem polskim, którego nauczyła się chętnie, miała dobre kontakty z miejscową ludnością, wśród której prowadziła działalność charytatywną.

 

Susana Iturregui y Orbegoso - żona Jerzego hr Potockiego

Urodziła się w Limie 8 października 1898 roku. Ojcem jej był Juan Manuel Iturregui, matką Susana Obergoso de Iturregui. Rodzina Iturregui (Yturregui) przybyła z Hiszpanii do Peru w końcu XVIII w. Najbardziej znanym w historii był Juan Manuel Yturregui – dziadek Susany, wielki przyjaciel San Martina, z którym wywalczyli razem niepodległość Peru, w połowie XVIII w. Luis Jose Orbegoso – pradziadek Susany po kądzieli – był marszałkiem i prezydentem Peru.


Jerzy hr Potocki jako młody człowiek służył w wojsku austriackim, co uwiecznił pięknym portretem Wojciech Kossak. Za wolnej Polski, w 1919 roku Jerzy stał na czele polskiej misji wojskowej w Budapeszcie, a w latach 1919-1920 był adiutantem Marszałka Józefa Piłsudskiego, którego uwielbiał z wzajemnością. Następnie wybrany został senatorem z okręgu tarnopolskiego i tę funkcję musiał pozostawić po nominacji go na ambasadora Polski w Turcji. Jak powszechnie wiadomo, Turcja nie uznawała rozbiorów Polski i co roku padało pytanie: „Gdzie jest poseł z Lechistanu?”. Odpowiedź brzmiała: „Nie przybył”. Jerzy hr Potocki w 1933 roku jako pierwszy po wielu latach mógł ze wzruszeniem wstać i powiedzieć: „Oto jestem”.

Stworzenie nowej placówki dyplomatycznej w Ankarze nie było łatwe. Remont zakupionego obiektu był kosztowny, sfinansowali go małżonkowie Potoccy z własnych funduszy rodzinnych. W 1936 roku Jerzy został ambasadorem Polski w Waszyngtonie z równoczesną nominacją na posła przy rządzie Republiki Kubańskiej, co trwało do 14 grudnia. Oboje Susana i Jerzy dużo podróżowali zabierając ze sobą urodzonego w 1932 roku syna Stanisława. Łańcut, Pomorzany, Paryż, Ankara, Waszyngton, Lima. Około 1939 roku Pomorzany wynajął od Potockich ambasador USA w Polsce Anthony Biddl. Sowieci wkraczający do Polski 17 września 1939 roku otrzymali rozkaz ominięcia i uszanowania tej prywatnej rezydencji, na której wisiała flaga amerykańska. Status nietykalności zachowały Pomorzany także w 1941 roku gdy Niemcy uderzyły na Rosję. Wówczas jeszcze Stany Zjednoczone nie były w stanie wojny z Niemcami. W 1944 roku wraz z ofensywą sowiecką na zachód fala dzikiej nienawiści i tutaj sięgnęła. Pomorzany zostały splądrowane, czego nie udało się ukraść, zniszczono. Alfred hr Potocki zdawał sobie sprawę jakie zagrożenie nadchodzi dla Łańcuta.


W czasie wojny Susana hr Potocka organizowała pomoc finansową i żywnościową głównie dla jeńców za pośrednictwem Polskiego Czerwonego Krzyża. Na ten cel w miejscowości Pau we Francji organizowała koncerty charytatywne zapraszając takich muzyków jak Radwan, Małcużyński czy Szering.


Jerzy hr Potocki zaprzyjaźniony z prezydentem Roosveltem zaofiarował mu swoją pomoc w pertraktacjach ze Stalinem. Doskonała znajomość języków, w tym rosyjskiego, oraz Kresów i mentalności sowieckiej mogły być niezwykle przydatne. Niestety został zlekceważony, zrezygnowano z jego propozycji. Był niewątpliwie zdolnym dyplomatą i gdyby nie wojna, życiorys byłby jeszcze ciekawszy.


Po wojnie ofiarowało mu obywatelstwo kilka krajów: Stany Zjednoczone, Kuba, Austria, Peru. Nie zrzekając się polskiego, przyjął obywatelstwo maltańskie zostając ambasadorem Zakonu Kawalerów maltańskich w Limie, gdzie wraz z żoną i synem zamieszkali od 1941 roku.


W działaniach ambasadora Polski wspierał go zawsze brat Alfred chociażby przez wydawane uroczyste przyjęcia w łańcuckim zamku i organizowane ciekawe, pełne emocji polowania. Obaj byli przednimi myśliwymi trzech kontynentów. Dotąd zachowały się w Powozowni Zamkowej w Łańcucie liczne fotografie ze słynnych safari fundowanych przez ordynata łańcuckiego w 1924 i 1926 roku do Sudanu. Obaj również uprawiali sporty takie jak gra w polo czy golfa, z czego słynął Łańcut.


Obaj bracia pozostawili swoje wspomnienia. Fragmenty książki Alfreda, cytowane na początku, oddają atmosferę grozy przed nadchodzącym frontem sowieckim. Jerzy napisał książkę „Na wojnie i na łowach” – wspomnienia z lat wojny 1914-1916 i kontaktów z naturą podczas licznych polowań. Inne drobne artykuły w „Łowcy” zdradzają człowieka wrażliwego, miłośnika lasu i całej przyrody, znającego obyczaje zwierząt i ptaków, umiejącego wsłuchiwać się w życie, rozumieć je i szanować. Jerzy hr Potocki był niewątpliwie postacią interesującą, niezwykłą, godną biografii. Wielka szkoda, że nieznany jest los obecny jego pamiętników oraz ich tłumaczenia dokonanego przez Louise de Villemoran na język francuski.


Na krótko przed śmiercią Jerzy hr Potocki napisał list do Władysława Gomułki z prośbą o zezwolenie mu na przyjazd do Polski, by tu dokonać swego życia. Nie dano mu możliwości nawet krótkiego, „turystycznego” pobytu. Zmarł 20 września 1961 roku w Lozannie, a jego starszy brat, ordynat łańcucki zmarł 30 marca 1958 roku w La Roche-sur-Foron. Obaj mieli po 72 lata. Pochowani zostali u boku ukochanej matki. Susana żyła długo, zmarła w sędziwym wieku 92 lat 19 lutego 1989 roku w Lozannie i tam została pochowana.

 

Łańcucka fara, w podziemiach której znajduje się krypta grobowa - mauzoleum Potockich

Mauzoleum rodowe Potockich – wybudowane z fundacji Romana Potockiego, III ordynata łańcuckiego i jego żony Elżbiety. Mauzoleum poświęcił w dniu 5 listopada 1900 r. św. Józef Sebastian Pelczar - biskup ordynariusz przemyski. Do krypty znajdującej się pod transeptem kościoła prowadzą białe marmurowe schody. W ośmiobocznej kaplicy znajduje się ołtarz autorstwa znanego lwowskiego rzeźbiarza Antoniego Popiela, zwieńczony białą marmurową pietą. Do kaplicy przylegają dwie pięcioboczne krypty. W północnej złożono szczątki Lubomirskich, a w południowej Potockich. Dnia 20.09.2001 r. w krypcie odbył się uroczysty pogrzeb sprowadzonych do kraju ze Szwajcarii prochów Potockich, zmarłych na emigracji po II Wojnie Światowej. Pomieszczenia krypty nie są zwykle udostępnione do zwiedzania. W Wielkim Tygodniu kaplica służy jako ciemnica, mauzoleum można odwiedzać również w dzień Wszystkich Świętych.

 

Po wielu latach wrócili do Łańcuta, do należnego im miejsca – matka z synami i synową. Stało się to za sprawą syna Jerzego, Stanisława hr. Potockiego i jego żony Rosy z hr Larco de la Fuente, którzy postanowili dopełnić historii i pochować swoich bliskich w rodzinnym mauzoleum pod farą w  Łańcucie. Powtórny pogrzeb Potockich w Łańcucie odbył się 20 września 2001 roku.

Stanisław i Rosa Potoccy podczas uroczystości pogrzebowych 20 września 2001 roku

 Szczególną okazją zjazdu Potockich były uroczystości sprowadzenia z zagranicy prochów ostatniego ordynata łańcuckiego Alfreda hr. Potockiego, Elżbiety z Radziwiłłów Romanowej Potockiej, jego matki, Jerzego Potockiego, senatora i ambasadora, Susany de Ytureguei Potockiej, żony Jerzego. - Ich szczątki spoczywały dotąd na cmentarzu w Lozannie. Ustawiono je wówczas w ubranej kirem zamkowej kaplicy, po czym w uroczystym kondukcie, na wozie pogrzebowym ozdobionym "Pilawami" Potockich, odprowadzone zostały do łańcuckiej fary, a potem złożone w krypcie - wspomina kustosz Muzeum-Zamku. Trumny Potockich złożone zostały w rodowej krypcie w kościele farnym w Łańcucie. Stało się to dzięki wieloletnim staraniom hrabiego Stanisława Potockiego w 2001 r. To on wraz z żoną pełnili rolę gospodarzy uroczystości. Pogrzeb był godny magnatów. Towarzyszyła mu wojskowa kompania honorowa, bo Jerzemu Potockiemu, jako adiutantowi marszałka Piłsudskiego, przysługiwał ceremoniał wojskowy. Pożegnały go salwy honorowe. Mszę koncelebrował bp Józef Michalik

W tej samej rodowej krypcie Potockich spoczęły również w 2014 r. prochy Stanisława hrabiego Potockiego. Specjalna kareta przystrojona żałobnym kirem przywiozła trumienkę z prochami śp. hrabiego Stanisława Potockiego do łańcuckiej fary

Artefakty, które wyjechały, po latach częściowo pojawiły się na aukcjach: obrazy Belliniego, Bouchera, Carriery, Marii Cosway, Franciszka Franckena Starszego, Fragonarda, Lampiego, le Naina, Roberta, Sheffera, Fransa Snydersa, Stroyela, Elisabeth Vigée-Lebrun i Watteau oraz wiele bezcennych tkanin, w tym kobierce perskie i polskie, rzeźby Thorvaldsena i Teneraniego, cenne meble oraz zbiory porcelany, w tym serwis podarowany Janowi III Sobieskiemu przez Cesarza Chin oraz złoty niellowany serwis do kawy należący niegdyś do Kara Mustafy. Potocki wywiózł również najcenniejsze książki, dokumenty i listy, a wśród nich stare pergaminy ruskie o ogromnej wartości oraz korespondencję księżnej Izabeli z Czartoryskich Lubomirskiej. Ostatecznie Potocki osiadł w Szwajcarii.


Słynne rezydencje hrabiów Potockich w Łańcucie i w Antoninach do końca swego istnienia (w wypadku Antonin ich kresem był 1919 rok, a w wypadku Łańcuta 1944 rok) były tymi wśród polskich arystokratycznych posiadłości w wiekach XIX i XX, które nie tylko zaliczano do najbogatszych, ale także najperfekcyjniej ukształtowanych i funkcjonujących. W znacznym stopniu odnosiło się to do efektownie i z wielkim rozmachem urządzonego myślistwa, które odgrywało w obu tych posiadłościach jedną z podstawowych ról. Chodzi tu zarówno o polowania z palną bronią myśliwską, jak i o konne polowania par force. Te ostatnie, chociaż organizowane w majątkach tej samej rodziny, stanowiące wzajemnie dla siebie asumpt, realizowane były w oparciu o różne wzorce i zapożyczenia. Poza tym, w znacznym stopniu wpłynęły także na kulturowy aspekt funkcjonowania obu domów, stały się trwałym elementem określającym obie te rezydencje i miały znaczny wpływ, chociaż niejednaki w obu, na sposób ich urządzenia i aranżacji wnętrz zarówno stajennych, jak i pałacowych.


W historii polskiego łowiectwa w XIX i pierwszej połowie XX wieku (do II Wojny Światowej) polowania Potockich są przykładem magnackich łowów obejmujących całe bogactwo obyczaju i myśliwskiego rzemiosła osadzonego tak w tradycji polskiej, jak i europejskiej. W historii polowań Potockich z Łańcuta i ich filiacji, jaką były polowania w Antoninach w wielu aspektach jeszcze przewyższające bogactwem urządzenia, łańcuckie łowy, mamy do czynienia z tak różnorodnym myślistwem jak staropolskie polowania z gończymi i chartami, polowania z ptakami łowczymi, polowania z bronią na dziko żyjącą zwierzynę, z naganką leśne i polowe w kotły, polowania z podjazdu i z zasiadki, na głuszce na tokach, polowania na ptactwo wodne, ale i na pochodzące z zamkniętej hodowli przede wszystkim kaczki i bażanty a także konne polowania par force, które Potoccy zaczęli urządzać, jako pierwsi z Polaków. Poza tym to właśnie w lasach łańcuckich w drugiej połowie XIX wieku zaprowadzono po raz pierwszy w polskim majątku na terenie Galicji nowatorskie elementy szeroko pojętej organizacji polowań, które rozpowszechnione weszły potem do stałego kanonu łowów.


W najdawniejszych czasach chodziło przede wszystkim o zdobycie pożywienia, potem bardziej o kultywowanie tradycji. W Polsce nie bez znaczenia dla kultywowania tradycji polowań był fakt, że pod zaborami dawały one jedną z nielicznych możliwości obcowania z bronią, czyli w pewnym sensie przygotowywania się do oczekiwanego zrywu zbrojnego mającego oswobodzić kraj.


Polowania stały się też jednak znakomitą okazją do prowadzenia życia towarzyskiego. W sezonie polowań, na jesieni, do Potockich na polowania zjeżdżała nie tylko polska arystokracja, ale dobrze urodzeni z całej Europy.


Potoccy uczynili z organizowania polowań rodzaj sztuki, która naśladowana była przez wiele polskich dworów, nigdzie jednak nie osiągnęła takiego poziomu jak u nich. W dobrach łańcuckich uprawiano wszelkie rodzaje myślistwa: staropolskie polowania z gończymi i chartami, z ptakami łownymi. To Potoccy, jako pierwsi w Polsce, wprowadzili angielski zwyczaj polowania par force - całego skomplikowanego ceremoniału łowów na koniach, ze sforą wyuczonych psów. Od uczestników wymagany był specjalny strój, całość prowadzili wyedukowani w Anglii fachowcy. W takim polowaniu chodziło nie tyle o upolowanie zwierzyny, co o odprawienie towarzyskiego ceremoniału, w którym każdy uczestnik miał do odegrania swoją rolę, mógł pięknie się zaprezentować. Malarska rodzina Kossaków wybiła się właśnie na przedstawieniach polowań par force u Potockich.


Polowania par force zostały zainicjowane w Polsce w 1841 roku. Łańcut był wówczas własnością hrabiego Alfreda Potockiego (1785–1862), który sprowadził z Anglii specjalistów od organizowania takich łowów i stylowy ekwipunek. Uczestnicy polowań występowali w czerwonych rajtrokach, białych kamizelkach z mosiężnymi guzikami i białych spodniach. Konne polowania w Łańcucie odbywały się corocznie w październiku i w listopadzie. Już w 1844 roku mało znany wówczas malarz - Juliusz Kossak - namalował o nich cykl akwarel, tak rozpoczęła się wielka kariera rodu Kossaków jako malarzy scen myśliwskich.

Juliusz Kossak - Polowanie par force z udziałem chapmanna

System polowań par force bardzo się spodobał polskiej arystokracji. Szybko zaczęto go stosować w innych majątkach, na przykład u Branickich w Białej Cerkwi. Jednak, jak wynika z obrazów Kossaka, który malował także dla Branickich, nie trzymano się tam zasady jednolitego stroju uczestników polowania i nie wyglądało ono już tak nobliwie jak w Łańcucie. W ostatnich dwu dekadach XIX wieku polowania par force rozwinęły się także w drugiej siedzibie Potockich, w Antoninach na Wołyniu. W majątku wszystko podporządkowane było organizowaniu polowań. Hodowano konie anglo-arabskskie i psy gończe, na pagórkowatych terenach, ustawiono przeszkody urozmaicające konną gonitwę.

Juliusz Kossak - Polowanie w Łancucie

Jerzy Kossak. Polowanie par force

Jak wyglądały polowania u hrabiów Potockich w XIX i XX wieku? Były polem olbrzymiej fascynacji w rodzinie Potockich - co brało się zresztą z głębokiego historycznego, obyczajowego i kulturowego zakorzenienia myślistwa w życiu polskich ziemian, w tym i arystokracji, wręcz łowieckiego etosu. Łańcut był jednym z niezliczonych polskich domów, w którym polowania żywotnie wpływały na rytm i treść życia jego właścicieli. Żeby polować, trzeba było mieć las a w nim zwierzynę, a przede wszystkim dbać o jedno i drugie. Łańcuckie lasy obejmowały aż 13 tysięcy hektarów. Podzielone były na rewiry, czyli leśnictwa, doskonale administrowane przez zarządców. Ich niekończącą się pracą było dbanie, by rewiry były bogate w drzewostan i by mogły stanowić doskonały teren do bytowania dziko żyjącej zwierzyny. Ta była dokarmiana padliną, czy poprzez zasiewane poletka paszowe np. topinamburem. Zakładano też remizy. To powodowało, że zwierzostan był bardzo liczny. Nie strzelano do niego jednak bez opamiętania; myślistwo było bowiem racjonalne. Wyznaczano do odstrzału odpowiednią liczbę zwierzyny, w zależności od tego ile w danym rewirze jej bytowało. Bywało, że ciężka zima, albo jakaś choroba, powodowała jej spadek. Wówczas mocno ograniczano łowy. Ponadto, już w poł. XIX w. mieli Potoccy bażantarnię; w 80. i 90. latach było ich już pięć. Kupowane jaja bażantów były wysiadywane przez perliczki, kury. Były też dwie kaczkarnie.

Polowanie w Łańcucie

Oficerowie pułku na polowaniu u Potockich w 1931 roku

Polowanie konne w ordynacji hrabiego Alfreda Potockiego w Łańcucie

Łańcut zasłynął z polowań par force - Był pierwszym majątkiem w Polsce, gdzie zaczęto urządzać takie nowożytne, angielskie polowania par force, jeszcze w latach 40-tych XIX w. Były to konne polowania z psami. Polegały na gonitwie jeźdźców ubranych w czerwone rajtroki, czyli fraki lub żakiety ze złotymi guzikami, co dodawało olbrzymiej malowniczości. Jeźdźcy zakładali też białe bryczesy, wysokie, czarne buty z żółtymi wyłogami, białe kamizelki także ze złotymi guzikami. Do tego czarne cylindry, a później toczki. Gdyby podczas polowania zdarzył się wypadek, w gęstwinie czy na jakimś rozległym polu, czerwony kolor rzucał się w oczy. Par force to francuskie określenie, oznaczające „siłą”- galopowano po nieznanym terenie, najeżonym naturalnymi przeszkodami. Należało pokonywać rowy, parowy, ścieżki, przeskakiwać zwalone drzewa czy strumienie. Wymagało to olbrzymiej sprawności. Myśliwym-jeźdźcom towarzyszyła sfora psów, goniąca zwierzynę. Polowano na lisy, zające, daniele. Od końca XIX wieku urządzano parforsy za śladem - za jeźdźcem, który ciągnął za sobą np. worek z lisimi odchodami. Za tą wonią gnały ujadając psy, a za nimi jeźdźcy. To właściwie było pseudo polowanie, ale wpisało się w kulturę. W Antoninach na Wołyniu urządzano zaś parforsy francuskie - różniły się ekwipunkiem i charakterem - celem było dopadnięcie zwierzęcia za wszelką cenę. Polowano w nich na jelenia.

Jerzy Kossak. Polowanie

Wyjazd na polowanie z pałacyku w Potoku

Psiarnia Potockich w Potoku

Jeźdźcy przed stajniami Potockich w Antoninach

Psy specjalnie hodowano i tresowano do tego typu polowań. W obu majątkach Potoccy mieli psiarnie - specjalne budynki, w którym huntsmani chowali psy. Jedna sfora składała się z ponad 20 psów. W pole zawsze szło 14-16. Łańcucka psiarnia od 1897 roku istniała w Potoku, ze sforą importowanych angielskich foxhundów - w odpowiedni sposób tresowanych. Sfora była wciąż odnawiana.

Alfred III Potocki z anglo - arabami

Panie, podobnie jak panowie także polowały. Także par force, siedząc w damskim siodle. To daje wyobrażenie o ich olbrzymiej sprawności. Polowały obie hrabiny Potockie, córki księcia Antoniego Radziwiłła z Nieświeża, wydane za mąż za dwóch braci - Helenę do Antonin za Józefa, a Elżbietę za Romana do Łańcuta. Panie jeździły konno w czarnych amazonkach i cylindrach z woalkami, opuszczanymi, by twarze się nie opalały. Stroje do polowań ze strzelbą, tak pan jak i panów, zwyczajowo były zielone lub brązowe, często ozdabiane kościanymi guzikami. Nawiązywały do ubiorów tyrolskich, czy ogólnie zachodnioeuropejskich.

 

Amazonka

Damskie stroje do polowań par force i damskie siodło

Na kilkudniowe polowania zapraszano gości w październiku i listopadzie. Jednorazowo kilku, najwyżej dziesięciu. Było to grono zaprzyjaźnionych myśliwych - rodzina, kuzyni, najwyżej uplasowana polska arystokracja - Zamoyscy, Braniccy, Tarnowscy, Tyszkiewiczowie, Lubomirscy. Słynny myśliwy, Zdzisław Tarnowski z Dzikowa, bywał stale. Gościli także Wodziccy z Tyczyna, książę Antoni Radziwiłł - teść Romana Potockiego, Rotschildowie, książęta Lichtenstein. Do Łańcuta przyjeżdżali również arcyksiążęta z Wiednia, co było prestiżowe, dodawało blichtru i sławy polowaniom. W ciągu jednego dnia polowano dwukrotnie. Najpierw w jednej bażantarni, a potem par force za żywym lisem, a następnego dnia przed południem na dziko żyjącą zwierzynę, a po potem w innej bażantarni albo kaczkarni. Lub konno za śladem. Do Julina zaś jeżdżono w sierpniu i we wrześniu. Tam polowano z podjazdu. Jak to wyglądało? Przez przecinkę leśną jechało kilku myśliwych, siedząc na wozie podjazdowym - bokiem do kierunku jazdy. Rogacze zatrzymywały się, widząc konie. Był to moment, kiedy myśliwy zsiadał z wozu i oddawał strzał.

Wóz podjazdowy

Najczęściej polowano w Łańcucie na bażanty, kaczki, lisy, sarny, daniele, borsuki, kuropatwy. Na dziki też, ale mniej. Na dziki i wilki wyjeżdżało się zimą do lasów tzw. „zalwowskich”, głównie starosielskich.

Rozkład polowania na "pióro"

Polowanie miało swój cały ceremoniał, kończyło się rozkładem zwierząt, czyli pokotem, według hierarchii, od najmniejszych do największych. Niejednokrotnie pokot miał również formę rozwieszania na specjalnej szubienicy, szczególnie wilków i dzików. Najlepsze trofea były preparowane - albo zostawały w Łańcucie, albo zabierane były przez myśliwych, które je strzelili. Część szła na stół. Udane łowy były triumfem nie tylko myśliwego, ale także gospodarza - właściciela polowania, bowiem na swoim łowisku wyhodował tak wspaniałe okazy.

Potoccy musieli znakomitą służbę leśną. Najczęściej była to szlachta po szkołach wiedeńskich i lwowskich, która swoimi pomysłami bardzo ubogacała myślistwo łańcuckie i antonińskie. W Antoninach słynnym organizatorem polowań był Artur Sliwiński, w Łańcucie Franciszek Rajchard de Raichardsperg - dyrektor lasów za III ordynata, a za ostatniego, Wiesław Krawczyński, autor słynnego podręcznika „Łowiectwo”, najbardziej znany w międzywojniu polski teoretyk - myśliwy.


Juliusz Kossak


W XIX, ale również na początku XX wieku konne polowania cieszyły się ogromną popularnością. Uważano je za sport pożyteczny, który rozwija w człowieku najcenniejsze zalety dobrego jeźdźca terenowego, zwłaszcza zmysł orientacji, ale także umacnia dosiad, zmusza do szukania najlepszych sposobów szybkiego przebycia trudnego terenu, usianego przeszkodami i zasadzkami, dbając jednocześnie o jak najmniejsze zmęczenie wierzchowca.

Wyjazd na polowanie par force u Potockich

Szczególnie wymagające były polowania par force, czyli konne polowania ze sforą psów, podczas których ścigano zwierzynę, aż padała z wyczerpania. Wymagały one doskonałych koni, bardzo wytrzymałych i zwrotnych, a jednocześnie odważnych, opanowanych i chętnych do pracy. Również myśliwi musieli wykazać się wytrwałością, energią, silną wolą, odwagą oraz orientacją w terenie i dużymi umiejętnościami jeździeckimi.

 

W Polsce najwspanialsze parforsy były urządzane w wielkich majątkach ziemskich przez arystokratów, którzy posiadali stajnie pełne wyśmienitych hunterów, psiarnie ze specjalnie ułożonymi psami gończymi oraz lasy pełne zwierzyny łownej. Na jednym z takich polowań, zorganizowanym na jesieni w 1844 roku przez Alfreda Potockiego w jego łańcuckich dobrach, w roli artysty debiutował młody Juliusz Kossak. Tam miał okazję poznać całe grono magnatów galicyjskich, m.in. Leona Rzewuskiego, Konstantego Branickiego oraz Adama, Alfreda i Maurycego Potockich, a co ważniejsze, namalować ich konne portrety, dzięki którym zyskał ich uznanie i przychylność i które otworzyły mu drzwi do dalszej kariery. Pamiętnikarz tamtych lat, Ksawery Prek, tak wspominał artystę: Kossak, młody człowiek z talentem, rodem z Tarnowskiego, zrobił bardzo doskonałą szkicę całego tego polowania. Profile myśliwych tak są podobne, że wszyscy spostrzegłszy ten talent wysoki, zrobili składkę na tego młodego, aby mógł za granicą wydoskonalić się w rysunku, którego dotąd mało się jeszcze uczył.

Juliusz Kossak

Pierwsze polowanie par force zorganizowano w 1841 r., a w 1844 r. Adam Potocki z Krzeszowic przywiózł do Łańcuta młodego, początkującego, nieznanego wówczas malarza Juliusza Kossaka. Wykonał on kilkanaście akwarel, które ilustrowały poszczególne epizody polowania. Tak bardzo się spodobały już wtedy obecnym w trakcie polowania panom (kuzyni: Alfred Józef - syn pierwszego ordynata, Adam Potocki z Krzeszowic, Leon Rzewuski z Podhorzec i Maurycy Potocki z Zatora), że zapłacili mu znaczniejszą kwotę i zaczęli go do siebie zapraszać. Od tego momentu zaczęła się kariera Juliusza Kossaka. Arystokracja polecała go sobie. Podobnie jak dobrych architektów, ogrodników. Szczególnie sławne stały się coroczne jesienne imprezy u Józefa Potockiego. Od roku 1884 roku organizowano w Antoninach wystawne polowania par force, zwykle na daniele i jelenie.

Juliusz Kossak - Polowanie w Łancucie - Alfred Potocki i Leon Rzewuski

Julian Kossak - Maurycy Potocki

Rok 1909 był wyjątkowy, ponieważ hucznie obchodzono jubileusz - dwudziestopięciolecie parforsów. Częsty bywalec tych polowań, nie kto inny jak syn Juliusza - Wojciech Kossak przygotował akwarelę ze sceną wyjazdu myśliwych spod antonińskiego pałacu, która znalazła się na zaproszeniu oraz na skomponowanej specjalnie na tę okazję jubileuszowej fanfarze.

Wojciech Kossak

Wojciech Kossak - Gentleman na koniu

Jerzy Kossak

Trzej Kossakowie malowali polowania par force dla Potockich i zapewne dobrzy przy tym zarabiali. Nie było wtedy fotografii kolorowej i polowania dokumentowano na obrazach.

Obraz Jerzego Kossaka

Obraz Wojciecha Kossaka

Łowiectwa uczono od dziecka. Była to naturalna edukacja, związana z życiem każdej ziemiańskiej rodziny, od najskromniejszej po najbogatszą. Polowali wszyscy ziemianie. Dziecko słyszało w domu rozmowy i wrażenia z polowań, bywało na nich z rodzicami. Chłonęło wiedzę, zupełnie naturalnie od ojca, myśliwego. I jakoś nie wypaczały się im charaktery jak dzisiaj „grzmią” przeciwnicy łowiectwa. Przyzwyczajało się. Znany jest rytuał pomazania policzka małego myśliwego krwią upolowanego przez niego pierwszego zwierzęcia. Był to swoisty chrzest.

Alfred (z prawej} i Jerzy Potoccy w 1897 r.

Wielkimi miłośnikami myślistwa byli Roman Potocki i jego młodszy brat Józef z Antonin. Oba majątki konkurowały. Była to jednak zdrowa, kreatywna rywalizacja. Polowali jednak wszyscy Potoccy z różnych gałęzi rodu, którzy organizowali najwspanialsze polowania.

Hrabia Maurycy Stanisław Potocki

Maurycy hr. Potocki herbu Pilawa spokrewniony z wieloma arystokratycznymi domami Europy, potomek Stanisława Kostki Potockiego, kuzyn ordynatów łańcuckich, dziedzic Jabłonny, Nieporętu i Białobrzegów był barwną postacią w Polsce okresu międzywojennego. Wielu członków tej rodziny pięknie zapisało się na kartach historii Polski. Było też kilku, którym daleko było do ideału przykładnego ziemianina, gotowego służyć krajowi zawsze i wszędzie..

Pałac Jabłonna

Dziadek gospodarza Jabłonny, także Maurycy (1812-79), młodszy brat Augusta i Natalii, odziedziczył dobra posagowe swej matki – Jabłonnę na Mazowszu, Zator i Wiśnicz w Galicji, Berezynę w cesarstwie rosyjskim. Z małżeństwa z Joanną Bóbr–Piotrowicką h. Pilawa miał syna Augusta (1847-1905), powszechnie znanego jako „Gucio’’.


Odziedziczone po przodkach zamiłowanie do koni przerodziło się u niego w namiętność do wyścigów konnych. Po ojcu, który był prezesem Towarzystwa Wyścigów Konnych w Warszawie, przejął to stanowisko i wsławił się założeniem totalizatora. Utrzymywał w Jabłonnie stajnię wyścigową.
 
Z czasem wyprzedawał większość swych majątków, a znajdujące się w nich zabytki ulegały częściowo zagładzie, jak np. archiwum rodzinne w Zatorze. Jedynym synem z małżeństwa z Eugenią z Wojniczów–Sianożęckich h. Nałęcz, był właśnie Maurycy Stanisław Potocki (1894-1949), który odziedziczył już tylko Jabłonnę z Nieporętem i Białobrzegami (ok.7800 ha).

 

Maurycy Potocki pobierał nauki w Anglii (Harrow, Oxford), jednak studiów nie ukończył. W I czasie Wojny Światowej był oficerem I Korpusu Polskiego gen. Józefa Dowbór-Muśnickiego, następnie jako ochotnik brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej w stopniu podporucznika I Pułku Ułanów Krechowieckich. Odznaczył się męstwem w walkach o Grodek Jagielloński. Podczas zamachu majowego dokonanego przez marszałka Józefa Piłsudskiego w dniach 12-15 maja 1926 roku, Potocki popierał marszałka i znalazł się w newralgicznym miejscu na moście J. Poniatowskiego z Józefem Piłsudskim i gen. Orlicz-Dreszerem. Następnie prowadził negocjacje z obozem rządowym. Po perypetiach wojennych i przewrocie majowym osiadł w Jabłonnie i założył tam hutę szkła zatrudniającą w 1930 roku 150 pracowników.


Tatrą przez Dawidgródek


Jedną z pasji Maurycego Potockiego był sport automobilowy. W swojej stajni samochodowej miał Bugatti, Austro–Daimlera i BMW. Zajmował czołowe miejsca między innymi w wyścigach Tatrzańskim i Lwowskim w 1930 roku oraz Rajdach Automobilklubu Polskiego w 1930 i 1939 roku. Był od 1930 roku członkiem Elity Polskich Jeźdźców Samochodowych, a w roku 1931 Automobilowym Mistrzem Polski. W 1928 roku udał się Potocki Daimlerem do Iwacewicz na Polesie, aby strzelać wilki, rysie i dziki. Następnie wybrał się w Alpy austriackie do nadleśnictwa Wald w Pinzgau, gdzie tokowały głuszce. Ciekawą wyprawą była jego podróż do Norwegii, gdzie polował na potężne skandynawskie łosie. Gdy Potocki kupił terenową Tatrę przez kilka miesięcy reklamował tę markę na łamach ,,Łowca Polskiego”. Antoni Goetz Okocimski, piwny baron z Małopolski w 1933 roku pisał na łamach galicyjskiego ,,Łowca’’: ,,...we dwóch z hr. Maurycym Potockim jedziemy niezwykłym sposobem przez drogi i bezdroża ogromną sześciokołową Tatrą przez Dawidgródek do Ozdamicz (Polesie). Podziwiałem sprawność samochodu, dla którego nie istniały przeszkody terenowe w postaci zasp śnieżnych, ostro spadzistych grobli, rzek zamarzniętych, wybojów’’. Podczas tego polowania Okocimski strzelił swoje pierwsze cztery wilki i Potocki zgodnie z tradycją pasował go i znaczył farbą wilka.

Maurycy Potocki na mecie rajdu samochodowego we Lwowie w 1930 r. („Kurjer Warszawski” nr 182/1930)


Moryś, koneser życia


Maurycy Potocki przez wiele lat był wybitnym i znanym w świecie myśliwskim działaczem, wiceprezesem Polskiego Związku Stowarzyszeń Łowieckich i delegatem Związku na powiat warszawski, członkiem komisji do spraw polowań dla myśliwych zagranicznych i członkiem Sekcji Ochrony i Hodowli Łosia. W latach dwudziestych należał do komitetu redakcyjnego ,,Łowca Polskiego”, pisał wiele ciekawych artykułów o tematyce myśliwskiej, był świetnym gawędziarzem i wnikliwym obserwatorem ludzkich zachowań. Potocki przyczynił się do rozwoju turystyki łowieckiej pisząc przedmowę  do książki Pierra Coche ,,Paysages et chasses de Pologne” (Krajobrazy i polowania w Polsce) reklamującej we Francji polskie łowiska. W roku 1932 z okazji otwarcia sezonu przez Międzynarodową Radę Łowiecką, Maurycy Potocki, obok innych najlepszych ,,strzelb’’ Europy, został zaproszony na słynne tereny myśliwskie w Nowych Zamkach w Czechosłowacji. W powszechnej pamięci przyjaciół funkcjonował jako ,,Moryś”. Był organizatorem wielu polowań, konkursów strzeleckich i członkiem komitetów organizujących wystawy łowieckie m.in. w 1937 roku w Berlinie. Należał do tych odchodzących malowniczych postaci, koneserów życia, miłośników koni, polowań i szybkich samochodów.

Polowanie na łosie na Polesiu. Pierwszy z prawej Maurycy Potocki, drugi gen. Kazimierz Fabrycy, czwarty Jarosław Potocki

Polowanie na łosie na Polesiu. Od lewej: Jarosław Potocki, Maurycy Stanisław Potocki, gen. Kazimierz Fabrycy i norweski myśliwy Franz Rosenberg - 1931 r.

Wabiarz łosia podczas polowania na łosie w majątku Jarosława Potockiego z udziałem Maurycego Stanisława Potockiego i gen. Kazimierza Fabrycego - 1931 rok

Generał Kazimierz Fabrycy (pierwszy z lewej) z łosiem strzelonym w dobrach Potockich

Poleski łoś z dóbr Potockich zdobył medal podczas Międzynarodowej Wystawy Łowieckiej - Berlin 1937 r.


Podporucznik „Abel”


W pierwszych dniach II Wojny 1939 roku prezydent Warszawy, Stefan Starzyński powołał do życia Straż Obywatelską (komendant Janusz Regulski), w której to Maurycy Potocki pełnił stanowisko szefa Wydziału Transportu i Komunikacji. Od początku okupacji należał do Tajnej Organizacji Wojskowej, w której był zastępcą komendanta powiatu warszawskiego. Następnie należał do Armii Krajowej (pseudonimy: ,,Abel’’, ,,Pilawa’’), był także prezesem Polskiego Komitetu Opiekuńczego na powiat warszawski.


W czasie wojny w kamienicy przy ulicy Mazowieckiej 4 założył restaurację, która była świetną przykrywką działalności konspiracyjnej. Po zniszczeniu przez Niemców dwóch mieszkań warszawskich Maurycy Potocki wrócił do niezniszczonej Jabłonny, która stała się przechowalnią dla wielu ziemian wysiedlonych z Wielkopolski i innych dzielnic kraju.


Za zgodą dowództwa AK w majątku Potockiego gościli dygnitarze niemieccy m.in. szef policji dystryktu warszawskiego, L. Hahn oraz komendant Sicherheitspolizei (Sipo) i Sicherheitsdient (SD), J. Müller.

 

Fascynujący jest rozdział życia M. Potockiego w czasie okupacji hitlerowskiej, kiedy to zaangażował się w ratowanie Polaków aresztowanych przez gestapo po zamachu na Igo Syma. Ten przedwojenny polski gwiazdor kina i estrady, okazał się hitlerowskim agentem. Plan jego likwidacji przygotował aktor i reżyser, a jednocześnie oficer kontrwywiadu AK por. Roman Niewiarowicz. Reakcja Niemców była natychmiastowa. Nazajutrz rozstrzelali w Palmirach 21 mężczyzn, wśród nich dwóch profesorów UW. Aresztowania dotknęły wybitnych ludzi teatru i ziemian. Potocki wykorzystując znajomość z Wielkim Łowczym III Rzeszy Hermanem Goeringiem wielokrotnie wstawiał się za uwięzionymi i doprowadził do uwolnienia wielu osób. Pomogła mu w tym srebrna patera, którą Wielki Łowczy Rzeszy po jednym z polowań na Polesiu podarował Potockiemu. Na paterze wygrawerowana była dedykacja: ,,Mojemu drogiemu przyjacielowi...’’. Podarunek niemieckiego dygnitarza był przepustką na Szucha, Pawiak i do innych siedzib okupanta. W tych staraniach towarzyszył Potockiemu ziemianin z Wielkopolski Janusz Pętkowski, aresztowany w 1947 roku.


W śledztwie u Różańskiego złamano mu obie ręce, uszkodzono oko i skazano na śmierć, jednak przeżył. Dzięki interwencji Potockiego i Pętkowskiego zwolniono z Oświęcimia Leona Schillera i Stefana Jaracza. Obaj też przyczynili się do zwolnienie z aresztu Konstantego Radziwiłła z Zegrza. Jednak podczas powstania warszawskiego dostał się on ponownie do niewoli niemieckiej i został zamordowany. W Powstaniu Warszawskim Maurycy Potocki służył w śródmiejskim batalionie ,,Harnaś’’, później w komendzie Warszawa–Północ. Podczas walk powstańczych strzelał z wysokiej klasy sztucerów myśliwskich.


Ostatni Pan...


Po zakończeniu działań wojennych w marcu 1945 roku Maurycy Potocki został aresztowany z dwoma swoimi kuzynami, Janem (ostatnim ordynatem zamojskim) i jego bratem Markiem Zamoyskim przez polskie władze i osadzony w więzieniu UB w Kielcach. Uwolniony przez partyzancki oddział legendarnego dowódcy ugrupowań partyzanckich Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej na Kielecczyźnie ,,Szarego’’ – Antoniego Hedy, po raz ostatni wyruszył na leśne przesmyki. Przez ,,zieloną granicę’’ dzięki pomocy ,,białego kapitana’’ (Stefana Rybickiego) przedostał się na Zachód i osiadł w Anglii. Zmarł w 1949 r. Pochowany na londyńskim cmentarzu Brompton. Na jego nagrobku znajduje się napis: ,,Ostatni Pan na Jabłonnie’’.


Polowania Potockich pokazują poza wszystkim pasję myśliwską i wszechobecny w każdym ziemiańskim domu, czy był to skromny dwór czy bogata rezydencja – etos łowiecki.

Opisując polowania u Potockich posiłkowałem się znakomitą książką Aldony Cholewianki - Kruszyńskiej pt. Łańcut i Antoniny. Polowania u Potockich. Książka jest warta polecenia.

 

Polowania w Ordynacji Zamoyskich

Jednym z najważniejszych rodów szlacheckich, którego losy ściśle związane są z historią Polski, jest ród Zamojskich, wywodzący się od Floriana Szarego, który po bitwie pod Płowcami (1331 r.) otrzymał od króla Władysława Łokietka herb Jelita. Około 1443 r. potomek Floriana - Tomasz z Łaźnina - kupił Wierzbę i Zamość (teraz Stary Zamość) od Andrzeja Piwy z Opulska. W XV w. Zamoyscy dokupili jedynie wójtostwo w Chomęciskach i objęli zastaw na dwóch innych.


Latyfundium Zamoyskich zostało zbudowane przede wszystkim w XVI w. dzięki działalności Feliksa, Wacława, Stanisława i Jana (tego ostatniego jako starosty bełskiego). Punktem wyjścia był majątek składający się ze wsi: Skokówka, Żdanów, Kalinowice i połowy Pniowa. Stary Zamość, Wierzba i Piaski należały w tym czasie do innej gałęzi rodu. Mając te trzy (i pół) wsi, kanclerz i hetman wielki koronny Jan Zamoyski (1542-1605) powiększał sukcesywnie majątek, aż przekształcił go w magnacką fortunę scementowaną statutem o powołaniu Ordynacji. Latyfundium urosło głównie na obszarze ziemi chełmskiej (wołość sulmicka, szczebrzeska i turobińska), lubelskiej (wołość gorajska) i przemyskiej (wołość krzeszowska i zamechska). Na obszarze ziemi bełskiej poszerzono je o: kupione od Marcinowskich w 1579 r. Rogoźno, Łosiniec i część Wieprzowego Jeziora; kupione w 1581 r. od Piotra Janiowskiego wsie Janiowice, Kulików, Powałka i części w Stabrowie i Szopinie (z przeznaczeniem m.in. na lokację Zamościa); nabyte od krewnych w latach 1590-1592 stare gniazdo rodowe Zamość (Stary Zamość), Wierzbę i Piaski (te ostatnie w ziemi chełmskiej).


Lokowane w 1580 r., miasto Zamość leżało już na obszarze ziemi chełmskiej. Rozwijało się ono niezwykle dynamicznie (w 1630 r. miało 612 domów i ok. 4000 mieszkańców). Równie trafną lokacją okazał się, założony w 1590 r., Tomaszów (Jelitowo). Zamoyscy starali się także o zagęszczenie sieci osadniczej. Już w 1579 r., na gruntach świeżo nabytego Rogoźna, zaczęli osiedlać wieś Szarowola. Niebawem powstały Wólka Łosiniecka, Maziły, Pasieki i Huta Szarowolska.


Powołanie Ordynacji Zamojskiej było największym sukcesem Jana Zamoyskiego i umożliwiło utrwalenie większej części jego majątku na ponad 350 lat (dopiero reforma rolna w 1944 r. przyniosła kres jej istnienia). Należy tu wspomnieć że Ordynacja (zatwierdzona statutem sejmowym), stanowiła majątek niepodzielny i niezbywalny, który dziedziczyli członkowie rodu w ustalonej kolejności (zazwyczaj był to pierworodny syn), z wyłączeniem kobiet. Jedynie twórca Ordynacji mógł w każdej chwili zmienić powierzchnię należącego do niej majątku, natomiast prawa tego nie mieli spadkobiercy. W tym celu - każdorazowo - musieli zabiegać o odpowiednią uchwałę sejmową.


Ordynacja Zamojska została zatwierdzona przez sejm w 1589 r., jej centrum stał się Zamość. Tutejsi osadnicy zostali zwolnieni na 20 lat od wszelkich danin. W szybkim tempie zaczęły powstawać wsie i miasta. Osadnictwo skupiało się głównie w dolinach rzek, tworząc często długie, prawie nieprzerwane ciągi. Przykładem może tu być łańcuch wsi od Klemensowa do Zwierzyńca, biegnący wzdłuż biegu Wieprza. Dobre warunki rolnicze gwarantowały duże plony zbóż, zajmowano się również hodowlą bydła i pszczelarstwem. We wsiach kwitło także rzemiosło tkackie i sukiennicze. Ważną rolę odgrywały wody rzek płynących przez teren Ordynacji - Wieprza, Tanwi, Sopotu, Łady i Topornicy. Napędzały one liczne młyny, folusze i tartaki, a także ulokowane nad ich brzegami huty (metali i szklą), kuźnice, papiernie.


W 1605 r, gdy umiera Jan Zamoyski, mija siedemnaście lat od momentu zatwierdzenia Ordynacji przez sejm. W tym czasie liczyła ona już 149 wsi i 6 miast (Zamość, Tarnogród, Szczebrzeszyn, Turobin, Goraj i Kraśnik), zajmując obszar 3838 km2. Zamoyski miał jeszcze majątki od Ukrainy po Żuławy, ogółem jego dobra zajmowały obszar 6445 km2. W następnych latach Ordynacja była sukcesywnie powiększana, tuż przed zaborami obejmowała 221 wsi i 10 miast.


Rozwój Ordynacji nigdy nie oznaczał rabunku przyrody. Już na samym początku jej istnienia utworzono jeden z pierwszych na naszych ziemiach rezerwatów faunistycznych - słynny "zwierzyniec" (stąd pochodzi nazwa miast Zwierzyniec). Dbano o zabytkowe drzewa, a także o najpiękniejsze miejsca. Ochronę nad dobrami leśnymi sprawowała służba leśna z siecią gajówek i leśniczówek. Przez wieki powstały liczne gałęzie tego rodu. Jedną z tych gałęzi byli Zamoyscy na Wysocku. Szczególnie zapalonymi myśliwymi byli bracia: Adam Zdzisław z Wysocka, Zygmunt z Wysocka i Władysław z Rucewa.


Dawny pałac w Wysocku był ulubioną posiadłością królowej Marysieńki. Małżonka Jana III Sobieskiego założyła też przy niskim, drewnianym pałacyku pierwszy park, poszerzony i upiększony w latach 30. XIX wieku przez księżną Marię Czartoryską.


Sto lat wcześniej zespół pałacowy został gruntownie przebudowany według projektu Giovanniego Spazzio. Właścicielką murowanej rezydencji była Maria Zofia Sieniawska, jedna z najbogatszych kobiet ówczesnej Rzeczypospolitej. Po Sieniawskich rezydowali tutaj Czartoryscy, a po nich dobra w Wysocku przejęli Zamoyscy.

Pałac w Wysocku

Wspomnianej Marii Czartoryskiej zawdzięczał pałac wniesienie kaplicy, gruntowną przebudowę wnętrz i nowy wystrój. Po raz kolejny budowla zmieniła swoje oblicze w 1875 roku, kiedy Stefan Zamoyski dobudował piętro, a całość zwieńczył stromymi dachami mansardowymi. Z tego okresu pochodzi też ganek z czterema filarami przy elewacji frontowej i kryta weranda przy wschodnim skrzydle pałacu.


W 1915 r. rozpoczął się dla majątku w Wysocku tragiczny okres. Obrabowany przez żołnierzy rosyjskich i spalony utracił bogate zbiory artystyczne, m.in. cenne obrazy i zabytkowe meble. W okresie międzywojennym, podczas długotrwałego remontu Zamoyscy mieszkali w sąsiadującej z pałacem oficynie. Po drugiej wojnie światowej, która przyniosła nowe zniszczenia, przez kilka lat zbytek czekał na kolejną odbudowę. Od 1961 r. mieści się tutaj Dom Pomocy Społecznej.

Hrabia Adam Zdzisław Zamoyski (1872 - 1993)

Adam Zdzisław Zamoyski dzierżawił tereny łowieckie w nadleśnictwie Sołotwina Miziuńska słynące z rykowisk jeleni. Pewnego razu Adam Zamoyski, polując w wysokim bukowym lesie, dojrzał byka, który kręcił się pośród łań. Jeleń zaznaczył strzał i popędził w dół. Myśliwy, wyczekawszy chwilę, udał się w kierunku, w którym jelenie uszły. Ponieważ jednak zapadał zmrok, Zamoyski szybko wysłał gońca do najbliższej leśniczówki. Leśniczy Mieczysław Piotrowski ze Skolego miał psa tropowca Silwę. Po przybyciu psa na miejsce polowania jeleń został znaleziony na pobliskim zrębie. Silwa miała brata Zagraja, który trzymany był w nowym domu w Słobodzie Mizuńskiej. Duet ten był stałą podporą polujących leśników i dokonał wielu, wydawałoby się, niemożliwych wyczynów.

Młody Adam Zamoyski

Widząc fachowe podejście i dobrą rękę Zamoyskiego do psów leśnik sprezentował mu Silwę. Od tej pory Zamoyski z nieodłącznym strzelcem odwiedzał dom leśnika, pytał o rykowiska, dzicze przesmyki, ostoje głuszców i głośne zdarzenia z niedźwiedziami.

Adam Zdzisław Zamoyski z upolowanymi dzikami

Adam Zamoyski w ciągu dwunastu lat gospodarowania na terenach często nawiedzanych przez niedźwiedzie zastrzelił tylko dwie sztuki. Jeden z drapieżników miał na sumieniu trzy zabite osoby i znaczne szkody w bydle.

Adam Zamoyski przy upolowanym niedźwiedziu

Stanisław W. Orski w książce „A było to wówczas rano” pisał „Ten sam niedźwiedź, o ile mu brakuje dwu pazurów u łapy, z końcem września w Sołotwinie Mizuńskiej znalazł się na jeleniu, bezpośrednio przedtem przez hrabiego Zamoyskiego strzelonym, a zaszedłszy przed gajowym i chłopami, którzy po jelenia przyszli, towarzyszył ludziom niosącym rozćwiartowane mięso do koleby. Na śniegu znaczyły się jego 28 – centymetrowe tropy, w oddaleniu 20 kroków od koleby. (por. Piotr Załęski,  Łowiec Polski, sierpień 2018).

Fotografia z Łowiec Polski - Sierpień 2018

Adam ZdzisławZamoyski dzierżawił we wschodnich Karpatach łowisko, w którym spędzał okres rykowiska jeleni. Były to wówczas niemal dziewicze puszcze, pełne najrzadszej zwierzyny: żbików, rysiów, niedźwiedzi. Na polowania zapraszał znajomych. Wieczory spędzano przy ognisku, słuchając gawęd Zamoyskiego. Miał niezwykły talent gawędziarski. Cieszkowski, człowiek wielkiego wykształcenia i wiedzy, nie mógł odżałować, że nikt opowiadań Adama Zamoyskiego nie spisuje.

Adam Zamoyski z upolowanym jeleniem karpackim

Hrabia Adam Zdzisław Zamoyski (z lewej) i hrabia Władysław Zdzisław Zamoyski (z prawej) z wieńcami upolowanych przez siebie jeleni

Adam Zamoyski

Polowanie na jelenie w lasach Sołotwina. Hrabia Adam Zdzisław Zamoyski (w środku) z braćmi Zygmuntem i Władysławem na tle pawilonu myśliwskiego

Zygmunt Zamoyski

Polowanie w okolicach Sambora

W Wiedniu na Praterze stała strzelnica niepodobna do innych. Strzelający miał za zadanie trafić z broni małokalibrowej celuloidową kulkę, jedną spośród kilku, unoszących się nad bijącą fontanną. Trafienie jednym strzałem dwóch kulek wywoływało nieoczekiwany efekt. Z boku siedział na drążku żywy Murzyn. Przestrzelenie dwóch kulek powodowało, że on nagle przewracał się do tylu. Pewnego razu przyjechało do Wiednia trzech Zamoyskich, Adam, jego brat Władysław i Zygmunt, lub jeszcze jakiś inny. Ci świetni strzelcy wkrótce znaleźli sposób, by trafiać jednym strzałem dwie kulki. Większości wiedeńczyków to się nie udawało. Biedny Murzyn, który ciągle przewracał się na wznak, w końcu tak się rozzłościł, że zaczął złowrogo błyskać białkami oczu w stronę strzelających.

Tomasz Zamoyski. Portret Wojciecha Kossak Z 1928 R.

 

Polowania w Ordynacji Radziwiłłów

 

Radziwiłłowie, ród który trząsł Rzeczpospolitą Obojga Narodów, opisywany w Sienkiewiczowskiej Trylogii, przedstawiany w wielu filmach i serialach historycznych. Jednak niewiele osób wie, że jego przedstawiciele uczestniczyli w wielu ważnych wydarzeniach w czasach nam bliższych. To dzięki interwencji Janusza Radziwiłła zwolniono Józefa Piłsudskiego z Magdeburga, a jego rozmowa z Göringiem przyczyniła się do uwolnienia profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Stanisław Radziwiłł jako delegat Polskiego Czerwonego Krzyża zabiegał o zbadanie okoliczności mordu katyńskiego, a po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych brał udział w kampanii prezydenckiej swojego szwagra Johna Fitzgeralda Kennedy’ego.


Radziwiłłowie byli obywatelami świata w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Swoje majątki, pałace, domy posiadali w Polsce, Rosji, Niemczech, Francji, Włoszech i Stanach Zjednoczonych. Byli przyjaciółmi królów, cesarzy, carów i prezydentów, a fakt, że stali się rodziną związaną z pruskim domem panującym, miał swoje znaczenie aż do czasów II Wojny Światowej.

 

W 1870 r. ordynatem kleckim i nieświeskim został książę Antoni Wilhelm Radziwiłł. Był pruskim generałem oraz adiutantem kolejnych królów pruskich – Wilhelma I, Fryderyka III i Wilhelma II. Dzięki przynależności do królewskiej „la Maison militaire”, odgrywał ważną rolę polityczną na królewskim dworze. Brał udział w przyjęciu obcych monarchów bądź wysyłano go z ramienia króla w sprawach dyplomatycznych na inne europejskie dwory. W 1888 r. pojechał na dwór do Lizbony i Madrytu, by powiadomić o śmierci Wilhelma I, zaś w 1899 r. reprezentował cesarza na pogrzebie prezydenta Francji F. Faure. Od 1880 r. książę wraz z żoną zamieszkał w Nieświeżu w rodzinnych posiadłościach. Jednocześnie książę Antoni jako ordynat nieświeski, ołycki, klecki i dawidgródecki, był właścicielem majoratu w Dawidgórku, dokąd przybywał co najmniej dwa razy do roku. Oddawał się tam swej dawnej pasji – łowiectwu. We wrześniu polował na łosie, a w zimie na niedźwiedzie i dziki. Łowy odbywały się w Dawidgródku i Deniskowiczach.

Książę Antoni Radziwiłł

Książę Antoni Wilhelm Radziwiłł

Maria Dorota de Castellane Radziwiłł

Maria Dorota Radziwiłłowa – (ur. 19 lutego 1840 w Rochette, zm. 10 lipca 1915 w Klenicy) – córka Henryka de Castellane i Pauliny de Talleyrand. Markiza, ordynatowa Nieświeża, autorka licznych wspomnień. Żona Antoniego Wilhelma, którego poślubiła 3 października 1857 w Żaganiu. Matka Stanisława Wilhelma oraz Jerzego Fryderyka.

 

Po siedmiu latach wychowania się na dworze paryskim, przyjechała do Żagania gdzie pod dobrą opieką babki Doroty de Talleyrand-Perigord, księżnej żagańskiej i kurlandzkiej, otrzymała niezwykle staranną edukację, pogłębioną jeszcze własnym zamiłowaniem do muzyki i malarstwa.

 

W Żaganiu Maria wyrosła na smukłą szatynkę o żywym temperamencie. W tym samym duchu wychowała też swojego syna, Stanisława Wilhelma Radziwiłła, który był adiutantem Józefa Piłsudskiego.

 

Księżna Maria wyszła za mąż za Antoniego Radziwiłła nie tylko z porywu serca, co za namową babki, księżnej Doroty de Dino. Panna młoda liczyła lat 17, a pan młody 24. Ślub odbył się 3 października 1857 roku w żagańskim kościele pw. Wniebowzięcia NMP z udziałem Franciszka Liszta, który zagrał młodej parze Veni Creator Spiritus na organach żagańskiego kościoła poaugustiańskiego.

 

Księżna wielokrotnie odwiedzała węgierskiego kompozytora w Weimarze, również gościła go w Berlinie i Dreźnie, gdzie prowadziła znane w intelektualnych kręgach salony literacko-polityczne. Prowadziła również działalność charytatywną, ufundowała bogato zdobiony ornat dla szpitala św. Doroty w Żaganiu prowadzony przez siostry zakonne św. Karola Boromeusza z Trier.

 

Maria Radziwiłł otrzymała od babki dobra klenickie koło Zielonej Góry. Gdy mąż przebywał u boku cesarza Wilhelma I, ona mieszkała w pałacu myśliwskim, gościła tam wiele znakomitości ówczesnej Europy, a po śmierci męża w roku 1904 zamieszkała na stałe. Przygotowywała do druku pamiętniki swojej babki, które zostały wydane w latach 1909–1911 roku w czternastu tomach: Duchesse de Dino. Chronique de 1831-1862, publiee par la Princesse Radziwille nee Castellane.

 

Maria Dorota Radziwiłł w 1875 roku zainicjowała prace mające na celu przywrócenie zamku w Nieświeżu do stanu sprzed 1812 roku. Park o powierzchni 100 ha, przekształciła w park krajobrazowy wzorując się na parku pałacowym w Żaganiu, który był zaprojektowany przez Książęcego Inspektora Ogrodów i Parków, Oskara Teicherta.

 

Maria urodziła dwóch synów: starszy Jerzy Fryderyk otrzymał Nieśwież, a Stanisławowi Wilhelmowi matka przekazała dobra klenickie. W roku 1906 ożenił się on z Dolores Konstancją Joanną Marią z Radziwiłłów linii szydłowiecko-połanieckiej.

 

Księżna Maria Dorota Radziwiłł zmarła 10 lipca 1915 roku w Klenicy[2], jej szczątki zostały przywiezione do Nieświeża i spoczęły w Mauzoleum rodziny Radziwiłłów w podziemiach kościoła pw. Bożego Ciała.

Książę Antoni Wilhelm Radziwiłł na polowaniu - Julian Fałat

Radziwiłł Antoni Wilhelm (w rzeczywistości Fryderyk Wilhelm Ferdynand Antoni) (1833–1904), generał pruski, adiutant Wilhelma I, Fryderyka III i Wilhelma II, ordynat nieświeski, ołycki i klecki, dawidgródecki. Ur. 31 VII w Cieplicach w północnych Czechach, był synem Wilhelma i Matyldy z domu Clary i Aldringen, bratankiem Bogusława. Łączność Radziwiłłaa z polskością była słaba, choć podobno miał się czuć Polakiem, a dla dzieci przyjął polskiego nauczyciela. Był ostatnim z Radziwiłłów tak silnie związanych z Hohenzollernami, toteż po jego śmierci stwierdzono, że «zamykał berlińską erę Radziwiłłów». Zmarł 16 XII 1904 r. w Berlinie, uroczystości pogrzebowe odbyły się 20 XII przy udziale Cesarza, który w wygłoszonym przemówieniu posunął się do nazwania go "najbardziej pruskim Prusakiem ze wszystkich Prusaków". Ciało Radziwiłłaa zostało przewiezione do Antonina, a w (18 VII 1905 r.) przeniesione do Nieświeża. Był odznaczony wysokimi orderami pruskimi, najczęściej towarzyszącymi awansom i nowym godnościom wojskowym, bądź udziałowi w kampaniach wojennych, m. in. Orderem Korony 3, 2 i 1 kl. z Mieczami, Krzyżem Rycerskim Orderu Hohenzollernów i Mieczami do tegoż Krzyża, Krzyżem Żelaznym 2 kl., Orderem Orła Czerwonego 2 i 1 kl., Krzyżem Wielkim tego Orderu i tytułem rycerza tegoż Orderu; miał także francuską Legię Honorową i rosyjski Order Św. Anny 2 kl. z brylantami.

Książę Antoni Radziwiłł z upolowanym łosiem

W 1886 r. Antoni Wilhelm Radziwiłł zaprosił na polowanie do Deniskowicz księcia Wilhelma, ówczesnego spadkobiercę tronu niemieckiego. Wilhelmowi towarzyszył malarz Julian Fałat, który zanotował zabawny incydent podczas polowania: „Naraz w głębi lasu ozwały się głosy trąb i strzały, mające na celu wystraszenie niedźwiedzia: na stanowiskach nastała cisza oczekiwania. Wtem na prawo, ze stanowiska ks. Macieja, pada strzał – po niejakim czasie otrąbują sygnał, że niedźwiedź zabity, co oznacza koniec polowania. Na twarzy księcia pruskiego odmalowało się zdziwienie, które widocznie podziela też p. Abłamowicz, dyrygujący polowaniem. Ponieważ jednak sygnał powtarza się, więc schodzimy ze stanowisk, w kierunku miejsca, gdzie leży zabity niedźwiedź. Po drodze podbiegam do księcia Macieja, aby dowiedzieć się czegoś bliższego. Książę z pewnym ociąganiem mówi: „Krew radziwiłłowska zagrała i nie wytrzymałem”. Tłumaczył tym niewłaściwość swojego strzału, którym pozbawił księcia pruskiego możliwości zabicia niedźwiedzia. Aby ratować sytuację, gospodarze zaczęli gorliwie zapewniać następcę tronu, iż ustrzelony zwierz był „nikczemnej postury” a prawdziwie wielki i godny śmierci z tak znakomitej ręki dopiero czeka na swą kolej, z czego można wnosić, że ks. Maciej wyświadczył następcy tronu przysługę”.


Po tych słowach nastrój spadkobiercy tronu zmienił się na lepsze. I prawda, w ciągu tego polowania, które trwało prawie miesiąc, Wilhelmowi udało się zdobyć trzech wielkich niedźwiedzi, łosia i kilka żywych niedźwiadków, których zabrał ze sobą do Berlina.

 

Lasy od dawna były głównym bogactwem tego kraju. Drewno z miejscowych tartaków wywożono na eksport przez pobliską stację kolejową Hancewicze. Do Deniskowicz zaś przyjeżdżali na łowy myśliwi z różnych krajów świata.

Lasy należące do ordynacji kleckiej (później dawidgródeckiej) ks. Radziwiłłów były bowiem wielkim rezerwatem łosi, wilków, dzików oraz mniejszej zwierzyny. Bolesław Świętorzecki, autor szkicu „Myślistwo na Kresach Wschodnich w ostatnim stuleciu 1850-1936” pisał, że po zakończeniu I Wojny Światowej spotykano tu pojedyncze okazy niedźwiedzi, których wytępiono w innych regionach kresowych. Właściciele ordynacji urządzali w okolicach Deniskowicz polowania z niebywałym przepychem z udziałem znanych polityków, wojskowych oraz działaczy kultury.

 

Litewska, rodzina Radziwiłłów była nie tylko jedną ze znakomitszych polskich rodzin szlacheckich, lecz chyba najbardziej interesującym przykładem splecenia wielkiej wschodnioeuropejskiej szlachty z najbardziej wpływowymi kręgami różnych państw. Począwszy od średniowiecza, gdy Radziwiłłowie zostali także książętami Rzeszy niemieckiej, aż do księżniczki Elżbiety Radziwiłłównej (Elżbieta Radziwiłłówna była wielką miłością dziadka Wilhelma II). Ale etykieta dworska nie pozwalała Wilhelmowi I się nią ożenić.  Jednak młodzieńcza miłość późniejszego Cesarza Wilhelma I, znalazła się także w niemieckiej historii. Bliska więź rodzinna pomiędzy domami Hohenzollernów i Radziwiłłami stworzyła pewnego rodzaju kulturalno - towarzyski przyczółek polskiej szlachty nad Szprewą.

Nieśwież - rys. Napoleona Ordy z 1875 r.

Dziedziniec zamku w Nieświeżu. Rys. Napoleona Ordy z 1876 r.

Nieśwież w początkach XX w.

Sala kominkowa

Wjazd do pałacu Radziwiłów

Dwór w Radziwiłłmonty - początek XX wieku

Dwór popadający w ruinę - stan po 1939 r.

Zespól pałacowy w dawnym majątku Radziwiłłów, wchodzącym w skład ordynacji kleckiej, założonej w 1586 r. Po zniszczeniu radziwiłłowskiego zamku w Klecku podczas wojny moskiewskiej, a później północnej, Radziwiłłmonty stały się głównym ośrodkiem ordynacji. Dobra pozostały w ręku Radziwiłłów do 1939 r., z tym, że od 1874 r. stały się częścią ordynacji nieświeskiej i od tego roku zespół pałacowo – parkowy  przekazany  został Antoniemu Radziwiłłowi, ordynatowi nieświeskiemu z tzw. linii pruskiej. Drewniany klasycystyczny pałac został zbudowany w 1atach 1780-83 przez ks. Józefa Radziwiłła, wojewodę trackiego, VIII ordynata kleckiego, wg projektu nadwornego architekta Radziwłłów Carlo Spampaniego. Rezydencję wzniesiono na miejscu wcześniejszych siedzib radziwiłłowskich istniejących tu od XVI w. Pałac został przebudowany po pożarze w 1909 r. Po II Wojnie Światowej mieściła się tu poczta, kino i klub sowchozowy. Od czasu pożaru w 1990 r., kiedy spaliła się część dachu, pałac pozostaje w ruinie i niszczeje w szybkim tempie. Wieś obecnie nazywa się Krasnaja Zwiezda.

Antoni Wilhelm Radziwiłł

Jak już jesteśmy przy Antonim Wilhelmie Radziwille warto wspomnieć o jego polowaniach w Klenicy, ponieważ to też były ich dobra.

Pałac myśliwski w Klenicy

Klenica -  położona na północ od Bojadeł wzdłuż drogi nr 278 w kierunku na Trzebiechów i Sulechów. Od okresu średniowiecza do 1862 roku Klenica należała do dóbr otyńskich. Jako pierwszego znanego właściciela wymienia się Zygmunta Czabiela (1437). W XV stuleciu między Czabielami (Zebeltitzami) a Żychlińskimi dochodziło do konfliktów o sukcesję. Spory niejednokrotnie kończyły się podpaleniami, grabieżami i mordami. Na mocy testamentu Klenica i dobra otyńskie przeszły w 1649 roku na własność Jezuitów, a po rozwiązaniu zakonu w 1778 pod zarząd królewskiej kamery i w tym samym roku zostały wykupione przez kurlandzkiego księcia Ernesta Birona. W 1786 roku Piotr Biron (syn Ernesta) podporządkował otyński majątek nabytemu księstwu żagańskiemu.


Dziedzictwo Klenicy w następnym okresie pozostało w rękach Doroty Talleyrand (córki Piotra Birona), potem jej córki Pauliny i wnuczki Marii, która wyszła za Antoniego Radziwiłła. Radziwiłłowie "władali" Klenicą do 1935 roku, kiedy to dokonano parcelacji majątku.

 

W 1862 r. Antoni książę Radziwiłł ustanowił tzw. Herrschaft Kleinitz oraz zaczął regularnie przyjeżdżać tutaj z oddalonego o 200 km Berlina. Zatrzymywał się w Domu Gościnnym Jezuitów, w którym spędzał noce, zaś w ciągu dnia oddawał się łowiectwu. W tym czasie książę dostrzegł piękno rosnących tu lasów. Zajmowały one początkowo około 13 000 mórg, a poprzez wydzierżawienie dodatkowych połaci leśnych utworzył najlepszy i najładniejszy obszar łowiecki w okręgu o powierzchni blisko 18 000 mórg. Jeden z największych obszarów leśnych w tej części powiatu zielonogórskiego tworzył drzewostan w postaci m.in. dębów, czerwonych buków, olch, sosen i świerków, a zamieszkiwała je duża ilość zwierzyny łownej, takiej jak sarny, jelenie, zające i bażanty. Te ostatnie sprowadzone zostały tutaj z Hrabstwa Kłodzko. Wtedy też zapadła decyzja o wybudowaniu w Klenicy pałacu, który miał być nie tylko miejscem, w którym książę Radziwiłł miał przebywać podczas letnich wizyt oraz przyjmować swoich gości, pojawiających się tu na corocznych polowaniach, lecz również siedzibą urzędu Nadleśnictwa (Forstamt) oraz mieszkaniem dla nadleśniczego. Urząd ten podlegał i wchodził w skład utworzonego na początku lat 80. XIX w. Zarządu Generalnego, który wykonywał zadania pełnomocnika generalnego podporządkowanego Książęcemu Zarządowi Dóbr Radziwiłłowskich.

Książę Antoni Wilhelm Radziwił - 1900 rok

Od 1885 r. każdego roku, zarówno zimą jak i latem, z pałacu korzystał książę Antoni Radziwiłł wraz ze swoimi gośćmi. Jak pisze E. Irmler „tych kilka dni łowów nadawały temu cichemu, odległemu zakątkowi państwa pruskiego wyobrażenie o polowaniach rodem „z wielkiego świata”. Antoni przyjeżdżał do Klenicy specjalnym transportem, w którym swe miejsce mieli również jego współbiesiadnicy oraz służba. Wśród licznie zaproszonych uczestników łowieckich spotkań znajdowały się takie osobistości jak hrabiowie, generałowie oraz właściciele dużych posiadłości ziemskich. Wszyscy przybyli witani byli na dziedzińcu dworu przez wcześniej zebranych myśliwych „pozdrowieniem książęcym”. Każdemu łowczemu towarzyszył jego osobisty strzelec przyboczny. Właściciel Klenicy przywoził z Berlina swojego marszałka dworu oraz kucharza, aby ci jak najlepiej zadbali o smakowe doznania przyjezdnych. Część gotowych potraw oraz pasztetów przywożonych było prosto z niemieckiej stolicy. Zaproszeni lokowani byli w dziewięciu pokojach gościnnych znajdujących się na pierwszym piętrze pałacyku.


Pierwszy dzień polowania w klenickich lasach rozpoczynał się od wczesnej pobudki, po której udawano się na łowy na bażanty. Po ich zakończeniu myśliwi wybierali się do leśniczówki Dorotheeneck, w której spożywali wykwintne śniadanie podawane w srebrnych zastawach, co nadawało nadzwyczajny blask skromnym pomieszczeniom budynku. Po spożytym posiłku wyjeżdżano na polowanie na jelenie, gdzie niejednokrotnie można było spotkać jednocześnie ich ponad trzydzieści sztuk. Wielokrotnie wystrzały łowczych nie dosięgały zamierzonego celu, przez co dworscy urzędnicy mieli pełne ręce roboty. Wieczorami w głównej sali znajdującej się na pierwszym piętrze pałacyku urządzano wystawne kolacje.


Drugi i trzeci dzień łowów polegał na polowaniu z nagonką, w głównej mierze na zające. Zdarzało się, że w obrębie klenickich pól potrafiono dziennie ustrzelić ponad trzysta sztuk tej zwierzyny. Gdy polowania dobiegały końca, a książę ze swoimi gośćmi opuszczał obręb wsi, urzędnik dworski przystępował do szacowania szkód na zniszczonych polach miejscowych rolników. Zarząd książęcy musiał wtedy wypłacać odpowiednie odszkodowania.

 

Po raz ostatni Antoni Radziwiłł odwiedził posiadłość w Klenicy wczesną wiosną 1904 r., a 16 grudnia tegoż roku zmarł w pruskiej stolicy. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 20 grudnia przy udziale Cesarza i najwyższych władz wojskowych. Podczas mowy pogrzebowej Wilhelm II Hohenzollern powiedział, że Antoni był „najbardziej pruskim Prusakiem ze wszystkich Prusaków”. 18 lipca roku następnego przeniesiono ciało Radziwiłła do Antonina, a następnie do Nieświeża, gdzie ostatecznie spoczęło w podziemiach miejscowego kościoła, które to były rodzinnym mauzoleum Radziwiłłów.

 

Książę Antoni Wilhelm Radziwiłł zmarł w 1904 r. Z posiadanych przez niego dóbr wyodrębniła się licząca około 150 tys. hektarów ordynacja dawidgródecka. W jej granicach okazały się lasy w okolicach Deniskowicz. Pierwszym ordynatem został książę Stanisław Radziwiłł  poległy w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku.

 

W latach międzywojennych Nieśwież, który jeszcze w okresie zaborów stracił status świetnej rezydencji magnackiej, był cichym miastem prowincjonalnym. Radziwiłłowie prowadzili życie skromne, zmniejszając w zamku ilość ogrzewanych pokoi oraz zwalniając zbytnich pracowników. Jednak w październiku 1926 roku miasto i zamek pojawiły się na pierwszych stronach polskich gazet, bowiem Nieśwież odwiedził Józef Piłsudski. Marszałkowi towarzyszyli ministrowie Paweł Romocki, Aleksander Meysztowicz oraz Karol Niezabytowski.

 

Oficjalnie podano do wiadomości, że wyjazd do Nieświeża miał na celu udekorowanie trumny poległego w 1920 roku adiutanta marszałka rotmistrza Stanisława Radziwiłła. Jednak wiadomo było, że na dzień wizyty przez ks. Albrechta Radziwiłła zostali zaproszeni przedstawiciele najstarszych i najzamożniejszych starych rodów polskich ze wszystkich dzielnic państwa. Oprócz więc książąt Janusza i Albrechta Radziwiłłów, w Nieświeżu bawili Olgierd Czartoryski z Poznania, Jerzy Potocki z Małopolski, prezes organizacji konserwatystów polskich Ludwik Czetwertyński oraz były minister spraw zagranicznych Eustachy Sapieha. Jednocześnie przybyło do Nieświeża grono wielkich właścicieli ziemskich z Wileńszczyzny, a nawet ze znajdujących się poza granicami Polski ziem kowieńskich.


W Belwederze i ministerstwie spraw wojskowych wieść o wielkim zjeździe w Nieświeżu wywołała wielkie poruszenie. Lubiąca plotki Warszawa przez cały dzień 25 października twierdziła, że był to początek ustanowienia monarchii w Polsce. Marszałkowi chodziło jednak głównie o wciągnięcie najbogatszych rodów ziemiańskich do czynnej pracy państwowej, od której ziemianie stronili oraz umieszczali swój kapitał za granicami. Marszałek obiecał im stanowiska i pewien umiar w realizacji reformy rolnej. Później nic już nie poruszało patriarchalną kresową ciszę aż do wybuchu II Wojny Światowej.

Marszałek Piłsudski dekoruje krzyżem Virtuti Militari trumnę mjra Stanisława Radziwiłła. Nieśwież, 1926 r.

Stanisław Wilhelm Radziwiłł z córką Anną Marią, ok. 1910-1911

Stanisław Wilhelm Radziwiłł - ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej, żołnierz 3 pułku ułanów, dowódca Szwadronu Ziemi Mazowieckiej walczącego w składzie Frotu Litewsko-Białoruskiego, szef sztabu 17 pułku Ułanów Wielkopolskich. Brał udział w ofensywie kwietniowej na Ukrainie. Został ciężko ranny podczas walki o Malin. Zmarł 28 kwietnia 1920 roku. Pośmiertnie odznaczony w 1921 roku Krzyżem Srebrnym Orderu Wojskowego Virtuti Militari. W 1926 roku marszałek Józef Piłsudski złożył order Virtuti Militari 4 klasy (numer 7) na trumnie majora Stanisława Radziwiłła w podziemiach kościoła Bożego Ciała w Nieświeżu. W 1915 roku, po śmierci matki, miał otrzymać majątek w Klenicy z pałacem myśliwskim w Prusach, jednak wobec wybuchu I Wojny Światowej, jako oficer armii rosyjskiej nie mógł przejąć położonych w Niemczech dóbr.

 

Jego spadkobiercą został Karol Mikołaj Radziwiłł. Książę był zawołanym myśliwym. Urządzał w swoich dobrach polowania płatne dla polityków, finansjery, fabrykantów śląskich i łódzkich, co znacznie zwiększało dochody majątku.

Książe Karol Mikołaj Radziwiłł

Karol Mikołaj Radziwiłł (1886–1968), książę - ziemianin, II ordynat dawidgródecki. Urodzony  5 grudnia 1886 r. w Berlinie, był wnukiem Antoniego  i Marii z domu de Castellane Radziwiłłowej, synem Jerzego Fryderyka - ordynata nieświeskiego i kleckiego, i Marii Róży z Branickich. Ordynacja w części znajdującej się w Polsce objęła ok. 150 000 ha, głównie lasów i bagien w powiecie stolińskim pomiędzy rzekami Prypeć, Horyń i Stwiga. Były to tereny głównie łowieckie. W  1931  r. polował tu np. prezydent RP Ignacy Mościcki. Będąc doświadczonym myśliwym, Karol Radziwiłł doprowadził stan zwierzyny w swej ordynacji do wysokiego poziomu. Żyły tu masy ptactwa wodnego, głuszce, cietrzewie, sarny, dziki, wilki i największe w Polsce stado łosi. Ordynat mieszkał w pałacu w Mańkiewiczach, wybudowanym przez babkę Marię de Castellane,  parę kilometrów od granicy ze Związkiem Radzieckim.

 

Pałac Radziwiłłów w Mankiewiczach - 1939 r.

Najsłynniejsze były tereny łowieckie ordynacji dawidgródeckiej Karola Radziwiłła, największej posiadłości ziemskiej w okresie międzywojennym, liczącej ponad 120 tys. hektarów, gdzie wśród mokradeł i lasów żyły setki łosi, tysiące dzików, wilków, rysi, cietrzewi i głuszców. Na łowy, poza rodziną zjeżdżali politycy, dyplomaci… Karol Radziwiłł chcąc zwiększyć swe dochody organizował płatne polowania dla wielkiej finansjery, łódzkich i śląskich fabrykantów. Ustrzeloną zwierzynę nierzadko eksportowano do krajów Europy Zachodniej.


Gospodarz posiadał dużą psiarnię. Trzymano charty, ale przede wszystkim Springer Spaniele. Prowadzono hodowlę tej rasy i sprzedawano szczeniaki różnym hodowcom. Za szczeniaka Springer Spaniela z radziwiłłowskiej hodowli w 1938 r. płacono 200 zł. O 65 zł więcej niż za parę doskonałych butów myśliwskich z warszawskiej pracowni szewskiej.

 

Wieś Deniskowicze znajduje się w jednym z najbardziej zalesionych i głuchych zakątków Polesia. Nawet dziś ze wszystkich prawie stron otoczona jest podmokłymi lasami.

Polowanie w Dawidgródku. Drogi z lewej Karol Radziwiłł

Pierwsze wzmianki o polowaniach w Deniskowiczach pojawiły się w połowie XIX wieku. W tym okresie wieś odwiedził Artur Bartels, popularny poeta wileński oraz autor artykułów o tematyce myśliwskiej. Pobyt w poleskiej głuszy i polowania w dobrym towarzystwie natchnęły go na napisanie kilkunastu wierszy oraz poematu myśliwskiego pt. „Deniskowicze”.

Deniskowicze. Styczeń 1927 r. Pośrodku z lewej stoi książe Ludwik Czetwertyński, z prawej Karol Radziwiłł

W okresie międzywojennym na terenie ordynacji dawidgródeckiej książąt Radziwiłłów z Mańkiewicz organizowano największe w Polsce i ówczesnej Europie polowania na dziki z zastosowaniem tzw. czerty (forma naganki z udziałem 800-1000 naganiaczy). Podczas pamiętnych łowów w 1931 r. roku ten sposób polowania dał pokot 72. dzików.

Pokot przed pałacem w Mańkiewiczach

Książe Karol Mikołaj Radziwiłł

Jednocześnie książę Karol bardzo dbał o zwierzostan na terenie ordynacji. Jego zasługą było to, że nie wyginęły w Polsce łosie. W 1928 r. w piśmie „Łowiec Polski” pisał, że zwierzęta te mogły podzielić los żubrów, które prawie wyginęły. „Gdy wróciłem po wojnie w 1921 roku, zastałem w środku ordynacji trzy sztuki wszystkiego; po roku, od strony Rosji, dołączyło  się do nich dalsze pięć sztuk i razem dały zaczątek dzisiejszej mojej hodowli. Dzisiaj dumny z niej być mogę: z wystraszonych i dzikich”.

 

W tym miejscu warto zacytować sprawozdanie księcia Hieronima Radziwiłła z 5 września 1927 r. z pierwszego polowania na łosie w dobrach księcia Karola Radziwiłła pt. "Pierwszy łoś ubity w wolnej Polsce".

 

"Przyjechałem do Mańkiewicz, zaproszony przez mego szwagra, Karola Radziwiłła, Ordynata Dawidgródeckiego, by zapolować na sławne w całej Polsce poleskie sady kaczek. Kaczek w tym roku z powodu posuchy i małej wody, jest mniej znacznie, niż w innych latach, ale zabawiliśmy się po królewsku; powróciliśmy po trzech dniach do domu, ubiwszy w 4 strzelby przeszło 1000 sztuk.

 

W domu już czekają raporty, że ruja łosi rozpoczęta, że łosie już wabią się dobrze. W Ordynacji Dawidgródeckiej przed wojną łosi było bardzo dużo, ale podczas przewrotu i najazdu bolszewickiego, zostały prawie zupełnie przez chłopów miejscowych i czerwoną armję wybite, tak, że zaledwo 3 lub 4 sztuki ocalały, z których to, dzięki nadzwyczajnej opiece, jaką mój szwagier otacza tego tak rzadkiego zwierza, rozmnożyło się dość dużo, bo liczą z łoszukami około 40 sztuk. Ponieważ stosunek byków do klep jest za duży, książę Karol postanowił odbić jednego lub najwyżej dwa byki. Wielkie było moje zdziwienie i jeszcze większa radość, gdy kochany mój szwagier, zaproponował mi wzięcie udziału w tych królewskich łowach. Wyjechaliśmy po wieczornym obiedzie koło 9-ej aby trafić na 2-ą rano do gajówki „Hołowy", gdzie się znajduje środek ostępów, które sobie łosie po wojnie obrały. Noc śliczna, gwieździsta, ciepła. Siadamy z pewną emocją do powozu, konny z kagańcem na przodzie i tak jedziemy 2 godziny, aż do wsi Hotomla. Tam opuszczamy naszą bryczkę, by się przesiąść na pojazdy miejscowe, bo oczekuje nas droga, którą może tylko przebyć koń poleski.

 

Godzina takiej jazdy, po błotach i kłodach. Podziwiam tego konia, który miejscami po brzuch się zapada, lecz zawsze dzielnie swe zadanie wypełnia. Około północy dojeżdżamy do rzeki, gdzie już wygodnie siadamy do łódki motorowej, którą płyniemy przez czarny las, łozy i oczerety, aż do naszej kwatery. Cała ta droga, oświetlona naszą latarnią, nabiera coraz to bardziej fantastycznego wyglądu, od tajemniczych cieni, wśród rozlegającego się krzyku puhacza, lub trzasku spłoszonych dzików. O g. 2-ej w nocy dobijamy do brzegu; kilkunastu gajowych składa raporty o wieczornych podsłuchach.

Po krótkiej naradzie, prędka herbata i idziemy każdy do swojego ostępu. Pogoda śliczna, lecz niestety, wiatr silny, tak, że wab trudno usłyszeć. Wszędzie widać świeże tropy: tu przeszła klępa sama, tam z łoszakiem, tu znów trop byka olbrzyma. Konstantuje wszędzie świetnie obmyślone podchody, umiejętnie okładzione kładki; znać, że prawdziwy myśliwy, znający swe knieje, wszystko uplanował.

 

Książę Ordynat sam wszystkie ostępy zawczasu z trudem obchodził. Strażnicy pokazują mi szałasy, w których nocował, bo drogę miał daleką. Tak przeszło nam pięć dni i nie doszliśmy do strzału; słyszeliśmy dalekie chrapanie, trzask nawet i wab łosia, gajowi również raportują, że i oni słyszeli, niekiedy i widzieli; teraz łosie są przy klępach i na wab iść nie chcą. Raz już jestem blisko w środku między dwoma rójkami; słyszę na jakie 100 kroków ich wab, łamanie gałęzi, lecz podchodzić w gąszczu nie mogę. Stoję jak wryty, w nadziei, że przecież się który na czystem miejscu pokaże. Tak się też stało: wynurza się cielsko ogromne, czarne; to łosza! Przechodzi i znika, a za nią coś jeszcze większego, fantastycznego, to byk; wabi i chrapie, łamie z hukiem, lecz zasłania go mgła poranna, tak, że nie mogę rozpoznać łopat i nie wiem, ile mają pasemek.

 

Na strzał się nie decyduję, bo nie chciałbym po walić słabszego zwierza. Czas odjazdu już się zbliża. W przedostatnim dniu wabiarz mój (stary, brodaty ma lat 75, pamięta świetne czasy i zliczyć nie może, ile łosi już przy nim ubito) zaczyna wabić. Łoś odpowiada, idzie, zbliża się, już trzask niedaleki, lecz stary nie słyszy; widocznie wab pomylił, łoś w trwogę uderzył i odszedł. Nadzieja już słabnie. Jeszcze tylko jeden ranek. Wieczorne raporty bardzo korzystne. Gajowi słyszeli dwa dobrze się wabiące łosie. Otucha wstępuje do serca, może się jeszcze uda! Mój szwagier, taki gościnny, że mnie tam posyła z najlepszym wabiarzem, Pawłem Ostapczukiem. Wyjeżdżamy łodzią, noc ciemna, cicha, mroźna; to dobrze! Daleko będzie słychać. W godzinę byliśmy w ostępie.

 

Mam ich dwa do opolowania. Czekamy świtu, bo wab rozpocząć. Dnieje. Ostapczuk ostrożnie wabić zaczyna; tu chrapnął, tam powabił, lecz nic nie odpowiada. Łosie musiały przejść w nocy do drugiego ostępu tam więc trzeba się przenieść. Przechodzimy przez gołe błoto. Lecz cóż to na tamtej stronie? Widać ciemną plamę. Podnoszę szkła do oczów, w te chwili plama znika. To łoś! A może łosza? Ostrożnie idziemy dalej i znów wysuwa się z łozy duża sztuka. To byk! O, to dobry byk! Co robić? Gdzie stanąć? Czy za daleko?


Prędka decyzja; wybieram pozycję na kraju lasu, graniczącą z błotem. Łoś na chwilę znika. Wabiarz chrapnął i widzę, jak się znów czarna postać wysuwa i olbrzymieje! Oto łoś stanął na wyższym brzegu kanału, przez co wyglądał jeszcze większy, jeszcze potworniejszy. Patrzy w naszą stronę i szuka rywala. Widzę łopaty z dużymi końcami na tle nieba i puszczam kulę.

O radości! Olbrzym na miejscu się wali, jeszcze raz wstaje i pada powtórnie. Nie potrafię opisać, jaka radość ogarnęła mnie i moich ludzi. Strzał był daleki, 250 -300 kroków. Biegniemy na miejsce. Co za piękny widok! Leży kolos i już się nie rusza. Na odgłos strzału, cały obóz ruszył z ks. Karolem na czele, przyśpieszają kroku, chcą jaknajprędzej zobaczyć. Podchodzą, oglądają, winszują. Wzruszony padam w objęcia mego szwagra. A teraz piętnastu gajowych zakłada powrozy i wyciąga z powagą króla tej puszczy."

Pierwszy łoś ubity po 12. latach ochrony w dobrach księcia Karola Radziwiłła - 5 września 1927 r. Z lewej książe ordynat Karol Radziwi, z prawej książę Hieronim Radziwiłł

Tak został ubity, o ile nam wiadomo, pierwszy łoś w Wolnej Polsce, w Ordynacji Dawidgródeckiej, w ostępie „Terebien", leśnictwa Wielemickiego.


HIERONIM RADZIWIŁŁ             
Mańkiewicze 5.IX.1927 r.       

W styczniu 1931 roku polował w Deniskowiczach Prezydent Ignacy Mościcki a lutym 1935 r. uczestnikiem łowów zorganizowanych przez Karola Radziwiłła w nadleśnictwie Deniskowicze został książę Monaco Ludwik II Grimaldi. W wileńskim „Słowie” zamieszczono o wizycie ważnego gościa na Polesiu następującą wzmiankę: „Po polowaniu i kolacji w restauracji na stacji kolejowej w Stołpcach odjechano specjalnym wagonem, doczepionym do mieszanego pociągu do nadleśnictwa Deniskowicze w powiecie Łuninieckim, gdzie goście ks. Radziwiłła wzięli udział w obławie na dziki. Uczestniczyli w niej ponadto: ks. Karol Radziwiłł, ks. Czetwertyński z synem, starosta Żmigrodski, p. Łoziński Konrad z Hołynki, p. Woyniłłowicz Józef z Kuncowszczyzny i mjr. Kircz, dowódca Baonu KOP w Klecku”.

Polowanie z udziałem Prezydenta Ignacego Mościckiego (w środku)

Przerwa w polowaniu

Zdjęcie przedstawia uczestników polowania, pomiędzy którymi są pp. Zdzisław hr. Tarnowski z Dzikowa (1), J hr. Potocki (2), J. hr. Szołdrski (3), Roman hr. Potocki (4), arcyks. Karol z Żywca (5). Tomasz hr. Zamoyski (6), Paweł hr. Potocki (7), Hieronim ks. Radziwiłł (8), ord. Maurycy hr. Zamoyski (9), Karol ks. Radziwiłł (10).

Polowanie u  Karola Radziwiłła w ordynacji Dawidgródek -1932 rok

Polowanie na dziki w ordynacji księcia Karola Mikołaja Radziwiłła w styczniu 1936 roku

Polowanie w ordynacji księcia Karola Mikołaja Radziwiłła w lutym 1938 roku. Uczestnicy polowania przy upolowanych dzikach. Od lewej stoją panowie: Karol Ender, Jerzy Sękowski, hrabia Jan Szeptycki, ks. Karol Mikołaj Radziwiłł, Konrad Niemojewski, Adolf Steinhagen, Witold Woyniewicz, hrabia Roger Raczyński, Aleksander Steinhagen, książę Hieronim Radziwiłł (czwarty z prawej), hrabia Andrzej Potocki (trzeci z prawej) i hrabia Paweł Potocki (drugi z prawej).

Polowanie na głuszczce w Nieświeżu - z prawej na krześle Antoni Albrecht Wilhelm Radziwiłł, wnuk Antoniego Wilhelma Radziwiłła

W źródłach historycznych zachowały się dane nie tylko o znanych postaciach polujących w Deniskowiczach, lecz także o pracownikach administracji leśnej Radziwiłłów. Było wśród nich wielu zawołanych myśliwych z zimną krwią, odwagą i znajomością leśnych praw. Ciekawą personą był strzelec i niedźwiednik Jan Baranowski. Jego ojciec podczas polowania pasował na myśliwego samego księcia Albrechta Radziwiłła. „Stary strzelec Baranowski, który towarzyszył w wielu wyprawach ojcu księcia, wbił niedźwiedziowi kordelas pod łopatkę i następnie, podając gałązkę jodłową, okrwawionym końcem ostrza nakreślił krzyżyk na czole księcia, który zdjął kapelusz. Był to chrzest zabicia pierwszego niedźwiedzia” – pisał w „Łowcu Polskim” (1913) świadek tego wydarzenia.

 

Adam Bugała z rodziną

Miłośnikiem myślistwa był ostatni nadleśniczy w Deniskowiczach Adam Bugała (1899-1961). Pracę zawodową rozpoczął 1.04.1924r. w Lasach Księcia Karola Mikołaja Radziwiłła jako Nadleśniczy Nadleśnictwa Nieświeskiego (powiat nieświeski, woj. nowogródzkie). Pracował w lasach nieświeskich do 30.04.1932r. Od 1.05.1932r. do momentu agresji sowieckiej, we wrześniu 1939r., był nadleśniczym w Deniskowiczach (woj. poleskie, gmina Łuniniec), w ordynacji dawidgródeckiej Radziwiłłów. W pierwszych dniach września 1939r. został zmobilizowany, a rodzina, po wkroczeniu wojsk sowieckich na te tereny, została wysiedlona do miejscowości Hancewicze koło Brześcia. W czerwcu 1941 roku jego żona Czesława z trojgiem dzieci: Heleną „Kasią" (9 lat), Ryszardem (7 lat), Jerzym (5 lat) została deportowana na Syberię, do miasta Kamieńnad rzeką Ob (Ałtajski kraj, obłast Barnauł). W kwietniu 1946r., w ramach repatriacji, wyjechali z Kamienia i w czerwcu wrócili do Polski. W sierpniu 1946r. przyjechali do Giżycka.

 

Po drugiej wojnie światowej tworzył w Polsce, na terenie byłych Prus Wschodnich podwaliny pod nowoczesne leśnictwo. W jego przekonaniu gospodarka leśna zawsze powinna iść w parze z racjonalnie prowadzoną gospodarką łowiecką. Uważał, że rozważne gospodarowanie populacjami umożliwia ich trwałe współistnienie, warunkujące zabezpieczenie wszechstronnych korzyści: środowiskowych, społecznych i gospodarczych.

 

Nie związał się z żadną partią działającą w PRL, co pozwoliło mu zachować niezależność polityczną. Dlatego też wielokrotnie przenoszono go z miejsca na miejsce. Jego pasją było myślistwo. Był człowiekiem pełnym entuzjazmu, o dużej kulturze osobistej, erudycji i ogromnej wiedzy fachowej. Las i jego mieszkańcy nie mieli dla niego tajemnic. Nigdy też nie opuszczało go poczucie humoru.

 

Fragment wspomnień Tadeusza Stelmasiewicza ze wspólnych polowań z p. Adamem Bugałą sprzed 1950 roku (polowali razem w okolicach Kut oraz Pożarek).

 

„Był zapalonym myśliwym hołdującym tradycjom okresu międzywojennego. W czasie jego nadleśniczowania w latach 1945-1946 zawiązano pierwsze Koło Łowieckie Jeleń w Łuczanach, które następnie zmieniło nazwę na „Rogacz" w Giżycku.

 

Posiadał kundelka, suczkę o imieniu Siksa, która w szczenięctwie musiała długo leżeć przy jakimś jamniku i trochę nabrała jego kształtów. Była wspaniale zaprawiona w polowaniach na dziki. Z uwagi na to, że była niewielka i mocno, wielokrotnie pokaleczona, to podczas polowań przy wysokim śniegu pan Adam nosił ją „za pazuchą" swojego płaszcza. Dopiero, gdy miot został obstawiony myśliwymi Siksa była wyjmowana zza pazuchy i puszczana na świeży trop wejściowy czarnego zwierza i raptem diabeł w nią wstępował – opuszczały ją wszystkie dolegliwości i wysoki śnieg nie stanowił żadnej przeszkody. Błyskawicznie dochodziła do dzików w ostępie i intensywnie głosiła. Wtedy dopiero do jej głosu dołączały inne pieski i już razem wypychały dzika na linię. Po zakończonym miocie Siksa znowu przychodziła kulejąc i potykając się w głębokim śniegu na co Pan Adam pochylał się, brał ją na ręce, przez chwilę głaskał i następnie chował za pazuchę płaszcza."

Karol Mikołaj Radziwił herbu Trąby (ur. 5 grudnia 1886 w Berlinie; zm. 24 października 1968 w Warszawie) – książę, II ordynat dawidgródzki (po śmierci stryja Stanisława), w 1922 roku posiadał majątki ziemskie o powierzchni 155 340 ha.


Ukończył gimnazjum klasyczne w Warszawie. Od 1909 roku studiował rolnictwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale studia przerwał. W 1914 r. podjął służbę w armii rosyjskiej. Od 1916 r. w Legionie Puławskim jako dowódca szwadronu, później w 1 pułku ułanów Krechowieckich. Był adiutantem generała Dowbor-Muśnickiego. Od 18 listopada 1918 r. w 12 pułku ułanów Podolskich w stopniu porucznika, jako dowódca szwadronu ckm. W latach 1919–1920 walczył na Ukrainie, do rezerwy przeszedł w stopniu rotmistrza.


Ten jowialnie wyglądający mężczyzna był właścicielem ok. 155 tys. hektarów ziemi, na których organizował wzorowe tereny łowieckie ale także był patriotą polskim. Mieszkał w Mankiewiczach, gdzie znalazło schronienie wielu dawnych kolegów z wojska, urządzał tam święta pułkowe 12 pułku ułanów. W 1939 zmobilizowany do ośrodka kawalerii w Łukowie. Następnie w szwadronie ochrony Sztabu Generalnego w Brześciu, później w SGO Polesie. Ujęty do niewoli pod Kockiem, ale zbiegł. Udało mu się uzyskać wizę włoską, po czym wyjechał do Włoch, następnie do Francji. Tam wstąpił do Wojska Polskiego. Po rozbiciu jego oddziału przedostał się do Londynu, gdzie dalej służył w WP. Od września 1944 roku był inspektorem do spraw zarządu wojska. W 1947 r. wyemigrował do RPA, gdzie prowadził fermę drobiarską. W 1964 r. gen. Anders mianował go majorem. W 1967 roku wraz z żoną Izabellą z Radziwiłłów wrócił do kraju. Zmarł 24 października 1968 r. w Warszawie. Pochowany w rodzinnym grobowcu na cmentarzu w Wilanowie. Na nim zakończyła się era wielkich, radziwiłłowskich polowań.

 

Wertując historię majątków i polowań polskiego ziemiaństwa, a przede wszystkim losy ich właścicieli, prawie zawsze trafiamy na granicę dat 1939 - 1945, za którą nie ma już nic, albo to, co pozostało, jest ledwie cieniem przedwojennej świetności.


Jak nożem uciął, znikają rodziny od pokoleń zamieszkujące te same gniazda rodowe, niknie wielowiekowa tradycja. W bardzo skromnej resztce pozostały domy, a czasem już tylko ruiny. Żaden z opisanych  majątków, nie oparł się przemianom, które nadeszły wraz z wydaleniem prawowitych gospodarzy. Wielu z nich podjęło walkę z Niemcami, a później z Rosjanami. Trafiali do obozów koncentracyjnych, ginęli w walce, albo wiedli biedne życie, ukrywając się przed prześladowaniami wymierzonymi przez nową władzę w „arystokratów”. Tymczasem w większości byli gorącymi patriotami kochającymi łowiectwo.

 

Polowania w Ordynacj Lubomirskich z Przeworska

 

Ród Lubomirskich – to symbol polskości, to rodzina, która położyła fundament pod rozwój kultury w minionych epokach. Lubomirscy zapisali się jako darczyńcy i kuratorzy Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie oraz twórcy Muzeum im. Lubomirskich we Lwowie, byli współtwórcami Polskiej Akademii Umiejętności i utworzonego przy niej Muzeum Archeologicznego w Krakowie. Lubomirscy to także mecenasi sztuki i kolekcjonerzy oraz patrioci, którzy popierali zrywy narodowo-wyzwoleńcze. Lubomirscy to ród, który przyczynił się do przekazania potomnym wielu bezcennych dóbr kultury i pamiątek narodowych. Lubomirscy z Przeworska to także twórcy i organizatorzy Ordynacji Przeworskiej Książąt Lubomirskich, która dała podwaliny bytu Zakładowi Narodowemu im. Ossolińskich we Lwowie, to dochody, jakie przynosił majątek przeworski – Ordynacja Przeworska, sprawiły, że Lwowskie Ossolineum mogło działać, rozwijać się i funkcjonować.

 

Pierwsza historyczna wzmianka o osadzie pochodzi z 1280 r., chociaż zapewne już na przełomie IX i X wieku istniał tu gród zwany „kniażym grodziszczem”. W roku 1340 wieś Przeworsko z nadania króla Kazimierza Wielkiego weszła w posiadanie rodziny Tarnowskich. Dzięki staraniom Jana Tarnowskiego w 1393 r. król Władysław Jagiełło nadał miastu przywilej lokacyjny na prawie polskim, zaś rok później przeniósł je na prawo niemieckie. Przez kolejnych kilka wieków Przeworsk pozostawał miastem prywatnym w posiadaniu znamienitych rodów Tarnowskich, Kostków, Ostrogskich i Lubomirskich.

Pałac w Przeworsku

W 1621 roku Przeworsk stał się prywatnym miastem rodu Lubomirskich. Powodem tej zmiany było małżeństwo Zofii Ostrogskiej z Sebastianem Stanisławem Lubomirskim, który piastował wówczas urząd wojewody krakowskiego i ruskiego. Jego śmierć zapieczętowała przypisanie miasta jednemu z jego synów – Jerzemu Sebastianowi Lubomirskiemu.

Budowę pałacu rodu Lubomirskich w Przeworsku zawdzięcza się księżnej Izabeli z Czartoryskich Lubomirskiej, pani na Łańcucie. Ze względu na bliskie położenie Łańcuta, dobra przeworskie były wymarzonym miejscem na rezydencję ulubionego wychowanka księżnej marszałkowej – Henryka Lubomirskiego.


Budynek obecnego pałacu z inicjatywy ks. Henryka Lubomirskiego powstał na miejscu istniejącego tu późnorenesansowego dworu obronnego, nadając mu kształt niewielkiego pałacyku o cechach angielskiego klasycyzmu. Prace budowlane przy pałacu początkowo prowadził, nadworny architekt księżnej Izabeli Lubomirskiej Jan Griesmayer, a dokończył Piotr Aigner oraz sztukator Fryderyk Bauman, który projektował dekoracje wnętrz. Pałac, którego budowę zakończono ok. 1807 r., w połowie XIX w. został rozbudowany według projektów Feliksa Księżarskiego i zyskał obecny kształt architektoniczny. W 1829 roku sławny polski generał Józef Bem opracował i zainstalował w pałacu Lubomirskich w Przeworsku nowy system ogrzewania.

Pałac Lubomirskich w Przeworsku

W 1905 r. architekt Tadeusz Stryjeński wykonał projekt budowy nowego – neobarokowego pałacu, który miał stanąć w miejscu istniejącego. Kolejnych kilka projektów w 1920 r. opracował architekt Józef Gałęzowski. Były wśród nich plany nowej kordegardy (zapewne też bramy) i przebudowy pałacu, któremu nadano eklektyczny wygląd. Z niewiadomych przyczyn wszystkie plany dotyczące pałacu pozostały niezrealizowane. W 1923 r. wybudowano jedynie kordegardę i reprezentacyjną bramę wjazdową według projektów Józefa Gałęzowskiego, rozebrano zaś dom burgrabiego przy wjeździe do parku i starą oficynę gościnną – budynki powstałe jeszcze przed budowa pałacu.

Przeworsk - 1930 r.

Do 1939 roku w pałacu Lubomirskich w Przeworsku znajdowało się wiele prawdziwych i drogocennych dzieł sztuki, które po wybuchu II Wojny Światowej zostały zagarnięte przez Niemców (19 wyjątkowo cennych obrazów). Rosjanie zaś dokończyli kradzieży pałacu z pozostałych wartościowych rzeczy w tym m.in. kolekcję numizmatyczną liczącą ponad 5 tysięcy pozycji. Podstawę przeworskich zbiorów stanowiła galeria obrazów, kolekcja rzeźb, zbrojownia oraz archiwum rodowe. Ponadto zgromadzono tam liczne pamiątki historyczne, bogaty zbiór mebli i cenne brązy. W latach 1869 - 1870 znaczna część muzealiów przeworskich (m.in. galeria obrazów i zbrojownia) została przeniesiona do Muzeum Lubomirskich we Lwowie, które było połączone z Zakładem Narodowym im. Ossolińskich. Stało się tak z inicjatywy ks. Henryka Lubomirskiego - kuratora Ossolineum. Okazała biblioteka, która przyniosła chlubę pałacowi, dziś wzbogaca księgozbiór Ossolineum we Wrocławiu. W 1948 roku na mocy aktu wydanego przez Ministerstwo Kultury i Sztuki, ponad 300 najbardziej interesujących eksponatów przejął wcześniej utworzony Państwowy Ośrodek Muzealny w Łańcucie.


Przez kilka dziesięcioleci po zakończeniu II Wojny Światowej pałac i pozostałe budowle zespołu pełniły różnorodne funkcje jako siedziby urzędów i instytucji publicznych oraz jako mieszkania dla repatriantów. W początku lat 70. XX wieku przeprowadzono kapitalny remont pałacu przeznaczając go na cele muzealne. W roku 1974 utworzono wielodziałowe muzeum państwowe pod nazwą Muzeum – Pałac Lubomirskich.

Muzeum – Pałac Lubomirskich

 


Henryk Lubomirski - I Ordynat

Henryk Lubomirski rozpoczął starania na dworze wiedeńskim o utworzenie Ordynacji Przeworskiej książąt Lubomirskich, którą ostatecznie zatwierdzono dopiero w 1868 r. Drugą ważną decyzją było przyjęcie w 1823 r. dziedzicznej kuratorii literackiej Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie i powołanie przy nim Muzeum im. Lubomirskich. Do Ossolineum i Muzeum Lubomirskich trafiła tą drogą część zbiorów przeworskich, które przekazali Henryk Lubomirski i jego syn Jerzy Lubomirski, a następnie Andrzej Lubomirski. Znalazły się wśród nich: księgozbiór, zbrojownia przeworska, kolekcja grafiki i rysunku europejskiego z rysunkami Rembrandta i Dürera i wiele innych. Funkcję kuratorów Ossolineum sprawowali Lubomirscy do 1944 r.


W II dekadzie XIX w. Pałac Lubomirskich stał się na wiele lat ośrodkiem życia kulturalnego i towarzyskiego okolicznej arystokracji i ziemiaństwa. Przyjmowano tu także sławnych gości, wśród których znalazł się m. in. francuski pisarz Honoré de Balzac i przyjaciel Jerzego Lubomirskiego, poeta Zygmunt Krasiński. Poza pałacem z jego wspaniałym wystrojem, wyposażeniem i zbiorami, zainteresowanie wzbudzał także park, który dzięki osobistemu zaangażowaniu Teresy i Henryka Lubomirskich zyskał nową kompozycję. W miejsce dawnego ogrodu włoskiego książęca para zaprojektowała angielski park krajobrazowy. Wykorzystywał on naturalne ukształtowanie terenu oraz zakola rzeki, które były nieodzownym elementem ogrodu romantycznego. Oprócz krajowych gatunków drzew znalazły się tu drzewa obcego pochodzenia takie jak sosny amerykańskie, platany i tulipanowce. W obrębie parku zostały usytuowane różne budowle należące do kompleksu pałacowego: oficyny gościnna i kuchenna, dom burgrabiego (mieszkanie rządcy), stajnie z powozownią i domem koniuszego, dom ogrodnika i dwie oranżerie.


Zachowana do dziś oranżeria, została wybudowana jednocześnie z pałacem, a w 1827 r. przebudowana i ozdobiona przez Antoniego Baumana, syna Fryderyka, neorenesansową sztukaterią w elewacji frontowej. Jego dziełem jest także budowa kaplicy pałacowej dekorowanej wewnątrz sztukateriami i stiukami. Dla podniesienia standardu pałacu inżynier Józef Bem, późniejszy generał wojsk polskich i bohater narodowy Węgier, zaprojektował w 1827 r. ogrzewanie systemem Meisnera (przez nawiew ogrzanym powietrzem). Elementy tego systemu – kanały powietrzne – do dziś istnieją w murach pałacu.

 Jerzy Henryk Lubomirski – II Ordynat

Kolejnym właścicielem dóbr przeworskich w roku 1850 został Jerzy Lubomirski – jedyny syn Henryka Lubomirskiego. Po przejęciu schedy po ojcu kontynuował rozbudowę kompleksu zabudowań gospodarczych oraz zlecił architektowi Feliksowi Księżarskiemu przygotowanie planów rozbudowy pałacu. Plany te były realizowane zapewne jeszcze w latach 60. XIX w. W wyniku rozbudowy nadbudowano II piętro pałacu, wybudowano także drugą klatkę schodową oraz kredens i salon szklany na I piętrze. W 1868 r. sporządzono projekt budowy nowej oficyny gościnnej, która miała stanąć przy północnym skrzydle pałacu, w miejscu istniejącej starej oficyny. Jednak rychła śmierć Jerzego Lubomirskiego w 1872 r. uniemożliwiła realizację tych planów.

Andrzej Lubomirski – III Ordynat

Jego następca, pierworodny syn Andrzej Lubomirski objął ordynację w 1882 r., po osiągnięciu pełnoletniości. Nie kontynuował podjętej przez ojca rozbudowy pałacu, a rozpoczął realizację własnych planów przekształcenia rezydencji. Pierwszym etapem była budowa na przełomie XIX i XX wieku nowej oficyny gościnnej o cechach eklektycznych, przylegającej do oficyny kuchennej. Około 1900 r. zelektryfikowano pałac wraz z budynkami pełniącymi funkcje służebne i wybudowano budynek dla motoru elektrycznego – agregatu prądotwórczego zasilającego w energię także pozostałe budynki Ordynacji. W tym czasie powiększono obszar parku o tzw. górny park – część o charakterze leśnym, leżącą powyżej tarasów ogrodowych, a na wschód od pałacu urządzono kort tenisowy.


Książę Andrzej Lubomirski w stroju polskim. Książę Andrzej Lubomirski, wywiązując się ze zobowiązań ordynackich, występował jak jego ojciec i dziad w stroju polskim, na uroczystościach państwowych i rodzinnych.

Wielką namiętnością ostatniego Ordynata księcia Andrzeja Lubomirskiego były polowania.  Ordynat  urządzał w Przeworsku  polowania nie takie znowu wielkie, ale bardzo miłe i dobrze prowadzone. Zwalczano kłusownictwo, w archiwum kancelarii dyrekcji obok oprawionych map, szafek z dokumentacją i gablot z wypchanymi ptakami wisiała na ścianie kolekcja prymitywnej broni odebranej kłusownikom. Nie tolerowano pijaństwa, przed polowaniem podawano tylko po kilka kieliszków wódki do śniadania myśliwskiego i dla nagonki, celem rozgrzania się i zimą przy odłowach.

Andrzej Lubomirski strzelający do rzutków, Przeworsk, 1930 r.

Książę uczestniczył w polowaniach w Ostryni, w województwie stanisławowskim, w majątku Stanisława Potulickiego, swojego zięcia, bywał na polowaniach w Antoninach w majątku Józefa Potockiego, na polowaniach u sąsiadów Potockich w Łańcucie, bywał na polowaniach w województwie lwowskim, m.in. w majątkach Chryń, Ojkos, Żelechówka.

 

Polowaniom towarzyszyły specjalne przygotowania, wzywano dodatkowego kucharza ze Lwowa lub wynajmowano takiego na miejscu. Szykowano plan polowania, opisywano stan zwierzyny, plan ten przygotowywał Leonard Dąbrowski – administrator w folwarku w Nowosielcach, i przedkładał go Ordynatowi Andrzejowi Lubomirskiemu.

Leonard Dąbrowski, Archiwum Państwowe w Przemyślu

"Ten stary dziewięćdziesięcioletni emeryt – gracjalista, mimo swych lat sędziwych krzepki jeszcze i świetnie wyglądający, mieszkał stale w Nowosielcach, ale od czasu do czasu można go było widzieć jadącego na swym starodawnym koczobryku bądź to do miasta w jakimś interesie, bądź to do pałacu, gdzie jako persona grata był zawsze mile witany i otoczony powszechnym szacunkiem. Służył familii Lubomirskich jeszcze za życia śp. Księcia Jerzego, ojca dzisiejszego ordynata, a tego ostatniego znał od małego dziecka, nic więc dziwnego, że z jego zdaniem liczono się w pałacu, a wszyscy w pałacu tytułowali go „dziadziem”. Był uważany prawie za członka rodziny",

 

Pięciodniowe polowanie będzie nas drogo kosztowało – tak w liście do księcia Ordynata pisał jego przeworski administrator Pogorowski, wytykając Lubomirskiemu nadmierne wydatki z kasy ordynackiej, różne łapki i klatki z myślistwem mające styczność (…), nowa bażantarnia, żywienie ptactwa, opłacanie ludzi do tej pracy, psy, które zjadały tyle owsa co para fornalskich koni. Dziennie do obsługi polowania potrzebne były 242 osoby, samych polnych ze strzelbami było 200. Część upolowanej zwierzyny odsprzedawano Żydom, do zamku w Krasiczynie, książę Andrzej we Lwowie organizował „wystawę” zajęcy po polowaniu na sprzedaż.

Łowiska ordynackie księcia Andrzeja Lubomirskiego przed wybuchem I Wojny Światowej miały bogate tradycje, słynne były podjazdy na rogacze ławą, ciągnące się nawet 14 km oraz polowania na bażanty. I Wojna Światowa pozostawiła z tych łowisk ruinę. Wojska zaborcze zniszczyły pięknie zagospodarowane bażantarnie, zdziesiątkowały stan saren na potrzeby kuchni wojskowych, a okoliczna ludność, kłusując, dokończyła zniszczenia.

Po ukończeniu wojny nadeszły ciężkie chwile ratowania reszty zwierzyny, z której jak np. z saren, zajęcy i kuropatw, pozostały zaledwie niedobitki, z bażantów zaś ani śladu. (…) Dzięki bezwzględnej ofiarności Właściciela i ciężkiej pracy Administracji, głównie zaś pomocy św. Huberta znikły już ślady zniszczenia wojennego, a odrodzona i zasilana sprowadzanymi egzemplarzami zwierzyna, pięknie się rozmnaża. Łowiska przeworskie słynęły z żyznej ziemi i obejmowały tereny własne na obszarze powiatu przeworskiego i łańcuckiego – ponad 5394 hektarów, oraz tereny wydzierżawione – ponad 21 hektarów, w tym tereny leśne – ponad 3 tysiące hektarów. Na tychże łowiskach dbano o rozród saren i zajęcy, zaś lisy ze względu na intensywną hodowlę bażantów traktowane były jak szkodniki, które tępiono. Poważne szkody w uprawach Ordynacji Przeworskiej czyniły w sezonie letnim dziki. Na łowiskach prowadzono też hodowlę bażantów, krzyżując dwa gatunki tych ptaków; bażanta mandżurskiego z bażantem mongolskim.

„Polowanie w Przeworsku”, od lewej: Alfred Potocki, Andrzej Lubomirski, 1933 r., zbiory prywatne

Po I Wojnie Światowej odbudowywano też stan kuropatw, które zostały niemalże wytrzebione. Na terenach łowieckich Ordynacji Przeworskiej polowano również na: słonkę, dziką kaczkę i dziką gęś. Na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu w 1929 r. w pawilonie 84 na wystawie łowieckiej prezentował książę Andrzej Lubomirski cietrzewie, kamienie żołądkowe głuszców, poroża sarnie, wieńce jelenia oraz w pawilonie 78 stanowisko, gdzie prezentowano „hodowlę traw, ziemniaków i zbóż Ordynacji Przeworskiej”, pod kierownictwem naukowym i reprezentantem handlowym Spółką Akcyjną „Udycz”.

 

Poważnym problemem na łowiskach było kłusownictwo, które bezwzględnie zwalczano, jest nadzieja, że przy wspólnym tępieniu kłusownictwa z sąsiednimi właścicielami terenów łowieckich, wstrętny ten nałóg zostanie wykorzeniony – pisał Ordynat. W latach 1924–1935 odebrano 38 sztuk broni palnej oraz zlikwidowano wnyki w liczbie 2.728.190 szt.

 

14 listopada 1932 r. Poniedziałek, Przeworsk, Polowanie na bażanty - sprawozdanie

 

Rano przyjechał Górski, gen. Wieczorkiewicz, Włodzimierz Dzieduszycki. Do Borku spóźnieni Alfred i Jerzy Potoccy. Stopni 0 stopni C, ale wiatr północno-wschodni. Polujemy Borek do 12½. Po śniadaniu autami Skotnikiem do Dębrzyny. Tam polujemy do 16:00.

 

Padło w Borku: 339 bażantów, w tym 43 kur, czyli 296 kogutów, 26 zajęcy. Razem  365 sztuk.

 

W Dębrzynie: 109 bażantów, w tym 16 kur, czyli 85 kogutów, 33 zające, 2 króliki, 1 słonka, czyli  137 sztuk. Razem: 440 bażantów, 381 kogutów i 59 kur, 59 zajęcy, 2 króliki, 1 słonka, czyli 502 sztuk.

 

Po przeszukaniu po 2 dniach:

 

Poniedziałek. 14 listopada -  Borek: 296 kogutów, 44 kur, czyli 340 bażantów, 36 zajęcy, czyli 376 sztuk.

 

Wtorek. 15 listopada – Borek: 178 kogutów, 29 kur, czyli 207 bażantów i 8 zajęcy, czyli 215 sztuk.  Razem Borek 547 bażantów, 44 zające, czyli 591 sztuk.

 

Dębrzyna 14-go: 87 kogutów, 15 kur, czyli 102 bażanty, 33 zajęcy, 3 króliki 1 słonka czyli 138 sztuk.

 

Dębrzyna 15-go: 45 kogutów, 89 kur, czyli 134 bażanty, 14 zajęcy, 3 króliki, czyli 151 sztuk.


Borek razem 474 kogutów, kur 44 zajęcy, czyli bażantów 547, a sztuk 591.

 

Dębrzyna:  razem 132 koguty, 104 kur, czyli bażantów 236, 47 zajęcy, 5 królików, 1 słonka, 1 sowa, czyli 290 sztuk.

Wyjazd na polowanie w Przeworsku, na wozie bracia Sierakowscy i kuzyn Tyszkiewicz, przy koniach Marysia Sierakowska, Przeworsk, 1930 r.

„Na białej stopie” – polowanie na zające, od lewej: Wołkowicki, Andrzej Lubomirski i Ignacy Dembowski, lata 20. XX wieku

Polowanie z przyjaciółmi z rodziny hrabiów Szembeków, właścicieli Wysocka w Wielkopolsce, od lewej: Andrzej Lubomirski, Bogdan Szembek (1880–1956), Andrzej Sierakowski, Bogdan Szembek Junior (1913–1975), Wysocko – 1938 r.

„Przywilej łowów” przypisany do posiadającego ziemię pociągał za sobą wiele obowiązków i wymagał dużej wiedzy na temat zwierzyny, lasów i, jak to się określa obecnie, ochrony środowiska. Aby móc zaprosić sąsiadów i kuzynów na polowanie należało prowadzić odpowiednią gospodarkę łowiecką, znać okresy ochronne zwierzyny płowej, grubej i ptactwa. Spraszało się myśliwych obdarzonych dużą kulturą łowiecką, stosujących łowiecki kodeks i znających łowieckie prawo. Polujący musiał dobrze strzelać – tę umiejętność ćwiczono od dziecka. Koń i strzelba były oczywistym prezentem dla dorastającego syna szlacheckiego. Spotkanie w kniei, przy ognisku lub przy wieczornej kolacji było okazją do snucia niekończących się gawęd myśliwskich, których bohaterem był pies, sztucer lub dubeltówka, zwierzyna czy podprowadzający „leśny człowiek” – gajowy znający łowisko jak własną kieszeń.

 

Uznanymi, pożądanymi kompanami myśliwskich spotkań byli Adam i Stanisław Sierakowscy oraz Andrzej Lubomirski. Uczestniczyli w polowaniach w Przeworsku, w Wysocku u Szembeków, w Orłowie Ślaskich, w Poturzycy Włodzimierza hr. Dzieduszyckiego, w Nawoźcach i Michałkach Ksawerego hr. Branickiego, w Rosi Adama hr. Branickiego, w Porycku Stanisława hr. Czackiego i co ciekawe w Nieświeżu u księcia Antoniego Radziwiłła na niedźwiedzie.

Wizyta prezydenta Ignacego Mościckiego w Przeworsku 19 lipca 1929 r., Muzeum w Przeworsku

Po przywitaniu na przeworskim rynku prezydent udał się do Pałacu Lubomirskich, witany przez księcia Andrzeja Lubomirskiego, gdzie przebywał do dnia następnego. Dzień wcześniej Andrzej Lubomirski zorganizował próbny objazd przed przyjazdem prezydenta – z zegarkiem w dłoni. Przy „Salve” zbudowano specjalny pawilon śniadaniowy, gdzie podano śniadanie na 42 osoby. Prezydent zwiedzał cukrownię i Ordynację. W pałacu na okoliczność wizyty prezydenta urządzono raut przy udziale okolicznego ziemiaństwa, marszałkiem dworu był Zygmunt Bauman. Prezydent przyjęty został najpierw w małym salonie, a goście zbierali się w Sali balowej. Po wyznaczonej godzinie adiutant prezydenta wmaszerował przez jadalnię do sali balowej, za nim prezydent we fraku ze wstęgą Orła Białego. Książę Andrzej Lubomirski przedstawiał prezydentowi zgromadzonych gości, m.in. Alfreda Potockiego z Łańcuta, Witolda Czartoryskiego z Pełkiń, Scypiona del Campo z Łopuszki Wielkiej i starostę przeworskiego Zdzisława Olszewskiego. Na raucie prezydent prowadził pod rękę księżnę Eleonorę Lubomirską, wiodąc w korowodzie całe towarzystwo do parku w okolice klombu przed pałacem, gdzie urządzono przyjęcie i wznoszono toasty. Miejscowi uznali, że był to jeden z ostatnich momentów świetności pałacu.

Warto napisać, wynika z powyższej fotografii, że jedna z córek księcia Andrzeja Lubomirskiego wyszła za mąż za Stanisława Sierakowskiego z Waplewa Wielkiego na Powiślu.

Fotografia ślubna Heleny Lubomisrskiej i Stanisława Sierakowskiego - 1910 rok

Stanisław Sierakowski  1910 r. pojął za żonę Helenę z książąt Lubomirskich, z którą miał siedmioro dzieci: Teresę (1911-1939), Adama (1912-1964), Andrzeja (1914-1995), Różę (1915-1949), Marię (1917-1989), Wandę (1920-1989) i Jadwigę (ur. 1924).

 

Pochodził z zamożnej rodziny właścicieli ziemskich w Waplewie Wielkim (na Powiślu) i Osieku (ziemia dobrzyńska). Był polskim działaczem narodowym w Republice Weimarskiej i III Rzeszy, pierwszym prezesem Związku Polaków w Niemczech i Związku Mniejszości Narodowych w Niemczech, poseł do Sejmu Pruskiego.


Młoda pani Sierakowska, choć była niskiego wzrostu (do zdjęcia ślubnego pozowała stojąc na taborecie), okazała się osobą o zdecydowanym i charyzmatycznym charakterze. W 1917 r. stanęła na czele komitetu, który zbierał dary dla poszkodowanych przez wojnę Polaków z Kongresówki.

 

Po 1920 r. gdy w efekcie niekorzystnego dla Polski plebiscytu, Powiśle pozostało w prowincji wschodniopruskiej, dzięki jej staraniom, w 40 niemieckich szkołach na Powiślu wprowadzono lekcje polskiego. Z pomocą innych osób zorganizowała też 15 polskich przedszkoli, do których chodziło 650 polskich dzieci. Była prezesem Polsko-Katolickiego Towarzystwa Szkolnego. Działała w Towarzystwie Ziemianek których została prezeską w 1920 r. i Towarzystwie Kobiet św. Kingi. W 1933 r. przeniosła się do Poznania, w 1936 r. zamieszkała w Osieku koło Brodnicy.


(…) Wzbudzała w ludziach respekt – wspominała po latach wnuczka, Izabella Sierakowska-Tomaszewska. Miała zasady, od których nigdy nie odstępowała. Zwykła mówić: "Należy postępować tak, jak należy", co przejął potem od niej mój ojciec. Niemców przyjmowało się w jej domu tylko w kancelarii, nigdy na salonach, poza zaprzyjaźnionym lekarzem. Do domu nie zapraszało się ludzi, "którzy nie mieli papierów w porządku", czyli żyli bez ślubu kościelnego“.

Helena Lubomirska jeszcze jako panna

Po wybuchu II Wojny Światowej i zajęciu Pomorza Gdańskiego przez Niemcy Sierakowski z rodziną musiał opuścić Osiek i przeniósł się do córki, Teresy i jej męża, Tadeusza Gniazdowskiego. 20 października gestapo aresztowało S. Sierakowskiego i osadziło go więzieniu w Rypinie. Wkrótce podobny los spotkał jego żonę oraz zięcia z córką. Na przełomie października i listopada 1939 r. wszyscy zostali rozstrzelani po długich torturach. Miejsce pochówku nie jest znane. Epitafium małżeństwa Sierakowskich znajduje się w kościele w Osieku i kościele w Waplewie, dawnej kaplicy rodowej. Cały majątek Sierakowskich przeszedł na własność Rzeszy, zbiory sztuki, w tym cała kolekcja malarstwa europejskiego oraz księgozbiór, uległy rozproszeniu.ietności

Andrzej Lubomirski z Lordem dogiem Sierakowskich w Waplewie Wielkim

Ostatni przeworski Ordynat okupację niemiecką przetrwał w Przeworsku, ale po wkroczeniu komunistów, nie mając złudzeń co do zamiarów nowej władzy, wyemigrował z Polski. Zmarł w Brazylii w 1953 roku. Kwitnącą ordynację przejęło państwo – i wkrótce z dobrze niegdyś prosperujących, nowoczesnych zakładów niewiele zostało. Zburzenie zabudowań dawnej cukrowni w 2008 roku można uznać za symboliczne pogrzebanie wszelkich śladów po przeworskim imperium przemysłowym.

 

Każdy z Ordynatów był bardzo dobrze wykształcony, wiedzę zdobywał za granicą, władał kilkoma obcymi językami, każdy z nich dbał o swoje gniazdo rodowe – Przeworsk, powiększał majątek, usprawniał system zarządzania Ordynacją, a istotną rolę w tych działaniach odgrywali odpowiedzialni pełnomocnicy. Oprócz bycia dobrymi gospodarzami, Lubomirscy działali na polu społecznym, kulturalno-oświatowym i charytatywnym. Byli polskimi patriotami.